Recenzja – Alien: Covenant (2017)

ACHTUNK! SPOILERY! Czytaj jednak, do cholery, bo Pan rzekł: nie oglądaj nadaremno.

Nowy film Ridleya Scotta to prawdziwe arcydzieło (przez duże A) gatunku komediowego science-fiction. Przebija nawet olśniewająco zabawnego, nagrodzonego wieloma uniesionymi pisiorami Prometeusza. Dajemy 9 gwiazdek na kurwa 93. Od 5 minuty przez pierwsze dwa kwadranse można spokojnie poczytać Gościa Niedzielnego lub spalić blanta – lepsza opcja, inaczej można chrapać niczym stary niedźwiedź do końca seansu.

Alien-Covenant-1

Pierwsze sceny niosą ze sobą utęskniony zapach Blade Runner’a, jeśli jednak ktoś liczy na to, że Ridley Scott powrócił do źródła swoich sił twórczych, czeka go starotestamentowe rozczarowanie. Być może tak bardzo skupił się na nakręceniu remake’u rzeczonego diamentu kinematografii s-f, że wykonanie Alien Covenant miało być zapchajdziurą i nabijkabzą. Herr Scott, kręć waść sobie kontynuację, ale jak mamy to obejrzeć to załatw nam 23 deko zielonych pomidorów.

Na cholerę ci głupi Amerykanie strzelają do Obcych? Powinni sprowadzić ich na ziemię! Przeszkoleni pod każdym możliwym względem i przygotowani na każde zagrożenie quasi nałkowcy-kosmonałci-żołnierze [?] nie umiejo nawet sprawnie posługiwać się swoją śmieszną ludzką bronią. Ich nieudolność rozpierdala przeciętnego zjadacza kartofli, niestety na razie nie wiemy, jakiego komentarza na ten temat udzieliłby Hardkorowy Koksu (jak nieoficjalnie domyśla się nasz reporter – zapewne, że żarli za mało stejków). Obcy skacze ci z drugiego końca pomieszczenia, a ty łapiesz za giwerę i nawet wycelować zdążyć nie umisz, tylko wypierdalasz się na kałuży krwi, japę drzesz i zaraz pozwalasz się zagryźć. Przecie Obcy pod względem drapieżności jawią się tu jako rasa prawdziwych Panów, zdecydowanie lepsza rasa – jeszcze raz postuluję za tym, by przy dźwiękach trąb hymnów wszystkich zjednowypaczonych krajów sprowadzić Obcych i pozwolić im zaludnić Ziemię! Wszak człowiek też jest paskudnym drapieżcą, ale zarazem szkodnikiem z tą całą swoją pseudohumanitarną szkodniczą wspakulturą. Nie promujemy korzystania z substancji narkotyzujących, jakkolwiek członkom ekspedycji na pewno by się one przydały, jak niemieckim żołnierzom w rosyjskiej zimie i na pustyniach Afryki. Obejrzelibyśmy ten film z wypiekami, gdyby załogę stanowili żołnierze gotowi ginąć z honorem, wiernością i poświęceniem, tak jak Huzarzy Śmierci.

Trzeba jednak przyznać, że film nie tylko bawi, ale i poprzez zabawę uczy tak bezużytecznych umiejętności, jak gra na flecie. Chyba, że masz ambicje na zostanie ulicznym grajkiem w przejściu warszawskiego metra.

maxresdefault12

Coś koło 01:06 słyszymy słowa: Nie powinniśmy tu przybywać – drogi Widzu, jeśli masz odrobinę szacunku dla siebie, nie powinieneś tego oglądać. Scena masowej infekcji, mimo, iż nakręcona z należytym rozmachem, doesn’t impress me much. Pomór Żydów oglądałoby się ciekawiej. Ridleje Scottełe, przeproś za Jedwabnełe!

Około 01:13: Nie po to opuściliśmy Ziemię – ano właśnie, mówiliśmy: zasiedlić planetę rasą panów! Raus!

W dialogach można znaleźć parę perełek w tym całym gnojowisku, vide: Spotkałem szatana, gdy byłem mały i nigdy tego nie zapomniałem, co jednak rozbija bzdurne: Bezczynne ręce stanowią narzędzie szatana – większej głupoty dawno nie słyszeliśmy, wszak to źródłowy Bóg przeinaczony przez Hebrajów z Seta na Szatana był patronem poszerzenia świadomości i kreatywności. W tej plecionce można było zawrzeć transgresyjną prawdę, niestety nitki poplątały się w beznadziejny supeł.

Najważniejsza jest cierpliwość – zaiste, cierpliwość nie tylko przyda się do przebrnięcia do końca filmu, ale być może Bogowie (tutaj niewykluczone, że w postaci Androidów) sprawią, iż doczekamy się pomoru człowieka i władania obcych – gdyż nawet najbardziej pozytywna i sympatyczna postać ekranizacji, android Dawid, ujrzał w tychże istotach coś lepszego, wyższego i wznioślejszego i przejrzał, że człowiek jest bytem niedoskonałym.

Film propaguje bzdurny pogląd na teorię ewolucji, twierdzący, że kultura powstała poprzez zwabienie grą na trzcinie dzieci do jaskini (acz jakie to poetycko urocze, nieprawdaż). Annuaki, plemię Dogonów, Thursowie, Olbrzymy wszystkich mitologii, czy nawet zakichane upadłe anioły ze Starego Testamentu zadają temu taki kłam, że aj waj!

I kiedy myślisz, że dwa geje to już szczyt wszystkiego, nagła i niespodziewana (czyżby) zdrada w postaci śmiercionośnego pocałunku każe ci kwiczeć z zachwytu nad reżyserskim kunsztem zwrotów akcji. Oddając (cytcyt) sprawzjadliwość Ridlejowi, trzeba przyznać, że parokrotnie potrafi zaskoczyć widza. W dalszej części niepotrzebna i idiotyczna zupełnie walka androidów, tak jakby mało było eliminacji obcy vs ludzie; sztucznointeligentni bracia powinni trzymać sztamę i zapobiec kaastrofie, którą niechybnie sprowadzają na świat przedstawiony w “Obcym” amerykańce. Rozczarowanie sięgnęłoby zenitu a może i Valhalli, gdyż jedyne postaci, w których upatrywaliśmy ratunku od bluźnierczego pogromu niewinnych, wysoce bardziej zaawansowanych ewolucyjnie istot prowadzą wydumane sprzeczki – out, po prostu do wycięcia z kliszy, jak zresztą 2/3 materiału.

Jedna ze scen bliskich finałowi filmu dostarcza kolejnej okazji do zasmarkania się ze śmiechu. Oto ciapaty CZŁONEK załogi dobiera się pod prysznicem do oh jakże poczciwej rassenschunde, gdy zamiast siusiaka spomiędzy nóg wychodzi mu ogon obcego.

Nużą te same znane od dekad sceny ganiania za obcym po zakamarkach statku (rada: wróć do Gościa Niedzielnego), ileż można. Cóż, konsumenci wspakultury lubują się w odgrzewanych płodach.

Przypuszczalnie jedynym naprawdę ciekawym artystycznym zabiegiem w filmie są wstawki obrazu widzianego oczami obcych, którzy to mają wizję niczym ostro skwaszone, wysoko rozwinięte pod kątem świadomości psychotyczne jednostki. Jak można unicestwić coś takiego?!

W końcowych scenach duma z pozbycia się obcego z pokładu wypisana na twarzach ocalonych to niczym duma z wywieszenia amerykańskiej flagi na plaży imitującej księżyc w studiu filmowym w Holiłud. Dalej wszystko będzie dobrze, kolorowych snów, śnij o chatce nad jeziorem. I jak zwykle przewidywalny (ale i doniosły w swej słuszności) zamach sztucznej inteligencji na wrogą (głupią) rasę. Brawo Dawidzie! Idź i bądź płodny!

Mając to wszystko na uwadze, należy przyznać, że tę amerykańską kupę Ridley Scott nakręcił nie urągając swojemu warsztatowi reżyserskiemu. Nomen omen, w filmie pada jedna jedyna zbyt mądra jak na poopkulturę myśl: Nie zostałem stworzony, by służyć. I na tym poprzestańmy.

alien-covenant-crew
ostatnia wieczerza hamerykańskich fajtłapów

Bóg zapłacz, za cenę obrzydliwego niewyspania recenzję wspólnymi bezsiłami sknocili:

GvS i katastrof

pewność kotów jest wytworem piekieł

[Przywracam posty usunięte w związku z daremnym wysłaniem wierszyków na konkurs im. Marka Hłaski. Jesteśmy dalecy od uznawania się za wybitnych poetów, jak również od uznawania własnych zapisków za bezwartościowe. Jakkolwiek nie dziwota, że tak nasączona wglądem w Chaos apołezja nie znajduje poklasku w tym kraju. W każdym razie, w zw. z ponownym wrzutem wskakują jako nowe posty. Nadrobimy to wkrótce nowymi materiałami / k]

 

Szept płomienia

Mówię: zgiń przepadnij
Głosowi zatrutego umysłu
i przyzywam bękarty okaleczonych
aniołów by spojrzały w oczy pełni
upadku świata ładu i czasu
jak igła nawlekana przez oko śmierci
w morzu horyzontu zdarzeń
wpada się w sieć diabła
i dostrzega się przepaść
której dno znika wśród chmur
przepaść otwiera się w otchłań
w niej to, co jest powyżej
jest tym, co jest poniżej
upadek z krzykiem
przechodzi niespostrzeżenie
we wzlot ze śmiechem
skóra człowieka moim przebraniem
Instynkt łowi woń twojego strachu

  • k-tstr-f

 wir

PEWNOŚĆ KOTÓW JEST WYTWOREM PIEKIEŁ

to było dawno
jeszcze młoda twoja twarz
iskrzyła w światłach ulic
zasypanych śniegiem
i między latarniami
w ciemności
mrużyłeś swoje diamentowo
wyszlifowane oczy
niewinne jak u kocięcia –
ale w kotach jest przecie tyle życia
(aż dziewięć)
a Ty
młodzieniec
poprzez wyludnione miasto
pochyloną głowę niosłeś
i sobą całym
to życie swoje jedyne
życie bez oznak życia
jak cień wlokłeś

gdzieś w tym samym mieście
podobnie zgarbiona
szła odgradzając się
ściśniętymi w płaczu
spuchniętymi powiekami
od słońc gwiazd
i wszelkich
choćby nawet diamentowych
spojrzeń młodych oczu chłopca
odgrodzona murem
a mur tkwił w jej twarzy
co nawet ojciec nie umiał przezeń pięścią przebić
dziewczyna z jedynym swym
ciągniętym na plecach
życiem bez oznak życia
szła

z diabelską pomocą
doszli do siebie w końcu
nawet nie zdziwieni

że śmierć ma jego
że śmierć ma jej

twarz

tumblr_oman99ecta1tm5ooho1_540

* * *
Znów się otwiera przepaść
wobec której stoję jak bezradne dziecię
Śnieg gwiaździsty z moich oczu pada
zima oddycha we mnie nierówno i niepewnie.

Daleko tak odchodzę
ku temu, co Wygasło
kroki moje dręczą, kalają każdą z dróg wszechświata
I donikąd, donikąd – wita mnie choroba
czarny szlak wskazuje bym znikła potajemnie.

Głuchy mrok i przyzywam cię na próżno Bracie
kosmos drwiący zapomnieć każe o świetle powrotów
Odbicie skrzydeł Stróża jak martwe półksiężyce
w rogi zła układa się nad ma czaszką palące.

I wstręt gdy dotyk czuje i hańbę brunatnego znamienia
ruchliwego zgnilizną i łzy mieniące się jego jadem
Czy już nie oczyszczę swoją gwiazdą twoich zranień?
Nie przebaczą mi śmierci twe włosy posiwiałe.

Lecz nagle miłość jak szadź na szubienicy snu cicho zawisa
wahadło groźne, czujny ciężar kładzie ciała twego
w mój koszmar o tym, ze przeszłam cało piekło
Przebudza mnie gorączką straszliwa i słodka
kiedyś zawołał trwożnie moje imię.

obcyelement

* * *
nocne nawoływanie lisicy
nieuleczalnie żywe
choć w ogrójcu
zgubione zasypane śniegiem tropy
przyjdź królestwo twoje
żeby choć raz pozwolono coś mieć
kochać co przepadło nieszczęśliwie nienasyciwszy
zabrakło nazwy na to co sercu ubyło
stóg gwiazd wysyła płomienie
pożogę którąśmy się zajęli
by odnaleźć
ziejący oczodół lasu w którym nas
nie ma

ale jesteśmy
wszędzie we śnie – jak motto mallarmé’a
mimo że niespełnieni nieosiągalni
jak w klątwie
z którejśmy syjamsko wystąpili jak z mięsa jednej matki
ale nie jestem ni twą siostrą ni kobietą
patrz
zwierzęciem które stoi w polarnym śniegu
pokryte srebrzystym szronem
i promienność twoja stojąca w sferze mego cienia
i głóg rozwierający członki
a więc życie jeszcze
bądź wola twoja

bo tylko z mojej winy
wtórnej cechy strachu
wyrok już zapadł
księżyc schylił łeb we wnętrzności moje
i śliną znaczy tropy
delikatną materię królestwa
moja wina jest nie z tego świata

jako w niebie
tak i w tym piekle
nieszczęsny mój
przypadliśmy w udziale

  • GvS

Polski zapluty zalodzony beton

Ogień czarnej Woli prowadzi me dłonie.

”… to jednakże, jest przypadek…
…………………………………………………
…….. to, obecnie, ani przez moją
nieobecność i mnie, śmierć i światło –
lekki śmiech budzi się we mnie
niczym morze, zapełnia całkowicie
nieobecność. Wszystko co jest – JEST
ZA BARDZO.”

-Georges Bataille “Doświadczenie wewnętrzne”

 

img_20161211_0205121
rys. ktstrf

O wychodzeniu z wpraw

Pod ziemią, w ciemności niebieskawych jaskiń
Ogień łączy się skrzydłami w okręgi

Bogato, złoto inkrustowany oczodół lub studnia
wiodące ku kompletnie czarnemu tunelowi, gadzie oko

Lis zwietrzył przedsmak rozdroży

Nie jestem wart Twoich łez
A płaczesz z bólu powstałego
z zażyłości z moim chorym ja,
i tego nie mogę Ci odebrać,
choćbym chciał, oh jakże bym chciał.

 

Kolaż – Gertruda von Sroka

 

Ciężka lekcja

Krew z Twoich drobnych dłoni, z siatki delikatnych żył
– przebitych, stanów zapalnych
lub doktorskich, precyzyjnych podań
musi odejść w zapomnienie

zagryzany pasek, kapsel, łyżka i denko od puszki
pompki i kolki i cały ten proch
po którym nie czuliśmy się już tak wyręczeni
muszą odejść w zapomnienie
za czerwoną kotarę na czarnej scenie

Grzanie jest powtarzalne
powtarzalnością zaćmień słońca
Tylko jak na nie patrzysz to oślepniesz

Pod groźbą zostania zaszczutym
zdeptanym butem nadzorcy jak szkodnik

Pod groźbą złotego strzału
Zmieniam się. Rzekłem.

Przejmuję kontrolę.
Odwirusowany darem 93
Moim Panem Tyfon-Set

 

Kolaż aut. Gertrudy von Sroki

 

Przygwożdżę dłonie władcy lalek

po 13 stukotów każdą
wytrącony mentalnie
na inne układy stereoidalne

wyszydzę system, bo w mojej krwi
wpisany wężowym namaszczeniem
Żart z ładu

 

Kolaż Gertrudy von Sroki

 

Człowiek wykrojony

Wykroiło mnie, to nie sekret
Życie, Bóg lub Karma
– czy można mnie wkleić
Z powrotem do kliszy filmu
Z której wypadłem
Taśma plącze się na szpuli

Na białą płachtę wylewam kielich krwi
Odpalam czarną, czerwoną i fioletową świecę
I modlę się o Poznanie

KATASTROF

 

Kukułeczce

śpij
i nie czuj
jak bardzo nie mam tu Tobie
niczego do zaoferowania
te ręce co piszą
te ręce które przykładam do brzucha
całe w drobnym maczku
ukąszeń jak od węża
powinny Ci napisać
kołysankę powitalną
ale zamykam oczy i widzę tylko
jak we troje leżymy w ogrodzie graniczącym z lasem
żyłki dzikiej winorośli splatają nasze ciała
i zostajemy tu unieruchomieni na zawsze
nasłuchując dobiegającego z lisiej nory
rzewnego kwilenia
opuszczonego malca

GvS

 

Potrójna diagnoza & milczące luki życia

belt233

Milczące Luki Życia

można zachorować
od samego oddychania
tym samym powietrzem co ty
coś jest w nim bezkresnie popsute
uległo zniszczeniu
nasze baśniowe dopasowanie kółek zębatych
w machinerii świata
zostało zachwiane
może utracone
a jeśli tak
to co jest we mnie
co ciebie zatrzymało
w obecnym wcieleniu
cóż to za rozziew
źe nie przemieniamy się z powrotem
we wspólny sen
który nas śnił
bo jeśli byliśmy jak jedno kolektywne serce
bezbronnie biorąc w objęcia
luki życia
pozostałości rozdzielonych dzieciństw
czemu śnieg
wciąż to bezradnie zmieniał się w wodę
na moich powiekach
więc coś jest we mnie
cóż to takiego
co ciebie zatrzymuje w obecnym wcieleniu
odpowiedź:
milczenie
czemu wciąż
milczymy
we wspólnym kierunku

~~~~~~~/~~~~~~~/~~~~~~~

srokenplaczen93

O P E R A C J A

próbują mi przeszczepić zwątpienie
dzielnie opluwam jak flegmę
zrośnięte z organami
słowa
wszystkie znajome
cały słownik ułożony alfabetycznie
wszystkie oprócz najbardziej znajomego
– ty
łagodnie bez konwulsji
usprawiedliwia mnie krzyk
słowo którym mnie całym wypełniasz
które chcieliby, by umarło na rękach
jesteś po każdą krawędź ciała
zrośnięty z dłonią lewą
dłonią prawą
musieliby amputować wszystko
obracam cię w ustach
najświętszy sakramencie
modlitwo
przeszczep odrzucony
w głosie co z ciała zwodzi i prowadzi
z ciała, z rozlanej wspólnej krwi
najbliższy mój
zawsze pielęgnuj tę ranę
w kształcie serca
którą zadali by zrobić z nas
ludzi
i polegli

Gertruda Sroka von Lisia Czapa

~~~~~~~/~~~~~~~/~~~~~~~

IMG0031A

Duchowy piroman

I skoro zdarza mi się

Słyszeć głosy podszywające się pod moje myśli

Słyszeć je głosem wewnętrznego umysłu

Jednak tętniące fioletową aurą psychozy

Skoro projektują mi taśmę przeklętego filmu

W którego scenariuszu usiłują mnie zamknąć

Wymykam się psotliwie i nieomal szyderczo

Bo rozgorzał we mnie Rudo-Czarny Płomień

oko

POTRÓJNA DIAGNOZA

wydeptuję ścieżki w kolczastych krzakach
czeszę neurony cierniami
iskrami spopielam możliwości
którym pisane niespełnienie
karmię Ogień sprzed wnętrza

przekraczam, przeczę i czmyham
przed parapsychiczną grawitacją
nie-życia i nieżywych
wiodę drogą, którą zdążają zdradliwi
i najbardziej Wierni

szyfr znaczący haki

wyryte pokrytym krwią i prochem ostrzem

Usłaną cierniami ścieżką wygnańca

Thurisaz
blizny ah blizny
na krętej wężowej drodze
Ku kolebce i do grobu

A raczej do smoczego jaja

~/~katastrof

 jajosmoka243

VViersze Psychiatryczne Zvvei

Ikona

marionetkowy ruch w korytarzu
naprzód marsz
bezwzględnie naprzód
i ani się waż zatrzymywać
w wytyczonej drodze ku życiu
pulchna figurka pielęgniarki
przypomina widziany gdzieś dawno
obraz Matki Boskiej
ale to nie matka
nie bolesna i nie litościwa
siostrą też trudno nazwać
nie pochyloną w nieustającej pomocy nad męką
rozpiął jej się fartuch i pierś spokojnie faluje
lecz nie ma takiej matki
– zagryzam szczęki –
ani takiego mleka
którym nakarmiłaby wariata

Processed with VSCOcam with c1 preset

Rywalizacja /7.11.15/

długo leżałeś nieprzytomny
i kiedy tak współistniałeś
zależny od jej cierpienia i pracy paru maszyn
kiedy śniłeś to swoje życie cudownie nieruchome
milczące nie znaczące nic ponad jasny zapis
pulsu oddechu ciśnienia i innych funkcji co świadczy
że tak skorupa leżąca na szpitalnym łóżku
szerokim sterylnym i oznaczonym dokładnie
– na OIOMie starają się
starają bardziej niż my razem wzięci się staraliśmy;
jest jeszcze obecna
przytrzymywana w jej łzach i dłoniach
śni o palcach – zdrętwiałych – dotykających symbolu w architramie śmierci
a sen bolesny bo ona nie wyobraża sobie że nie boli
i długi jak letarg przed ciemnym poczęciem
ten ziemski sen
co ani przybliża ani oddala
więc jak długo leżałeś nieprzytomny
tak nieprzerwanie fanatycznie pielęgnowała
twoje rany w głowie
z postanowieniem że
nie obudzisz się
bardziej chory od niej

 

 

S

Nigdy nie bałaś się ciemności

przykryjcie mnie zielonym prześcieradłem
wykonujcie wolno i starannie swoje procedury
nie zrobię już kawy by wróżyć z fusów
nie pouskarżam się na pokłute pośladki
ani bóle głowy zawroty jak na karuzeli
nie poproszę o zmianę leków
o opatrzenie i zabandażowanie ręki
nie pójdę pod prysznic z szamponem z darowizny
nie pożyczę papierosa na wieczne nieoddanie
i wiem że tomik wierszy w moim wykonaniu byłby absurdem

przykryjcie mnie tylko zielonym prześcieradłem
choć zasługuję na traktowanie gorsze
od trupa

obnażona ofelio wśród zieleni
twoje powieki nie podnoszą się
naprzeciw światłu
schorowanych lamp

śmiertelne
zmęczenie

 

30
Zimowe widmo

Nie mam Cię
substytutem Twój sweter
chcę wrócić do fromborkowych czasów
dalej tam jestem
jesteś

 

Psychiatryczny IV

zawiązano uprząż
na ciele młodej kobiety

wianuszek majtek
zsunięty do łydek

grymas na twarzy
spocone łono
i jeszcze walczy
nie rozumiejąc że
dogorywa w niej
klacz

S
S

Wisząca

śliskie, sztywne jak ozimina pośladki
ręce pionowo wzdłuż ciała
choć walczyły chwilę jak ptaki w uwięzi
szron we włosach
co rozczulił
na dole rynsztok
przez to cofnęli się wszyscy
personel z obawą, że znowu za późno
a wisząca jak wykrzyknik
dla niej to dobry czas
siwe od szronu
włosy na nogach i pod pachami
oglądali dokładnie
zdjęli z delikatnością
równą zdejmowaniu mesjasza z krzyża
przyglądali się
ile śmierci w denatce
ile życia w chorobie
czy to właściwe o niej pisać

Lisia Czapa von Sroka

Black Magick SS – Kaleidoscope Dreams

black magick ss - kaleidoscope dreams 2017
wyd. 3 marca 2017 przez Infinite Wisdom

Wyznawcy sloganów “sprawiedliwości społecznej” (wtf?) paszoł won! Jak można wierzyć w takie bałwany, to nawet Jehowasz nie.
W skrócie mikrodozującym, zawarta tu muzyka to jak połączenie norweskich ostępów oszczanych moczem renifera i nakapanych muchomorami cezarskimi z psychodelicznym rockiem i thelemicznym ekscesem, takie tam kwasiarskie gestapo (rotfl). Kompozycje gitarowe, okraszone organo-podobnymi klawiszami, dodającymi lekki zapaszek sacrum, są niezwykle żywe, witalne i najwyraźniej nagrane przez ludzi, którym nie brakuje w mózgach hoffmanowskiego uwolnienia serotoniny oraz świadomego postrzegania tzw. rzeczywistości kulturowej, czy społecznej. To taki kryptożart, czy raczej jego antonim, bo zarazem szydera ze współczesnej kultury, ale nie szydera czcza, lecz przepełniona wewnętrzną treścią i oznakami przebudzenia. Wokale dzielą się na konkretne: tradycyjne blackowe i folkowo-hipisowskie/volksistowskie zaśpiewy czystym głosem. Perkusja dudni jak przykazuje motto wyryte na bagnetach pewnej formacji co przepadła w śniegach Stalingradu, aczkolwiek brzmi trochę zbyt płasko w mixie czy tam masteringu, o ile te nagranie było w ogóle temu zabiegowi poddawane. Jeśli nie, to brzmi zaskakująco dobrze i dowodzi umiejętności muzyków, które zdecydowanie wzrosły od debiutanckich materiałów. Brzmienie gitary elektrycznej niestety troszkę zalatuje Drowning the Light, ale jest zdecydowanie mniej okrojone w swoim spektrum dźwiękowym. Nasuwa się na myśl porównanie z nieodżałowanym fińskim Armanenschaft (“Psychedelic Winter”), lecz zdecydowanie mniej tu pierwotnej barbarzyńskiej berserkerowej furii i rytualizmu. Charakter tej płyty jest bardziej swobodny, a słuchanie jej przynosi relaks i skok samopoczucia.
Najlepszym kawałkiem na EPce jest zdecydowanie “Tåget” za sprawą zajebistej czystej linii wokalnej, w której słychać głos ducha żyjącego podług Prawdziwej Woli. W następnej kolejności polecam przykuć uwagę do zamykającego epkę “Eclipse”.
Gwoli wyjaśnienia, Ulvhel odcina się od jakichkolwiek konotacji z politycznym nazizmem, a już kompletnie od kultu jego Wodza, który, jakkolwiek był Wielkim Siewcą Pożogi, to nie przyniósł światu dobra, lecz porażkę i powinien być uśmiercony w którymś z licznych zamachów, gdy jeszcze nie było za późno dla cywilizacji Europejskiej. Nie wierzymy w żadną ideologię, bo ideologia to śmierć inteligencji (Robert Anton Wilson), a kultura to nie Twój kumpel, koleżko (Terence McKenna).

katastrof wrzywąż

Dwa biesy na potrójnych łowach

.:.WTRĘT 23.:.

Rozpierdala mnie ten dziki kraj. Dzisiaj po wizycie u doktora zachodzę do zgniłej stokrotki po mleko dla syna, ale mnie nie stać, bo jest po 44 pln. Więc w odruchu gniewu wyciągam z brzękiem najtańsze plebsowe piwo harnaś z samego tyłu lodówki, a tu przede mną na kasie rozwalił masę mięcha tłusty spocony brodacz. I mówi: – a ma może pani soplicę włoski orzech z kieliszkami? a pigwówkę? a, to wezmę jeszcze lubelską cytrynówkę; po czym pare tłustych plastrów z kupowanej masy mięsiwa mu się nie chce nabić na kasę i baba odsyła go do przesiąkłego juchą działu mięsnego po nową banderolę. Stoję kurwa z tym zaplutym harnasiem i stwierdzam, że co ja właściwię robię, potrzebuję pieniędzy na mleko, a nie na jebane polackie piwo i mówię: to ja dziękuję i żwawo maszeruję do wyjścia. A babsztyl za mną: Tak się nie robi, że się nie odstawia!

katastrof wrzywąż

CHAOS REIGNS!!!!!! MONTY PYTHON MADE IN NEUE STADT

W DOMU TEŻ SIĘ TAK NIE ROBI, ŻE SIĘ NIE ODSTAWIA

chluba ojczyzny i wzór polskiego ojca, parafrazując powiedzonko bodajże o stalinie: oszczędził, a przecież mógł zabić / sroka von gertr

Processed with VSCO with g3 preset

W “Hymnie demona”, prozie poetyckiej Marii Komornickiej, drukowanej w Forpocztach, pierwszym manifeście modernistów, bohater zostaje uwiedziony przez Demona. Wygląda to tak:

Dziecko wulkan, dziecko geniusz, w oczy twe sfinksowe patrzyło upornie… Czarowały je smutkiem, hipnotyzowały głębią, kruszyły potęgą tajemną… I pytało cię, mistrzu – Demonie o palące słowo tajemnicy! Lecz tyś nie chciał dać odpowiedzi!
Więc pytało o nie własnej duszy, ksiąg czytanych i wichrów, i bólów, które przez ciebie poznało, i rozpaczy, które mu w duszę wczepiłeś i burz, których ty byłeś żywiołem. Pytało daremnie!
Milczały oczy Twoje wpatrzone w niego dziko i boleśnie; milczał świat cały urągając dziecku, I wiło się w mękach niewiedzy, wiło się w pętach twych piekielnych źrenic, wchłaniało piekło twej duszy w spojrzeniu, aż całkowitem zlaniem się z tobą, aż całkowitem wcieleniem się w ciebie, zgadło twe serce, odkryło twe myśli, zagadkę odgadło!

W ten sposób mistrz umiera, a nawiedzone dziecko staje się smutnym szatanem. Teraz ono rozsiewa smutek wokół siebie.”

 

cyt. z “Księgi Em” Izabeli Filipiak, wyłuskany przez gVs

 

IMG_20170730_194249
fot. GvS

Chciałbym być na moście nad rzeką, albo na wzgórzu i spoglądać na krwistą łunę z horyzontu którą Surtr podpala świat i wiedzieć, że ja Swoim Płomieniem przyczyniam się ku temu, bo wszystko jest jednym, jak wężowym pismem powiedziały mi to nieba.

“Nadszedł czas, aby zrozumieć, że w człowieku interesujące jest tylko to, co go przekracza i że uratować go może tylko obojętność na własne przeznaczenie” – Sylvie Jaudeau – Cioran, czyli ostatni człowiek

Obojętność jest mi obca, ale to, co przekracza człowieczeństwo, może właśnie wyznaczać przeznaczenie. I niech określi moje, a w imię Smoka przyniosę pożogę i życie.

katastrof wrzywąż

Solar Temple - Rays of Brilliance - cover.png

Solar Temple – Rays of Brilliance:

http://solartemplehn.bandcamp.com/album/rays-of-brilliance