Ścieżka do Oświecenia wg Gustawa Meyrinka

/Poniższe fragmenty można znaleźć w powieściach Das grüne Gesicht (Zielona Twarz) oraz Der Golem (Golem). Zebrane razem zostały opublikowane we: Wprowadzenie do Magii: Rytuały i Praktyczne Techniki dla Magusa (Introduction to Magic), pracy Juliusa Evoli i grupy UR (I ang. wyd. Inner Traditions 2001)/

Początek jest tym, czego człowiekowi brakuje.
Nie to, że tak trudno jest mu go znaleźć. Dokładnie to przyjęta z góry idea potrzeby odnalezienia go staje się blokadą.
Życie jest hojne; w każdym momencie daje nam nowy początek. Każdej sekundy stawiamy czoła pytaniu: „Kim jestem?”. Nie zadajemy go, i oto dlatego nie odnajdujemy początku.
Ale gdybyśmy choć raz mieli potraktować je poważnie, wstałby nowy dzień, którego zmierzch oznaczałby śmierć dla myśli, które zinfiltrowały królewski pałac, a teraz chłoną u stołu naszych dusz.
Rafa koralowa, którą te myśli z zaangażowaniem stworzyły w trakcie mileniów, a którą nazywamy „naszym ciałem”, jest ich dziełem oraz miejscem, gdzie zamieszkują i się rozmnażają. Jeśli naprawdę chcemy dotrzeć na otwarte morze, musimy wpierw zrobić wyłom w tej rafie kleju i wapna, a następnie rozpuścić ją w ducha, którym pierwotnie była.
Ci, którzy nie uczą się widzieć na tej ziemi, z pewnością nie nauczą się tego w „wielkim nieznanym”. Klucz do władzy nad niższą naturą rdzewieje od Potopu. Nazywa się „być przebudzonym.” Być przebudzonym to wszystko.
Nie ma nic, czego człowiek mógłby być bardziej pewny od bycia przebudzonym. Prawda jest taka, że tkwi w sidłach sieci snu i śni, że sam ją utkał. Im gęstsza sieć, tym potężniejszy jego sen. Złapani w nią są śniącymi, którzy kroczą przez życie jak bydło na rzeź – głupie, zobojętniałe i bezmyślne.
Być przebudzonym to wszystko.

Pierwszy krok w tym kierunku jest tak prosty, że może go zrobić każde dziecko; lecz człowiek zmylony zapomniał jak chodzić, z obydwiema stopami sparaliżowanymi, bo nie odrzuci kul odziedziczonych po przodkach. Bądź przebudzony we wszystkim co robisz! Nie myśl, że już takim jesteś. Nie: jesteś uśpiony i śnisz. Bądź stabilny, weź się w garść i pokrótce przyjrzyj się uczuciu, które wypełnia twoje ciało: „TERAZ JESTEM PRZEBUDZONY!”
Jeśli możesz to poczuć, zdasz sobie też nagle sobie sprawę z tego, że stan, w którym byłeś parę chwil przedtem jest jak zamroczenie i ospałość. Jest to pierwszy wątły krok w bardzo długiej podróży od niewolnictwa do wszechmocy.

Krocz na ten sposób od jednego przebudzenia do następnego. Nie ma żadnej prześladującej myśli, której nie możesz tym samym rozpędzić; pozostaje z tyłu i nie może już do ciebie dotrzeć. Górujesz nad nią, tak jak baldachim drzewa przerasta jego wyschnięte gałęzie.

Kiedy już osiągnąłeś moment, w którym to przebudzenie przenika też twoje ciało, smutki opadną z ciebie jak martwe liście.

Lodowate kąpiele rytualne Żydów i Brahminów; czuwania uczniów Buddy i chrześcijańskich ascetów; męki indiańskich fakirów zapobiegające zaśnięciu – wszystko to jest niczym, jak tylko zewnętrznymi, skrystalizowanymi rytuałami, które jak złamane kolumny poświadczają poszukiwaczowi: „Tu, bardzo dawno temu, stała tajemnicza świątynia poświęcona przebudzeniu.”

Czytaj święte pisma każdego ludu na ziemi: poprzez je wszystkie biegnie szkarłatna nic tajemnej doktryny przebudzenia. To drabina Jakuba, który zmagał się z Aniołem Pańskim całą „noc”, aż nadszedł „dzień” i był zwycięski.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
il. “Das grüne Gesicht” – Pat Portenier

Jeśli chcesz przezwyciężyć samą śmierć, której zbroją są sen i szarzyzna, musisz wspinać się od jednego stopnia przebudzenia do następnego. Wyobraź sobie: najniższy stopień tej niebiańskiej drabiny nazywa się „geniusz”. Jakie nazwy nadamy zatem najwyższym? Pozostają nieznane masom i są uważane za legendę. Pierwszym wrogiem, jakiego napotkasz na swojej drodze do oświecenia jest twoje własne ciało. Będzie walczyć z tobą, aż kogut nie zapieje.

Jednakże, jeśli ujrzysz dzień wiecznego przebudzenia, który wydrze cię spośród lunatyków, myślących, że są ludźmi i nie wiedzących, że są uśpionymi bogami – wtedy nawet sen ciała się ulotni i cały wszechświat będzie tobie poddany.

Wtedy będziesz zdolny czynić cuda podług woli, nie musząc pokornie czekać jak skowyczący niewolnik na okrutnego Boga, aby obdarzył cię łaską, albo ściął twoją głowę.
Jest to prawda: nie będziesz już znał szczęścia wiernego i merdającego psa, które pochodzi z uznania pana nad sobą, któremu konieczna jest posługa. Lecz zadaj sobie pytanie: teraz gdy jesteś człowiekiem, czy chciałbyś się zamienić ze swoim psem?

Wszyscy ci, którzy doświadczają ziemi jako więzienia, i każdy wierzący, który szlocha o wybawienie – tacy ludzie nieświadomie przywołują świat duchów. I ty tak czyń, lecz bądź w pełni świadomy! Czy ci, co robią to nieświadomie, odnajdą niewidzialną dłoń, aby magicznie zamienić bagna, po których błądzą, na twardy grunt? Nie chcę się kłócić, ale nie wierzę w to.

Kiedy na ścieżce przebudzenia kroczysz przez świat duchów, stopniowo rozpoznasz, że nie są niczym innym, jak myślami, które możesz nagle spostrzec oczami. Jest to powodem, dla którego wyglądają dla ciebie obco i jak istoty: bo język form jest odmienny od języka mózgu.

Wtedy nadchodzi czas na najdziwniejszą przemianę, jaka może ci się przytrafić: z ludzi cię otaczających wyłaniają się duchy. Wszyscy, którzy byli ci bliscy nagle stają się larwami, włączając w to twoje własne ciało.
To najbardziej przerażające osamotnienie, jakie można sobie wyobrazić. To jak pielgrzymka poprzez pustynię: ci, którzy nie odnajdują w niej źródła życia umierają z pragnienia.
Jest to znak, lub stygmat wszystkich, którzy zostali ugryzieni przez „Węża świata duchowego.” Wydaje się nieomal, jakby dwa życia musiały być nam wszczepione, jak rozgałęzienie na drzewie, zanim nastąpi cud przebudzenia. Rozdzielenie, które w innym wypadku ma miejsce w trakcie śmierci zachodzi tu poprzez wyginięcie wspomnień, lub niekiedy wskutek nagłego wewnętrznego przewrotu.
Każdy mógłby to osiągnąć, jeśli miałby klucz. Na klucz składa się zwyczajnie stanie się świadomym postaci własnej Jaźni lub własnej skóry, nawet choć można być we śnie, odkrywając wąską szczelinę, poprzez którą świadomość przemyka się między obudzeniem, a głębokim snem.
Zmaganie o nieśmiertelność jest bitwą o kontrolę nad dźwiękami i duchami, które nas zamieszkują; oczekiwanie na koronację naszej „Jaźni” jest oczekiwaniem na Mesjasza.
Wszystko, co tu powiedziałem można też znaleźć w świętych pismach każdego ludu, mianowicie nastanie nowego Królestwa, przebudzenie, zwycięstwo nad ciałem i samotność. A jednak pozbawiona mostów przepaść oddziela nas od tych ludzi: oni wierzą, że nadchodzi dzień, gdy dobrzy ludzie wstąpią do Raju, a źli zostaną przełknięci przez rozpadlinę Piekieł. My przeciwnie, wiemy że nadejdzie czas, gdy wielu się przebudzi i oddzieli od tych, którzy śpią, jak panowie od niewolników, bowiem śniący nie mogą pojąć przebudzonych. Wiemy, że nie ma dobra, ani zła, a jedynie „prawda” i „fałsz”. Oni wierzą, że „bycie przebudzonym” polega na wyczuleniu zmysłów i trzymaniu oczu otwartych w nocy, oraz postawionego ciała do wymawiania modlitw. My wiemy, że „bycie przebudzonym” odnosi się do przebudzenia nieśmiertelnej Jaźni, oraz że bezsenność ciała jest tylko jego naturalną konsekwencją. Oni wierzą, że ciało musi być zaniedbywane i pogardzane ze względu na jego grzeszność. My wiemy, że grzech nie istnieje, że ciało jest tym, gdzie musimy zacząć i że zstąpiliśmy na tą ziemię, aby przemienić je w ducha. Oni wierzą, że konieczne jest podążenie własnym ciałem w samotność, aby oczyścić ducha. My wiemy, że nasz duch musi wpierw oddalić się w samotność, aby przemienić ciało.
Do ciebie i tylko do ciebie należy wybór własnej ścieżki: naszej lub ich.
Twoja wolna wola musi dokonać wyboru.

Powiedziałem, że początkiem drogi jest nasze własne ciało. Wiedzący o tym mogą zacząć podroż w każdej chwili.
Teraz nauczę cię pierwszych kroków.
Musisz stać się oderwany od własnego ciała, ale nie w sposób jakbyś chciał je porzucić. Musisz uwolnić się od niego, tak jakbyś próbował oddzielić światło od żaru.
Tutaj czyha pierwszy wróg.

Ci, którzy oddzielają się od swoich ciał, aby latać w przestrzeni, podążają drogą wiedźm, które przemieniły swoje ordynarne, ziemskie ciało w ciało widmowe i jeżdżą nim niczym na miotle w Noc Walpurgii.
Wiedźmy wierzą, że są na Diabelskim Sabacie, podczas gdy ich ciała leżą pozbawione zmysłów i sztywne w ich pokojach. One jedynie zamieniają swoją ziemską percepcję na duchową; tracą swoją najlepszą część, aby zyskać gorszą; to, co robią jest raczej zubożeniem, niż wzbogaceniem.
Możesz już dostrzec, że nie jest to ścieżka do przebudzenia. Aby uchwycić to, że nie jesteś swoim ciałem (w co wierzy większość ludzi), musisz rozpoznać bronie, których twoje ciało używa, aby uzyskać władzę nad tobą.
Jesteś tak bardzo na jego łasce, że twoje życie by się zakończyło, gdyby twoje serce się zatrzymało; ponadto zanurzasz się w noc jak tylko zamkniesz oczy. Możesz ruszać swoim ciałem, lecz to iluzja; przeciwnie, to twoje ciało porusza sobą, jedynie pożyczając twoją wolę. Myślisz, że możesz tworzyć myśli. Mylisz się: to twoje ciało wysyła je do ciebie, tak abyś myślał, że przychodzą od ciebie, i wypełniał ich żądania. Usiądź prosto z postanowieniem aby nie ruszać kończynami, ani nawet nie mrugać okiem i pozostać nieruchomym jak posąg; zobaczysz wtedy jak twoje ciało, przepełnione nienawiścią buntuje się przeciw tobie, próbując znów cię sobie podporządkować. Napadnie cię tysiącem broni i nie da ci spoczynku, zanim nie pozwolisz się mu znów ruszać. Jeśli jesteś chytry zdasz sobie sprawę, poprzez jego zajadły gniew i przesadny wysiłek – jakby rzucało w ciebie strzałkę za strzałką – jak bardzo się obawia utraty kontroli oraz jak wielka musi być twoja moc, skoro tak bardzo się ciebie lęka. Jednakże zdominowanie twojego ciała nie powinno być ostatecznym celem, do jakiego dążysz. Jeśli zakazujesz się mu poruszać, musisz to robić tylko aby poznać moce, z jakich wyrasta jego dominium: są legionem, niemal nieskończone w ilości. Twoje ciało będzie je wysyłać do walki przeciw tobie, jedną za drugą, tak długo, jak będziesz się opierał jego potrzebom zaledwie siedząc w bezruchu. Pierwszą bronią będzie bydlęca siła mięśni, które drgają i pulsują; wrząca krew, która sprawia, że na twarz występuje pot; kołatanie serca; zimne dreszcze na skórze, chwianie się ciała, jakby twój środek ciężkości się przesunął. Dzięki swojej woli będziesz zdolny stawić czoła i pokonać wszystkie z tych sił. Lecz nie będzie to sama wola: za nią tkwi – niewidzialne jak magiczny hełm Zygfryda – wyższe przebudzenie.
Te zwycięstwo jest też nie bez znaczenia. Nawet gdybyś miał opanować swój oddech i bicie serca, byłbyś tylko fakirem, co znaczy „nędzarzem.” Następni czempioni, których twoje ciało wyśle przeciw tobie, to zwodnicze chmary myśli.
Miecz woli jest przeciw nim bezsilny. Im gwałtowniej się na nie zamachniesz, tym zacieklej brzęczą wokół ciebie; nawet jeśli powiedzie ci się pozbyć się ich na moment, stałbyś się letargiczny, a więc został pokonany w każdy inny sposób.
Nakazywanie im, aby znieruchomiały jest stratą energii. Jest tylko jeden sposób, aby od nich uciec: odnalezienie zacisza w wyższym stopniu przebudzenia.

Sposób na osiągnięcie tego jest czymś, czego musisz sam się nauczyć.
To ustawiczne i uważne postępowanie z uczuciami, a jednocześnie żelazne rozstrzygnięcie.
To wszystko, co mogę ci o tym powiedzieć. Jakakolwiek rada, której ktokolwiek ci udzieli w tym bolesnym zmaganiu jest trucizną. Jest tu urwisko, z którego przeskoczeniem nie może pomóc ci nikt poza tobą samym.
Po osiągnięciu tego stanu, zostajesz przeciwstawiony domenie duchów, o której mówiłem wcześniej.
Skonfrontują cię przerażające lub zdumiewające widma, sprawiając że wierzysz, iż są istotami z innego świata. Po prawdzie, są tylko myślami w widzialnej postaci, nad którymi nie masz jeszcze pełnej kontroli!
Pamiętaj: im bardziej uroczyście wyglądają, tym bardziej są niebezpieczne!
Jednakże, kiedy odnajdziesz „głębsze znaczenie” ukryte w każdej z tych istot larwalnych, dojrzysz okiem ducha nie tylko ich żyjące jądro, lecz również swoje własne. Wówczas wszystko co zostało ci zabrane zostanie zwrócone tysiąckrotnie, jak to miało miejsce z Hiobem: wrócisz wtedy tam, gdzie zacząłeś, jak sarkastycznie głoszą głupcy. Nie wiedzą oni, że jest różnica między powrotem do domu po długim czasie na obczyźnie i ciągłym pozostawaniu w jego obrębie.

Nikt nie wie, czy będziesz dopuszczony do udziału w ogromnych mocach niegdyś opanowanych przez starożytnych wieszczów, czy też przeznaczony jest ci dostęp do wiecznego pokoju. Nasza ścieżka wiedzie do progu dojrzałości. Kiedyś tam dotrzesz, jesteś też godny otrzymania daru.
W każdym razie stałbyś się feniksem: od ciebie zależy, czy dostaniesz się tam siłą.
Jeden z tych, którzy wciąż posiadają klucz do magii pozostał z tyłu, na ziemi, aby odszukiwać i gromadzić tych, którzy zostali wezwani.
Tak jak on nie może umrzeć, tak też legenda o nim.
Niektórzy powiadają, że jest Żydem Wiecznym Tułaczem; inni zwą go Eliaszem, gnostycy twierdzą, że to Jan Ewangelista. Naturalnie każdy ma własny pogląd na tą postać. Byt jak on, który przemienił swoje ciało w ducha, nie może być przywiązany do żadnej sztywnej formy.
Jedyną prawdziwą nieśmiertelną istotą jest przebudzony człowiek. Gwiazdy i bogowie znikają; on sam wytrzymuje i może osiągnąć czegokolwiek pragnie. Nie ma żadnego Boga ponad nim.
Nie bez powodu nasza ścieżka została nazwana pogańską ścieżką. To, w co wierzy człowiek religijny na temat Boga jest niczym, jak tylko stanem, który on sam mógłby osiągnąć, jeśli tylko mógłby wierzyć w siebie. Lecz on tępo ustanawia przeszkody tam, gdzie nie ma odwagi skoczyć. Tworzy obraz kultu, zamiast samemu się weń przemienić.
Jeśli chcesz się modlić, módl się do swojej niewidzialnej Jaźni: to jedyny bóg, który może odpowiedzieć na twoje modlitwy. Inni bogowie wręczają ci kamienie zamiast chleba.
Kiedy twoja niewidzialna Jaźń pojawia się w tobie jako istota, rozpoznasz ją poprzez fakt, że rzuca ona cień. Ja sam nie wiedziałem wcześniej, kim jestem, zanim nie ujrzałem własnego ciała jako cienia.

 z ang. przełożył not

Advertisements

Gnoza (gνῶσις) a episteme (ἐπιστήμη), czyli o wiedzy boskiej i ludzkiej

gnosis3

Abstrakt

Esej przedstawia różnice pomiędzy tradycyjnym rozumieniem pojęcia wiedzy opartym na greckiej tradycji filozoficznej, a tym, które znaleźć można w religiach gnostyckich późnej starożytności. Dlatego też wpierw wyjaśnię zależności łączące ruchy gnostyckie i myśl filozoficzną. Przypomnę również podstawowe cechy tradycyjnej koncepcji episteme, aby zestawić ją z religijną gnozą, tak by móc wykazać wyjątkowość tej ostatniej i prześledzić specyfikę tego terminu na gruncie fragmentów gnostyckich tekstów.

Religie gnostyckie a filozofia

Aby zrozumieć do jakiego stopnia odmienna jest tematyka gnostyckiego przełomu od dotychczasowej tradycji, należy przyjrzeć się jej pochodzeniu oraz wpływom różnorodnych środowisk kulturowych. Współcześnie jesteśmy w posiadaniu wystarczającej ilości tekstów źródłowych, aby stwierdzić, że głoszona pod koniec XIX wieku przez Adolfa Harnacka teza, jakoby gnostycyzm miałby być ostrą hellenizacją chrześcijaństwa nie może być prawdziwa. Choć rzeczywiście kultura helleńska wywarła wpływ na gnozę, to jest to wpływ niebezpośredni, a faktyczne podobieństwa między religią gnozy, a religią chrystusową, przysłaniają faktyczną niezależność i samodzielność tej pierwszej.[1] U początków nowego ruchu stanął synkretyzm myśli, który wynikał z sytuacji kulturowo-politycznej. Dominacja greckiego stylu dyskursu doprowadziła do zepchnięcia na drugi plan wschodnich narracji religijnych. Zostały one zmuszone do wypowiadania się w obcym dla nich języku.

Myśl orientalna miała charakter niepojęciowy, wyrażana była w obrazach i symbolach, ukrywając raczej swe ostateczne treści w mitach i obrzędach niż logicznie je tłumacząc. Surowość starożytnych symboli krępowała jej ruchy i z tego skrępowania uwolnił ją ożywczy powiew greckiej myśli, który nadał jej nowy impet, a zarazem dał jej adekwatne narzędzia opanowania występujących już wcześniej skłonności do abstrakcji. W gruncie rzeczy myśl orientalna pozostała mitologiczna, co okazało się, kiedy sama na nowo zaprezentowała się światu; tymczasem jednak nauczyła się przedstawiać swoje idee w formie teorii, a do ich tłumaczenia wykorzystywać pojęcia racjonalne, zamiast samych tylko zmysłowych obrazów.[2]

To zaś może sprawiać wrażenie, jakby starożytne systemy religijne stały się kontynuatorami narracji greckiej. Pod maską dyskursywnych pojęć ostatecznie kryją się mity wielkich religii starożytności poddane jednak radykalnej subwersji. Zwrot ten dotyczy wyłonienia się na horyzoncie zainteresowań religijnych duszy indywidualnej, pojmowanej jako prawdziwa rzeczywistość człowieka. Podejście religii gnozy jest zasadniczo różne od tego starożytnego. O ile, zarówno Grecy jak i Żydzi umiejscawiali psyche (ψυχή) w szerszym kontekście jako część wszechświata i rządzonej tą samą nieubłaganą siłą logosu, kosmicznej harmonii, o tyle dla gnostyka boska pneuma (πνεῦμα), czyli „dusza głęboka”, była mikrokosmosem sama dla siebie, obca światu i jego Prawu. Dla takiej mentalności najistotniejsze było zbawienie niezależne od eschatologicznej sprawiedliwości, którą wyznaczała spaczona hermaimene archontów, czyli wizja astrologicznej determinacji jednostki przez złe siły rządzące kosmosem.

gnosis1
il. not

Pojęcie episteme

Dlatego też i w kwestii pojęcia wiedzy gnostycka myśl odeszła od greckiego pierwowzoru. Przypomnijmy najpierw jakie są główne cechy episteme w jej tradycyjnym rozumieniu, by móc zobaczyć jeszcze wyraźniej specyfikę gnostyckiego zwrotu. Nie chcę poświęcać temu zagadnieniu zbyt dużo uwagi, z racji na niewielką objętość tekstu, z tego powodu spróbuję przytoczyć najważniejsze punkty potrzebne do zrozumienia tego pojęcia za słownikiem filozofii oraz głównym antenatem teorii, czyli Platonem.

W ogólnym ujęciu wiedza jest rezultatem poznania jako czynności. Klasyczna definicja wiedzy, rozważana przez Platona, traktowała ją jako prawdziwe i uzasadnione przekonanie. […] Określenie „wiedza w części fałszywa” wydaje się niespójne wtedy tylko, gdy wiedza jest rozumiana w sensie Platońskiej episteme, tj. korpusu przekonań niepodlegających jakiejkolwiek rewizji pod względem swej trafności i odnoszących się do prawd.[3]

Przyjrzyjmy się wpierw podmiotowi zdania. Przekonanie, lub też mniemanie, jest to potoczny ogląd rzeczywistości, wyrażony w formie twierdzenia. Wynika on zazwyczaj z przeprowadzenia czynności obserwacji i analizy w sposób świadomy, bądź też nieświadomy. Jakie cechy musi posiadać takie przekonanie, aby kwalifikować się jako wiedza? Musi być przede wszystkim prawdziwe, co znaczy zgodne z rzeczywistością. I choć dla Platona to co rzeczywiste było tym co transcendentne i niezmienne, to możemy przyjąć, iż jednak w istotnym stopniu wpływało ono  na świat immanentny, będąc jego pierwowzorem. Z drugiej zaś strony, w potocznym rozumieniu, rzeczywistością człowieka jest świat, w którym przebywa. Na końcu zaś bardzo ważnym elementem jest dyskursywność przekonania, czyli podatność na weryfikację. Uzasadnienie jest to element racjonalny i intersubiektywny przekonania, czyli taki który może przeniknąć do dyskursu i stać się ogólnie obowiązującym. Według Platona za wiedzę można uznać tylko takie przekonanie, które nie może podlegać już dalszej rewizji, jednak nowożytne teorie zwracają uwagę, iż wtedy jej zakres byłby zbyt wąski. Można by jednak przyjąć to za pierwsze kryterium, według którego można mierzyć przekonania. Ważnym, aczkolwiek pomijanym fragmentem podstaw teorii wiedzy jest jej perspektywiczny charakter. Znaczy to, że przedmiot wiedzy i poznający podmiot są istotnie nietożsame. Jeśli nawet człowiek poznaje swoje własne atrybuty, różni go od nich właśnie jego własna istota wobec ich akcydentalności.

Pojęcie gnozy

Teraz zaś postaram się omówić główne elementy gnostyckiego podejścia do tego pojęcia. Warto jeszcze raz zwrócić uwagę, iż terminy, którymi posługiwali się gnostycy, posiadały strukturę grecką wyłącznie formalnie, pod której powłoką znajdowały się nowe znaczenia. Czego w takim razie dotyczy taka wiedza?

Sama „wiedza” jest terminem czysto formalnym i nie precyzuje co jest tej wiedzy przedmiotem; nie określa ona również psychologicznego sposobu ani subiektywnego znaczenia posiadania wiedzy, jak też sposobu, w jaki zostaje ona zdobyta. Gdy chodzi o to, czego wiedza ta dotyczy, skojarzenie najbliższe czytelnikowi o humanistycznym wykształceniu wskazuje na obiekty racjonalne i stosownie do tego na przyrodzony rozum jako organ zdobywania i posiadania wiedzy. Natomiast w rozumieniu gnostyckim „wiedza” ma zdecydowanie religijne i nadprzyrodzone znaczenie i odnosi się do przedmiotów, które obecnie nazwalibyśmy raczej przedmiotami wiary a nie rozumu.[4]

I choć na pierwszy rzut oka, wydawać by się mogło, że rzeczywiście formalnie wiedza taka nie koliduje z podejściem filozoficznym, to przy bliższej analizie zaczyna ona być problematyczna, gdyż narzędzie potrzebne do penetracji dziedziny, której ona dotyczy, jest co najmniej niepewne. Przyrodzony rozum nie daje w niej definitywnych rozstrzygnięć, w konsekwencji zaś nie może być ona uzasadniona na inny sposób niż tylko emocjonalno-intuicyjnie. Potwierdza to Gilles Quispel, w ten sposób opisując gnozę:

Gnoza jest wiedzą tajemną o ukrytych związkach uniwersum, o ezoterycznej tradycji pramądrości objawionej człowiekowi przez bogów, to znaczy jest odsłonięciem najgłębszej istoty człowieka, ukazaniem sensu jego bycia w świecie i oglądem obrazów. Jednak w przypadkach zupełnie szczególnych horyzont się rozszerza i dosięga tego, co nieskończone, a gnostyk wkracza w sytuację graniczną gdzie głos obiecuje: „Jeżeli nie potrafisz wyrazić tego, co ujrzałeś – ujrzałeś piękno. Bowiem gnoza i oglądanie piękna jest ciszą i milczeniem rozumu. [5]

Zwróćmy uwagę, iż takie rozumienie gnozy w znacznym stopniu przeczy idei dyskursywnej wiedzy. Gnoza pojawia się wtedy, gdy rozum przestaje mieć prymarne znaczenie, natomiast to właśnie przy pomocy narzędzi rozumowych odbywa się uzasadnienie episteme. Ta pierwsza oparta jest zaś na nieprzekazywalnym indywidualnym doświadczeniu człowieka. Doświadczeniu, które wykracza poza przedmioty świata doczesnego.

Wskazówki te kierują nas w stronę kolejnego wyznacznika episteme, mianowicie prawdziwości. Jak przedstawia się ona w świetle rozważań gnostyckich? Prawdziwość, czyli zgodność myśli i rzeczywistości z początku zdaje się nie dotyczyć rozważań gnostyckich. Myśl gnostycka zahacza wszak o sprawy z doczesnością niezwiązane. Bóg gnostyków jest transcendentny radykalnie. Nie objawia się „w świecie”, ani „poprzez świat”. Z tego też powodu myśl gnostycka pozostaje z konieczności w sprzeczności z doświadczalną rzeczywistością, a wręcz w konflikcie z nią. Z drugiej zaś strony, z punktu widzenia wyznawcy gnostycyzmu, prawdziwą rzeczywistością jest pleroma czyli boska pełnia pozostająca poza światem. Doczesność nie stanowi zmiennego obrazu świata wiecznych idei, lecz jest wypaczonym więzieniem stworzonym przez niższe byty, archontów i demiurga, przekonanych o własnej boskości. Z tego też powodu, świat sam w sobie został stworzony, aby Człowieka oszukać i uwięzić i kategorie rzeczywistości nie mają do niego zastosowania. Jedyną rzeczywistością, do której odnosi się gnostyk, jest ta wobec świata transcendentna.

Ostatni element klasycznej teorii wiedzy, czyli przekonanie, pozostaje prawie bez zmian. Znów chodzi nam tu o pewien charakterystyczny ogląd świata, sformułowany w formie twierdzeń, jednak samo osiągnięcie go odbywa się w sposób nadprzyrodzony i z konieczności nie może on wynikać z spostrzeżeń i analizy rozumowej.

Kwestia perspektywy

Zanim jednak ocenimy ową wiedzę w prosty sposób jako niefalsyfikowalne mniemanie nie mające związku z otaczającą rzeczywistością, zwyczajną aberrację w stosunku do tradycji filozoficznej, musimy zwrócić uwagę na ostatni element, najbardziej oczywisty, z tego też powodu najprostszy do pominięcia, mianowicie perspektywiczność episteme. I tu następuje najważniejsze przewartościowanie w tradycji gnostyckiej, które ostatecznie zaważyło na całej tradycji filozoficznej. Wiedza dotyczyła do tej pory przedmiotów zewnętrznych wobec obserwatora. Nawet sokratejski zwrot w stronę duszy miał charakter etyczno-aksjologiczny. Poznanie samego siebie, miało na celu samodyscyplinę i świadomość własnych ograniczeń poznawczych. Jednak to właśnie do Sokratesa gnostykom najbliżej, a to ze względu na dzielone przekonanie, iż wiedza jest w stanie człowieka zmienić. Grecki filozof jednak uważał, iż to znajomość tego co dobre wpływa na działanie jednostki, bez zasadniczej zmiany istotowej, poza może upodobnieniem. Natomiast dla gnostyka gnoza miała szczególny charakter.

gnosis2
Yumikrum, Travelling without Moving (Podróżowanie bez ruchu), kolaż, 2019

Ostatecznym „przedmiotem” gnozy jest Bóg; jej narodzenie się w duszy przemienia samego wiedzącego, albowiem sprawia, że uczestniczy w boskiej egzystencji (co oznacza więcej niż upodobnienie go do istoty boskiej). W ten sposób w systemach bardziej radykalnych, takich jak walentyniański, wiedza jest nie tylko instrumentem zbawienia, ale sama stanowi tę właśnie formę, w której osiągnięty zostaje cel zbawienia, tj. ostateczna doskonałość.[6]

Poznać samego siebie, to już nie znaleźć miejsce we wszechświecie, lecz poza nim. Dusza człowieka staje się oknem na niedostępną rzeczywistość boską i wyrywa się z zależności od tego świata. Jej poznanie wystarcza gnostykowi, świat zaś stanowi dla niego zbędny balast, który należy zrzucić z ramion. To ten sam kierunek, który wybiera Św. Augustyn, będąc w końcu pod przemożnym wpływem gnostycyzmu, mówiąc że chce poznać Boga i duszę i nic więcej. To również i kierunek Kartezjusza, stawiającego podmiot w centrum systemu, a także Hegla, który sprowadza całe dzieje do samouświadamiającego się sobie ducha.

Trudno się oprzeć wrażeniu, iż chodzi tu o podwójną, aktywno-pasywną rolę jednego i tego samego bytu. Koniec końców zstępujący na świat Obcy wybawia samego siebie, to znaczy tę cząstkę siebie (Duszę), którą niegdyś utracił na rzecz świata, i dla której sam musi stać się cudzoziemcem w krainie ciemności, a ostatecznie „zbawionym zbawcą”. „Życie podźwignęło Życie, Życie odnalazło siebie”. (s.111, Mandaische Liturgien”)[7]

Trzeba zwrócić uwagę, że o ile episteme ma charakter bierny i polegało na próbie jak najwierniejszego odwzorowania rzeczywistości w dyskursie, o tyle gnoza stanowi już aktywną siłę sama w sobie. Poznając samego siebie i dostrzegając boski charakter swej duszy, człowiek ponownie integruje rozproszoną w świecie boską cząstkę. W ten też sposób staje się członkiem wyższego porządku. To wyjątkowe przekonanie można wytłumaczyć w ten sposób, że jeśli podmiot wyłącznie podczas procesu samopoznania dostrzeże nowy element, to w jego świadomości pojawi się nowa treść bez wpływu zewnętrznych procesów, co zaś ze swej istoty musi stanowić akt twórczy. Oczywiście jest to w pewien sposób akt nadprzyrodzony, jednak myślenie religijne takowego nie wyklucza

Wyznania

I rzeczywiście teksty źródłowe wskazują, że gnostyccy pisarze szczerze traktują wyjątkowość własnej doktryny.

Bo nie są to litery głosek ani pisma, które są pozbawione swego dźwięku, żeby ktoś czytając myślał o tym co próżne, lecz są to litery prawdy. Ci tylko je wypowiadają którzy je poznają.[8]

Gnoza ma charakter niedyskursywny, nie podlega uzasadnieniu i nie jest obecna w zwykłym przekazie. Wypowiedzieć litery prawdy znaczy tu coś więcej niż tylko przekazać treść językową. Treść gnozy jest pozaświatowa i może dotrzeć do człowieka tylko w sposób bezpośredni.

Nie tak ma się rzecz z człowiekiem na świecie, który widzi słońce nie będąc słońcem, widzi niebo i ziemię i wszystkie inne rzeczy nie będąc nimi; tak rzecz ma się w prawdzie. Przeciwnie, ty ujrzałeś coś z tamtego miejsca, stając się jednym z nich: ujrzałeś ducha stałeś się duchem, ujrzałeś Chrystusa, stałeś się Chrystusem, ujrzałeś ojca, stałeś się ojcem[9]

Jest to oglądanie spraw ponadnaturalnych i tylko ono jest w stanie prawdziwie zmienić człowieka. Zwykła episteme jest pozbawiona dźwięku i próżna, czyli nie ma wpływu na kondycje człowieka we wszechświecie. Tylko gnoza przemienia człowieka i sama ona upodabnia do tego co wieczne.

Niby poseł był list ten, zapieczętowany królewską ręką przeciwko złym siłom, synom Babelu i  nieposłusznym demonom Sarbûg. Wzbił się w kształcie orła, króla ptaków, i leciał aż usiadł przy mnie i cały stał się mową. Na jego głos zbudziłem się i wstałem ze snu, wziąłem go, ucałowałem, złamałem jego pieczęć i zacząłem czytać. Jak to, co nosiłem wypisane w sercu, były słowa listu.[10]

Sama gnoza jest aktywna, zdaje się, że to nie człowiek jest jej podmiotem, lecz sam stanowi przedmiot poznania. Nic dziwnego, że w konsekwencji gnostycy uznają Człowieka za byt wyższy. Przemieszanie poznawanego z poznającym prowadzi do utożsamienia duszy jednostkowej z duszą absolutną. Dla Gnostyka to co psychiczne jest niższe wobec pneumy, boskiego tchnienia określającego jego prawdziwą tożsamość.

Skoro poznacie samych siebie, wtedy będziecie poznani i będziecie wiedzieć, że jesteście synami Ojca żywego. Jeśli zaś nie poznacie siebie, wtedy istniejecie w nędzy i sami jesteście nędzą.[11]

Poznając samego siebie gnostyk dochodzi do dojrzenia w sobie tożsamości z wyższą rzeczywistością. Zbawiany okazuje się zbawiającym. To właśnie „Ja” ma w sobie wszystkie przymioty potrzebne, aby wyzwolić człowieka spod Prawa i nieuchronnego hermaimene archontów.

Podsumowanie

Widzimy teraz, że gnostyckie podejście do wiedzy może być traktowane jako moment zwrotny w historii myśli filozoficzno-religijnej. Dopiero od tej pory dusza ludzka i jej poznanie stawiają człowieka ponad porządkiem przyrody, nie tylko poprzez jego przymioty, lecz właśnie przez utożsamienie się samej jego istoty z częścią przekraczającego doczesność boskiego porządku. Gnoza różni się na każdym polu od klasycznej episteme. Prawda gnozy pochodzi nie z tego świata.  Jest niedyskursywna, jedyny język który może ją przekazać to język objawienia. Jednak to, co świadczy o faktycznej wyjątkowości gnozy, to wykroczenie poza dychotomię podmiotowo-przedmiotową w dziedzinie poznania. Gnoza to samo-wiedza człowieka i rozpoznanie siebie jako podmiotu religijnego na arenie zbawienia. Dostrzeżenie wewnątrz własnej jaźni drogi do wieczności otwiera dla działalności twórczej kompletnie nowe uniwersum. Uniwersum Duszy.

*             *

*

Bibliografia

  1. Słownik filozofii, Krakowskie wydawnictwo naukowe, Kraków 2009;
  2. Teksty z Nag Hammadi, przeł. Wincenty Myszor, Albertyna Dembska, Akademia Teologii Katolickiej, Warszawa 1979;
  3. Hans Jonas, Religia Gnozy, tłum. Marek Klimowicz, Wydawnictwo PLATAN, Kryspinów, 1994;
  4. Gilles Quispell, Gnoza, tłum. Beata Kita, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1988;
  5. Czesław Miłosz, Hymn o Perle, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1983.

Przypisy

[1] Hans Jonas, Religia Gnozy, tłum. Marek Klimowicz, Wydawnictwo PLATAN, Kryspinów, 1994, s.14.

[2] Ibidem. S.39.

[3] Jan Woleński, Wiedza, [w:] Słownik filozofii, Krakowskie wydawnictwo naukowe, Kraków 2009, s.245.

[4] Hans Jonas, ibidem, s.50.

[5] Gilles Quispell, Gnoza, tłum. Beata Kita, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1988, s.95.

[6] Hans Jonas, ibidem, s.51.

[7] Ibidem, s.93.

[8] Ewangelia Prawdy, [w:] Teksty z Nag Hammadi, przeł. Wincenty Myszor, Albertyna Dembska, Akademia Teologii Katolickiej, Warszawa 1979,  s.149.

[9] Ewangelia według Filipa, [w:] Teksty z Nag Hammadi, ibidem, s.249.

[10] Czesław Miłosz, Hymn o Perle, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1983, S.8

[11] Ewangelia Tomasza, [w:] Teksty z Nag Hammadi, ibidem, s.208

Witol

Bergraven – Det Framlidna Minnet

bergraven.jpg

cd Nordvis, 2019

Po nagraniu Till Makabert Väsen 9 lat temu muzycy tworzący Bergraven zaangażowali się w nowy zespół, czyli Stilla. Przerwa, choć wystarczająco długa, aby postawić pod znakiem zapytania powrót do pierwotnej marki, wyszła jak najbardziej na zdrowie strumieniowi transgresowanej świadomości, jaką jest zawarta tu muzyka.
Nie brak tu blackowego brutalizmu, jednak tym, co czyni z tego albumu rzecz wyjątkową, jest jazzowo-progresywna transgresja kompozytorskich ram gatunku, wysublimowany egzystencjalny chłód, przesycenie podświadomością i jungowskim cieniem, oniryzm i poetycka melancholia.
Det Framlidna Minnet oznacza Utraconą Pamięć. Koncept albumu odwołuje się do tego, jak zdrowa ludzka dusza wybudowuje dookoła siebie mur ze wspomnień, w którym one same dokonują wyłomów, nękając swoich nosicieli żalem lub rozpaczą.
Niestandardowe struktury kompozycji i jazzowate pasaże, szerokie instrumentarium i zastosowanie przepleconych wokaliz, kunsztowne wykorzystanie zróżnicowanych brzmieniowo gitar, wyborna praca perkusji, partie basu, jak i partie saxofonu z jazzową perkusją, czy okazjonalne partie fletu – wszystko to współtworzy horrendalnie wysoki poziom tego albumu. Do głowy przychodzi bodaj tylko Shining, jednak Bergraven to inna liga. Pomrukiwane tyrady mieszają się z rykiem zahaczającym o cierpką granicę obłąkania, jak również czystym śpiewem na dwa-trzy zróżnicowane głosy

Najspokojnieszy utwór na starcie zahaczający o post-rock to Den Dödes Stigar. Od drugiej połowy gdzieś pomiędzy nowszym Bethlehem, a Bohren und der Club of Gore. Jakkolwiek jego zwieńczenie jest ogniste. Leendet Av Hans Verk zaczyna się cudownym jazzowym interludium, a dalej robi się nieomal transowe. Zaś najmocniejsze uderzenie niesie wykorzystane jako promujący sinigiel Minnets Melankoli. Kunsztowny przeplot wybornych gitar, włączając w to solówki – takiego czegoś zdegenerowany Niklas raczej w życiu nie nagra.
Żywię nadzieję, że z czasem ktoś przetłumaczy szwedzkie liryki, jak to było z Woods of Infinity. Ta płyta to majstersztyk. Od momentu usłyszenia przepuściłem ją przez korę mózgową już chyba z trzynastokrotnie. Pod rekomendacją podpisał bym się własną juchą, ale za stary już na to jestem. Słuchać.

not

Aleksandr Dugin – Teoria Cywilizacji Hermana Wirtha

Rozdział 22 cz. 2 „Teoria Cywilizacji; Kryteria, Koncepty i Odniesienia” z „Noomachia; Wojny Umysłu – Geozofia – Horyzonty i Cywilizacje (Moskwa, Akademicheskii Proekt, 2017)

***

Krąg Kulturowy Thule

Idea pierwotnego matriarchatu Bachofena i jego teoria „kręgów kulturowych” zostały rozwinięte przez innego historyka i archeologa, specjalistę od paleo-epigrafii, Hermana Wirtha (1885-1981).

Teorie Wirtha są oparte na hipotezie pożyczonej od indyjskiego autora Bali Gandhara Tilaka (1856-1920) [1], że pierwotna protoindoeuropejska cywilizacja ukształtowała się w późnym Paleolicie (kultura oryniacka) na ziemiach bieguna północnego. Hipoteza była oparta na interpretacji danych indyjskiej astrologii, tekstów wedyjskich oraz mitów Hindusów, Irańczyków i Greków, które mówią o istnieniu w dalekiej starożytności zaludnionego kraju leżącego na dalekiej Północy (Hyperborea). Kontynent ten został opisany w Wedach jako „ziemia białego niedźwiedzia”, Varahi, oraz „wyspa światła” lub Sweta Dvipa. Tradycja zaratusztriańska mówi o pradawnej sadybie pierwszego człowieka, mieście Vara, położonym na dalekiej Północy, z którego został zmuszony odstąpić na południe, gdy mroczne bóstwo Angra Mainyu, wróg boga światła, Ahura-Mazdy, rozpętał „wielkie zimno” nad tymi ziemiami. Tilak argumentuje za istnieniem tej „nordyckiej” proto-cywilizacji na bazie indyjskiej astrologii, symbolizmu, który według niego staje się jasny tylko, gdy uznamy, że konstelacje były pierwotnie zaobserwowane w rejonach podbiegunowych, gdzie dzień bogów jest równoważny roku ludzi.

Wirth zaadaptował tę hipotezę i zbudował na niej własną teorię, „teorię Hiperboryjską [2] lub „teorię kręgu kulturowego Thule” [3], która przedstawia grecką nazwę mitycznego miasta leżącego w kraju Hiperborejczyków. Według tej teorii przed ostatnią falą zlodowacenia, podbiegunowa sfera na Północnym Atlantyku była domem nadających się do zamieszkania ziem, których mieszkańcy byli twórcami pierwotnego kodu kulturowego. Kultura ta ukształtowała się w warunkach, gdy naturalne środowisko Arktyki nie było jeszcze tak surowe, a jej klimat był podobny do współczesnego umiarkowanego klimatu Europy Środkowej.

Wszelkie doroczne i atmosferyczne zjawiska, które obserwujemy dziś w Arktyce, były wtedy obecne: noc i dzień arktyczny. Roczne cykle solarne i lunarne Arktyki są ukształtowane inaczej, niż ich odpowiedniki środkowej rozpiętości szerokości geograficznych. Stąd symboliczne utrwalenia kalendarza, trajektoria słońca, księżyca oraz konstelacje zodiaku miały koniecznie odmienną formę i inne wzorce.

Na bazie ogromnego pokosu materiału archeologicznego, paleo-epigraficznego (malowidła jaskiniowe, symbole paleolityczne, starożytne rzeźby etc.), mitologicznego i fililogicznego, Herman Wirth podjął próbę rekonstrukcji pierwotnego systemu kodu kulturowego tej arktycznej proto-cywilizacji. U jej serca położył zrekonstruowany proto-kalendarz, którego ostatnie ślady, jak wierzył, są ustanowione przez skandynawskie runy, które przypisał odległej starożytności. Wirth zaproponował przebadać ten kalendarz, który rejestruje kluczowe momenty roku arktycznego, jako klucz do wszystkich późniejszych wersji mitologicznego, religijnego, rytualnego, artystycznego i filozoficznego dziedzictwa, które kontynuowały i rozwijały ten pierwotny algorytm szlakiem falopodobnych migracji dzierżycieli „kultury Thule” w rejony południowe. Wiele symbolicznych wzorów tego kalendarza, zastosowanych jednak do innych warunków klimatycznych,  w przeciwnym razie krystalicznie wyraźnych w Arktyce, traci swoje znaczenie i racje. Były częściowo przeniesione w nowe rzeczywistości, częściowo zamrożone jako relikty, a częściowo traciły swoje znaczenia lub pozyskiwały nowe.

Po pierwsze i najistotniejsze, zmiana ta wiązała się z zasadniczo nowym rozumieniem podstawowej jednostki czasu: zamiast hiperborejskiego dnia, równego roku, dzienny krąg, znacznie wyraźniej definiowalny w rejonach na południe od kręgu polarnego, stał się miernikiem wydarzeń ludzkiego życia. Co więcej, w związku z przemieszczeniem na południe zmieniły się punkty lokalizacyjne wiosennego i jesiennego ekwinokcjum. Wszystko to zmąciło krystaliczną czystość i prostotę pierwotnej matrycy.

Wirth wierzył, że ta rekonstrukcja świętego kompleksu kultury Thule leżała u serca wszelkich historycznych typów pisma i języka, jak również tonów muzycznych, symbolizmu kolorów, gestów rytualnych, pochówków, kompleksów religijnych itd.

Studiowanie tej kultury ukształtowało podstawę jego prób rekonstrukcji tego, co nazywał „proto-pismem” lub „proto-skryptem” ludzkości. Wirth opublikował wyniki swoich badań w dwóch monumentalnych pracach, Der Aufgang der Menschheit (Pojawienie się ludzkości) [4] oraz Die Heilige Urschrift der Menschheit (Święty proto- skrypt ludzkości) [5], obydwu wyposażonych w ogrom tabel synoptycznych, porównawczych ilustracji wykopalisk archeologicznych, systemów pisma itd.

Nordycki matriarchat

Wirth przyjął pojęcie pierwotnego matriarchatu od Bachofena i przypisał „kulturze Thule” matriarchalną formę cywilizacji. Zasugerował, że wiara, iż płeć żeńska skłania się ku materialności, cielesności, chtoniczności i empirycznym szczegółom jest czystym produktem patriarchalnej cenzury, oraz że matriarchat mógłby być nie mniej, a wręcz bardziej duchowym zjawiskiem niż patriarchat. Wirth wierzył, że społeczności zdominowane przez kobiety i żeńskie kapłaństwo, religie i kulty, reprezentowały bardziej zaawansowane typy kultury hiperborejskiej, które określił „kulturą białych Pań” (weisse Frauen).

Wirth zaprezentował zatem całkiem osobliwy pogląd na związek pomiędzy matriarchatem, a patriarchatem w archaicznej kulturze rejonu śródziemnomorskiego. Z jego punktu widzenia, najbardziej pradawne formy kultury w rejonie śródziemnomorskim to te założone przez nosicieli hiperborejskiego matriarchatu, którzy w kilku etapach zeszli z rejonów podbiegunowych, z Północnego Atlantyku poprzez morze (charakteryzowały ich statki z koniczynami na rufie). Byli to ludzie wymienieni w artefaktach północnego Wschodu jako „ludzie morza” lub am-ru, stąd etniczna nazwa Amorytów. Nazwa Mo-uru, wg Wirtha, kiedyś przynależała do samego trzonu Hiperborejczyków, lecz została przekazana razem z falami migracji tubylców Północy do nowych świętych centrów. Tym falom zawdzięczamy kultury sumeryjską, akadyjską, egipską (której predynastyczne pismo było linearne), hetycko-huryjską, minoańską, mycejską i pelazgijską. Wszystkie te hiperborejskie warstwy były zbudowane wokół figury Białej Kapłanki.

Wg Wirtha patriarchat został sprowadzony przez imigrantów z Azji, ze stepowych obszarów Turanu, którzy zniekształcili pierwotną hiperborejską tradycję i narzucili na kultury śródziemnomorskie dosyć odmienne – niemiłe, brutalne, agresywne i utylitarne – wartości, które kontrastowały (na gorsze) z czysto duchowymi formami nordyckiego matriarchatu.

Zatem u Wirtha mamy następującą rekonstrukcję: pierwotny, duchowy i wysoce rozwinięty typ kultury matriarchalnej hiperborejskich kręgów kulturowych, rozprzestrzeniony z ośrodka podbiegunowego, głównie poprzez morze, sięgający Morza Śródziemnego, obcierający Afrykę i sięgający nawet południowych wybrzeży Azji aż do Polinezji, gdzie kultura maoryjska wciąż nosi ślady pradawnej tradycji Arktycznej. Inne odgałęzienie centrum Mo-uru w Północnym Atlantyku wymigrowało do Ameryki Północnej, gdzie położyło fundamenty kodu kulturowego wielu plemion. Jednym z przedsięwzięć Wirtha była demonstracja homologii pomiędzy tymi dwiema gałęziami, które rozeszły się z kultury Thule – Europejskiej, Śródziemnomorskiej, a dalej Afrykańskiej i Pacyficznej z jednej strony, a północnoamerykańskiej z drugiej [6]

W międzyczasie w kontynentalnej Azji zawiązało się kulturowe pole reprezentujące embrion proto-patriarchatu. Wirth skojarzył tą kulturę z surowym naturalizmem, kultami fallicznymi oraz militarnym, agresywnym i utylitarnym typem kultury, który, jak wierzył, był niższy i Azjatycki. Poświęciliśmy cały oddzielny tom na bardziej szczegółowy zarys poglądów Hermana Wirtha [7]

Znaczenie idei Wirtha dla geozofii

Wiele aspektów niesprawiedliwie zapomnianych prac Hermana Wirtha zasługuje na uwagę w badaniach antropologicznych. Po pierwsze, jego ekstremalnie płodna hipoteza kręgu kulturowego Thule, z reguły porzucana już na początku, bez żadnej starannej analizy jego argumentacji, jest taka bogata, że sama w sobie zasługuje na poważną uwagę. Jeśli taka hipoteza pozwoli na rozwiązanie tak niezliczonych problemów historycznych i archeologicznych związanych z historią symboli, znaków, mitów, rytuałów, hieroglifów, kalendarza, pisma i najbardziej pradawnych poglądów na strukturę przestrzeni i czasu, samo to jest wystarczające do zagwarantowania wnikliwej kwarendy.

Nawet pomimo tego, że prace Wirtha zawierają wiele twierdzeń wydających się albo jednoznacznie błędnymi, albo wysoce kontrowersyjnymi, możemy odsunąć je na bok i podjąć próbę zrozumienia esencji jego teorii, która w naszej opinii jest niezwykle konstruktywną wersją, która poszerza nasze rozumienie epok starożytnych i starożytnej historii ludzkości. Teoria kręgu kulturowego Thule nie musi zostać bezwarunkowo zaakceptowana, lecz niezbędne jest oszacowanie jej interpretacyjnego potencjału.

Po drugie, pozytywna ocena matriarchatu przez Wirtha jest skrajnie interesująca i dodaje wagi sympatii dla Bachofena. Zaiste, mamy do czynienia z interpretacją warunkowo zrekonstruowanej cywilizacji matriarchalnej z pozycji tego, czym jest co najmniej nominalny patriarchat, do którego przywykło nasze społeczeństwo. Wirth proponuje alternatywną interpretację żeńskiego Logosu, próbę ujrzenia Logosu Wielkiej Matki innymi oczami. Jest to również wyjątkowo niekonwencjonalna i urodzajna propozycja.

Po trzecie, W teoriach Wirtha widzimy czyste analogizmy z rekonstrukcjami zarówno Spenglera, jak Frobeniusa. Jeśli Frobenius, a zwłaszcza Spengler przyjmował stronę kultury Indoeuropejskiej (Turanijskiej, Eurazjatyckiej) tj. stronę swoiście przez nich interpretowanego patriarchatu, wtedy Wirth proponuje spojrzeć na rzeczy z perspektywy cywilizacji Białych Pań tj. z pozycji pierwotnej kultury śródziemnomorskiej, która poprzedzała inwazję „ludzi na rydwanach bitewnych”.

Przypisy:

[1] Tilak, B.G., Arkticheskaiia rodina v Vedakh (Moskwa: FAIR-PRESS, 2001). Po angielsku: Tilak, B.G., The Arctic Home in the Vedas: Being Also a New Key to the Interpretation of Many Vedic Texts and Legends (Poona City: Tilak Bros, 1903).

[2] Dugin, A.G., Znaki Velikogo Norda: Giperboreiskaiia Teoriia (Moskwa: Veche, 2008). Angielski przekład wstępu dostępny tu: eurasianist-archive

[3] Wirth, H., Khronika Ura-Linda. Drevneishaiia istoriia Evropy (Moskwa: Veche, 2007). In German: Wirth, Herman. Die Ura-Linda Chronik (Lipsk: Koehler & Amelang, 1933).

[4] Wirth, H., Der Aufgang der Menschheit. Forschungen zur Geschichte der Religion, Symbolik und Schrift der atlantisch-nordischen Rasse (Jena: Diederichs, 1928).

[5] Wirth, H., Die Heilige Urschrift der Menschheit. Symbolgeschichtliche Untersuchungen diesseits und jenseits des Nordatlantik (Lipsk: Koehler & Amelang, 1936).

[6] Pełen tytuł Die Heilige Urschrift der Menschheit  Wirtha sprecyzowuje „po obu stronach Północnego Atlantyku”, patrz przypis 5.

[7] Patrz 2.

Z rosyjskiego przełożył Jafe Arnold na potrzeby https://eurasianist-archive.com

Na polski tłum. <|Vv

Æony – Michael A. Aquino

tos

Michael A. Aquino VI° Świątyni Seta (Temple of Set), California 1979

z: Don Webb – Overthrowing Old Gods (Obalenie Starych Bogów), cz. I, rozdział 2 “Komentarz od Liber Legis

Tak dalece jak większość okultystów jest tego świadoma, odniesienia do eonów zaczęły się od afiszowanego Æonu Horusa, który jak głosił Crowley nastąpił po pierwszym Æonie Izydy (z grubsza obejmującym przedchrześcijańskie pogaństwo), a następnie Ozyrysa (na oko 2 tys. lat chrześcijaństwa). Jako że pojmowanie egipskiej mitologii przez Crowleya było zasadniczo powzięte z perspektywy trójcy Ozyrys/Izyda/Horus, zawiązało to cywilizację Zachodu w ładny, schludny pakunek.

Jak nam powiedziano Crowley był nie tylko odpowiedzialny za sprowadzenie Æonu Horusa, ale również Æonu Ozyrysa – w poprzednim wcieleniu jako Arcykapłan Ozyrysa (i kapłanka Izydy) Ankh-f-n-khonsu. Szczegółowa historia o tym jest opowiedziana w jego pamiętniku z tego wcielenia, “Przekroczenie Otchłani” w Equinox #I-7:

Lecz potężny bóg Thoth, mędrzec, ze swoją głową ibisa i nemyssem w indigo, koroną Atef i feniksową różdżką oraz krzyżem ankh ze szmaragdu, ze swoją magiczną togą w trzech barwach; o tak, Thoth, bóg mądrości, którego skóra jest barwy brunatnego pomarańczu niczym wypalona w palenisku, ukazał się widzialnie nam wszystkim. A stary Magus Studni, którego żaden człowiek nie widział poza jego studnią przez noc sześćdziesięciu lat, znalazł się pośrodku; i zalamentował w głos, mówiąc, “Ekwinocjum Bogów!”

      I przeszedł do wyjaśnienia, jak to się stało, że Natura nie powinna być dłużej centrum ludzkiego kultu, lecz sam człowiek, człowiek w swoim cierpieniu i śmierci, w swoim oczyszczeniu i perfekcji. I wyrecytował Formułę Ozyrysa jak następuje, a nawet jak zostało nam to przekazane poprzez Braterstwo Krzyża i Róży do dnia dzisiejszego…
ch
Crowley w swoich pracach nie wskazuje jak doszedł do tego konceptu “eonów”, ani co dokładnie to oznacza. Jednak odrobina detektywistycznego trudu zabiera nas z powrotem do dni Golden Dawn i książki “Egipska magia”, napisanej przez Florence Farr, Skrybę G.’D.’ w roku 1896. Książka ta, część 10-tomowej serii Collectanea Hermetica, redagowanej przez W.W. Westcotta, zawierała bardzo ciekawy rozdział, zatytułowany “Gnostyczna Magia Egiptu”:

       Rozpatrzmy wpierw esencjalne zasady Gnostycyzmu, które pokrótce są jak następuje:
       Pierwsza – zaprzeczenie dogmatu osobowego, najwyższego Boga oraz twierdzenie najwyższej, boskiej esencji złożonej z najczystszego światła i przenikającej tą bezgraniczną przestrzeń udoskonalonej materii, którą Grecy nazywali Pleromą. Światło to powołało do życia wszechojca i wszechmatkę, których potomkami były eony lub duchy bogów. Innymi słowy najwyższe emituje nous lub boski umysł, a dalej sukcesywne emanacje, każda mniej podniosła od poprzedniej. Boskie życie w każdej staje się mniej intensywne, aż osiągnięta zostaje granica Pleromy, lub pełność Boga. Stamtąd wkracza w byt skaza niedoskonałości, poroniona i wybrakowana ewolucja, źródło materialności i zaczątek stworzonego wszechświata, oświecany przez boskość, ale daleki od jej nieskończoności i perfekcji.

 I tu Gnostycy uważali, że faktycznym władcą i stylistą tego stworzonego wszechświata oraz jego złych i dobrych istot jest Demiurgos, moc wydana z sophii lub mądrości. Niektórzy głosili, że pochodzenie świata wzięło się z pragnienia rozwoju przez dusze, poprzez który mogą ewoluować i wznieść się do boskości.

 Gnostycy mocno wierzyli w teorię cyklów pięcia się w górę i powrotu do ewolucyjnego postępu światów, wieków i ludzi; wznoszenia i upadku duszy; preegzystencji wszystkich ludzkich dusz obecnych w życiu świata; oraz pewność, że wszystkie dusze, które pożądają najwyższego, muszą zstąpić w materię i zostać z niej zrodzone. Byli oni filozoficznymi Chrześcijanami.

 Władza nad kościołem Chrześcijańskim wpadła jednakże w ręce tych, którzy sprzyjali religii emocjonalnej, wyzbytej filozofii, której wyznawcy powinni być powiązani raczej osobistymi więzami ludzkiej sympatii z egzaltowanym męczennikiem i kaznodzieją, niż intelektualnym uznaniem wyższej prawdy.

  Gnostycy sprzeciwili się nauczanemu wówczas kredu, na gruncie niższości kultu bohatera Chrystusa względem duchowej wiedzy boskiego umysłu, którą jak uważali sami głosili.

 Gnostycy byli nieomal powszechnie głęboko przepojeni doktrynami Sokratesa i Platona; zaś religia emocji i pokuty, połączona z moralnymi oczywistościami, nie wydawała im się wystarczająco wysublimowana, aby była godna zastąpienia misteriów religijnych Egiptu, Indii i Persji, teokracji Żydów, czy podniosłych prawd ukrytych w mitach Grecji.

W “Religii Czasów Starożytnych” S.G.F. Brandon komentuje:

      W swoim “Pierwszym Liście do Koryntian” Paweł miał okazję, by skontrastować swoje nauki z tymi innych systemów znanych jego czytelnikom. Czyniąc tak został powiedziony do wyłożenia tej znaczącej własnej relacji: “Albowiem głosimy mądrość wśród doskonałych: lecz to nie mądrość tego świata, ani jego władców, którzy zmierzają donikąd: gdyż głosimy boską mądrość w tajemnicy, nawet mądrość, która była ukryta, którą Bóg ukrył przed światami w naszej chwale: której nie znają żadni władcy tego świata: gdyż gdyby ją znali, nie ukrzyżowaliby Pana chwały” (ii. 6-8)

W naszych oficjalnych angielskich przekładach właściwe znaczenie tego ustępu jest przesłonione w dwóch kluczowych punktach. Greckie słowo przełożone tu jako “świat”, zarówno w liczbach pojedynczej i mnogiej, to aion, który nie oznacza tego fizycznego świata, ani Ziemi, lecz “czas” lub “wiek”.

Sposób użycia zwrotu aion przez Pawła zgodnie tu pokazuje, że myślał on w pojęciach ezoterycznego systemu “wieków światów”, który prawdopodobnie wypłynął ostatecznie ze źródeł irańskich i babilońskich, a który w różnych postaciach był modny w tamtejszej myśli greko-rzymskiej. Następnie słowa przełożone jako “władcy tego świata” (archontes tou aionos toutou) nie odnoszą się, jak powszechnie się zakłada, do Rzymskich i Żydowskich władców odpowiedzialnych za skazanie Jezusa na śmierć. Oznaczają demoniczne istoty, które powiązywano z planetami i wierzono, że władają żywotami ludzi na Ziemi.

Jak Farr i Brandon obydwaj dalej zauważają, Gnostyckie Chrześcijaństwo było postrzegane jako bardzo poważne zagrożenie dla kościoła Chrześcijańskiego i było intensywnie prześladowane. Gdyby to ono przeważyło, 2 tysiące lat mogły rozwinąć się zgoła odmiennie w cywilizacji Zachodu – z nader intelektualnym, filozoficznym i inicjacyjnym charakterem religijnym zamiast nietolerancyjnego, zażartego i ignoranckiego horroru domatycznego Chrześcijaństwa.

Teraz zaczynamy widzieć pojęcie aion w nowym świetle, jeśli wybaczycie mi wyrażenie. Æon Horusa jest nie tylko przedziałem czasu, gdy dominują idee symbolizowane przez Horusa. Jest raczej Ding an sich, noumenem: czymś czysto racjonalnego zrozumienia, a nie postrzeganego przez zmysły.

equinox
z okładki The Equinox III-10

Zatem w tym, co można nazwać sensem Niskiej Czarnej Magii, eon jest po prostu podejściem, które się wybiera lub zostaje uwarunkowanym do zastosowania. Jest to tym, co ma się na myśli mówiąc, że różni ludzie “istnieją w różnych eonach”: że Żyd, Chrześcijanin i Muzułmanin żyją w Æonie Ozyrysa, Wiccanin z Æonie Izydy, a Thelemita w Æonie Horusa.

Adekwatnie, choć eony są “piramidalne” w wytworności, po modzie platońskiej “piramidy myśli”, nie ma żadnego powodu, aby je rozpatrywać jako następujące po sobie w czasie, z każdym jednym wypierającym i wymazującym ten przed nim.

Zatem w sensie NCzM populacja świata kontynuuje przytłaczająco w objęciach Æonu Ozyrysa, wbrew najlepszym intencjom Aiwassa. Æon Izydy jest następnym wpływowym, nadążany przez Æon Horusa. Æon Seta, najwyższy na piramidzie i najtrudniejszy do pojęcia i zagoszczenia, jest najbardziej rzadkim i ulotnym ze wszystkich.

Jak z systemem stopni wtajemniczenia, bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe, byłoby spędzenie całego swojego czasu w “wyższym eonie”. Kiedy troszczymy się o sprawy w profanicznym świecie, jesteśmy zazwyczaj ozyryjczykami, przyglądającymi się z ciekawością i niejasnym przestrachem aktywistom ekologicznym (Izyda), lub awangardowym artystom (Horus). Jednak również doświadczamy przedziałów Izydy i Horusa – a kiedy tego pragniemy, tych unikalnych Æonu Seta.

Crowley, który sugerował, że eony były przedziałami czasu w “katastroficznej sukcesji” – jak przypuszczam w celu bardziej nasilonego awansu Æonu Horusa – przewidywał w Equinox #1-10, że podążając za Æonem Horusa “wyłoni się Ekwinocjum Ma, bogini sprawiedliwości. Może to być sto ludzi dziesięć tysięcy lat od teraz (1913), gdyż przetwarzanie czasu jest tu inne, niż tam.” W roku 1921 w swoim nowym komentarzu do Liber Legis, Crowley spekulował, że następny eon będzie tym Thmaist, rytuału Neofity trzeciego oficera w G.’D.’. Jednak, kontynuował, “przewidywanie jakichkolwiek szczegółów odnośnie następnego eonu po tym może być aroganckie.

stela2
Stela Seta

Jest to zasadniczo również moje podejście. Jako Magus Æonu Seta, jestem niejako Okiem w tym szczególnym trójkącie (lub lśniącym Trapezohedronie). Jedynym, kto na pewno wie, czym będzie następnie poczęty, jeśli zaiste powinien być taki, byłby Magus lub Maga która Wymówi jego słowo.

Powyżej poczyniłem odniesienie do eonów w sensie NCzM. Jest również “sens Wysokiej Czarnej Magii”:

Widziany poprzez szkła WCzM, eon jest faktycznie żyjącym bytem, w którym jego wtajemniczeni są “komórkami”. Oto sekret sprowadzony przez Gnostyków ze starożytności, który tak przerażał Chrześcijańskich dogmatyków. “Bóg” eonu jest zatem istotą totalnej magicznej i filozoficznej energii istot materialnych, będących inicjowanymi tego eonu, tj. świadomych, że są “składowymi boga”. [Czy zaczynasz teraz dostrzegać starożytne korzenie heglowskiego konceptu “nadumysłu?]

Rozumiana w tym sensie praca WCzM jest sposobem “części sięgających po kontakt, doświadczenie i/lub ekspresję “całości””. Oto dlaczego prawdziwa WCzM nie jest nawet w najmniejszym stopniu jak “modlitwa” praktykowana przez profanów. Nie jest też zaledwie medytacją, w której umysł medytującego jedynie rozciąga się do własnych granic. Jest największą tajemnicą i największym spełnieniem unikalnej egzystencji.

Kiedy Æon zostaje zrozumiany w ten sposób, ogromna liczba zasłon opada i ogromna liczba misteriów tego, czym jest magia i dlaczego działa zostaje ujawnionych, i zaiste całe “dlaczego” ludzkiej świadomości zostaje wyjaśnione. Aby to spostrzec potrzebujesz tylko gnozy. Nie martw się, jeśli jej nie osiągniesz natychmiastowo. Ona tam jest; i gdy będziesz gotowy dla niej, ona będzie gotowa dla ciebie.

tłum. 01.02.2019 <|Vv / not

po dalsze lektury zaleca się zajrzeć m.in. na Xeper.Org

Louis Wain | wiersz na odwrocie

wain

Jestem źródłem nicości
Przybyłem na świat by spróbować być pełnią stworzenia
Powiedziano mi, że świat się obraca
Powiedziano mi że świat obrócił się w sny
Obudziłem się w prawdzie
Byłem nicością
Nicość się nie obraca
Nie widziała, nie odchodziła, nie nadchodziła
Źródło zostało stracone dla światłości świata
Nadeszło i bezradne, nie miało szans by obdarować
Śniło sen, którego nic nie było w stanie przerwać
Sen powoduje otwarcie oka
Oko było nieobecne
Spoczywało
Nie otworzyłoby się, gdyż było nicością
Drzemka trwała
Przekroczyła granicę
Granicy nigdzie nie było
Spoczynek był na końcu
Cudowność stała się rezultatem
Coś postanowiło odnaleźć otwarcie dla nicości, by przybyła do życia
Życie stało się więc nieobecne
Nic się nie zachowało, koniec będący stanem niemożliwym, przeszedł w nicość
Koniec się skończył
To nie dało szansy na zakończenie końca
Był on nicością
Światło Boga miało zakończyć zło wszelkiego zła nicości
zła nicości umarły
Zła nicości mogą tylko raz jeszcze nadejść

wainz

tłum. <|Vv – not i Witol

Inny gość. Twórczość Tomka “Lato” Babierackiego

pro6
Roussas – z cyklu Prowansja
rytm
Kolaż – Rytm

Urodzony 1976 r. w Działdowie. Malarstwem zajmuje się od 97 r., gdy zaczął malować pod okiem prof. Wojciecha Cieśniewskiego. W latach 2002-2007 studia na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Wydziale Malarstwa w pracowni prof. Mariana Czapli i prof. Jarosława Modzelewskiego. Dyplom z malarstwa u prof. M. Czapli, aneks-specjalizacja ztom grafiki warsztatowej (litografia) u prof. Władysława Winieckiego. Dyplom teoretyczny w Międzywydziałowej Katedrze Historii i Teorii Sztuki- u dr. hab. Anny Lewickiej-Morawskiej. Udział w ponad 30 wystawach. Obecnie mieszkaniec Krakowa.

Tomek o sobie:

Prace są różnorodne, gdyż powstały w różnych okresach poszukiwań malarskich, jak i życiowych, co jest ich jednak pewną cechą wspólną. Łączą je te same uczucia i emocje, będące odpowiedzią na zewnętrzne bodźce, czy wewnętrzne przeżycia i doznania.
Zaobserwowana natura jest impulsem do wygenerowania czy wyabstrahowania nowej rzeczywistości na obrazie. Natura przetworzona przez okresowe nastroje, do których można zaliczyć emocje, to istotny łącznik prac mimo zróżnicowanego tematu, czy techniki.
Dyplom malarski oraz aneks z litografii i teorii były spójne. Wszystko było na kanwie (życie, twórczość) Michała z Działdowa, twórcy z Krakowa z XV wieku. Przez 5 lat kopałem w jego życiu.
Jako najlepszą obecnie formy mej wypowiedzi malarskiej uważam malowanie od paru lat techniką farb olejnych na płótnie. Ekspresja to coś, co najlepiej mnie określa. Lubię mawiać -“obrazy nie tylko się ogląda ale i czyta”.

mlyn.jpg

Wiatrak – ostatnie płótno z holenderskich wojaży

37915800_10209644531550626_1923435661096910848_n

Red Central

cyr

Cyrograf – bodaj najdłużej malowany przez Tomka obraz

37921576_10209645913145165_5562868511094603776_n

Inny gość

221622_1509427156173_7722602_n

Ofiara Abrahama – kolaż wykonany na podstawie szybkiego szkicu Rembrandta

189448_1452755739423_7479605_n

Olej-  “Kuszenie”, na kanwie Michała z Działdowa

182089_1440040061539_5166281_n

Kolaż-“Głowa orientalna“, wg. miedziorytu Rembrandta.

190767_1445740484046_4086561_n

Olej- “Niesienie krzyża” – inspirowane twórczością Michała z Działdowa

182661_1440047661729_8326056_n

Uwaga Autoportret

wsp

Wielka śpiąca
Agnieszka zm. 6.02.2008

183043_1443223981135_1429673_n.jpg

Rysunek- “18-39“, inspirowany kobietami z dwudziestolecia międzywojennego

182069_1440049021763_5053643_n

Olej- “Pożegnanie Muua“- inspiracja to pożegnanie dziewczyny zmarłej w tragicznych okolicznościach.

37907781_10209644472149141_8137117581552123904_n

Olej- “Fandango

dziew

olej -wg Vermeera ,”Dziewczyna z perłą”? może czytająca list………..

190767_1445740404044_423829_n

Olej- “Cefalu“, Sycylia.

Peste Noire – Split Peste Noire

pestenoire
CD La Mesnie Harlequin 2018

Frankijskie huligańskie knury wiedzione przez zbira ksywą Famine przynoszą płytę opartą na Zadzierżyzmie i Straceńczyzmie (zmechanizowany zadzierżyzm i straceńczyzm drogą do pomnożenia prądu), a może zarazem cegłę w okno kapitalistów i ognisko ze stosu dokumentów łżedemokrackich, na pohybel skłamanemu światu.

Niezrównoważony, brudny głos wokalisty okraszający drapieżnicze nuty sprawia, że ta muzyka czyni w społeczeństwie to, co wirtualnie czyni gówno, które wybija z kanalizacji, albo zwłoki – przypomina o strachu biorącym się z brudu, o słusznym lęku związanym z podświadomym łańcuchem matrycy, albo to przeczucie świńskiego skrzeku gdy czerwień zrobi gardła. Wokal(ista) jest tak stuknięty, że brzmi jak świr wizjoner nierealnej rewolucji.

Afera wokół odchyleń stylistycznych na “hardkor rapowej” albo degenerackiej połowie albumu jest dla głuchoniemych. Kto ma uszy nie ma o co się przyjebać. Jak powyżej, tak i poniżej. Ciemna, chtoniczna strona zbiorowej podświadomości indoeuropejskiej ma tu coś do powiedzenia. Ciekawa eksploracja.

Powiedziawszy co powyżej, Peste Noire miewało bardziej porywające za serce (i inne części organizmu) — na pewno gitarowo, bo to jakby ich wokalny album – momenty. “Aristocrasse” to potencjalnie zarzewie albo świtanie czarnego płomienia rewolucji. Oglądane na ciemnym ekranie w małym kinie, gdzie zza okna otwartego na którąś europejską noc dochodzą dżwięki bitych szyb i wybuchających koktajli mołotowa oraz śpiew radości wydobyty z rasy ludzkiej pod podstacią krzyku.

Kto odgadnie jakie Famine i Thuleseeker snują wzije na sylwestra? A tymczasem gołąbek pokoju nakrapia wam brew spopielonym kadrem w szarości i dokonuje się sen obcego nad bladą ziemią.

 

Sacrum i architektura rzeczywistości

Roch Witczak

W ostateczności różnica pomiędzy człowiekiem tradycji, człowiekiem autentycznie religijnym, a człowiekiem współczesnym czy też nowoczesnym zasadza się na tym, iż ten pierwszy ma naturalną, zgoła odruchową zdolność do poruszania się w tym specyficznym wymiarze ludzkiego życia, jakim jest sfera sacrum.
Oczywiście wiemy od Oliviera Messiaena, że “nie ma prawdziwej muzyki świeckiej ani prawdziwej muzyki świętej, lecz jedynie rzeczywistość widziana z dwóch różnych stron” – ale w takim razie możemy po prostu mówić, jeżeli tak będzie wygodniej, o umiejętności oglądania rzeczywistości od strony sacrum.
Co ciekawe, zarysowanej na początku różnicy (nawet jeśli jest ona tylko uproszczeniem) nie należy utożsamiać z dychotomią wierzący – niewierzący czy nawet pobożni – obojętni. W dzisiejszych czasach spotkać można wielu ludzi, którzy niewątpliwie wierzą w Boga, a nawet praktykują konkretną ścieżkę religijną, a mimo tego nijak nie dałoby się ich przypisać do kategorii człowieka tradycji (w rozumieniu autorów takich jak choćby Eliade). Mało tego: ludźmi tradycji niekoniecznie są nawet świadomi tradycjonaliści – niezależnie od tego, czy mówimy o integrystach w łonie danego wyznania, czy o tradycjonalistach “ponadkonfesyjnych”. W przypadku wielu z nich przylgnięcie do sakralnego obrazu świata jest trochę sztuczne, może nawet wymuszone, wynika z pewnej racjonalnej decyzji, jest wreszcie czymś, na co osoby te są w stanie spoglądać z dystansem, z zewnątrz. Tymczasem dla człowieka przednowoczesnego, a więc w pełni tradycyjnego, spoglądanie na świat przez pryzmat sacrum jest czymś oczywistym, wpojonym od małego, instynktownie przychodzącym na myśl, często wręcz nieuświadomionym. Aborygen w Australii, kultywujący obrzędy dane przez mitycznych przodków w Czasie Snu nie wie przecież, że reprezentuje “mentalność przednowoczesną” czy “mityczną wizję rzeczywistości” – chyba że zapisał się na uniwersytet założony przez przedstawicieli cywilizacji nowoczesnej. Nierzadko jednak taki krok będzie niczym zerwanie jabłka z zakazanego rajskiego drzewa.

11
Ale czym właściwie jest ta sfera sacrum? Ogólnie rzecz biorąc, na rzeczywistość i nasze życie spoglądamy zawsze z kilku czy kilkunastu podstawowych punktów widzenia. Albo też: ma ona kilka różnych wymiarów. Dla przykładu, istnieje wymiar gospodarczy: produkcja żywności, odzieży i wszelkich innych dóbr. Istnieje wymiar polityczny, a więc poziom, na którym rozpoznajemy wrogów i przyjaciół publicznych, organizujemy się we wspólnoty, dbamy (lub nie) o dobro wspólne, toczymy kolektywne konflikty. Jest też miejsce dla nauki, która pozwala nam poznawać świat (zarówno materialny, jak i idealny, vide matematyka) oraz dla sztuki. Ta ostatnia zaspokaja nasze potrzeby estetyczne, przez co należy rozumieć osiągnie pewnej szczególnej przyjemności i poczucia spełnienia na poziomie emocjonalnym, a po części i fizycznym. Wielu powiedziałoby nawet, że sztuka zaspokaja potrzeby duchowe. Takie postawienie sprawy nie jest samo w sobie niczym złym, jakkolwiek pojęcia “ducha” i “duchowości” nierzadko nadużywa się w tym kontekście. Mniejsza jednak o to, przejdźmy do sfery religii, sfery sacrum.
Otóż dla człowieka tradycyjnego jest to po prostu odrębny, szczególny, inny wymiar życia i całej rzeczywistości – albo też specyficzny sposób spoglądania na nią. W istocie sposób ten jest priorytetowy względem innych, ale o tym za chwilę. Na razie istotne jest dla nas to, że dla człowieka tradycyjnego wymiar ten w zasadzie nie jest redukowalny do innych. To znaczy: ma wartość samą w sobie. Oczywiście, nierzadko prości ludzie, zwłaszcza w religiach pogańskich, a przynajmniej, gdy są one w fazie moralnego i doktrynalnego rozkładu, traktują sferę sacrum ściśle użytkowo, licząc na banalne korzyści doczesne w zamian za ofiary i modły. Jest to raczej myślenie magiczne, ale jeśli spojrzymy pod powierzchnię, to przekonamy się, że myślenie takie pokonywano wszędzie tam, gdzie na bazie religii wykwitła głębsza metafizyka. Co więcej, nawet prości ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że to wszystko nie jest takie proste – i że wiele działań na płaszczyźnie sacrum albo nie daje automatycznie namacalnych skutków, albo nawet nie ma ich dawać i nie temu służy.
Ta nieredukowalność nie powinna nas zaskakiwać. Dlaczego miałaby? Czy gospodarkę uzasadniamy poprzez sztukę? Czy upieramy się, że sztuka jest funkcją gospodarki? Czy twierdzimy, iż nauka powstała, by służyć polityce? Czy może twierdzimy, iż polityka w ostatecznym rozrachunku sprowadza się do gospodarki lub nauki? Oczywiście nie (jakkolwiek istnieją takie redukcjonistyczne teorie – niemniej nie trzeba ich podzielać i zresztą mało kto upiera się, iż stanowią one jedyne możliwe wyjaśnienia obserwowanych zjawisk). Zadziwiające więc, że tak łatwo przychodzi nam uzasadnianie religii poprzez sprowadzanie jej do tych innych wymiarów: religia jako narzędzie kontroli politycznej, religia jako pretekst do uniesień estetycznych etc. Naturalnie szczegółowe omówienie tego zagadnienia wykraczałoby poza ramy niniejszego, krótkiego przecież artykułu. Dość powiedzieć, że wielu myślicieli – jak choćby Eliade czy Otto – w rozmaity sposób uzasadniało ową nieredukowalność, analizując zarówno doktryny, jak i ich ewolucję w historii.
Jeśli mówimy o “działaniach na płaszczyźnie sacrum”, to mamy oczywiście na myśli rytuał, mit i symbol. Z perspektywy człowieka otwartego na sacrum rzeczywistość jest jakby wielką budowlą, w której istnieje komponent fizyczny i komponent duchowy, a oba łączą się w skomplikowaną konstrukcję architektoniczną. Widać to w rozmaitych starożytnych kosmologiach tudzież w analizach rzeczywistości niebiańskiej (chóry anielskie u Dionizego Areopagity). W szczególności rzeczywistość materialna odzwierciedla w pewien (niedoskonały) sposób plan duchowy, a działania podejmowane w życiu codziennym pozwalają na współuczestniczenie w wymiarze metafizycznym. Ten sposób myślenia jest zupełnie obcy człowiekowi współczesnemu, dla którego rzeczywistość w zasadzie nie ma jakiegoś szczególnego sensu. A jeśli nawet ma, jeśli nawet ów współczesny człowiek jest “wierzący” i zakłada istnienie Opatrzności, to i tak należy ten sens ściśle oddzielić od innych płaszczyzn postrzegania świata: stąd w nowożytności po prostu nie wolno wplatać metafizyki do science albo przenosić perspektywy religijnej na grunt polityczny.

12
Ks. Jerzy Grześkowiak, zresztą daleki tak od integryzmu katolickiego, jak i od tradycjonalizmu w sensie, nazwijmy to, “eliadowskim”, trafnie opisuje różnicę pomiędzy tradycyjnym i współczesnym postrzeganiem świata:
“Człowiek starożytny wszędzie w całej rzeczywistości odnajdywał symbole bóstwa. Myśląc kategoriami metafizycznymi we wszystkich rzeczach na podstawie analogii odkrywał ślady świata duchowego i Transcendencji. Natomiast człowiek ery technicznej całą otaczającą go rzeczywistość ujmuje tylko racjonalnie i funkcjonalnie. Charakterystyczną cechą tzw. mentalności technicznej jest ujmowanie i wartościowanie wszystkich zjawisk w kategoriach użyteczności i skuteczności. Nie ma dziś zrozumienia dla spraw, które nie przynoszą bezpośrednio korzyści, a tym bardziej dla zagadnień metafizycznych. Postawę wyrażającą się w pytaniu “dlaczego?” wyparła postawa pozytywistyczna stawiająca na pierwszym miejscu pytanie “jak?” i “co mi to da?”. Człowiek dziś nie chce już wmyślać się w rzeczy, lecz pragnie je mieć i używać. Dawniej zdawano sobie sprawę, że każda rzecz coś “mówi”, że wyraża jakiś apel, zobowiązanie. (…) Fakty materialne traktowano jako przekaźniki poselstwa międzyosobowego”
Nawet jeśli ten obraz “człowieka starożytnego” jest nieco wyidealizowany, to jednak istota dychotomii została oddana właściwie. Jednym z kluczowych pojęć jest tu np. symbol. Dla człowieka starożytnego esencjonalne było posługiwanie się symbolami – przy czym znaki owe były nie tylko skrótami myślowymi, jak dziś “gołąbek pokoju”. Były raczej łącznikami z rzeczywistością
metafizyczną, nawet jeśli łączność ta bardziej niż przez ratio odbywała się przez gnozę i intuicję (ale niekoniecznie przez emocje i sentymenty, nie mylmy tych rzeczy). Kardynał Danielou w swoim epitafium dla Renata Guénona pisał tak: “Nauka powiększa wymiary klatki, w której uwięziony jest umysł człowieka, ale nawet cała nauka świata nie wyzwoli człowieka z niej. Ale przy intuicyjnym postrzeganiu symbolizmu umysł wydostaje się z rzeczywistości materialnej, aby dotknąć innej rzeczywistości, zewnętrznej: to jest powiększenie, uwznioślenie ducha.“²
Oczywiście trzeba te różne oglądy rzeczywistości stosować właściwie: to inna sprawa. Dla przykładu, tak jak współczesny człowiek jest ślepy na metafizykę, tak i niektórzy niewcześni odtwórcy myślenia tradycyjnego zatracają różnicę pomiędzy poziomem duchowym a poziomem materialnym i próbują (w sposób na ogół nieudolny) przenosić kategorie mityczne na historię, geografię czy kosmologię. Stąd biorą się ci, którzy literalnie wierzą, że Ziemia nie tylko jest, ale wręcz musi być nieruchoma i położona w geograficznym centrum Wszechświata, bo inna jej pozycja rzekomo kłóciłaby się z metafizyczną prawdą o powołaniu człowieka i jego roli jako korony stworzenia. Inni sądzą z kolei, że takim zgrzytem na linii przyrodzoność – transcendencja byłaby już sama kulistość Ziemi. Należy być ostrożnym przy tego rodzaju teoriach: o ile bowiem wypada docenić i kultywować metafizyczne rozważania alchemików czy kabalistów (przynajmniej te, które mieszczą się w ortodoksji), o tyle dość niedorzecznym pogaństwem i czarownictwem byłaby próba rekonstrukcji chemii w oparciu o teorię żywiołów, podobnie jak analizowanie odległości między obiektami kosmicznymi (a tym bardziej sensu wydarzeń historycznych) na podstawie numerologicznych rozważań gematrii.
Wróćmy do symboli. Uwagi podobne do tych, które już cytowaliśmy, poczynił także Jean Hani w swojej wybitnej “Symbolice świątyni chrześcijańskiej”. Przytoczmy dłuższy fragment:
Chodzi o to, że dzisiejsza mentalność nie dysponuje takimi wyobrażeniami kosmologicznymi, które pozwoliłyby uchwycić te postacie symboli, brak nam odpowiedniego “obrazu świata” czy “systemu świata”, jakby powiedział Duhem. Człowiekowi współczesnemu świat jawi się jako zlepek zjawisk, podczas gdy dla człowieka tradycyjnego – na Zachodzie mniej więcej do czasów Kartezjusza – świat stanowił organizm harmonijny i zhierarchizowany, którego chrześcijańską formułę znajdujemy u Dionizego Areopagity, a ten z kolei odsyła nas do Platona. Współczesna koncepcja świata jest czysto kwantytatywna, świat jest postrzegany jako energia i materia produkująca zjawiska, a w konsekwencji “klucz” do świata pozostaje nieosiągalny. Nauka współczesna wyczerpuje się w odkryciach, niewątpliwie spektakularnych, które jednak nie dają nadziei na prawdziwe wyjaśnienie rzeczywistości.
W koncepcji tradycyjnej – jakościowej – w mniejszym stopniu bierze się pod uwagę zjawiska siły i materii, w większym natomiast stopniu uwzględnia się wewnętrzną strukturę świata, jego duchową architektonikę, wywiedzioną z metafizyki, przede wszystkim Platona, podjętej i przyswojonej przez pierwszych Ojców Kościoła. W tej ostatniej wizji świata, czyli kosmologii, quasi duchowa jedność wszystkich części Kosmosu pozwala odkryć analogie i odpowiedniości między poszczególnymi jego elementami, a następnie między owymi elementami oraz ich ontologicznym modelem, który znajduje się w Bogu i według którego Bóg je stworzył, urzeczywistnił w porządku przestrzennoczasowym. Na tym opiera się symbolika kosmologiczna, rozwijająca się na dwu hierarchicznych poziomach: symboliki części wobec całości wszechświata oraz – na planie wyższym – symboliki uniwersum i jego części wobec świata boskiego. “Każda rzecz w każdej ze swych właściwości – pisze św. Bonawentura – ukazuje boską Mądrość i ten, kto pozna te właściwości bytów, zobaczy Ją jasno. Wszystkie stworzenia świata widzialnego prowadzą nas do Boga: bo są one cieniem, wizerunkiem, śladem, obrazem, przedstawieniem Przedwiecznego, Mądrości, najwyższej Zasady wszystkiego; są obrazem Źródła i Światła, wiecznej Pełni, suwerennego Archetypu: są znakami danymi nam przez samego Boga.
(…)
Dla człowieka tradycyjnego, uczestniczącego całym swoim jestestwem we wszechświecie organicznym i hierarchicznym, ta sytuacja nie przedstawiała żadnej trudności: symbole kosmologiczne – klucz do symboli teologicznych – przyjmował on jako obecne i oczywiste, jakkolwiek niemal zawsze implicite, w wytworach sztuki. Dla człowieka współczesnego już one nie istnieją i należy je dla niego ożywić
Widzimy więc, że dla człowieka tradycyjnego współczesny mieszkaniec Zachodu jest tak jakby pozbawiony pewnego zmysłu, ślepy na oczywiste doświadczenie sacrum. Z drugiej strony, ów człowiek nowoczesny ma jednak, przynajmniej potencjalnie, wszelkie narzędzia niezbędne do tego, by się otworzyć: posiada ciało, duszę i pneumę. Stąd też jego ignorancja jest częściowo zawiniona, a w każdym razie – naprawialna.
Wydaje się to aroganckie, ale wyobraźmy sobie, że spotkalibyśmy kogoś, kto jest absolutnie nieczuły na muzykę (lub sztukę w ogólności). Kogoś, dla kogo ów wymiar rzeczywistości w ogóle nie istnieje, kto demonstracyjnie upiera się, że oglądanie figur wymalowanych farbami naniesionymi na płótno jest czymś frontalnie niedorzecznym, podobnie zresztą jak słuchanie abstrakcyjnych kompozycji dźwiękowych wygrywanych przy pomocy dziwnych urządzeń (takich jak skrzypce) czy śledzenie poczynań ludzi udających na deskach scenicznych, że są kimś innym niż są naprawdę. Do tej listy człowiek ów dorzuciłby jeszcze np. czytanie o przygodach wymyślonych postaci, a szczególne ostrze swej krytyki wymierzyłby w pomysł stylizowania języka w nietypowy, niecodzienny sposób na potrzeby czegoś, co my nazywamy “poezją”, a co dla niego jest nonsensem nie dającym żadnego pożytku. Niewątpliwie taka osoba wydałaby się nam przypadkiem bardzo smutnym, pozbawionym jakiejś elementarnej wrażliwości. Trudno byłoby nam z nią polemizować, bo prędzej czy później musielibyśmy niczym w owej słabej powiastce Gombrowicza zapewniać naszego rozmówcę, że ta czy inna rzecz “zachwyca”. Byłoby to dla nas irytujące – zwłaszcza zaś, gdybyśmy mieli podstawy sądzić, iż postawa tej osoby nie wynika tak naprawdę z jakiegoś fizycznego upośledzenia, ale z przyjętej arbitralnie ideologii, z pewnego zacietrzewienia.
Otóż bardzo podobnie z perspektywy człowieka tradycyjnego prezentuje się człowiek współczesny, zwłaszcza ateista czy agnostyk, ale niekoniecznie nawet. Jest on kimś, kto nie dostrzega elementarnych sensów i porządków, widocznych w rzeczywistości materialnej; i kimś, kto nie rozpoznaje podstawowych struktur na planie metafizycznym, który to plan zresztą z założenia neguje. By posłużyć się analogią matematyczną (to oczywiście tylko analogia!): człowiek tradycji jest jak matematyk, który (lepiej lub gorzej, ale jednak) w zastanym materiale rozpoznaje zawieranie się jednych zbiorów w drugich, relacje między ich elementami, szczególne klasy funkcji, rozmaite struktury algebraiczne i ich własności topologiczne; człowiek współczesny jest jak ktoś, kto widzi jedynie przypadkowe, oderwane od siebie punkty czy liczby – a nawet jeśli lokalnie dostrzega jakieś zależności, to za nic w świecie nie chce przyznać, iż może to wynikać z pewnych bardzo ogólnych zasad, przenikających całość rzeczy.
Wszystkie te uwagi można jednak w pewien sposób skontrować. Być może bowiem sfera religijna, sfera sacrum jest jakimś odrębnym wymiarem rzeczywistości czy choćby sposobem jej postrzegania – ale czy ten wymiar do czegoś służy? Powiedzieliśmy bowiem, iż ma on wartość samą w sobie, po czym zasugerowaliśmy, że podobnie myślimy o polityce czy gospodarce. Ostatecznie jednak polityka, gospodarka, nauka czy sztuka sprowadzalne są do pewnych poziomów tak bardzo intuicyjnych, że niemal aksjomatycznych: traktowanych przez większość z nas jako nieusuwalne, konieczne i oczywiste. Dla przykładu, gospodarka w ostatecznym rozrachunku służy bardzo prostej kwestii przetrwania: musimy coś jeść, musimy gdzieś mieszkać i na ogół potrzebujemy też ubrań, by nie zginąć. Z polityką jest podobnie: aby przeżyć, aby nie egzystować w chaosie, łączymy się we wspólnoty i przyjmujemy pewne prawa rządzące tymi wspólnotami. Sztuka koi nasz ból, uwzniośla nas, a w najgorszym razie – mile łechce, co jest po prostu miłe. Nauka albo zaspokaja nasze ambicje (racjonalne czy nie), albo służy w pośredni sposób np. gospodarce. Żadnego z tych wymiarów rzeczywistości nie uprawiamy więc wyłącznie dla niego samego, trudno byłoby nam sobie nawet wyobrazić, co miałoby to znaczyć. Oczywiście powyższe rozumowanie da się prosto obalić, mianowicie poprzez skrajny sceptycyzm: moglibyśmy zapytać, dlaczego właściwie chcemy przetrwać, dlaczego wolimy żyć niż umrzeć z głodu i zimna, albo czemu miłe uczucia miałyby być lepsze od niemiłych? Ten sceptycyzm na poziomie rezolutnego, ale rozkapryszonego siedmiolatka pozwolimy sobie jednak pominąć, bo – jak wiadomo – bez aksjomatów nigdzie się nie dojdzie.
Zatem – jaki jest sens “wykonywania czynności w sferze sacrum”? Co daje nam modlitwa, co daje nam rytuał, jaka mądrość płynie z mitów, czemu służy spoglądania na rzeczywistość poprzez pryzmat drabiny bytów, epatowanie diagramami sfer niebieskich, ozdabianie ścian symbolami teologicznymi i kosmologicznymi czy budowanie kościołów według licznych zasad świętej geometrii? Skoro nie chodzi literalnie o wyproszenie u bogów deszczu czy prezentów pod choinkę, skoro mamy prawo sądzić, iż Słońce wzejdzie jutro nawet, jeśli dziś nie wyrwiemy serc kilkuset nieszczęśnikom(IV), to po co robić to wszystko?
W jednym z cytatów, które zamieściliśmy w tym tekście, pojawiła się sugestia, iż człowiek współczesny patrzy na wszystko z perspektywy korzyści praktycznej. Kontekst tego był jasny, trzeba jednak odnotować pewien (pozorny) paradoks. Posłużmy się kolejnym fragmentem, tym razem z Anandy Coomaraswamy, indyjskiego metafizyka, geologa i historyka sztuki tradycyjnej: “Metafizyka różni się od filozofii także i tym, że ma czysto praktyczny cel“(5). Tym celem, dopowiedzmy, jest – ujmując rzecz najbardziej ogólnie – wyzwolenie człowieka i jego powrót do Boga, do Absolutu, do ostatecznego porządku rzeczy. To wyzwolenie postrzegać można co najmniej na dwóch poziomach: pierwszy jest doczesny, drugi pozagrobowy. Na tym pierwszym chodzi o to, by w miarę możliwości uniezależnić swoją stronę duchową od atakujących ją z każdej strony skalań psychicznych i fizycznych. Z tego powodu religie kładą tak duży nacisk na rozmaite praktyki rytualne oraz ascetyczne (np. postne), ćwiczące tężyznę fizyczną, wolę, spokój czy nawet świętą obojętność. Chodzi o to, by dotrzeć do pneumy, do owej “iskierki duszy”, opisywanej przez Eckharta, do natury Buddy, skrytej niczym jądro Jowisza pod burzą nieustannych rozproszeń. Już samo to daje inną perspektywę na rzeczywistość, co zresztą widać w spokoju i wielkoduszności, które emanują ze świętych mężów. James Cutsinger, prawosławny religioznawca, zwykł wspominać, że w obecności Martina Lingsa(VI) po prostu można było uwierzyć w Boga.
Poziom drugi, a właściwie drugi etap – to ten pozagrobowy. Jest nim zbawienie duszy, a zatem wyzwolenie ostateczne, do którego to doczesne jest jedynie wstępem. Wstępem wszelako koniecznym, a do tego wymagającym właściwej intencji (nie chodzi bowiem o to, by ćwiczyć się w ascezie jedynie dla czczego ekscytowania się uzyskaną w ten sposób odpornością psycho-fizyczną). Ponieważ wierzy się(VII), iż rytuały, mity i symbole faktycznie umożliwiają kontakt z rzeczywistością pozadoczesną (VIII), a nawet w pewnym sensie czy zakresie operują w tej rzeczywistości, to logiczną konsekwencją jest ich wypełnianie (przy równoczesnym wypełnianiu nakazów moralnych). W ten sposób realizuje się powołanie i odzwierciedla wzorzec zapisany nie tyle nawet u zarania dziejów, ile poza czasem (w “Czasie snu”).
Rzecz jasna scenariusz zbawienia kontrastowany jest przez scenariusz potępienia, a więc pozostania w obszarze ignorancji i powtarzania się owych skalań, o których była mowa. Niewątpliwie w obliczu tego “kurs na zbawienie” zdaje się czymś oczywistym. Z drugiej strony, nawet jeżeli pominiemy grozę kary wiecznej, to i tak tropem dla osoby niereligijnej powinno być samo to, że rzeczywistość doczesna, w tym nasze życie (fizyczne, emocjonalne etc.) jest pod wieloma
względami niedoskonała i męcząca. W tym sensie droga religii, medytacji i kontemplacji (IX) jest zupełnie zrozumiała i wręcz praktyczna. Trzeba jednak pamiętać, że z perspektywy człowieka tradycyjnego droga ta jest w ostatecznym rozrachunku duchowa i tak należy rozumieć tę “praktyczność” – nie zaś jako zestaw ćwiczeń poprawiających koncentrację i dających odporność na głód. To wyzwolenie, o którym mowa, jest nie tylko wyzwoleniem z materialnych i emocjonalnych niedoskonałości, ale i z ignorancji. Odrębną kwestią, której nie będziemy tu dyskutować, jest przekazywalność doświadczenia o tym wyzwoleniu. Wydaje się, że pomimo całej apologetyki myślenia w kategoriach religijnych, uprawianej przez Greków, chrześcijan czy Hindusów, ostateczne przejście wymaga aktu woli, samodzielnego przekonania się – ale nie na zasadzie “sprawdzania” (jak jeden ze współczesnych nowych ateistów, który etapami “praktykował” kilka religii po kolei) lecz raczej pragnienia i zaufania. Czy dla mistyka lub choćby człowieka tradycyjnego świata jest inny niż dla mechanicznego materialisty? W pewnym sensie tak, w pewnym nie (paradoks recepcji świata po doświadczeniu zen). Kluczowe jest to, że on wie.

Swoją drogą, to właśnie fakt, iż działania w sferze sacrum odnoszą się do wyzwolenia i do zbawienia, a więc do tego, co finalnie rozgrywa się w Wieczności, a nie w czasie, powoduje, iż sfera ta jest priorytetowa względem pozostałych. Innymi słowy, to nie religia powinna być przeniknięta artystycznym estetyzmem, polityczną ideologią czy koncepcjami zaczerpniętymi z science, ale raczej sztuka winna odzwierciedlać prawdy metafizyczne, metodologia nauk bazować na solidnym metafizycznym fundamencie, zaś życie polityczne być przeniknięte wartościami wyprowadzonymi z religii (wbrew pozorom nie chodzi tu tylko o prawidła moralne). Jest to zrozumiałe: pozostałe wymiary odnoszą się albo do tego, co tymczasowe i przemijające, albo do tego, co niższe (jak fizyczność i psychika są poniżej pneumy). Z tego powodu społeczeństwa tradycyjne są ufundowane na metafizyce. Ta zaś metafizyka ma związek z religią, ponieważ, jak mówił ks. Rama Coomaraswamy: “(…) nie ma mowy o różnicy pomiędzy metafizyką a teologią”. Sens tego jest taki, że poprzez teologiczny wyraz prawd dociera się do metafizyki. Nawiasem mówiąc, owo ufundowanie społeczeństw ma niewiele wspólnego z chaotyczną, nachalną dewocją czy bigoterią, nie mówiąc o religijnym sentymentalizmie typowym dla rozmaitych new born christians czy ruchów new age. Przede wszystkim ta konstrukcja nie jest chaotyczna i przypadkowa. Przeciwnie, każda funkcja społeczna (zawodowa, rodzinna, stanowa etc.) ma swoje miejsce i swój wyższy wymiar, czego wyrazem jest na przykład przyjmowanie patronów przez cechy rzemieślnicze. Nie jest to więc jakieś “notoryczne gadanie o Jezusie”, a raczej nałożenie na społeczność pewnych ram, uformowanie jej w strukturę, która – mniej lub bardziej, czasem poprzez formy nader ścisłe, niekiedy w sposób bardzo ogólny, to już zależy m.in. od konkretnej cywilizacji – odzwierciedla porządek wyższy. Uświęcony jest również czas, niezależnie od tego, czy przeżywa się go indywidualnie czy kolektywnie. Dziś jesteśmy skoncentrowani niemal wyłącznie na czasie linearnym, na historii, na przemijaniu, zaś w czasie kolistym zanurzamy się jedynie w ramach roku liturgicznego. Nawet i wówczas jednak nie jest to dla nas coś naturalnego: raczej pewien wycinek życia, chyba że udało się nam stopniowo przezwyciężyć w sobie “człowieka nowoczesnego”. Tymczasem dla człowieka tradycji czymś najzupełniej naturalnym jest spoglądanie na czas przede wszystkim poprzez pryzmat wydarzeń świętych. Powtarzają się one cyklicznie i wyrażają w sposób symboliczny pewne prawdy (np. na temat stworzenia świata, śmierci i zmartwychwstania Wcielonego Boga), a nawet realnie uobecniają te prawdy. Co więcej, tyczy się to nawet historii, tj. czasu linearnego, który został uświęcony w religiach abrahamicznych – przez co dzieje Kosmosu to nie tylko miliardy lat od Big Bangu do ponownego skurczenia się czy zamarznięcia Wszechświata, ale też (przede wszystkim!) czas od Stworzenia do Paruzji.

Przypisy:
I. ks. Jerzy Grześkowiak, “Liturgia dziś”, Księgarnia św. Jacka, Katowice 1982, str. 177.

II. http://myslkonserwatywna.pl/danielou-s-j-sila-i-slabosc-rene-guenona/

III. J. Hani, “Symbolika świątyni chrześcijańskiej”, Znak 1994.

IV. Broń Boże nie usprawiedliwiamy tutaj religii Azteków i ofiar z ludzi. Nawet jeśli wiele praktyk religijnych z przyjętego tu punktu widzenia jest formalnie podobnych, to jednak nie zmienia to faktu, że niektóre z nich mogą być zdegenerowane, nieortodoksyjne czy niemoralne.

V. A. Coomaraswamy, “The Vedanta and Western Tradition”, w: “Metaphysics”, Bollingen / Princeton 1977, str. 8.

VI.  Martin Lings (1909 – 2005) – angielski metafizyk, poeta i literaturoznawca, praktyk sufizmu (urodzony w rodzinie protestanckiej), specjalista od dzieł i postaci Szekspira.

VII/ Naturalnie nie będziemy tu wchodzić w apologetykę wiary i religii: katolickiej czy jakiejkolwiek. Celem tekstu ma być jedynie zaprezentowanie sposobu myślenia czy też sposobu postrzegania świata przez człowieka tradycyjnego.

VIII. Co wcale nie musi oznaczać jakichkolwiek “przeżyć paranormalnych”! Tym bardziej zaś nie oczekuje się potwierdzenia słuszności drogi poprzez takie przeżycia.

IX. Nie twierdzimy oczywiście, że jest obojętne, jaką religię się przyjmie. Staramy się po prostu przyjąć tu możliwie ogólną perspektywę, na użytek osób “z zewnątrz”.