Iluminacje budzących się z Czarnej Nocy Duszy

GvS:

Rzędy gęsto rosnących drzew zamieniających się w trumny, stojące jedna za drugą aż po horyzont. Maleńka trumienka dla niemowlęcia. Uczucie strachu.

Jak mnie całujesz, widzę cały Kosmos.

Fale Bałtyku i nisko nad nimi posztormowe chmury i słońce przebijające się przez nie białymi promieniami.

Jaskółka na żelaznej, ozdobnej w różne wzory bramie.

Jezioro w lesie otoczone sitowiem, na jego brzegu wyrzucone przez wodę ludzkie kości.

Spadające w ciemności gwiazdki śniegu o wyraźnie zarysowanych kształtach; zmieniają kolory niczym zorza polarna.

Opuszczona chata pustelnika w głębokim lesie, podczas śnieżycy. Staram się dobrnąć do niej przez zaspy i rozpalić ogień, trzymam naręcze chrustu, drugą ręką trzymam się za brzuch. W tej chacie przyjdzie mi urodzić. Jest noc i słychać z oddali wycie wilków. Księżyc świeci srebrzysto-białym światłem, nienaturalnie wielki i o nienaturalnej jasności. Drzewa uginają się pod ciężarem śniegu, głównie wielkie świerki. Z trudem otwieram drzwi chaty, w środku panuje ciemność, przez małe okienko wpada pojedynczy promień księżyca. Rozpalam chrust i drewniane meble (stołek, jakąś ławeczkę), kładę się na klepisku i rysuję palcem w brudzie okrąg wokół siebie. Słyszę wycie wilków. W tej chwili rodzę syna.

Człowiek z głową sępa podnosi złotą laskę zakończoną wężowym pyskiem i błogosławi mnie.

Stara świątynia w lesie, katakumby.

Dwie sroki na zamarzniętej tafli jeziora; jedna leży martwa, druga wydaje się, jakby pełniła nad tą martwą straż. Wszystko skąpane w ostrym słońcu, tafla jeziora lśni pokryta lodem i śniegiem, mienią się tęczowo pióra srok.

fraus23
GvS, fotomanipul. aut. ktrstr

Domek na drzewie w lesie, mały chłopiec w czerwonym ubranku wspinający się na drabinkę, wiewiórka wspinająca się równolegle z nim po korze drzewa. Domek ma nad wejściem wymalowaną Gwiazdę Thelemy, chłopiec to mój syn, budował ten domek wspólnie ze swoim ojcem.

Planeta ziemia widziana z kosmosu za xxxx lat, kontynenty poprzesuwały się i połączyły tak, że tworzą wzór trupiej czaszki.

Fioletowo migoczące fraktale na granatowym tle; zmieniają się w płatki śniegu na tle granatowo-fioletowego nieba, widać na nim zarys stojącej bokiem postaci w kapturze.

Gęsty zagajnik, lisia jama wykopana w ziemi.

Rozbłyskujące fraktale.

Antyczny, zarośnięty ogród (lub cmentarz) z kolumnami pokrytymi bluszczem u wejścia do niewielkiej świątyni.

Wybuch bomby atomowej, wszędzie jest oślepiająco biało jakby padał śnieg.

Obraz przy otwartych oczach: droga, śnieg, mróz, pole na niewielkim pagórku na którym rośnie jedno drzewo. Do tego drzewa chcę żeby K. mnie przykuł i żebym […] żywota. […] spala papierosa a potem zbliża się do brzegu, a woda obmywa mi stopy.

Niespokojne, wzburzone morze w nocy w świetle księżyca, wyrzucające na brzeg wrak starego statku, jest drewniany, nie ma masztu i wygląda jak zabaweczka, brzeg jest skalisty i fale na pewno rozbiją go na drobne kawałeczki.

Dróżka w nocy w lesie w śniegu pod świecącym księżycem, po bokach ośnieżone świerki. Idę z dzieckiem w ramionach aż dochodzę do kamiennego ołtarza gdzie je kładę, przewijam i całuję.

Patrzę w górę, ponad czubkami drzew ciemne, rozgwieżdżone niebo.

Gniazdo z wężycą pilnującą swoich jaj.

Piwnica lub lochy w jakimś zamku, wszystkie cele pootwierane i puste, pochodnie płoną na kamiennych ścianach.

Uśpione w wózku niemowlę w czerwonej czapeczce w białe kropki.

Dywan z wyhaftowanym pomarańczowo-czarnym kotem.

Stada motyli frunące na łące za moim rodzinnym domem.

Oko cyklonu z którego zstępują na ziemię w zastępach bogowie i demony (apokalipsa?).Złoty rydwan zaprzężony w hybrydy smoków i lwów, siedzi w nim bóg Chaosu i wskazuje na mnie złotym berłem zakończonym Ouroborosem pośrodku którego płonie serce otoczone cierniami.

K., K., K., K., K., K., K., K., K., K., K., K., jego piękna twarz i oczy wpatrzone we mnie, ujmuje mnie za ręce i skaczemy z wysokiego klifu do morza, cały czas patrzymy sobie w oczy, cały czas trzymamy je otwarte aż do zderzenia z wodą.

Nasz Syn jest moim oczkiem w głowie, chcę mu wynagrodzić to, co przeżył, kiedy był w moim brzuchu.

Obozowisko Wikingów otoczone wysokim murem z drewnianych pali, unosi się zza niego dym.

Różne kształty, takie jak: gołąb, obrączka, serce, obracają się i świecą fluoryzująco w ciemności jak hologramy.

Idziemy z synem na pierwszy spacer do lasu. Jest zafascynowany. Przyklęka przy wielu grzybach i roślinach jakby składał im hołd.

Trzy róże wyrzeźbione w kamiennym łuku nad drzwiami prowadzącymi do świątyni.

Niebo całe w złotych gwiazdach, wygląda jak malowidło, fresk. Stoję na peronie i czekam na K. i na pociąg jadący nad morze. Jest to jakaś maleńka stacyjka na odludziu, nie wiem, skąd się tam wzięliśmy. Mówię do K., że z podróży ze mną się nigdy nie wraca. Uśmiecha się.

Mój, mój, mój, mój, całkiem nagi, jest przykuty łańcuchem w ciemnym lochu, przez niewielkie okienko wpada światło księżyca i widzę, że jego skóra ma lekko fioletowo-siną poświatę i gdzieniegdzie rosną mu łuski. Kiedy otwiera usta na mój widok, widzę język węża. Oczy też ma jak wąż, zmieniają szybko barwę, w tej chwili tęczówki są intensywnie jasnozielone. Pomyślałam, że trzeba go zanieść do terrarium lub inkubatora ale w tej samej chwili on się budzi, wyrywa z kamienia łańcuchy, podchodzi skulony i mnie przytula. „Chodźmy stąd, już nigdy nie będziesz musiała tu być” – mówi i ujmuje moją dłoń. Mówi, że wie, gdzie jest statek (kosmiczny) którym opuścimy ten padół łez. Zaczynam ewoluować podobnie jak on, wyrastają mi łuski, zmieniają się oczy.

Szkielet odziany w szkarłatny płaszcz, trzymający złote berło na którym jest globus, obracająca się planeta Ziemia.

x

Sowa pohukująca w nocy z dzwonnicy kościelnej. Kościół tonie we mgle, otoczony jest wysokimi, srebrzystymi w świetle księżyca drzewami. Wszędzie zdaje się unosić dziwna poświata / aura mijania, rozkładu i śmierci.

Ośnieżony las i widoczne szczyty górskie dookoła. Wyczuwam obecność stworzeń z nordyckich mitologii i baśni.

Mnóstwo powycinanych z gazet oczu, ich krawędzie palą się jaskrawym płomieniem, wszystkie są we mnie wpatrzone.

Śnieżnobiały lis na śniegu, wokół niego okręg ze śladów krwi.

Rozwijające się w przyspieszonym tempie pąki egzotycznych kwiatów o wydłużonych kielichach.

Zarys opalizującej niebiesko czaszki kruka, wygląda jak wyrzeźbiona z lodu.

Orzeł z rozpostartymi skrzydłami i w aureoli niczym duch święty.

Leżę w lesie na mchu, nade mną korony drzew i rozgwieżdżone niebo.

Krople krwi wyciekające z rany.

Właz do podziemnego bunkru.

Inwazja szkodników w ogrodzie pełnym pięknych kwiatów.

Noc, ułożony w lesie z ogromnych białych głazów ołtarz z powykłuwanymi runami, na nim palenisko do składania ofiar, mała rynienka z boku wielkiego blatu z której zapewne ścieka krew ofiar do dołu przypominającego miniaturową studnię, przy której stoi gablotka z kielichami, pucharami i misami, by można było tej krwi zaczerpnąć i w trakcie rytuału zakosztować. Za ołtarzem znajduje się czerwona kotara rozwieszona na pobliskich świerkach. Za nią znajduje się wejście do kamiennej groty, gdzie na ścianach suszą się rośliny psychodeliczne i grzyby a półki skalne zapełnione są zapasami w wielkich słojach lub wysuszonych wiszących warkoczach roślin. Na jednej ze skalnych półek znajdują się też terraria z gatunkami zwierząt wydzielających albo śmiertelny jad (np. skorpiony, węże) albo substancje psychodeliczne (np. żaby). Terraria są jasno oświetlone lampami czerpiącymi prąd z akumulatora w ścianie. Dalej prowadzi wydrążony w skale korytarz, wygląda, jakby kiedyś była tu kopalnia czy coś podobnego. Ze ścian i sufitu wystają ogromne, ostro zakończone lodowe sople. Jaskinia w niektórych miejscach się rozwidla i droga prowadzi do różnych pomieszczeń, np. biblioteki, sypialni, sali obrad, sali modlitewnej, kostnicy i czegoś w rodzaju grobowca, w którym stoją szklane inkubatory – urny podłączone do mocno zaawansowanej aparatury. W owych kapsułach śnią od wielu, wielu lat jacyś ludzie (flashback DXM). Są oni wybrani, ale tam, gdzie przebywają ich śmiertelne ciała i umysły nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Każdy ma misję, drogi niektórych na tamtym świecie się przetną, co będzie komplikować ich życie, ale każdy Uśpiony wróci stamtąd Zwycięzcą. Na ścianie w szklanej gablotce podświetlonej w ciemności wiązką ultrafioletu wiszą czekające na nich medale. Każdy z nich przedstawia orła z rozpostartymi skrzydłami w którego szponach znajduje się skrzyżowany kwiat maku i piszczel. Na szkarłatnej, wyszywanej złotą nicią szarfie, która wisi w gablotce nad orderami widnieją słowa: WIR KAPITULIEREN NIEMALS! Przy każdym z medali doczepiona jest wstążka – od koloru granatowego po jasnoniebieski, kolory te symbolizować mają stopnie trudności poszczególnych misji i ilość poświęceń / osobistego bólu / wysiłku / i zaangażowania by jednak misję ukończyć.

Wulkan u podnóża którego jakieś plemię odprawia magiczny rytuał; ubrani są w skóry zwierząt a w dłoniach mają laski zakończone ludzkimi czaszkami.

Szaroniebieskie oko cyklonu jako przejście do innego wymiaru, obraca się i migocze srebrzystą łuną.

Otoczony fosą zamek, wojska wrogich żołnierzy gromadzą się przed nim ale nie sposób sforsować bramy. Nurkują by sprawdzić, jakiego rodzaju siłą tak stoi. Zamek leży tuż na klifie w bardzo bliskim położeniu morza.

Cały dom od środka porośnięty pnącymi różami i bluszczem. Zasłaniają one okna, panuje półmrok. Wtem nadchodzi sztorm, wiatr wyrywa drzwi i wybija szyby w oknach, woda olbrzymimi falami wlewa się do wnętrza, spieniona i ciemnogranatowo-zielona, zalewając poszczególne pomieszczenia zdaje się jednak przezroczysta. Pnącza róż i bluszczu unoszą się w wodzie jak glony. Lekkie meble, przedmioty codziennego użytku i książki unoszą się na wodzie pod sufit. Fale wypychają z następnego z pomieszczeń białą dziecięcą kołyskę. Nurkuję i zaglądam do tego pokoiku: na ścianach ma wymalowane wysokie pod sufit konwalie, kępki mchu, gałązki krzewów owoców leśnych i skupisko dorodnych muchomorów. Tylko dwie przylegające do siebie ściany są tak pomalowane, dwie pozostałe mają bardzo jasny, rozbielono-zielony kolor. Na ścianie w rameczce ozdobionej glinianymi ptaszkami znajduje się fotografia Naszego Dziecka. Trzyma się na jednym gwoździu i gdy woda zalewa dokładnie pokój, odrywa się od ściany i również płynie w górę.

Na pokład statku wlewają się fale, zapas paliwa w beczkach wybucha i zajmuje go płomieniami. Podpływają krokodyle i rekiny ale nie uważam ich za niebezpieczne.

Będziemy mieć trumienkę wyłożoną czerwonym aksamitem, z rogami i wąskimi żółtymi ślepiami.

023093
fotomanipul. aut. ktstrf

Katastrof:

Pajęczyna utkana w spirale.

Kokpit operacyjny jakiegoś samolotu albo vrila.

Przez chwilę widziałem gościa o kompletnie białej skórze, uśmiechał się, wszystkie jego zęby były ostro zakończone, tęczówki miał czerwone a na głowie koronę.

Widzę jakąś mapę, pokazuje wyspy i morze, spomiędzy fal wyłania się olbrzymi niebieski wąż.

Podziemne laboratorium ze szklanymi gablotami, w jednej z nich zamknięta jest biała sowa. W innych są głównie jaszczurki.

Widzę cylinder wzrostu człowieka zakończony czerwonym spiczastym dachem. Z boku ma panel operacyjny.

Wchodzę do Czerwonej Świątyni, drzwi są metalowe i fioletowe. Trzeba wpisać kod na czarnym domofonie. Wpisuję „2393” i drzwi się uchylają, ale tylko na tyle aby niziutki, starszy, siwiejący mężczyzna zerknął na mnie przenikliwie zza okularów swoimi lazurowymi oczami o gadzich źrenicach. Wpuszcza mnie do środka. Podłoga jest kafelkowana, kafle ułożone są w czarno-białe zygzaki. Na ołtarzu jest księga a po bokach ołtarza ustawione są ogromne metalowe paleniska.

(rys.). Ołtarz obsypany jest różami a za nim na ścianie znajduje się witraż przedstawiający rudowłosego błazna o wężowych łuskach. Ma spiralnie podwinięte końcówki butów i jest zobrazowany w pozycji jakby tańczył, prawa noga uniesiona i obrócona w lewo, odkopuje jajo (złote) wokół którego owinięty jest zielony wąż. W paszczy trzyma purpurowe jabłko (rys.).

Skrzyżowanie smoka z białym orłem w złotej koronie, z otwartą paszczą i wystającym rozdwojonym wężowym czerwono-fioletowym językiem.

Widzę chimerę o gadzich, prostych nogach zakończonych pazurami, w tym pazurem na pięcie. Górna część ciała jest ptasia. Jest upierzony na rudo-biało a na głowie ma jakby pióropusz z płomieniście zakręconych piór. Paszczę ma gadzią, ze skrzydeł wyłaniają się dłonie, jedna trzyma węża a druga puchar, do którego skapuje jego jad. Postać stoi u niewielkiego lecz wysokiego na kilka metrów ogniska przy stromym klifie nad morzem.

Zegarki, okna, budynki, skrzynki pocztowe, kłódki na łańcuchach, lampy uliczne, rury biegnące pod tym wszystkim.

Ciemność utkana haftem zawierającym w sobie kształty kości, kwiatów i sieci.

Platforma wiertnicza gdzieś na dalekim północnym morzu.

Boczna nawa kościoła, po bokach stoją wazony z czerwonymi różami i metalowe rzeźby kotów. Na środku jest obraz przedstawiający fioletową humanoidalną postać. Jego aura jest obrysowana żółtym, czerwonym, zielonym, pomarańczowym i karmazynowym.

Naga kobieta siedząca na złotym tronie do którego wiedzie biały dywan; trzyma w dłoni doskonałe jabłko.

Gość w kominiarce szykuje się na zamach, pakuje broń do walizki, zamyka bagażnik i rusza. O 4:00 nad ranem wdrapuje się na wieżę białego kościoła, czai się tam ze snajperką na wizytę kogoś bardzo ważnego.

Grunt wyłożony ciemnozielonymi grubymi marmurowymi płytami. Jedna z płytek jest uchylona do góry, odsłania okrągłe wyżłobione w odwrócone swastyki zejście po drabince do tunelu – wiodącego w głąb, żłobionego dookoła w swastyczną mozaikę. Z tunelu wychodzę do pomieszczenia: ma szare, piwniczne, nieotynkowane ściany. Zza ściany wystaje wysunięte z szuflady metaliczne łoże. W miejscu gdzie delikwent miałby głowę gdyby położył się nogami do szuflady jest zaczepiony czarny gumowy kabel do duszenia go. Od spodu ten kabel przechodzi przez łóżko i jedna z jego końcówek jest ozdobiona otwartą paszczą węża.

Stojący w jaskini reptilianin w czarnym habicie z purpurową przepaską. Ramiona ma podniesione, zgięte w łokciach pod kątem prostym i w obu dłoniach trzyma pochodnie, z których jedna płonie ciemnofioletowym a druga ciemnozielonym ogniem.

Jaskinia w sklepieniu której jest tunel, z którego zwisa łańcuch i na nim można się wspiąć na szczyt ośnieżonej góry.

Skrzaty w zielonych mundurach z długimi brodami, przepychają szlaban graniczny jak Niemcy na początku II WŚ.

Zielony człowiek, zamiast brwi ma czterolistne koniczyny, z nosa wyrasta mu mech, ma wąsy z fiołków a z ust wystaje mu długi prążkowany rozdwojony język. Na głowie ma finezyjne rogi, na końcówkach zawinięte w spiralę.

Szara powierzchnia jakby skały ale podzielona na siatkę heksagramów, w każdym z nich znajduje się hieroglif przedstawiający jakieś zwierzę, rośliny i bogów.

Posesja jakiegoś szlachcica, która ma kształt trójkąta przy czym na dachu są uskoki. Nad wejściem jest wyrzeźbiona twarz białego człowieka z rogami jelenia. Śmieje się.

Idę najpierw ścieżką wśród mchów i traw przez drewniany mostek nad górskim strumieniem, wspinam się coraz wyżej, wchodzę na zalodzony, zaśnieżony płaskowyż pośrodku którego niby wychodek stoi budka stróża. W środku jest skórzany fotel obity ćwiekami i biurko. Na biurku leży drewniana figurka chłopca z odłamaną głową. Stoi tam również telefon, mały stary telewizor wektry, w którym leci jakaś pokurwiona komedia i muskularny facet w masce z ogromnymi króliczymi uszami podnosi ramiona. Podnoszę słuchawkę i widzę czarno-szarego wilkołaka o fioletowych oczach i fioletowym języku. Z oddali dostrzegam postać majaczącą pod gałęzią samotnego drzewa. On zapewne tutaj rezydował. Schodzę z tego płaskowyżu w dół, w bukowy las, gdzie pojawiają się stare, ciemne świerki i powykręcane dęby. Docieram do półokrągłego muru obronnego twierdzy. Okna dla strzelców na górze mają kształt muchomorów. Całej twierdzy już dawno nie ma, w jej miejscu stoi wiedźmia chata.

Widzę kwiaty, kobierce kwiatów układające się na wzór mozaiki.

Gwiazdozbiory przesłonięte czerwoną łuną wśród której zaczęła się wyłaniać aztecka fraktalna struktura z jaszczuroludzkim demonem w zbroi pośrodku. Stał jakby u wyjścia jakiejś twierdzy.

Szeroka świątynia z białej cegły z zaśniedziałym zieloną rdzą dachem i zaśniedziałymi niebiesko-szaro-zielonymi drzwiami. Nad wejściem jest podtrzymywany przez cztery kolumny okap / sklepienie w kształcie A a na nim w okręgu z przodu jest narysowane kozie oko. Wchodzę do środka. Po boku, po lewej stoi manekin kobiecy i mówi z nagrania przez usta „Gutenmorgen, w czym mogę pomóc?”. W głębi pomieszczenia jest […] a w zasadzie dwa modlitewniki. Przy tym po lewej klęczy dziewczyna o rudych włosach i zielonych oczach. […] w pomieszczeniu jest podparta kolumnami.

Dworek otoczony wysokimi tujami i świerkami, ma osobny ogród.

Pomarańczowo-żółte zwoje grubego kabla zgięte w spiralę.

Gołąb zamknięty w ouroborosie.

Wrażenie jakbym leżał pod wypolerowanym, drewnianym wiekiem.

Wnętrze świątyni o ciemnofioletowych cegłach w kształcie łusek.

Na tle poziomych linii śnieżących i różnobarwnych jak w TV nastawionym na nieistniejący kanał widać cień postaci. Być może jest to mój cień i powinienem go w siebie wchłonąć.

Okrągłe wyjście z kanałów na powierzchnię, stoję we wnętrzu tunelu, którego środkiem płyną ścieki. Przede mną jest wgłębienie w ścianie, z którego zwisa miedziany dzwon.

Postać, która jest złożona z różnobarwnych rombów, jest ciemna, tylko lekko podświetlona jak hologram.

Otwarta paszcza jakby niedźwiedzia o ciemnoniebieskich wargach, pełna okrwawionych kłów. Wokół niej rozrasta się oko o tęczówce złożonej z warstw okularów.

Fabryka z ogromnym metalowym kołem z dźwignią przymocowaną do podłogi i szybem windy, którą w górę jadą szare metalowe szafki, w których śpią Uśpieni.

Niebieski zarys kozła, a następnie kobiety lub figurki kobiety.

Przedramię i dłoń szarego wężowego człowieka. Ma czarne pazury.

Jezus przybity do Algiza, brzuch ma opasany z frontu czaszką ze skrzyżowanymi piszczelami, wygląda jak ta z czapek Huzarów Śmierci.

kristurweb

Tunel w szaro-niebiesko szachownicę, biegnący w dal i wciągający mnie, na jego końcu okrąg czerni o krawędzi jak ostrze piły zębatej, tyle że ostrza mają kształt płomieni, a odeń odcina się postać gnostycznego kapłana w czarnym habicie z kapturem; rękoma wykonuje magiczne gesty.

Czerwony, holograficznie lśniący wizjer w fioletowo – szarym hełmie o skomplikowanej konstrukcji, przypominającej te znane z niektórych prastarych indiańskich płaskorzeźb (rys.)

Ciemno-szare kształty płatków śniegu ułożone ze świerkowych gałązek.

Na zawieszonego Jezusa spogląda z gałęzi płomienno oka sowa.

Ciemno – czerwona, świecąca nieludzko gadzia źrenica otoczona ciemno-niebiesko-zieloną obwódką, a wokół ornament szronu, dębowych liści, kwiatów maku oraz róży.

Obustronny, zakrwawiony topór kata rozebranego do pasa, w czarnej, płóciennej masce. Wokół jego stóp pełzają węże a przed nim stoi pieniek u którego podnóża leży jasnowłosa głowa. W masce ma wycięte tylko dziurki na oczy a pod nią jakiegoś gogle. Na umięśnionym brzuchu ma olbrzymią bliznę w kształcie (rys.).

Fraktale wśród których widzę niebieskie szkielety dwóch leżących na boku, odwróconych twarzami do siebie ludzi.

Fioletowy okrąg z czarną promienistą otoczką, odbija się, leci w górę i zmniejsza.

Teraz mam wrażenie, że Twoje wargi są fioletowe.

Kształt małego dinozaura który dopiero co się wykluł z jaja.

Otoczona tujami biała kolumna na której szczycie w złotym palenisku płonie ogień. Fioletowy dym wzbija się w niebo.

Widzę niebieskie dwuletnie dziecko ze spiczastymi uszami i ostrymi zębami.

Czarownik w czerwonym habicie przewiniętym w pasie kremowym sznurem. Trzyma kostur na którego czubku jest okrągła lampa symbolizująca księżyc. Jednak pali się tylko jej brzeg jak w księżycu w nowiu. Czarownik idzie ziemną drogą przez piękny, zielony, wzgórzysty krajobraz. Zanurza się w las u podnóża góry i podchodzi do drzewa na którym jest umocowany domek dla ptaka. W środku siedzi kruk. Czarownik otwiera domek a kruk wskakuje mu na wyciągniętą rękę i siada na ramieniu. Wspinają się na wzgórze, wtem jakieś 600km stamtąd spada bomba atomowa. Niebo zapala się łuną i uderzenie wiatru łamie drzewa. Grzyb atomowy kształtem przypomina dąb. Czarownik czyni gesty rękoma i wypowiada zaklęcie co powoduje wyczarowanie tarczy, która chroni go przed uderzeniem. Czarownik zbliża się do zielonych drzwi do sejfu z okrągłym pokrętłem, a na ścianie jest duże narzędzie z kodem do wbicia, na górze ma rząd cyfr na czarnych, metalowych kółkach. Kruk zlatuje mu z ramienia i siada na barierce a Czarownik wklepuje kod i odkręca koło. Otwiera drzwi i wchodzi do małej, ciemnej świątyni z posągiem wysokiej postaci w fioletowej koronie na głowie przyozdobionej rubinami w kształcie rombów. Ten posąg przedstawia Setha który w ręku trzyma kostur zakończony głową kobry a lewą ręką przyciska do biodra grubą czerwoną księgę ze złotymi tłoczeniami na okładce. Za posągiem jest właz w podłodze, Czarownik podnosi go i schodzi po drabinie do katakumb, gdzie półki są wypełnione ludzkimi i zwierzęcymi szkieletami.

Teraz jestem pod ziemią na metalowej platformie. Spod spodu zionie ciemność, jakby była tam jakaś przepaść.

Widzę twierdzę z trzema wieżami zakończonymi krużgankami. Na każdej wieży jest maszt z flagą. Jeden przedstawia wygięte w okrąg maki, z których główek wychodzą wężowe języki. Inny przedstawia purpurową różę w białym okręgu na czerwonym tle. W środku róży jest Gwiazda Thelemy. Trzeci przedstawia vrila z odwróconymi runami SS. Na podwórzu między murami twierdzy stoi wysoka drewniana chata z wieżyczką przypominająca kościół. W środku po bokach stoją ławy a na ołtarzu jest posąg pokrytej szaro-żółto-zielonymi łuskami postaci, która zamiast nóg ma dwa węże ogony zawinięte w ósemkę. Ma rude włosy i brodę i gra na flecie a z głowy wyrastają mu niewielkie rogi. Za nim, we wgłębieniu ściany jest obraz przedstawiający zabójstwo Abla przez Kaina. Niebo na nim jest lazurowe a chmury różowe. Jeden z witraży przedstawia Jezusa powieszonego na Algizie, opisanego wcześniej, z tym, że ma przebity bok i kruk wydziobuje mu wnętrzności. Na ramieniu siedzi mu wiewiórka i próbuje podać w łapkach Jezusowi do ust orzech. Obficie krwawi od cierniowej korony. Prawe oko ma zamknięte, a lewe otwarte.

IMG_20161230_130811.jpg
kolaż aut. GvS

Przybita w lochu ogromna tarcza zegara którą przesłania półprzezroczysty hologram głowy płomiennookiej sowy. Gwóźdź na którym zawieszony jest zegar jest czarny i kapie z niego smoła. Wszystkie klatki są puste za wyjątkiem ostatniej, gdzie siedzę ja jako nastolatek, a naprzeciwko ja jako starzec. Wtem wchodzi mój syn, nagi poza czerwoną przepaską na biodrach, z pękiem kluczy. Starzec siedzi w pozycji jogina i medytuje a ja jako nastolatek siedzę pod ścianą z podkulonymi kolanami. Mój syn otwiera klatkę, w której siedzi młodzieniec, podnosi go za dłoń i wymierza mu siarczystego liścia w twarz. Nastolatek spluwa krwią i zaczyna się śmiać. Klęka przed synem i całuje mu stopę. Wtedy ten kładzie mu rękę na głowie, rozchyla usta i wlewa do gardła zawartość fiolki, którą miał zatkniętą za pasem. Sztyletem przecina więzy, którymi młodzieniec ma skrępowane ręce i nogi, narzuca na niego habit i daje świecę, każąc iść za sobą. W stróżówce siedzi prawdziwy potwór. Ma długi pysk, prążkowane, czarne wargi, czarne oczy, uszy osła i krzywe rogi na głowie. Mój syn wrzuca do naczynia przed nim kilka monet i wyprowadza mnie jako młodzieńca dalej. Bierze pochodnię ze ściany i wchodzimy schodami na górę. Młodzieniec podąża za nim gęsiego, trzymając świecę w dłoniach. Otwieramy drzwi i trafiamy do sali głównej zamku. Na sali jest ustawiony olbrzymi stół na czerwonym podłużnym dywanie prowadzącym do schodów które prowadzą z kolei do wyżej położonych komnat. Na końcu stołu siedzi okropnie stary król oblany winem i piwem, ślina mu cieknie z ust, chrapie. Mój syn wyciąga lewą dłoń a prawą posypuje proszkiem i wtedy na tej lewej dłoni zapala się płomień. Podpala królowi brodę i włosy, ten się ocyka i zaczyna jęczeć. Wtedy młodzieniec odrzuca świecę w stronę firan, zdejmuje królowi koronę z głowy i wciska ją ostro zakończonymi rogami w jego twarz, wyłupując oczy. Wtem w bocznym przejściu migocze światło pochodni i słychać szczęk zbroi i mieczy. Jedna z firan podpaliła się od świecy. Seth bierze sól ze stołu i wysypuje nią na posadzce okrąg w centrum którego usypuje Aegishjalmur. Strażnicy nadbiegają i widzą króla. Wpierw machinalnie wyciągają miecze, jednak gdy najśmielszy z nich próbuje się zamachnąć na Setha, jego miecz napotyka opór na wysokości krawędzi okręgu w którego środku stoi Seth razem ze mną. Wtem jeden ze strażników – brodaty Nordyk, zdejmuje hełm, podchodzi do tronu i przewraca go kopnięciem. Wojownicy patrzą po sobie, ustawiają się w równy szereg przed Sethem, klękają na jedno kolano i wyciągają miecze klingami w jego stronę.

Globus, na którym spoczywa czerwono-skóra dłoń o granatowych pazurach.

Jestem w ciemności podziemi rozległej hali. Jezioro faluje pod moimi stopami, a ja dostrzegam jaśniejszy prostokąt stalowych drzwi. To winda, naciskam czerwony przycisk i drzwi się rozsuwają bezszelestnie. Na całej przeciwległej ścianie jest wizerunek Boga Pana, z rudawymi kręconymi włosami, kozią brodą, szeroko uśmiechniętymi ustami, odsłaniającymi okrwawione, ostre zęby; w oczach ma obłęd, a na głowie dwa rogi. Mimo nich mieści się na niej również wydziergana na drutach Mikołajewska czapka w białe kropki. W środkowej kropce jest gwiazda Thelemy. Czapka zakończona jest pomponem w kształcie jabłka. Postać jest przedstawiona na tle żywopłotowego labiryntu. Gdzieś w pobliżu unosi się płomień i w ciemnoniebieskie niebo wzbija się słup czerniawego dymu. Bożek trzyma gołębia przybitego do równoramiennego krzyża z konarów.

Fioletowe kształty profili różnych postaci – psychiatry, szamana. Jan Paweł II wygrawerowany na czarnej skrzynce pocztowej. Z głowy wyrastają mu czułki w kształcie halucynków.

Widzę insektoida o olbrzymich jak u muchy czerwonych oczach, ciało ma szaro-zielonkawe, a z głowy wychodzi mu czerwona, zawinięta w dół w spiralę jak u motyla „trąbka”. Z głowy wystają mu czułki opierzone jak u pawia.

Na ścianie jaskini malunki Neandertalczyków, wśród nich mandale i bindruny oraz sylwetka postaci z ogonem i skrzydłami.

Ciężkie, szarozielone, łuskowate powieki i głęboko błękitna tęczówka ze źrenicą tworzącą lewoskrętną spiralę.

Ujrzałem pyzatego ok. 10-letniego blondynka w czerwonym napoleońskim kubraczku, z oczami przewiązanymi zakrwawionym bandażem, w pantalonach i kozaczkach, z ręką na temblaku. Zza niego z ziemi wyłania się wychudły, blady kapłan w szaroniebieskiej szacie, z kosturem zakończonym głową kobry. Przywiązuje chłopca do pala, buciorem zakreśla wokół niego okrąg (podwójny) i sztyletem podrzyna mu gardło, by ten wykrwawił się jak świnia. Pierwszy kruk zeskakuje z ramienia szamana i rozpoczyna żer. Pal obgryziony praktycznie do samych kości zostaje spalony, a ciemny słup dymu staje się kolumną łączącą podziemie z niebem.

Wizje upadłych

WIZJE ONEGO:

Hotelowe mieszkanie artysty malarza.  Nad kominkiem wisi wizerunek istoty będącej skrzyżowaniem Abraxasa i Seta-Tyfona, ściany w tym pokoju są żółte.
Otwarta łupina ogromnego owocu w którym roi się od dużych owoców niby gadzich jaj.
Kat zbijający szafot.
Żółty nóż.
Wśród chmur widzę czaszkę, prawy oczodół jest pusty i duży a lewe oko zakryte bielmem. Przy późniejszych podaniach widywałem czaszkę ciasno powleczoną zieloną skórą, bez warg, skrytą w cieniu, ze spiralą w jednym oczodole.

Równoramienny krzyż w okręgu na tle fioletowo-zielonych kulistych plam.

Jaszczurza twarz Seta (?/ reptilianina) widziana w mroku splątanym trasami obrysów łusek. Później w migoczącym świetle jak w kalejdoskopie, albo na krześle elektrycznym błyskają twarze wszystkich, którzy go ujrzeli. Krzesło sędziego. Na podziemnej ścianie płaskorzeźba pentagramu w okręgu z cierniowych gałązek. Przydałaby się pochodnia Niosącego Światło, aby oświetlić tą jaskinię, jednak ten skrył się w cieniach.
Rury grzewcze powyginane jak robale albo węże. Przeświadczenie znajdowania się w podziemnej pieczarze kanalizacji.

Jaśniejące halo tęczowej źrenicy.
Orzeł trzymający w dziobie sztylet.
Dłoń o długich palcach powtórzona kilkudziesięciokrotnie, jakby w ruchu rozbitym na klatki.

Wciągający tunel utworzony z zawiniętej, fosforyzującej psychodelicznie szachownicy. Bursztynowe oczy sowy. Grobowiec, którego ściana jest pokryta wyżłobionymi krzyżami w okręgach. Spiralnie utkana pajęczyna.

Zielone obłoki, z których na zielonej wypustce zwisa zielony skrzat.
Czarna dłoń machająca przez czerwoną przesłonę.
Spiralne słoje asfaltu.
Podczas pocałunku: spirale i kwiaty.

Strażnica na szczycie góry z czerwoną chorągwią.
Człowiek o zielonej skórze i czaszce ciasno powleczonej skórą, bez warg; ma niebiesko-fioletowe oczy, kryje się w mroku.

2roseiii
Czarny ołtarz na którym leżą zaplecione w okrąg róże. Na ścianie wisi obraz w złoconej ramie, przedstawia Kapłana stojącego na pustyni w nocy w czarnej szacie, ma władzę nad wężami, piorunami i wulkanami, a w dłoni trzyma jarzące się na purpurowo serce.
Dłoń G. pokryta bliznami od okaleczeń, na palcu ma pierścień zaręczynowy.
Ciemne burzowe chmury nad dębami.
Zielony człowiek, z zębów cieknie mu krew. Stąpa w świątyni po posadzce ułożonej na kształt łusek, widać jego oko z ciemnozieloną podłużną źrenicą i fioletową tęczówką.
Mysz upolowana przez kota, odgryza jej głowę, a z truchła ciągnie się rdzeń kręgowy.
Czerwona makówka z kwiatami układającymi się w koronę.
Ogromne podziemne hale przemysłowe, na środku jest wejście do windy ale tak naprawdę to grobowiec, wszedłem do środka, zjeżdżam w dół i wysiadam w oceanie gwiazd.

Kapłan o twarzy żaby, w kapturze, z ogonem, stoi nad stawem i trzyma pochodnię. Wtem z daleka nadpływają okręty egipskie. Sterują nimi ludzie odziani w maski zwierząt. Kapłan przechadza się po ich okręcie z odurzającym kadzidłem. On nauczył ich połowu ryb i wykuwania metali.
Widzę ścianę świątyni pomalowaną we freski przedstawiające walczących indiańskich wojowników, pantery i krokodyle. Wódz Indian jest odziany w tygrysie futro. Bramę świątyni u szczytu zdobi wyszczerzona twarz demona.

twarzdemona

Wewnątrz płonie Wieczny Ogień. Po bokach wejścia stoją gryfy z halabardami i żółto-niebieskimi chorągwiami.
Piwnica pełna starego wina. Jest w niej ciemno, roi się od pajęczyn a okna są zakratowane.

Starowiktoriański kredens z zegarem i stół na 7 osób z purpurowym obrusem. Gospodarz nosi czarny kapelusz z czerwoną wstążką. Pamięta dinozaury.

Kot z frędzlowatymi uszami, który leży na grubym dywanie przed ścianą ozdobioną symetryczną, okrągłą, niebiesko-czerwoną głową z sardonicznym uśmiechem, czerwonymi oczami, długimi zębami, rozdwojonym językiem i włosami układającymi się płomieniście wokół głowy.
Jaskinia z namalowanymi czerwoną farbą zarysami żab, jaszczurek i spirali.
Lecimy razem ze G. samolotem, trzymam ją za dłoń i czuję, że nic nie stanie na przeszkodzie w wykonaniu naszej Prawdziwej Woli.
Tańczący szkielet w kukiełkowym teatrze, do kości ma przywiązane sznurki. Na scenie rośnie kwiecisty trawnik. Z traw wynurza się zając trzymający w zębach jeszcze bijące, ludzkie serce. Ludzie na widowni zaczynają się szaleńczo śmiać, a następnie rzucają krzesłami, rozbierają się i realizują orgię. Wtem wpada specnaz / brygada antyterrorystyczna i wytruwa ich fentanylem.

Pięknie zdobiony, pokryty żelaznymi ornamentami czerwony lichtarz, coś mi mówi, że stoi on nieopodal naszego grobu. Jest słoneczny dzień, powietrze jest rześkie i śpiewają ptaki. Na cmentarzu lis wykopał sobie norę. Wielobarwne opadłe liście zaścielają nasz nagrobek. Po bokach schodów doń wiodących rosną drzewa o kwadratowych pniach i ciemnoczerwonej korze. Na gałęzi tego po lewej owinął się wąż, a na tym po prawej siedzi sroka. Kute, metalowe, rzeźbione drzwi do kaplicy. Przedstawiają groźną postać stróża z przetrąconymi skrzydłami. Gdy zapada zmrok, wrony i gawrony gęsto obsiadają ramiona krzyża. Nasz syn przynosi nam kadzidła i polewa ziemię przed nagrobkiem absyntem.

Stroboskop.
Czaszka z różą w zębach, jeden oczodół pusty, w drugim jest kwiat róży.
Wąż zawinięty w ósemkę.

tumblr_ogulduyoud1tm5ooho1_400
Zamknięte drzwi z drewna, mają rudy kolor i dobrze widać poszczególne słoje. W drzwiach jest wizjer, jak pukam to przez ten wizjer widzę kompletnie czarne oko.
Widzę jak wózkiem ręcznym wypakowują ogromną przyczepę.
Niebieski okrąg który się skurczył i zamienił w owada.
Żółte, gadzie oko z czarną źrenicą i otoczone bladoszarymi łuskami.
Widzę reklamę dopalaczy, jest to plakat zawieszony na tablicy i napis głosi: MAMY CIĘ!
Żelazny, pomalowany na zielono płot, za nim rosną sosny i zasłaniają kompletnie czarny dom.
Na tle fioletowej ściany widzę odwrócony krzyż a w kadzielnicy jest krew.

Ciemna powierzchnia przetykana siatką lub czerwonymi liniami, na nią zachodzą fioletowo-granatowe chmury od których odcina się czarny cień Obcego.
W kompletnej ciemności widzę zielonkawą plamę, która na moment się rozjaśnia i przeradza w upiorną twarz, wykrzywioną w sardonicznym uśmiechu.

Fraktale.
Widzę czarne okręgi wypełnione fioletem które się oddalają.
Krzewy bzu.
Przystanek przy cmentarzu Rakowickim. Na cmentarzu rosną ogromne dęby, a czarnej, żelaznej bramy strzeże Lucyfer z pochodnią nasączoną smołą. Ma zaprzęg huskich i dwa bicze.
Puste niebieskie krzesła na widowni kina, ekran jest przesłonięty czarną kotarą, po bokach rosną paprocie a za krzakiem dzikiej róży czai się lis.
Obskurne polskie blokowisko z zadrapanymi ścianami budynków.
Przez chwilę zdawało mi się, że byliśmy na cmentarzu Rakowickim na działkach i że G. kazała mi sobie założyć buty i nie mogłem ich znaleźć.
Poszliśmy grzać w krzaki ale nie mieliśmy papieru ani wacików i zapytałem przechodzącą panią z zakupami która bardzo chętnie mi je dała.

Zielone baraki otoczone drutem kolczastym.
Labirynt z czerwonymi ścianami.
Wiata z fioletowo-żółtej blachy.
Wspinam się na wieżę ciśnieniową aby oglądać upadek systemu, sam się do niego przyłączam.

Widzę coś nie do opisania. W ciemności widzę okno zakryte czarną zasłoną w kratkę przesłaniającą odrobinę światła.
Bezdomny z żółtą gitarą.
Idziemy peronem wśród liści. Schodzimy na trawę i docieramy do studni.
Przepływające chmury na tle nieba złożonego z łusek. Chmury są fioletowe.
W fioletowo-zielonym mroku błyskają diamentowe oczy smoka.
Cień obrysu twarzy Lokiego.
Skrzyżowanie kota ze szczurem.
Blade dłonie o bardzo długich palcach i długich paznokciach czynią magiczne znaki nad płonącym w kulistym zbiorniku ogniem.

v6b
herr K., fot. Gertruda

Widzę nasz płód i wiem, że jeżeli nie zawiodę, będzie to człowiek o ogromnym przeznaczeniu.
Spiczasta broda zawinięta jak półksiężyc, ciemnofioletowe usta i duże, kompletnie czarne oczy.
Nieświęte serce obraca się wśród fioletowych chmur.
Szczęki humanoidalnego jaszczura spomiędzy których wystaje rozdwojony język. Czarne oko o obrzeżonej srebrnie szaro-zielonej gadziej źrenicy.
Wśród ciemnej przestrzeni wypełnionej łuskami wyłania się półprzezroczysta twarz. Wygląda jak zza drugiej strony lustra.
Wśród fioletowych chmur cień małego człowieczka, myślę, że to nasze dziecko.

Widzę jakbym leżał w grobowcu i patrzył na niskie, popękane sklepienie.
Fioletowe chmury układają się w kształt złączonych dłoni.
W prześwicie ciemności widzę diamenty.
Fioletowy zarys postaci z rogami.
Demoniczna trupia blada twarz i jasnoszare tęczówki oczu.
Widzę wielkie kocie oko. U góry tańczy fioletowa mgła. Układa się w rozwartą paszczę jakiegoś mitycznego potwora.
Fioletowe chmury się rozwiewają, odsłaniają zieloną powierzchnię pokrytą ciemnymi plamami, jakby rdzy.
Plama przez którą przepływają kolory od czarnego, przez zielono-szary, po fioletowy. Jak jest zielona, wygląda jak stary, okopcony sufit.
W fioletowej chmurze robi się dziura a w niej widać ciemnozielone wieko grobu.
Teraz wszystko zaczyna stroboskopowo mrugać.
Szaro-fioletowy dym który się rozwiewa, przyjmuje różne kształty i zostaje zasłoniony cieniem.
Ornament płatków śniegu wśród których widać zastygłe w krzyku ludzkie twarze.

v3b

Groteskowa twarz kosmity z ogromnymi oczami. Jego czaszka jest najszersza u góry a u dołu wąska, ma fioletowe usta.
Jezus stojący z pochyloną głową świecący się fioletowo-czerwoną poświatą. Aura jego włosów ma kolor niebieski.
Sroka przez sekundę. Twoja twarz odbija się w lustrze, którego większość wypełnia powierzchnia przetkana bardzo gęstą siatką koncentrycznie otaczającą okrąg.
Ornament na czerwonym tle na którym są jasnożółte zdobienia jakby naniesione gwiazdkami lodu.
Zamyślone, zasępione brodate twarze.

Zielony lewitujący eliptyczny kształt porównywalny do waginy.
Puste fiolki po krysztale.
Drzewo wyrastające ze studni, jest to jesion albo dąb.
Skrzat który wystaje z wiadra.
Strzykawki i zakrwawione waciki.
Aptekarska butelka z brązowego szkła. Płyn w niej ma strukturę łusek.
Gruba liturgiczna świeca wokół której jest owinięty cienki wąż, jego język jest płomieniem.
Kryształowy kielich pełen ciemnej krwi. Stoi na ołtarzu przybranym na niebiesko.
Czerwono-różowy kształt obok którego jest szaro-zielona hala.
Właz prowadzący z piwnicy na górę albo na dach.
Znowu czerwono-różowy kształt układający się jak witraż. Zrobił się szaro-niebiesko-zielony. Coś mi podpowiada, że to jest Nieświęte Serce.
Teraz widzę inną istotę (rysunek wkrótce).

Różowe serce na tle obrazu namalowanego przez lód zastygły na szybie.
Kwiaty i gwiazdy.
Zielony okrąg – w nim wąż ouroboros.
Kwiat róży lub kropla krwi.
Twarz olbrzyma złożona z dużej liczby kamieni na tle nocnej puszczy.
Jasność pełna fraktali i kwiatowych ornamentów.
Cztery diamenty w koronie Lucyfera.
Czerwone okno do innego wymiaru.
Czerwone chmury na nocnym niebie i wędrowiec w niebieskim płaszczu. Chodzi z kosturem wśród wysokich grabów i brzóz. Las rośnie na pofałdowanym terenie. Na mchu leży obrazek święty Jezusa z sercem otoczonym cierniami. Na polanie rośnie gigantyczny grzyb, wyższy od posążku jakiejś świętej. Kostur wędrowca jest ozdobiony u góry nazistowskim orłem. W mchu zauważam leżące wśród jagód butelki po lekach, brązowe z żółtymi etykietami. Wtem wędrowiec dociera do rodzaju kamiennego amfiteatru. W jego centrum stoi kamienny ołtarz splamiony krwią.
Przez otwarte drzwi górskiej chaty widzę zamglone szczyty. U wejścia wiszą wachlarze z biało-szaro-brązowych piór. Wewnątrz roi się od ziół i przetworów z maku i konopii. Nie wiedzie tam żadna droga.
Teraz patrzę jak żuki chodzą po uschniętych kwiatach.

luski7v
próba ilustracji dominującej podczas wizji tekstury

WIZJE ONEJ:

Migawki z Fromborka (hotel i Zalew Wiślany).
Ołtarz na którym stoi złoty kielich z którego unosi się czarny dym.
Kotara którą ktoś od drugiej strony rozcina nożem.
Płomień (złoto-biały) unoszący się w przestrzeni.
Ktoś strzelający z bicza a bicz okazuje się być wężem.
Grób M.
Tunel drzew prowadzący do jakiegoś grobowca, na grobowcu wyryto runy i najrozmaitsze święte i magiczne znaki.
Patrząc na K. stojącego ze świecą w dłoni mam wrażenie, że widzę jego aurę i widzę płomień w nim.
Smok o trzech szyjach i pyskach węży.
Wchodzę do ciemnej świątyni gdzie za srebrno-szarą kotarą siedzą bogowie, kotara jednak nie odsuwa się, mam jedynie świadomość ich obecności, pole widzenia trochę jakby z góry.
K. szczęśliwy, tulący w rękach dziecko.
Czerwono-złote błyskawice będące wszędzie.
Drewniany domek w lesie, przeświadczenie, że jest nasz.
Zasłona ciemności rozdziera się ukazując pustkę, ziejącą wielką kosmiczną czerń.
Dwa rysie pod ogromnymi drzewami sosen.
Pada deszcz i wydaje mi się, że nie słyszę go, a widzę, migotaniem tysięcy srebrno-złotych kropel. Widziałam piorun za oknem, wydał mi się kulisty i niebieski. Za oknem dalej pioruny, są piękne, chciałabym, żeby świat zawsze był oświetlony ich światłem.
Deszcz zdaje mi się płakać nad nami.
Teraz gdy zamykam oczy mam pod powiekami tylko jego.

Widzę naszą trójkę (K., nasze dziecko i ja) jak idziemy trzymając się za ręce przez las.
Rośliny do których mówię i rosną.
Noc poślubna we Fromborku.
Widok ze szczytu górskiego na inne ośnieżone szczyty pokryte mgłą a na dole pośród skał jezioro.
Świeca na łóżku promieniuje światłem i blaskiem i mam wrażenie, że tak samo promieniuje moje serce.
K. z zabandażowanymi rękoma (? vide sen o tym, jak sobie uszkodził dłoń – sprzed paru tygodni).
Policja zabezpieczająca teren po tym jak dostałam zapaści oddechowej i umarłam.
K. piszący dla mnie wiersz.
Diabelska szopka; coś jak szopki krakowskie na Boże Narodzenie tylko z samymi sprośnościami i diabłami.
Jaskinia pełna stalaktytów i stalagmitów (pośrodku jezioro).
Czyjeś nogi stojące na posadzce skąpanej we krwi.
Dwójka przerażonych dzieci będąca ofiarami porwania do tego świata (K. i ja).
Robię zdjęcie buteleczki piwa które ma lisa na etykiecie.
Czytam jakiś list z więzienia.
Ręce ponad powierzchnią spienionej wody wykonujące jakiś zmysłowy taniec, pod wodą jest syrena.
Jak Alicja w Krainie Czarów, otoczona “dziwnością” świata i nie rozumiejąca jego reguł.
Dolina otoczona wzniesieniami, skarpami, urwiskami, wysoko rosną drzewa, wszystko w intensywnej zieleni.
W płomieniu świecy, w drganiach jej światła wyczuwam rytm bicia serca K., jego serce jest Wiecznym Płomieniem.
Kłębowisko węży i żmij; zielono-czarne łuski i połyskujące czerwono-żółto oczy.
Rozlatujący się mały kościółek który chcę odnowić i w nim zamieszkać, zostawić ołtarz do sobie znanych celów.
Pęknięcia na ścianach, pełzające larwy.
Stroboskopowe światła.
Szatan który się do mnie uśmiecha co poczytywać mam za znak, iż “jestem na dobrej drodze” by wywiązać się z tego, co podpisałam w cyrografie…
Morze rozbijające się o ogromne przybrzeżne skały – kolor wody holograficzny – od zieleni, przez niebieski, po fiolet.

morze
Zaspy skrzącego śniegu.

Dłoń z której wyrastają gałęzie.
Tunel pod ziemią prowadzący do ścieków.
Las z powalonymi przez burzę drzewami.
Stoję na szczycie górskim w środku zimy, wszystko skąpane w śniegu.
Krzesła w poczekalni; ta poczekalnia to Czyściec.
Podczas pocałunku widzę ciemnogranatowe burzowe niebo.
Trzciny poruszające się na wietrze.
Kot pijący wodę ze strumienia, po wypiciu zaczyna sobie myć futerko.
Świątynia, coś jak bazylika watykańska, rozświetlona tysiącem świec, przy ołtarzu trony na których siedzą Abraxas i Set-Tyfon.

Kościół w którym ludzie rzucają kwiaty obchodząc jakąś ceremonię, ja i K. trzymamy się za ręce.
Wchodzę z K. do pustego kościoła i znów kochamy się w konfesjonale.
Dziewczynka bawiąca się truchłem psa, m.in. dźga go patykami, otwiera mu oczy itp.
Wyszczerzona twarz szefa, który mówi: “trzeba umieć rozdzielać obowiązki osobiste od zawodowych!”.
Cmentarz w R., na którym pierwszy raz długo rozmawiałam telefonicznie z K., ołtarz polowy przybrany jest na czerwień i złoto. Nie ma mszy, ale stoją na nim wszystkie liturgiczne parafernalia i chcę je wziąć do domu i się nimi bawić.
Kruki wokół grobu mojego dziadka, wyglądają jakby trzymały straż.
Podpalam przydrożną kapliczkę z figurką Matki Boskiej.
Moje niedoskonałe ciało którego mi wstyd i któremu chętnie bym wyrządziła krzywdę.
Kąpiel i zastrzyk morfiny w wannie, tak jak to praktykowałam przez parę lat.
Występuję w programie dla dzieci, wychodzę z trumny i mam udzielać odpowiedzi na pytania dotyczące życia pozagrobowego.
Rozbity termometr, rtęć w małych kuleczkach które zbieram celowo ażeby się otruć.
K. jest Aniołem i każde piórko które spotykam na swej drodze jest jego zgubą, należy do niego; myślę o tym w ten sposób, że przemierza jako Stróż wszystkie moje ścieżki; gdzie on, tam ja.

1wrzes033
Czuję jakby moje serce miało formę kwiatu który rozkwita tylko przy nim, w pozostałych przypadkach jest zwinięte w pączek i nikt nie ma doń dostępu.
Świątynia pełna postaci w czarnych płaszczach i kapturach; niosą płonące lichtarze, cienie liżą ściany na których widnieją czerwono-czarno-złote freski.

Krew na palcu, na którym nosiłam pierścionek zaręczynowy.
Ciasna komórka z zakratowanymi oknami, jakieś 2,5×2,5 m, łóżko, stolik i nic ponad tym. Mam w tej celi spędzić 10 lat.
Syriusz który obiecuje mi być moim kosmicznym przewodnikiem.

K. w czarne cętki, jak tygrys.
Ścieżka wśród drzew, pośrodku stoi zakapturzona postać.
Opustoszała świątynia, podchodzę do ołtarza i rozpoczynam po swojemu nabożeństwo.
Niedźwiedzica i małe niedźwiedziątka na leśnej polanie.
Powalone w czasie burzy drzewo, które utworzyło kładkę nad rwącym górskim potokiem.
K. siedzący samotnie w lesie na ściętym pniu drzewa, jest młodszy niż w rzeczywistości, wydaje mi się, że rozważa samobójstwo.
Dwa pochłaniające się wzajemnie języki ognia, czerwony i żółty.
Schody prowadzące do wejścia do świątyni w stylu greckim, oprócz dwóch kolumn przy wejściu nie ma żadnych architektonicznych ozdób, cała jest z litego szarego kamienia.
Tygrys w obręczy splecionej z róż.
Algiz i Thurisaz wyryte na dziobie drewnianej łodzi.
Znajduję w lesie ludzkie szczątki, jest to dobrze zachowany szkielet z uniesionymi ku czaszce rękami, wygląda, jakby krzyczał.

Kamienna brama wyglądająca jak Łuk Triumfalny – wejście do ruin świątyni w sercu lasu.
Wiatr rozsypujący płatki kwiatów na wietrze, najwięcej róż.
Wiewiórka, która przemknęła po konarze olbrzymiego drzewa jak podczas naszego ostatniego spaceru, skacze z drzewa na drzewo i w ten sposób pokazuje nam, byśmy za nią tym szlakiem poszli.
Ogromna cisza na pustej plaży tuż przed tym, jak ma nadejść sztorm.
Papierki po dopalaczach i rozbite butelki leżące na terenie Szpitala Babińskiego.
K. zrywający mi do wiązanki ślubnej róże i polne kwiaty.
Barwy z obrazu autorstwa Tomasza Babierackiego, który wisi nad naszym łóżkiem, zdają się spływać kaskadami, być w nieustannym ruchu.
Naga kobieta z tatuażami (Babalon): wieńcem z róż opasującym biodra i podbrzusze, księżycem i słońcem na dekolcie, ptasimi piórami na ramionach i plecach i dwoma pucharami z których wychylają głowy węże na udach, strzeże bramy prowadzącej do sekretnego zakonu, obok wejścia stoją dyby i studnia a kobieta trzyma w ręku łańcuch z kluczami do nich.

Czarno-biały film wyświetlany z podniszczonej kliszy, duże ziarno, szumy. Ciężko rozróżnić jakieś kształty.
Tor wyścigów konnych, wszystkie konie są białe, tylko jeden czarny.
Leśna polana skąpana w świetle księżyca i gwiazd. Na powalonym pniu drzewa siedzi starzec z długą siwą brodą, trzyma lampion w jednej ręce a pięknie rzeźbiony kostur w drugiej.
Muzeum archeologiczne i niebiesko podświetlone krypty.
Jagniątko ssące mleko owcy.
Mieniący się granatowo-zielono (jak pawie pióro) język ognia.

vsss
herr K., fot. Gertruda

Drabina naszpikowana odłamkami szkła. Wychodzenie z dna boli.
Wierzby płaczące w polach za domem rodzinnym w W. Zwieszają gałązki nad płytkim polnym strumieniem. Witki nurzają się w wodzie powodując powstawanie małych wirów, spiralnie uformowanych błyszczących na srebrno tuneli.
Drewniana chatka w lesie, nad kominkiem wisi strzelba, w kuchni na stole leży niewypatroszona dzika zwierzyna.
Pole maków, rośliny zamiast makówek zakończone są głowami węży.
Vril nad krajobrazem skutym lodem, w zorzy polarnej.

Zielone wagoniki karuzeli.
Domek na klifie morskim. U dołu z hukiem woda rozbryzguje się o skały.
My jako dzieci, huśtamy się na huśtawce.
Siatka żył na ciele K., jakby stał pod czymś w rodzaju rentgena.
Tarot, na wierzchu karta z Wisielcem.
Złoty lichtarz z płonącą świecą. Ołtarz przybrany na czerwono.
Koty bawiące się z wężami.
Trzy nagie boginie o jaskraworudych włosach.
Zawieja śnieżna, wszystko błyszczy w świetle ulicznych lamp. Widzę powroty do domu na Dobczycką z K.

Wzburzone ciemne morze, statek płynący nocą wśród gwiazd.
Las i koszyk pełen muchomorów.
Cmentarz w Święto Zmarłych, wszędzie mnóstwo zniczy.
Zastygła w bezruchu na leśnej polanie sarna wlepiająca we mnie wzrok.
Stada mew w porcie rybackim.
K. zrywający dla mnie róże i kaleczący sobie dłonie.

Tęczowy most zrobiony jakby z kwarcu. Łączy ze sobą dwie podobne Ziemi planety.
Lisica w legowisku z młodymi. Jej zęby błyskają czerwono a oczy szmaragdowo.
Betonowy bunkier. Wejście / właz do niego jest gdzieś ukryte.
Morze wyrzucające na brzeg ciało topielca. Jest ciemne i wzburzone a niebo szare jakby zapowiadało się na sztorm. Na piasku jest mnóstwo piór, wyrzuconych wodorostów, muszli i meduz.
Zakapturzona postać siedząca w pieczarze w górach. Na ścianach suszą się rośliny i grzyby, wszędzie są szkielety i kości rozmaitych leśnych zwierząt, pośrodku palenisko z buchającym na pomarańczowo-czerwono-złoto ogniem.

v16
skromne palenisko ze spaloną różą, fot. Gertruda

Diamentowo migocząca powierzchnia na tle której wirują róże.
Porośnięte mchem skały w górach, tworzące labirynty / szlaki jak w Górach Stołowych. Zapada zmierzch, nadlatują sowy. Czysta górska woda wycieka spomiędzy skał, w mroku wygląda jak mieniąca się, gęsta, pryzmatycznie rozszczepiająca światło smoła.
Polana w lesie skąpana w porannym słońcu. W koronach drzew szumi czysty, łagodny wiatr. Na horyzoncie na linii drzew widać słup dymu.
Szkarłatna kotara za którą stoi szklana gablota skrywająca serce zatopione w bursztynie. W innym bursztynie jaszczurka i węże jaja.

v15b-copy
rozkuwanie kłódki psyche

Opuszczony cmentarz i zrujnowana kaplica do której wiatr przywiał liści. Na belkach pod sklepieniem siedzą uśpione ptaki. Kładziemy się z K. pod samym ołtarzem i przyglądamy się wyblakłemu malowidłu na suficie. Kontury i kolory zatarte przez czas, ale chyba przedstawia walkę aniołów ze zbuntowanymi aniołami.
Wnętrze grobowca do którego wpadają smużki światła – zielone, fioletowe blaski kładą się po ścianach wnętrza. Chciałabym już stamtąd nie wychodzić.
Moje włosy mokre od roztapiającego się śniegu. Stoję na tle pomnika z krzyżem w lesie i wycinam sobie nożem jakiś skomplikowany symbol na nadgarstku – wiem, że jest jak płatek śniegu, nie ma drugiego takiego samego.
Feniks płonący pryzmatycznie rozszczepionymi barwami, najwięcej lśnią jego pióra zielenią, fioletem i czernią, sprawiają wrażenie jakby były z diamentów.

Herr Katastrof i Frau Gertruda

Kryształowy psychodeliczny aspergerowski terroryzm

jako, źe wszyscy amoraliści w historii razem wzięci nie dopuścili się tylu okrucieństw i zniszczeń co przeciętny moralista w ciągu źycia, sądzę, że kiedy ktoś zaczyna bredzić o moralności, powinno się szybko zamienić samochód na czołg, kupić broń i amunicję, ubrać hełm i zbudować schron przeciwlotniczy. tacy ludzie są niebezpieczni.
___
Robert Anton Wilson
‘nigdzie nie napotkasz władzy’

Dokładna lokalizacja, okoliczności zażyć w ciągu 4 dni nie zostaną tu sprecyzowane, gdyż rozmyły się w całkowitym potencjale neuroreprogramacyjnym doświadczenia. W pamięci zachowało się podanie dożylne w pracy na ochronie, na błoniach krakowskich, cmentarzu rakowickim, w lesie wolskim i w paru kamienicach starego miasta. Nadmienić należy, że dochodziło do cokolwiek niebezpiecznych sytuacji, jak ta, gdy idąc ulicą w pobliżu komendy na ul. Lubicz z otwartym piwem N. został zatrzymany przez radiowóz, odbyło się przeszukanie, z tym że G. nosiła plecak N., a do tego miała na sobie kurtkę ochrony (w kieszeni której był kryształ), co sprawiło, że przeszukany został tylko N. Milicjanci byli lekko podkurwieni faktem, że wobec braku meldunku N. nie mogą wymierzyć mu mandatu, a znalezione opakowania po igłach niczego nie dowodzą, w dodatku zatrzymany twierdzi, że tabletki, które posiada w samarce po filtrach do papierosów otrzymuje na receptę od psychiatry w związku z potrójną diagnozą. Nie zmąciło to planów na wieczór, po kwadransie procedur na komendzie udaliśmy się na działki przy Cmentarzu Rakowickim celem podania, co było utrudnione przez ciemność, chłód i trudną dostępność żył u G.

N. widział zielone, pokryte łuskami oblicze Seta-Tyfona, holograficznie świecące wielobarwne łuski splotów węży. Wzór utworzony z igieł tui i jaszczurek. Lustro, z grubym napisem krwią: IN HOC SIGNO VINCES. Jakby przez połamaną szybę widział wnętrze pokoju, będącego głęboko pod ziemią – na jego ołtarzu stoi kadzidło, jest to miejsce wielkiej diabolicznej władzy, skąd źródło biorą korzenie Yggdrasila (flashback z tripa po dxm). Oboje widzieli oko węża, N. z czarną tęczówką, eliptyczną źrenicą i białą otoczką, G. z żółtą tęczówką i zieloną otoczką. Duchy zmarłych w postaci fioletowych cieni ludzkich kształtów, które obserwowały nas ze współczuciem i miłością, ale też pewną dozą smutku. G. też czuła obecność zmarłych, przekazywały telepatycznie swoją akceptację dla naszego czynienia podług Woli.

G: Wjazd agresywny, momentami zaczęło ją piec całe ciało, a w szczególności twarz i policzki. Widziała ciemny pokój z jednym jasnym, oświetlonym punktem, który był jakby ołtarzem (flashback z dxm). W pokoju tym przebywała jedna ważna postać – Sędzia. Widziała go też na dxm i powiedział jej wtedy, że ma na ziemi misję do spełnienia. Ujrzała kosmos, zbiory galaktyk i ziemię jako miejsce, w którym mamy jedyną szansę na dokonanie wyboru. N. powiedział, że jest to możliwość pokierowania swoim życiem tak, aby zamienić się w coś pełniejszego, aby zrzucić łuski lub wykluć się z jaja (G. przez chwilę wydawało się, że cała się łuszczy i jak wąż zmienia skórę).  Zwały ciał zastrzelonych ludzi, morze z wysoka z chmur z mieniącą się linią brzegową.

Błonia krakowskie, po 18-tej, słoneczne popołudnie, we trójkę przykucamy se na trawie i szykujemy każdemu po ¾ g kryształu. G jest zmarznięta i nie trafiam jej w dłoń, wobec czego zdejmuje trampki i skarpety i kładzie mi stopę na kolanie. Pocieram ją i chucham, ale niektóre potencjalne żyły trudno odróżnić od ścięgien. Prosimy M., aby jej podał i ten wykorzystując cały zasób wieloletniej, narkotycznej wiedzy, za trzecim podejściem trafia jej w stopę. Ja podaję sobie szybko strzała 6-tką w centralkę i gdy dociskam tłoczek, zaczynam dusząco kaszleć, robi mi się gorąco i kładę się na trawie, zaczynając obserwować półprzezroczystą przesłonę z białych, mieniących, przesuwających się rombów i łusek, rozczapierzających krawędzie chmur na skrzydłach. M. poleca mi wstać i mówi, żebym oddychał, z obawy że nie przedawkowałem, ale ja czuję się dobrze, nabuzowany aurą i następnie próbuję sprawić, aby buzowanie aur moich i G. weszło w stan harmonijnej pełni.

Paliliśmy syntetyczny kannabinoid z samorobnego bonga, siedząc przy parku na ławce obok stolika z szachownicą. W pewnym momencie G. zemdlała i przewróciła się na plecy, skąd. N. usiłował ją podnieść, aż zbiegli się przechodnie i wezwali karetkę. Po półtorej godziny w szpitalu G. zostaje wypisana na żądanie ze szpitala z kompletem badań, w których wykryto amftetaminę, mefedron, pentedron, marihuanę i coś jeszcze. N. jakby do końca nie uświadamia sobie, do jakiego ryzyka dopuścił, nie mieści mu się w głowie, czym musi być nasączone te świńskie palenie, aby móc spowodować samo przez się depresję oddechową. Wzięto to za przypadek przedawkowania „mocarza”.

Po następnym grzechu: N. widzi kolumnę świątyni Thelemy, nad którą powiewa sztandar z heksagramem. Całość otoczona jest filarami i wewnątrz płonie ogień o niedostrzegalnym źródle – crowleyański Watykan? Widzi dosyć rozłożone w przestrzeni światła miasta i wie, że zaleją je płomienie, ich języki niczym języki fal czarnego morza.

Od rana N. wiedział, że G. jest na skrajnym głodozjeździe i poczuciu niedosycenia – tak głęboko się to ścierwo wrywa w duszę. Na tyle głęboko, aby sprawić, że pierwsze 40 zł zarobione na krojonym alkoholu przeznaczy na skucie się samolubnie i bezczelnie bez towarzystwa siostrzyczki, a po którym wyda mu się, że jest ona przy nim, poszła gdzieś tylko – za czymś i się zgubiła, wobec czego zacznie biegać pytając ludzi, czy widzieli niską, rudą niebieskoooką. W rezultacie dojdzie do bzdurnego wniosku, że należy kontynuować proceder i spróbuje zajumać 4 butelki johnny Walkera z jednego z hipermarketów, obskrobując nożem kody kreskowe, skitrany złudnie przed monitoringiem (bo przecież opuściwszy jego zasięg), schylony przy biurku i zostanie zatrzymany po przekroczeniu linii kas, choć gdyby reagował bardziej czujnie, miał sporą szansę uciec. To jedno z trzech zatrzymań na skutek kradzieży w trakcie tego dnia, w rezultacie czego N. dostaje grzywnę i groźbę 30 dni puszki. W trakcie jednego z przesłuchań, mylnie odczytawszy intencje panów Włac próbuje opuścić komendę, wobec czego otrzymuje parę soczystych kopniaków w nogę, a następnie zostaje skomplementowany przez jedynego jak dotąd poznanego przezeń „poczciwego” milicjanta, który użala się na system, że chciałby pomagać ludziom, a nie rzucać im kłody pod nogi.

Exif_JPEG_420

Ostatni dzień naszego ciągu, postanawiamy nakraść czekolad, które udaje się spieniężyć, a za uzyskany brzdęk wysępić bezczelnie próbki. Udajemy się do NCKu, gdzie G. przyjmuje 2 ml kryształu, zaś N. jeden ml kryształu i młotka (alfa-pvp). N. dostrzega niebiesko srebrzyste drzewa, którym rozkwitały gałęzie, a następnie ich liście zaczynały płonąć fioletem. G. ciemny korytarz z drzwiami obitymi granatowym suknem, niczym loża.

N. w wybaczającej jasności ujrzał wysepkę pośród jeziora. Wtem dostrzegł płomienistą przestrzeń, jasną kulę, która rozkwitła w olbrzymi płomień, a w jego środku jak zza czarnego witrażu żarzyła się diabelsko twarz Seta / Kaina / Tyfona. Generalnie zamykając oczy widział podświetloną lekko kolorowo, śnieżącą przestrzeń jak z hppd, ale gdy się zaczynał skupiać na przepływających kształtach przybierały formy i tak ujrzał fosforescencyjne zielone, bliżej niesprecyzowane kształty, które pływały w kałuży, na której zaroiło się jakby od rzuconych przypadkiem run / patyków, które układały się w sigile.

Jasno, blado żółta przestrzeń w centrum której rozrósł się czarny kształt jakby ściany w jaskini  pomalowanej krwią, dalej obraz się zaciemnił, ale w głębokim cieniu ujrzał jak smok otwiera oczy. Widział miliardy gwiazd, setki galaktyk, przesłoniętych mgławicami.

Piątego dnia N. ze skrajnie zintensyfikowanym hppd usiłował blokować każdą myśl prowadzącą go w intencji do ponownego sięgnięcia po narkotyk. Udało się, a był to jeden z najdłuższych dni w jego życiu, począwszy od 4:30. W międzyczasie udał się na wizytę do herr doktora, który chciał wypisać skierowanie do psychiatryka. „Nie można żyć w taki sposób, odpłyniesz gdzieś w upajający czar fantazji i cię zamkną, albo zabiją”, „no ale to by było rozczarowujące jak na tak wieloletniego narkomana jak pan” – mocny uścisk ręki i opuszcza przychodnię z receptą na 60 mg. alprazolamu. N. Zaczyna bawić na swój niezdrowy sposób stan okołopsychotyczny spowodowany skumulowanym zjazdem z benzodiazepiny i kryształu; powstrzymuje się przed próbami wyżebrania na receptę, jak robił skutecznie podczas 2 bezdomnych tygodni, zanim go zamknęli i się zmienił; poza jedną próbą, bardziej w charakterze prowokacji, widząc bowiem stanowisko świadków Jehowy i trzy elegancko odziane postaci siedzące w pobliżu na ławeczce. Podchodzi i mówi, że jest osobą chorą psychicznie, gnojoną przez polski system prawny, po czym pokazuje receptę i prosi o pomoc w wykupieniu jej. „My jesteśmy sługami pomocniczymi i możemy świadczyć każdego rodzaju pomoc poza finansową. Taką może pan otrzymać od szeregu innych instytucji w kraju.” – Przepraszam, że zabrałem państwu czas, chciałem tylko się przekonać jak zareagujecie na moją prośbę. Polsko, jak ja Cię kurwa kocham! Na resztę miłosiernie opuścimy kotarę zapomnienia. Doznane nie zostanie w swych efektach zapomniane, a czynienie swojej Woli wymaga często przeczenia nakazom rozsądku i deptania reguł moralnych, które jednakowoż zarazem zostają podczas tego uszanowane i ustanowione, a któż jest najprawdziwiej ludzki, jak nie ten, kto przeżywa najintensywniej? Intensywność przeżycia zaczyna jednak w pewnym momencie wymagać zaprzestania oddawania się zmienionym stanom świadomości, zintegrowania wewnętrznej przemiany, która nastąpiła na skutek dotychczasowych prób; samodyscypliny.

apapaj

Ziemię – tę ziemię należy przeorać ogromnym pługiem o zardzewiałych ostrzach. Następnie zaordynować nalot Haunebu, zbombardować i zasypać wapnem i popiołem z urn katolickich wiedźm. /Jeśli kogoś zapiekły tu uczucia religijne lub patriotyczne, niech sobie uświadomi właśnie, jak może boleć potrzeba ponadosobowej tożsamości w świecie i otoczeniu odbieranym jako złośliwie wrogie./

Alchemistycyzm: drzwi naszych ran

I cut myself with Heaven’s blade

Inside the wound I found my wings

Coil (“Heaven’s Blade”)

Wyłoniony ze snu głębokiego, w godzinie wypadłej z orbity zegara, otulonej zwałem amnestycznych całunów, otchłannego aksamitu konieczności ciszy, otóż w tej godzinie kosmicznego bezdechu, gdy zasypia nawet Hypnos na ramieniu Tanatosa, zrozumiano Tobą wreszcie pierwszą i ostatnią Prawdę.

Wpierw musiano zabrać Cię z błędnej planety, która – pchnięta transcendentnym impulsem – wyłamała się z kręgu jedenastu sióstr. I ta dwunasta: w mrok, zbierając go jak spowolniona pistoletowa kula negatywy pajęczyn (oblepiły Cię szczelnie i pochowały nigdzieś w okolicach trzydziestej trzeciej minuty). Czułeś, że nigdy nie wydostaniesz się z delirycznego grobu wykopanego w truchle czasoprzestrzeni, które dryfowało poprzez nienazwane. Nie miałeś już płuc, jednak czarna maź wypełniała skrzela zdysocjowanego ducha. Pneumą się zakrztusił. Umierałbyś w rytm wiecznego koła, nawet przez czas zapomniany, gdyby nie mętnoszare światło, które stopniowo zaczęło rozpuszczać pomrokę. A był nim spokój.

2

Dopiero z ekstatycznym blaskiem wsączyła się wiedza, którą usprawiedliwiasz tę zdradę milczenia. Kiedy więc efemeryczna fosforescencja dopełniła Cię w niebycie, spijając ostatnie krople tremendalnego wspomnienia, usłyszałeś słowa i były to słowa wypowiedziane głosem wszystkich żywych istot, choć nie ogłuszały, miękkie jak fale po uśpionym sztormie. Oto ich dokładne brzmienie:

“Nic z niczego to coś z czegoś. Żaden całkiem nie umiera, żaden całkiem nie istnieje. Ani czernią, ani bielą – gradientem jesteśmy”.

Z ostatnią sylabą zwrócono Cię światu. Wyrzucony na brzeg łóżka, nie spałeś do świtu, gdy powoli wstałeś i udałeś się do lasu. Droga wiodła polami. Barwa budzącego się nieba nie pozwalała zapomnieć o trzech objawionych Tobą nocą zdaniach. Wokół skrzeczały kuropatwy, w oddali pasły się sarny, przez zarośla przebiegł cień głodnego lisa. Ptaki szalały, ich trele jedynie podkreślały ciszę. Szedłeś, czując się, jakby Twoimi stopami szło też całe życie, obecne, przyszłe i minione. Jakby Cię wynurzyło z oceanicznej toni na szorstkie skały, jakby Tobą stanęło na górskim szczycie ponad tektoniką chmur.

Wrażenie, że idzie Tobą również życie wszystkich bliskich, a nawet ludzi widzianych przelotnie, zwierząt, które napotkałeś, roślin, których dotykałeś, materii nieożywionej. Wszystkie te elementy były ze sobą sprzężone, więcej: bez nich nie istniałeś i nigdy byś nie zaistniał. Ta nagła myśl stanęła Tobą w miejscu, chociaż klinga lasu zaczęła rozcinać mglistą dal horyzontu.

Impuls rzucił na kolana na krawędzi pola. Czarna, mokra ziemia znalazła się w zasięgu wyziębionych dłoni. Wziąłeś garść i drugą, zacisnąłeś palce, zrozumiałeś. We śnie otworzono Ci ranę, broczącą teraz gorącymi łzami. Byłeś każdą cząsteczką tej gleby, kamykami kłującymi skostniałe knykcie, wysuszonymi mumiami zeszłorocznych łodyg. Dalej: byłeś zagubionym skrzeczeniem kuropatwy, byłeś zdyszanym wiatrem, byłeś dywanem drogi rozwijanym pod nogami, byłeś również samolotem, który obrócił hukiem klepsydrę przesypanej chwili. Byłeś też powietrzną niemotą, zamknąłeś się za nim z głuchym milczeniem. Słowem: istniałeś tylko w relacji.

A potem – wciąż na klęczkach – pod blednącym firmamentem – w pół drogi między domem a lasem – wizja. Nie zaskoczyła, choć wtargnęła bez pukania i połknęła Cię i pole, i myśli, i zmysły. W głąb błoniastego gardła utkanego z pulsującej tkanki świadomości, poprzez kanał rodny ducha: z powrotem łona.

W łonie witruwiański androgyn. Nagi i dziewiczy, tylko pępowina odchodzi od jego brzucha, niknąc w czeluści kosmicznej macicy. Skóra blada, idealnie gładka, półprzezroczysta jak u zwierzęcych płodów lewitujących w formalinie. Pod siatką żył tętni potencjał życia. Wody płodowe? Chaotyczna pierwocina, buzujący kocioł formy. Co się wyłoni, to zaraz niknie. Oczy stają się tchnieniem, książki emocją, nogi od stołów eksplozjami supernowych, ruchy robaczkowe jelit myślą o wczorajszym praniu, parzące pocałunki niedokończonym wieżowcem, dotyk liścia na skórze śmiercią małej mrówki…

3

Nie istnieją kategorie, różnice jakościowe ulegają rozpadowi. Wszystko wszystkim było, wszystko wszystkim będzie. Wielki Wybuch zapłodnionej komórki jajowej. A płód wciąż pływa i czerpie entropię zabłąkaną pępowiną, pierwszymi drzwiami i jedynymi, które nie były wcześniej raną. Aż skórzasty sznur odpada, z dziury po nim tryska rozedrgane, jakby złożone z atomów tysięcy fosforyzujących motyli światło. Teraz czujesz: Ty nim jesteś.

Ból, pierwotny ból wykluwającej się percepcji. Zaraz potem następne rany, dwie otwarte w oczodołach, dwie w zatokach uszu, dwie w przecinkach nozdrzy, jedna w zdziwieniu ust i inne, pomniejsze, rozsiane po całym ciele. Wszystkie krwawią blaskiem, a ten – w kontakcie z mętlikiem głębi – spowalnia fluktuacje, zamraża zmiany, wyciska formy, których chwytasz się mackami mimowolnej luminacji. Każdy kształt, każda wyodrębniona jakość jest rozdzierającą męczarnią, pali. Sól na twoje rany – jednak puścić się znaczy utonąć w niekomunikowalnym.

I wreszcie goją się krzywdy w strupy drzwi. Teraz możesz do pewnego stopnia kontrolować stopień ich otwarcia, nie są już tylko bólem. Pojawia się ciepły ład przyjemności. Pojawia się szczęście. Wraca i cierpienie, choć nie nie do ścierpienia. Wkrótce potem spotykasz innych narodzonych, spoglądacie na siebie uchylonymi drzwiami, muskacie usta framug końcami świetlistych macek, chociaż nie wnikacie nigdy do środka. Chaos niemal całkiem znika, staje się spokojnym światem okiełznanym formą. Ślizgasz się po powierzchni rzeczy, twoje blaknące promienne wypustki stapiają się z nimi choćby na kilka sekund (inne na lata), niewiele z nich sięga jednak Twojej prawdziwej istoty. Jesteś monadą.

Mimo to niedosyt. Wieczne nienasycenie. Nie zaspokajają go nawet chwilowe wizyty w pieleszach drugiego. Dryfujesz, błyszcząc coraz słabiej, gaśniecie ze światem. Powoli staczacie się w pierwotny bezład, nie mogąc nic zrobić. Nie wiesz, co moglibyście zrobić. Świst bytu w uszach, dłonie nie chwytają, coraz bardziej transparentne, już nie są w stanie. Przepaść. Rozpad, o dno rozbicie.

Znikasz, umierasz? Nie całkiem: zasiewasz nieświadome ziarno w entropijnym czarnoziemie, okrywającym skórę Twojego martwego czoła. Po latach kołysania ciszą wypuszcza ono pęd. Jesteś tą zapowiedzią łodygi przebijającą delikatną skorupkę. Zawahanie – otwierasz ostatnią ranę. Słup świetlistego bólu tryska fontannami z szyszynkowego oczodołu, gdzie spoczywa nasiono. Blask silniejszy niż kiedykolwiek. Męczarnia gorsza niż kiedykolwiek. Wertykalna fala rozgałęzia się na inne, które również tworzą siatkę własnych odgałęzień – tak w nieskończoność. Echami pulsujących żył rozchodzisz się w buzującej nocy. Istniejesz, jak zawsze przedtem, zmartwychwstaje Twoje ciało. Rana goi się w ostatnie drzwi. Wracasz do świata form. Zapominasz. Wciąż się ślizgasz, wciąż zamknięty.

Ale czy czujesz, że nie ma już powrotu do iluzji indywiduacji? Czujesz, jak boli skrzypienie wypartych drzwi? Krzywisz się, bo krzywdzisz Się. Nierozciągany mięsień, gnuśnie skamieniały, błaga o samotność. Ja krzyczy słonymi słowami spojówek, kolejne sylaby kapią na zimną płytę opuszczanego grobu. Twoje imię wyryte. Twoje imię rozpuszczone solą daremnych zwlekań. Kamień, stapiany promieniem miłosiernego spokoju, nie wsiąka w ziemię. Szara, amorficzna masa lgnie do Twoich stóp. Milczysz z miłością. Czekasz, nie czekając. Aż na cmentarzu życia, gdzie odwiedzasz własną trumnę obecnością wszystkich ludzi, dokonuje Cię cud przemiany. To pstre błoto – łasi się – skomli i kwiczy – zamiera. Podnosisz złoto.

Obudzony w polu, nie byłeś już tylko sobą. Nigdy nie byłeś, wtedy zniknął po prostu ból wymuszonej komunikacji. Wstałeś, wypuściłeś z dłoni ziemię, pochyliłeś się, chwyciłeś pierwszy lepszy kamień. Już wiedziałeś: inkarnowałeś się w ten okruch góry, w grunt pod stopami, w las na horyzoncie. Każdy oddech był małą reinkarnacją. Na dużą przyjdzie pora: kiedy kwiat trzeciego oka wrośnie na dobre w podłoże, kiedy Ty, który z Losem jesteś jego ogrodnikiem, zapewnisz mu odpowiednie warunki wzrostu, dasz właściwą glebę, nasłonecznienie i nawodnienie, wreszcie towarzystwo innych roślin, kiedy więc staniesz się alchemistykiem florystycznych syntez, wtedy – zanim zwiędnie i obumrze – kielich kwiatu wyda ziarno i pośle na drugą stronę. I właśnie to ziarno stanowi kamień filozofów.

Saturnijski

Autorzy ilustracji: 1,2 – Alex Kanevski, 3- Allison Sommers

Trzynastokrotny upadek wskroś dziewięciu grzybów

amanity

Znalazło mi się niedawno zasuszony kapelutek podczas remamentu piwnicy, stąd też i pomysł, aby przypomnieć relację z mojego najmocniejszego jak dotąd muchomorzenia; relacja jest dosyć sucha i rzeczowa, jednak – poprzez to wszystko co spamiętane między wierszami – mieści dla mnie w sobie ładunek nieopisywalnej niesamowitości. Rzecz działa się 4 lata temu, choć wrażenie jest jakby to było w poprzednim wcieleniu.

Wiąże się z tym poczucie odpowiedzialności. Tamtego roku razem z ś.p. lubą poczyniliśmy ogromne zbiory amanit. Pierwotnie przygotowywaliśmy wywary z niewielkich ilości zasuszonych uprzednio grzybów (ok. 3 sztuki na osobę). Było zimno i wilgotno, odcięto nam prąd, trunek indoariów przy blasku kradzionych zniczy przynosił błogość, wewnętrzne ciepło, subtelną dysocjację, w której paradoksalnie wzmagała się pozasłowna empatia. Pewnego razu jednak, gdy nie spędzałem nocy w domu, moja ś.p. połowica, powodowana kryzysem psychicznym i potrzebą introspekcji, sama skosztowała większej dawki, nie powiadamiając mnie o tym, ze świadomością że bym się na to nie zgodził. Doznała m.in. wizji wilków, z których gonitwy odczytała, że aby spełniło się moje „szczęście”, ona będzie musiała odejść w zaświaty. Nie przeceniam, ani nie bagatelizuję roli tego wydarzenia w późniejszej tragedii. Pragnę tu jedynie ostrzec przed częstowaniem muchomorowym suszem osób z tzw. zaburzeniami psychicznymi – jakkolwiek to, co się często określa tym mianem, jest właśnie czymś predysponującym do poszukiwania tego rodzaju doświadczeń. Rzecz się o tyle komplikuje, że tacy ludzie w obecnych czasach, choć dysponujący odpowiednimi potrzebami poznawczymi i instynktem, częstokrość są „uszkodzeni” dotychczasowym życiorysem i bez gruntownej, wytrwałej pracy wewnętrznej, intensywniejsza muchomorowa podróż mimo najlepszych intencji może się okazać raczej destruktywna, niż budująca.

Nie zmienia to faktu, że – choć tej jesieni nie będzie mi to dane (za parę dni instytucjonalizacja) – każdego następnego Samhainu, do końca mojego życia zamierzam komunikować się z duchami z pomocą muchomorowego wywaru.

uix

Czas przejść do właściwego zapisu podróży.

9 ususzonych naturalnie muchomorów czerwonych spożyłem samotnie w lesie. Początkowe efekty takie jak przy wywarach z mniejszej ilości suszu tj. dysocjatywna poprawa humoru, wyostrzenie zmysłów, zastrzyk energii, oraz naturalnie mdłości – choć ku mojemu zdziwieniu bez spawania. Już po ok. 20 minutach pierwsza halucynacja słuchowa – wzmocniony odgłos przytłumionego bicia serca dobiegający jakby spod ziemi. Równie dobrze mógłbym to opisać jako dźwięk podziemnego bębna, głębokie łupnięcie odczuwalne zarazem z wewnątrz. To był pierwszy raz, kiedy je usłyszałem, z czasem wróciło do mnie w paru innych magicznych momentach, na innych enteogenach, ale również na trzeźwo – zawsze intuicyjne odbierałem to jako oznakę obecności powiązanych ze mną duchów / demonów. Z czasem następowało coraz większe oddzielenie od więzi z własną osobą, jak również zanik tego podłego posmaku związanego ze świadomością bycia zamkniętym w tzw. rzeczywistości – przechodząc w coś na kształt wrażenia znajdowania się na polu jakiejś pozbawionej praw zabawy.

Pobyt na leśnej ambonie, spotkanie z jakimś furiatem w lesie (facet stał na skraju wycinki z flaszką w ręku i furiacko miotał przekleństwa), wyjście na pole, czołganie się w gęstwie młodnika sosnowego za kolejnymi kapeluszami. Następnie napad senności, położyłem się wśród drzew, ale w zaśnięciu skutecznie przeszkadzało mi zimno. Po jakimś czasie zerwałem się na dźwięk kroków jakiejś grzybiarki.

am2

Od tej pory było już intensywniej – przy zamkniętych oczach “widziałem” szybko przybliżającą się ciemność, tudzież jakbym pędził wgłąb ciemności. Gdy szedłem z opuszczonymi powiekami, chód plątał mi się do stopnia stawiającego pod znakiem zapytania skuteczność dalszego marszu. Szedłem nie jak pijany, ale spiralną trasą. Jeszcze leżąc miałem lekkie hipnagogi (obrazy pojawiają się jako mignięcia), z których wynikał wyraźny nakaz podążenia dokądś, gdzie możliwe będzie zaśnięcie. Było już ciemno, więc zrezygnowałem z prób rozpalenia ogniska i z lekkimi wątpliwościami, co do słuszności tego zamiaru (obiecałem sobie nie wylądować na szpitalnym płukaniu żołądka) podążyłem w stronę miasta. Widok pierwszego przechodnia był cokolwiek ciężki w odczuciu, z uwagi na przekonanie o stanowieniu obcego gatunku, ale jeszcze jako tako się trzymałem. Po drodze na przystanek parokrotnie upuściłem papierosa (paliłem dużo i mechanicznie – nie czułem prawie tytoniu, ale pomagało się to skupić) – co miało się powtarzać aż do końca tripu.

Usiadłem na końcu prawie że pustego autobusu, nie mogłem skojarzyć ulic i od tej pory zacząłem doświadczać powtarzających się co chwilę sekundowych impulsów, które fizycznie objawiały się drgnięciem, a mentalnie – dziurami w świadomości, depersonalizacją, utratą samolokalizacji w czasie i przestrzeni. Do tego wpadłem w tok myślowy, który polegał na stopniowaniu słowa “jestem” – wyprowadzałem je od dowolnego orzeczenia i podnosiłem do kwadratu. W momencie gdy orzeczeniem stałem się ja sam, poczułem mrówki na mózgu, bo dopiero w pełni odczułem, co oznacza solipsystyczna idea bycia kimś przez samego siebie ustanowionym i wymyślonym. Krótko potem zagubiłem się całkowicie i ocknąłem się w autobusie stojącym na przystanku końcowym.

Wszystkie drzwi były zamknięte. Przeszedłem do kierowcy, a ten wypuścił mnie z jakimś brzydkim komentarzem. Okazało się, że przejechałem dwukrotnie całą
trasę empeka. Spróbowałem się więc jakoś skupić na tzw. rzeczywistości i po dłuższym czasie z trudem dotarłem do mieszkania. Tu impulsy objawiały się już szybkimi ruchami rękoma, tak że upuszczałem cokolwiek schwyciłem.

Partnerka, zauważywszy w jakim znajduję się stanie, w popłochu opuściłą mieszkanie. Gdy się położyłem, senność była już słabsza niż poprzednio, za to hipnagogi intensywniejsze. Tym razem reguły zabawy, w której byłem obiektem żartów amanit, polegały na przekazaniu mi feralności podwójnej trzynastki (przed wyprawą wyszedłem na empek o 13:13). Widziałem raz po raz spadającego w ciemności osobnika, który uderzał dłonią w określone punkty przestrzeni. Tych punktów było trzy i wszystkie znajdowały się na czarnej posadzce kuchni. Byłem tak kompletnie zaabsorbowany tą głupotą, że uznałem to za określony rytuał, który znajdzie dopełnienie tylko jeśli dopilnuję szczegółów i pozaznaczam te punkty trzynastokrotnie na podłodze. Czułem nawet pieczenie dłoni na skutek teoretycznego trzynastokrotnego upadku. Jednocześnie, choć połowicznie utożsamiałem się z tym, kto spadał, wiedziałem, że to zarazem ktoś inny, i że jeśli rytuał się dopełni, ten ktoś umrze. Im bardziej się na tym skupiałem, tym silniejsze robiły się mdłości, w wyniku czego puściłem dwa malownicze pawie przez balkon (po 4 h od zażycia). Potem już popadałem z powrotem w tzw. rzeczywistość, jak i w rezygnację związaną z przeświadczeniem, że pomyliłem coś w rytuale. Wypiłem piwo, próbowałem coś poklikać (sprawne pisanie na klawiaturze było niewykonalne). Nie pamiętam kiedy zasnąłem.

Summa sumarum, moim zdaniem nie ma sensu sięgać po większe dawki amanit bez odpowiedniego zewnętrznego i wewnętrznego przygotowania, w przeciwnym razie kończy się to ciekawym, ale głupawym delirium, a nie “mistyczną wyprawą na drugą stronę”. Nie mam póki co kompetencji, by udzielać wskazówek względem takowego przygotowania, ale bez wątpienia pomocne będą praktyki z kręgu buddyzmu/tantry/szamanizmu.

Trip raporty dwa

Untitled-6

(screen z The Invisibles Granta Morrisona)

Dwa – spośród nieskończoności-  oblicza psychodelicznego doświadczenia. Pierwszy raport jest zapisem z psychodelicznej inicjacji za pośrednictwem 2mg 25b-nbome; drugi zaś relacjonuje pierwsze “przebicie się” kamrata z grzybami i dmt.

Osobiście – mimo nieziemskich wizji wężowego chaosu – nigdy nie zawędrowałem tak daleko, jak drugi z kolegów – przypuszczalnie z powodu przesłony w postrzeganiu w postaci uzależnienia od opiatów, jako że to diabelski haczyk zaczepiony w samym trzonie psyche.

Wydaje się, że syntetyki nie oferują takiej możliwości neuro-reprogramowania i dostąpienia wewnętrznej przemiany, jak grzyby psylocybinowe, czy ayahuaska – nawet jeśli przy tych pierwszych wejdzie się w kontakt z wyższymi istotami.

25b to największy demon wśród nbomów, znaczki zostały sprezentowane bez pewności jaka dokładnie substancja się na nich znajduje, na szczęście badacz dobrze przeszedł próbę, choć od tamtej pory nigdy więcej nie wybrał się w przestrzeń poza czasem.

Zestawienie tych 2 trip raportów być może nie jest jakieś szalenie konstruktywne, ale na pewno na zasadzie kontrastu pokazuje m.in. jak ogromną rolę ma właściwie pojęty set & setting.

I

Po około piętnastu minutach trzymania kartonika pod językiem odczułem znaczące zmiany –  kręcenie w głowie, lekki problem z koordynacją, suchość w gardle (co jak przypuszczam nie miało podłoża somatycznego). Zaraz po tym nadeszło narastające poczucie odosobnienia oraz intuicyjna myśl o pogłębieniu się tego stanu wraz z upływem czasu. Duże wyostrzenie słuchu z jednoczesnym wrażeniem wyłapywania najdrobniejszych dźwiękowych cząsteczek, nadbiegających z wszystkich stron – kumulowanie się ich i agresywne wdzieranie do czaszki. Wszystkie były gromadzone i w rezultacie przekazywane w postaci jazgotu o wysokiej częstotliwości lub czegoś w rodzaju brzęczenia owada. Agresja to zdecydowanie jedno z najtrafniejszych określeń, jakie przychodzi mi do głowy względem opisu wszelakich bodźców docierających do mnie podczas całego tripu. W ciągu kilku minut nadeszły nudności i próby wyrzygania pustego żołądka, co tylko bardziej pogłębiło wspomnianą suchość. Zacząłem doświadczać szybkiego przemijania czasu, osoba-opiekun zdawała się być całkowicie poza tą goniącą pętlą, którą chciałem w jakiś sposób zwolnić, zatrzymać. Zaniepokojony, ciągle pytałem dlaczego po prostu siedzi w obliczu tak dokuczliwie ekspansywnej i fikołkującej materii. Była około 13:40 w pogodny dzień. Jezioro, zielona przestrzeń, sporo iglastych drzew i drobnych kępek nieznanej mi z nazwy flory rozsianej wszędzie dookoła. Po około 30 minutach pojawiły się halucynacje. Wszystko nagle ożyło i zaczęło się ruszać, kora drzewa zamieniła się w wertykalnie – góra-dół – pulsujące robale, źdźbła trawy i chwastów zaczęły wirować wokół własnej osi korespondując z dźwiękowym efektem bzyczenia, który rozsadzał mózg i napędzał potrzebę nieustannego odpowiadania ruchem na ruch. Drobne wzorki materiału, z którego uszyty był tropik namiotu, wyodrębniały się z swojego małego uniwersum, w którym były elementem i rozbijając się na mniejsze zalewały całe otoczenie tworząc nową, własną konstrukcję widzianego przeze mnie świata. Fraktalizm.

Uczucie strachu wobec tych dźwięków i coraz większego chaosu nabierało na sile – tendencja animalizowania w skrajnej postaci. Mózg powoli przestał łapać związki przyczynowo-skutkowe. Brak punktu odniesienia, który dawał się we znaki w zanikającym rozumowaniu i nieskładności do wypowiedzenia prostego zdania, był jak to obecnie rozumiem, projekcją degradacji neandertalskiego „homo” do jakiejś pierwotnej formy. Tak jakby w świecie krążyła nieskończenie wielka pula możliwości słów do wypowiedzenia i jakiś bezwładny diablik ucinał niewłaściwie z punktu widzenia rozsądku leksemy i uporządkowywał je w zdaniach, burząc ich pierwotną intencję. Stawałem się stworzeniem bez duszy. Czułem potęgę jakiegoś wyższego rzędu przestrzeni (być może natury) której stawałem się częścią. Jak kropla w towarzystwie innych – tworzących oceny. Zanik indywidualności przechodzący w integralność.

Wszechświat jawił się, jako wirujące i atakujące cząsteczki, które niewiadomym przypadkiem tworzą świat, jakim go na co dzień widzimy. Powoli tracąc kontrolę nad umysłem, popadałem w bezwolne trybiki chaosu z przeczuciem nieodwracalności tego zjawiska. Ciężko jest opisać stopień integracji z tą bezrozumną plasteliną kosmosu – był przepotężny i nieodwołalny. Stawałem się rechoczącą żabą i włóknem tropiku od namiotu jednocześnie. Domyślam się, że po około godzinie od wrzucenia substancji całkowicie straciłem świadomość, na rzecz spirali, która z biegiem czasu (i usuwaniem tryptaminy z żył) rozluźniała się i pozwalała dostrzegać jakieś strzępki rzeczywistości sprzed zaaplikowania substancji. Spirala ta objawiała się w postaci odtwarzania w kółko danej sytuacji, bądź też dawała wrażenie sprężania nowych wydarzeń w tę samą pętle, przez co odczuwałem (myślenie znikło), że mogę widzieć przyszłość. Później przerodziło się to w monotonię oraz kolejny punkcik do obawy o uwięzienie w demonicznym czasie. Starałem się przynosić do obozowiska nowe elementy, jak znaleziony pręt, które miałyby zmienić przestrzeń na dobre. W międzyczasie, wydaje mi się, powstała kompletna świadomościowa dziura, kiedy przestałem istnieć. Nie wiem na jak długo.

Szt

af

II

Postanowiłem zmierzyć się z szamańską dawką grzybów wg zaleceń Terrence’a Mckenny.

Po kąpieli i zrozumieniu zasady działania stoperów do uszu ( polecam te zapakowane hermetycznie do samodzielnego formowania) mogłem zacząć jeść grzyby. Wbrew temu, co sądzi większość ludzi smak grzybów nie jest dla mnie nieprzyjemny, więc spokojnie przeżułem 5g suszonych grzybów.

Kiedy skończyłem pokarm bogów położyłem się na łóżku i zacząłem zastanawiać się, co chciałbym zrozumieć poprzez tą podróż i prosiłem grzyby o dobrą radę i bezpieczną drogę. Warto wspomnieć, że leżałem w całkowitej ciemności ze stoperami w uszach tak, aby całkowicie oddać się mistycznemu doświadczeniu.

Po jakiś 20- 30 minutach zacząłem odczuwać jak przyśpiesza mi puls i jak przez moje ciało przechodzi energia, fala przesuwała się od żołądka w górę, do głowy i w dół do moich stóp. Zacząłem też widzieć przebłyski białego światła, którym towarzyszył dźwięk jakby startującego samolotu, a raczej statku kosmicznego (humming noise). Żeby się uspokoić i wejść dobrze w doświadczenie, zacząłem nucić sobie przypadkową melodię. Wraz z mijającym czasem zacząłem wchodzić coraz głębiej w siebie aż w pewnym momencie spostrzegłem, ze jakaś istota pokazuje mi swój świat. Nie pamiętam dokładnie jak ona wyglądała, ale czułem, że to był mój duch przewodnik. Duch prowadził mnie przez tą przestrzeń aż do budynku, który nazwał fabryką życia. Był to okrągły budynek sięgający chmur. Fabryka ta działała jak olbrzymi generator ciepła i mocno kojarzyła mi się ze słońcem. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że pierwszy raz przeniosłem się do zupełnie innego miejsca i byłem zdumiony tym, co widzę. W środku budynku widziałem stworzenia przypominające elfy, które operowały jakimś dziwnym działem (jakby działem laserowym). Miałem również wrażenie, że fabryka ta opiera się w dużej mierze na ludzkiej energii i wszyscy jesteśmy z nią połączeni w jakiś sposób. Budynek był w ciemnoniebieskim kolorze i na ścianach znajdowały się dziwne znaki, które gdy się im dłużej przyglądałem, zaczęły się poruszać. Zgodnie z moim doświadczeniem wiedziałem, że jest to jedna z bram i postanowiłem przez nią przejść.

Po chwili pojawiłem się w zupełnie innym miejscu. Byłem jakby w oddziale noworodkowym szpitala. Widziałem rząd łóżek, ale wszystkie były puste. Nad jednym łóżkiem stał robot niańka i choć nie miał on rys jak ludzie, to odniosłem wrażenie, że jest to świadoma istota, która zajmuje się dziećmi. Robot trzymał w swoich metolowych rękach zawiniątko z dzieckiem i zamierzał je gdzieś przenieść. Nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności albo zupełnie nie zwracał na mnie uwagi.

Po chwili wróciłem w zupełną ciemność i dostrzegłem, że jestem w jakiejś jaskini. Była to jakby górska grota, pełna stalaktytów i stalagmitów. Otaczały mnie liczne elfy, które miały teraz szpiczaste czapki i próbowały mnie rozśmieszyć.  Nagle cała jaskinia zaczęła płonąć, co mnie przestraszyło, ale elf, który teraz przybrał formę dwunożnego małego tygrysa, specjalnie wsadził łapę w ogień, po czym szybko zaczął na nią dmuchać i śmiać się wołając, że parzy. Dzięki jego poświęceniu zrozumiałem, że mogę dowolnie kształtować formę ognia, więc zmieniłem groźny pożar w drewniane dekoracje ze szkolnego przedstawienia. Zauważyłem, że płomienie utworzyły jakby poruszające się hieroglify, więc po raz kolejny zdecydowałem się przekroczyć bramę.

Nagle oślepiło mnie bardzo silne światło i miałem wrażenie, że patrzę na jakąś lampę. Jednocześnie zobaczyłem wiele par różnych oczu, które mi się uważnie przyglądały. Nie było to przyjemne doświadczenie, gdyż nie mogłem się rozejrzeć dookoła i byłem zmuszony do poddania się tej procedurze. Postanowiłem otworzyć oczy, bo chciałem odzyskać trochę kontroli nad moją podróżą. Cały pokój pulsował i żył własnym życiem, co wprowadziło jeszcze większy chaos w moje myśli. Postanowiłem wrócić do innego świata, ponieważ miałem tam większą kontrolę nad rzeczywistością.  Wziąłem kilka głębokich oddechów i znów zamknąłem oczy. Po chwili dostrzegłem 2 nicie, które się wzajemnie skręcały. Jedna była zielona a druga niebieska. Moje skojarzenie było oczywiste i zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście przyglądam się cząsteczce DNA. Miałem również nieprzyjemne wrażenie, że ktoś albo coś wpływa na moje DNA i dlatego ulega ono ciągłej transformacji. Łańcuchy zanurzały się w gęstej zielonej cieczy i nieustannie obracały względem siebie. W tym momencie poczułem ogromne przerażenie, bo poczułem obecność czegoś obcego i złego w sobie. Zacząłem przypominać sobie wszystkie swoje decyzje i czyny, poprzez, które skrzywdziłem innych. Widziałem jak daję swojemu nieświadomemu koledze bromoważkę, a później on panikuje nie wiedząc, co się dzieje. Jak siedzę na zajęciach i marzę, żeby wbić koleżance długopis w szyję, bo przez jej dociekliwość muszę siedzieć dłużej na zajęciach, jak wjeżdżam rozpędzonym samochodem w drzwi garażu. Zacząłem też myśleć o wszystkich ludziach, którzy dokonali masowych mordów i o seryjnych zabójcach. Naprawdę nie chciałem już tego doświadczać, ale grzyby były bezlitosne i mi nie odpuszczały.

Zastanawiałem się nad moralnością zabójców i czy zabójstwo może być w jakikolwiek sposób usprawiedliwione. Po głębokiej analizie historii ludzi i przypomnieniu sobie fabuły zbrodni i kary stwierdziłem, że zabijanie innych nie leży w naturze człowieka i jest z gruntu złe. Pomimo tego wniosku ciągle czułem przerażenie, więc postanowiłem zanucić sobie melodię, która przyszła mi wtedy do głowy. Dzięki śpiewaniu poczułem się trochę lepiej, pomimo to nadal odczuwałem duży dyskomfort i marzyłem, żeby pozbyć się tego uczucia. Musiałem dalej zgłębiać temat natury zła. Rozważałem, dlaczego niektóre jednostki (np. Hitler, Breivik itd.) mają tak olbrzymi pociąg do zła i w zupełności się mu oddają. Zastanawiałem się czy mogą mieć na to wpływ jakieś duchowe siły, które podsuwają tym ludziom złe rozwiązania, a oni, chociaż początkowo są się im w stanie oprzeć, to im dłużej idą ścieżką zła tym bardziej stają się swoimi demonami i ostatecznie przestają być ludźmi. Pomimo moich dywagacji uczucie niepokoju nie odchodziło, więc poprosiłem o pomoc moje duchy opiekuńcze – orła, wilka, lisa i zająca, a następnie zacząłem się modlić. Niestety nie byłem sobie w stanie przypomnieć całej treści modlitw, więc nie poprawiło mi to samopoczucia.  Ostatecznie stwierdziłem, że muszę przeczekać całą sytuację, bo to po prostu lekcja od grzybów i tak jak w poprzedniej podróży niepokojące uczucia w końcu mnie opuszczą. Starałem się spokojnie oddychać i nucić sobie pieśń, która do mnie przyszła. W końcu poczułem, że przeszedłem próbę i doświadczyłem uczucia ogromnej ulgi i szczęścia tak silnego, że aż płakałem ze śmiechu. Poczułem się, jakbym po raz pierwszy patrzył na ten świat i przepełniała mnie ogromna miłość do całego świata. Byłem dumny, że pomimo trudnego okresu dotrwałem do końca podróży o własnych siłach i sprostałem doświadczeniu.

Skoro udało mi się wyjść z tej wyprawy zwycięsko, zdecydowałem, że jestem w idealnym momencie, aby zapalić dmt, zgodnie z początkowymi założeniami. Podgrzałem dno butelki i szybko wciągnąłem ciepły plastikowy dym. Próbowałem liczyć jak długo trzymam dym w płucach, ale po 5s przestałem rozumieć znaczenie liczb i wypuściłem dym.

Zostałem przeniesiony do świata pokrytego niebieskimi kafelkami. Cała rzeczywistość składała się z tych kafelków i kiedy myślałem, że przyjąłem za małą dawkę, zobaczyłem dziwną istotę. Miała ona jedno oko, rogi na głowie i ciekawie mi się przyglądała. Przez chwilę patrzyłem na nią, aż poczułem ogromną falę euforii i położyłem się na łóżku zwijając się ze śmiechu. Po chwili, gdy udało mi się przestać śmiać znowu zamknąłem oczy i zobaczyłem 3 takie same istoty jak ta 1 patrzące na mnie z góry. Poczułem, że mogę teraz nawiązać kontakt. Leżąc na łóżku wyciągnąłem swoje ręce przed siebie i pozwoliłem im się swobodnie ruszać. Gdy przymknąłem oczy czułem, że patrzę na kolejne bramy, jednak tym razem nie dałem rady przez nie przejść. Moje dłonie zaczęły unosić nad moim ciałem jakby ktoś gładził moją głowę i poczułem jak całe moje ciało ogarnia błogość. Czułem się, jakbym był leczony. Później moje ręce zaczęły wykonywać okrężne ruchy i po chwili zrozumiałem, że poprzez te ruchy otrzymuję informacje. Zrozumiałem, że musimy troszczyć się o ziemię, bo jesteśmy z nią jednym ciałem, poza tym wszyscy jesteśmy tak jakby bogami, więc powinniśmy szanować i dbać o nasze ciała. Później dowiedziałem się, że coś złego dzieje się z Ziemią i że grozi/zbliża się do niej jakieś niebezpieczeństwo, a ja będę miał ważną rolę do odegrania w tym czarnym scenariuszu. Nie była to zbyt przyjemna wizja i przestraszyła mnie, więc przestałem poruszać rękami. Ważna była również liczba 3, korona.

Kuba