Sacrum i architektura rzeczywistości

Roch Witczak

W ostateczności różnica pomiędzy człowiekiem tradycji, człowiekiem autentycznie religijnym, a człowiekiem współczesnym czy też nowoczesnym zasadza się na tym, iż ten pierwszy ma naturalną, zgoła odruchową zdolność do poruszania się w tym specyficznym wymiarze ludzkiego życia, jakim jest sfera sacrum.
Oczywiście wiemy od Oliviera Messiaena, że “nie ma prawdziwej muzyki świeckiej ani prawdziwej muzyki świętej, lecz jedynie rzeczywistość widziana z dwóch różnych stron” – ale w takim razie możemy po prostu mówić, jeżeli tak będzie wygodniej, o umiejętności oglądania rzeczywistości od strony sacrum.
Co ciekawe, zarysowanej na początku różnicy (nawet jeśli jest ona tylko uproszczeniem) nie należy utożsamiać z dychotomią wierzący – niewierzący czy nawet pobożni – obojętni. W dzisiejszych czasach spotkać można wielu ludzi, którzy niewątpliwie wierzą w Boga, a nawet praktykują konkretną ścieżkę religijną, a mimo tego nijak nie dałoby się ich przypisać do kategorii człowieka tradycji (w rozumieniu autorów takich jak choćby Eliade). Mało tego: ludźmi tradycji niekoniecznie są nawet świadomi tradycjonaliści – niezależnie od tego, czy mówimy o integrystach w łonie danego wyznania, czy o tradycjonalistach “ponadkonfesyjnych”. W przypadku wielu z nich przylgnięcie do sakralnego obrazu świata jest trochę sztuczne, może nawet wymuszone, wynika z pewnej racjonalnej decyzji, jest wreszcie czymś, na co osoby te są w stanie spoglądać z dystansem, z zewnątrz. Tymczasem dla człowieka przednowoczesnego, a więc w pełni tradycyjnego, spoglądanie na świat przez pryzmat sacrum jest czymś oczywistym, wpojonym od małego, instynktownie przychodzącym na myśl, często wręcz nieuświadomionym. Aborygen w Australii, kultywujący obrzędy dane przez mitycznych przodków w Czasie Snu nie wie przecież, że reprezentuje “mentalność przednowoczesną” czy “mityczną wizję rzeczywistości” – chyba że zapisał się na uniwersytet założony przez przedstawicieli cywilizacji nowoczesnej. Nierzadko jednak taki krok będzie niczym zerwanie jabłka z zakazanego rajskiego drzewa.

11
Ale czym właściwie jest ta sfera sacrum? Ogólnie rzecz biorąc, na rzeczywistość i nasze życie spoglądamy zawsze z kilku czy kilkunastu podstawowych punktów widzenia. Albo też: ma ona kilka różnych wymiarów. Dla przykładu, istnieje wymiar gospodarczy: produkcja żywności, odzieży i wszelkich innych dóbr. Istnieje wymiar polityczny, a więc poziom, na którym rozpoznajemy wrogów i przyjaciół publicznych, organizujemy się we wspólnoty, dbamy (lub nie) o dobro wspólne, toczymy kolektywne konflikty. Jest też miejsce dla nauki, która pozwala nam poznawać świat (zarówno materialny, jak i idealny, vide matematyka) oraz dla sztuki. Ta ostatnia zaspokaja nasze potrzeby estetyczne, przez co należy rozumieć osiągnie pewnej szczególnej przyjemności i poczucia spełnienia na poziomie emocjonalnym, a po części i fizycznym. Wielu powiedziałoby nawet, że sztuka zaspokaja potrzeby duchowe. Takie postawienie sprawy nie jest samo w sobie niczym złym, jakkolwiek pojęcia “ducha” i “duchowości” nierzadko nadużywa się w tym kontekście. Mniejsza jednak o to, przejdźmy do sfery religii, sfery sacrum.
Otóż dla człowieka tradycyjnego jest to po prostu odrębny, szczególny, inny wymiar życia i całej rzeczywistości – albo też specyficzny sposób spoglądania na nią. W istocie sposób ten jest priorytetowy względem innych, ale o tym za chwilę. Na razie istotne jest dla nas to, że dla człowieka tradycyjnego wymiar ten w zasadzie nie jest redukowalny do innych. To znaczy: ma wartość samą w sobie. Oczywiście, nierzadko prości ludzie, zwłaszcza w religiach pogańskich, a przynajmniej, gdy są one w fazie moralnego i doktrynalnego rozkładu, traktują sferę sacrum ściśle użytkowo, licząc na banalne korzyści doczesne w zamian za ofiary i modły. Jest to raczej myślenie magiczne, ale jeśli spojrzymy pod powierzchnię, to przekonamy się, że myślenie takie pokonywano wszędzie tam, gdzie na bazie religii wykwitła głębsza metafizyka. Co więcej, nawet prości ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że to wszystko nie jest takie proste – i że wiele działań na płaszczyźnie sacrum albo nie daje automatycznie namacalnych skutków, albo nawet nie ma ich dawać i nie temu służy.
Ta nieredukowalność nie powinna nas zaskakiwać. Dlaczego miałaby? Czy gospodarkę uzasadniamy poprzez sztukę? Czy upieramy się, że sztuka jest funkcją gospodarki? Czy twierdzimy, iż nauka powstała, by służyć polityce? Czy może twierdzimy, iż polityka w ostatecznym rozrachunku sprowadza się do gospodarki lub nauki? Oczywiście nie (jakkolwiek istnieją takie redukcjonistyczne teorie – niemniej nie trzeba ich podzielać i zresztą mało kto upiera się, iż stanowią one jedyne możliwe wyjaśnienia obserwowanych zjawisk). Zadziwiające więc, że tak łatwo przychodzi nam uzasadnianie religii poprzez sprowadzanie jej do tych innych wymiarów: religia jako narzędzie kontroli politycznej, religia jako pretekst do uniesień estetycznych etc. Naturalnie szczegółowe omówienie tego zagadnienia wykraczałoby poza ramy niniejszego, krótkiego przecież artykułu. Dość powiedzieć, że wielu myślicieli – jak choćby Eliade czy Otto – w rozmaity sposób uzasadniało ową nieredukowalność, analizując zarówno doktryny, jak i ich ewolucję w historii.
Jeśli mówimy o “działaniach na płaszczyźnie sacrum”, to mamy oczywiście na myśli rytuał, mit i symbol. Z perspektywy człowieka otwartego na sacrum rzeczywistość jest jakby wielką budowlą, w której istnieje komponent fizyczny i komponent duchowy, a oba łączą się w skomplikowaną konstrukcję architektoniczną. Widać to w rozmaitych starożytnych kosmologiach tudzież w analizach rzeczywistości niebiańskiej (chóry anielskie u Dionizego Areopagity). W szczególności rzeczywistość materialna odzwierciedla w pewien (niedoskonały) sposób plan duchowy, a działania podejmowane w życiu codziennym pozwalają na współuczestniczenie w wymiarze metafizycznym. Ten sposób myślenia jest zupełnie obcy człowiekowi współczesnemu, dla którego rzeczywistość w zasadzie nie ma jakiegoś szczególnego sensu. A jeśli nawet ma, jeśli nawet ów współczesny człowiek jest “wierzący” i zakłada istnienie Opatrzności, to i tak należy ten sens ściśle oddzielić od innych płaszczyzn postrzegania świata: stąd w nowożytności po prostu nie wolno wplatać metafizyki do science albo przenosić perspektywy religijnej na grunt polityczny.

12
Ks. Jerzy Grześkowiak, zresztą daleki tak od integryzmu katolickiego, jak i od tradycjonalizmu w sensie, nazwijmy to, “eliadowskim”, trafnie opisuje różnicę pomiędzy tradycyjnym i współczesnym postrzeganiem świata:
“Człowiek starożytny wszędzie w całej rzeczywistości odnajdywał symbole bóstwa. Myśląc kategoriami metafizycznymi we wszystkich rzeczach na podstawie analogii odkrywał ślady świata duchowego i Transcendencji. Natomiast człowiek ery technicznej całą otaczającą go rzeczywistość ujmuje tylko racjonalnie i funkcjonalnie. Charakterystyczną cechą tzw. mentalności technicznej jest ujmowanie i wartościowanie wszystkich zjawisk w kategoriach użyteczności i skuteczności. Nie ma dziś zrozumienia dla spraw, które nie przynoszą bezpośrednio korzyści, a tym bardziej dla zagadnień metafizycznych. Postawę wyrażającą się w pytaniu “dlaczego?” wyparła postawa pozytywistyczna stawiająca na pierwszym miejscu pytanie “jak?” i “co mi to da?”. Człowiek dziś nie chce już wmyślać się w rzeczy, lecz pragnie je mieć i używać. Dawniej zdawano sobie sprawę, że każda rzecz coś “mówi”, że wyraża jakiś apel, zobowiązanie. (…) Fakty materialne traktowano jako przekaźniki poselstwa międzyosobowego”
Nawet jeśli ten obraz “człowieka starożytnego” jest nieco wyidealizowany, to jednak istota dychotomii została oddana właściwie. Jednym z kluczowych pojęć jest tu np. symbol. Dla człowieka starożytnego esencjonalne było posługiwanie się symbolami – przy czym znaki owe były nie tylko skrótami myślowymi, jak dziś “gołąbek pokoju”. Były raczej łącznikami z rzeczywistością
metafizyczną, nawet jeśli łączność ta bardziej niż przez ratio odbywała się przez gnozę i intuicję (ale niekoniecznie przez emocje i sentymenty, nie mylmy tych rzeczy). Kardynał Danielou w swoim epitafium dla Renata Guénona pisał tak: “Nauka powiększa wymiary klatki, w której uwięziony jest umysł człowieka, ale nawet cała nauka świata nie wyzwoli człowieka z niej. Ale przy intuicyjnym postrzeganiu symbolizmu umysł wydostaje się z rzeczywistości materialnej, aby dotknąć innej rzeczywistości, zewnętrznej: to jest powiększenie, uwznioślenie ducha.“²
Oczywiście trzeba te różne oglądy rzeczywistości stosować właściwie: to inna sprawa. Dla przykładu, tak jak współczesny człowiek jest ślepy na metafizykę, tak i niektórzy niewcześni odtwórcy myślenia tradycyjnego zatracają różnicę pomiędzy poziomem duchowym a poziomem materialnym i próbują (w sposób na ogół nieudolny) przenosić kategorie mityczne na historię, geografię czy kosmologię. Stąd biorą się ci, którzy literalnie wierzą, że Ziemia nie tylko jest, ale wręcz musi być nieruchoma i położona w geograficznym centrum Wszechświata, bo inna jej pozycja rzekomo kłóciłaby się z metafizyczną prawdą o powołaniu człowieka i jego roli jako korony stworzenia. Inni sądzą z kolei, że takim zgrzytem na linii przyrodzoność – transcendencja byłaby już sama kulistość Ziemi. Należy być ostrożnym przy tego rodzaju teoriach: o ile bowiem wypada docenić i kultywować metafizyczne rozważania alchemików czy kabalistów (przynajmniej te, które mieszczą się w ortodoksji), o tyle dość niedorzecznym pogaństwem i czarownictwem byłaby próba rekonstrukcji chemii w oparciu o teorię żywiołów, podobnie jak analizowanie odległości między obiektami kosmicznymi (a tym bardziej sensu wydarzeń historycznych) na podstawie numerologicznych rozważań gematrii.
Wróćmy do symboli. Uwagi podobne do tych, które już cytowaliśmy, poczynił także Jean Hani w swojej wybitnej “Symbolice świątyni chrześcijańskiej”. Przytoczmy dłuższy fragment:
Chodzi o to, że dzisiejsza mentalność nie dysponuje takimi wyobrażeniami kosmologicznymi, które pozwoliłyby uchwycić te postacie symboli, brak nam odpowiedniego “obrazu świata” czy “systemu świata”, jakby powiedział Duhem. Człowiekowi współczesnemu świat jawi się jako zlepek zjawisk, podczas gdy dla człowieka tradycyjnego – na Zachodzie mniej więcej do czasów Kartezjusza – świat stanowił organizm harmonijny i zhierarchizowany, którego chrześcijańską formułę znajdujemy u Dionizego Areopagity, a ten z kolei odsyła nas do Platona. Współczesna koncepcja świata jest czysto kwantytatywna, świat jest postrzegany jako energia i materia produkująca zjawiska, a w konsekwencji “klucz” do świata pozostaje nieosiągalny. Nauka współczesna wyczerpuje się w odkryciach, niewątpliwie spektakularnych, które jednak nie dają nadziei na prawdziwe wyjaśnienie rzeczywistości.
W koncepcji tradycyjnej – jakościowej – w mniejszym stopniu bierze się pod uwagę zjawiska siły i materii, w większym natomiast stopniu uwzględnia się wewnętrzną strukturę świata, jego duchową architektonikę, wywiedzioną z metafizyki, przede wszystkim Platona, podjętej i przyswojonej przez pierwszych Ojców Kościoła. W tej ostatniej wizji świata, czyli kosmologii, quasi duchowa jedność wszystkich części Kosmosu pozwala odkryć analogie i odpowiedniości między poszczególnymi jego elementami, a następnie między owymi elementami oraz ich ontologicznym modelem, który znajduje się w Bogu i według którego Bóg je stworzył, urzeczywistnił w porządku przestrzennoczasowym. Na tym opiera się symbolika kosmologiczna, rozwijająca się na dwu hierarchicznych poziomach: symboliki części wobec całości wszechświata oraz – na planie wyższym – symboliki uniwersum i jego części wobec świata boskiego. “Każda rzecz w każdej ze swych właściwości – pisze św. Bonawentura – ukazuje boską Mądrość i ten, kto pozna te właściwości bytów, zobaczy Ją jasno. Wszystkie stworzenia świata widzialnego prowadzą nas do Boga: bo są one cieniem, wizerunkiem, śladem, obrazem, przedstawieniem Przedwiecznego, Mądrości, najwyższej Zasady wszystkiego; są obrazem Źródła i Światła, wiecznej Pełni, suwerennego Archetypu: są znakami danymi nam przez samego Boga.
(…)
Dla człowieka tradycyjnego, uczestniczącego całym swoim jestestwem we wszechświecie organicznym i hierarchicznym, ta sytuacja nie przedstawiała żadnej trudności: symbole kosmologiczne – klucz do symboli teologicznych – przyjmował on jako obecne i oczywiste, jakkolwiek niemal zawsze implicite, w wytworach sztuki. Dla człowieka współczesnego już one nie istnieją i należy je dla niego ożywić
Widzimy więc, że dla człowieka tradycyjnego współczesny mieszkaniec Zachodu jest tak jakby pozbawiony pewnego zmysłu, ślepy na oczywiste doświadczenie sacrum. Z drugiej strony, ów człowiek nowoczesny ma jednak, przynajmniej potencjalnie, wszelkie narzędzia niezbędne do tego, by się otworzyć: posiada ciało, duszę i pneumę. Stąd też jego ignorancja jest częściowo zawiniona, a w każdym razie – naprawialna.
Wydaje się to aroganckie, ale wyobraźmy sobie, że spotkalibyśmy kogoś, kto jest absolutnie nieczuły na muzykę (lub sztukę w ogólności). Kogoś, dla kogo ów wymiar rzeczywistości w ogóle nie istnieje, kto demonstracyjnie upiera się, że oglądanie figur wymalowanych farbami naniesionymi na płótno jest czymś frontalnie niedorzecznym, podobnie zresztą jak słuchanie abstrakcyjnych kompozycji dźwiękowych wygrywanych przy pomocy dziwnych urządzeń (takich jak skrzypce) czy śledzenie poczynań ludzi udających na deskach scenicznych, że są kimś innym niż są naprawdę. Do tej listy człowiek ów dorzuciłby jeszcze np. czytanie o przygodach wymyślonych postaci, a szczególne ostrze swej krytyki wymierzyłby w pomysł stylizowania języka w nietypowy, niecodzienny sposób na potrzeby czegoś, co my nazywamy “poezją”, a co dla niego jest nonsensem nie dającym żadnego pożytku. Niewątpliwie taka osoba wydałaby się nam przypadkiem bardzo smutnym, pozbawionym jakiejś elementarnej wrażliwości. Trudno byłoby nam z nią polemizować, bo prędzej czy później musielibyśmy niczym w owej słabej powiastce Gombrowicza zapewniać naszego rozmówcę, że ta czy inna rzecz “zachwyca”. Byłoby to dla nas irytujące – zwłaszcza zaś, gdybyśmy mieli podstawy sądzić, iż postawa tej osoby nie wynika tak naprawdę z jakiegoś fizycznego upośledzenia, ale z przyjętej arbitralnie ideologii, z pewnego zacietrzewienia.
Otóż bardzo podobnie z perspektywy człowieka tradycyjnego prezentuje się człowiek współczesny, zwłaszcza ateista czy agnostyk, ale niekoniecznie nawet. Jest on kimś, kto nie dostrzega elementarnych sensów i porządków, widocznych w rzeczywistości materialnej; i kimś, kto nie rozpoznaje podstawowych struktur na planie metafizycznym, który to plan zresztą z założenia neguje. By posłużyć się analogią matematyczną (to oczywiście tylko analogia!): człowiek tradycji jest jak matematyk, który (lepiej lub gorzej, ale jednak) w zastanym materiale rozpoznaje zawieranie się jednych zbiorów w drugich, relacje między ich elementami, szczególne klasy funkcji, rozmaite struktury algebraiczne i ich własności topologiczne; człowiek współczesny jest jak ktoś, kto widzi jedynie przypadkowe, oderwane od siebie punkty czy liczby – a nawet jeśli lokalnie dostrzega jakieś zależności, to za nic w świecie nie chce przyznać, iż może to wynikać z pewnych bardzo ogólnych zasad, przenikających całość rzeczy.
Wszystkie te uwagi można jednak w pewien sposób skontrować. Być może bowiem sfera religijna, sfera sacrum jest jakimś odrębnym wymiarem rzeczywistości czy choćby sposobem jej postrzegania – ale czy ten wymiar do czegoś służy? Powiedzieliśmy bowiem, iż ma on wartość samą w sobie, po czym zasugerowaliśmy, że podobnie myślimy o polityce czy gospodarce. Ostatecznie jednak polityka, gospodarka, nauka czy sztuka sprowadzalne są do pewnych poziomów tak bardzo intuicyjnych, że niemal aksjomatycznych: traktowanych przez większość z nas jako nieusuwalne, konieczne i oczywiste. Dla przykładu, gospodarka w ostatecznym rozrachunku służy bardzo prostej kwestii przetrwania: musimy coś jeść, musimy gdzieś mieszkać i na ogół potrzebujemy też ubrań, by nie zginąć. Z polityką jest podobnie: aby przeżyć, aby nie egzystować w chaosie, łączymy się we wspólnoty i przyjmujemy pewne prawa rządzące tymi wspólnotami. Sztuka koi nasz ból, uwzniośla nas, a w najgorszym razie – mile łechce, co jest po prostu miłe. Nauka albo zaspokaja nasze ambicje (racjonalne czy nie), albo służy w pośredni sposób np. gospodarce. Żadnego z tych wymiarów rzeczywistości nie uprawiamy więc wyłącznie dla niego samego, trudno byłoby nam sobie nawet wyobrazić, co miałoby to znaczyć. Oczywiście powyższe rozumowanie da się prosto obalić, mianowicie poprzez skrajny sceptycyzm: moglibyśmy zapytać, dlaczego właściwie chcemy przetrwać, dlaczego wolimy żyć niż umrzeć z głodu i zimna, albo czemu miłe uczucia miałyby być lepsze od niemiłych? Ten sceptycyzm na poziomie rezolutnego, ale rozkapryszonego siedmiolatka pozwolimy sobie jednak pominąć, bo – jak wiadomo – bez aksjomatów nigdzie się nie dojdzie.
Zatem – jaki jest sens “wykonywania czynności w sferze sacrum”? Co daje nam modlitwa, co daje nam rytuał, jaka mądrość płynie z mitów, czemu służy spoglądania na rzeczywistość poprzez pryzmat drabiny bytów, epatowanie diagramami sfer niebieskich, ozdabianie ścian symbolami teologicznymi i kosmologicznymi czy budowanie kościołów według licznych zasad świętej geometrii? Skoro nie chodzi literalnie o wyproszenie u bogów deszczu czy prezentów pod choinkę, skoro mamy prawo sądzić, iż Słońce wzejdzie jutro nawet, jeśli dziś nie wyrwiemy serc kilkuset nieszczęśnikom(IV), to po co robić to wszystko?
W jednym z cytatów, które zamieściliśmy w tym tekście, pojawiła się sugestia, iż człowiek współczesny patrzy na wszystko z perspektywy korzyści praktycznej. Kontekst tego był jasny, trzeba jednak odnotować pewien (pozorny) paradoks. Posłużmy się kolejnym fragmentem, tym razem z Anandy Coomaraswamy, indyjskiego metafizyka, geologa i historyka sztuki tradycyjnej: “Metafizyka różni się od filozofii także i tym, że ma czysto praktyczny cel“(5). Tym celem, dopowiedzmy, jest – ujmując rzecz najbardziej ogólnie – wyzwolenie człowieka i jego powrót do Boga, do Absolutu, do ostatecznego porządku rzeczy. To wyzwolenie postrzegać można co najmniej na dwóch poziomach: pierwszy jest doczesny, drugi pozagrobowy. Na tym pierwszym chodzi o to, by w miarę możliwości uniezależnić swoją stronę duchową od atakujących ją z każdej strony skalań psychicznych i fizycznych. Z tego powodu religie kładą tak duży nacisk na rozmaite praktyki rytualne oraz ascetyczne (np. postne), ćwiczące tężyznę fizyczną, wolę, spokój czy nawet świętą obojętność. Chodzi o to, by dotrzeć do pneumy, do owej “iskierki duszy”, opisywanej przez Eckharta, do natury Buddy, skrytej niczym jądro Jowisza pod burzą nieustannych rozproszeń. Już samo to daje inną perspektywę na rzeczywistość, co zresztą widać w spokoju i wielkoduszności, które emanują ze świętych mężów. James Cutsinger, prawosławny religioznawca, zwykł wspominać, że w obecności Martina Lingsa(VI) po prostu można było uwierzyć w Boga.
Poziom drugi, a właściwie drugi etap – to ten pozagrobowy. Jest nim zbawienie duszy, a zatem wyzwolenie ostateczne, do którego to doczesne jest jedynie wstępem. Wstępem wszelako koniecznym, a do tego wymagającym właściwej intencji (nie chodzi bowiem o to, by ćwiczyć się w ascezie jedynie dla czczego ekscytowania się uzyskaną w ten sposób odpornością psycho-fizyczną). Ponieważ wierzy się(VII), iż rytuały, mity i symbole faktycznie umożliwiają kontakt z rzeczywistością pozadoczesną (VIII), a nawet w pewnym sensie czy zakresie operują w tej rzeczywistości, to logiczną konsekwencją jest ich wypełnianie (przy równoczesnym wypełnianiu nakazów moralnych). W ten sposób realizuje się powołanie i odzwierciedla wzorzec zapisany nie tyle nawet u zarania dziejów, ile poza czasem (w “Czasie snu”).
Rzecz jasna scenariusz zbawienia kontrastowany jest przez scenariusz potępienia, a więc pozostania w obszarze ignorancji i powtarzania się owych skalań, o których była mowa. Niewątpliwie w obliczu tego “kurs na zbawienie” zdaje się czymś oczywistym. Z drugiej strony, nawet jeżeli pominiemy grozę kary wiecznej, to i tak tropem dla osoby niereligijnej powinno być samo to, że rzeczywistość doczesna, w tym nasze życie (fizyczne, emocjonalne etc.) jest pod wieloma
względami niedoskonała i męcząca. W tym sensie droga religii, medytacji i kontemplacji (IX) jest zupełnie zrozumiała i wręcz praktyczna. Trzeba jednak pamiętać, że z perspektywy człowieka tradycyjnego droga ta jest w ostatecznym rozrachunku duchowa i tak należy rozumieć tę “praktyczność” – nie zaś jako zestaw ćwiczeń poprawiających koncentrację i dających odporność na głód. To wyzwolenie, o którym mowa, jest nie tylko wyzwoleniem z materialnych i emocjonalnych niedoskonałości, ale i z ignorancji. Odrębną kwestią, której nie będziemy tu dyskutować, jest przekazywalność doświadczenia o tym wyzwoleniu. Wydaje się, że pomimo całej apologetyki myślenia w kategoriach religijnych, uprawianej przez Greków, chrześcijan czy Hindusów, ostateczne przejście wymaga aktu woli, samodzielnego przekonania się – ale nie na zasadzie “sprawdzania” (jak jeden ze współczesnych nowych ateistów, który etapami “praktykował” kilka religii po kolei) lecz raczej pragnienia i zaufania. Czy dla mistyka lub choćby człowieka tradycyjnego świata jest inny niż dla mechanicznego materialisty? W pewnym sensie tak, w pewnym nie (paradoks recepcji świata po doświadczeniu zen). Kluczowe jest to, że on wie.

Swoją drogą, to właśnie fakt, iż działania w sferze sacrum odnoszą się do wyzwolenia i do zbawienia, a więc do tego, co finalnie rozgrywa się w Wieczności, a nie w czasie, powoduje, iż sfera ta jest priorytetowa względem pozostałych. Innymi słowy, to nie religia powinna być przeniknięta artystycznym estetyzmem, polityczną ideologią czy koncepcjami zaczerpniętymi z science, ale raczej sztuka winna odzwierciedlać prawdy metafizyczne, metodologia nauk bazować na solidnym metafizycznym fundamencie, zaś życie polityczne być przeniknięte wartościami wyprowadzonymi z religii (wbrew pozorom nie chodzi tu tylko o prawidła moralne). Jest to zrozumiałe: pozostałe wymiary odnoszą się albo do tego, co tymczasowe i przemijające, albo do tego, co niższe (jak fizyczność i psychika są poniżej pneumy). Z tego powodu społeczeństwa tradycyjne są ufundowane na metafizyce. Ta zaś metafizyka ma związek z religią, ponieważ, jak mówił ks. Rama Coomaraswamy: “(…) nie ma mowy o różnicy pomiędzy metafizyką a teologią”. Sens tego jest taki, że poprzez teologiczny wyraz prawd dociera się do metafizyki. Nawiasem mówiąc, owo ufundowanie społeczeństw ma niewiele wspólnego z chaotyczną, nachalną dewocją czy bigoterią, nie mówiąc o religijnym sentymentalizmie typowym dla rozmaitych new born christians czy ruchów new age. Przede wszystkim ta konstrukcja nie jest chaotyczna i przypadkowa. Przeciwnie, każda funkcja społeczna (zawodowa, rodzinna, stanowa etc.) ma swoje miejsce i swój wyższy wymiar, czego wyrazem jest na przykład przyjmowanie patronów przez cechy rzemieślnicze. Nie jest to więc jakieś “notoryczne gadanie o Jezusie”, a raczej nałożenie na społeczność pewnych ram, uformowanie jej w strukturę, która – mniej lub bardziej, czasem poprzez formy nader ścisłe, niekiedy w sposób bardzo ogólny, to już zależy m.in. od konkretnej cywilizacji – odzwierciedla porządek wyższy. Uświęcony jest również czas, niezależnie od tego, czy przeżywa się go indywidualnie czy kolektywnie. Dziś jesteśmy skoncentrowani niemal wyłącznie na czasie linearnym, na historii, na przemijaniu, zaś w czasie kolistym zanurzamy się jedynie w ramach roku liturgicznego. Nawet i wówczas jednak nie jest to dla nas coś naturalnego: raczej pewien wycinek życia, chyba że udało się nam stopniowo przezwyciężyć w sobie “człowieka nowoczesnego”. Tymczasem dla człowieka tradycji czymś najzupełniej naturalnym jest spoglądanie na czas przede wszystkim poprzez pryzmat wydarzeń świętych. Powtarzają się one cyklicznie i wyrażają w sposób symboliczny pewne prawdy (np. na temat stworzenia świata, śmierci i zmartwychwstania Wcielonego Boga), a nawet realnie uobecniają te prawdy. Co więcej, tyczy się to nawet historii, tj. czasu linearnego, który został uświęcony w religiach abrahamicznych – przez co dzieje Kosmosu to nie tylko miliardy lat od Big Bangu do ponownego skurczenia się czy zamarznięcia Wszechświata, ale też (przede wszystkim!) czas od Stworzenia do Paruzji.

Przypisy:
I. ks. Jerzy Grześkowiak, “Liturgia dziś”, Księgarnia św. Jacka, Katowice 1982, str. 177.

II. http://myslkonserwatywna.pl/danielou-s-j-sila-i-slabosc-rene-guenona/

III. J. Hani, “Symbolika świątyni chrześcijańskiej”, Znak 1994.

IV. Broń Boże nie usprawiedliwiamy tutaj religii Azteków i ofiar z ludzi. Nawet jeśli wiele praktyk religijnych z przyjętego tu punktu widzenia jest formalnie podobnych, to jednak nie zmienia to faktu, że niektóre z nich mogą być zdegenerowane, nieortodoksyjne czy niemoralne.

V. A. Coomaraswamy, “The Vedanta and Western Tradition”, w: “Metaphysics”, Bollingen / Princeton 1977, str. 8.

VI.  Martin Lings (1909 – 2005) – angielski metafizyk, poeta i literaturoznawca, praktyk sufizmu (urodzony w rodzinie protestanckiej), specjalista od dzieł i postaci Szekspira.

VII/ Naturalnie nie będziemy tu wchodzić w apologetykę wiary i religii: katolickiej czy jakiejkolwiek. Celem tekstu ma być jedynie zaprezentowanie sposobu myślenia czy też sposobu postrzegania świata przez człowieka tradycyjnego.

VIII. Co wcale nie musi oznaczać jakichkolwiek “przeżyć paranormalnych”! Tym bardziej zaś nie oczekuje się potwierdzenia słuszności drogi poprzez takie przeżycia.

IX. Nie twierdzimy oczywiście, że jest obojętne, jaką religię się przyjmie. Staramy się po prostu przyjąć tu możliwie ogólną perspektywę, na użytek osób “z zewnątrz”.

 

Advertisements

Moskale potępiają bułgarskich psotliwców

soviet-monuments-vandalized-look-like-american-superheroes-2

Rosja żąda od Bułgarów zaprzestania przemalowywania soldatów z sowieckich pomników na amerykańskich superbohaterów

Jak raportuje Moscow Times, jajcarze w Bulgarii przemalowują monumenty z czasów sowieckich, tak aby radzieccy bohaterowie wojskowi wyglądali jak amerykańscy superbohaterowie. Nie trzeba chyba mówić, że poplecznicy parówek Trumpa i hien Netaniahu ze szczurzymi ryjkami ignorują ten fakt – natomiast oburza to rosyjskie imperialistyczne warhoły.

Rosja postawiła Bułgarii ultimatum, aby wszelkimi środkami zapobiegała aktom defloracji sowieckich pomników, po tym gdy jeden pomnik sowieckich władz został pomalowany sprayem, donosi ITAR-Tass.

Rosyjska Ambasada w Bułgarii wydała notę, rządającą aby ich sojusznik z ery Związku Radzieckiego wyczyścił postument w dzielnicy Sofii, zidentyfikował, oszkalował publicznie, a za zamkniętymi drzwiami zaoferował figlarzom intratną propozycję ucharekteryzowania pomnika S.P. Lecha Kaczyńskiego na Inspektora Gadżeta. Będą potrzebować też spawaczy elektrodą. To przeciek ściśle tajnej informacji, wyduszony na torturach od agenta Indochińskich wyznawców Ganesha, Mateusza Piskorza.

Pomnik został pomalowany czerwoną farbą w przeddzień celebracji 123 rocznicy Bugłarskiej Partii Społeczniaków, donosi sofijska agencja newsów Novinite.

Ten akt wandalizmu to tylko ostatni z serii zbliżonych niedawnych incydentów w Bułgarii, a każdy malunek zyskuje poklask i jest politycznie potępiany przez Moskali, choć co w tym wszystkim jest najlepsze, to jakie światło rzuca to na amerykańską podkulturę. Jeżeli superherosów niosących dobro made in America można przedstawić jako radzieckich wojskowych, to znaczy że w Bułgarii są osoby zdolne do mentalnej transgresji i wykpienia komunizmu z globalizmem na jednej patelni!

rus

not ( <|Vv ) 

Thought Gang – s\t

a3076895100_10

Wyrzutczany, idący w bok band Lyncha i Badalamentiego oferuje więcej niż niejedno OST tego drugiego samopas. Bogactwo zawartych tu tonów, akcentów, barw, smaków i przestrzeni robi z tego solidny kawał wysuszonego czombru, albo opału na scytyjskie ognisko rytualne. Free jazz bogactwem wyrazu sięgający na terytoria wyeksplorowane później przez uber alternatywne Svarte Greiner.

Zróżnicowanie jest tu ogromne – momentami można poczuć wręcz etos i zmierzchanie światła wielkomiastowej, białej, dekadenckiej bohemy, życia złodziejaszków, odszczepieńców i narkusów, a w innym punkcie (Frank 200 – najdłuższa kompozycja na albumie) odnaleźć się w nielogicznie industrialnej, futurystycznej przestrzeni, gdzieś pomiędzy Eraserhead, Ligottim a Blade Runnerem. Jest tu muzyka zarówno łatwo przystępna (One Dog Bark), zatykająca korki w mózgowiu ekspansywną treścią (A Meaningless Conversation), jak i nie przyklejająca żadnym lepem percepcji słuchacza. Znajdą się muzyczne narracje, pełne werwy ciętego oglądu jak z nagrań Burroughsa (Woodcutter from Fiery Ships). Druga strona to wokale jak w noise rocku (One Dog Bark). Ten kawałek kojarzy mi się niebanalnie z wyczynami Gnod. W najbardziej ‘przebojowym’ kawałku z płyty Angelo melonawija lepiej jak Staszewski.

Na asa w tej talii obstawiam A Meaningless Conversation, m.in. o nieorganiczności języka, który – jak wspomniany wcześniej pisarz zdiagnozował – w rękach kontroli stał się wirusem. Muzycznie to jak stąpanie po rozpostartej w ciemności pajęczej sieci, utkanej przez jednostkę, której mózgownica buczy pod wysokim napięciem. Frank 200 Prelude wyznacza punkt, w którym jazz spotyka się z industrialem, którego smolistą wariację napisało Swans na pierwszych trzech długograjach.
Dalej od odcinania kuponów panowie nie mogliby być i nie przypadkiem płyta ukazała się w Sacred Bones.

Current 93 – The Light is Leaving us All (2018)

x93
CD The Spheres 2018

Pan Dawyd 93ci Tibet nie był w takiej formie od dekad, z małymi wyjątkami jak utwór 2. i 3. z epki z 2014 r. pt Channel. Intro jest magiczne, jak muzyka z nienakręconej nigdy, psychodelicznej adaptacji jakiejś nienapisanej baśni, będącej czymś łączącym jakość Alicji w Krainie Czarów z aurą opowiadań Thomasa Ligottiego.

The Policeman is Dead” straszliwie interesująco opowiada m.in. takie wieści, że księżyc jest pijany, a nocna pielęgniarka chora. Pyta, czy spojrzano poza kurtyny i co tam ujrzano, czy nie umykające światło? Singiel promujący nowy LP Tybeta z 93 Dawidu to piękna ballada dla dojrzałych słuchaczy, których smutek miewa dziecięcą czystość. Stąd wielu bez dysonansu przejdzie obojętnie. Ja jednak z niecierpliwością czekałem na pełen album. Opłaciło się. Ta muzyka ma poetyckie piękno, gorycz połączoną z tkliwością wynikającą z odrzucenia wszelkiego rodzaju skorup, jakie na siebie nakładamy. U odbiorcy o odpowiedniej wrażliwości Dawid sięgnie tu głęboko do środka.

W 30 Red Houses w sposób mniej patetyczny niż w genialnym The Carnival is Dead and Gone David wspina się na wyżyny wokalnej i kompozytorskiej emfazy. W 5 songu cudna kompozycja kończy się wyciszeniem, zrównoważonym śpiewem leśnych ptaków i chłodnymi nutami fortepianu. Brzmienie jest instrumentalnie bogate (nie byłbym w stanie wyliczyć wszystkich użytych instrumentów), a ich zrównoważony, przestrzenny i głęboki przeplot buduje bardzo intensywną, egzystencjalno-zmrażającą lub oniryczną atmosferę. W zasadzie moc “The Light is Leaving us All” bierze się z paradoksalnego połączenia przeciwstawieństw, nie podejmę się jednak ich zdefiniowania, musiałbym w tym celu dolać lizergowego paliwa do silnika głowy.

“Propably maybe – certainly no – have you noticed the light is leaving you all” – pyta Tibet w “The Bench and the Fetch“. Liryki na tej płycie dalekie są od enigmatycznego bełkotu znanego z niektórych nagrań C93. To najwyższych lotów poezja. Nie zmienia to faktu, że płyta jest nierówna. Utworów 9 i 10 lepiej jakby nie było, bo tytuł powtarzany jak mantra zaczyna nudzić, a nie słyszę w tym poza tem żadnej godnej treści.

Są wśród ludzi duchy, które jeśli nawet kala brnięcie poprzez czas, to warstwy brudu się kruszą i odsłaniają koniec końców ich pierwotne skrzenie. Tibet tą płytą dowodzi przynależności do nich.

 

Guru i Wielka Bestia: przeświadczenie Timothy’ego Leary’ego, że był kontynuacją Aleistera Crowleya

W 1972 roku Timothy złapał zbiór zaprojektowanych przez Aleistera Crowleya kart tarota i zadał im pytanie. „Kim jestem i jakie jest moje przeznaczenie?”. Przerwał wtedy ciąg kart i znalazł Asa Dysków – kartę, która jak wierzył Crowley, reprezentowała jego samego. As Dysków zawiera greckie słowa To Mega Therion lub „Wielka Bestia”, będące imieniem przyjętym przez Crowleya. Przekonało to Leary’ego  o czymś, co ostatnio zaczął podejrzewać; o tym jakoby był „kontynuuacją” Aleistera Crowleya, oraz o tym, że jego rolą w życiu była kontynuacja „Wielkiego Dzieła” Crowleya, mianowicie dzieła sprowadzenia fundamentalnej zmiany w ludzkiej świadomości.

Timothy Leary roku 1972 był bardzo odmiennym facetem od Timothy’ego Leary’ego z okresu „Lata Miłości” roku 1967, gdzie był u szczytu sławy. Leary był ex-harwardowskim profesorem, który głosił ludziom pokój i miłość, zaadaptował mantrę „dostrój się, włącz i odpadnij” (‘tune in, turn on and drop out’) – oraz poprowadził eksplodujący ruch psychodeliczny. W przeciągu następnych 5 lat był wielokrotnie aresztowany, zniewalany, jak również uciekał z więzienia, został przeszmuglowany poza Amerykę przez terrorystów, porwany przez rewolucjonistów w Afryce Północnej, uciekł ponownie,  zbiegł do Szwajcarii, gdzie trafił do szwajcarskiego aresztu śledczego, a aktualnie wiódł nomadyczne życie, wędrując między różnymi Szwajcarskimi kantonami pod ochroną wygnanego francuskiego handlarza bronią. Nixon nazwał go „najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce” i wysłał Johna Mitchella, swojego głównego prawnika do Szwajcarii, aby próbował doprowadzić do ekstradycji Leary’ego. Życie Leary’ego rozgrywało się na tak wielkiej, niebezpiecznej skali, że kuszące było uwierzenie, iż został w jakiś sposób wybrany przez historię, oraz że można się po nim spodziewać wielkich czynów.

Jego identyfikacja z Crowleyem rozpoczęła się poważnie wraz z tym, jak Leary wespół z angielskim beatnikiem i pisarzem Brianem Barrittem odbyli kwasowego tripa na Saharze. Barritt był, słowami Leary’ego, „pieprzonym geniuszem”. „Brian jest Nietykalnym Anglikiem” – napisał w roku 1971. „Jego cień padający wprost na ścieżkę klasy średniej wystarczy, aby skontaminować dwadzieścia życiorysów. Jest wysoce toksyczny. Brian jest starożytny, ale nie stary. Przez 36 lat przepuścił przez swoje ciało tak wiele narkotyków, jak to możliwe, a jest obscenicznie zdrowy, diabolicznie zamożny i wygląda na dwudziestolatka. Zamierza utrzymać ten stan przez bezterminowy okres. Nie zamierza umrzeć: będą musieli go zabić.”

Brian-Barritt
Brian Barrit, w r. 1974 (z lewa) i 2001 (po prawej)

Leary i Barrit wpierw tripowali razem nocą z wielkanocnej soboty na niedzielę roku 1971. Pojechali z wybrzeża Algierii do miejsca zwanego Bou Saada, na skraju Sahary. „Bou Saada” znaczy „Miasto Szczęścia” i mawiano, że to bardzo magiczne miejsce. Leary musiał zgarnąć różne manatki z Hotelu Caid, gdzie pomieszkiwał wcześniej ze swoją żoną, Rosemary. Zaliczał się do nich wstęp napisany do jednej z książek Barritta i część ubrań jego żony. To w tych ostatnich byli najbardziej zainteresowani, gdyż były tam zaszyte kartony Sunshine LSD i wysokiej jakości afgański haszysz w obcasach butów.

Zjedli kwasa, zapalili haszu i wyjechali ku niezliczonym wydmom, aż znaleźli wyschnięte łożysko rzeki. Tam usiedli na wiecznie przemieszczającym się piasku i obserwowali zachód słońca, czekając na załadunek kwasa. Wzeszedł księżyc pełni. Nad pustynią zapadła noc.

„Niebiosa płonęły” – tak później Barrit opisał tripa, który nastąpił. „Potężne statki galaktyczne rozbłyskiwały w istnienie, złote naczynia z twarzami bogów egipskich na dziobach, ślizgające się między życiem, a śmiercią. […] Cudowne miasta przemykały, zbudowane z jeszcze nieodkrytych materiałów, wieże wygięte ku niebiosom. Poprzez okno kobieta o twarzy anioła i ciele pająka gawędziła do mnie swoimi oczami . . .” Leary, w międzyczasie, wydawał się wykonywać rodzaj ceremonii, krocząc w górę i w dół i recytując alchemiczną formułę solve et coagula.

Nawet wg standardów Leary’ego i Barritta, była to wyjątkowa noc. Lecz trip zawierał kilka synchroniczności, indukujących, że było w tym coś więcej, niż tylko szereg wyimaginowanych halucynacji. Na początku tripu Barritta spostrzegł zakapturzonego człowieka pośrodku diabelskiego pyłu lub powietrznej trąby piasku. Barritt miał przy sobie zwój lub manuskrypt, który wydawał się istotny, powiązany z elizabetiańskim magikiem i alchemikiem Dr. Johnem Dee.

Dr. Dee był jednym z głównych uczonych swoich czasów, człowiekiem który odegrał wiodącą rolę w rozwoju nauki nawigacji. Był także dworskim astrologiem Królowy Elżbiety I i użył jej horoskopu do wyboru dnia jej koronacji w 1558 r. Posiadał jak wierzono największą bibliotekę w Brytanii, zanim lokalni mieszkańcy, uznający go za złego czarnoksiężnika, jej nie spalili. Był również szpiegiem Korony, wysyłanym na misje wywiadowcze do różnych innych krajów europejskich. Wydaje się zatem na miejscu, że podpisywał dokumenty kodem „007”.

Dee był również alchemikiem głęboko zaangażowanym w studia okultystyczne, nawet pomimo tego, że takie praktyki były ekstremalnie niebezpieczne politycznie w religijnym rozgardiaszu jego czasów. Zaangażował się we współpracę ze złodziejem (w tym grobów) Edwardem Kellym, wierząc, że Kelly miał zdolność słyszenia duchów i demonów. W trakcie wielu miesięcy Dee spisywał informacje skierowane „poprzez” Kelly’ego, a rezultatem był materiał pracy magicznej, zawierający anielski język, znany jako Magia Enochiańska.

Rok po podróży do Bou Saada, Leary i Brian odkryli, że w roku 1909, Aleister Crowley i poeta Victor Neuber odprawili ceremonię magiczną dokładnie w tym samym łożysku rzeki na wydmach poza Bou Saada, gdzie wzięli LSD. Crowley i Neuberg przyzywali demony inwokując dziewiętnaście „wezwań” zaczerpniętych od doktora Johna Dee i Edwarda Kelly’ego. Magia Enochiańska była integralną częścią systemu magicznego Crowleya i to anielski skrypt Dee i Kelly’ego Crowley inwokował w Bou Saada.

Praca zajęła kilka tygodni, jako że inwokowali jeden „klucz” manuskryptu dziennie, wzywając szereg aniołów i demonów do pojawienia się wewnątrz magicznego trójkąta, zaznaczonego w piasku. Wykorzystywali meskalinę i magiję seksualną, z Neubergiem dymającym Crowleya na ołtarzu w prowizorycznym kręgu kamieni, dedykując akt dla bożka Pana. Kiedy nadszedł dzień inwokacji Choronzona, demona chaosu i otchłani, Crowley nie pozostał na zewnątrz magicznego trójkąta. Zamiast tego rozmyślnie usiadł wewnątrz. Para musiała stanowić nie lada widok, jak wykonywali swoje dziwne akty wśród przemieszczających się saharyjskich wydm. Crowley był ubrany w długą, czarną, zakapturzoną szatę z rewolwerem u pasa. Neuberg, z dwoma kitami ufarbowanych włosów wygiętych w rogi, obserwował siedząc w magicznym kręgu stworzonym dla jego ochrony i robił notatki. Crowley poinstruował Neuberga, że cokolwiek się stanie, musi się przeciwstawić każdej próbie demona, aby się wyzwolić. Inwokacja dobiegła końca, złożono w ofierze trzy gołębie i, wg relacji Neuberga i Crowleya, Choronzon się ukazał. Opętał Crowleya i zaczął szydzić z Neuberga, błagając aby go uwolnił. Później twierdzili, że Crowley/Choronzon zaczął zmieniać kształt, ukazując się Neubergowi w szeregu form, w skład których wchodził jego stary kochanek oraz wąż z ludzką twarzą. Błagał poetę o łyk wody i obiecywał, że spocznie u jego stóp i będzie mu posłuszny, jeśli go uwolni. Gdy Neuberg był roztargniony olśniewającymi obrazami materializującymi mu się przed oczami, demon stopniowo przesuwał piasek na krąg magiczny, powoli go wymazując. Wtedy byt, który opętał Crowleya runął na Neuberga i wg Wyznań Aleistera Crowleya „rzucił go na ziemię i próbował rozerwać mu gardło pieniącymi się szponami.”. Na szczęście Neuberg był uzbrojony w konsekrowany magiczny sztylet i udało mu się odeprzeć bestię. Choronzon został odegnany, pozostawiając Crowleya leżącego nago na piasku. Po zakończeniu ceremonii, magiczny krąg i trójkąt zostały wymazane oraz rozpalono ogień, aby oczyścić miejsce.

Leary i Barritt byli zdumieni, gdy odkryli to, rok po ich pustynnym tripie. Fakt, że przebywali u tego samego łożyska rzeki był już sam w sobie synchronicznością, ale zakapturzona postać wewnątrz diabelskiego pyłu, którą Barritt ujrzał pasowała do crowleyowskiego opisu jego opętanego ja. Crowley, który nosił czarną, zakapturzoną szatę, opisał opętującego go demona jako koagulację form, które wirowały bezrozumnie w chaotycznych zwłach jak diabelskie pyły”. Dodatkowo fakt, że używali manuskryptu doktora Dee, który również ukazał się Barrittowi, popchnął wydarzenie daleko poza przypadkowość.

Było wiele zbieżności pomiędzy Timothym Learym i Aleisterem Crowleyem, co w tamtych czasach nie pozostało niezauważone. Dla przykładu Andy Warhol udzielił komentarza w tej sprawie.

Obydwaj wyrośli z podłoża represyjnej klasy średniej i obydwaj odrzucili te wartości, aby założyć wyzwolone i hedonistyczne sekty. Obydwaj przykładali ogromną wartość do seksu i dragów i są silne paralele pomiędzy komuną Millbrook Leary’ego i crowleyowskim Opactwem Thelemy na Sycylii. Crowley za swojego życia został nazwany „najbardziej nikczemnym człowiekiem na świecie”, zaś Leary „najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce” przez prezydenta Nixona. Przykazanie Crowleya „Czyń swoją Wolę niechaj będzie całym Prawem” ma podobne libertyńskie wartości do przykazań Ligi Rozwoju Duchowego, „religią osobistą” wynalezioną przez Leary’ego, choć ta została złagodzona do braku przyzwolenia na kontrolowanie innych. Obydwaj napisali reinterpretacje Tao Te Ching. To indykator podobnego rozmiaru ich ego, jako że Tao Te Ching jest zapewne jednym z najbardziej kompletnych kawałków tekstu, jakie kiedykolwiek napisano, i nieliczni są ci, co wierzą, że mogą to poprawić. Jak zademonstrował Roberta Anton Wilson w Kosmicznym spuście, jest wiele paraleli pomiędzy „Transmisjami Gwiezdnego Nasienia”, informacjami uzyskanymi podczas eksperymentów Leary’ego z przekazywaniem, za odsiadki w więzieniu Folsom, a Księgą Prawa Crowleya. Są również podobieństwa pomiędzy starością każdego z nich, i względem luzi, takich jak John Lennon, na których obydwaj wpłynęli. Obydwaj mieli też żony imieniem Rosemary.

Saint_Timothy_by_CorpusCallosum
“Święty Timothy”, il. aut. Corpus Callosum

Leary zaczął myśleć o sobie jako o ‘kontynuacji’ Crowleya, w przeciwieństwie do ‘reinkarnacji’ w normalnym sensie. Były silne podobieństwa pomiędzy Dee, a Kellym, Crowleyem i Neubergiem oraz Learym i Barrittem, a Leary spostrzegł siebie jako część linii czarowników powracających wskroś historię. Było to coś, czego Crowley zdawał się być świadomy, choć wierzył, że był reinkarnacją Kelly’ego prędzej niż Dee. Leary wierzył, że odgrywał „skrypt” dla stałego, transformacyjnego nurtu, który powtarzał się w czasie. Te ‘skrypty’ istniały w podobny sposób do piosenki. Piosenka istnieje tylko w czasie, nie w przestrzeni, ale jednak istnieje wystarczająco, aby wykrywalne były wzorce, harmonia i znaczenie. Zaiste, ‘czas’ był tu kluczem, albo raczej zmiana w jego jakościach, możliwa do wykrycia pod wpływem LSD. Leary wierzył, że w trakcie tripa były momenty, w których jego świadomość przerastała normalny, niezatrzymujący się, linearny upływ czasu. Koniec końców, tak jak dwu-wymiarowy rysunek może być właściwie obserwowany tylko z trzech wymiarów, tak też czas, czwarty wymiar, powinien mieć sens tylko z piątego lub wyższego wymiaru. Poszerzona za sprawą LSD świadomość wydawała się okazjonalnie oferować taką wyższą perspektywę. Z tego miejsca ujawniały się w inny sposób niewidoczne wzorce i nurty w historii. Wierzenie Leary’ego, że jego świadomość przekroczyła linearny upływ czasu tak naprawdę nie jest tak absurdalne, jak może się wydawać przy pierwszym zerknięciu. Wśród naukowców jest rosnący konsensus, że podczas gdy czas sam w sobie jest prawdziwy, postrzegany wprzód marsz czasu jest iluzją. Jak Einstein onegdaj słynnie napisał do przyjaciela, „przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są tylko iluzjami, nawet jeśli uporczywymi.” Pisząc w The Scientific American (Vol. 15 No. 3 2005 s. 82) Paul Davies konkluduje, że „upływ czasu jest prawdopodobnie iluzją. Świadomość może zawierać termodynamiczne lub kwantowe procesy, które prowadzą do wrażenia życia z chwili na chwilę.” Wtedy przechodzi do uwagi, że „możliwe jest wyobrażenie sobie dragów, które zawieszają wrażenie podmiotu, że czas upływa.”

Podczas tego okresu Leary pisał książkę o swojej ucieczce z więzienia, pt. Już pora, a później miał zakończyć swoją autobiografię dokładnie tymi samymi słowami. Książka została później przemianowana w bezpośrednim hołdzie dla Crowleya, opublikowana pod tytułem Wyznania Maniaka Nadziei, tytuł wybrany jako świadome odniesienie do crowleyowskiego Dziennika Maniaka Dragów oraz Wyznań Aleistera Crowleya.

Wkrótce później Leary został porwany w trakcie strzelaniny w Afganistanie, sprowadzony z powrotem do Ameryki i umieszczony w osobnej celi w więzieniu Folsom. Po zawarciu umowy z FBI, która zrujnowała jego reputację wśród wielu hipisowskich wyznawców, został ewangelistą komputerów osobistych i internetu. Umarł na raka 31 maja 1996 roku. Według Williama Burroughsa „Tim zmienił świat. Może upłynąć kolejny wiek, zanim przyzna mu się jego prawomocną renomę. Niech jego oszczercy kręcą głowami o sto lat od teraz.

Jest niewątpliwie prawdziwe, że ponowne oszacowanie idei Leary’ego i jego wpływu na naszą kulturę jest znacznie opóźnione. Są tacy, co wierzą, że Leary odniósł sukces i sprowadził fundamentalną i trwającą zmianę w ludzkiej świadomości milionów ludzi. Są też inni, wierzący, że powinien wziąć na siebie winę za problemy i rozczarowanie, które zakończyły sen lat sześćdziesiątych. Ale jedna rzecz jest oczywista: nie ma żadnej postaci z drugiej połowy XX w., która ma lepsze roszczenie do kontynuacji „Wielkiego Dzieła” Crowleya, niż Dr Timothy Leary.

Zaadaptowane z „I Have America Surrounded: The Life of Timothy Leary” autorstwa Johna Higgsa. Źródło: Daily Grail. Tłum. <|Vv \ not

Kosmiczny dywersantyzm

river guerrero
il. River Guerrero

Niestworzony głos wzywa nas by zbudzić ze snu życia
wzywa wężowe ziarno Chaosu do rozkwitu.

Tyfonie, namaść nas krwią olbrzyma i niech spłyną
na nas niezliczone wyzwania i granice do przekroczenia.
Kainie, Zstąpiliśmy w ten żywot uśpieni, ale obudził nas Twój szept
Śmiech i krzyk, kołaczący o wieka ludzkich świątyń.

Ty, co zawracasz bieg kosmicznych rzek energii ku Ziemi
i wydrapujesz spod skóry twarzy ego, co wykute
przed zrodzeniem człowieka, naczynie istnienia, szaty wygnańca,
krętą ścieżką Transgresji, drogą poza drogi
Prowadź nas do komunii z nieskończonością

tyfon1

:Vv :
Patrzaj i bacz
Jego zstąpienia z powyżej ku poniżej
Poza czerń i biel
Wiru rozrywającego z zachodu
na wschód czas na strzępy
I strzeż się mocy wędrowca
On powstaje ku bogom
Aby zerwać owoc zemsty
i kwiat wybaczenia

Bo rozkwita jak nowonarodzone słońce
Karmi swą jaźnią ciemność do syta
A jego płomienie będą lśniły dość jasno
By oślepić złorzeczących Woli
A jednak gorące jego plemię
Wydziela życie poprzez śmierć
Ile zatraty w scaleniu
Z każdym parzącym, gniewnym spojrzeniem

– przemiana liryki “Sun to Scorch” Malign

<|Vv i Emisariusz Otchłani

Struktura wyszlifowanego metalu

wulkanaz
fot. a.huli | INSTAGRAM

Ujrzało się drogę ku indywiduacji, a zarazem neuroreprogramacji; poprzez realizację sznurków konwencji społecznych, moralnych, kulturowych, politycznych, prawnych i tego jak niekiedy szarpią za ludzi, też niekiedy wprawiając ich w durne podrygi, maniakalne czy też złośliwe zachowanie, strzelanie z ucha, albo też w duszności, niekontrolowany płacz lub śmiech – wszystko co widzisz jest ci podyktowane poprzez język, a język jest narzędziem kontroli, siły przeciwstawnej wolności i przemianie. Kiedy to ujrzysz własnym umysłem realniej niż większość spostrzega cokolwiek, możesz zacząć wyplątywać się ze sznurków, aby żadne wirusy psychiczne nie tłumiły płomienia twojego ducha.

Kim jesteś, że dałeś sobie wmówić czym jesteś… Odstępcy korzenia jaźni, uschnie wasz ród i tylko popiół na wietrze. Wszystkie te zetlałe kodeksy i morały, które złorzeczą Życiu podług Woli… Zadrwi z was chmura piasku w wietrznym wirze na pustyni.

pismefedro

Gdzie wiedźma szepcze: kukłami jesteście – każdy w swojej mierze i każdemu swoje, kukły w sobie pokonują tylko żołnierze na wojnie z bogami.

Nie daj się złapać na wędkę! Mefedron to nawóz dla choroby duszy, trutka i broń wroga. Hoffmany, sativa, grzyby. Rzeczy zdrowe i terapeutyczne dla świadomości. A nie te wpierdalacze.
Zdj. i fotomanipulacja (?) – Polska w dużych dawkach / efekty graficzne: Not

Za rządów Pława i Spławiedliwości, w imię demonizacji wszelkich używek poza alkoholem oraz wzmocnienia ostracyzacji społecznej uzależnionych i kulturowego upupienia godności człowieka znającego zmienione stany świadomości, rozkwitła plaga dopalaczy. Naiwne nastolatki się tym truły, a psychonauci ze stałym – ciekłym paliwem w głowie odpowiedzialnie korzystali z perełek wśród research chemicals. Rozporządzenie do ustawy, jeżeli w dowolny sposób nie doprowadzi do podniesienia tematu legalizacji konopii, będzie oznaczało, że hipokryzja władzy zakrawa na obesrany szalet miejski.

the-war-in-Ukraine-is-back-Spillwords

BUTLE GAZOWE NA SZMULOWĄ GŁOWĘ

Ogólnopolska akcja niszczenia alkoholu weszła w życie poprzez propagację wywrotowej idei oraz trening 30 osób na miasto. Skończyła się 639 uczestnikami w kolejce do pozszywania na Sorach. Nikt się chyba jednak nie wykrwawił.
Transmisja live TV (w metalowych beczkach płoną ogniska od których 2 typów podpala koktajle mołotowa i ciska o witrynę sklepu alkoholowego):
– jazda bez trzymanki – mówi Gustlik w kominiarce, z podróbką beretu specnazu na dymiącym czole
– Reporterze, mam pytanko. Czy kiedyś ktoś ci rozjebał szampana na głowie?
traccchhhh
— iiii jeszcze raz!
ghhhszt
-teraz pij SWOJĄ krew, ty tłusta burżuświnio!
Kamerzysta też obrywa w czapę. Z nieba wraz z deszczem spadają wielkie czarne ślimaki bez skorup i dorównujące im rozmiarem pareczniki. Tłum się rozbiega z wrzaskiem, inni próbują deptać butami nosicieli inwazji. Spustoszenie rodzi opustoszenie. Zostaje raptem paru rannych, którzy nie ruszyli się z ziemi, bo za mocno wyrwali butelką jedynego słusznego narkotyku polski. Ich szybko czyszczą do kości tłuste, żarłoczne ślimaki z asystą skolopendrów.
– Tfuuu, kurrruuuaaa famfara, ślimaki! I robactwo! – ryczy jak byk imperator rex mundi, odbierając transmisję w swojej podniebnej kabinie w XXIII gwiazdkowym kurorcie, bo ma akurat urlop.

Obyście kutwy mieli sto pałaców, w każdym pałacu sto pięter, na każdym piętrze sto pokojów, w każdym pokoju sto łóżek, i żeby cholera was ciskała z jednego na drugie, żebyście wyzionąć duszka nie mogli. Tak nas przeklinaliście i tak przeklęci bądźcie sami.

struktura

Klatkę ego pociąłem kątówką bez osłony tak, że wyskoczyłem parę razy, ale dalej mnie tam maszkaron stagnacji ciągnął za kark. W międzyczasie klatka została sprasowana przez ścisk metalowych płyt grubych na 99 mm. Pocięte pręty szczerzą się tu i ówdzie do mojego ciała ostrymi rogami, ale śmieję im się w ich ślepe pojedyncze oczy. Niekiedy odbijają blask światła, także nie mogą sprawić, bym poniósł sromotną porażkę. Innym razem rozsuwają się w różnej objętości ciemnicę i mogę chodzić w całkowitym mroku pierwotnej świadomości. Nadmienię też, że parokrotnie nadziałem się na pręty, werżnęły mi się nawet ostatnio w oczy, ale zniosłem to ze spokojem. Dociera do mnie Głos ścieżki, która może (Xep-r-Xep-era-Xep-eru) doprowadzi mnie do erugacji rdzenia tego, co we mnie błędne. Wierzę, że wygram tą inkarnację. Z pomocą przyczynienia się do inkarnacji tyfonicznego ducha.

Od czwartku wyglądaj wizyty posłańca władcy ropuch – rzekła stara baba, która jakoby uzdrawiała ludzi liżąc im gałki oczne.

– Siemaneczko! – Jak żywopłot, drzewożyw przekroczny? – zawołał człowiek przebrany za dwupoziomowy znak drogowy. – Trzymamy się w kupie, a ten, co rości sobie w swej schiofrenii bycie bogiem, tj. demiurg – ojciec wszystkich rojeń, chcąc nas wygrzebać gmera palcem w dupie, co?… Ten, co dopatrzy się, gdzie prowadzi trajektoria plam na każdym życiorysie. Ale czy nie wstępuje już z głębin ten, który uczyni go totalnie hipotetycznym? Czyń swą Prawdziwą Wolę, a żaden Bóg nie powie Ci nie.

 

<|vV / not

Ram Dass – Pułapka doświadczeń haju

“Raj jest więzieniem mędrca tak, jak świat jest więźniem wierzącego”
– Yahja b. Mu’adh al-Razi

Dla wielu z nas, którzy dotarli do medytacji poprzez psychodeliki, przyjętym modelem do zmiany świadomości zostało wejście w haj. Odepchnęliśmy nasz normalny stan przebudzenia w celu objęcia stanu euforii, harmonii, błogości, pokoju, lub ekstazy. Wielu z nas spędziło długie przedziały czasu wchodząc w i schodząc z haju. Było to jak biblijna przypowieść o gościu weselnym, który przybył na wesele bez stosownego odzienia, więc został wyrzucony. Mój guru, mówiąc o psychodelikach, rzekł “Te leki pozwolą Ci przyjść i odwiedzić Chrystusa, ale możesz zostać tam tylko na dwie godziny. Wtedy musisz znów wrócić. Lepiej stać się Chrystusem, niż go odwiedzić – ale nawet odwiedzenie świętego jest użyteczne.” Wtedy dodał, “lecz najpotężniejszym lekiem jest miłość.” Bo miłość powoli przemienia w to, czego psychodeliki dają tylko przebłysk.

Kiedy reflektowałem w świetle jego słów na swoje tripy z LSD i innymi psychodelikami, ujrzałem, że po przebłysku możliwości transcendencji, kontyuowałem tripowanie tylko aby się upewnić, że możliwość wciąż tam jest. Dostrzeganie możliwości jest zaiste inne niż bycie nią. Wcześniej lub później musisz oczyścić i przerobić swój umysł, serce i ciało, tak, by wszystko, co ściąga cię w dół z twoich doświadczeń straciło nad tobą władzę.
Psychodeliki mogły dokonać chemicznego nadpisania (zastąpienia) wzorców myślowych w twoim mózgu, tak że jesteś otwarty na chwilę, ale gdy substancja traci swą siłę stare wzorce nawyków przejmują znów władzę. Wraz z nimi nadchodzi subtelna rozpacz, jakobyś bez substancji był więźniem swoich myśli.
Pułapka doświadczeń haju, jakkolwiek zachodzą, polega na tym, że stajesz się przywiązany do ich wspomnienia i próbujesz je odtworzyć. Te wspomnienia nakłaniają cię do próby odtworzenia haju.

Ostatecznie łapią cię w pułapkę, gdyż zgrzytają z twoim doświadczeniem chwili obecnej. W medytacji musisz być tu i teraz, odpuszczając wszystkich porównań i wspomnień. Jeśli haj był zbyt silny w porównaniu do reszty twojego życia, zastępuje on teraźniejszość i utrzymuje cię w skupieniu nad przeszłością. Paradoksem jest oczywiście to, że gdybyś miał odpuścić się przeszłości jak szczebla drabiny, odnalazłbyś w chwili teraźniejszej tą samą jakość, jaką kiedyś poznałeś. Bo starając się powtórzyć przeszłość tracisz teraźniejszość.

Jak wiele razy czułeś moment doskonałości – tylko aby rozdarłby on następny moment świadomością przemijalności?

Ile razy będziesz próbował wejść w haj z nadzieją, że to tym razem to nie nastąpi – aż już będziesz wiedział, że skoro zaczynasz iść w górę, to będziesz musiał zejść w dół? Dół jest częścią haju. Kiedy w medytacji kusi cię kolejny smak miodu, twoje wspomnienie skończoności tych momentów kiełzna twoje pragnienie. Więcej błogości, więcej zachwytu, więcej ekstazy – to tylko kawałki przemijającego show. Chwila teraźniejsza w swojej pełni zawiera zarówno górę, jak i dół, jak również jest poza nimi obydwoma.

– Ram Dass

źródło wersji anglojęzycznej: ramdass.org / tłum. zredaktur not

Prąd – Lot

prond

Słuchaj Prądu. Niekoniecznie szumu tranzystorni ani burczenia łuku elektrycznego. Prąd jest dobry bo pod prąd. Praca naszych robotników zasila elektrownie. Jebać prądem tłustych burżujów, a nie broń Boże dzieci! – JP XXIII

Jednym się skojarzy z Siekierą, inni napomkną o Wieżach Fabryk, ale transinwertyczności Prądu trudno pomylić z czymkolwiek innym. Wynika to bodaj z tego, że muzykami nie są żadne punki, ale psychonauci. Takiego grania jeszcze w coście-uczynili-skurwysyny krainą nad Wisłą nie było. Nie tak joy-divisionowe jak Siekiera, i nie tak przebojowe jak WF, Prąd to wyprawa we własnym kierunku i ku niezbadanym horozontom. Bo Prąd sprądzony jest psycho-stonerująco, za rozdzielnię służy znakomity, jakby opowiadający słuchaczowi sekrety (runy?) wokal.

“że niezbędny może być wstrząs /…/ a ja jej powiem mnie tam nie było, nie było nigdy, nie było tak wcale. a ja jej powiem to się ziemia otwiera, się we mnie patrzy, tak – we mnie zasypia. ” – fragment liryki w/w

Prąd jest fajny, bezpretensjonalny, bo bez tego kompleksu “chcemy być fajni jak znane zespoły z usa”, który ma większość tych dopethrone’ów, belzebongów tutaj itp., które- poza dobrym opanowaniem zasad takiego grania – nie sądze, żeby cokolwiek wnosiły. A tak jest w tym przypadku. Wyrazista transgresyjna muza mocno pod koncerty.

Album niezmiernie, choć nierównomiernie pochłaniający, co w moim odbiorze warunkowane jest manierą wokalną (krzyk/śpiew). Songi Wstrząs i Elektro są tyleż treściwsze od zlokalizowanych między nimi Sojuzem i Próżnią. Ale już A7 Terra-Luna zachowuje ciągłość i spoistość. Prąd to muzyka ludzi świadomych i bez lęku patrzących w gwiazdy. Szukanie jakichś odwołań do Lema czy innego Zajdla byłoby tu tak zajadle infantylne, że skompromitowałoby pismo. Ciekawe czy ktoś wpadnie w tą studnię kanalizacyjną. No i wreszcież, co łączy Jurija Gagarina z Albertem Hoffmanem? Czyżby połączył ich Prąd? Odpowiedź jest out there. Wydane 23 czerwca.