Polacken Tango lub Wilcze Kły tj. pozycja wyjściowa do zażalenia demiurgicznych roszczeń wobec ducha ludzkiego

03__North_Pole_Wolf
Mechaniczne Imadło

/ 2?3 /

To jak “bóg zapłać” za surowe w środku kluski z jogurtem. Nadziałem się na ucieleśnienie choroby polackiej. Na poczie, kurwa. Zachodzę styrany i obolały, a tu mnie recepcjonistka zagaduje: – a teraz odsyłamy, co? Nie wyczułem w tym sygnału aktywującego śmierdzące czułki Kontroli. Na gębę wyszła kobiecie cała niepojęta wredota. To ma być ktoś, z kim jestem jakkolwiek spokrewniony? Rodak, Polak? Pojęcie narodu jako wyznacznik wartości to najbardziej chybiony z wyborów. Z poślizgiem nogi na osnowie Ładu odparłem, że i owszem, bez przesady. Nie po to zakładałem rodzinę i kończyłem staż z podjęciem pracy, aby mnie teraz pozbawiali pracy za kradzież produktów spożywczych na wysokość 60 zł, którą dokonałem przed tym, czym jest faktyczna resocjalizacja. Ten lemur zaczął swoją mikrotyradę: to dobrze, że w kraju prawo funkcjonuje. Musi być jakaś sprawiedliwość. – Gdzie tu widać sprawiedliwość. To wyrządzanie szkody społecznej, a nie przyrządzanie pożytku społecznego, tak funkcjonujące prawo jest swoim zaprzeczeniem – No ale przyznaje się pan do kradzieży? Ręce, te moje styrane, pokaleczone ręce mi opadły. Cudem nie wybuchłem i zachowałem względny spokój, choć w środku wszystko chciało by wulkan wypluł lawę. Będę sobie pluł w brodę, że nie zjechałem tego robactwa walcem. Wyszedłem zachowując nieruchomą twarz. Po kiego czorta? Aby nie robić ekscesu, nie używać przemocy; bo słowa bywają nieme. Wydawało mi się, w tym kraju da się żyć, ale oto po raz kolejny wydaje mi się odwrotnie.

/\/\/

Wystarczyło mi uporczywości na ból fizyczny, ale na sprostanie wszystkim konwenansom kulturowym niekoniecznie. Społeczeństwo próbuje mnie musztrować poprzez swoje organy prawne. Ale to nie w wyniku tego, a swojej kapryśnej karmy, przyszło mi trafić ten uraz w pracy. Przez dobre 20 minut znosiłem intensywny ból od rany ciętej na 1 cm głębokości na dłoni, co nastąpiło po pokryciu jej antybakteryjną maścią. Z powodu zatrucia “lekiem” przeciw uzależnieniom, jak również innych czyników, o których nie wspomnę, stawiłem dzisiaj czoła napięciu nerwowemu najbardziej intensywnie w życiu.

wir ulvhel rufen deine wulfaz
wir ulvhel rufen deine wulfaz

/\/\/

Że nie reaguję w sposób, w którym mógłbym wyciągnąć ostateczną konsekwencję z tego, co czuję – to jest wielkie szczęście.

/\/\/

Połowicznie zapadłem na łagodny rodzaj schizofrenii, będący następstwem tyleż bycia Polakiem, co osobą niedostosowaną do życia we współczesnym społeczeństwie. Na skutek kryzysu psychicznego, który nastąpił jako owoc moich zachowań i nie upatruję tu winy u najbliższych – którzy to byli mi wówczas najdalsi, jako że siedziałem wtedy w Zakładzie Karnym, – wmontowała mi się mocno obawa, że mogę stracić wszystko, co cenię i stanowi grunt dla korzeni mojej woli życia. System postrzegania odnalazł z pomocą psychogennej używki tj. klefedronu, upostaciowienie tej obawy w lęku, że ktoś z ludzi żyjących niepodal ani chybi jest gównofonem (tj. bujaczem na uchu) szukającym tylko powodu, aby aktywować tryb konfidenta policyjnego; przy jednoczesnym kontynuowaniu zachowań wykraczających poza wąski zakres tolerancji polskiego prawa. Rzygam tym serdecznie, jakkolwiek mam wciąż na tyle zaufania do swojego systemu zmysłowego, że nie potrafię sobie wmówić ot tak, że wszystkie moje schizy były chybione, i nie można w nich sę doszukać kropli intuicji. Przejebane jak za podążanie na kompromis własnym słabościom, czy też chcąc ułatwić sobie utrudnione ponad miarę “zaburzeniami osobowości” życie, człowiek doprasza się o zstąpienie biedy na swój łeb. Bo jeśli doprasza się o zstąpienie piekieł to ulega deluzji i pewnie codziennie wciąga tfu-anetę. Nie to ma być jednak konkluzją. W konkluzji zapytam, kto niby ma prawo zabraniać białemu człowiekowi realizowania swoich naturalnych intynktów i odbierać mu przestrzeń życiową, mieć czelność go musztrować? Nikt nie ma takiego Prawa. Prawem niechaj będzie Miłość podług Woli.

Advertisements

Dariusz Regulski – Ewka – fragmenty

„Od pewnego czasu nęka mnie nieodparte pragnienie zgłębienia tajemnicy życia”.
– dziennik Szczypiora

Fragment 1:

Zanim Malinowska odgryzła sobie język, mówiła dużo o Bogu. O miłości Boga do Niej i odwrotnie. Jednak to nie miłość boża doprowadziła ją do tego miejsca, ale miłość księżowska. Zbyt wielka i mocna. Ksiądz zrobił z Malinowską to, co chciał, a potem powrócił na łono Kościoła, udając, że Malinowskiej wcale nie znał i wcale z Malinowską nie spał. I wcale nie zrobił Malinowskiej dziecka. Dziecko nie przyszło na świat, bo rodzice Malinowskiej kazali się pozbyć tego zgniłego owocu miłości.

— No to sobie narobiła — powiedział Wójcik do Szczypiora w gabinecie lekarskim.
— Raczej to jej narobił…
— Trzeba było do księdza nie startować. Tylu jest porządnych facetów na świecie.
— Miłość jest ślepa — tłumaczył Szczypior.
— I nie ma języka — dodał kolega po fachu.

— Przepraszam Cię za to, co powiedziałem tam w parku. Rozumiesz, nerwowe życie.
— Co się dzieje?
— A co ma się dziać? Stara zatruwa mi życie.
— Coś o tym wiem.
— Rozwodu chce, kurwa mać. Po dwudziestu latach godnego i dobrego pożycia małżeńskiego!
— Rozwód…
— Ja rozumiem, że czasem się ludzie rozchodzą, bo nie pasowali do siebie i tak dalej… ale przez dwadzieścia lat człowiek przywiązał się do drugiego.
— No to może czas się odwiązać — powiedział Szczypior — Może powinieneś zabić swoją żonę i zbiec na Kostarykę?
— Bardzo śmieszne! Myślisz, że lepiej będzie uciąć jej łeb siekierą, czy oblać benzyną i podpalić?
— Ja swoją zastrzelę.

Szczypior przypomniał sobie malinowo — mleczny zapach skóry Ewy.

„Jeszcze wszystko można odwrócić. Wszystko zmienić można. Na pewno można. Strzała zegara cofa się. Samolot czeka. Możemy jeszcze razem polecieć na Kostarykę. Jeszcze dziś tam być”.

Ewa pachnąca truskawkami. Szczypior zaciągnął się truskawkową wonią ciała. Lecz nagle Ewa ulotniła się w powietrzu. Para wodna. Trzask otwieranej puszki. Śledź pospolity.

— Może się poczęstujesz śledzikiem, Szczypior — powiedział Wójcik — Co masz taką kwaśną minę?
— Truskawki może masz?
— Skąd ja Ci wezmę truskawki o tej porze? — zapytał poirytowany Wójcik — Sezon na truskawki się skończył.
— Życie się skończyło.
— Co mówisz?
— Mówię, że mamy piękną pogodę!
— To jest racja. Pogoda się udała wyjątkowo.

Godzina 13. W Radiu Mało Fajnym serwis informacyjny. Wójcik przekręcił gałkę z napisem „volume” w prawo. Głośniej. Spiker przejęty mówił z radia:

— Kolejny zamach w sercu Europy. Grupa czterech zamachowców — samobójców zdetonowała ładunki wybuchowe na lotnisku w Brukseli. Zginęło 30 osób, a 235 jest rannych. Liczba ofiar może się powiększyć. A teraz przenosimy się pod Sejm, gdzie Komitet Obrony Dobrobytu zorganizował manifestację przeciwko Partii Indoktrynacji Społecznej…

— Skurwysyny — wycedził przez zęby wściekły Wójcik.
— Niedawno Paryż, a dzisiaj…

Szczypiora ogarnął niezrozumiały dreszcz. Uczucie. jakby świat drżał i tracił krew. Czarnym flamastrem na kartce napisał:

Świat umiera
W radiu ostatnie
Agonalne jęki
Drgawki przedśmiertne 
Nie wiem czy go dobić
Czy zadzwonić po karetkę

Słysząc słynny przebój młodzieżowy „I fuck you in my car” pomieszany ze smarkaniem i kichaniem Wójcika, zdawało mu się że świat dostał biegunki.

24115419_2040507156183270_1883137219_o

Fragment 2

Chory z pokoju 326 był szamanem. Leżał na brzuchu, nieruchomo, mrugając co chwilę i krzycząc „Mania przebiła moje lustra na wylot!”.

— Antropolodzy uważają, że szamani byli pierwszymi kapłanami. Uzdrawiali chorych, brali na siebie grzechy świata. Ponoć pierwszy szaman wymyślił seks. Nazwał go, tym, który doprowadza do szaleństwa.
— A więc wszyscy, którzy uprawiają seks są świrami — stwierdził Szczypior.

Wójcik uważnie obejrzał plecy szamana.

— Co robisz?
— Eksplozja — stwierdza — Dokonała się eksplozja.
— Jak to?
— Szamani posiadają w sobie ukryte, niezliczone pokłady energii. Często szamani nie wiedzą, że nimi są. Otóż u szamana energia budzi się w nerkach, wzrasta, przechodzi przez kręgosłup, aby eksplodować w głowie. Ta energia może nawet przebić na wylot czaszkę…
— Mania przebiła moje lustra na wylot!
— Szamani muszą uważać, bo przy eksplozji może nastąpić oczyszczenie albo…
— Można dostać pierdolca — dokończył Szczypior.
— No i niestety. Pan Szaman dostał pierdolca.
— Neuroza? — zapytał Szczypior.
— A co to takiego?
— Wszczepienie elektrody szczęścia powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu.
— Tak… a czy pojmujesz, co znaczy zabić samego siebie?
— Może kiedyś spróbuję…

Wójcik odszedł, ale Szczypior usiadł naprzeciw Szamana i przyglądał się mu przez dłuższy czas. Obserwował niespokojne ruchy szaleńca.

— Co Ty, Szczypior, zakochałeś się? — niecierpliwy głos Wójcika wybił go z ciągu myśli — Chcesz zostać szamanem?

Szczypior pochylił się nad szaleńcem. Odczuł, że jest on mu chyba najbliższy ze wszystkich ludzi na świecie.

— A czy Ty… mógłbyś mnie uzdrowić? Mógłbyś wziąć na siebie grzechy mojego świata? A może uczynisz mnie swym uczniem?
— Mania przebiła moje lustra na wylot! — odpowiedział szaman.
— Naprawdę, szczęśliwy człowiek!

Fragment 3

Tego dnia, jak zwykle po pracy udał się do »Violette« na kawę i ciastko. Siedział i patrzył na hipnotyzujące, fioletowe lampki, które wprawiały go w dziwny rodzaj melancholii. Czasem patrząc w blask owych światełek czuł, jak gdyby miał zostać tu, w tym lokalu, przy tym samym stoliku, od kilku lat stałym, ulubionym miejscu (dla Szczypiora ważne były takie detale) już na zawsze i tak patrząc, nie myśleć o niczym a tylko czuć melancholię, która przecież zła w zbyt dużych ilościach, czasem niezbędna jest, aby nie zwariować.

— Pobrudził się Pan! — miękki, dziewczęcy głos wyrwał go z Wielkiego Fioletu, lecz nie tak brutalnie, jak głos żony wyrywał z błogiego snu. To wyrwanie było zgoła inne. Już oburzony wykrzyczeć miał „Jak śmiesz?!”, gdy zobaczył przed sobą tę najpiękniejszą kelnerkę ze wszystkich kelnerek, która wszystko zrozumie, wszystko wybaczy i całą tragedię świata obróci w żart. Przez chwilę jednak nie zrozumiał niczego, co Chantal powiedziała.

— Może Pani nieco rozjaśnić?
— Tego chyba tak dosłownie nie potrafię. Chciałam tylko powiedzieć Panu, że Pan się pobrudził kremem z ptysia.
— Ach, no tak! — powiedział z ulgą i zaczął wycierać twarz, z nieukrywanym wstydem, bo zawsze niezdarny był przy kobietach — Widzi Pani, tak to już jest, że nie można tak zupełnie być czystym. Zawsze się trzeba pobrudzić.
— Pan to tak filozoficznie powiedział — wyrzekła zarumieniona — Pan jest pewnie pisarzem, albo aktorem?

Szczypior po chwili zastanowienia odpowiedział:

— W życiu przeczytałem mnóstwo książek, a napisałem tylko jedną, króciutką. Na szczęście nikt jej nie przeczyta, a jej autor nie zostanie pod żadnym względem zapamiętany. Być może tak, jak wielu z tych obiecujących pisarzy, którzy nazbyt przejmują się opinią społeczeństwa. Aktorami natomiast jesteśmy wszyscy. Pani też.

Popatrzył na Chantal. Wstydliwie opuściła wzrok i wtedy właśnie zrozumiał, że wprawił ją w niemałe zakłopotanie.

Byli sami w restauracji. Mogli więc swobodnie rozmawiać.

— A więc kim Pan właściwie jest?
— Już mówiłem. Aktorem.
— Chodziło mi bardziej, czym Pan się zajmuje.
— Ukrywam się.
— Da się z tego wyżyć?
— Przeżyć. To wystarczy.
— Na jak długo?
— Póki co, idzie mi nie najgorzej. Już czterdzieści jeden lat. A Pani?
— Dwadzieścia jeden. Prawie tak stara, jak Pan!

Szczypior uśmiechnął się łagodnie.

— A więc oczko.
— Oczko? — zapytała rozbawiona.
— Black jack, oczko, dwadzieścia jeden. Taka gra karciana. Hazard.
— Jest Pan hazardzistą?
— Żeby być hazardzistą — odpowiedział Szczypior — trzeba ryzykować. O swoim życiu mogę powiedzieć wszystko, oprócz tego, że było w nim jakieś ryzyko.
— Może to i dobrze, że nie jest Pan hazardzistą — stwierdziła Chantal — Kiedy się gra o wysokie stawki, to można dużo stracić. A nawet wszystko.

Szczypior uśmiechnął się raz jeszcze, lecz teraz gorzko i tym razem nic na to nie odpowiedział.

— Ja coś może źle powiedziałam? — zlękła się Chantal i natychmiast, jakby chcąc naprawić swój błąd wyrzekła — Widzę Pana od roku, od kiedy tu pracuję i podaję Panu kawę. Wybiera Pan zawsze ten sam stolik. Ten sam i siedzi Pan tak długo, nie spieszy się Pan, czeka na kogoś. Ale ten ktoś spóźnia się, albo nie może przyjść. Niby nic to mnie nie może obchodzić i jestem smarkula, ale za każdym razem sobie myślę, że coś bym chciała zrobić, żeby Pan nie był smutny. Gdybym znała tego kogoś, kto ma przyjść, a nie przychodzi, to bym go… ją znalazła i przyprowadziła.
— Naprawdę? — Szczypior poderwał się gwałtownie, rażony palącą myślą — Zrobiłaby to Pani?
— Tak.
— Przyprowadziłaby Pani?
— Tak.
— I Pani to wszystko mówi z pełnym przekonaniem? Z pełną wiarą?
— Staram się.

Szczypior wstał nagle, ujął drobną dłoń Chantal, a ona jej nie wyrwała, a on ucałował ją z namaszczeniem. A kiedy usta dotknęły jej skóry, to tak jakby umierający z pragnienia na pustyni dostał się do źródła chłodnej, krystalicznej wody. A w tym ucałowaniu była cała istota desperackiej chęci życia i żeby ktoś pomógł utwierdzić w przekonaniu, że warto naprawdę.

— Warto! Pani rozjaśniła wszystko!
— Pan jest naprawdę wariat kompletny!
— Poczytuję to sobie jako pochwałę!

24167290_2040507216183264_1655798052_oKontakt z autorem: regulski-dariusz@wp.pl

Całość książki można nabyć pod adresem: https://ridero.eu/pl/books/ewka/

Zamieszki na globalnym sportowym zlocie dla zdolnych inaczej

g17.6-P

W Biblii czytamy: „Do męża, który idzie za nakazem kontroli, nie należy nawet jego pluskwa”.
ROK 2017 rozpoczął się od zgoła mogilnie ponurego ogłoszenia podanego przez naukowców. W styczniu grupa mogących wyrządzić ogromne fikołki finansowe badaczy oznajmiła, że świat niebezpiecznie zbliżył się do największej katastrofy w historii. Totalna bunoferia centusiowatych burżujów, mających czelność zabierać głos w tym, co w narodzie jest przedstawiane jako wartość to przyczynek do chęci wzniecenia płomieni w umysłach. Prędzej niż do traktowania polskości jako burżuazyjnej kato-błazenady, bo to, będąc tym właśnie NIEfałszywym chrześcijaninem boli, a nie śmieszy.  W Indoeuropejskim niezainfekowanym społeczeństwie rozmowa szlachcica z żebrakiem była czymś normalnym, i patrzył mu w oczy jak człowiek, bo szlachic rozumiał istnienie, a nie był wyznawcą durnych dogmatów ideologicznych. Między innymi to doprowadziło do niebezpiecznego przestawienia wskazówki minutowej świętego Zegara Zagłady o 33 sekundy do przodu. Zegar ten ma pośrodku tarczy złotą bombę atomową jak piłkę rugby i wskazuje teraz tylko 2 min 30 sek do północy, co oznacza, że jesteśmy bliżej globalnej katastrofy niż kiedykolwiek w ciągu minionych 44 lat!

W roku 2018 naukowcy przebadali plan aktualności tych doniosłych potrzeb ponurego ogłoszenia. Czy Zegar Omni Fellatum będzie wskazywał północ i bezprecedensową katastrofę, coś porównywalnego do ejakulatu wulkanu na małej wysepce na skalę planetarną? Możliwe, że nawet panu prezesowi trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. W końcu nawet specjaliści nie są co do tego zgodni. Wcale nie wszyscy ludzie wierzą w szerzące się domieszki o jaszczurowartych humanoidach, za to dają im wiarę wyznawcy objawień fatimskich.

Tak naprawdę miliony ludzi patrzą w przyszłość optymistycznie. Ich zdaniem istnieją dowody na to, że ludzkość i nasza planeta będą trwać wiecznie i że jakość naszego życia się poprawi. Ich dowody są bezapelacyjnie wiarygodne, zupełnie jak ortodoksyjna wykładnia Pisma Świętego, albo jawnie protorasistowski przekaz świętej księgi bystrouchego narodu – Tory. Czy więc świat wymknął się spod kontroli?

„Zegar Zagłady to międzynarodowy symbol pokazujący, jak blisko jesteśmy zniszczenia cywilizacji przy użyciu stworzonych przez nas niebezpiecznych technologii. Wśród nich na pierwszym miejscu znajduje się broń nuklearna, ale zagrożeniem są też technologie parapsychiczne, wirusy w rodzaju choroby chrystusiej, przegrywającej ostatnio sromotnie z chorobą mamonią – choroby mogące wpływać na zmianę zdrowego oglądu świata liczy się w tysiącach – oraz wpełzające człowiekowi przez oczy i uszy mikroelektroniczne robaczki, które zostawiają plombeczkę w korze mózgowej, rozwijające z powodu błędu w obliczeniach lub na skutek przypadku, ludzi o wynaturzonych, śmierdzących ja — a tacy mogą wiele zmienić na naszej planecie czy nieodwracalnie zmienić nasz styl życia” (Bulletin of the Atomic Scientists).

Przekaz z tybetańskich krypt

.:.

podpalić gwiazdy flag
spopielić mieszczański świat
kopać, drążyć, wykrajać
aż po zmarłych kości

żyć gorączkowo, suwerennie
i znakiem Kaina bez litości
szanować, kultywować
czym się prajaszczury odurzali
jaźni swe płomiennie poznawali

tako rzecze czarny kot:
trzodo wieczna!
trzodo w tył zwrot!

bo wasz komfort, w stagnacji trwanie
wasze konta bankowe, wikt i pasza
wasze hipermarketowe przystanie
trafi ogniem diabeł,

ogniem, co nasyca sam siebie
jedynym słusznym głodem

jego
Oko

23561644_2008059909427891_3653056122096703905_n.jpg
Ziarno przemiany iskrą świadomości. Próba sigilizacji wizji wężowego szwu rzeczywistości doznanego w psychodelicznym stanie umysłu.

Piotr Misiorowski – TAJEMNICA JEST WSZYSTKIM

Oddaj mi Czarną Gwiazdę, panie Diable.jpg
Oddaj mi Czarną Gwiazdę, panie Diable

Wyznajesz Lucyfera?

Nie, ja jestem nihilistą w duchu U.G. Krishnamurtiego. Lucyfer to mój patron jako artysty, bo wg. niektórych jego alternatywne dzieło stworzenia to utopia, nie-rzeczywistość do której można uciec przed realnym światem a więc i sztuka wchodzi w ten zakres. Zaczął się u mnie pojawiać jako Androgyn i zastanawiałem się nad znaczeniem jego obecności. Aż kiedyś posłuchałem wykładu Prokopiuka i BĘC!, ułożyło mi się to w ciekawe wyjaśnienie. Nieźle mnie za niego prześladowali chrześcijanie i jeden Żyd w necie. 😛

Trzymam przed sobą nadgryzioną zębem czasu ksiażeczkę, to jest znany w wielu kręgach zbiór rysunków i szkiców poetyckich Witkacego. Nie powiem, ta pozycja potrafi człowiekowi poprawić humor. Jaki masz stosunek do w/w Pana? Nie sądzisz, że w Twoich pracach występuje pewne podobieństwo? Mam na myśli – momentami – podobną technikę rysunku.

Tak sobie przeglądam jego prace… Dawno temu miałem album Witkacego, ale to było tak dalekie od moich ówczesnych umiejętności, że nawet nie próbowałem wtedy się na nim wzorować. Co ciekawe, dziś widzę w jego pracach wiele wspólnych cech z A. O. Spare’m, do którego bym się porównał o wiele szybciej i chętniej, chociaż podstawą mojego stylu są komiksy, jakie dostępne były w latach 80-tych i 90-tych – Rosiński, Manara, Loisel. Potem uczyłem się koloru podpatrując Balthusa i Hoppera. A.O.S. pojawił się dużo później i stanowił dla mnie duże zaskoczenie – odnalazłem podobne zanurzenie w nie-światach, ukazywanie tego, co staje się ze świadomością, gdy ta się rozpływa jak dym. Witkacy, by uzyskać stan rozpadu realności, używał narkotyków, gdy ja używam bardziej surrealistycznych technik: rysunku i pisma automatycznego, rozpraszania uwagi (rysując podczas oglądania ciekawych filmów), rysowania z zamkniętymi oczami, lewą ręką, w zaciemnionym pokoju, itd.

Odsłonięcie
Odsłonięcie

Czym lub kim są zmysłowe, nagie… no właśnie, boginie? sukkubice? anioły? Przeważają one w Twoich pracach i zwykle przedstawiane są na pierwszym planie, niczym divy pełniące główną rolę w przedstawieniu. Kiedy zacząłeś je rysować? Dlaczego poświęcasz im tyle uwagi?

Dla mnie sztuka jest albo zapisywaniem i przekazywaniem energii psychicznych autora bądź energii idei (wtedy twórca staje się medium), albo badaniem piękna. W tym drugim przypadku wytworzyłem własny kanon ukazywania kobiecego ciała, bo uważam je za najmocniej zamieszane w sferę piękna. Te postacie są więc kroplami drążącymi skałę rzeczywistości, by rozsadzić ją i zwyciężyć. Jednak dążenie do przedstawienia idealnego piękna nigdy się nie kończy, ponieważ jako istota niedoskonała nie mam kompetencji, by dokonać takiego wyczynu. Tym niemniej machina się kręci i powstają kolejne wizje pełne uwielbienia dla Bogini (nieco religijnie rzecz ujmując).

Wobec tego czy za Boginię uznajesz Babalon? To by się nie zgadzało z wizerunkami na Twoich obrazach, bo ta zwykle bywa przedstawiana inaczej, a w każdym razie gęste płomieniste włosy są tu kanonem.

Nie podchodzę do tego dogmatycznie. To jest po prostu kobiecość ubóstwiona. Można uznać te rysunki za pewną formę modlitwy, rozmowy z tym, co wyższe. Nie jest to jednak jakiś konkretny nurt – Thelema, Wicca albo kult Kali, choć w nich ten rodzaj fascynacji kobiecością jest obecny i stąd pojawianie się pewnych motywów z tych rejonów w moich pracach. Moja wyobraźnia, czy może raczej podświadomość, przypomina wielki mikser, w którym wszystko miesza się ze sobą, dlatego moje rysunki są ucieczką od konkretów w rejony nieoznaczonego, niejednoznacznego, nierealistycznego.

SAA HETET ARV
SAA HETET ARV

Czy praktykowałeś kiedyś magiję, tj. czy wykorzystywałeś sigile w sposób inny niż umiejscawiając je na rysunkach, lub też odprawiałeś jakiekolwiek rytuały?

Frater Achad to był mag – ja nigdy nie uważałem się za takowego, raczej inni tak o mnie myśleli czy też myślą, co wynika z mojej słabości do ukazywania w mojej sztuce magicznej wizji świata. Dla mnie to jest jak wielka misa z cukierkami, w której mieszam i wyciągam kolejne smakołyki. A właściwie to one same wyskakują, bowiem moje rysunki w większości przypadków nie są planowane, ja zasadniczo stawiam kreski a to, co z nich powstaje, jest dla mnie tajemnicą póki nie ukończę transu. Czasem czuję się jak medium. Najmocniej widoczne to było w komiksach Labirynt i Himalandramandoni, gdzie bardzo mocno czuć energię Nurtu 93. Dużo czytałem wówczas thelemicznych tekstów, ale nie w celu zostania thelemitą czy magiem, ale właśnie, by poczuć i pozwolić tej energii zamanifestować się w tych pracach. Mówiąc prościej – szukałem inspiracji.
Tylko raz zrobiłem coś, co można by nazwać działaniem magicznym – gdy stworzyłem sigil, który miał mnie uzdrowić. Wówczas było już ze mną raczej kiepsko, nie jadłem, ledwo miałem siły wstać z łóżka i nagrywać głupie piosenki (w tamtym czasie zajmowałem się głównie byciem klaunem). No i wkrótce potem w jakiejś szmatławej gazecie przeczytałem artykuł, który pozwolił mi zdiagnozować siebie, przejść na dietę i żyć następne 15 lat, tym razem jako grubas. Gdyby nie to, pożyłbym może ze dwa lata. Do dziś się zastanawiam, na ile to był przypadek a na ile zaktywizowałem owym sigilem moją intuicję. Poza tym wyjątkiem, uzasadnionym autentyczną potrzebą, nie zwykłem uprawiać magii ani rytuałów i nie nazwałbym siebie osobą zaangażowaną w magię. Raczej staram się wygaszać pragnienia niż je afirmować, przekonany jestem bowiem o daremności oraz iluzoryczności wszystkiego, co mogę nazwać i poczuć. Rysowanie pozwala mi nie tyle wzmagać pragnienia, co je rozwiewać, gdyż wchodzę wówczas w trans, obszar pomiędzy świadomością i nieświadomością. Twórczość jest dla mnie balansowaniem pomiędzy tymi stanami. Ale robię to zazwyczaj by się oswobodzić z myśli i pragnień, nie by je spełniać.

W tych ostatnich słowach wypisz-wymaluj zawarłeś esencję podążania ścieżką Prawdziwej Woli. Nie zajmujesz się więc stricte praktykowaniem, ale całym swoim życiem (i twórczością) dajesz dowód temu, że jednak doktryną – w sposób być może nieświadomy – przesiąkłeś, przy tym kontekst Twojej sztuki sam się narzuca. Czy nie uważasz jednak, że przy odpowiednim natężeniu woli potrzebnym do aktualnej praktyki, mógłbyś uzyskać w życiu i sztuce jeszcze lepsze rezultaty?

Nie wiem, szczerze mówiąc. Artyści słabo się nadają do takich rzeczy. Zaraz im odbija. Za cienka kolumna. Wysoka, ale cienka.

13307400_1221633271210131_1043507487947022575_n

W rozmowie prywatnej powiedziałeś, że jesteś zwyczajny. Czy to nie nadmierna skromność? “Zwyczajni” ludzie nie mają pasji, nie mówiąc już o talentach takich, jak Ty. Czym przejawia się ta Twoja “zwyczajność”? Co robisz, kiedy nie zajmujesz się tworzeniem?

No właśnie poza rysowaniem nic szczególnego nie robię. Oglądam filmy, gram w Tetrisa, złorzeczę światu.

Jakie preferujesz zatem filmy? Muzykę? Czy dają Ci inspirację do tworzenia czy traktujesz je bardziej jako odskocznię, po to, by się “wyczilować”?

Lubię filmy, które kreują alternatywne światy i wciągają w nie umysł widza. Wszystko, co pozwala oderwać się od rzeczywistości. Klasyki takie jak “Siedem”, “Ojciec chrzestny”, “Chłopcy z ferajny”, “Gwiezdne wojny”, “Dziecko Rosemary” a ostatnio obie części “Obecności”,  1 sezon “True Detective” i “Brawl in Cell Block 99”. Często jednocześnie rysuję i oglądam, co daje ciekawe efekty, gdy mózg musi dzielić uwagę jednocześnie na bycie odbiorcą i twórcą.

Sukkubus.jpg
Sukkubus

Winszuję gustu. “True Detective” to zaiste obowiązkowa pozycja. Ścieżka dźwiękowa do tegoż również robi robotę. Czy oglądałeś coś Lyncha? Miałeś styczność z kultowym “Miasteczkiem Twin Peaks”? Serial powrócił po 20 latach z nowym, 3 sezonem i moim skromnym zdaniem wymiata całą kinematografię XXI wieku, także radziłabym się jednak zapoznać.

Pamiętam, że początkowo byłem wielkim fanem Miasteczka, ale potem mnie wkurzał nadmiar wątków i zbyt odlotowe motywy. Ale wtedy chodziłem do podstawówki. Nowych sezonów nie oglądałem, może kiedyś się za nie zabiorę.

Znasz malarstwo Hansa Bellmera, współpracownika i przyjaciela Georgesa Bataillle’a? Pytam, bo “Sukkubus” pokazuje, że sprawdziłbyś się też w takiej rozbuchanej “erotycznej” kresce.

Idealnie trafiłeś, on na mnie wywarł nawet większy wpływ, niż AOS, bo podobieństwa do tego drugiego odkryłem dopiero po fakcie – wcześniej Spare`a jakoś go unikałem i właściwie nie znałem jego twórczości. Natomiast rysunki Bellmera uwielbiam, przy czym jego erotyczne obsesje mało mnie obchodzą, zawsze liczyła się dla mnie jego kreska – piękna, wyszukana, niemal idealna.

Myślę, że pod jego wpływem zacząłem stosować przenikanie się postaci, jakiś taki rozpad form, wychodzenie poza ramy przedstawiania ciał kreskami – zaczęły się przenikać z innymi strukturami, nie wiadomo, czy tłem, czy istotami ze snu, z symbolicznym lub automatycznym pismem. W końcu wszystko stało się pismem – np. w komiksie Himalandramandoni kilka pierwszych plansz przedstawia postać Oramisa, którego ciało układa się w słowo KRICCA. Wtedy było ono dla mnie istotne, o ile pamiętam. Ciągle wymyślałem sobie dziwne słowa, które w kółko powtarzałem.
tutaj widać literkę K.

Czy kiedykolwiek próbowałeś tworzyć pod wpływem substancji zmieniających świadomość?

Nie, bo nawet picie wina zakłóca mechanizm, który wypracowałem przez kilkadziesiąt lat zajmowania się sztuką. Myślę, że sekret polega na przeskakiwaniu z nieświadomości w świadomość. To jest jak ciągłe wchodzenie w krótkie stany transu, pozwalanie, by kreski i motywy jakie tworzą, pojawiały się niejako same a potem – już w stanie zwiększonej świadomości, dokonywanie osądu i korekcji – nadawanie kierunku, w którym zmierza przedstawienie. Tylko, że u mnie dzieje się to naturalnie. Oszałamianie się jakimikolwiek substancjami uniemożliwia wykorzystywanie logiki, więc musiałbym potem czekać, aż mózg by wrócił do normy, aby sensownie ocenić sytuację. U mnie się to nie sprawdza, zaś alternatywne do używek sposoby postępowania opisałem już przy pytaniu o Witkacego.

Kot łowny marsjański
Kot łowny marsjański

Czy kiedykolwiek rozważałeś współpracę z pismem Transwizje?

Jeśli chodzi o jakąkolwiek współpracę, to ja jestem bardzo trudny w tym sensie, że nie robię prac na zlecenie – to automatycznie zabija we mnie kreatywność i cały mechanizm tworzenia mi się zacina. Oczywiście mowa o rysowaniu, jakiekolwiek moje pisanie nie ma sensu – na to jestem po prostu za głupi. Ale jeśli Transwizje chciałyby użyć jakichś moich prac już powstałych, to oczywiście nie widzę przeciwwskazań. Jedynym problemem może być odnalezienie prac w dużej rozdzielczości – mam ich tysiące na dyskach i ciężko się szuka konkretnego rysunku. Inna rzecz to moja aspołeczność – to nie są czcze przechwałki, naprawdę taki jestem. Nienawidzę się wyświetlać, udostępniam moje prace niejako wbrew sobie, bo uważam, że zasługują na to, by ludzie mogli je oglądać. Jestem im to winien. Tzn. pracom, nie ludziom, ale co jakiś czas po prostu znikam, by już zupełnie z nikim nie gadać. Ten wywiad to wyżyny mojej społecznej aktywności. Bycie aspołecznym fobikiem jest jednocześnie koszmarne i zabawne. Trzeba widzieć, co ja wyczyniam karmiąc kota, żeby uniknąć dotykania go, gdy ten za wszelką cenę chce się o mnie ocierać.

Czy malując stymulujesz się w jakiś sposób muzyką, czy też preferujesz transowe stany uzyskiwane w ciszy? I czy malarski trans poprzedzasz medytacją/wizualizacją? Na Twoim profilu widzę linki do twórczości Davida Tibeta z C93. Jest to dla Ciebie nośnik inspiracji, tematyka poruszana przez Davida jest bliska Twojej ideologii, a może po prostu słuchasz bo Current to Current i zaiste dobry jest?

Uwielbiam D. Tibeta i C93. Nikt nie ma takiego głosu jak on. Muzyki częściej słucham już po zeskanowaniu rysunku, podczas opracowywania kolorów na Photoshopie. Może to być cokolwiek, bylebym lubił: Jane`s Addiction, The Mars Volta, Graham Bond, Led Zeppelin, Current 93, Death in June, Dissection, Fiona Apple, The Tea Party, Wendy Rule, Rush… Ostatnio najczęściej rysuję oglądając filmy. Często po charakterze kreski widać czy akurat oglądałem horror czy komedię. Lubię też słuchać wtedy audiobooków, np. kanału Tchnienie Grozy na UT. Bardzo lubię ciszę, ale dziś cisza jest towarem luksusowym. Temat wizualizacji czy po prostu marzeń, wyświetlania sobie w głowie własnych filmów, to oddzielna sprawa. Zazwyczaj rysowanie samo w sobie jest dla mnie wystarczająco transogenne, zaczynam kreskować i już po minucie jestem w innym stanie świadomości. Wizualizacje zajmują mi o wiele więcej czasu i są łatwiejsze, tzn. widzę miasto czy fantastyczne krajobrazy, bo tak sobie życzę, natomiast pokazać to w formie rysunku oznacza długą i mozolną pracę, nie zawsze zakończoną sukcesem. Dlatego bardzo rzadko rysuję wiedząc, co rysuję. Są to pewne kanony postaci, motywy, które się powtarzają, ale to wszystko jest tajemnicą aż do końca rysowania. Więc to raczej odkrywanie a nie przedstawianie tego, co już widziałem.

Czerwony Kapturek.jpg
Czerwony kapturek

Czy zawartym na rysunkach sigilach nadajesz określoną intencję, bo raczej ich nie aktywizujesz?

Rzadko sigile, które zamieszczam w pracach są, jak napisałaś, “aktywne”. Nazywam je często pseudosigilami, bo powstają na zasadzie pisma automatycznego, stanowiąc tajemniczy język, którego treści nie znam, a Tajemnica jest wszystkim.

tumblr_nz1wc5eCqs1rlfkvbo1_1280
Kto pszczółkom miodek podkrada?

Więcej prac na profilu artysty: misior.tumblr.com / Misior Cudak FB

komiksy P.M.: Himalandramandoni | Labirynt

wywiad przeprowadziła GvS z pomocą katastrofa

‘Wszechświat nie powinien istnieć’, rzecze Laboratorium Nuklearne z maskotką Shivą

Trzymajcie się pośladków.

Nasi teoretyczni, miażdzący na cząstki przyjaciele z CERN, Europejskiej Organizacji ds. Badań Nuklearnych, których maskotką jest Lord Shiva Niszczyciel i Bóg Śmierci, ogłosili, że Wszechświat (a zatem, rzeczywistość sama w sobie) gwoli prawdy nie powinien istnieć.

dancing-shiva-resin
Shiva, Tańczący na Burzy

Jak dotąd nie padło ani słowa na temat, czy dekadenccy Szwajcarzy, którzy prali pieniądze zarówno dla Nazistów, jak i CIA (i którzy również zapewniają ochronę prywatną dla Papieża i Banku Watykańskiego!) planują jakiekolwiek bezpośrednie działanie, które mogłoby (ahem) doprowadzić tą Globalną Wioskę bezużytecznych zjadaczy do schludnej, uporządkowanej spolegliwości wobec ich wysoce racjonalnych konkluzji.

Powiedzmy, że nie odpuściłbym tym słodkim czekoladkowym bękartom próby, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak mózgo-miażdżący i dziwaczno-kruszący stał się cały dotknięty porażeniem czteronkończynowym, kwadratowy taniec Uzgodnionej Rzeczywistości, od czasów – powiedzmy – Apokalipsy Majów.

Lecz dywaguję.

Jak to generalnie w przypadku CERN, nic co mówią nie ma sensu. Na kursie ich niezdolności do odróżnienia Czegoś! – Wszystkiego! – Czegokolwiek! od Totalnej-Pieprzonej-Pustki-O’-Nicości w jakże istotnej wyprawie po satysfakcjonujące odpowiedzi na abstrakcyjne pytania, ten lepki kolektyw śmigających koniak Osobowości Typu-A obmyślił parę mgliście-zdefiniowanych (i najwyraźniej niewidzialnych?) magnetycznych pułapek zbiorczych dla bardzo, bardzo destruktywnych cząstek antymaterii, napchał nimi pudełko pringelsów (poważnie, nie możesz podrobić tego szmelcu) i spędził następne 405 dni… uh, mierząc je.

A zatem tutaj sedno, zgodnie ze standardowym modelem Wszechświata.

Jest materia, a następnie antymateria. W teorii są biegunowymi przeciwieństwami. Nie łączy ich nic wspólnego. A jednak, kiedy zostały pomierzone w nuklearnej puszce pringelsów, okazały się być doskonale symetryczne. To jest, nie było między nimi żadnej dostrzegalnej różnicy. Położone w perspektywnie, jest to porównywalne do jakiegoś biednego irlandzkiego mnicha w klasztorze, który nagle – po latach zagorzałych badań – odkrywa, że Jezus Chrystus i Antychryst są tym samym pieprzonym kolesiem. Mogło to, co zrozumiałe, odpalić kryzys egzystancjalny… zgodnie ze standardowym modelem Chrześcijańskiej kosmologii.

See what I did there?

Kiedy materia spotyka antymaterię, wielkim (teoretycznym) następstwem jest wzajemna anihilacja.

A skoro (teoretyczny) Wielki Wybuch uwolnił równe ilości materii i antymaterii w momencie, gdy Wszechświat (teoretycznie) ejakulował się w istnienie, powinien (teoretycznie) zniszczyć sam siebie jak tylko się urodził, co jest powodem, z uwagi na który – zgodnie z doktorem Christiannem Smorrą z CERNu, „Wszechświat nie powinien w gruncie rzeczy istnieć.”

[słyszalne westchnięcie]

Wszechświat po prawdzie nie powinien istnieć.

Shivo, tak mi przykro. W imieniu Homo sapiens sapiens (małpy tak mądrej, że nazwaliśmy ją podwójnie!) proszę, niech zaoferuję swoje kondolencje. Nawet Tyfon, ani Tiamat, ani pieprzony Fenrir nie mieliby tupetu, aby wyrazić cokolwiek tak haniebnego, odrażającego, tak wrednego, tak bezwstydnie nihilistycznego. Mógłbym nawet pójść tak dalece, aby zasugerować, że to niedorzeczne przypuszczenie reprezentuje orzeszek sworzeniogłowej pompatyczności wewnątrz dziwnej, plugawej historii Drogi Mlecznej samej w sobie.

Z reguły nie stosuję hiperboli, ale w czasach takie jak te, mój umysł odlatuje do kafeterii Parku Jurajskiego. Wiecie, ta scena, gdzie Jeff, uh, Goldblum powiada: „Widzisz… brak pokory…wobec natury… obecny tutaj, um… wprawia mnie w osłupienie.”

Niezależnie od tego, czy matematyka działa, czy też nie, życie i tak znajdzie swoją ścieżkę.

Widzicie, oto dokładnie, co tutaj mamy. Brak pokory.

Fizycy z CERNu są tak pewni, że Standardowy Model Wszećhświata jest absolutnie, niezbicie, 100% słuszny, że wolą przyjąć wyraźnie fałszywe pojęcie, że nic „nie ma żadnego interesu” w istnieniu, przeciwstawnie do podjęcia najmniejszego wysiłku kontemplacji pojęcia, że być może, po prostu być może, cały ich program nauczania, kontekst i rama odniesień postrzegania i świadomości może być maleńka, cieniutka, i ciut niekompletna. Albo, że ktoś-gdzieś, mógł popierdolić obliczenia matematyczne. Nawet tylko troszkę.

Jeśli dopracujesz intelektualnie świętobliwy Standardowy Model Wszechświata w najmniejszym możliwym ułamku procenta, ta Wielka Zagwozdka napotyka ścianę i rozbija się jak każda inna niewidzialna napędzona cząsteczka.

Serio, nie mogę sobie wyobrazić bardziej odrażającego światopoglądu, niż twierdzenie, że Wszechświat naprawdę nie powinien istnieć. Oczywiście, że powinien kurwa istnieć! To Wszechświat! I to jest to, co robi! Ustalmy to, raz i na zawsze: teoria Wielkiego Wybuchu to bzdura. Czysta i całkowita bzdura. Coś nie może, pod żadnymi postrzegalnymi warunkami, nagle wytrysnąć z Niczego, nie ważne jak wiele (teoretycznego) nacisku lub zwartości zostało (teoretycznie) skompresowane w próżni pustki dokładnie 13.7 biliona lat temu. Ze swojej własnej natury, Nic może być zdefiniowane tylko jako absencja wszelkiej potencjalności, która musiałaby (co oczywiste) zawierać potencjał by…wiecie… zrobić Coś z Jego pieprzonego Ja.

Poeci to łapią! Buddyści i Taoiści, z ich głębią rozsądku graniczącą z absurdem, oni to też łapią! Łapie to każdy, kto kiedykolwiek jadł magiczne grzyby. Pasterze, chłopi, bednarze, szewcy, rzeźnicy, piekarze i wyrabiacze świeczek… wszyscy to kurde łapią! Nie stanowi to dla nich problemu! Ale fizycy nuklearni? Niemożliwe!!!

Nie wpasowuje się to przyjemnie w ich przyjęte z góry, konspiracyjnie uzgodnione granice nieuchwytnych abstrakcji, biorących początek w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych (lecz z pewnością siebie racjonalnych) ludzkich umysłów, zatem nie może być to możliwie prawdziwe. Nie ma mowy, Jose.

Jednak oto zagwozdka: nieuchwytne abstrakcje zakorzenione w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych ludzkich umysłów są perfekcyjnie akceptowalne jako fundament dla percepcji i wierzeń, tak długo jak przyciągają konsensus wystarczająco dużego wycinka podobnych, samozwańczo „racjonalnych” umysłów.

Innym sposobem ujęcia tego byłoby: Trzoda nigdy się nie myli. Alternatywne sugestie są wykluczane albo jako w najlepszym wypadku prymitywne przesądy, albo w najgorszym – jako irracjonalne brednie. To ta sama choroba, którą lubię nazywać poznawczym pochlebstwem, pozwalającym na wyraźnie nielogiczną akceptację twierdzenia, że Jakieś Coś i Każde Coś spontanicznie wytrysnęło z Niczego Zupełnie, tylko dlatego, że przypadkiem „działa” to w kontekście przyjętego z góry sposobu pojmowania (czy raczej, uzgodnionej konspiracji) Wieży Słoniowej Elity Mędrców, siwogłowych i etatowych z całą swoją pedantyczną Pompą i Chwałą, która w tym przypadku, okazuje się być bardzo, bardzo dużym Bang (wybuchem). Nie, sir. Nie ma w tym nic prymitywnego.

Esencją każdego obrazu jest rama. Zamień (albo przynajmniej, spróbuj zrekonfigurować) tą ramkę i możesz uświadczyć zdruzgotania przytulnego, odruchowego kontekstu samozadowolenia. Poprzez który rozumiem żałosne, opłakane lenistwo intelektualne.

Nie jest to Nauką, nieważne jak wielu „równych rangą” recenzuje ją i popiera.

Śmierdzi to miast tego Ortodoksją. Zmorą Wszelkiej Wolności Natury.

Zaś zgodnie z moimi kalkulacjami.

Z ortodoksji bierze się dogmat. Z dogmatu bierze się autorytet. Z autorytetu bierze się Policja Myśli. Z Policji Myśli bierze się Tyrania Wyobraźni.

A w tym punkcie, strzeż się.

Bądź bardzo, bardzo uważny.

universe-bad

POSŁOWIE

Rozważ następujący cytat z Pana Isaaca Newtona, notowanego Alchemika:

„Że jedno ciało może oddziaływać na inne z odległości poprzez pustkę, bez pośrednictwa czegokolwiek więcej, poprzez co jego akcja i siła może być przekazana z jednego na drugie, jest dla mnie tak wielką absurdalnością, że wierzę, iż żaden człowiek, który ma kompetentną zdolność rozumowania w kwestiach filozoficznych, nie mógłby w nią nigdy popaść.”

Przeskroluj listę zwycięzców Nagrody Nobla w kategorii Fizyki, a będziesz zakłopotany znalezieniem czegokolwiek celebrującego odkrycie departamentu magnetyzmu.

A to dlatego, że to jeszcze nie nastąpiło.

J.B. Turnstone (turnstonecreations.blogspot.com/)

przekład za disinfo.com – katastrof wrzywąż

 

Wulkanaz – Paralys

wulka3.jpg
wyd. Helter Skelter 2017

Intro jest zbudowane z przesterowanego basu, który brzmi jak trąby zapowiadające dzień sądu i proto-perkusji. Ten pierwszy niekiedy rezonuje akustyką jak po ścianach opuszczonego klasztoru. Zaratustra czy jakiś mniej godzien szacunku prawdziwy rytualny kloszard rzekłby, że to cokolwiek Urfaustowskie, a i z bożkiem Panem ma 23 grosze wspólnego.

Nazad już mamy szturm proto-germańskiego blek metle, z niezwykłą w porównaniu do poprzednich materiałów dynamiką i perfekcyjnym, acz nie klarownym – jak kazanie twojego księdza brzmieniem. Hof I kojarzy mi się z ewokacją burzy i tumanów ciemnych chmur przeprowadzoną ze szczytu góry.
Tempel zaczyna się okrzykiem kojarzącym się z co smaczniejszymi akcentami Woods of Infinity – zespołu, który zszedł na psy, ale swego czasu był najlepszym co obok Wulkanaz wyrosło jak te czerwone kapelutki w Sverige. I tu jest jeszcze mocniej i sięrmiężniej, to black metal do którego chciałoby się rozbijać czaszki niższych plemion toporami. Ale w połowie kawałka wchodzi refleksyjny riff, który dopełnia tego wszystkiego wyższym znaczeniem. Vikernes, shame on you!

Hof II charakteryzuje nadzwyczaj chłodne jak na Wulkanaz brzmienie, no i te riffy, w których czuć barbarzyńskiego ducha wyznawców Loptra-Lokiego. Dynamika nowego nagrania Wulkanaz uzyskała płynność, której wcześniej jej brakowało i teraz osławione Arckanum znalazło konkretnego konkurenta, o ile o czymś takim jak konkurencja może być mowa na polu garstki poszukujących korzeni wiary północy wykluczeńców.
Upphören to najszybszy numer na płycie, bębny dudnią jak na pochodzie bynajmniej nie pielgrzymkowym, bliżej hufców kroczących z pochodniami w stronę Watykanu – ale to brednie, bo już nie ma czego spalać, wypaliło się samo, choć Polska ostoją Szanownego Karol-Josefo-Wojtyłowego Koleżko-Jezusie ideogramu.
Blodskrud jest wprost cudowne za sprawą wirtuozerskich zgrzytów na strunach i berserkerskiego gniewu. Myrkraverk zwei. Gdybym był w stanie pojąć pisane w staro-nordyckim liryki, z pewnością napisałbym na temat tej płyty znacznie więcej, ale tak, cóż.

wulka4.jpg

Hägrans Sköte zaczyna się parusekundową spokojną melodią, która przechodzi w kołyszący jak sztorm i równie agresywny i rasowo czysty konglomerat zajebistych gitar z bębnami, które zaliczyłbym do najlepiej zagranych w tym gatunku od paru lat.
I Hvilogravens Mörker nie przynosi boge a prawdo nic nowego, tego numeru mogłoby tu nie być, ale lepiej 2 minuty 6 sekund Wulkanazowskiego wulkanu niż mniej.
Du Timliga Groning rozkręca się ok. 23 sekundy i tu prym wiodą wokale, o których do tej pory omyłkowo nie wspomniałem, a które są unikalne i bezpretensjonalne. Mniej więcej w połowie kawałka pojawia się riff zasługujący na Antypapieską Tiarę.
Outro to szamański ryt, muscymolowe trąby i perkusja, zapowiadające erupcję Chaosu, brzask Nowego Eonu i co tam Panie Nasz Kryste Secie-Tyfonie Waruno Tubalu-Kainie chcesz jeszcze, jakkolwiek szkoda, że nie rozwija się bardziej.
Podsumuscymulowując, Wulkanaz z nowym atakiem przeciw światu nie rozczarowuje ani grama, ale też nie odkręca żarówki oświecającej zapluty kosmos.

 

Ray Brassier – Umieranie jako niemożliwość śmierci

ZAŁAMANIE FENOMENOLOGII: LEVINAS

Przywodzi to oczywiście na myśl kluczowy trop Lévinasowskiej fenomenologii absolutnej inności, w której radykalna pasywność przypisywana odwiecznemu śladowi „innego we mnie” wiąże się z „niemożliwością możliwości” uniemożliwiającą ogląd intencjonalny i ekstatyczną projekcję. „Słoneczna katastrofa” Lyotarda stanowi w istocie p r z e k ł a d Lévinasowskiej, teologicznie zabarwionej kategorii „niemożliwości możliwości” na język bliższy naukom przyrodniczym. Nie śmierć Innego jest tym, co pozbawia świadomość nadrzędnej pozycji, lecz zagłada słońca. Znamienne, że przekład ten pojawił się w okresie, gdy pewne elementy naukowego obrazu świata zaczęły przenikać do tych dyskursów filozoficznych, które badały granice naturalnego obrazu – mowa rzecz jasna o dyskursach postkantowskiej filozofii kontynentalnej – generując coraz bardziej skomplikowane dysonanse w jego obrębie. O ile bowiem fenomen śmierci wskazuje na anomalie w tkance pojęciowej obrazu – stanowiąc punkt, w którym nasze codzienne pojęcia i kategorie zaczynają się załamywać (dlatego właśnie śmierć jest tak ciekawym tematem dla filozofów badających granice naturalnego obrazu), o tyle, i dokładnie z tego samego powodu, pojęcie zagłady stanowi aberrację dla dyskursu fenomenologicznego, który usiłuje transcendentalizować siatkę pojęciową naturalnego obrazu świata po to, by uchronić ten obraz przed zagrożeniem ze strony pozytywizmu i naturalizmu. Skoro pojęcie zagłady wyraża napięcie między naturalnym a naukowym obrazem świata, to nie mogło ono powstać na gruncie tego drugiego; narodziło się za sprawą zastosowania najbardziej wyrafinowanych zasobów pojęciowych naturalnego obrazu (w połączeniu z pewnymi elementami dyskursu naukowego) przeciwko właściwemu temu obrazowi fenomenologicznemu samorozumieniu. W tym szczególnym okresie filozofia nie powinna ulegać pokusie, by poprzestać na którymś z rywalizujących obrazów, podobnie jak nie powinna podejmować wymuszanego na niej wyboru między reakcyjnym autorytaryzmem naturalnego normatywizmu a metafizycznym konserwatyzmem naukowego naturalizmu. Filozofia powinna raczej wykorzystać mobilność – jedną z niewielu korzyści, jakie daje abstrakcja – by za jej pomocą przemieszczać się pomiędzy jednym obrazem a drugim, ustanawiając warunki możliwości nie ich syntezy, lecz przechodzenia między nimi: od spekulatywnych anomalii pojawiających się w obszarze fenomenalnych przedstawień do metafizycznych dylematów związanych z wyzwaniem, jakie nauki rzuciły naturalnemu obrazowi. Pojęcie zagłady musi więc z istoty być dwuznaczne w tej mierze, w jakiej dotyczy przenikania się dwóch dyskursów. Odpowiedniość między egzystencjalno-fenomenologicznym opisem śmierci a naukowym zjawiskiem zagłady powraca we wzajemnej odwracalności fenomenologii traumy i zagłady fenomenologii. Zagłada ma katastrofalny charakter, miesza początek z końcem, to, co empiryczne, z tym, co transcendentalne, właśnie dlatego, że jest zarazem n a t u r a l i z a c j ą   e s c h a t o l o g i i   i   t e o l o g i z a c j ą   k o s m o l o g i i . To właśnie dyskurs fenomenologii najlepiej potrafi oddać traumę poprzedzającą unicestwienie naturalnego obrazu.

22291363_1964258010511784_6123949268784266686_o
zdj. GvS

Dlatego hiperboliczna fenomenologia Lévinasa dostarcza doskonałego słownika pozwalającego opisać zagładę jako traumatyczne z a ł a m a n i e s i ę fenomenologii. Hiperboliczna emfaza dyskursu Lévinasa wynika stąd, że próbuje on wydobyć meta-ontologiczne i meta-pojęciowe znaczenie transcendencji znajdującej się poza istnieniem. Lévinas pragnie ją odczytywać poprzez znaczące tropy, które, jak twierdzi, pojawiają się już w koncepcji pre-ontologicznego rozumienia istnienia sformułowanej przez wczesnego Heideggera:

Emfaza oznacza zarazem figurę retoryczną, nadmiar ekspresji, przesadę i sposób ukazywania się. Słowo jest bardzo dobre, podobnie jako słowo „hiperbola”: hiperbole są tam, gdzie pojęcia się przeobrażają. Opis tych przeobrażeń to także usprawianie fenomenologii. Przesada (l’exaspération) jako metoda filozoficzna.

Metoda fenomenologiczna Lévinasa polega więc na e m f a t y c z n e j   p r z e s a d z i e. Uważa on, że tylko w ten sposób można wyrazić enigmatyczny i epifenomenalny „sens sensów” zawarty w radykalnie nieontologicznej transcendencji, przypisywanej przez niego temu, co „całkowicie inne”. Jedynym fenoenologicznym rejestrem, który odpowiada karzącej inności związanej z nieskończoną transcendencją, jest wymiat pogwałcenia. Ściśle mówiąc, Lévinas stosuje w swej fenomenologii emfatyczną przesadę, by tym lepiej opisać źródłowy, etyczny sens fenomenu traumy. A zatem nieskończona inność zostaje określona jako „zranienie” czy też „krwawienie” podmiotowości, podobnie jak podmiot etyczny opisywany jest jako „zakładnik”, „traumatyzowany” czy też „prześladowany” przez Innego („podatność na zranienie” stanowi bowiem dla Lévinasa trop etyczny par excellence). „Niemożliwość możliwości”, będąca sygnaturą całkiem innego, w dziele Lévinasa jest zarówno niemożliwością s a m e g o istnienia, jak i niemożliwością w o b r ę b i e istnienia. Umieranie jako niemożliwość śmierci jest niemożliwością s a m e g o istnienia, jeżeli to ostatnie pojmujemy jako pozaczasowe i anonimowe dudnienie il y a (stanowiącego przewrotną dezinterpretację Heideggerowskiego Es gibt) – od którego nie ma ucieczki. Umieranie jest jednak zarazem niemożliwością w obrębie istnienia w tym sensie, w jakim wskazuje na nieznośny nadmiar pasywnego cierpienia, które sprawia, że jesteśmy wewani do odpowiedzialności przez nieskończenie Innego. To właśnie owo traumatyczne wezwanie nie pozwala nam upierać się przy własnym istnieniu. Oba znaczenia niemożliwości – niemożliwość, by przestać istnieć, i niemożliwość, by zacząć istnieć – są dla Lévinasa całkowicie różne, a jednak nierozdzielne. To, co absolutnie inne, jest traumatyczne właśnie dlatego, że łączy zgrozę sensu ze zgrozą bezsensu; oznacza ono zarówno zgrozę bezsensu wiecznego upierania się przy istnieniu, bez możliwości ucieczki (il y a), jak i zgrozę sensu, pojmowaną jako trwające w nieskończoność etyczne przerywanie istnienia, odsuwanie w przyszłość naszej zdolności do istnienia, jako raniąca transcendencja o n o ś c i . W rezultacie pradziejowa podziejowość będąca odpowiednikiem niemożliwości możliwości prowadzi do traumatycznego impasu: nie możemy ani zacząć, ani przestać istnieć. Podmiotowość jest sparaliżowana przez inność, która zawsze „już z góry” wywłaszcza podmiot z jego substancji, inność jest wepchnięta „pod skórę” podmiotu, któremu „jest źle we własnej skórze”:

[podmiot] przepełniony samym sobą, duszący się pod sobą, niewystarczająco otwarty, zmuszony do rozłączenia się ze sobą, do wzięcia głębszego oddechu, do końca, do wy-właszczenia się aż po zatracenie siebie. Czy kresem tego zatracenia jest pustka, punkt zero oraz spokój cmentarzy, jak gdyby podmiotowość podmiotu nic nie znaczyła?

Z siódmego, ostatniego rozdziału ksiązki Ray’a Bassier’a „Nihil Unbound”, 2007,     przeł. Marcin Rychter i Mikołaj Wiśniewski

przedruk za: Kronos 1/2011

 

Maciej Filipek – Ogień podkładany pod fundamenty.

Sam o sobie: piszę wolno, żyję szybko.

 

FUNKCJE SĄ ŹLE PRZYPORZĄDKOWANE

Gmach starego teatru pozostawił się po sobie
ukruszoną formą budynku, płatami wstającej farby,
wyburzoną ścianą działową, zapachem stęchlizny i pleśni.

Rzędy wypłowiałych foteli. Rampa rzucająca cień.
Scenografia w rozkładzie, larwy robaków
w resztkach pożywienia po bezdomnych.
Przez sen pisali scenariusz snu.
Zostawili zegarki, więc na pewno wrócą o czasie.

Aktor zdjął z siebie skórę i zapomniał tekstu.
Aktor przypomniał sobie słowa, ale nie było już skóry.
Znalazła się skóra, to zniknął aktor. Widziano go,
tekst zaniemówił. Powiedziano kwestię,
przymierzono skórę. I tak bez końca.
Garderobiana przygotowuje strój nieudolności.

Sprzysięgło się. Sufler za kurtyną zdrzemnął się na krześle,
oparł zmęczone plecy o oparcie krzesła.

Widzowie powinni czekać na ostateczną scenę
rozpadającego się szkieletu montażysty.
Kiedy to nastąpi opuszczą teatr. Nie przyszli.

Na deskach stąpały kroki, przetaczała się kula światła,
podnosił kurz w blasku, mienił jak drobinki śliny
reżysera ciągle niezadowolonego z gry podległych dublerów.

Nikt nie mógł zagwarantować przedstawienia na odpowiednio
wysokim poziomie, gdyby odtwórcy głównych ról zachorowali,
a co najgorsze umarli. Miałem rację, mówiąc o wieczności.
Rekwizytor rozdaje przedmioty, powietrze, wodę, oddech,
a ogień podkłada pod fundamenty.

 

pożar.jpg
Surtr Ferr Sunnam!

STREET VIEW

Na mapie oznaczyłem miejsce.
Łezka na zrzucie ekranu podpowie mi,
gdzie był najbardziej obfity wysyp.
Sprzedam tę informację na tajnych kompletach miłośników zbieractwa.

Zapytałem grzybiarza, gdzie zbiera się największe okazy.
Wskazał kierunek, więc odbiłem w przeciwny. Wiedziałem, że kłamie.

Zapisałem współrzędne odosobnienia.
Wszedłem w jego przezroczysty kokon
i śniłem, że mnie nie ma. Dojrzewałem do formy teraźniejszej.

Zapisałem współrzędne miejsca, gdzie przelewała się łąka,
jednostajne brzęczenie owadów.
Odbiłem się od ścianek w szklanych bańkach dźwięków.

Zapisałem współrzędne tego rykoszetu.
Przyleciały ptaki, zapisałem współrzędne miejsca żerowania.
Zaniosły mnie do gniazd, ale wiatr je rozniósł. Gniazda, nie ptaki.

Wróciłem na miejsce odosobnienia,
lecz w kokonie dojrzewał już ktoś inny.
Wracałem po bezdrożach, za mną ktoś szedł po drodze.
Sygnał nawigacji zanikał, wyprowadziłem się w pole.

Czarna ziemia. Tłusta od deszczu, ciężka.
Ten, który szedł za mną został i czeka na zasięg.
Wróciłem do wyjścia. Ktoś przychodzi i zostawia nam chleb.

Czy to jeden człowiek rozprowadza siebie?
Co z chlebem, który nie ma zdolności dzielenia się chlebem?

 

ścieżka.jpg
il. k-wrzywąż

 

SZEŚCIOKĄTNY KAMIEŃ A KWESTIA ŚLIZGU NA WODZIE

Tak długo trwa napisanie frazy o wojnie,
bo każde słowo z tej frazy trzeba oglądać
kilkukrotnie jak ostatni grosz. Ze wszystkich stron

opukiwać je, ważyć i pieścić jakby wybuch wojny miał zależeć od ciebie,
a czuły dotyk sprawi, że rozwścieczone zwierzę będzie ułaskawione.
Ułoży się pod nogami, wydasz mu komendę.

Słyszysz nakładające się na siebie ptasie głosy.
Z gniazda wypada pisklę, które bierzesz za znak przeciwko sobie
i stawiasz jeszcze bardziej ostrożne kroki.

Kto na kogo więc wpadł?

Jeśli ty martwy na siebie żywego,
to dlaczego nie czujesz.
Jeśli ty żywy na martwego siebie,
to dlaczego czujesz.
Jeśli czujesz, to dlaczego – słowo
– jesteś martwe wobec cierpienia,
a podziwiasz radość, jeśli mówię tobą o radości.

 

acephale
rysunek z okładki pisma redagowanego przez Georegesa Bataille’a

 

ANTRESOLA

Dopiero ciemność powiadamia o istnieniu równoległych światów.
Otworzyłem drzwi i w oknie odbiło się wejście do korytarza,
ale jakby zawieszone za szybą. Pielęgniarki, które nie pozwalają
nazywać siebie siostrami, chociaż wszystko wskazuje
na wyraźne związki krwi, wychodzą z pustymi strzykawkami,
a wracają z substancją wyciągniętą z wypłowiałych łodyg.
Rośliny usychają i kruszą się pod dotykiem własnej materii.

Pielęgniarki wstrzykują płyn do naczynia, podpalają palenisko,
gałązki naniesione na gniazda są gniazdom odebrane. Warzy się.
Użyją najcieńszych igieł, takich którymi bezboleśnie wkłują się
w sny pacjentów i zamieszają w nich tak jak ja, który wkładam rękę
w szklaną kulę osłaniającą żarówkę nad wejściem i wybieram światło.
Ożywają suszki much, komary, pszczoły i ciemki.

Od tej pory wszystko wydaje się zakurzone jak stary,
do tego zmurszały fotel z niestniejącego już teatru.
Pada śnieg. W śniegu sypie się popiół. Dość powiedzieć,
że przed gmachem stoi jeszcze kolejka. Widzowie
wymachują biletami i złorzeczą. Sztuka ma się nie odbyć,
a mimo to bileterka wciąż przyjmuje pieniądze i knuje.
Sufler domawia jej kwestie. Dziękuję, przedstawienie
jest skończone, chociaż jeszcze się nie zaczęło.
Za każdym razem akcent pada na inną sylabę,
stąd to nieporozumienie i niedomyślność ulicy.
Z limuzyny wysiada jedyna aktorka i wypada
z niej szkielet, lecz nikt jej nie zauważa.
To mogłoby wzbudzić panikę, przezroczysta
zwaliłaby się gwałtownie na mnie żywego.

Nie powiedzieć, że na parapecie siada wróbel, to nie za mało.
Ptak okazuje się być napuchniętą kroplą. Więc pęka
w nim cząsteczka śpiewu rozpisana na dwugłos,
z którego ten pierwszy dopiero szuka przynależności do dźwięku,
a drugi dobywa się z mojego gardła. Przy czym śpiewam
tak cicho, że niczego nie można poznać po samym ruchu warg.

Jeśli korytarz odbił się w szybie, to musi się to powielać.
Postanowiono o jeszcze jednym oknie i jeszcze jednych drzwiach,
które po otwarciu rzucą jeszcze jeden blask i wszystko rozświetlą.

Ktoś otwiera drzwi i szpital staje się nieskończenie nieskończony.
Nie rozumiem, dlaczego odmówiono przyjęcia kilkuletniego chłopca.
Jego matka wyciera łzy przed głównym wejściem,
dzwoni dzwonek jej serca na antrakt.

 

sercecierniowe

 

CANCER

Do znajomych przyjąłem
Oziębłość Seksualną i Najlepsze Horrory.
Biorę udział w pranku.

Pasterz prowadzi owce.
Popęd i lęki.

Biegnę. Mam sen jak w lesie
depczę po kostkach.
Zwapniała ściółka i pleśń na roślinach.
Pękają krople, słychać trzask gałęzi.
Igły robią hałas na moją prośbę: zróbcie hałas.

Miasto nie ma zbyt wielu punktów zaczepnych,
są za to umiejętnie rozstawione.
Chorzy na raka ciągną za sobą chorych.
Zatraceni w szaleństwie ciągną do zatraconych.
Mądrzy trzymają z mądrymi, głupcy szukają głupców.

Stoję wykluczony na przejściu dla pieszych
i pies z kulawą nogą. Co nam mówi skrót.
Jaki jest kod językowy, że nie rozumiesz
osamotnienia, o którym wyraziłem się jasno.

Z jaką częstotliwością drży czerwone,
że z całą pewnością bierzesz je za jednostajnie świecące.
Na zdjęciu rentgenowskim płuco
przysłonięte niemowlęcą piąstką.
Na płucu ptak odrywa się od ciebie.
Śmierć cały czas w nas gaworzy i potrząsa grzechotką.

 

TIARA

W kontakcie radarowym twoje inicjały i dzisiejsza data
są indeksem, po którym cię wywołujemy.
Zapraszam do relacji na żywo z katastrofy ludzkości,
z podciętymi skrzydłami runęła ku ziemi.

Zostaw ślad kciukiem, serduszkiem lub emotikoną Wow!
albo wyłącz z aktualności i udawaj, że ludzkość nie istnieje.
W korespondencji radiowej słychać tylko trzaski.
Ktoś idzie po wirtualnym lesie i kruszy gałęzie.

Fala elektromagnetyczna prostuje się.
Stada widoków są aktualnie w wędrówce,
pochylają się na brzegu i piją z poidła.
Mrówcza praca ludzi zmniejszonych do rozmiaru ziarna.

Mapa zniknięć jest rozłożona. Pulsują i przechadzają się kroki zaginionych,
uchwyt umarłych na wskazówkach mojego zegara nie wytrzymał.
Ześlizgnęły się palce. Na łodzi, którą z tej odległości nie sposób wyłuskać,
płyną ludzie. W punkcie na niebieskiej łące zmieszanej z głosami.

Motyl usiadł na antenie, przepływa przez niego częstotliwość.
Komu jesteś przeznaczony w mikrokosmosie
sygnałku z pyłem na wielkich skrzydłach?

twentythree.jpg
liczba sygnifikująca synchroniczność, znaki i przemianę
naglovv.jpg
autor niezidentyfikowany