GNOD – Just Say No to the Psycho Right-Wing Capitalist Fascist Industrial Death Machine

tumblr_ono3bytqz31qfucnro1_1280
Rocket Recordings 2017

Mało kogo stać na tak dosadną deklarację jak psychoanutów z Gnod, czy to w kwestii tytułu, czy też w odniesieniu do konstytuującej go muzyki – ostrej, ciętej, rewolucyjonistycznej i częszącej neurony. Just Say No to akt rebelii.

Od strony dronowo-psychodeliczno-rockowych improwizacji panowie podążyli tu ku bardziej zwartemu wykwitowi, łączącemu hałaśliwy punk rock z domieszką psychodelii, nabuzowanego agresją i protestatycyjnymi lirykami, eksplorującymi pewne aspekty prawdziwego, twardego życia, w opozycji do trzody zahipnotyzowanej zachodnią propagandą. Sonic Youth nigdy nie zbliżyło się nawet do nagrania czegoś równie bezprawnego, a jakichkolwiek koneksji dopatruję się z wczesnym Swans (tzw. No Wave), z okresu Filth / Cop / Greed – choć również można dopatrzeć się pokrewieństwa z co bardziej prymitywnymi, agresywnymi partiami nowszych płyt Giry i spółki, czy może też (momentami) wczesnym Godflesh. Niekiedy brzmi to wręcz troszkę pod Skullflower wykonujący covery anarchomanckich hymnów. Song pt. People składa się z oczyszczającej chaosem ścieżki gitar i podłożonego sampla rozmawiających mężczyzn, a przy tym można spróbować telepatycznie wychwycić, co oni mówią, na przykład przy zastosowaniu konopii, i to, co jest powiedziane kontrastuje z wymazującym to piorunem gitar.

Ta muzyka może pomóc w reprogramacji mózgu, demaskując wirusy psychiczne dominujące nad aktualną sytuacją społeczno-polityczną, a w każdym razie przyczynić się do zdarcia choć kilku składających się na nie zasłon kłamstw. A jeśli nie, to stanowi kawał nonkonformistycznego, kontentującego, dynamicznego i dosadnego łomotu i to bodaj najskromniejsze zdanie, jakie można napisać nt. tego materiału Gnod. Poglądy muzyków są zdecydowanie antyglobalistyczne i antysystemowe, ale w jakiej mierze lewackie? „Wydaje się, że wkraczamy w jeszcze bardziej nieprzyjazne czasy, niż te, w które już wkraczamy. Rok 2016 stanowi początek czegoś, co postrzegam jako systematyczne zniszczenie ze strony establiszmentu liberalizmu i równości, w reakcji na ogólną utratę wiary ludu w ich system”. Jeśli kogoś interesują tu tego typu niuanse ideologiczne, ja tam do nich nie należę. Wiem, że rad bym szedł i niszczył, gdy wybije czas. I to przede wszystkim ten instynkt, a nie (zapewne w mniejszej lub większej mierze skażona humanitaryzmem) ideologia napędza ten materiał – bojówkarsko nieustępliwa żarliwość. Spora to rewolucja nawet jak na specyfikę GNOD, nigdy nie pomieszkującego w jednolitej stylistyce zbyt długo.

katastrof

 > BANDCAMP <

> TUMBLR <

 

Advertisements

Dekoder (1984) – rec. filmowa

Decoder_1984_poster

Zdecydowanie bardziej niż dla Bitników, obraz ten stanowi swoisty trybut dla sceny industrialnej. To undergroundowy, kontrkulturowy eksperyment filmowy, kontestujący chorobę duchowej nędzy Zachodu podług instynktu wspólnego obydwu wspomnianym wykwitom kultury niepokornej. Wizje Williama Burroughsa oraz Genesisa P. Orridge’a odciskają znacznie większe piętno na ogólnej aurze i wymowie filmu, niż ich przelotna w nim obecność. Zresztą odtwórcą głównej roli – antysystemowego rozrabiaki – jest F.M. Einheit, znany szerzej z Einstürzende Neubauten (nie zabrakło tu również innego muzyka tego zespołu – Alexandra Hackego).

Ruch, wśród którego ikon obok w/w należy postawić SPK, stajnię Broken Flag, ale przede wszystkim Throbbing Griste/Psychick TV/The Temple of Psychick Youth, był w dużej mierze inspirowany twórczością Beat Generation – głównie pisarstwem Williama S. Burroughsa, a nie reszty spółki. Już pierwsze sceny Dekodera ujawniają, czyja twórczość najmocniej wpłynęła na scenariusz i jego wizualizację.

WSB obsesyjnie nagrywał, odsłuchiwał, miksował, mieszał nagrania dźwiękowe i filmowe. Wokół podobnych operacji kluczy znaczna część tego obrazu, a najbardziej oczywistym przeniesienem motywu z książek WSB są w scenariuszu Dekodera zamieszki wywołane odtwarzaniem przez młodych wykolejeńców subwersywnego noise’u w fast-foodach, tych świątynkach konsumpcjonizmu.

Z drugiej strony lustra pojawia się „Dream Machine” Briona Gysina, ale trzeba ograniczyć spoilery..

Chłód perspektywy, sposób pracy kamery nie pozostawiają cienia wątpliwości, że Dekoder wpasowuje się w specyfikę alternatywnego niemieckiego kina z lat 80-tych. Filmowi blisko również do takich tytułów, jak Hardware, czy cronenbergerowskiego Wideodromu, ale Dekoder tylko ociera się o granice cyberpunku. Można się spierać w tej kwestii, ale nawet jeśli weźmiemy pod uwagę dominującą kolorystykę i lekko futurystyczny klimat, zbieżność z cyberpunkiem zachodzi tu nieomal wyłącznie na płaszczyźnie wizualnej.

Decoder (Muscha, 1984)

Zresztą barwy, którymi twórcy Dekodera traktują widzów po oczach – z przewagą błękitu, fioletu i czerwieni – intensyfikują stosowane środki wyrazu i przekazywane treści, stanowiąc jeden z głównych atutów filmu. Inną techniką poświadczająca o jego artyzmie, czy eksperymentalności, jest wizualny sampling obrazów z różnych źródeł – nagrań z kamer monitoringowych, archiwalnych nagrań z zamieszek, urywków animacji, pastiszów reklam, sekwencji z peepshow – a wszystko transmitowane przeważnie na falach industrialnej elektroniki.

Na początku filmu cokolwiek widmowa postać w szarym płaszczu przemierza aseptyczne korytarze, mija pojedynczych pracowników zagadkowego podziemnego kompleksu, w drodze do chronionego pomieszczenia, skąd monitorowane są nagrania z kamer rozmieszczonych w przestrzeni miejskiej. To swego rodzaju centrum operacyjne nie jest wcieleniem Studio Reality, ale jest mu bliskie, zwłaszcza gdy przyjrzymy się oferowanym przez niego możliwościom identyfikacji i kontrolowania obywateli. Te ostatnie nie wbijają na obszar znany z 9 żywotów Thomasa Katza, ale ten tytuł to nieco inny gatunek kota w butach, nawet jeśli stężenie absurdu i czarnego humoru w Dekoderze aktywuje stosowne receptory.

Mimo braku wysoce utytułowanej i wykwalifikowanej kadry, Dekoder jest udanym eksperymentem. Gra aktorska jest utrzymana na przyzwoitym poziomie, a przynajmniej w przypadku ważniejszych postaci. Rola przewodniej „lali” przypadła na przykład Christiane F., autorce Dzieci z Dworca Zoo. Nie zamierzam tknąć tej książki, ale Krystyna dodaje filmowi powabu. Oniryczna sekwencja z WSB nie jest jedyną sceną, w której się przewija i jego wpływ na całokształt tego dziełka znacznie przekracza rangę drugoplanowej roli.

Osobiście, lekko rozczarowałem się epizodem z Genesisem P-Orridgem, i jeśli jakaś niezdarność ukuła mnie w oczy, to właśnie w tej scenie. Nie zmienia to jednak tego, że Dekoder, na przekór swej niszowości, niskiego budżetu i pomniejszych technicznych niedopracowań, w moich oczach pozostaje jednym z ciekawszych i donośniejszych filmowych wyrazów zdecydowanej, niebanalnej krytki konsumpcyjnej zgnilizny zachodniej demokracji. A że krytyka ta wykorzystuje przenikliwą burroughsowską metodykę i piętnuje Kontrolę, dezinformację i inne tegesy – trudno się dziwić, że film został zmarginalizowany, zaś jego reżyser – Muscha – nie nakręcił już niczego więcej.

Vomit Orchestra (Nod, ex-Vrolok) – wywiad

unnamed (2)

/ENGLISH VERSION OF THE INTERVIEW BELOVV the polish one/

/Minęło doprawdy sporo czasu od aktywności muzycznej D., jak również przeprowadzenia wywiadu, do publikacji, ale było warto – to najlepszy wywiad, w jakim miałem przyjemność przysłowiowo maczać palce. Angielska wersja powinna zostać opublikowana na Santa Sangre magazine, w międzyczasie zaś dodano kilka dodatkowych pytań koncentrujących się raczej na muzyce samej w sobie, niż wszelakich ideach i inszych pierdoletach.

Muzyka Vomit Orchestra była mi osobiście bardzo częstym towarzyszem przez lata, w różnych stanach psyche i świadomości – pod tym względem z Eptirconvellere mam jeszcze masę do nadrobienia i prędzej czy później to nastąpi, bo album jest bliski niesamowitości, o czym radzę się przekonać – bądź zwyczajnie nabrać zdania – samemu. Tymczasem zapraszam do lektury i zaręczam, że nie będzie należeć do przewidywalnych, ani nudnych. /

WEWNĘTRZNE ŚWIATY

I. Jakie substancje najmocniej wpłynęły na Twoje życie i twórczość? Czy zgodzisz się zarysować proporcje lub charakter pozytywnego i negatywnego wpływu tychże?

Przypuszczam, że dragiem, który wywarł największy wpływ na moje życie jest alkohol, w tym sensie że jest bardzo destrukcyjną substancją – nie posiada niemal żadnej cechy oferującej rodzaj odkupienia.  Jeśli chodzi ci o sens pozytywny,  podzieliłbym go na „ery”.

Za swoich lat młodzieńczych paliłem dużo marihuany, która oferowała mi fantastyczne pomysły i z pewnością wpłynęła na znaczną część starego materiału V.O. (w tym przypadku więc całej mojej muzyki nagranej jako nastolatek). Z trawą słyszałem muzykę czyściej i odnajdywałem w niej różne nastroje, zjarany do upadłego wśród obszernych lasów. Negatywna strona marihuany powinna być oczywista – po pewnym czasie zamienia ludzi w letargicznych kretynów.

 Jakoś mniej więcej wtedy zacząłem używać amfetaminy, która pomagała mi zachować koncentrację podczas nagrywania. Większość z mojej obecnej wiedzy odnośnie technik rejestrowania dźwięku pozyskałem pod wpływem amfetamin. Zawsze będę wdzięczny za ten aspekt. Negatyw? Amfetaminy po kilku miesiącach zażywania stają się okropnym gównem i zniszczą twoją kreatywność, zmuszając do skupienia się na najbardziej przyziemnych, pozbawionych znaczenia szczegółach. Kiedy to czynisz, wypalasz się i zatrzymujesz. Amfetaminy są powodem, z uwagi na który nie było żadnych materiałów Vomit Orchestra po roku 2007; wypaliłem się i potrwało to lata, nawet po tym jak rzuciłem ten nałóg, zanim ponownie zacząłem nagrywać muzykę. Musiałem zaczynać znów od początku (nagrywanie na 4 ścieżki) i wypracowywać swoją drogę ku digitalnym środkom nagrywania, jakby to był jakiś rodzaj dziwacznego odrodzenia. Stąd swój początek wziął projekt Nod (który przedyskutuję później).

Benzodiazepiny są interesujące w tym, że z jednej strony zabijają obawy, które mogą nadejść np. wraz z próbą skomponowania nowego kawałka, lecz jeśli – będąc pod ich wpływem – nie spiszesz tego,  co skomponowałeś, lub też tego nie nagrasz, nie będziesz tego ni cholery pamiętał!

“Negatywna strona marihuany powinna być oczywista – po pewnym czasie zamienia ludzi w letargicznych kretynów.”

LSD jest wspaniałym dragiem dla kreatywności, lecz prawdopodobnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie nagrania czegokolwiek pod jego wpływem. Cokolwiek robisz pod wpływem ma sens sprawia wrażenie posiadającego sens, ale brzmiałoby niesłychanie nudnie, gdy już otrzeźwiejesz. Mam jedno nagranie poczynione na LSD, gdzie gram na perkusji, a znajomy na flecie. Choć jest bardzo interesujące, jednocześnie jest kompletnie bezużyteczne i dziwaczne, w porównaniu do tego jak sobie wyobrażaliśmy jego brzmienie w trakcie nagrywania.

Opiaty to jedyne dragi warte czegokolwiek, kiedy chodzi o kreatywność, a to po prostu stąd, że nie wydają się mieć wiele wspólnego z tworzeniem – po prostu pomagają mi zechcieć ruszyć tyłek i być „kreatywnym”, zatem spełniają rolę paliwa. Cały album Eptirconvellere został nagrany i zmiksowany pod wpływem opiatów z recepty uzyskanej po pobycie w szpitalu. Negatywny aspekt to ich oczywista własność uzależniająca – zniszczą twoje życie jeśli pozwolisz sobie na zostanie opiatowym ćpunem. Od tego punktu, nie dostrzegam w nich już żadnej „paliwo” podobnej funkcji. Po prostu robią z ciebie przegrańca.

“Opiaty (…) po prostu pomagają mi zechcieć ruszyć tyłek i być “kreatywnym”(…). Negatywny aspekt to ich oczywista wartość uzależniająca – zniszczą twoje życie jeśli pozwolisz sobie na zostanie opiatowym ćpunem.”

Muszę jednak z naciskiem powiedzieć, że największy wpływ na moją kreatywność bierze się z faktu, że w naturalny sposób jestem osobą ciekawską i twórczą.  Jeśli w ogóle cokolwiek, to w pewnym momencie mojego życia ćpanie przyhamowało moją pracę twórczą. Vomit Orchestra nie zostało założone jako „narko kapela”, i choć jestem pewien, że narkotyki wpłynęły na wiele z tego, co zdziałałem w sensie muzycznym, szerszy obraz pokazuje, że były tylko jednym spośród wielu doświadczeń życiowych, które ukształtowały to, kim jestem i jak podchodzę do sztuki. Jeśli wyjmiesz dragi z tego równania, wciąż pozostanie cała reszta tego, co wpływało na moje życie i podejście do tworzenia muzyki.

vo antecrux inlay pg 8-9

II. Jeden z Twoich nowych utworów ma tytuł Lorazepam. Leżąc w ciemności i wijąc się z bólu (pirogen po zastrzyku) pomyślałem, aby zapytać Cię w związku z tym pierwszym o parę rzeczy. Jaką rolę substancje psychoaktywne odgrywają w Twoim życiu? Czy kiedykolwiek przeszedłeś wywołaną dragami psychozę i byłeś hospitalizowany? Jak byś porównał cierpienie, które mogą spowodować dragi do tego, jakie zadają sobie ludzie psychicznie i fizycznie?

Cóż, używałem narkotyków z różnymi stopniami częstotliwości przez ponad połowę mojego życia. Zawsze było to hobby, nie zaś uzależnienie. Kiedykolwiek zauważałem, że staje się to potencjalnym problemem, zwyczajnie przestawałem na pewien czas. Jednakże moje zainteresowanie i częstotliwość zażywania miały swój szczyt ok. 7 lub 8 lat temu. Doświadczyłem efektów większości narkotyków z wystarczającą regularnością, aby odczuwać je obecnie jako nudne i nieciekawe. Większość dragów, których obecnie używam, pozyskuję z prawomocnych recept na udokumentowane dolegliwości i zwyczajnie czerpię z nich przyjemność, kiedy są w moim posiadaniu. Na ten przykład utwór Lorazepam nosi taki tytuł, ponieważ w szpitalu wstrzyknięto mi potężny strzał dokładnie tej substancji, co ocaliło moje życie podczas serii ataków (padaczkowych, jak pozwala wnioskować dalsza cz. Wyw. – dop. Red.) w trakcie tygodnia przed nagraniem tego utworu. W zasadzie cały album Eptirconvellere traktuje o tym wydarzeniu.

Nigdy nie byłem hospitalizowany z powodu powiązanej z dragami psychozy, za to dragi indukowały we mnie rodzaj psychozy, gdy byłem w szpitalu. Gdy byłem młodszy miałem dosyć ostrą bezsenność. W pewnym momencie prawie nic nie spałem przez szereg dni, co sprawiało mi poważne problemy. Więc zostałem przyjęty do szpitala. Kiedy przybyłem, dostałem iniekcję benzodiazepiny, której nazwy nie pamiętam. Dawka musiała być całkiem wysoka, bo w szpitalnym łóżku zacząłem mieć bardzo wyraźne halucynacje. Widziałem energię wychodzącą z gniazdek elektrycznych, część z niej bezpośrednio ku mojej twarzy. W korytarzu były te nieważkie, kwadratowe sieci złożone z „białej energii” i „czarnej energii”, jedne goniące drugie w jedną stronę i z powrotem wzdłuż korytarza, jakby pchane przez powietrze jak meduzy, lub liście niesione w górę wiatrem w jesienny dzień. Nieco później, wszystkie zmierzały w jedną stronę, wzdłuż korytarza w lewo, a z prawej strony nadeszła postać, która była oplątana tymi sieciami, lecz o swego rodzaju ciemno szarym odcieniu, nie bieli lub czerni. Jej twarz ciągle zmieniała kształty, zawsze ukazując się jako coś rodem ze starożytnego rzymskiego popiersia i choć nie spojrzałaby na mnie, poczułem, że mnie rozpoznała. Natychmiastowo zdałem sobie sprawę z tego, że była to Śmierć, przemierzająca korytarze szpitala. Gdy przeszła w lewo, kilka ostatnich „sieci energii” podążyło za nią i wtedy cała halucynacja ustała. Była to bez wątpienia najbardziej wyraźna halucynacja jaką kiedykolwiek miałem i nie wystąpiła na żadnym psychodeliku. Przypuszczam, że było to spowodowane bezsennością nałożoną na substancję, która pogłębiła moje wyczerpanie. (Nie wiem czy rozumiem ostatnią część twojego pytania)

“Doświadczyłem efektów większości narkotyków z wystarczającą regularnością, aby odczuwać je obecnie jako nudne i nieciekawe.”

/Ostatnia część mojego pytania może się wydawać niejasna. Chodzi tylko o fizyczny ból doświadczany przez ćpuna gdy np. ma zespół odstawienny opiatów i o to, jak można to porównać do naszego normalnego, codziennego bólu (np. dzieciak gwałcony przez orangutana albo gwałcony umysłowo przez własną babcię). – dop. red./

iii. Doświadczenie otchłani i odmiennych stanów świadomości nie jest Ci obce. Czy uważasz się za politeistę, okultystę, heretyka, czy nic z tych rzeczy?

Interesują mnie własne doświadczenia i o to w tym chodzi. W typowy sposób nie potrafię przypisać temu słów. Dla przykładu jestem epileptykiem – a doświadczenie napadu padaczkowego przez kilka godzin przed i po jego wystąpieniu jest dla mnie bardzo surrealistyczne i nieomal duchowe. Jaką nazwę powinienem temu przyporządkować? Jak mogę to wytłumaczyć „normalnej” osobie, która nigdy nie doznała przedtem aury padaczkowej? Nie mogę. Jest to coś dalece bardziej realnego i opartego na empirycznej obserwacji niż mambo-dżambo jakiejkolwiek księgarni ezoterycznej i byłbym skłonny się założyć, w oparciu o wszystkie starożytne poglądy na epileptyków, dalece potężniejsze duchowe narzędzie. Jest powód, ze względu na który tak wielu z nas dokonało tak wiele na płaszczyźnie zarówno duchowości, jak sztuki.

Więc nie, naprawdę brak mi zainteresowania do studiowania okultyzmu, choć od czasu do czasu z filozoficznego punktu widzenia ciekawi mnie studium różnych religii. Kiedyś byłem bardzo zainteresowany okultyzmem, lecz filozofia sama w sobie jest dla mnie dużo bardziej interesująca, beż potrzeby jakiegokolwiek rodzaju rytualizacji. Jeśli jest ona niezbędna niektórym ludziom do skupienia myśli i rozwoju umysłu, to wspaniale. Dla mnie nie jest to konieczne.

iv. Co sądzisz o kierunku, w którym poszła muzyka Twojego dawnego współpracownika z Emit? Czy nadal utrzymujecie znajomość?

Emit zawsze będzie jednym z moich ulubionych projektów dźwiękowych. Bardzo nieliczne rzeczy są tak unikalne, w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki – i naprawdę mam to na myśli. Po usłyszeniu 10 sekund dowolnego nagrania jestem w stanie stwierdzić, czy Michael był w nie zaanagażowany. To rzadkie u artysty i pokazuje jego poziom umiejętności. W żadnym razie nie jest byłym wspólnikiem muzycznym, jako że wciąż utrzymujemy kontakt i dzielimy się ideami, planujemy kolaboracje, etc. Spośród kontaktów, które pozyskałem na „scenie muzycznej”, jest moim najdłużej trwającym kontaktem i – doprawdy – przyjacielem.10697252_1568465800034750_8755257074629987366_o

v. A propos skrzypiec, proszę abyś odniósł się do spostrzeżenia z recenzji (Co do wykorzystania tych ostatnich, co świadczy – było nie było – o połączeniu elektroniki z muzyką klasyczną, efekt moim skromnym zdaniem przeskakuje orkiestralne A Winged Victory for the Sullen. Nie bez powodu, fenenomenologicznie jest skrajnie inne – Eptirconvellere to miejsce, gdzie to, co bliskie sacrum w muzyce zostaje zestawione z destrukcyjnym, transgresyjnym obliczem informite, ciągłości) – czy dobrze słucham?

Cóż, nie ma właściwego, ani złego sposobu odsłuchu, jako że od słuchacza zależy decyzja za samego siebie, co to oznacza i dlaczego istnieje. Naprawdę nie mogę podjąć tej decyzji za ciebie. Po prawdzie, nie jestem nawet pewien czy jako twórca w ogóle mogę mieć na ten temat opinię.

vi. Jak nawiązaliście współpracę z sb, odpowiedzialnym za skrzypce na Eptirconvellere? Zacne i unikalne połączenie muzyczne, wręcz powiedziałbym, że takie fortepianowe Peaceful Snow Di6 i Miro Snejdra to przy tej kolaboracji bieda.

Dziękuję za komplement. W rzeczywistości SB jest kobietą, ale jestem pewien że doceniłaby twoją komplementację jej gry. Ja wyznaczyłem nastrój grze skrzypiec, lecz ona zaimprowizowała moje pomysły nad nagraniem, więc to naprawdę był jej „feeling”. Poznałem ją poprzez moją żonę, jako że są wieloletnimi przyjaciółkami. Mam nadzieję, że możemy nagrać razem inne rzeczy, ale nigdy tak do końca nie wiem jak będą wyglądać moje kolaboracje – albo czy w ogóle jakieś będą. To naprawdę zależy od tego, czego wymaga kawałek. Dla przykładu nie potrafię sobie wyobrazić skrzypiec na innych utworach z albumu. Wypróbowaliśmy parę i zwyczajnie zupełnie nie pasowały. W przyszłości, jeśli będą potrzebne skrzypce chętnie poproszę ją ponownie o pomoc, a jeśli nie, zapytam gdzie indziej.

vii. Co jest grane z Twoim projektem NOD? Czy jest na wstrzymaniu? Mam nadzieję, że nie. Może epka „Iokanaan”, którą masz wkrótce wydać w swoim Static Grief Industry, zawiera materiał pierwotnie nagrany pod szyldem NOD?

Jest wiele konfuzji względem tego, czym był Nod. A nie był tak do końca solową rzeczą, ani też wyłącznie sposobem na rozwinięcie możliwości nagraniowych, po tym jak zaprzestałem nagrywania w 2007 roku. Z uwagi na to, Nod był tak naprawdę nisko progową wersją Vomit Orchestra, sposobem robienia materiału w charakterystyce V.O. bez żadnych oczekiwań i przy sporej liczbie kolaboracji. Pierwotnie nikt nie miał o tym wiedzieć, poza bliskimi kontaktami. Jednak popełniłem błąd gadania na ten temat, a wtedy uznałem, że równie dobrze mogę po prostu pokazać ludziom, co zrobiłem. Zostało to nagrane z dokładnie takim samym wyposażeniem jak materiały Vomit Orchestra. W rzeczywistości pierwsze trzy taśmy były po prostu podpisane V.O. Więc dla wszystkich celów i intencji, Nod jest Vomit Orchestra – tylko że nie pod tą nazwą. Całość tego materiału zostanie prawdopodobnie wydana publicznie.

Co do Iokanaan, jest jak przypuszczam na swój sposób podobne do starych demosów i EP „The Aura of Saints”…. Które to same są podobne do Nod.

(Nowa EP VO pt. Iokanaan jest niemal ukończona. Dwa kawałki, oryginalny i cover, razem blisko 20 minut. Zostanie to wydane przez mój własny „label” Static Grief Industry w limitowanym nakładzie kaset, a później gdzie indziej, gdy te się rozejdą. Iokanaan zostało nagrane, zmiksowane, zmasterowane i skopiowane w pełni analogowo.)

viii. Jak uważasz, czy dożyjemy krachu i upadku obecnego zgniłego systemu Zachodu?

Myślę, że kultura zachodnia jest czymś, co nieustannie ewoluuje; nie może zatem upaść. „Upadek” sam w sobie byłby tylko nową twarzą zachodniej kultury! Pogląd osoby na zgon kultury jest kwestią tego, gdzie – wciąż w obrębie tej kultury – umiejscawia swoje wartości. Np. III Rzesza dostrzegała rozpad społeczeństwa Zachodu w oznakach, po których Stany Zjednoczone dostrzegały jego rozkwit – w dokładnie tym samym momencie historii. Co do pesymizmu, powiedziałbym, że jestem optymistą. Ludzie wokół zupełnie nie zgodziliby się ze mną (moja żona wyśmiała mnie, gdy zapytałem czy myślała, że jestem optymistyczny…), ale widzę, że w całej mojej skrajnej negatywności tkwi dziwaczny rodzaj cynicznego optymizmu.   

ix. Co do Vrolok, dwa twoje kawałki miały dla mnie szczególne znaczenie – „Nightfall” i „The Funeral” (cover Dark Pestilence z kasetowego reha Melancholy). Może to nie najlepszy sposób pytania o takie rzeczy, ale proszę sypnij słówko o tym, jak może się twoja artystyczna ewolucja potoczyć w nadchodzących miesiącach i latach.

Naprawdę ciężko powiedzieć. Nie jest to coś, co bezwzględnie planuję. Największym wpływem na moje podejście do sztuki jest ciekawość dźwięków, różnych klimatów i tego jak mogę przełożyć atmosferę, którą mam w głowię na taśmę. Poprzez Vomit Orchestra zawsze próbuję i stawiam sobie wyzwania stworzenia nowych brzmień, patentów i ewokowania różnych, dziwniejszych emocji. Odczuć, które nie są natychmiastowo rozpoznawalne, a nawet rzeczy, które istnieją pomiędzy innymi emocjami, bardziej obskurnych uczuć. Z Vrolok chodziło zupełnie o coś innego. Nie jestem pewien, czy cokolwiek z tego zespołu jeszcze we mnie pozostało, jako że nie byłem w tej kwestii nadmiernie używający wyobraźni. Vrolok był napędzany czystą filozofią, a ja nie mam nic, co chciałbym powiedzieć poprzez moją muzykę, jako że powiedziałem wszystko, co potrzebowałem. Chcę jedynie pokazywać ludziom emocje i uczucia, dźwięki, krainy wewnątrz ich samych, o których istnieniu nie wiedzieli. Cokolwiek poza tym jest, szczerze mówiąc, bardzo dla mnie nudne. Czy zmieni się to w przyszłości? Być może, bo nie mogę wiedzieć na pewno. Jednak przynajmniej na ten moment, to wszystko co chcę robić.

“Chcę jedynie pokazywać ludziom emocje i uczucia, dźwięki, krainy wewnątrz ich samych, o których istnieniu nie wiedzieli.”

Poza tym coś, co wyjawię, jako że minęło 12 lat – Dark Pestilence był w rzeczywistości projektem Vomit Orchestra. Chciałbym wciąż mieć ten materiał, ale został utracony.

X. Powiedziałeś, że nie jesteś pewień, czy pozostało w Tobie jeszcze coś z Vrolok, co z kolei wywołało we mnie zastanowienie, czy też w ogóle jeszcze wracasz do black metalu jako słuchacz, nawet od czasu do czasu? Co w prosty sposób pociąga za sobą pytanie, czego słuchasz tymi dniami?

Vrolok to dla mnie bardzo specyficzny feeling i „wydarzenie” i tak naprawdę nie potrafię się do tego autentycznie odnieść w obecnych dniach. Nie wiem czy ulegnie to zmianie w przyszłości, ale z pewnością byłoby z mojej strony nieautentyczne, aby udawać, że jakkolwiek obecnie wpasowuję się w ten kontekst. Sposób,w jaki widzę Vrolok jest tego rodzaju, w jaki mógłbym widzieć ulubioną parę starych dżinsów, które już na mnie nie pasują, ale zarazem wyrzucenie ich odpada. Wciąż mam nadzieję, że będą pasować – lecz z wiekiem staje się to coraz mniej prawdopodobne. Chyba że załapię się na AIDS czy coś.

Wciąż słucham black metalu więcej niż jakiegokolwiek innego rodzaju muzyki. Nie potrafię sobie wyobrazić, aby kiedykolwiek miało to ulec zmianie. Samo to, że nie widzę siebie  wpasowanego w kontekst starej kapeli, nie oznacza że przestałem czcić rodzaj muzyki, który ten zespół wykonywał. Poza tym słucham szerokiej gamy rzeczy. Jeśli chodzi o nowsze/aktywne kapele, sporo ostatnio słuchałem Triangle & Rhino, Christmas, and Russian Tsarlag. No i wreszcie rzecz jasna oddaję hołd ołtarzowi Popol Vuh i Tangerine Dream (ich okres sprzed lat 80-tych), więc te nagrania ustawicznie goszczą w moim odtwarzaczu.

Xi. O co chodzi z kasetowym splitem Vrolok / Relique, jak wieść głosi limitowanym do 23 sztuk – czy takie wydawnictwo w ogóle istnieje?

W rzeczywistości był limitowany do 46 kopii, ale tak – istnieje. Split Vrolok/Relique był nagraniem stworzonym ze współudziałem pewnych członków live bandu Vrolok w 2012 roku. Napisaliśmy kilka nowych kawałków celem zaprezentowania ich na żywo, chcąć zarejestrować je dla potomnych. W tym samym czasie, paru kolesi z naszego kręgu znajomych (jak również goście, którzy grali na gitarze rytmicznej i basie we Vrolok) założyło kapelę Relique, celem zagrania jednego koncertu i nagrania pojedynczej Epki. Tak więc zamieściliśmy obydwa nagrania na taśmie i wypuściliśmy je każdorazowo na pierwszym gigu danej kapeli w limicie do 23 sztuk – tyleż na pierwszym koncercie Vrolok w Nowym Jorku i analogicznie na pierwszym show Relique w Pittsburghu (tym razem z żółtą okładką). Nie mogę się wypowiedzieć względem strony Relique, ale strona Vrolok najpewniej nie doczeka się reedycji. Została wydana wyłącznie dla widzów tego gigu.

Xii. Ktoś mógłby powiedzieć, że twoja muzyka wciąż jest dosyć minimalistyczna, na co bym odparł że ostatni lp ukazuje V.O. bardziej dopracowane niż kiedykolwiek. Czy kiedykolwiek myślałeś o ponownym nagraniu któregoś ze starszych utworów, tak jak uczyniłeś z „Dying”? Powiedziałbym, że wiele z nich skorzystałoby na nowych aranżacjach i świeżym spojrzeniu.

Nie do końca. Vomit Orchestra posiada rodzaj trwałej ewolucji, nie jest to jednak ewolucja, w której coś minimalistycznego nabiera „większego” podejścia. Nie działa to w ten sposób. Bardziej uwarstwione dźwięki to po prostu coś, o co wołał nowy album. Nic nie przemawia za tym, że następna płyta nie będzie bliższa Antecrux, które było znacznie bardziej oszczędne. Nic też nie przemawia za tym, że nie wykorzystam orkiestry symfonicznej. Wszystko opiera się na zachowaniu smaku w określonym kontekście i pozostaniu autentycznym względem czegokolwiek, co zainspirowało twórczą iskrę. Wiele utworów na Antecrux opierało się na jednej lub dwóch ścieżkach gitarowych, z pewnymi dźwiękami tła stworzonymi na bazie zapętlonych efektów – to nie mogło zdać egzaminu na Eptirconvellere. Podobnie jak zastosowanie perkusji, więszkej ilości istrumentów, usunięcie elementów elektroniki etc. Nie mogłoby zdać egzaminu na Antecrux.

“Wszystko opiera się na zachowaniu smaku w określonym vobbkontekście i pozostaniu autentycznym względem czegokolwiek, co zainspirowało twórczą iskrę.”

“Dying” zostało ponownie nagrane, ponieważ oryginalny kawałek (na eksperymentalnej epce Bridges Burnt) był dźwiękowym eksperymentem, mającym na celu odtworzenie melodii i dźwięku, który usłyszałem we śnie o tonięciu, wykorzystując puszczone od tyłu gitary i elektronikę. Ponowne nagranie zostało poczynione, gdyż chciałem sprawdzić, czy będę w stanie odtworzyć coś z tego używając instrumentacji na żywo, a jako że rezultat pasował do konceptu albumu… Był to zatem rzadki wyjątek.

Xiii. Zatem pod względem muzycznym robisz wszystko w pełni analogowo, nie wykorzystując software’u, który jak przypuszczam, używa większość nowych twórców muzyki elektronicznej? Jak trudno jest zdobyć konieczną ku temu wiedzę i umiejętności?

Część materiału nagrywam analogowo (jak np. ostatnie kilka EP i wszystkie demówki VO), lecz Eptirconvellere zostało nagrane digitalnie. Jednakże zostało nagrane organicznie – co oznacza, że w  trackie post-produkcji nie podlegało żadnym efektom, jak również że nie używałem syntezatorowego software’u celem uwydatnienia nagrania.

Jest właściwy czas i miejsce do zabawy z elektroniką (i nie mam z tym generalnie żadnego problemu), lecz gdy ludzie zaczynają używać programów komputerowych, aby ukryć fakt, że nie potrafią używać prawdziwych instrumentów – z tym mam już problem. To tanie, bezwysiłkowe i plastikowe. Ci sami ludzie będą pieprzyć o tym jak to muzyka pop jest pozbawiona smaku, co jest doprawdy ironiczne. Potrzebowałem skrzypiec na tym albumie, więc wiecie co zrobiłem? Poszukałem i znalazłem skrzypaczkę! Potrzebowałem też organów Hammonda na kilku utworach. Czy ściągałem programy z torrentów? No, poszedłem i kupiłem pieprzone organy Hammonda, po czym nauczyłem się wykorzystywać je wystarczająco dobrze, aby nagrać potrzebne fragmenty. Zbudowałem również syntetyzator, zamiast manipulowania samplami na komputerze. Włożyłem w to faktyczny wysiłek, tak jak prawdziwy muzyk powinien.

Wszelkimi środkami, gnijcie dźwięki, bawcie się rzeczami, czyńcie tak wiele nojzu za pomocą kompa jak tylko chcecie, jeśli taką macie intencję (choć może spróbujcie wpierw bez komputera, jako że wszystko to da się osiągnąć z odpowiednim wyposażeniem) – bylebyście nie programowali syntetycznych smyczków i próbowali komuś wcisnąć, że nagrał je instrumentalista.

 XIV. Porównując Cię do innego „samotnego wilka” (post) black metalowej sceny, mianowicie Wresta z Leviathan / Lurker of Chalice, wy dwaj – przynajmniej w moich oczach – wyrośliście na największe indywidua na tych peryferiach muzycznych zza drugiej strony Oceanu – co z kolei sprawia, że jakakolwiek kolaboracja z Waszej strony byłaby czymś niesamowitym do wysłuchania – i – jak przypuszczam – bardzo mało prawdopodobna?

Cóż, myślę że z samego startu byłoby to bardzo trudne, jako że nie znam faceta. Mamy bliskich wspólnych znajomych, ale nigdy się nie spotkaliśmy, ani nie rozmawialiśmy. Nie jestem zaznajomiony z muzyką Lurker of Chalice, ale lubię te materiały Leviathan, które słyszałem. Nagrałem intro na stronę Krieg do ich splitu z Leviathan, co skończyło jako moje ulubione wydawnictwo 2014 roku. Utwór Leviathan był naprawdę dobry. Rzecz polega na tym, że od lat słyszałem porównania naszych kapel z ust rozmaitych ludzi, co jak podejrzewam powstrzymywało mnie od bliższego wsłuchania się w jego dyskografię. To swego rodzaju mechanizm potłuczonego zwieńczenia ego. Jestem bardzo niedojrzały pod tym względem.

 xv. „Dying” z „E.” jest zdecydowanie najbardziej „nojzowym” twoim kawałkiem na tym LP, ale „Hypodermic” idzie krok w krok za nim. Noise jako gatunek muzyczny wydaje się dla mnie dosyć pretensjonalny, nie licząc tego, nad czym pracują tacy twórcy jak chociażby Kevin Drumm, to jest transcendowanie niemal wszelkich granic gatunków muzycznych. Jaka jest Twoja opinia o tym „gatunku” (anty)muzyki?

Naprawdę nie mam określonej opinii, jako że zazwyczaj nie słucham zbyt wiele tego rodzaju rzeczy. Mam obsesję na punkcie dźwięków, w gruncie rzeczy wszelkich dźwięków, ale bardziej interesują mnie dźwięki, które mogę stworzyć używając wzmacniaczy i wyposażenia w wolnym pomieszczeniu mojego domu, niż odsłuchanie kasety, którą nagrał ktoś inny. Postrzegam to jako dalece bardziej fascynujące – ujrzenie jakiego rodzaju dźwięki mogę wyciągnąć z różnych źródeł – i właśnie to mnie jara. Mam tony niewydanych materiałów stworzonych na bazie akwarium, efektów, odgłosów odśnieżania mojego sąsiada, a wszystko to przepuszczone przez różne części hardware’u, do stopnia w którym są nierozpoznawalne. Większość ludzi nie byłoby zainteresowanych takim zajęciem i raczej słuchałoby tego, co nagrał ktoś inny. Moje własne bardziej nojzowe nagrania EP, przykładowo swoich słuchaczy i jest to nieco odmienne grono od tego, które ceni sobie długograje. Jestem bardzo za to wdzięczny.

W odniesieniu do wspomnianych kawałków z Eptirconvellere, aktualnie nie odbieram „Dying” ani „Hypodermic” jako nojzowych, no ale to z kolei pokazuje jak moje intencje są odmiennie odczytywane przez innych. Co jest zawsze fascynujące, nieprawdaż?

Ale wracając do pytania, to oczywiste że nieomal każdy jest w stanie stworzyć „nagrania noise” na najbardziej podstawowym poziomie, ale znowóż każdy jest w stanie malować – czyż nie? Pretensjonalność może odgrywać w tym pewną rolę, ale jeśli bierze się to z autentycznego miejsca, nie sądzę aby w ogóle można było określić to pretensjonalnym.

from Antecrux booklet / inlay
from Antecrux booklet / inlay

/INNER WORLDS/

i & ii. What drugs had the strongest impact on your life and creativity? What would the proportion of their negative and positive effects?

I suppose the drug that has had the strongest impact on my life would be alcohol, in the sense that it is a very destructive drug with little to no redeeming value. If you mean in a positive sense, it would be broken down into “eras”.
I used a lot of marijuana when I was younger, which gave me fantastical ideas and surely influenced large amounts of the old Vomit Orchestra material (all of my music recorded as a teenager, for that matter). I could hear music clearer, and I found other moods and atmospheres while stoned off my ass in the middle of the woods for hours on end. The negative side of marijuana should be obvious- it turns people into lethargic morons after a while.

Somewhere along the line I started taking amphetamines, which helped me stay focused while recording, and much of what I now know about recording techniques I learned while on amphetamines. I’ll always be thankful for that aspect. The negative? Amphetamines are absolute shit after you’ve been on them for a few months, and will destroy your creativity by forcing you to focus on the most mundane, meaningless details imaginable. When you do that, you get burnt out, and you stop. Amphetamines are the reason there weren’t any Vomit Orchestra releases from 2007-onward; I had burnt myself out, and it took years, even after I’d quit, to want to record music again. I had to start from the beginning again (four-track recordings) and work my way back into the digital realm, like some sort of bizarre rebirth. That’s where the Nod project came from (which I’ll discuss later).

“The negative side of marijuana should be obvious- it turns people into lethargic morons after a while.”

Benzodiazepines are an interesting one, in that on one hand they kill the anxiety that might come along with trying to compose a new song, but if you don’t write down what you wrote, or record it, you aren’t going to fucking remember it!
LSD is a great drug for creativity, but I cannot possibly imagine recording anything of use on it. It seems like the sort of thing where whatever you are doing makes sense under the influence, but would sound incredibly dull and useless after you sober up. I have one recording that I made on LSD, where I played drums and a friend played flute. While it is very interesting, it’s also entirely useless and bizarre, when compared to how we thought it sounded at the time.
Opiates are the only drug worth a shit when it comes to creativity, and that’s only because they don’t seem to have a lot to do with it one way or another- they just help me want to get off my ass and “be creative”, so they serve as a fuel. The entire Eptirconvellere album was recorded and mixed under the influence of an opiate prescription after a hospital stay. The negative aspect there is that they are clearly addictive and will destroy your life if you let yourself become an addict. At that point, I can’t imagine they serve any “fuel” type function. They just make you a loser.

on opiates “(…)they just help me want to get off my ass and “be creative”, so they serve as a fuel.(…) The negative aspect there is that they are clearly addictive and will destroy your life if you let yourself become an addict”

I need to stress, though, that the biggest thing that has affected my creativity has been the fact that I am naturally a creative and curious person. If anything, drug use hindered my creative outlet at a certain point in my life. Vomit Orchestra wasn’t formed as a “drug band”, and while I’m sure drugs have affected a lot of what I’ve done musically, the bigger picture here is that drugs were just one of a multitude of life experiences I’ve had that have shaped who I am and how I approach art. If you take drugs out of the equation, the rest of what influenced my life and how I make music would still be there.

III. One of your new compositions is titled Lorazepam (i’m on it atm, haha). While i was lying in the dark, convolving in pain (pirogenic injection), I came to think so to ask you about a couple of things. What kind of a role do the psychoactive substances play in your life? Have you ever experienced drug induced psychosis and was hospitalized? How would you compare the suffering, which can be brought with drug use, to physical and psychical sufferings, which people inflict upon one another?

Well, I have been a drug user with varying degrees of frequency for over half my life. It’s always been a hobby, not an addiction. Any time I saw it becoming a potential problem, I simply stopped for a while. My interest and use peaked about seven or eight years ago, however. I have experienced enough drugs with enough regularity to find them generally dull and uninteresting these days. Most of the drugs I use now are prescribed to me for a legitimate ailment, and I simply enjoy them while I have them. The song Lorazepam, for instance, is called as such because I was given a massive shot of that particular drug in the hospital to save my life during a series of seizures a week or so before recording the song. The entire Eptirconvellere album is about that event.
I have never been hospitalized for drug-related psychosis, but I have had drugs induce a sort of psychosis in me while being hospitalized. When I was younger, I had pretty severe insomnia. At one point I hadn’t slept much in days, and it was causing me serious problems. So I was taken to the hospital. When I arrived I was injected with a benzodiazepine, the name of which I cannot remember. The dosage must have been fairly high, because I began having very vivid hallucinations while laying in the hospital bed. I saw energy coming out of the electrical sockets, some of it directly at my face. In the hallway, there were these weightless, square nets consisting of “white energy” and “black energy”, one chasing the other back and forth down the hallway, sort of pulled through the air like jellyfish, or leaves blowing upward during an Autumn day. A bit later, they all went the same way, down the hall to the left, and from the right side a figure appeared who was wrapped up in these nets, but in a sort of dark grey shade, not black or white. It’s face kept changing shapes, always appearing as some sort of ancient Roman bust, and although it wouldn’t look at me, I recognized that it acknowledged me. I immediately realized that this was Death, and it walked the halls of the hospital. As it passed to the left, a couple last “energy nets” followed behind it, and then the hallucination stopped. It was without a doubt the most vivid hallucination I’ve ever had, and it didn’t occur on any psychedelic drug. My guess is that it was caused by my insomnia coupled with a substance that furthered my exhaustion.
(I don’t know if I understand the last part of your question.)

Last part of my question may seem unclear, all it was about is the physical pain experienced by junky while withdrawing heroin for instance, and how is it comparable to our normal everyday common pain (kid raped by a baboon, or kid brain-raped by his own grandma etc.)

iii. You’re not unfamiliar with experiencing the abbyss / altered states of consciossness. Do you consider yourself as a politeist, occultist, heretic or no such “things” make any sense to you?

I’m interested in my own experiences, and that’s about it. I cannot put words to it, typically. I’m an epileptic, for instance- and the experience of a seizure is a very surreal, almost spiritual experience for me prior to and immediately after it occurs. What name shall I put on that? How can I explain that to a “normal” person who has never experienced an aura before? I cannot. It’s something far more real and grounded in empirical observation than any occult bookstore mumbo jumbo, and I’m willing to bet, based on all ancient views of epileptics, much more powerful of a spiritual tool. There’s a reason so many of us have done so much in the realm of both spirituality and art.
So no, I’m really not interested in studying the occult, although I do find the study of different religions interesting from time to time from a philosophical standpoint. At one point I was very interested in the occult, but philosophy by itself is far more interesting to me without the need for any sort of ritualization. If that’s necessary for some people to focus their thoughts and better their minds, then that is great. It’s not necessary for me.

 iv. If you’re actually a practicing occultist / Chaos magus, how long did it take to move from the assimilation of theoretical principle to acting itself? What would be your advise for a novice in occult realm?

My advice, based on what I said before, would simply be to base all views and actions on your own perceptions of reality, forgoing the structures and rigors of any set of guidelines. It’s far more rewarding and far more grounded in reality- your reality.

v. What’s your opinion on the direction in which went your former co-musician Emit? Are you two still in touch?

Emit will always be one of my favorite recording projects. Very few things are so unique, in any artform- and I truly mean that. I can hear 10 seconds of any recording and know immediately if Michael was involved or not. That is rare in an artist, and shows his skill level. He is by no means a former co-musician, as we are still in touch and still share ideas, plan collaborations, etc. He’s my longest-running contact, and friend really, that I made in the “music scene”.

vi. A propos the use of violin on your latest LP, or more specifically, conjoining electronic music with classical instruments – the effect, in my humble opinion, transgresses orchestral A Winged Victory for the Sullen, for instance. Not without a reason, both projects are phenomenologically extremely different – Eptirconvellere is like a place, where that, which is music-wisce close to Sacrum meets the destructive, transgressive face of what G.Bataille named informite. Am i listeninig to Eptirconvellere correctly?

Well, there is no right or wrong way to listen to it, as it’s down to the listener to decide for his or herself what it means and why it exists. I really cannot make that decision for you. In fact, I’m not sure that I’m even allowed to have an opinion on the matter, as the creator.

 vii. How did you came to cooperation, you and sb (the man responsive for violin on E.)? Truely unique music conjunction, I’d even light handedly say, that such piano album as Peacful Snow by DiJ & Miro Snejdr, is simply miserable in comparition to what you two just did.  

Thank you for the compliment. Actually, “SB” is a female, but I’m sure she would appreciate your complimenting her playing. I directed the mood of the violin piece, but she improvised my ideas over top of the recording, so it was really her “feel”. I met her through my wife, as they have been friends for many years. I hope we can do other things together, but I never really know what my collaborations will look like- or if there will be collaborations at all. It really depends on what the song calls for. For instance, I cannot imagine violin on any of the other songs on the album. We tried a few, and it simply did not fit at all. In the future, if violin is required I’d gladly ask for her help again, and if not, I’d ask somewhere else.

viii. What’s the situation with you solo project NOD – has it been put on hold? I hope not. Maybe the “Iokanaan” ep you’re about to issue via your Static Grief Industry, incorporates what was primarily designed under NOD moniker?

There’s a lot of confusion on what Nod was. It wasn’t really a solo thing, as much as it was a way to develop my recording abilities again after I had quit in 2007.
For that matter, Nod was really just a low-key version of Vomit Orchestra, a way of doing Vomit Orchestra-type material without any expectations, and with a lot of collaborations. No one was originally supposed to know about it, other than close contacts. Those tapes were recorded just for friends when I was starting to record music again, to show them what I was doing. But I made the mistake of talking about it, and then decided that I might as well just show people what was done. It was recorded with all of the same equipment as the Vomit Orchestra material in the exact same way. In fact, the first three tapes were originally called VO. So for all intents and purposes, Nod is Vomit Orchestra- just not in name. All of that material will probably get re-released in public form eventually.

As for Iokanaan, it is sort of similar to the old demos and The Aura of Saints EP, I suppose… which themselves are similar to Nod. 

ix. How do you think – shall we live long enough so to experience the collapse of the rotten system of what is left from Western culture? Or maybe you’re not that pessimistic as one could think?

I think western culture is an ever-evolving thing; it cannot collapse, therefore. The “collapse” itself would just be the new face of western culture! A person’s view of a culture’s demise is matter of where their values are placed within that culture. The Third Reich saw western society crumbling in a way that the United States saw it thriving, for instance, at the exact same point in history.
As for pessimism, I would say that I’m an optimist. People around me would completely disagree with me (my wife laughed at me when I asked her if she thought I was optimistic…), but I find that within my extreme negativity, there’s a bizarre sort of cynical optimism.

“The Third Reich saw western society crumbling in a way that the United States saw it thriving, for instance, at the exact same point in history.”

x. Concerning Vrolok, two of your songs were of particular meaning to me – Nightfall and The Funeral (Dark Pestilence cover from the Melancholy reh. Tape). Maybe it’s not best way to ask about such things, but please say a word on how can your artistical evolution develop/regress in the months and years to come.

It’s really hard to say. I don’t necessarily plan that sort of thing out. The biggest influence in how I approach art is just a curiosity for sounds, for different atmospheres, and how I can put the atmosphere I’ve created in my head onto tape. I always try and challenge myself with Vomit Orchestra to create new tones, patterns, and evoke different, weirder emotions. Emotions that aren’t immediately recognizable, even- things that exist between other emotions, more obscure feelings.
With Vrolok, it was a whole other thing. I’m not sure I have any of that band left in me, as it wasn’t very imaginative in that regard. It was purely philosophy-driven, and I no longer have anything I want to say through my music, as I said all I needed to say. I just want to show people emotions and feelings, sounds, realms within themselves they didn’t know existed. Anything out side of that is, frankly, very boring to me. Will that change in the future? Possibly, as I can’t know for sure. But at least for the time being, this is all that I want to do.
Also, something that I’ll acknowledge, as it’s been 12 years now- Dark Pestilence was a actually a Vomit Orchestra project. I wish I still had that material, but it’s been lost.

 XI. You said that you’re not sure if you still have any of Vrolok left in you, and that made me wonder – do you keep returning to black metal music, even from time to time? Which simply follows a question, what you’re listening to these days?

Vrolok is a very specific feeling and “event” for me, and I can’t put myself into that authentically these days. I don’t know if that will change in the future, but it would certainly be inauthentic of me to pretend that I somehow fit that context right now. The way I see Vrolok is sort of how I might see an old pair of favorite jeans that don’t fit anymore- they are full of holes, they no longer fit, but it’s impossible to throw them away. I keep hoping they fit- but with age, it just seems less and less likely. Unless I get AIDS or something.
I still listen to black metal more than any other sort of music. I cannot imagine that ever changing. Just because I cannot see myself fitting into the context of an old band, doesn’t mean I don’t still worship the sort of music that band played. Other than that, I listen to a very wide variety of things. When it comes to newer/active bands, I’ve been listening to a lot of Triangle & Rhino, Christmas, and Russian Tsarlag lately. Then of course I worship at the altar of Popol Vuh and pre-80s Tangerine Dream, so those records get spun constantly.

I still listen to black metal more than any other sort of music. I cannot imagine that ever changing.”

XII. What’s the thing with Vrolok / Relique split CS lim. 23 copies, as mentioned on metal-archives – does such realease even exists?

It was actually limited to 46 copies, but yes, it exists. The Vrolok/Relique split was a recording with some of the members of the 2012 Vrolok live band. We had written a couple of new songs to include in the live set, and wanted to put them down for posterity. At the same time, a few other people in our circle of friends (as well as the guys who played rhythm guitar and bass in Vrolok) started a band called Relique, in order to play one show and record one EP. So, we put the two recordings onto a tape, and released them at each band’s first live show- 23 copies at the first Vrolok show in New York City (using a white cover), and 23 copies at the first Relique show in Pittsburgh (using a yellow cover). I can’t speak for the Relique side, but the Vrolok side will probably never be reissued. It was put out exclusively for people at those two shows.

XIII. Someone could say your music is still rather minimalistic, but then I’d say your recent lp reveals V.O. more refined than ever – complex and expanded. Have you ever thought to re-record any from your older songs, apart from what you did with „Dying”? I’d say they could use some additional arrangements and a fresh glance.  

Not really. Vomit Orchestra has a sort of constant evolution, but it’s not really an evolution where something minimal later takes on a “bigger” approach. It doesn’t work like that. A more layered sound is just what the new album, Eptirconvellere, called for. Nothing says that the next album won’t be closer to Antecrux, which was far more sparse. Nothing says it won’t incorporate a symphony orchestra, either. It’s all about being tasteful to the context, and being authentic to whatever inspired the artistic spark to begin with. A lot of songs on Antecrux consisted of one or two guitar tracks with some background sounds created with effects loops- that could not have worked on Eptirconvellere. Just as including drums, more instrumentation, removing the electronic elements, etc would not have worked on Antecrux. Dying was re-recorded because the original song (on the experimental Bridges Burnt EP) was a sonic experiment, to create a melody and sound that I heard in a dream about drowning using backwards guitars and electronics. The re-recording was made because I wanted to see if I could recreate some of that using live instrumentation, and because it fit the theme of the album. It was a rare exception, therefore.

xiv. So you do everything music-wise fully analog, not using any of the software which – as I suppose – most of newer electronic music makers exploit? How hard is it to obtain necessary knowledge and skills? 

I record some material analog (such as the last bunch of EPs and all of the VO demos), but Eptirconvellere was recorded digitally. It was recorded organically, however- meaning that it wasn’t altered with effects in post-production, and I didn’t use synthesizer software to enhance the recording. There’s a time and a place for messing around with electronics (and I have no problem with that in general), but when people start using software to mask the fact that they aren’t using real instruments, I have a problem with it. It’s cheap, it’s effortless, and it’s plastic. The same people will bitch about pop music being vapid, which is really ironic. I needed violin on this album, so do you know what I did? I went and found a violin player! I also needed a Hammond organ on a couple of tracks. Did I torrent software? No, I went and bought a fucking Hammond organ, and learned to play it well enough that I could record the parts where it was needed. I also built a synthesizer instead of manipulating samples on a computer. I put in actual effort, as an actual musician should. 
By all means, warp sounds, mess with things, make as much noise with a computer as you want, if that’s what your intention is (maybe try it without a computer first, though, as all of those things can be done with proper equipment)- but don’t program a synth cello and try and get away with saying it’s a cellist.

xv. As compared to one other „lonely wolf” of (post) black metal scene, namely Wrest of Leviathan / Lurker of Chalice (espacially the latter), you two – at least in my eyes – have grown into biggest individualities on these outskirts of music and from other side of the ocean – and that’s why any collaboration would be more than great to hear, and – as I suppose – highly unlikely to come?

Well, I think that would be pretty difficult right out of the gate, because I don’t know the guy. We have close mutual friends, but we’ve never met or spoken. I’m not familiar with Lurker of Chalice, but I like the Leviathan material I have heard. I recorded the intro to the Krieg side of the Krieg/Leviathan split, and that ended up being my favorite release of 2014. The Leviathan track was really good. The thing is, I’ve heard comparisons of our bands from people for years and years, which I think has kept me from looking closer into his discography. It’s sort of a bruised ego coping mechanism. I’m very juvenile in that sense. 

XVi. „Dying” from „E.” is certailny most „noisy” your track out there, but „Hypoderminc” walks hand in hand. Noise as a music genre seems preety much pretensional for me, apart from what such people as Kevin Drumm are working on, that is – transcending nearly all muscial genre borders. What’s your opinion on this „genre” of (anti)music?

I really don’t have much of an opinion, as I don’t typically listen to much of that sort of thing. I’m obsessed with sounds, all sounds in fact, but I’m more interested in the sounds I can create using amps and equipment in the spare room in my house than I am in a cassette tape someone else recorded. I find it way more fascinating to see what sort of sounds I can pull from different sources- that’s what grabs me. I have tons of unreleased recordings made with my fish tank, effects, the sound of my neighbor shoveling snow, all manipulated with various pieces of hardware to where they are unrecognizable from their original form. Some people wouldn’t be interested in doing that, though, and would rather listen to what someone else does. My own noisier EP recordings, for instance- those have an audience, and it’s a somewhat different audience from the people who like the full-lengths. I’m very grateful for that. In regards to the Eptirconvellere tracks mentioned, I actually don’t see “Dying” or “Hypodermic” as noisy, but then I guess that shows my intention versus how it’s perceived by others. Always fascinating, isn’t it?
But to the question, it seems obvious that anyone can pretty much make “noise recordings” at the most basic level, but then anyone can paint, too- right? Pretentiousness might play a part in some of it, but if it’s coming from a genuine place, I don’t think it can be called pretentious at all.

Questions by nichtig; Answers by D., conducted 11.01.-02.02.2015 AYPS 

RVH – Worlds Without Time + Vacuum Valediction

rvn

CS Strange Rules 2012, 2013

Wyobraźcie sobie dungeon ambient albo takie prymitywne Neptune Towers przetransfigurowane w industrial-drone– ambientowe dwa kwadranse negatywistycznej elektroniki, o niemałym potencjale wyłowienia umysłu słuchacza spod odmętów tyranii czasu. Przesadziłem być może z tym pierwszym motywem, ale niezaprzeczalnie jest tu obecnego coś w tym duchu, a w każdym razie coś, do oddzwania we mnie nostalgią za magią starych ambientów. Dalej syntezatorowe melodie ulegają przewadze przekształcającego je, chropowatego hałasu, a wszelkie ciepłe skojarzenia umykają wobec nasuwającej się kontemplacji zdezelowanej post-industrialnej przestrzeni, czy może prędzej krajobrazów nieznanych ludzkiemu oku planet.

RVH zabiera w anty/muzyczną podróż do światów wyjętych spod władzy czasu i bez popadania w tanie zachwyty ani przebierania się za kosmonautę, należy rzetelnie stwierdzić kunszt w operowaniu dronowo-nojzową metodyką z drobnym dodatkiem elementów melodycznych. Przed oczami mogą stanąć co droższe sercu sceny Blade Runnera czy innej Diuny, tj. o ile mózg nie wyskóra z siebie nieco więcej wyobraźni, czemu z pomocą mogą przyjść takie niecne rzeczy jak dxm, czy mxe, bo diabłem a nieprawdą, WWT wręcz się prosi o przetestowanie w takich okolicznościach świadomości.

dsc07747z

Vacuum Valediction wypada nieco bladziej, analogowe manipulacje hałasem przywodzą na myśl skandynawską szkołę industrialnego hałasu (Alfarmania, Survival Unit) i choć soniczna agresja bynajmniej nie jest tu dominantem, pierwszy z 2 utworów trochę zbyt powoli nabiera zimnej, ambientowej głębi, dopełnianej field recordingiem – kiedy już to jednak następuje, docenia się brutalne interludium. 2-ga połowa tej taśmy konsekwentnie rozkręca się od opresyjnych oscylacji dźwiękowych, by przez długi nojzowy pasaż wyhamować zimnym tętnem syntezatora z domieszką jakowychś skrobnięć.

Solidny to materiał, jak na moje raczej laickie noise-ucho, natomiast Worlds Without Time uwidacznia potencjał RVH do budowania niebanalnych audialnych krajobrazów, których eksploracji nie powstydziłby się chociażby żaden zapaleniec heidowego Pilgrim of the Sublunary Worlds.  Polecam więc zapoznać się przynajmniej z WWT, ja w każdym razie będę wyglądał następnych nagrań tego enigmatycznego projekciwa i mam nadzieję, że nie spoczną na spopielonych taśmowych laurach, choć minęły już 2 lata od wydania tej kasety przez Strange Rules.

Ugandan Methods & Prurient – Dial B for Beauty

CS2543325-02A-BIG

cd Downwards 2014

Niby to brutalna elektronika, ale do tego należy dodać element dzikości, która sprawia, że kolaboracja Prurient z Ugandan Methods (w składzie m.in. Ancient Methods) cokolwiek transcenduje drętwotę techno-industrialowej aury. Mimo, że rola Fernowa z Prurient ogranicza się tu do wokaliz, rezultat jest najpewniej nawet lepszy, niż gdyby obecność Prurient była szersza. W moim odczuciu tytuł płyty nijak nie pasuje do zawartości, ale być może nie potrafię go odczytać. Basowemu, elektronicznemu skrzeczeniu towarzyszy smolista dosadność rytmiki oraz widmowe, złowrogie szepty. Na swój sposób to ciemniejsza wersja Demdike Stare.

Zatem mimo, że w charakterze nagrania nie ma co się doszukiwać okultystycznego ducha, materiał ten ma wartość, która zasadza się na odwołaniu do sił drzemiących w podświadomości. Gdzieś po środku między Rainforest Spiritual Enslavement, a tym, do czego pije Trepaneringsritual. A w każdym razie tak to odmalowuje mój aktualny sfiksowany psychoaktywnie stan psyche. Jeśli oczekiwalibyście tutaj kontynuacji w postaci rzetelnego zarysowania kontekstu, pustych pierdoletach o ewolucji Prurient i aspiracji do dziennikarstwa muzycznego, radzę poszukać osłony w postaci zdroworądkowego trybu rzycia.  W przeciwnym razie zapoznaj się z: