Matt Hollywood & the Bad Feelings – s/t

a0603454368_10
8.V 2018

Białasy, ekscentrycy, wykolejeńcy, autsajderzy, ćpaki, snoby i ziemniaki – oto moja płyta roku. Urocze, harmonijne, swobodne, więcej niż ciut psychodeliczne granie, gdzieś z pogranicza alt-country i eksperymentalnego oraz psychodelicznego rocka. Płyta jest przy tym tak czysta i bogata brzmieniowo, że nie/zwyczajnie zachwyca.

Otwierający song „Carl Sagan” zbudowany jest z lotnego kobiecego zaśpiewu troszkę jak z Goat i męskiej deklamacji, przypominającej manierę Boyda Rice’a w Scorpion Wind.  Wśród swych inspiracji Matt wylicza Cohena, Hazlewooda, Morricone, Gainsbourga, oraz klasyczne country i bluesa. Nawet jeśli jest tu cokolwiek na rzeczy to wszystkie te wpływy zostały transfigurowane w unikalny styl, nie do pomylenia z żadną inną kapelą, choć noszący subtelne podobieństwa do paru. Lepsze to nawet od The Brain Jonestown Massacre, macierzystego zespołu Matta. W zasadzie żaden długograj tegoż nie ma po równi wysokiego poziomu, co najwyżej dorównujące rzeczonemu momenty. No i chyba nawet lepsze, niż ostatnie The Black Angels, choć może odrobinę mniej kwasiarskie. Zachodzi też nie byle pokrewieństwo ze środkowym okresem Swans, choć tu mamy inny koloryt i większy kołys fali.

22793629_2046782152234349_2113576294242320384_n

„Nobody’s hurt” to początek stylu dominującego na płycie. W tym wypadku mocno psychodeliczna ballada z kojącym śpiewem Matta. Na „My Love will find You” w refrenie pojawia się już uroczy głos wokalistki.  Me and that Man, nad którym spuszczałem się tu dłuższy czas temu, wymięka przy tym na całej linii.  Ozdobą płyty jest zamykające tracklistę „Evening Star”, dorównujące „Star Chaser” The Angels of Light M. Gira. Drugi mój faworyt to przepiękne i mogące wzruszyć co wrażliwszych słuchaczy „Mosquito Coast”. Liryki są znakomite, choć nie idzie ich się doszukać po internetach.

Ten album koi skołatane nerwy, relaksuje, uzwniośla myśli i podnosi człowieka na duchu. Jest to również, wypaczta werflukte pompatyczność, opowieść o o ekstatycznej miłości podług własnej Prawdziwej Woli.

 

Advertisements

Psychic Ills – Inner Journey Out

R-8657964-1467409110-4795.jpeg
Sacred Bones Records, 2016

Piąta epka brooklyńskiego Psychic Ills przynosi mix Americany i bluesa z przewagą psychodelicznego (pop) rocka w leniwych, kołyszących tempach. Muzyka pogodna, odprężona i swobodna, ale zarem leciutko podszyta melancholią. Blisko tu do Hope Sandoval and the Warm Inventions, solowego projektu wokalistki Mazzy Star, która zresztą pojawia się gościnnie w jednym tracku. Kolorytu dodaje obecny niekiedy saksofon i inne niestandardowe w tego typu muzyce instrumenty.

R-10166090-1493121296-8987.mpo
Lyricznie kluczy to wokół tego typu fraz: “Oh man, trying so hard just to be who I am. I know sometimes I shouldn’t expect you to understand“. Dobre do relaksu, dobre do konopii i pokrewnych. A takiego “New Mantra”, lekko zalatującego nawet Goat, rad bym posłuchał skwaszony. Highlightem płyty jest chyba kawałek pt. Confusion (I’m alright) głównie za sprawą najbardziej udanej linii wokalnej. Słyszę też dużą powinowatość ze spokojniejszymi kawałkami Antona Newcombe’a z The Brian Jonestown Massacre. Rewelacji bez. Dobra muzyka.

Koniec Pola – CY

KONIEC POLA - CY artwork.png
cd Devoted Art Propaganda 2018

   Moja pierwsza myśl po zapoznaniu się z tytułem zapowiadanego albumu Końca Pola: nieee… At, prawdzie czas spojrzeć w oczy. Choćby wycierać sobie mordę odnogami genetycznymi ościennych narodów, nie da się zaprzeć polskości. Ten album na szczęście nie jest jednak dywagacją nt. tożsamości narodowej (nawet) w konflikcie z postmoderną. Być może to nienajlepsza wskazówka względem tego, do jakich rozkmin może prowadzić ta muzyka, ale w dzień zapoznania się z tą płytą uraczyłem się 250 umg hoffmana i wybrałem na wędrówkę do lasu, w trakcie której zachodziłem w głowę, co człowieka doprowadziło do wprowadzenia ze stanu naturalnego podziału na winowajców i poszkodowanych, na przestępców i na stróżów prawa, na ciemiężonych i ciemiężycieli (kultura, co najmniej od tysiąclecia zawirusowana).
Ni to post-black metal, ni to eksperymentalny folk z field recordingiem. Post-rocka osobiście tu nie czuję, bardziej coś w kierunku psychodelicznego rocka lat 60-tych. Jak mało co powabu dodaje obecna tu i ówdzie (odznacza się “II”) harmonijka ustna. Field recording jest splątany z grą samorobnych przez muzyków instrumentów, tworzy najrozmaitsze, urzekające dziwnością (jak i z resztą same kompozycje) tła dźwiękowe – jak na początku – dzwonki, wiatr, spaczona perkusja, igły strun, pogięte głosy. “Ten rozdźwięk – to gusła” – tak być może panowie sami się najlepiej podsumowali. Tchnie wojażerskim duchem niestrudzonych piechurów, opowieścią styku pola i lasu o styku nocy z dniem i vice versa. Nie wiem kto ustawiał brzmienie gitar, ale jest znakomite, organicznie czyste, rześko przesterowane, momentami całkiem kwasiarskie (połowa i końcówka “I”).

Koniec Pola celuje z czegoś pierwotnego, jakiegoś głęboko umoszczonego tegesu psychicznego. Gdzie zbiorowa nieświadomość pobratała się z narodem? Figle spłatała! Z czym tu się godzić, a raczej – pogodzić się na co? Jezuickim pogrobowcom nakichać na próg. Zostawiając te bzdury na boku i wracając na trakt, muzyki KP nie da się łatwo skategoryzować, a mimo to nie podpada ona pod kran “trudny przesłuch”. “Cy” jest bowiem bardzo słuchalne, ba, dopomina się o zapętlenie. To trochę takie bardziej abstrakcyjne, polskie Sylvester Anfang, jednak dalekie od pretensjonalności. Utwór II do połowy to transowy motyw, przechodzący w balladyczną kołysankę jak z Shining albo dziecięcą wyliczankę, prowadzoną charyzmatycznym, nieco obłąkanym wokalem Szturpaka. A potem enigmatyczna, niestety ciężko wychwytywalna uchem narracja Gaca. Kończy się dzikim sztormem. Wraz z “III”, gdzie Gac ujawnia teatralny talent, a gitarzy(sta)ści mogą doprowadzić do poczucia ciar na plecach albo włosów stających dęba – zakończenie z kolei powiewa Goethem albo Dornenreich – to moi faworyci na “Cy”. Urzekająca melancholia “IV” towarzyszy zaproszeniom do tańca. Z pewnością jedna z najciekawszych polskich płyt roku.

K/VV

Black Magick SS – Kaleidoscope Dreams

black magick ss - kaleidoscope dreams 2017
wyd. 3 marca 2017 przez Infinite Wisdom

Wyznawcy sloganów “sprawiedliwości społecznej” (wtf?) paszoł won! Jak można wierzyć w takie bałwany, to nawet Jehowasz nie.
W skrócie mikrodozującym, zawarta tu muzyka to jak połączenie norweskich ostępów oszczanych moczem renifera i nakapanych muchomorami cezarskimi z psychodelicznym rockiem i thelemicznym ekscesem, takie tam kwasiarskie gestapo (rotfl). Kompozycje gitarowe, okraszone organo-podobnymi klawiszami, dodającymi lekki zapaszek sacrum, są niezwykle żywe, witalne i najwyraźniej nagrane przez ludzi, którym nie brakuje w mózgach hoffmanowskiego uwolnienia serotoniny oraz świadomego postrzegania tzw. rzeczywistości kulturowej, czy społecznej. To taki kryptożart, czy raczej jego antonim, bo zarazem szydera ze współczesnej kultury, ale nie szydera czcza, lecz przepełniona wewnętrzną treścią i oznakami przebudzenia. Wokale dzielą się na konkretne: tradycyjne blackowe i folkowo-hipisowskie/volksistowskie zaśpiewy czystym głosem. Perkusja dudni jak przykazuje motto wyryte na bagnetach pewnej formacji co przepadła w śniegach Stalingradu, aczkolwiek brzmi trochę zbyt płasko w mixie czy tam masteringu, o ile te nagranie było w ogóle temu zabiegowi poddawane. Jeśli nie, to brzmi zaskakująco dobrze i dowodzi umiejętności muzyków, które zdecydowanie wzrosły od debiutanckich materiałów. Brzmienie gitary elektrycznej niestety troszkę zalatuje Drowning the Light, ale jest zdecydowanie mniej okrojone w swoim spektrum dźwiękowym. Nasuwa się na myśl porównanie z nieodżałowanym fińskim Armanenschaft (“Psychedelic Winter”), lecz zdecydowanie mniej tu pierwotnej barbarzyńskiej berserkerowej furii i rytualizmu. Charakter tej płyty jest bardziej swobodny, a słuchanie jej przynosi relaks i skok samopoczucia.
Najlepszym kawałkiem na EPce jest zdecydowanie “Tåget” za sprawą zajebistej czystej linii wokalnej, w której słychać głos ducha żyjącego podług Prawdziwej Woli. W następnej kolejności polecam przykuć uwagę do zamykającego epkę “Eclipse”.
Gwoli wyjaśnienia, Ulvhel odcina się od jakichkolwiek konotacji z politycznym nazizmem, a już kompletnie od kultu jego Wodza, który, jakkolwiek był Wielkim Siewcą Pożogi, to nie przyniósł światu dobra, lecz porażkę i powinien być uśmiercony w którymś z licznych zamachów, gdy jeszcze nie było za późno dla cywilizacji Europejskiej. Nie wierzymy w żadną ideologię, bo ideologia to śmierć inteligencji (Robert Anton Wilson), a kultura to nie Twój kumpel, koleżko (Terence McKenna).

katastrof wrzywąż

GNOD – Just Say No to the Psycho Right-Wing Capitalist Fascist Industrial Death Machine

tumblr_ono3bytqz31qfucnro1_1280
Rocket Recordings 2017

Mało kogo stać na tak dosadną deklarację jak psychoanutów z Gnod, czy to w kwestii tytułu, czy też w odniesieniu do konstytuującej go muzyki – ostrej, ciętej, rewolucyjonistycznej i częszącej neurony. Just Say No to akt rebelii.

Od strony dronowo-psychodeliczno-rockowych improwizacji panowie podążyli tu ku bardziej zwartemu wykwitowi, łączącemu hałaśliwy punk rock z domieszką psychodelii, nabuzowanego agresją i protestatycyjnymi lirykami, eksplorującymi pewne aspekty prawdziwego, twardego życia, w opozycji do trzody zahipnotyzowanej zachodnią propagandą. Sonic Youth nigdy nie zbliżyło się nawet do nagrania czegoś równie bezprawnego, a jakichkolwiek koneksji dopatruję się z wczesnym Swans (tzw. No Wave), z okresu Filth / Cop / Greed – choć również można dopatrzeć się pokrewieństwa z co bardziej prymitywnymi, agresywnymi partiami nowszych płyt Giry i spółki, czy może też (momentami) wczesnym Godflesh. Niekiedy brzmi to wręcz troszkę pod Skullflower wykonujący covery anarchomanckich hymnów. Song pt. People składa się z oczyszczającej chaosem ścieżki gitar i podłożonego sampla rozmawiających mężczyzn, a przy tym można spróbować telepatycznie wychwycić, co oni mówią, na przykład przy zastosowaniu konopii, i to, co jest powiedziane kontrastuje z wymazującym to piorunem gitar.

Ta muzyka może pomóc w reprogramacji mózgu, demaskując wirusy psychiczne dominujące nad aktualną sytuacją społeczno-polityczną, a w każdym razie przyczynić się do zdarcia choć kilku składających się na nie zasłon kłamstw. A jeśli nie, to stanowi kawał nonkonformistycznego, kontentującego, dynamicznego i dosadnego łomotu i to bodaj najskromniejsze zdanie, jakie można napisać nt. tego materiału Gnod. Poglądy muzyków są zdecydowanie antyglobalistyczne i antysystemowe, ale w jakiej mierze lewackie? „Wydaje się, że wkraczamy w jeszcze bardziej nieprzyjazne czasy, niż te, w które już wkraczamy. Rok 2016 stanowi początek czegoś, co postrzegam jako systematyczne zniszczenie ze strony establiszmentu liberalizmu i równości, w reakcji na ogólną utratę wiary ludu w ich system”. Jeśli kogoś interesują tu tego typu niuanse ideologiczne, ja tam do nich nie należę. Wiem, że rad bym szedł i niszczył, gdy wybije czas. I to przede wszystkim ten instynkt, a nie (zapewne w mniejszej lub większej mierze skażona humanitaryzmem) ideologia napędza ten materiał – bojówkarsko nieustępliwa żarliwość. Spora to rewolucja nawet jak na specyfikę GNOD, nigdy nie pomieszkującego w jednolitej stylistyce zbyt długo.

katastrof

 > BANDCAMP <

> TUMBLR <

 

Black Magick SS – Symbols of Great Power

4wRyhsmy5dk

CT, Infinite Wisdom Productions, 2013

 Antykosmiczni nazi-hippisi w natarciu! Myślałem, że już nic mnie w muzyce nie zaskoczy (a przynajmniej w rejonach okołoblackmetalowych). A jednak! BMSS, o którym wiadomo tylko tyle, że pochodzi z Australii, ni stąd ni zowąd wydało debiutancką epkę„Symbols of Great Power” za pośrednictwem Infinite Wisdom i zdobyło moje zdewastowane używkami serducho wraz z pierwszym odsłuchem. Ta muzyka jest po prostu klawa, dwunastominutową kasetę wypełniają psychotropowe dźwięki rodem z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – urokliwe pianie hammondów, przyćpany gitarowy groove, czyli klimat (nekro)flower-power i LSD zażywanego w nieprzyzwoitych ilościach. Trend powrotu do oldskulowego psychodelicznego rocka w połączeniu z ciemną stroną ezoteryki zapoczątkowany przez nieodżałowane The Devil’s Blood (dla niedoinformowanych – TDB niedawno uległo rozpadowi, dalsze losy członków grupy jak na razie są nieznane) zbiera coraz to ciekawsze żniwo, czego świetnym dowodem jest właśnie BMSS; jednak symbol wielkiej mocy popycha wózek z materiałami wybuchowymi o parę metrów dalej, okraszając wszystko absolutnie brudnym brzmieniem i skrzekliwymi wokalami. Dominują niskie tony i ciężkie brzmienie, aczkolwiek co jakiś czas panowie (?) raczą ucho nieskomplikowaną solówką czy prostym, skocznym riffem. Słucha się tego po prostu zajebiście, jest przebojowo i chwytliwie, cmentarne klawisze tworzą nastrój a’la Jacula czy Coven, a wokal nadaje całości blackowego wydźwięku (choć zdarzają się również„czyste” partie). Największym minusem wydawnictwa jest jego powtarzalność, numery brzmią bardzo podobnie, i choć pierwsze kilkanaście odsłuchów sprawia obłędną radochę, to na dłuższą metę Symbols of Great Power może nieco przynudzać. Jednak moim zdaniem dla miłośników ekscentrycznych wariacji na temat czarnej sztuki jest to pozycja obowiązkowa, zaś amatorzy brzmień w klimatach stoner i psychodelicznego rocka również nie powinni być zawiedzeni, o ile ich narządy słuchu będą w stanie przetrwać nawałnicę sonicznej surowizny i brudu.

 ~blaga