Justyna Koronkiewicz – Słowa, które przeistoczą krew

Z zaszczytem prezentujemy subiektywny wybór wierszy prawdziwej poetki, mieszkającej w górskiej chatce, której tomik pt. “Szamanka” można zamówić ze strony: http://justynakoronkiewicz.pl/ ; twórczość to silna tożsamością i mądrością natury.

 

Słowo też rozpada się w pył

pamiętam twój głos
trzy razy głębszy od studni z której
czerpałaś wodę
zapadałam się w nim jak w wielkiej puchowej kołdrze
uszytej dla mnie na dobry sen

kiedy opowiadałaś bajki dziwiłam się
że szept to też ty
z niedowierzania zapominałam zamknąć oczy
żeby nie przegapić chwili gdy zamieniasz się w kota
bo tylko koty mruczą tak czule
aż do zmrużenia powiek

najpiękniejsza byłaś w modlitwie
z westchnieniem schowanym w dłoniach
jakbyś składała się tylko z oddechu
i białych anielskich włosów

w takie dni jak ten
wracasz do mnie ciszą
która niczym sól na otwartej ranie

boli

 

Portret

To tylko błysk. Światło
wchodzi w ciebie. Przenika tkanki.
Świeci na ostrzu rzęsy.
Po drugiej stronie nie ma
głupich min, dziubków
starannie studiowanych przed lustrem.

Prawda jest naga,
pozbawiona filtrów,
czarno – biała.
Prześwietlona skóra zwija się w papier.
Twoja twarz – sieć receptorów, które wchłonęły
czas. Flesz jak ultrafiolet
wydobywa z ukrycia niewidzialne.

 

Przesilenie / W zapachu werbeny/

niebo przyzywa jasną łunę
noc wzrasta w siłę nasyca się światłem
bóg ciemności tańczy on jest zwycięzcą

księżycową ścieżką biegną gwiazdy
jutro będzie krótsze o kilka promieni
naga wchodzę w słońce

jeden raz w roku ogień jest kochankiem wody
moje biodra rozkołysane płomieniami
przyjmują deszcz

zanurzona w bezmiarze wszechświata
przecieram powieki nasionami paproci
zakładam wilczą skórę

uwodzi mnie pełnia niebieskiego księżyca

 

/ Oddech Feniksa /

noc dojrzewa. osiada na powiekach
niczym sadza. nie pozwala otworzyć oczu,
spojrzeć w gwiazdy. mami
oddechem zapalonej świecy.

pamiętam słowa które przepłynęły przeze mnie
jak ognista rzeka.
rozpaliły każdą komórkę ciała.
jaskrawy płomień miał twoje imię. był wyzwoleniem.
kluczem do drzwi, za którymi błękit
przechodzi w czerwień, usta
odbierają ustom oddech,
a każde wyznanie wrasta
świetlistymi literami w skórę.

w porze odwiedzin księżyca pęcznieję
od pragnień.
rozcieram w palcach popiół,
przywołuję ognistego ptaka. czekam
na płonący deszcz, rozchylone
usta, na słowa,
które przeistoczą krew,
wypełnią ogniem
żyły.

 

/ Uzewnętrznienie /

Jesteś mi bliższa o otwartą ranę
Szczelinę w słowie do której codziennie wkładasz palec
Żeby sprawdzić czy jeszcze istniejesz
Boli Cię ślad stopy odciśnięty na piasku jego ulotne trwanie
Pustka która zostaje po ciepłym dotyku
Szukasz mostów przejścia na drugą stronę
Samotności
Zostawiasz znaki wiersze klucze do drzwi
Które nie zamykają i nie otwierają niczego

 

 

//// fanpage

// blog autora ilustracji

Słowo Wilka

wiersze Krystyny Szlagi z tomiku “Słowo Wilka” z 1982 r.

 

Pytania Wilka

Kto nas na siebie szczuje

Kto zwabia nas w świątynie idei
aby w ich gruzach nas grzebać
Kto wzywa nas pod sztandary herosów
aby odwagę jako schizmę przekląć
Kto w imię ładu i porządku
bezkarnie rozlewa krew
Kto roznieca w nas miłość
aż do morderstwa
Kto z losem gra kartami znaczonymi
a zdradom złorzeczy
Kto nam ziemię rozpostarł
a na pętli
przed lustrem prowadzi
i
szczuje
szczuje
szczuje
aż rozpoznamy
we własnym odbiciu
nasłanego mordercę

Tak to ja

To ja
z zamkniętym w sobie
grobowcem samotności
Tak to ja
labirynt z bestią pytań
Tak to ja
powietrze ziemia ogień i woda
w jednym geście zniszczenia
Tak to ja
ukryty za kotarą
z fiolką luminalu
Tak to ja
obejmij mnie
ukryj

Genezis

Wyłem do gwiazd
w noce cieniste

Wyłem do gwiazd na niebiosach
jak pod murem twierdzy

Wyłem do gwieździstego potwora samotności
z legowiska ziemi

Potwór uderzył we mnie płonącą głownią
i uczynił wokół próżnię

Pozwolił mi uciekać
unosząc w sobie pędzącą kometę

Wyję
ja – gwiezdny więzień na ziemi

Schody wiodące w ocean

I
Któż pragnie swojej klęski
Choć wie
że przypływ odmienia się w odpływ

Któż nie drży przed nędzą
Choć wstręt w nim budzi pieniądz – suka
otoczona zgrają gryzących się psów

Któż sprawiedliwości nie wzywa
Choć natchnione apokalipsy
tają cynizm wodzów

Któż nie czeka na spełnienie się idei
niby na pokaz barwnych motyli
w gablocie

Któż nie chce porzucić swej nadaremności
i biec biec
przed siebie biec

Krawędzią ziemi być
W chrapliwej pianie dzikich koni
W pożodze larum trwogę nieść

II
Zamykam oczy
W marzeniach gaśnie
zgiełk rzeczywistości

W milczeniu
rozpoznaję swój głos
samotny i tłumny echem

Jak na bal karnawałowy
przybywają bańki mydlane
skrywanych pragnień

Obce samowolne
spełniają czyny bohaterów
i zbrodniarzy

Pycha zrzuca pątniczy strój
sztylet skrywany odsłania
wprowadza pochód starych palących ran

Jest jedynym świadkiem
i sędzią
i katem

Na stosie pogardy
giną puste posągi
i piękno fałszowane

W popiół zmieniają się teatrzyki
pstrokatych triumfatorów
Z kielicha wylewa się gorycz

Na balu marzeń
pośród świetliście tkanych horyzontów
miłość jest bez tragedii

W tragedii nie ma błazeństwa
Łaska nie unicestwia
W wolności nie ma pęt

Dobro i zło
jest sekretem
bańki mydlanej

III
Bal trwa lecz cichnie
nagle zanurzony
w pyle gwarze i pędzie miasta

Prawdę osaczają ze wszystkich stron
Jedność prawdy
to kłębowisko żmij

Moje słabości
to schody
wiodące w ocean

V (fragmenty)

Czy tak się umiera
w milczeniu
jak w łodzi bez wioseł

Czy tak się umiera

Kroki na drodze
Zgrzyt zgrzyt
Znajome kroki
Zgrzyt
Rozgniatanie robaka
zgrzyyyyt

Wołam

. . . . . .

Milczenie
jest lękiem
przed poznaną wiedzą

Zamykam oczy…
Konie opuszczając łby podchodzą do mnie
Węże podpełzają dobrotliwie jak bluszcz
Horyzont rozlewa kwitnący wrzos
Dym z ogniska rozsnuwa ciszę

(…)

Czas na gniew
Klątwy
Szyderstwo
Śmiech
Byle nie żebrać
Byle nie błagać
Byle nie płakać
Śmiać się
Oszaleć
Z diabłem się zbratać
Byle nie płakać
Drwić
Pić
Deptać
Lżyć
Byle nie skamleć
Byle nie płakać

 

Bruno K. Öijer – Poezje wybrane {czarny płomień}

Tytułem wstępu:

Moja siostra, obecnie dosyć ceniona poetka (zwł. tzw. poezji kobiecej), znalazła swego dnia w zapyziałym białostockim antykwariacie skromne polskie wydanie poezji Oijera, kosztujące 1,.50 zł, a kompilujące dwa tomy: „Gdy trucizna działa” (Medan giftet verkar, 1990) oraz „Gilotyna” (Giljotin, 1981). Rozkochawszy się w lekturze tych liryk bardziej od niej, w końcu – świadom znikomej popularności poezji Szweda w Polsce – podług własnej selekcji przepisałem ich znaczną część i zamieściłem w którymś numerze Ulvhela. Próbowałem nawet nagrać „piosenkę” do jednego z wierszy, rezultat jednak jest ledwo wart wzmianki. Jakiś czas później książkę pożyczyłem pewnej ciężko schorowanej koleżance (hcv, aids, politoksykomania, bulimia plus szereg diagnoz psychiatrycznych). Koleżance wkrótce przeszło się na drugą stronę, a książka dla mnie przepadła na parę lat.

Tymczasem parę dni temu udało mi się znaleźć kilka licencjonowanych anglojęzycznych przekładów z pięciu więrszy Bruno pochodzących z tomu „Noc” (1976). Z marszu postanowiliśmy podjąć się przekładu tych liryk na polski i jesteśmy zdania, że rezultat jest zadowalający, w czym niewiele naszej zasługi, bo to po prostu wykurwiste wiersze. W paru momentach dosyć dowolnie, czy raczej na przysłowiowego czuja wybieraliśmy formę żeńską miast męskiej, o której to bolączce – jeśli pamięć mnie nie myli, a myli b. często – wspominał tłumacz “Gdy trucizna działa” w posłowiu.

Oby twórczość Oijera doczekała się godnych wydań w tym przykrym kraju, nawet jeśli miałaby to być spóźniona, opasła kniga. Rad bym nad taką popracował, brakuje tylko znajomości, w tym znajomości szwedzkiego. Tyle przynudzania, czym  prędzej przejdźcie do lektury i bądźcie oczarowani!

P.S. Najwyraźniej przeoczyłem gdzieś zaznaczony wielkimi literami przepis, uniemożliwiający na wordpressie stosowania tabulatur. Poezja jednak często na tym traci, tak się więc niefortunnie składa, że wordpress nie popiera sztuki operowania słowem. Jeżeli znajdzie się ktoś z poważniejszym podejściem do sprawy, angielskie, jak i oryginalne – szwedzkojęzyczne wersje pierwszych pięciu z poniższych wierszy, nieokrojone z właściwego im przestrzennego rozmieszczenia wersów, dostępne są na stronie kwartalnika online Action Yes.

S

z tomu:

NOC

PRAGNĄŁ CIĘ

Pragnął cię tak mocno
Że odciął
Wszystkie swoje palce

I wystukiwał twój numer swoim językiem

Teraz bezustannie
Słyszy twój cudowny śmiech

 

DOPÓKI CIĘ MAM

Dopóki Cię mam,
Moja dziecino whiskey
Wystarczy że
Obrabiam własne kieszenie

Nie chcesz być widziana
Nie chcesz straszyć ludzi

Ale czy muszę spalić
Wszystkie zółte tkaniny
które porozrzucałaś nad nami

i Słońce
nie jest pozwijanym prześcieradłem

Dopóki Cię mam
moja dziecino whiskey

 

TOCZYŁEŚ CZASZKĘ

Toczyłeś Czaszkę
w dół góry

Siedziałem tu
od nocy do świtu
nie dotykając cię

Nie umiem opowiedzieć
skąd pochodzą
wszystkie głosy

Nie mają najmniejszej Szansy

 

NIE OBCHODZI MNIE TO

Nie obchodzi mnie to
Jeśli mnie zostawisz
Wciąż mam twoją wygiętą
łyżkę
Upewnij się by zapamiętywać rzeczy
których zapominaliśmy czynić

Myślałaś że byłem pierwszym
ale w każdym oknie
tam wisi ukrzyżowany człowiek
ukamienowany przez słońce

i błogosławi     wszystkiemu co umiera

 

BIAŁY ADRES

Sekundy twojego profilu
iskrzą wewnątrz mojego ręcznika

Syn bostońskiego dusiciela
Wrzuca ulice
do swojej torby podręcznej

Muszę wybrać
Twój adres
Z wnętrza pudełka tabletek nasennych

Kładziesz dwa jajka
W swoim antycznym biustonoszu
Karmię Cię muzyką
Lecz Usta
Nie przestają odgryzać sznurka
Nie ma Niczego
czego bym w Tobie nie kochał

Myślę, że już czas
aby przybić niebo do ściany

Gdy wyskrobują
w więzieniu cegły

Jesteśmy przebrani za chmury

 

UWIEDZIONY RAZ JESZCZE

Kiedyś zanotowałaś
słowo Zima
na swojej kartce

Teraz masz
mi coś nowego do zaoferowania

Zakrzyknąłem twoje imię
na zewnątrz
Nastawiłaś muzykę

Politycy i inne zwłoki
Zwisają z wieszaków na płaszcze
W Twoim korytarzu

Trzymasz globus
przed twarzą
i nakładasz makijaż

Krew pasuje do Twoich ust

 

MOJE POCHODZENIE

Napisała:
“Nie szanujcie kobiet
i mężczyzn, którzy rujnują i niszczą”

Wydała
Ostatnie swoje pieniądze aby nadać list
i przesiąknęła podłogę
Niczym baletnica
Bez najmniejszych oklasków

Czekała
Niebiosa przekroczyły jej ciało

Siostry i bracia
wyszli po skrawki skóry
i następnego dnia
Życie toczyło rękawicę
Wokół jej nadgarstków

Zmuszono ją
By stanęła na wozie przyczepy
Ludzie wzdłuż chodników
Pluli nad jej drobnymi butami

Powiedz nam
o swoim pochodzeniu, rzekł Prokurator

Narysowała
kwiat Pejotlu

i szepnęła

Jesteście Niewidzialni

Czekała

Strażnicy przekroczyli jej  ciało

 

S

z tomu:
GDY TRUCIZNA DZIAŁA’

***
dlaczego widzę ją
tak wyraźnie, fioletowy zapach
wiedzie do wnęki z łóżkiem
gdzie z głową pochyloną nad ciałem
wgryzła się w swoje serce w
ostateczny sposób

***
może przeszłe lata

szelest drapieżnego ptaka na grzbiecie
późniejsze uczucie wstrętu
kiedy go wyniesiono

a trawa podnosi się znowu
wyczekuje

 

***
nie wolno mi zapomnieć
i nie zapomnę
że odejście moje nabrało mocy

opętańczy kolor
przewodząca prąd ciemność
otwiera się, śpiewa chwilę w moim spojrzeniu
kiedy odwracam się na pięcie

i daję życie

opętańczy kolor przewodząca prąd ciemność
opętańczy kolor
przewodząca prąd ciemność

 

***
próbuję sobie przypomnieć
po raz pierwszy przyłapany zostałem
przez nierzeczywistość ludzkiej egzystencji
gdy ujrzałem ich poruszających się w oknie
nad samym środkiem ulicy
i dziwiłem się co ich napędza
co zmusza iść dalej
ale tym razem
czuję tylko potworne zmęczenie
gdy miasto i światło wieczoru zwyciężają
i wtulają mnie w kolebiący klang
prehistorycznego żalu
który powoli wibruje i zanika
między ścianami pokoju

 

*****
co zapamiętałeś:

czarny niemowlęcy wózek

potem szum topoli i klonów

który zdąża w ciebie

 

***
widzę wysokie drzewo
i mężczyzn którzy je mordują
widzę jak się zbierają
wokół obalonego pnia
i włamują
między gałęzie i koronę liści przed nadejściem zmierzchu widzę
ich półnagie podniecone ciała
chodzące wkoło i kopiące w
miękki szum, w zielone resztki
owalnej kobiecej twarzy

 

***
płaczesz głośno i gorzko
przy stole który wstawiłaś do siebie samej
pejzaż przed nami
nie jest niczym więcej niż żużytą płachtą namiotu
wdychaną i wydychaną z
namalowanymi nań jeziorami, językami grząskich pól i
oranżowej barwy łuszczącą się chmurą
znam reguły
muszę trzymać z dala wszystko co przeszkadza
dopóki istnieje choćby tylko znak że
zaczęłaś odchodzić
i że robisz dobrze odchodząc

 

JAK DŁUGO 

od samego początku się z tym kryłaś
wstawałaś przed świtem
i gładziłaś blachę parapetu
w tym ciężarnym pustym pokoju
może cię kocham
może cię nigdy nie kochałem
nie myślę takimi kategoriami
już dawno zrozumiałaś
dlaczego wierzyć w coś to tyle
co odpędzić to
i jeszcze raz zhańbić

żaluzje
ruchome zaułki cienia na twoim ciele
gdy skręcałaś tytoń
i dmuchałaś dymem który złe duchy
wzbijały w zamian za twoją duszę
nie ma nic chorego
w tym co mówią moje przeczucia
że zaczynasz i kończysz się tutaj
i że nie ma
żadnej innej wojny, która mnie obchodzi

mogę przebudzić się poza zasięgiem
mogę czekać dopóki
zimny skrzący pył nie opadnie
jak długo byłaś otoczona ludźmi
którzy żyją wyłącznie z zaprzeczania siebie
od urodzenia
sposób ich życia był dla ciebie jasny
i że nie myślisz wieść go dalej
przywiązani do swojej małości
do myśli o sobie samych jako ofiarach
nigdy ci nie wybaczyli że
poskładałaś to koło z wszystkiego co ich hamowało
poniżało i co tłumili w sobie

 

BEZSENSOWNY GORĄC

nie ma znaczenia kto
z nas umarł
lub jak wywróciłem swojego króla
nie pamiętasz mnie
najwyżej huśtaliśmy się tam gdzie ziemia
marzyła o krwi

dojrzałem cię wtedy gdy
wyłoniłaś się z obrazu
splatałaś mocno kwiaty
wokół mojej głowy
jakby moja głowa była ziemską kulą
i nie mogła utrzymać kwiatów
przez dłuższy czas

ten bezsensowny gorąc
z wszystkiego co bezsensowne
rozbiłem kopułę nad
moim ciałem
chłodną białą kopułę
z rubinowymi kawałkami szkła

dałaś mi coś
nie kłamię w takich razach
mówię nawet żal ma ramiona
które cię obejmują
nie możesz się zabliźnić
w świecie którego nigdy nie rozbiłaś

 

***
nie zakładam się
zajęło mi to zbyt wiele dni i nocy, żeby
wyrazić płomień
absolutnie zbyt wiele dni i nocy, abym miał
wycofywać z niego rękę

czego bym nie oczekiwał
żyję krótkimi jak mgnienie oka chwilami
lubię właściciela baru tego wieczoru
i zgrzyt wilgotnej posadzki
gdy odwraca stołki do góry nogami
mówi mi to że zostałem ostatni
i że nie chodzi tu o samotność
ani o ten brak samotności który stopniowo
mnie niszczy i odbiera mi władzę

 

***
mówi że w dalszym ciągu zostało mu sporo do roboty
tego wieczoru gdy siedzimy naprzeciw siebie
w jakimś tymczasowym mieszkaniu po drugiej stronie atlantyka
słyszę jak opowiada o wszystkim z czym musi jeszcze zdążyć

teraz gdy już po wszystkim i jego już nie ma
myślę o tym jak kręcił się po tamtym mieszkaniu
z krwią i dżinem w sobie
i jak ciężko pracował nad swoim zniknięciem
i bał się że mógłby nie
zdążyć z doszczętnym swoim zniknięciem
i że ja mu pomogłem, rzeczywiście mu pomogłem

 

***
rozchodzi się plotka o tych
którzy zebrali się przy pace ciężarówki
i opuszczali wysokie ciężkie fotografie
czarno białego deszczu
oraz ustawiali je pionowo w górę
w kłębiącym się piachu

 
***
najbardziej małomówny między wybranymi
zagrzebuje parę obrączek
pióro myszołowa i dwie stalowy tabliczki
z odciskami palców swojego dziecka
przy zboczu
gdzie wieczór jest 300 razy silniejszy

niż na ziemi

 

***
kroki o trzeciej nad ranem
ważna wiadomość wsuwa się
przez szparę w drzwiach:

istnieliśmy czasami
to mnie już nie przeraża
podobnie mało
jak to że wybrałaś mnie
zamiast kogoś
kto stał pod październikowym księżycem
z błędnymi oczami

 

SPECJALNY STRÓJ

wydaje się że na twarzach gromadzi się kurz
wydaje się że mnie duszą bezwartościowe słowa

wydaje się że okna stają otworem
wydaje się że wypełniłaś pokoje gdy wszyscy wyszli

wydaje się że sokół krąży nad tobą
wydaje się że jamy twego głosu ziały w moją stronę

wydaje się że odmawiam być zgładzony
wydaje się że powiedziałem nie mojej rasie
wydaje się że to stara historia
wydaje się że to wzór na specjalnym stroju umarłych
wydaje się że pokazywany jestem samemu sobie jak ty pokazujesz miejsce
gdzie zajmowałaś się wiatrem, masami wiatru

 

UKŁADAMY CZARNY PUZZEL

doszedłem do władzy
powiedziałem zielone pisać niebieskie
a wieczór jest długi
gdy mierzy w swoją skroń

blaty barów
sztylety neonów
słyszę płatną miłość odwołującą usługi
a ty mieszkasz ciemno, ciemniej niż myślisz
twoje serce bije ciebie

pamiętam kiedy muszę
drzewo było wyższe od najwyższych
chorzy ciągnęli losy
o to kto uzdrowi kraj

wiesz co jest grane
osiodłałem moje imię
ujeżdżam ranne zwierzę
i nie ma żadnych reguł
kiedy układamy ten czarny puzzel

spostrzegłem kim jesteś
przestworza odwodzą zimny kurek
szmaciana lalka mruży oczy których brak
i dopiero we śnie oddajemy się sobie
wiem że wiosłowałaś
każdej nocy wytrwale
aż znalazłaś się wreszcie poza zasięgiem wszelkiej pomocy

NAWET GDY WSZYSTKO SIĘ SKOŃCZY

dawno temu
osiedliłem się tutaj
i wyglądałem nad dachami domów
fala
europejskiego zmierzchu
podkłada ładunki pod miasto
i płynie przeze mnie w dal
podczas gdy trucizna działa

nigdy nie opuszcza mnie
wściekły głód
wiem co nieco o krokach
wokół podziemnej wazy
z pieniącymi się niebiesko kwietniowymi kwiatami
i głoduję
dokucza mi głód sprawiedliwości
godności
cierpię głód przepaści
co wytrzyma
i wiem że ty głodujesz

nawet jeżeli wszystko się skończy
to nie odwróci swojego spojrzenia
dworcowe hale i deszcz
były mocarstwami w moim życiu
podszedłem do siebie
objąłem ramieniem moje plecy
z uczuciem że
czekaliśmy dostatecznie długo
że ja miałem właściwy klucz
do tajemnicy

cierpię głód przepaści co wytrzyma i wiem że ty głodujesz
cierpię głód przepaści co wytrzyma i wiem że ty głodujesz

***
śnisz
i budzisz się wystraszony
przeczułeś zasięg
chorej Ręki która pobiera miarę
z odgrzebanych
gnijących promieni

słońca

 

****
smród wilgotnego brezentu
miasta wzdymają się od tłumionych myśli
o śmierci, smród kłamstw
smród twarzy, ktore potrzebują innych
by się pokazać

 

***
złośliwa radość
tętniła pod ich skórą
kiedy kręcili się
po mieszkaniu
i wylewali całe światło
które zostawiłaś po sobie

 

***
dom bez wnętrz
liczyłaś że będziesz przechodzić z jednego
pokoju do drugiego

brakuje mi nie tylko ciebie
brakuje mi właściwie beznadziejności twych wysiłków
by zrzucić z siebie masę dziedziczną wszystkich
którzy trwonili swój czas by żyć na świecie

 

***
elektryczny deszcz iskier z postaci
które zamknęły się od środka
wymyślając bezpiecznik
do wielkich mroków jesteśmy warci

ze zbioru:
GILOTYNA

 

KONFETTI

jesteś piękna - odkryłaś, że zawisła wielka choroba nad moim krajem
jesteś piękna – odkryłaś, że zawisła wielka choroba nad moim krajem

XXXVI

jesteś piękna
odkryłaś
że zawisła
wielka choroba
nad moim krajem

XLIX

pięć dni
bez opuszczania łóżka
duży, biały
wilczur
nie chce lizać już mojej ręki

LIX

starszy
płaczący mężczyzna
którego nie znam
dzwoni do mnie
i opowiada jakie
to przykre
że nigdy nie istniałeś

LXXXV

zbłąkany
na bezludej, pustej
równinie
słyszysz drzwi
zatzaskujące się
z gwałtowną siłą

XCVI

duchy
piją moją
głowę
w tej suchej krainie

duchy piją moją głowę w tej suchej krainie

CXVII

baletnica
i dwa
arlekiny
każdy o różowych rzęsach
siedzieli w plecionych fotelach
na strychu, wznosili toasty
czarną kawą
podczas gdy lata opadały
jak ciężkie, dojrzałe lata w ogrodzie

 

CXIX

komnata
opuszczone żaluzje

oddychasz, z
dłonią na klatce piersiowej

czy to klonowe liscie
wznoszą się i opadają nad bulwarem

 

CXXIV

poziomki w moich ustach
srebrne kule w twoim sercu

nie płacz, powiedział jakiś głos
nie płacz, wielu zamierza uciec tej nocy

 

KUSZA

pół godziny
przed egzekucją

dostrzeżono
że oczy chłopca były ciężarne
potem
masyw górski zwijał się w konwulsjach
na obrazach
starych mistrzów

 

INCEST

diabeł napisał do mnie list
diabeł przychodził do moich drzwi
diabeł obsypywał mnie prezentami
diabeł zrobił miejsce w swoim łóżku

jak mi ciebie brakowało
jak mi ciebie brakowało
***
Helena
siedziała i
gapiła się w ścianę

to mnie rani
że reszta
odrzuciła po prostu swoje życia

Helena siedziała i gapiła się w ścianę

SEN

posłańcy przychodzą, posłańcy odchodzą

w japońskiej miejscowości górskiej
zaparłeś się ramieniem i wywróciłeś
słup ognia na papierowe niebo

posłańcy przychodzą, posłańcy odchodzą

w Wiedniu siedziałeś
ukryty pod gałęzią gruszy
i rozpuszczałeś jasne, okazałe gmachy
jak tabletki w szklance
musującej wody

 

BARYTON

jakiś taksówkarz
zabiera mnie przy Washington Square Park

przeciskamy się wzwyż nocy
przeciskamy się wzwyż migoczących, smutnych alei

mówi:

potrzebujemy więcej niewidzialnych
tego właśnie potrzebujemy
potrzebujemy całego miasta z niewidzialnymi ludźmi

potrzebujemy całego miasta z niewidzialnymi ludźmi
potrzebujemy całego miasta z niewidzialnymi ludźmi

WĘDRÓWKA DUSZ

twój przyjaciel Hitler
jest samotny dzisiejszej nocy

próbuje różnych rzeczy
próbuje wynosić muchy do ogrodu

próbuje nałożyć błękit na swój pędzel
próbuje podsunąć dwa klocki pod ręce dziadka

twój przyjaciel Hitler
jest samotny dzisiejszej nocy

WZIĄŁ MNIE NA STRONĘ

zatopione w słońcu pomniki
zimny zielony welon
siedzi w Ogrodzie Luksemburskim
i pisze do ciebie list:

Paryż 10 maja 1804

kochanie,

mój stół jest pusty a armie zmęczone
zażywam długich, samotnych spacerów nad wodą
kupiłem jabłko, które było ciężkie jak żelazo
prosiłem ludzi w kawiarniach żeby zostawili mnie w spokoju
miałem dziwny sen
śnił mi się Cesarz
skaleczył się w palec i nie chciał żadnej pomocy
wydawał się wystraszony, prawie piękny
szliśmy po podłodze która była sztywną, lakierowaną suknią
wziął mnie na stronę i zaszeptał:

“pamiętaj mnie,
pamiętaj mnie, ci co wypróżniają spluwaczki
będą władać”

kochanie,

nie mam nic więcej do powiedzenia
coś ciężkiego wróżącego nieszczęście wisi w powietrzu
coś czego nie jestem częścią
wczoraj znalazłem szminkę na kołnierzu
wczoraj słyszałem to znowu
wczoraj słyszałem kroki na loncie między
życiem a śmiercią

 

HEJ ANIELE
(Noc Bez Premii w New York City)

hej aniele, słuchaj
hej aniele, posłuchaj pięknego człowieka
posłuchaj pięknego człowieka który nie wierzy w nic

hej aniele, jestem taki jak ty
noszę niebieskie perły na przegubie dłoni
i jeżeli przyjdzie znowu zima
wepnę złotą obrączkę w moje ucho

hej aniele, słuchaj
jesteśmy w końcu XX wieku
jesteśmy w końcu XX wieku i nic się nie dzieje
hej aniele, jesteśmy w końcu XX wieku
i wszyscy szukają szczęścia póki buty nie przegniją

hej aniele, mówię prawdę
hej aniele, śmierdzę podróżną torbą i tanim bourbonem
ale Nowy Jork jest w porządku, ni mniej ni więcej
hej aniele, to takie proste
tego kto przespał się z życiem karze się
tego kto przespał się z śmiercią czci się i nagradza

hej aniele, znaczysz dla mnie dość dużo
ty i jeszcze paru innych
którzy są kryminalnie zakochani w tym co zowie się nadaremno

hej aniele, słuchaj
może jestem dobry lub zły w łóżku
może opieram się o kwiaty na tapecie
ale widzę krew wzdłuż Bowery z mojego okna
i flipper zwrócił się przeciwko mnie
hej aniele, zdaje się że kule przeciekają przezeń

a ja szukałem czegoś do szukania
a ja szukałem czegoś do szukania
a ja szukałem czegoś do szukania

a ja szukałem czegoś do szukania

hej aniele, opada ranek
na gazetowy papier i rozbite szkło
nie mogę powrócić
nie mogę iść dalej
nie mogę pozostać
hej aniele, jestem tak wolny jak szerszeń
który utknął w obrotowych drzwiach wielkiego banku

hej aniele, nie natrząsaj się ze mnie, wiesz czego chcę
hej aniele, ulice są puste i spłukane
hej aniele, wszyscy pociągnęli na wojnę
hej aniele, przejdź tutaj i połóż swoje ubranie na podłodze

posłuchaj mnie
posłuchaj pięknego człowieka
posłuchaj pięknego człowieka który nie wierzy w nic

hej aniele, jestem taki jak ty
palę dziesięć Pall Maili przed śniadaniem
biorę taksówkę do parku i płacę wystrzępionym liściem
hej aniele, jestem szczodry dla mych oczu
hej aniele, funduję moim oczom tak ach tak wiele karatów
widzę otwieraną bramę wesołego miasteczka
widzę jak wszyscy wbiegają i zbierają pleśń z cyrkowego namiotu

hej aniele, mówię prawdę
hej aniele, noszę z sobą wyjedzoną skórę z pomarańczy
przepełnioną popiołem z papierosów
trzymam pomarańczowy szkielet blisko mej piersi
hej aniele, popiół drży od uderzeń mego serca
nie chcę prosić o wybaczenie
nie próbuję przeciągnąć jej lub jego na moją stronę
nie zamierzam przyjąć pracy czy patrzeć jak ktoś idzie do swojej
nie będę naśladował kogoś kto nie był nigdy prześladowany

hej aniele, stoję tutaj
i zdmuchuję kilka gramów popiołu z mojego okna
nie słyszę jak ląduje w dole na East Houston Street
ale światu do twarzy w tym co z nas zostaje
a puste ulice robią ze mną co chcą
hej aniele, dni przychodzą, później noce
i nic nie poradzę
ten co poluje ucieka a ten co ucieka jest na polowaniu

hej aniele, nie musisz się ze mną zgadzać
ale te niebieskie perły oświetlają moją drogę
nie twoją czy kogoś innego

hej aniele, to takie proste
niektórzy myślą że dzikie maliny smakują najlepiej w nocy
niektórzy rysują poduszki na brooklyńskim Moście
niektórzy żądają wyostrzenia drinków
zanim walka byków się rozpocznie
niektórzy schodzą w dół pierwszej Avenue
i balansują kroplami letniego deszczu na klindze sztyletu
niektórzy drogo płacą żeby znaleźć się
w następnym tanim wydaniu “kto jest kto”
niektórzy wabią słonce torebką pralinek
i nagim udem
niektórzy oglądają fajerwerki rozkwitające nad Chinatown
jak krople czerwonej szminki na rękawicy śmieciarza
niektórzy,
niektórzy wierzą że znaleźli wyjście

hej aniele,
nie będę cię zamęczał
nie zamierzam odpoczywać długo przy twoim boku
hej aniele, jedyne czego chcę
to wpełznąć na górę i wejść w twoje ciało

hej aniele
hej aniele, jesteśmy w końcu XX wieku
jesteśmy w końcu XX wieku i światło odchodzi
jesteśmy w końcu XX wieku
a życie jest tak ciasno zapakowane czułością i solidarnością
że lejce wrzynają się w skórę
i zmuszają konie by skręciły w drogę przy rzeźni

hej aniele, szukałem czegoś do szukania
hej aniele, szukałem czegoś do szukania
hej aniele, szukałem czegoś do szukania

posłuchaj mnie
posłuchaj pięknego człowieka
posłuchaj pięknego człowieka który nie wierzy w nic

hej aniele, zwołajmy ludzi
i opowiedzmy o naszej miłości
powiedzmy im że spotkaliśmy się przez przypadek
by przeżyć szczęście we wzajemnym rozejściu

hej aniele, dni zwyciężają, później noce
a flipper zwrócił się przeciwko mnie
zda się że kule przeciekają przezeń
jak błyszczące świdry przez czaszkę Boga

hej aniele, Nowy Jork jest w porządku, ni mniej ni więcej
hej aniele, to takie proste
ten co marznie pali swój dom
ten co marzy o sprawiedliwości cierpi na bezsenność
i musi ukazywać się chory i blady

hej aniele, jestem taki jak ty
niewiele mi trzeba
wystarczy łańcuch górski i klepnięcie w ramię
hej aniele, czasami dostaję dobrą kartę
czasami mam ich w bród
ale tacy jak ja prowadzą grę
w której wygrana zbyt ciężka by donieść ją do domu

hej aniele, tacy jak ja ciągną od baru do baru
tacy jak ja szydzą z przyszłości
i ogrzewają ulicę swoimi krokami
hej aniele, tacy jak ja nie mają czci dla niczego
tacy jak ja kładą kawałek lustra na ziemi
tak by planety mogły podziwiać swój makijaż

hej aniele, płyń śródmieściem, wiesz na co mam ochotę
hej aniele, nie ma strachu
to tylko dzień św. Walentego i łzy
pukają do Hudson River
hej aniele, wyobraź sobie cały wieczór
wyobraź sobie cały wieczór i ani jednej premii

hej aniele, jesteśmy w końcu XX wieku
jesteśmy w końcu XX wieku i ty musisz karmić ptaki
jesteśmy w końcu XX wieku a ja słyszałem
o ludziach którzy wreszcie znaleźli swój dom
nie chcę się wtrącać ale teraz błądzą po pokojach

a ja szukałem czegoś do szukania
a ja szukałem czegoś do szukania
a ja szukałem czegoś do szukania

wysłuchaj mnie
wysłuchaj pięknego człowieka
wysłuchaj pięknego człowieka który nie wierzy w nic

hej aniele, jestem taki jak ty
hej aniele, zawsze jest wieczór kiedy się budzę
hej aniele, leżę i widzę zasłony poruszane przeciągiem
hej aniele, to takie proste
hej aniele, to czarny płomień
hej aniele, to czarny płomień zmierza
w naszym kierunku

fot/il. – wyklucznik i lisia czapa, do ed.

Śpiew|nic

spiewnic

Poezja? To się ze słów robi? Otóż kurwa jest się w przestrzeni przekształconej w następne stadium choroby przez wirus słowa. Tomik Gaca przywraca słowo słowu. Źródłowa sztuka rzeźbienia zaklęć. Niby że rwane, krótkie frazy i groteska, sarmactfo, guślarstwo, tradycja, dekadencja – żaden wypis, na jaki byłbym się w stanie teraz – zglątwiony – zdobyć, nie wprowadzi należycie do lektury. Wszelako jeśliś słuchał Licha i Pogrzebu w karczmie, wprowadzeń nie trzeba, bo liryki tam stąd zaczerpnięte. Radzę też rzucić uchem na demo Charii, gdy się udostępni.

> Tomik w PDF <

Apdejt: za moją inicjatywą Dominik doczekał się publikacji w piśmie literackim co się zowie Opcje. Samej publikacji nie widziałem, bo w empiku byłem tylko za nowym przekładem z WSB, ale któżby pomyślał, że narkodegeneraci mogą się przyczyniać krzewieniu nowej jakości wśród polzkiej sztóki?

Strumienie (liryki)

str

DNOEDEN

fontanny wymiotów
w ogrodzie demiurga
czarne lodowisko
orszaki kalekich faunów
odcięte członki
zlane w plazmę życia
krzaki neuronów
w ogrodzie władcy
zabawa i śmiech
przepływ jest funkcją ziemi
poduszki ciężkiego piachu
przyszedł tam z listem
z czarną pieczęcią

23 upadki

                  Czarne koty wychłeptują drogę mleczną.
W.S. Burroughs – Cień Szansy

Kątem oka, w odurzeniu i bezwładzie
Sparaliżowany, sturlałem się z desek sceny
Kukiełkowego teatru, spadając w bezdech
Koszmaru wiekowego jak wykradnięcie ognia
Przestępcze są to też wieści:

Tak zwane ja, co cię posiada.
Jaźni dozorca to i cenzor;
t o b y d l ę l u c k i e !
Jęzor podryguje gdy powróz napięty.
Patrz!

Czy nie przelękniesz się wyraźnie ujrzeć, jak
ślepcy wiodą ślepców, a dziwka w dziwce w dziwce,
i bydlę damy dyma; jak trójoka bestia zmierza
szlakiem kundalini, tam gdzie bękarta honor,
narodzin niefart i losu czarna karta,
ślepa jak kot, co drogą mleczną wymiotuje
z rozmachem; tak zwany ja, blady i zepsuty;
wreszcie: wyblakły cień na odległej ścianie.

*
gdy śpię zrastają się kości dnia, na dzień dobry
złamane i szpik oczny o nieokreślonej
konsystencji mózg w imadło kropel
haloperidolu zakropionych jak żywot
dziadka Tadka zakończony zawałem
serca przy doglądzie uprawy mózg warzywny
czy nawiedzony i nie rozegrana partia szachów
na ten sposób w kotłowni rozpalam
spróchniałą płytą z resztek wspomnień;
starymi pocztówkami niczyich marzeń;
szufla; blaszka; popiół; żyła;
z pordzewiałej rury, spod okopconego okapu
skapuje kropla, na popiół kropla brunatnej krwi
w szpilki błędną tęczę
wraz ze szprycy tłokiem
strumień Lete
gruchocze

* *
Panie doktorze moje kości wzywa
Popiół powieki mam podszyte
Kłamstwem a myśli chcą mnie
Zaszczuć kilka częstotliwości
Naraz biały szum nadjeżdża
i nie zabiera mnie
Z peronu stazę do
Ostatniego zastrzyku zaciska się
Na krtani błąd na pańskiej recepcie

Nie wróciłem stamtąd żywy
Kotara opuszczona nim wychodzę z żyły
Przeglądałem się w oczach miłości
I wieczności gdy odczytywano datę
Pogrzebu moje odbicie zmyła fala
Deszczu w świetle błyskawicy pojmany
Skuty cień szukał jej żył po ciemku
Szarpały jak napinający się sznur
W tym kotle fermentuje
Krew w której zaparzy się susz
Zapomnienia

Doktorze, z pańskiego czoła opada tynk
Z głowy Jezusa, zatkniętej na wskazówce
Zatrzymanego zegara, z jego ust
Wylatuje strumień chrząszczy
Z uszu rój much

 

Takich rzeczy pisać nie należy

Strudzony żebraniem o uznanie bliźnich
Pozdrawiam obcego, któremu się przymarzyły
Marihuaninowe muffinki ze stanu kolorado
Na chroniczny ból dupy lub sumienia
Gdyż każda kutew ma swą brukiew
A grafomani zwłaszcza narkomani na latarnie słupy łańcuchy
Atrament z domieszką żółci pobranej w stanie ostrej glątwy
Każą ci wypić i wiadro wymiocin wokół którego kółko oazowe
Pionu moralnego odbyło kulturalny taniec, gdy piętro wyżej
Ktoś sprzątał po sobie skrzętnie, podgłośniwszy telewizor
Do dźwięków pobożnych strun, niebiańskich lir i tłuczonych witraży
Czkawka, żal za grzechy i namaszczenie zjełczałym olejem
Ilekroć należy się przeżegnać, aby dostąpić samozapłonu?

– – –

Fasada świata prawa i granic

Wirusowe zakłócenia w emisji

Procesów trawiennych fal mózgowych

 

W celach obgryzane kości

Wysączone z soków maki

I pokrzepiające, krzepnące żyletki

 

Wicher dmie w chaszcze, gdy ogień

wypuszcza korzenie na znak bębnów z wnętrza ziemi

Korzenie przekształcają się we włosy ognia

na znak tętna mgieł z wnętrza ziemi

 

Zwlekających, sepleniących, powłóczących dni

Oszczędź im Bogini, morskich koszmarów śluz

Z wyciśniętych, spłaszczonych walcem czasu głów

Wietrzono  krematorium

Aby zęby nie rozpruły szwów czaszki

nichtig