Blues for Neighbors – Cursed Songs

Road Rat Records 2021

Mamy tu dark folk z wpływami bluesa, czy też gothic americana, nagrany w zadymionej od tytoniu kuchni przez dwóch przyjaciół, muzykujących razem od wielu lat (m.in. recenzowany na łamach pisma zespół Prąd).

Bezpretensjonalna i relaksująca muzyka, dekadencka w ryzach dobrego smaku. Panowie kochają naturę, chaos, wolność, stare książki pachnące kurzem, no i nie przepadają za ludzkością.

Muzyka przynosi skojarzenia z Those Poor Bastards, jakkolwiek w przeciwieństwie do dźwiękowych kalumni przeciw światu i życiu tych ostatnich nie cechuje jej żadna niezgrabność. Gitarzyści mocno popuszczają wodze fantazji. W warstwie wokalnej również ujawnia się talent muzyków (vide „Unholy”). W gruncie rzeczy przy czymś podobnym macza palce męt-celebryta Adam Darski w duecie Me and that Man, w porównaniu z twórczością którego mamy tu coś nie mniej urokliwego, może odrobinę mniej przebojowego i na pewno mniej nadętego.

Kompozycje wpadają w ucho, a liryki nadają im straceńczej aury nostalgii, ale również niosą ze sobą to, co uwznioślające w porzuceniu matni religii, czy tam etyki. W ogóle Blues for Neighbors jest płaszczyzną muzycznego wyrazu żywych, suwerennych charakterów, nie imającą się skrajności, za to nadającą się w sam raz, aby umilić dzień, czy to spacer, czy porobotniego buszka lub też pyfko. Płytka wydana w estetycznym, leciutkim digipacku. Polecam!

PO & MG

BANDCAMP

Neptunian Maximalism – Éons (2020)

I, Voidhanger CD/LP 2020

Belgijski kolektyw Neptunian Maximalism wykorzystuje szereg inspiracji (m.in. Swans, Sunn O))), Acid Mothers Temple, czy nurt spiritual jazz), gatunków i instrumentów, zarówno tradycyjnych, jak i współczesnych, aby stworzyć album łączący drone metal z free jazzem oraz etniczno-rockową psychodelą.

Éons to niewątpliwie jeden z najbardziej wymagających odsłuchów, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia. Z wizji muzyków wyłania się potężny, potrójny, dwugodzinny album poświęcony Ziemi, Księżycowi i Słońcu. Trzy ciała niebieskie, które nazywają te trzy dyski. Egzystujemy na jednym z nich, lecz bez dwóch pozostałych nie byłoby to miejsce przyjazne dla życia. Podział Éonów na osobne płyty okazuje się zatem sprytnym posunięciem – każdy z nich wydaje się być oddzielnym bytem w tryptyku.

„To the Earth”, to pogański obrządek ku geologicznej osi czasu Ziemi od stworzenia do teraźniejszości. „To the Moon”, jest najbliższy muzycznie metalowym dźwiękom oraz tematyce (przedstawienie końca ziemi jaką znamy). Zaś „To the Sun” płynie przez pasma dźwięków dronów i otoczenia, przerywanych śpiewami i saksofonem.
W trakcie odsłuchu warto zapoznać się z całym konceptem wydawnictwa. Trzeba dodać, że całkiem ciekawym. Otóż ten swego rodzaju manifest ma na celu sprowadzenie energii sprzyjających zmierzchowi gatunku ludzkiego: przywołanie końca ery „antropocenu”, a tym samym przygotowanie gruntu pod erę „probocenu”, w której planetą będą rządzić „wyższe, inteligentne słonie”, po upadku ludzkości. Prawda, że intrygujące?
Wracając do muzyki, mógłbym mówić o pewnych różnicach w brzmieniu między trzema płytami, ale myślę, że głównym celem artystów jest tutaj uświadomienie sobie związku między ziemią, księżycem, słońcem, a naszą duchowością. Od tysiącleci człowiek czcił je i wielbił, więc wszystkie one miały ogromne znaczenie religijne i duchowe w naszej historii.

Materia dźwiękowa zdaje się być mocno powtarzalna, co paradoksalnie nie obraca się wobec niej w zarzut o schematyczność a wprost przeciwnie – sprawia, że w swoim pozornym chaosie okazuje się chwytliwa. Wszystko jednak tutaj ma swój moment. Często trzeba uzbroić się w cierpliwość by wychwycić muzyczne „smaczki”. Głównym celem zdaje się być tutaj atmosfera którą zespół buduje za pomocą tradycyjnych instrumentów perkusyjnych; rogów; gongów oraz jazz-drone’owego sznytu.
Kolejnym elementem są etniczne wokale przywodzące na myśl sferę sacrum kultu Eonów. Znajdziemy więc tutaj szamańskie inwokacje, śpiew gardłowy czy okrzyki inspirowane odgłosami zwierząt.
Jest to wydawnictwo totalne którego koncepcja jest pełna mitologicznego i kosmogonicznego znaczenia z obfitości kultur oraz UWAGA! W protojęzyku Pierre’a Lanchantina który odpowiada za enigmatyczne teksty.
Wszystkie te elementy ocierają się o plemienną duchowość przez wykorzystanie czarnych pomruków, skomlenia, krzyków, a momentami delikatnego śpiewu.
Éons z pewnością trafi do słuchacza z otwartą głową, którego wrażliwość oraz wyobraźnia podpowie mu podczas odsłuchu indywidualne odczucia i wizje.

Parsley.

Ryt wyklinający Pentagramu (LBRP) najprościej jak się da

Publikuję to, bo być może wśród czytelników pisma znajdą się osoby dysponujące już podłożem teoretycznym, jednak mające trudność w dokonaniu wyłomu w schemacie codziennych nawyków, czyli w tym miazmacie, do którego każdego na swój sposób upycha stagnacja. Osobiście zdecydowanie preferuję tą wersję nad tradycyjną, stosowaną z Zakonie Złotego Brzasku, której instrukcje można znaleźć na youtube, nagrane przez Israela Regardiego. Tutaj macie podstawowy rytuał magiji ścieżki lewej ręki bez kabalistycznych odniesień. Służy oczyszczeniu przestrzeni z nagromadzonych energii (neutrlizuje zarówno te pozytywne, jak i negatywne). W mojej opinii bardzo przydatne w codziennym życiu. Instrukcje wystarczy wydrukować i przeczytać kilkukrotnie. Można się nimi swobodnie wspomagać w trakcie wykonywania rytuału. Skuteczności sprzyjają opróżniony z myśli umysł i koncentracja na wizualizacji, intonowaniu, gestach, oraz intencji. Powodzenia!

Notatki na podst. „Rytuału Sfery Nu” opisanego w „Abrahadabra: Wprowadzenie do Magiji Thelemy Aleistera Crowleya” aut. Rodneya Orpheusa – wyk. red.

KRZYŻ ŚWIATŁA

STOJĄC ZWRÓCONY NA WSCHÓD
ZWIZUALIZUJ SFERĘ JASNEGO ŚWIATŁA NAD SWOJĄ GŁOWĄ.
DOTKNIJ JEJ I ŚCIĄGNIJ STRUMIEŃ ŚWIATŁA NA SWOJE CZOŁO
I POWIEDZ: – BÓG JEST NADE MNĄ

NAKREŚL STRUMIEŃ ŚWIATŁA W DÓŁ CIAŁA, KU GENITALIOM
DOTKNIJ I POWIEDZ: – BÓG JEST PODE MNĄ

DOTYKAJĄC PRAWEGO RAMIENIA, POWIEDZ:
BÓG JEST PO MOJEJ PRAWICY

ZAKREŚL PIONOWY STRUMIEŃ, KU LEWEMU RAMIENIU
POWIEDZ: – BÓG JEST PO MOJEJ LEWICY

ZŁÓŻ RĘCE NA PIERSIACH
POWIEDZ – BÓG JEST WE MNIE

WYCIĄGNIJ RĘCE DO GÓRY DŁOŃMI NA ZEWNĄTRZ (znak Seta Tryumfującego)
I POWIEDZ: – NIE MA BOGA TAM, GDZIE JESTEM

.’.

NA WSCHÓD NAKREŚL DUŻY PENTAGRAM Z GÓRY W PRAWO
ZNAK WSTĘPUJĄCEGO (lewa stopa do przodu, ręce przed siebie)
ENERGIA PŁYNIE Z RĄK DO PENTAGRAMU,
WIBRUJ: .’. T H E R I O N .’.
ZNAK MILCZENIA (palec wsk na ustach, stopy razem)

W LEWO NA PÓŁNOC. KREŚLĄC PENTAGRAM WIBRUJ .’. N U I T .’.

NA ZACHODZIE WIBRUJ: .’. B A B A L O N .’.

NA POŁUDNIU WIBRUJ: .’. H A D I T .’.

WRÓĆ DO CENTRUM, NA WSCHÓD. ROZCIĄGNIJ RAMIONA

PRZEDE MNA MOCE ZIEMI
ZA MNĄ MOCE WODY
PO MOJEJ PRAWICY MOCE OGNIA
PO MOJEJ LEWICY MOCE POWIETRZA

ZWIZUALIZUJ NAD SOBĄ WYCIĄGNIĘTE W ŁUK CIAŁO NUIT, GWIEŹDZISTE ŚWIATŁO

DOOKOŁA MNIE PŁONĄ GWIAZDY NUIT
A W MYM WNĘTRZU GWIAZDA HADITA

KRZYŻ ŚWIATŁA

—————————^—————————

Dodatkowo jako punkt odniesienia dorzucę przekład innej, bardzo uproszczonej wersji tego rytuału, stworzonej przez Phila Hine’a (jednego z głównych przedstawicieli nowoczesnego nurtu Magii Chaosu i autora wielu książek w tematyce – oficjalna strona) na potrzeby nowicjuszy Wielkiego Dzieła.

  1. Zacznij zwrócony w stronę wschodu, z rękami wzdłuż boków, głową pochyloną lekko do przodu, oddychając wolno i regularnie. Oczyść swój umysł z myśli. Sięgnij w przód swoją prawą ręką biorąc wdech i opuść ją wzdłuż linii środkowej ciała robiąc wydech, wizualizując promień białego światła przechodzący wskroś twojego ciała, z ponad twej głowy aż poniżej stóp.

Następnie obróć głowę w lewo i wyciągnij lewą rękę, wtedy obróć się w prawo i wyciągnij swoje prawe ramię, formując krzyż Tau.

  1. Zrób wdech, przytrzymaj i wydech, wizualizując promień białego światła przebiegający twoje ciało, od lewej do prawej. Wtedy, robiąc wdech, skrzyżuj ramiona na klatce. Zrób wydech i zwizualizuj krzyż białego światła wychodzący z twojej klatki, wzdłuż dwu toporów, które zarysowałeś. Poczuj się przeładowany energią, ale w tym samym czasie spokojny i gotowy. To finalizuje pierwszy etap wyklinania i w pewnych systemach magicznych jest znane jako „Krzyż Światła”.
  2. W powietrzu przed sobą narysuj Pentagram swoją prawą dłonią. Zacznij u szczytu i rysuj w dół do punktu lewej dłoni, a wtedy w poprzek do prawej i w poprzek do lewej, w dół do niższego prawego wierzchołka i z powrotem do szczytu. Zwizualizuj pentagram jako jaśniejący energią. Wtedy wyciągnij prawą dłoń ku jego centrum i powolnie zaintonuj litery I-A-O, przeciągając każdą literę i wizualizując, jak pentagram jaśnieje coraz większą energią, gdy tak robisz.
  3. Zwrócony na wschód, unieś ramiona i powiedz:

Nade mną świecą pięcio-punktowe gwiazdy
Nad moją głową Nieskończone Gwiazdy
Wewnątrz mojej piersi płonie Gwiazda
Każdy mężczyzna i kobietą są Gwiazdą
Podziwiaj Krąg Gwiazd.

Litewskie runy ujawnione: Norweski lingwista mówi, że Bałtowie mieli kalendarze runiczne

Norweski lingwista Gard Kristiansen powiada, że Litwini mieli runiczny skrypt fuþorkh. Doszedł do tego wnosku po przebadaniu kalendarzy runicznych (primstavs), które są w posiadaniu Muzeum Narodowego Litwy.

Muzeum Narodowe Litwy, Wilno

Nie ma żadnych książek nt. Litewskich run, jedynie szereg artykułów, które nie doczekały się uznania naukowców, z których większość się śmieje gdy zostaną zagadnięci o „litewskie runy”. Dlaczego? To naprawdę bardzo dziwne, bo dwa kalendarze runiczne leżą na wystawie w Muzeum Narodowym Litwy w samym sercu Wilna. Może jest tak ze względu na to, że wówczas Litwini powinni dostrzec, że przed chrystianizacją mieli odmienną kulturę, a Bibla M. Mažvydasa wcale nie jest pierwszym litewskim pismem? Pozostawmy jednak polityczne pytania na boku powróćmy do naszej wystawy, oraz odkryć i konkluzji poczynionych przez norweskiego lingwistę.

Muzeum Narodowe Litwy ma dwa kalendarze runiczne umiejscowione na wystawie, nie są nigdzie ukryte, można je obejrzeć za znikomą opłatą 2 euro (a samo muzeum i jego godziny otwarcia można zobaczyć tu: http://www.lnm.lt/en)

3 lutego 2017 roku pisma te zostały przesłane do badaczy języka staronordyckiego. Pytanie brzmiało: Czy wg waszej opinii te runy są podobne, lub może jesteście w stanie je odczytać? Czy też jak bardzo się różnią?

Wkrótce norweski lingwista Gard Kristiansen z Oslo odpowiedzial: „Drugi rząd to „fuþorkh” i się powiela, te runy odpowiadają dniom tygodnia. Pierwszy rząd to złote numery. Składa się z 16 run i „tvei maðr” (czwarta runa na zdjęciu) oraz runa árlaug (trzecia runa pierwszej linijki na drugiej stronie). Symbole pośrodku są znakami przedstawiającymi szczególne dni, święta itp. Złote numery są używane do ustalenia, która runa w danym roku będzie niedzielną runą tego roku. W ten sposób kalendarz może się sprawdzić każdego roku. Ten rząd jest powtórzony 52 razy, co daje 365 dni. To będzie drugi rząd, reprezentujący dni tygodnia (na ilustracji możesz zobaczyć porównanie ze współczesnym kalendarzem).

W pierwszym rzędzie są Runy złotych numerów. Symbole 1-19, zatem dodano 3 bindruny do 16 w fuþorku.

Są zaaranżowane w ten sposób, odmienny od porządku, w jakim ułożony został nordycki fuþork.

Tak, jest to kalendarz runiczny.

Zapytałem ponadto: „To kolejny przykład, nie ta książka z około tuzina drewnianych stron żłobionych w runy, ale również „kalendarz runiczny na mieczu”. A więc różni się on od staronordyckiego? Czy możemy założyć, że został napisany przez Bałtów?

Gard Kristiansen: „Jest to kalendarz runiczny, primstav.”

Litewski kalendarz runiczny jest podobny do kalendarza zMalmö we Szwecji, spisanego w roku 1748: http://carlotta.malmo.se/carlotta-mmus/web/object/17773:

Dr Libertas Klimka jest pewien, że kalendarze runiczne istniały w Litwie. Badacz Artūras Jazavita również tak uważa.

Przeczytajmy, czym jest primstav. Wg wikipedii, to kalendarz runiczny (lub runiczne berło, albo almanach runiczny), bezterminowy kalendarz oparty na trwającym 19 lat cyklu metonicznym, bazującym na korelacji Słońca z Księżycem.

Kalendarze runiczne były zapisywane na pergaminie lub żłobione na drewnianych tabliczkach, w kościach lub rogach. Najstarszy nam znany i zarazem jedyny ze Średniowiecza, to kostur Nyköping ze Szwecji, datowana na XIII w. Większość z kilku przetrwałych tysięcy takich kalendarzy jest wyrytych na drewnie i pochodzi spomiędzy XVI, a XVII w. Podczas wieku XVIII kalendarze runiczne przeżyły renesans i około roku 1800 były one wykonywane w postaci miedzianych pudełek na tytoń. Typowy kalendarz runiczny składał się z kilku poziomych linii symbolów, jedne nad drugimi. Szczególne dni jak przesilenia, ekwinocja i celebracje (włączając w to chrześcijańskie święta) były oznaczane dodatkowymi liniami symboli. Kalendarz taki nie zapewnia wiedzy względem długości roku zwrotnikowego, ani następstwa lat przestępnych. Jest ustalany na początku każdego roku poprzez obserwację pierwszej pełni po przesileniu zimowym. Swoje badania nad tymi kalendarzami zawarł holenderski lingwista Frans Eduard Farwerck (1889-1969) w wydanej w 1953 roku książce pt. Noord-Europese Mysteriën (Północnoeuropejskie sekrety).

Fragment Kalendarza Runicznego, ukazujący trzy rzędy symboli. W oparciu na stronie 104 Noord-Europese Mysteriën

W jednej z linii, 52 tygodnie po 7 dni zostało odzwierciedlonych 52-oma powtórzeniam pierwszych siedmiu run Futharku młodszego. Runy odpowadające poszczególnym dniom tygodnia różniły się z roku na rok. Na innych kalendarzach, wiele z dni zostało oznaczonych jednym z 19-tu symboli przedstawiających Złote Numery, lata cyklu metonicznego. We wczesnych kalendarzach, każde z 19 lat w cyklu było odzwierciedlone swoją runą; pierwsze 16 lat znakowało 16 run futharku młodszego, plus specjalne runy dla pozostałych trzech lat: Arlaug (Złoty Numer 17), Tvimadur (Złoty Numer 18) i Belgthor (Złoty Numer 19).

Nów księżyca przypadałby na ten dany dzień podczas danego roku cyklu. Dla przykładu, w 18 roku cyklu, nowie księżyca przypadały na daty oznaczone Tvimadurem, symbolem 18 roku. Futhark młodszy, ze swoimi szesznastoma runami, był niewystarczający dla tego systemu. Rozwiązano to dodając trzy specjalne runy, które odpowiadały:

Arlaug – 17 | Tvimadur – 18 | Belgthor – 19

Primstav (przekład: pierwszy kostur) jest starożytnym norweskim kalendarzem patykowym. Były one rzeźbione w obrazki w miejsce run. Obrazki ukazywały różne stałe święta religijne. Najstarszy primstav, który przetrwał do dzisiejszych czasów pochodz z 1457 roku i jest wystawiony w Norsk Folkemuseum.

Wyznawcy estońskiej religii etnicznej (Maausk) publikowali kalendarze runiczne (z estońskieg: srivilauad) corocznie począwszy od 1978 r. Podczas okupacji sowieckiej, była to nielegalna publikacja, tzn. „somizdat”.

Archeologowie odkopali ponadto pokrytą runami metalową płytę, której wiek oszacowano później na XIV stulecie. Specjalista od greki dr. Mindaugas Strocks stwierdził, że napis z pierwszej linii płyty należy odczytywać jako „króla Algirdasa”). Reszty napisów nie da się odczytać.

W roku 1954, archeologowie znaleźli napisy przypominające runy w Airėnai (rejonie Wilna):

Podobne napisy można znaleźć na fladze Widewuto, legendarnego króla staropruskiego z VI w.

Widoczne wyżej zapisy opisał Simon Grunau (zmarły ok. 1530 r.), autor Preussische Chronik, pierwszej całościowej historii Prus.

Proporcjonalne tabele opracowane przez Artūrasa Jazavita

Ważne, aby powiedzieć co nieco na temat cyklu metoniczego, wykorzystanego w naszych kalendarzach. Według wikipedii, Enneadecaeteris lub cykl metoniczny jest okresem bardzo zbliżonym do 19 lat, przy czym na uwagę zasługuje, że to wspólny mnożnik roku solarnego i synodycznego (księżycowego) miesiąca. Grecki astronom Meton z Aten (V w. p.n.e.) zauważył, że okres 19 lat jest niemal równoważny 235 miesiącom synodycznym i zaokrąglony do pełnych dni, wynosi ich 6940. Różnica pomiędzy obydwoma okresami (19 latami i 235 miesiącami synodycznymi) wynosi zaledwie kilka godzin.

Biorąc pod uwagę, że rok jest 1/19 tego liczącego 6940 dni cyklu i sumuje się do okresu 365 + 1/4 + 1/76 dnia (niezaokrąglony cykl jest znacznie dokładniejszy), co daje około 11 dni więcej niż 12 miesięcy księżycowych. Aby dwunastomiesięczny rok księżycowy dotrzymał tempa roku solarnemu, siedmiokrotnie w trakcie 19-letniego okresu należy dodać przestępny trzynasty miesiąc (235 = 19 x 12 + 7). Kiedy Meton (Μέτων ὁ Ἀθηναῖος) wprowadził cykl ok. 432 r. p.n.e., był już znany przez babilońskich astronomów. Mechaniczne obliczenia cyklu są wbudowane w mechanizm z Antikithyry.

Cykl został wykorzystany w kalendarzu babilońskim, starożytnych chińskich systemach kalendarzowych (‚Cyklu Zasady’ 章) oraz średniowiecznym computus (czyli obliczeniu daty Wielkanocy).

Reguluje on również 19-letni cykl miesięcy przestępnych we współczesnym kalendarzu hebrajskim. Tradycyjnie w babilońskich i hebrajskich lunarno-solarnych kalendarzach, lata 3, 6, 8, 11, 14 17 i 19 są dłuższmi (liczącymi 13 miesięcy) latami cyklu metonicznego. Cykl ten, który można wykorzystać do przewidywania zaćmień, stanowi podstawę greckiego i hebrajskiego kalendarza i każdego roku jest używany w celu obliczenia daty Wielkanocy. Babilończycy zastosowali 19-letni cykl u schyłku VI w. p.n.e. Gdy mierzyli ruch księżyca w stosunku do gwiazd, stosunek 235:19 mógł pierwotnie odnosić się do lat gwiazdowych w miejsce lat zwrotnikowych, wykorzystanych w wielu kalendarzach.

Wg przekazów Apollo odwiedzał Hiperborejów raz na każde 19 lat.

Kalendarz runiczny jest bezterminowym kalendarzem opartym na 19-letnim cyklu metonicznym.

WNIOSKI

1) Jest w bród materiałów do badań dla naukowców, aby dogłębnie przestudiować zagadnienie litewskich run.

2) Kalendarze i kamienie runiczne są odnajdywane na terytorium całej Europy, a ostatnie znalezisko z 2016 roku jest zlokalizowane w Szkocji (http://www.runforum.nordiska.uu.se/blog/runestone-found-in-the-inner-hebrides-of-scotland). Litwa nie stanowi wyjątku.

  1. Wnikliwe naukowe badania nad dawną Litwą, prowadzone przez litewskich uczonych – prof. Eugenijus Jovaiša, dr. Vykintas Vaitkevičiusa mogą pomóc osiągnąć cele: ustalenie a) czym są litewskie runy, b) czy litewskie kalendarze runiczne powstały na Litwie, czy gdzieś indziej (np. we Szwecji). Powinno to prowadzić do konkluzji, że Litwini używali pisma runicznego, co na ten moment pozostaje hipotezą.

Źrodło: Mindaugas Peleckis, Radikaliali.lt

tłum. red.

Recenzje – Wakinyan, Prosternatur, Singapore Sling, Dodenbezweerder, Vonlaus, Karnilapakte…

Wakinyan – „Spirit Walker”

HauRuck! cd 2020

Cudowna, subtelna, szamanistyczna muzyka, powstała z wykorzystaniem tradycyjnych instrumentów ludowych, jak i dobrodziejstw elektroniki (nie brak syntezatorów), budująca rytualną, nieco oniryczną, duchową atmosferę. Smak mi podpowiada, że znakomicie sprawdziłaby się przy ceremonii psychodelicznej – zdecydowanie najlepiej z tego wszystkiego, w czego nagraniu do tej pory maczali palce ludzie z Der Blutharsch (nagranie ukazało się w wytwórni Albina – HauRuck!). Momentami („Toka”) – słychać wręcz tradycyjny śpiew Icaros, przepysznie spleciony z bębnami i co najmniej kilkoma towarzyszącymi ścieżkami dźwiękowymi. Kobiecy śpiew wypada tu lepiej niż na jakimkolwiek materiale DB od czasu The Moon Lay Hidden Beneath a Cloud. Pod koniec materiału muzyka idzie w stronę trudniejszego w odbiorze rytualnego ambientu („Ouroboros”), ale już zamykający płytę numer „Awaken” ukazuje muzykę Wakinyan w pełnej krasie, z elementem neoklasyki.

{BANDCAMP}

red. <|Vv

Prosternatur – „Mortuus et Sepultus”

Transcendance cd 2020

Okultystyczny black metal, wyróżniający się rewelacyjną, przestrzenną produkcją oraz kompozycyjnym, wokalnym, ale też instrumentalnym bogactwem. Atmosfera tej płyty przywołuje na myśl Ondskapt. Przesterowane gitary słychać jakby z wnętrza świątyni, co idealnie komponuje się z czytelnym, organicznym brzmieniem perkusji. Wokalista sprawnie używa chyba wszystkich możliwych stylów wokalnych, wśród których na uwagę na siebie zwraca ceremonialny (quasi-inwokacyjny) zaśpiew – trochę podobnie jak to miało miejsce w Dodsengel, a dla blekowych tradsów od razu na myśl przyjdzie stary Mayhem. W przeciwieństwie do takiego Draco Sit Mihi Dux autorstwa Ondskapt, długograj Prosternatur nie przywołuje przygnębienia, nawet jeśli inwokowane przez muzyków byty/demony i siły nie są w harmonii z ładem naszego świata. Oprócz świetnego rzemiosła Prosternatur oferuje wysokich lotów artystyczny zamysł. Warto posłuchać i basta. Szczególnie jeśli znasz i lubisz klasyk, jakim dla mnie jest Muspellz Synir Nastrond, nie powinieneś ominąć tego LP.
Wieść niesie, że to owoc współpracy muzyków Nightbringer, Acherontas i LuxCaelum. Potwierdzam, tak, na to wygląda.

red. <|Vv

Singapore Sling – „Good Sick Fun”

Fuzz Club CD 2020

Zapytałbym, czy istnieje zabawa, w której nie ma nic a nic choć odrobinkę chorego? Islandczycy znają odpowiedź. To już jedenasty długograj rockmanów z Reykjaviku. Nie jestem w kompetencji do wyrażania czegokolwiek nt. całokształtu ich twórczości. Z tego, co słyszę to chyba odrobinę więcej tu specyficznego, cynicznego i dekadenckiego rockabilly, niż krautrocka. Tak czy inaczej gatunkowo to dwa główne komponenty.
Vibe charakteryzujący tą płytę bardzo mocno kojarzy mi się z wielokrotnie słuchanym (notabene również islandzkim) Dead Skeletons, a ściśle utworem „Psycho Dead”. Z kolei wokalista powinien kiedyś wypić butelkę whisky z muzykiem znanym jak Bain Wolfkind (stan wątroby którego pozostawmy w sferze domniemań), gdyż łączy ich wspólny, szarmancki – i szarlatański powab.


W ucho szatańsko wpada już trzeci kawałek, „Good sick fun”. „I´m a misfit/ You´re a misfit / We are misfit scum. / I´m a reject / You´re a reject / And we´re having fun”. Sfuzzowany do oporu bas oplata czyste, i tak zimne, że lekko psychotyczne tony fortepianu albo gitary klasycznej. Niekiedy dodają do tego gitarę elektryczną. Są urozmaicenia w postaci kobiecego głosu śpiewającego jednocześnie ze w/w odmieńcem. Drugi mój faworyt z kawałków na tym lp to „Sick Fuck”, gdzie panowie pięknie zahaczają o terytorium noise rocka. Rytmika całej płyty jest trochę transowa.
Dwa zamykające album songi są równie mocne. Nie wiem wręcz, czy „No Fire”, przechodzące z ponurego zacięcia w błogie rozmarzenie i urozmaicające instrumentarium o zgniłe syntezatory, nie jest najlepszą reprezentacją całego albumu.
Czujesz się przesycony społeczniackim odorem kultury, kieratu obowiązku, regulaminów wszelakich i humanitaryzmu z twarzą świniożernego bydlęcia? To płyta w sam raz dla Ciebie. Materiał został wydany przez kultowe Fuzz Club, którego katalog polecam.

red. <|Vv


Dodenbezweerder – „Vrees de Toorn van de Wezens Verscholen Achter Majestueuze Vle”

Iron Bonehead cd & lp 2019

Dodenbezweerder to kolejny projekt Maurice’a „Mories”, tutaj podpisującego się jako „M”. którego możecie kojarzyć z mizantropijnego, hałaśliwie-elektronicznego black metalowego projektu Gnaw Their Tongues. Jeśli znasz inne dokonania tego jegomościa, wiesz, że ten album będzie nieprzyjemny, mroczny, maniakalny, złowieszczy i ponury. Zajęło mi sporo czasu by właściwie docenić „Vrees de toorn van de wezens verscholen achter majestueuze vleugels”.

Album wydaje się naprawdę klaustrofobiczny; im głębiej chłonąłem jego atmosferę, tym bardziej miałem wrażenie jakby muzyka nie była w pełni obecna w naszym świecie, a zamiast tego unosiła się gdzieś pomiędzy strefami żywych i umarłych.

Produkcja lo-fi nie ułatwia odbioru, wymaga wręcz pewnego wysiłku, ale po przyzwyczajeniu się do niej niepokojący charakter tego projektu magią Nekromanty (to właśnie oznacza szyld zespołu) potrafi spowolnić czas i pozwala, by surowe dźwięki rytuału wypełniły otaczającą nas przestrzeń.
Surowa atmosfera albumu naprawdę wzbogaca ogólne wrażenia i służy tylko do podsycania koszmarnych dźwięków.
Nie wydaje mi się, by głębszy sens miało rozkładanie tego krążka na części pierwsze, przede wszystkim należy pochylić się nad konceptem i budowaną na nim atmosferą. Właśnie w jej imię gitary zdają się zatracać tutaj swoje klasycznie blackmetalowe brzmienie, czasami pojawia się złudzenie, że można wyłapać w tym zgiełku dźwięk instrumentów klawiszowych, jednak jest to zasługa szerokiego użycia różnorakich delayów; reverbów i reszty dobrodziejstw techniki – wszystko to jednak bez zbędnego efekciarstwa.
Niepokojące, opętane wokalizy oddają tembr ceremonii i mogą należeć zarówno do Maga jak i ducha zmarłego. Rozpaczliwe krzyki wznoszące się z grobu i rytmicznie monotonne bębny tworzą muzyczny odpowiednik dźwiękowego horroru.
Nie jest to muzyka przyjemna, raczej coś czego doświadczasz, niż słuchasz.

Jeśli więć niewysłowioną przyjemność oferuje Ci możliwość okaleczania swoich bębenków słuchowych za pomocą tłuczonego szkła, równolegle zadając sobie ból psychiczny i nie obchodzi cię jakość brzmienia na poziomie sterylności w szpitalu zakaźnym, na pewno pokochasz tę płytę.

Parsley

Vonlaus – „Röð slæmra ákvarðana”

Mystiskaos / Vánagandr (CS/MLP 2020)


Surowy islandzki black metal, który określiłbym transgresyjnym – jest to muzyka, od której jeżą się metafizyczne włosy na głowie i zgrzytają zęby podświadomości. Katartyczna w oddziaływaniu, treściwa świadomym gniewem i oporem wobec przegniłej kultury. Ciężkie riffy, średnie tempo i dynamiczne, wyraziste wokale. Motto tego mLP brzmi: „Wymawiam wojnę aniołom tego uniwersum. Rekreacja w dawkach. Wolność wskroś upadku. Rozwiązanie w gramach. Smutek i nienawiść”. Brzmi to niezbyt komplementująco, ale to jest właśnie to, co tu znajdziecie. Chimera przeszywającego niczym mróz przygnębienia z nienawiścią. Do mnie przemawia w zupełności.

red. <|Vv

Funereal Presence – „Achatius”

Niesamowicie spójne dzieło, warte być może zaliczenia w poczet klasyków gatunku, jakim jest black metal. Szturmuje zaplute, przegniłe okopy obrońców kamiennych tablic ze swadą Niemców z Katharsis (KTHRSS), choć przeskakuje tychże fantazją. Dynamiczne, bogate kompozycje zaskakują melodyką, progresywnością i świeżością. W brzmieniu gitar słychać echo Darkthrone, Taake i Kthrss. Blast beaty i niezliczone zmiany stylistyki są zrealizowane z tupetem. Doprawdy ciężko się tu do czegokolwiek dopierdolić. Jak to ujął sam autor (Funeral Presence to dzieło jednej osoby), „robię muzykę, której już jak dla mnie nikt nie nagrywa”.

: > BANDCAMP < :

Karnilapakte – Karnilapakte

Brugmanziah LP 2020

Pierwotny Psychodeliczny Metal Chaosu to nie kromka ze szmalcem. Nowy LP Wagnera Odegarda to czarci opus jak Urfaust, miast ewokując alkoholowo-muchomorowy trans, inwokujący Hrimthursy wprost z ciemnego kręgu północnej czarnej magii.

Ten szaleniec i wizjoner napił się Somy z rogu bez dna. Psylocybina, czarne runy ze szponów kruka i na kłach niedźwiedzia, makumba; oświetlona pochodniami zatkniętymi w czaszkach bestii, podziemna kuźnia kowala z linii Loptra. Schodząc na ziemię, rzeczony materiał w mojej mniej lub bardziej skromnej opinii (kogo to k*rwa obchodzi?) deklasuje kultowy debiut Manes i uderza w ten sam podziemny bęben, co 7″ep Myrkraverk. Dawno mi nie dane było słyszeć czegoś tak wyjątkowego. Przeraźliwie szamanistyczna, nieskazitelna i unikalna muzyka. Postawiłbym na półce obok LP Noenum.

red. <|Vv


Anarchia jako samostanowienie

Nieliczna lecz głośna mniejszość współczesnego ruchu anarchistycznego utrzymuje, iż walki ludów, grup etnicznych i narodów o autonomię mają wielki potencjał jako ważny czynnik w budowaniu społeczeństwa anarchistycznego.

Ta tendencja „świadomości etnicznej” zwraca uwagę na fakt, iż walki te nie tylko skierowane są przeciw wymuszonemu marszowi w stronę globalnej monokultury i ujednolicenia ludzkości promowanym przez międzynarodowy Kapitał, ale że przede wszystkim są one manifestacją ludzi opierających się opresji w próbie zachowania swego stylu bycia – przejawem oporu, który jest lub przynajmniej powinien być bliski sercom wszystkich anarchistów. Wielu „mainstream’owych” anarchistów odrzuca jednakże to podejście, krytykując je jako fałszywy „anarchonacjonalizm” i akcentując, że etniczne/narodowe entuzjazmy są fundamentalnie konserwatywne, nieuchronnie opresyjne i prowadzące do szowinizmu i rasizmu.

Obydwa skonfliktowane ze sobą stanowiska reprezentują ważne poglądy i wskazują drogę ku wyższej jedności.

Cokolwiek mainstream’owi anarchiści powiedzą o „świadomych etnicznie” dysydentach, ci drudzy są głęboko zakorzenieni w klasycznej tradycji anarchistycznej. Sam Michał Bakunin (często określany jak ojciec światowego ruchu anarchistycznego) jednoznacznie potępił atomizujący, egoistyczny liberalizm, który można odnaleźć w większości bieżącej myśli anarchistycznej. Jak zauważył ten wielki rosyjski rewolucjonista „człowiek jest nie tylko najbardziej indywidualistyczną istotą na Ziemi, jest również najbardziej społeczną”. Ów społeczny wymiar człowieka, jak Bakunin zauważył, wyraża się w dynamice plemion, klanów, grup etnicznych, kultur i narodów: każde to unikatowy, niepowtarzalny fenomen historyczny wnoszący coś szczególnego do dorobku ludzkości.

„Anarchizm ludowy” widoczny u Bakunina został wyłożony przez wspaniałego niemiecko-żydowskiego anarchistę Gustava Landauera (1870-1919), który proklamował iż „Narodowe różnicowanie jest sprawą pierwszorzędnej wagi dla nadchodzącego spełnienia się ludzkości, dla tych, którzy odróżniają piękny, kwitnący, pokojowy fakt narodu od obrzydliwej przemocy państwa”. Przez „naród” Landauer rozumiał kulturowy, nie polityczny organizm, i jak Bakunin popierał autonomię wszystkich narodów w kontekście wolnościowego socjalizmu, antymilitaryzmu i antyimperializmu.

Współcześni anarchiści nie muszą fetyszyzować Bakunina czy Landauera, ale mogą przynajmniej rozważyć, jak przekonywujące i konsekwentne są idee tych wielkich ludzi. Choć anarchiści zazwyczaj gardzą ograniczającymi ideologiami i mają przywilej wyrzucenia zarówno Bakunina jak i Landauera na śmietnik historii, być może lepiej byłoby najpierw spróbować recyklingu.

Coraz więcej anarchistów zaczyna doceniać współzależność jednostki z innymi bytami organicznymi: roślinami, zwierzętami, bioregionami, całą ziemską biosferą. Wszyscy przyznajemy, że byty te mają prawo istnienia. Jeśli one je mają, dlaczego wtedy mają go nie mieć naturalne zbiorowości ludzkie? Czy anarchiści odrzucający tożsamość etniczną, autonomię etniczną i w ten sposób etniczne  przetrwanie nie powinni być nazwani „anarcho-ludobójcami”?

Jednak „mainstream’owi” anarchiści mają niezaprzeczalnie rację przypominając o negatywnych aspektach idealizowania poczucia więzi narodowej i etnicznej.

Jak takie uczucie ma nie ulec zdegradowaniu do drobnomieszczańskiego konserwatyzmu lub, co gorsze, przeistoczeniu w agresję i rasizm? Jak można zbudować mechanizm dla pokojowej koegzystencji przepełnionych dumą narodów? Które „nacjonalizmy” są uzasadnione, a które nie i kto o tym decyduje? Nacjonalizm burski w Afryce Południowej, na przykład, jest wyraźnie raczej formą osadniczego kolonializmu niż naturalną narodowością; to samo można powiedzieć o anglofilskim „lojalizmie” w Irlandii Północnej, czy izraelskim syjonizmie. Czy to ma znaczyć, że wyżej wymienieni nie mają żadnych przysługujących im praw narodowych? Historia decyduje o tych sprawach i zazwyczaj w sposób bezlitosny. Trwający szowinistyczny fanatyzm w byłej Jugosławii i częściowo w byłym Związku Radzieckim jaskrawo podkreśla to, czego wielu anarchistów nienawidzi – istniejący nacjonalizm. Stało się stereotypem, ale mającym oparcie w faktach, że klasy panujące wykorzystują etniczne i narodowościowe emocje dla utrzymania władzy.

Jednak to wszystko tym bardziej staje się powodem, dla którego tak ważny, choć chwiejny komponent człowieczeństwa nie powinien być pozostawiony w brudnych rękach faszystów z prawicy czy też z lewicy. Etniczna czy narodowa świadomość nie powoduje konfliktu między ludźmi, lecz rządy, klasy panujące, partie, ucisk religijny i społeczna niesprawiedliwość oparta na czynnikach materialnych. „Świadomi etnicznie” zwolennicy Landauera nie są „anarchonacjonalistami” (co jest oksymoronem, gdyż największą troską anarchisty nie może być „naród”, ośrodek zainteresowania nacjonalistów, lecz wolność), są oni anarchistami, którzy chcą podburzyć narody do wyzwolenia od opresyjnych instytucji i umożliwić im krok ku jedności w różnorodności, co Landauer nazwał samostanowieniem wszystkich ludów.

To jest rozwiązaniem: nie nacjonalizm, lecz narodowe samostanowienie – wolność „narodowych” zbiorowości do prowadzenia własnych spraw, tak długo jak nie naruszają praw innych do tego samego.

Samostanowienie, jako samokierownictwo, jest istotą anarchii, „bezrządu”. Jest jądrem wolności, a wolność, jak powiedział Bakunin jest niepodzielna: musi rozciągać się na wszystko, albo jest oszustwem, maską dla przywilejów, klejnotem nowej tyranii.

Jeżeli „mainstream’owi” anarchiści nie potrzebują żadnej koncepcji etniczności w swoich poglądach na anarchię, wtedy mogą, i powinni, przyjąć taką perspektywę: nikt nie jest zmuszony do przynależności do jakiejkolwiek grupy etnicznej czy innej, lub do identyfikowania się z nią. To wykaże, czy „mainstream’owi” anarchiści będą podobnie bronić wolności swych dysydenckich towarzyszy i innych ludzi, którzy bez nienawiści czy przymusu chcą zachować i rozwijać swoje etniczne dziedzictwo.

W dzisiejszych dniach koncepcja „Żadnych granic!” jest popularnym hasłem wśród anarchistów, jednakże jej potencjalne rasistowskie, imperialistyczne i ekologicznie negatywne aspekty są rzadko, jeśli kiedykolwiek, zgłębiane. Oczywiście polityczne granice są przypadkowe (i często zarysowane kosztem etnicznych czynników, na co zwraca uwagę Leopold Kohr w swoim olśniewającym „Breakdown of nations” – „Upadku narodów”): ale po prostu zapytajmy amerykańskich Indian, co  myślą o swoich historycznych doświadczeniach z praktycznego zastosowania hasła „żadnych granic”.

Niektórym anarchistom najwyraźniej wydaje się, iż koncepcja „żadnych granic” wyrównuje zadawnione niesprawiedliwości otwierając drzwi tradycyjnie imperialistycznych państw dla masowego napływu uciskanych ludów z zewnątrz.

Niestety, społeczne, ekonomiczne i polityczne problemy narodów Trzeciego Świata nie zostaną rozwiązane przez ich masową migrację na terytoria Ameryki Północnej i Europy. Co więcej, działanie tak wielkiego napływu na środowisko byłoby horrendalne. Jakakolwiek polityka imigracyjna zostanie przyjęta, Zachód będzie musiał stawić czoła konsekwencjom ciągłej eksploatacji Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej. Prawdziwym rozwiązaniem problemu niehumanitarnych warunków wśród ludów Trzech Kontynentów jest, jak wśród wszystkich narodów, społeczna rewolucja prowadząca do wolnościowego socjalizmu.

Anarchizm opiera się na zasadzie wolności jednostki: jednak jednostka nie czująca się bezpiecznie, nie będąca suwerenną w swoim własnym domu, na pewno nie byłaby wolna. To samo odnosi się do ludu i jego ojczyzny. Innymi słowami, jeśli jednostki mają „prawo do prywatności”, również historycznie zrodzone zbiorowości jednostek – plemiona, kultury, społeczności i narody, muszą mieć te same prawa. Terytorialność w pewnej formie zawsze będzie materialną formą wyrazu samostanowienia i prawa do secesji.

Granice upadały i będą upadać, a etniczny charakter różnych regionów nadal będzie ulegał zmianom: takie są imperatywy historii. Jednak ziemia ojczysta ludu jest zakorzeniona w tej samej dialektyce. Jako historyczny organizm, jako „etnoregion”, jej wartości zasługują na tą samą chroniącą logikę, jak bioregion typu pustynia czy las tropikalny.

Antypaństwowy internacjonalizm widoczny w sloganie „żadnych granic!” jest oczywiście popierany przez wszystkich anarchistów i może być odbierany jako istotny przez narody bez państw takie jak Baskowie i Kurdowie, których ojczyzny zostały podzielone liniami na mapie, i przez Afroamerykanów / „Nowych Afrykanów” (zwłaszcza w regionie „Czarnego Pasa” w południowej części USA), którzy muszą zjednoczyć się w naród. Ani rządy, ani państwa nie mogą stawać na drodze do samostanowienia ludów czy jednostek i nie może być „żadnych granic” ograniczających ludzką solidarność, obustronną pomoc i dobrowolną kooperację. Dlatego hasło „żadnych granic!” musi być rozumiane i stosowane w jak najpełniej anarchistycznym sensie: „żadnych granic – dla tych, którzy tego chcą!”

Dogmatyczni kosmopolici mogą narzekać, iż „anarchizm ludowy” jest po prostu niezmiennym rasizmem i podziałem ludzkości. Rasizm ze wszystkimi swymi ludobójczymi implikacjami może w gruncie rzeczy zdradziecko działać w różnych kierunkach jednocześnie. Nikt z poczuciem humanitaryzmu i na pewno żaden anarchista nie będzie kwestionował ludzkiej godności kogokolwiek, w czyich żyłach płynie krew różnych ras, lub kogoś kto jest wieloetnicznego pochodzenia. Nie można też żywić najmniejszej ochoty do deprecjonowania bogactwa i kreatywności wieloetnicznych, wielokulturowych czy wielorasowych społeczeństw. A ktokolwiek chce żyć w takich środowiskach oczywiście powinien mieć taką sposobność. Czy jednak powinniśmy w imię jakiegoś monolitycznej odmiany „politycznie poprawnego” asymilacjonizmu chcieć zatracić na zawsze szczególne cechy kultury irlandzkiej, lapońskiej, penan, litewskiej, żydowskiej, suahili czy jakiejkolwiek innej? Czy kultury te nie powinny być zachowane i ochraniane, jak każdy zagrożony gatunek?

To nie jest jakaś tępa polemika w imię apartheidu, to jest wołanie o ekologię człowieka, błaganie o wolność – zrzeszenia, wyboru.

Ze wszystkich sił walczmy z rasizmem, bigoterią i narodową nienawiścią, nie gubmy naszych anarchistycznych celów dla jakiś mniejszych, ostatecznie reakcyjnych spraw. Emma Goldman powiedziała kiedyś, iż najbardziej gwałtownym elementem w społeczeństwie jest niewiedza. Walczmy razem, aby pokonać tą niewiedzę, asa w ręku naszych panów, i zaszczepmy zrozumienie, że wolność każdej jednostki, i każdej zbiorowości zależy od wolności wszystkich jednostek i wszystkich zbiorowości.

Nie „anarcho-nacjonalizm”, ale „samostanowienie dla wszystkich ludzi!”

Raven’s Banner Collective

Perspectives no. 8 (1994)

za: Instytut Brzozowskiego

Nasz wywiad. Deparchizacja roku pandemii

Dr Kleksyder, resort Globalizacji TV Polin Krab: Jej źródłem jest spisek Moskali, a tak naprawdę humanoidalnych gadów teraz zapewne z Alpha Draconis. Możemy spodziewać się wybuchów wulkanów.

”To ma służyć sianiu zamętu, chaosu, ale też fermentacji świńskiego płodu w kompostowniku. Grecka Bogini zamętu to Eris, a bóg to Pan. Dlatego całe nastawienie eurazjatyckiej wojny informacyjnej z Zachodem ma służyć sianiu zamętu, żeby ludzie mieli wgląd w przeciwstawny tunel rzeczywistości – aby zatem mieli nikłą szansę dojrzenia, gdzie jest rzeczywistość, gdzie rzeczywistość medialna i wirtualna, co jest prawdą, co jest kłamstwem, jak daleko jest posunięte kłamstwo – cóż począć kiedy polskie patałachy zrzekły się kontroli świata otaczającego nawet na własnej ziemi, rękojmię poglądu przekazując Wajcha State.

Komu służy zamęt tworzony przy okazji koronawirusa, który dla finansistów, kapitalistów, inżynierów społecznych i polityków jest po prostu darem niebios – nic lepszego, jak dobry kryzys, a jeszcze lepiej dobra epidemia” – mówi portalowi wPolityce.pl dr Gargul Soros, bliski przyjaciel króla filantropów – Billa Geytza, specjalista w dziedzinie wojny informacyjnej, służb specjalnych i terroryzmu. Z instynktem krezusa-drapieżcy Bill rozkrętaczył wiroidalny nowotór kulturowy. Szczepionki z takiej inwencji z konieczności są plugawe.

wKloace.pl: Jak ocenia Pan poziom deparchizacji ws. trwającej pandemii koronawirusa? Jakie jest jej źródło?

Dr Janusz Grzęski: Głównym źródłem deparchizacji jest Moskwa, a konkretnie portal Geopolitica.ru. To jest portal prezentujący szeroki dorobek myśli związanej z ideą eurazjatycką, czy też Czwartą Teorią Polityczną, której głosicielem jest Aleksander Dugin oraz jego współpracownicy. Ma on swoje teksty w języku polskim. Celem tego portalu jest przede wszystkim sianie żniwa wiedzy na całym Zachodzie oraz promocja koncepcji Dugina, a mianowicie, że trwa nieustanna konfrontacja i wojna między przedstawicielami kupieckiej kultury atlantyckiej (reprezentowanej przez USA, Wielką Brytanię i całą podległą grawitacji stagnacji duchowej tychże resztę) oraz Eurazją (indoeuropejskim „heartland” – położonym na terenie stepów onegdaj pokonywanych konno przez Scytów – Rosji, Europy Środkowowschodniej oraz dużej części Kaukazu). Ponieważ zachodzi tu konflikt, wyklętym, wykluczonym myślicielom, którzy pragną poplątać szyki finansjerskim kuglarzom potrzebne są narzędzia, które zrobią zamęt w głowach ludności krajów atlantyckich, czyli między innymi Polski, której to do krajów społeczno-politycznie reprezentujących żywotne interesy Europy zaliczyć nijak nie można – tak jak nie pomoże wcisnąć dla szeptuchy flaszkę samogonu, aby sprowadziła deszcz w trakcie suszy.

Polska jest w tej pierwszej nazwijmy to kategorii, gdzie to należy robić, albowiem w rozumieniu Dugina nie tylko geopolitycznie należy do świata eurazjatyckiego. Co z tego, że żołnierze Napoleona i Hitlera postawili buciory na prasłowiańskiej ojczyźnie Rosji? Wrócili tylko niedobitkowie. Do świata, któremu potencjalnie mogłaby patronować Wszechrosja, należą po równi ortodoksyjni prawosławni chrześcijanie i ich heretyccy pobratymcy, rodzimowiercy, żercy, nowicjusze czarostwa, jogini, tantrycy, asceci i szamani. Ideą cywilizacyjną Dugina jest świadomy Białas, od Koriaka po potomka Bałto-Prusów (białasem nazwałby przy tym zarówno amazońskiego szamana) wypełniający przyrodzony odruch kulturowy. .

Wracając do koronawirusa…

Tragiczne żniwo koronawirusa w Polsce.

Portal, który tu wszem i wobec piętnujemy (geopolitica.ru) swoją drapieżną, nibybrunatną kampanię propagandową rozpoczął bardzo wcześnie, bo już od lutego, albo jeszcze wcześniej. Próbował informować, że koronawirus został podrzucony do Chin w kropelkach potu amerykańskiego agenta specjalnego w kamuflażu afroamerykańskiego biatlonisty. W dalszym ciągu usilnie wykazywał, ze etos globalnej pandemii jest narzędziem w rękach przedstawicieli wielkich korporacji zachodnich i opłacanych przez nich polityków. Bankierzy – CIA – jak również Kalkuta tzn. Watykan dorzucili swoim zwyczajem się do puli. Najwięksi bogacze globu w krótkim czasie podwoili zyski. Jeśli rozważać koronawirus jako trutkę białej cywilizacji skierowaną na Azjatów, myli się cywilizację białą z cywilizacją zrodzoną na pustyni. Historyczny żywioł nośny tej cywilizacji, czy rozbestwiona tłuszcza zniszczyła jedyną totalną składnicę starożytnej Wiedzy człowieka o sferach, Nauczycielach, wszystkich rzeczach anielskich i demonicznych, a wreszcie o samym człowieku, o Animie i Animusie. Spaliła jedyną aktualną (mentalną) Arkę Noego – mamy na myśli oczywiście bibliotekę Aleksandryjską.

Nazad do meritum. Narracji małpowanej przez polski rząd w realiach przesranej Wisły wyczerpały się motywy i zwalają wszystko na – wg. opinii oskarżonego o sobie- biednego, zmartwionego o świat Dugina. Środowisko Dugina ma jednak co najwyżej urojenia jakiejkolwiek mocy sprawczej, o czym świadczy chociażby fizyczne nieistnienie tytułów książek, badań i opracowań wskazywanych w przypisach artykułów, felietonów i esejów na portalu.

wKloace.pl: A zatem twierdzi pan, doktorze Januszu Grzęski, że środowisko tego nowożytnego, demonicznego Rasputina to potencjalnie najgroźniejsze zagrożenie dla praworządnej i nowoczesnej polski?

Zjawisko Covidu oprócz niesłychanych gróźb oferuje ze sobą niebagatelne korzyści. Częściowo opłacone już chipy i szczepionki sprawią, że bezpieczne, wygodne życie zagości w każdym polskim domu. Pewne jednostki których jest, co pragnę podkreślić, mniejszość przy czym jest to mniejszość wyjątkowo agresywnie nastawiona do tradycyjnego modelu polskiej rodziny i wiary katolickiej, która stanowi przecież podwaliny naszej cywilizacji odkąd św. Wojciech próbował chrystianizować Prusaków, Ci więc mentalni spadkobiercy ówczesnych Prusaków pragną zamknąć usta większości i tradycjom poprzez obowiązek zmiany płci, gdzie płeć ta ma być losowo przydzielana przez stosownego komisarza z ramienia UE i LGBT a kontrola tego całego procederu odbywać się będzie przez umieszczanie pod skórą specjalnego chipa, który to chip zostanie umieszczony przy okazji aplikowania szczepionki na tzw. koronawirusa.

Zdj. z archiwów brazylyjskiej Nueva Resistencia inspirowanej Czwartą Teorią Polityczną

wKloace.pl: Cóż sobą prezentuje ten rosyjski wieszcz w porównaniu do misji dziejowej niezłomnie realizowanej przez dwóch wybitnych protoplastów żolbólżólskiej grupy rekonstrukcji spatałoszenia oraz ich schedy ziebrzanej, a nade wszystko lichwianej?

– Aleksander do Trumpa mógłby co najwyżej zostać zawleczony na kolanach (i tak lepszy to los od tego, który spotkał ikonicznego herosa idei eurazjatyckiej – Ungerna von Sternberga). A pamiętajcie państwo, że nasz Andrzej stał przy jego biurku z długopisem.

IAO BARBELO PIGERADAMAS CHRISTOS SOPHIA AMEN
u góry Christos, pod nim Sophia, przed Gamaliel, z tyłu Samlo, po lewicy Gabriel, a po prawicy ABRASAX. SIGE.

NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNY CZŁOWIEK ŚWIATA OSZUKANYM KLAUNEM?

na podst. https://wkloace.pl/potylika/
spaczył |>Vv, dopisek – Gała

GEOPOLITICA.RU

O potyczkach z duchem maku

Redakcja nie zamierzała wracać do tej zatęchłej tematyki, tymczasem stary znajomy podesłał przekonującą relację z własnych zmagań z chorobą woli, jaką z biegiem czasu zawsze staje się nałóg opiatowy. Ku przestrodze. Przy okazji też napomknę, że autor bodaj dwóch felietonów (np. Alchemistycyzm: drzwi naszych ran) w piśmie, Bartek, umarł z własnej ręki tego pełnego dziwów roku. Niech mu Czarny Płomień świeci.

Rad oddam chłonnym oczom książkę Szczepana Twardocha pt. „Morfina”. Zbyt mocno odcina się na mojej półce z książkami. (Zapomniałem o tym zarysie eseju, a w międzyczasie pożyczyłem tę pozycję młodej narkomance, której cała dobra wola, jaką przejawiłem, aby jej pomóc, nie nauczyła choć przyzwoitego szacunku do mnie. Na tym kończę z przysługami, które nie są aktualną pomocą, a jedynie dokarmianiem czerwia). Rola morfiny jako takiej w moim życiu już dawno powinna być sprowadzona co najwyżej do czegoś o równie znikomej doniosłości, co album zdjęć fotograficznych. W przeciwieństwie do Olbrzymów, trucicielski duch maku zasługuje, bym go posłał w rozpadlinę kosmosu. Męstwo sercem i krtanią wskazuje drzwi, które otworzę wykonując ten zamiar. Tak więc nie ukrywam, że obmyślam swój szczególny plan. Mój plan jest nie tyle już, co dopiero gotowy, a realizacja z powodu pecha, głupoty lub babiego lata w piwnicy porywistego białasa może rozwlec się na ponad rok czasu.

Naiwny błąd „ratowania” się w pracy w firmie, której komunikatem wobec mnie okazała się być wkrótce prymitywna arogancja i wypucowane oczy karnych kapitalistycznych bydląt. Okamerowany, obstawiony karierowicz, zdyscyplinowany ludzki manekin, patrzył z wyższością silniejszego. Na moje stare totemy, miałem wtedy ochotę użyć młotka, a już na pewno pięści. Cóż kiedy nie dokupiłem w czas transteka, zabrakło mi głupiego wycinka taśmy aby się bezboleśnie odkleić, odstawiając opioidy buprenorfiną. Wstąpiłem na lokalny, program metadonowy o iście kabaretowej specyfice z zamiarem ustabilizowania się na dawce i jej stopniowej redukcji.

Zjadłem prawie na tym zęby i straciłem kilka żywotów jak kot, i nie po to dawałem życie, aby do starości ponosić konsekwencje złośliwego rytmu, poprzez który wobec mnie wyrażona jest matryca Ładu. Nie po to nie pozwalałem się nieomal zabrać biedzie, śmierci i lękowi. Złożyłem jednak krew w porzuconym ponad 2 lata temu opiumowym sanktuarium spokoju, znajdując w tym ukojenie dla nadszarpniętych nerwów podczas intensywnej nauki fachu, któremu patronują prąd i metal. Zapisując się do państwowego programu leczenia nałogu wlazłem w przewyższające mnie pokrzywy i rosnące na bagnie ostre maliny, a wystarczyło nie brać roboty do głowy, przemęczyć się parę dni i mieć chorobę z głowy. Wstępując na program byłem na dawkach śmiesznych względem tego, w czym się prawie beznadziejne zagrzebałem za sprawą parszywej fizjologii i metabolizmu tego najgorszego z wszystkich opioidów, który niewątpliwie właśnie z uwagi na to został przeznaczony na „lek” na uzależnienie.

Metadon przy ciężkiej pracy fizycznej jest szybciej zużywany przez organizm. Do 50 mg wzrosła mi tolerancja już po miesiącu. Od samego początku leczenia budziłem się przed świtem czując dobitny ból rwących stawów, jak schorowany starzec. Kondycja fizyczna zmieniała się na taką 30 lat do przodu. Po 1,5 miesiąca – przegapiłem moment i odłożyłem zerowanie się na 2 tygodnie w przód, gdy tolerancja zaczęła wymagać drugiej dawki po odbyciu wysiłku pracy, a przy doktorskim limicie takiej dawki nie było. Odmówić sobie samopoczucia choć tyle dobrego, by nie wykluczało to wypoczynku po dobrze wykonanej robocie jest sobie trudno. Staram się być coraz lepszym w wykonywanym fachu, a to wymaga jasnego, silnego umysłu, zaś takie przemożone rozbicie czyni wykonywanie pracy niemożliwym. Dodatkowo wyprowadza to organizm z równowagi, a równowaga sprzyja Woli potrzebnej do stawania się lepszym, w tym klarowności jaźni.

Z tej szkodliwej kompensacji wziął źródło cały trupi pochód problemów, wyzwań i parszywej komendanckiej szpicruty „państwa prawa i sprawiedliwości”. Wątroba straciła na wydajności. Człowiek, zapatrzony drapieżnie gdzieś nad ludzkimi głowami, diabelsko żywotny, niejednokrotnie przeszywająco świadomy, nagradzał się ślepo (jak jakiś tarotowy głupiec) za szybkie postępy w rzemiośle. Był tak pewny swojej siły woli, że przekonany głupio i naiwnie o powodzeniu odstawienia opiatów na metadonie, tak jak uprzednio, zanim otworzył się prze-ciąg w lokomotywie Woli, że – a co tam – 2x w tygodniu, na sportowo. Zamiast pić piwo po zrobieniu dobrej normy w pracy, było trzeba poradzić się kogoś, kto już zmagał się ze swoim organizmem na tym polu. Bo zanim metadon nasączy organizm, przyjmowana dawka będzie już duża, można ją redukować miesiącami, bo przy odstawieniu z dnia nadzień ciało przechodzi mękę, 2-tygodniową w porywach do miesięcznej katorgi, niby letni nawiedzony kurort dla emerytów z Niemiec zbudowany na grobach „podludzi”. Nie potrzebuję przed nikim się użalać, nie przepraszam za Jedwabne, a jeśli Polak to moja narodowość, to dlaczego nie ma po dziadach wiekowych tomisk na papierze konopnym?

Nie czuję skruchy, bo żyje we mnie prawdziwa Wola, abym mógł zacząć żyć, jak chcę; abym pozbył się swoich ludzkich słabości i przeobraził do człowieka, którym chcę być.

W moją naturę wpisane są dążenia suwerenne, dlatego samodzielnie pokonam chorobę nałogu opiatowego, tak jak sam, z pełną świadomością się w to władowałem, a moment obecny to w kontekście całego życia, licha i stypalna kolacja pożegnalna.

Przeprowadziłem się bowiem wkrótce do dużego miasta, noszącego etykietę ostoi kultury w południowej Polsce. Przystojny misiaczkowaty bufon, będący ordynatorem kliniki psychiatrii oraz programu substytucyjnego przyjął mnie tylko po to, aby po tygodniu wykreślić z listy pacjentów wskutek mojego niestawiennictwa w okienku odbiorczym do jakże granicznej pory, którą sygnalizuje godzina 14:30. Informowałem kułaka, że jestem robotnikiem. Nie miałem fizycznej możliwości odebrać swojego przydziału państwowej paszy dla kompociarzy – po pierwszej zmianie o 14:30 to przy dobrych wiatrach przekraczałem ogrodzenie zakładów kolejowych, a do szpitala wciąż było ok. 10 km. Na nic zdało się napisanie upoważnienia narzeczonej. Odmówiono jej wydania leku.

Zbiegło się to jakoś z otrzymaniem przeze mnie wypowiedzenia na skutek 2 dni l4, z których skorzystałem aby ratować fundament rodzinny. Kolejna fucha, którą zdążyłem polubić, sprawdzić się i chyba jedyna, w której z innymi robotnikami mogłem pożartować polit-niepoprawnie. Mimozowaty smarkacz, wyniesiony na stołek przez tateła albo teścieła, był twardo przekonany o nieomylności swojej decyzji i odmówił przyznania drugiej szansy.

Dobra kobieta wypisała mi receptę na kilka butelek syropu, ale w dalszej kolejności kazała się zwrócić do doktora z wieloletnim doświadczeniem w temacie. Ten, w odróżnieniu od niej świadomy, że w kraju, co z nazwy jeszcze nasz, monopol na leczenie metadonem mają programy, odmówił kolejnej recepty. Był to szczęśliwy zbieg okoliczności. Miałem alternatywę: podjąć próbę przemęczenia się w tydzień w domu i przestawienia na nowocześniejszy, lepszy, łatwiejszy w odstawieniu substytut – buprenorfinę i pojechania w delegację do bardzo szybko znalezionej nowej pracy, lub skorzystać ze skierowania na toksykologię i pod auspicjami wspomnianego wyżej księciunia przez 3 tygodnie zastanawiać się nad mapą i terytorium szpitalnych sufitów. Kosztowało mnie to sporo cierpienia, ale okrzesałem się w znoszeniu fizycznych dolegliwości i psychicznego rozbicia, przechodząc ten proces na przestrzeni ponad 10 lat wielokrotnie i dzielnie wytrwałem do momentu, gdy pierwsza tabletka bunorfinu zadziałała, znosząc ból stawów, który przyrównuję do samopoczucia 66-cio letniego reumatyka, przekopanego na skutym lodem chodniku butami das polnische polizei. Alkaloidy maku jako takie dawno przestały mnie grzać, w miejsce upragnionej błogości niosły błahą ulgę za cenę noszenia psychofizycznej smyczy na szyi.

Odetchnąłem jak bodaj nigdy jeszcze w tym chimerycznym, chaotycznym roku ’20, gdy miałem już pewność, że nie zacznie się za moment tzw. indukowany zespół odstawienny. Nie projektowałem w tamtej chwili żadnego kształtu najbliższej przyszłości. Okazało się, że dalej ma być równie ciężko. Całe życie byłem niezdolny przypisać autorytetu do tego, co wszyscy wokół. Szanuję niezłomność charakteru. Zbyt wiele razy po drodze miałem ochotę i okazję się poddać i wszystko skończyć. Wir Kapitulieren Niemals! Jak również: Każdemu swoje!

Cóż, nie miałem tego komfortu, co współcześni młodzieńcy, aby zaleczyć syndrom stresu pourazowego LSD, psylocybiną czy arylcykloheksylaminą.

Makowa, zionąca Styxem i zatratą błogość powstrzymała mnie onegdaj od zmarnowania swojego losu. System nagrody poszedł do zamtuza za srebrniki bądź sreberka. Zespół nawyków się zdegenerował jak Polska po sprowadzeniu Jezuitów. Byłem i trwoniłem, byle zapomnieć. Odwrócenie tego procesu okazało się wyzwaniem na miarę wspinaczki wysokogórskiej. Nie wstydzę się tego, kim jestem. Żyłem w zgodzie z własną wolą i nie odnalazłbym tej prawdziwej, gdybym się tak mocno nie zgubił. U kresu ciemnej nocy duszy wypatruję Świtu. A najciemniej już tuż przed nim.

Siekiera

Niegodziwości z wypaczonej ścieżki

Być to zwodzić - Alan Watts
il. Red

Interesuje mnie tylko gnostycki Dżizas, który przyszedł spalić świat w Bongo z laserowym buddą do spóły.


Evola, mówił, że na pewnym etapie życia i rozwiajania Woli przydaje sie stoicyzm. A co to oznacza? Że w pewnych etapach swego rodzaju beznamiętność (a jak lepiej ja osiągnąć niż będąc obserwatorem myśli, a nie myślą?). Zredukować oczekiwania, odrzucić pewne pragnienia i być prostotą, będącą w istocie Wolą.


Odwieczny konflikt między zwierzem i duchem, a najdziwniejsze to, że nie można wykląć jednego i drugiego, lecz muszą sie pogodzić i wybaczyć. Ale to dynamiczna, wciąż się zmieniająca opcja. Wydaje mi się, że ścieżka harmonii, np. tao, dąży do ich autonomicznych działań i równowagi – ale scieżka przemocy, mocy, siły, idzie innymi prawami i problem leży w tym, że bardziej bazuje na tej surowej sile, na bestii, na smoku, na rumaku. Surowe dążenie i Wola, a Ty musisz zachować Ja, zachować, stworzyć siebie na tych wzburzonych falach. Nie identyfikować się do końca z rumakiem, choć tworzycie jedność.

Zatem może i kulejesz i z sił opadasz, niejedna fala rozbiła się o Twe kopyta, lecz Ty i Ja tworzymy jedno. Nie powiem już nigdy: następnym razem zwycieżę; nie poddam się w pół drogi do Olimpu.

Pasaż tekstu z powyższego kolażu (autorstwa red. |>Vv) w przekładzie na polski: „”Wzmocnienie samoświadomości nie zostanie osiągnięte poprzez izolację i medytację, jak w systemach hinduistycznych i buddyjskich, lecz poprzez obnażenie i ekspresję jaźni” – Don Webb, Overthrowing the Old Gods


Nie chcę juz pić zatrutej wody otępienia, i budzić się znowu między kosę i wir, ucząc się kolejnych kroków. I ty, podła gębo i przeklęty głosie, nie powierzysz mi już wcale twych kolejnych zstąpień w ciało, każde kończy tu tak samo, pluję na Ciebie i Twój Ród Ozyrysie. Nie żałuję nic, bom żył jak chciał i Ty psie stwórcy i stworzenia władzy nade mna za grosz nie masz, i stul paszcze swym krokodylom. Nie ma Cię i nie było poza wspomnieniem, gdy powiodłem Cię w łańcuchach i cisnąłem pod nogi Tyfona.

Jan Apokalipsa vel Emisariusz Otchłani

Włodi/1988 – W/88 (2020)

Moja oscylująca w zawrotnej liczbie diagnoz Luba diagnozuje u mnie degeneracyjne zmiany charakteru z uwagi na upodobanie w (jakkolwiek ostro selekcjonowanych) polskich rapsach. Doszło do tego jak sądzę wraz z wejściem w zażyłą relację z cannabis oraz wykształceniem indywidualnego robotniczego etosu. „To muzyka marginesu”, co nie przeszkadza w błyskawicznym tempie odsiać koguty i mentalnych parweniuszy.

Ta płyta to owoc współpracy rapera kultowej Molesty z producentem Synów, 88. Ułożyła się ona wzorcowo. Tworzenie tej pysznej płyty musiało być dla autorów procesem, który przepłynął jak czyste srebro, bo raczej nie jak pawulon w organizm Andrzeja Leppera.

88 to bez dwóch zdań jeden z najlepszych producentów bitów i synthów na rodzimym poletku. Jego nuty są barwne, wciągające, pachnące odrobinę vapor wave, a bardziej dobrą sativą odżywiającą wyobraźnię. W połączeniu ze zwrotkami Włodiego działają one na mnie tak, że potencjalnie przyodziewają – pod powiekami słuchacza (mnie w każdym razie) – rapowane wersy w wyobrażenia nocnej aglomeracji z jej obskurą, aurą blokowisk, lub industrialną ponurością. Jest też i melancholijne rozmarzenie (instrumental pt. Jeszcze wczoraj).

Włodi spisuje się znakomicie. To kwestia gustu, ale ton jego głosu i flow uważam za bezpretensjonalny. Jedyne, co można tu zarzucić to nadmierna jednostajność. Potrafi czarować słowem – każdy raper powinien się sprawdzać jako poeta, a w każdym razie potrafić przykuć uwagę refleksją, porównaniem, anegdotą. Włodi zarzuca konsystentne, żartobliwe historie jak w „Wyobraź sobie”.
Z próbek ciętości języka rapera: Nt. kowidła – „Niech nie zmyli cię ten żargon. Odbieram żakardy, wracam smażyć se na balkon. Stamtąd widzę jak opustoszało miasto. Jak prowadzi ludzi ślepa wiara z białą laską. Jak przez ciągłą dezynfekcję ci na górze już wmówili im to, że mają czyste ręce.” Notabene urzeka mnie zamknięcie tego kawałka (Żakardy).

„Tego się trzymam” to imho najsłabszy numer na płycie, poza tym bardzo równej. Przekonajcie się sami, albo róbcie co wasze. „Najlepsze wersy to te, w których piszę o sobie” brzmi odrobinę megalomańsko, chyba że takie jak ten: „Jestem tu po to, aby istniał jakiś kontrast„. W konkurencji siły rażenia wersów jako takiej Stanice dzierży jednak nadal Młody Zgred. Szacun, Białasy!

red. Qajn (QJ)

Vimoksha

Urkaos / Abzu – il. Red.

Trudno liczyć na jakikolwiek konsystentny materiał w waszym niezmiernie umiłowanym piśmie we wrześniu. Redaktor prądzi w delegatzion. Dobra nowina brzęczy gdzieś z niedawno odkrytej, potężnej czarnej dziury we Wszechświecie wskroś tego pełnego niespodzianek roku jednak na tyle głośno, że zostawię tu garstkę cytatów i memów, ku pokrzepieniu herz.

Artaud

W płomieniu życia, w jego apetycie, w jego irracjonalnym popędzie, tkwi wyjściowa perwersja: żądza cechująca Erosa jest okrucieństwem, skoro żeruje na ewentualnościach; śmierć jest okrucieństwem, zmartwychwstanie jest okrucieństwem, transfiguracja jest okrucieństwem, skoro nigdzie w okrągłym i skończonym świecie nie ma miejsca na prawdziwą śmierć, skoro wniebowstąpienie jest rozdarciem, skoro zamknięta przestrzeń karmi się istnieniami, a każde silniejsze życie depcze pozostałe, pożerając je w masakrze, która jest przeobrażeniem i błogością. Mówiąc metafizycznie, w świecie przejawionym zło jest trwałym prawem, a to, co dobre jest trudem i już na starcie jeszcze jednym okrucieństwem dodanym do reszty.

Antonin Artaud – Listy o Okrucieństwie #3 /16 listopad 1932

* * *

„Filozofie, które postrzegają wszechświat jako wielki smutek, a człowieka jako grzesznika, stworzono jako usprawiedliwienie dla ofiary, pokuty i posłuszeństwa”

„W imię wolności nastaną polowania na wolnego człowieka, w imię demokracji więzienia i eksterminacja, w imię braterstwa morderstwo i niewolnictwo, a wszystko to, aby zawładnąć umysłem i ciałem człowieka.”

Marjorie Cameron – ‚Mroczny Anioł’ – wzorowane na mężu, J.W.Parsonsie

„Jeśli chcemy zjednoczyć się ze wszechświatem, zacznijmy czcić całą naturę, każde doświadczenie, całą prawdę, cud i przerażenie, chwałę i współczucie, a także ból całego wspaniałego kosmosu. Oto największa, a zarazem pierwsza i ostatnia wyprawa jednostki do swojego wnętrza. Człowiek musi zejść niczym Mojżesz w swoje nieznane ja, w nowy wymiar, wraz z Orfeuszem i Arturem, z Tamuzem i Adonisem, z Mitrą i Jezusem. Niechaj podąży do wnętrza labiryntu ciemnej ziemi. Wtedy spotka Matkę oraz usłyszy ostateczne i najpiękniejsze, choć okrutne pytanie: „Kim jest człowiek?” Wówczas, blisko serca tajemniczej matki, będzie mógł odnaleźć świętego Graala, ostateczną świadomość, całkowitą pamięć. Zapanuje nad własnym instynktem i urzeczywistni Przyczynę. Ponieważ to on, wspaniały potwór, zarodek boga, pływał jako ryba, zrzucał skórę jako krokodyl, wypatrywał oczami węża, huśtał się z człekokształtną małpą i poruszał ziemię, powłócząc łapami tyranozaura. To on skowyczał na wszystkich krzyżach, panował na wszystkich tronach, grzebał we wszystkich rynsztokach. To jego twarz powielano i zniekształcano we wszystkich niebach i piekłach. Oto on, dziecko gwiazd, syn oceanu, stworzenie z pyłu, ten cud i terror zwany człowiekiem.”

John Whiteside Parsons – Obosieczny miecz wolności (Miecz i duch, s. 59-60, Lashtal Press 2019, tłum. Anna Orzech, Krzysztof Azarewicz)

Ponadto akcent sanacji kobiecości po pożodze kulturalnej monoteistycznego hebrajskiego stworu:

„Siła nie jest czymś wrodzonym, lecz zdobywa się ją poprzez zrozumienie i zwyciężanie. Z nią to ruszaj wolna! Śpiewaj starą dziką pieśń: EVOE IO, EVOE IACCHUS IO PAN IO PAN EVOE BABALON! Pójdź w góry, lasy i ku brzegom oceanów. Spaceruj nago w letni dzień, odzyskaj dawną radość i kochaj się chętnie pod gwiazdami.” (w/w – s.73)

„Życie – piękne i przerażające, cudowne i bezlitosne – jest twym przeciwnikiem i miłością. Musisz je w pełni zaakceptować, a ono musi cię przemóc. Pragnie niszczyć, ulega, by podbijać, podbija, by ulec. Staje się tygrysicą i twą kochanką, a kosmos przemienia się w przygodę.

A jaki jest cel tego wszystkiego? Totalność doświadczenia – gest proporcjonalny względem Wszechświata. Czy to Ci nie wystarczy?” /s. 87/

„Podczas wielkiej ceremonii Wieczności zapalamy świeczkę na ołtarzu umysłu i kiedy wpatrujemy się głęboko w jej nikły płomień, oślepia nas splendor całego kosmosu.”

Poleca się zapoznać z hamerykańskim serialem na podst. życiorysu Parsonsa – wybitnego naukowca, wynalazcy paliwa rakietowego i okultysty. Zowie się to to STRANGE ANGEL, niestety wraz z drugim sezonem jajogłowy od scenariusza sknocili całość na tyle, że historia pozostanie niedokręcona.

Nie wiem jak tobie – mnie się przyda wbić sobie w łeb, że nie trafiłem tu bez celu i jestem na wojnie. Kto z tą świadomością pozwalałby sobie na zostanie zromansowanym przez takie, czy inne ideologie, lub prochy, tego miejsce jest na śmietniku historii, razem z mogilną stęchlizną Ozyrysa, całą semicką tradycją oraz całą rzeszą rzeczy i ludzi, którzy o nie zabiegają.

sigil / bindruna rys. red.

NEWSFLASH! Badacze ostatnio zidentyfikowali starożytnego wirusa, który włączył swoje DNA w genomy czterokostnych zwierząt, które były przodkami człowieka. Ten fragment kodu genetycznego, nazywany ARC jest częścią systemu nerwowego współczesnych ludzi i odgrywa rolę w ludzkiej świadomości – komunikacji nerwowej, formowaniu pamięci i myśleniu bezprzyczynowym. Pomiędzy 40 do 80 procent ludzkiego genomu może być powiązane ze starożytnymi inwazjami wirusowymi.