Rope Sect – Personae Integrae // Proselytes

rs

Caligari Records, 18.XII.2017

“Jesteście nieśmiertelni od początku, jesteście dziećmi życia wiecznego i chcecie podzielić między siebie śmierć, aby ją wycieńczyć i zniszczyć, i żeby śmierć umarła w was i przez was. Bo jeśli rozłożycie na części kosmos, nie będziecie sami rozwiązani, zapanujecie nad stworzeniem i całym zepsuciem”. — Homilie Walentyna (cyt. przez Klemensa, Stromata, IV, 13, 89)

Deathspell Omega post-punku. Długograj i epka niemieckiego trio wydane przez black metalowe Iron Bonehead. Nie przypadkiem, bo instrumentalnie, acz nie kompozycyjnie, pasuje to pod kanon, a czyste wokale są na tyle unikalne i bezpretensjonalne, że każdy, kto ma uszy, przysłucha się z uwagą. To kawałek wyjątkowej muzyki, w której wibrują momentami być może riffy Virus / VBE, ale też pobrzmiewa Joy Division czy jakieś zamaskowane szwedzkie lub jeden europejski grzyb jakie oi!/punk rocki, post-punk w rodzaju Disappears, aż po A Pregnant Light.
Egzystencjalistycznego węszę w tym coś, czy raczej, że pozwolę sobie tak spaczyć to słowo, zjaźnionego. Bez dwóch zdań motorem twórczym tej płyty jest wysokie stężenie świadomości autorów. Zdarzają się fragmenty melodyjne i niemal heavy metalowe (vide “Tarantis” czy “Ochlesis” – w duchu Ghost – to skojarzenie może wynikać również z ponadprzeciętnej klarowności głosu dojmujących wokaliz), ale przeważa post-punkowy charakter, z transgresyjnymi momentami kojarzącymi się jak na wstępie. Na black metal jest to nieco zbyt melodyjne i gładkie, aczkolwiek to w gruncie rzeczy, w świetle wymowy całości, błaha różnica.
Najbardziej zapadają w pamięć dwa utwory: Pretty Life i Quietus. Ten pierwszy brzmi jak wskazówka ku ziębiącej smutkiem konstatacji życia jako procesu, któremu immanentny jest rozpad i utrata (mogę się mylić, bez słuchawek nie wychwytuję wszystkich słów ze słuchu). Zauważyłem, że w pewnych okolicznościach powieliłem sobie parokrotnie ten numer na playliście, ale z czasem przestałem go słuchać, żeby nie wprowadzać się w stan melacholii, kiedy nie jest on sam z siebie dany.
Quietus to utwór kołyszący świadomością siły swojej tożsamości. Bynajmniej taki stan może ewokować u słuchacza, albo też na odwrót – takiego można upatrywać za jego powstaniem. Rope Sect wydaje się muzyką wskazaną dla osób, które odbierają życie w całej jego cierpkości. Co stanowi warunek do odwrotności.
Niemcy prawdopodobnie można obecnie zgeneralizować jako naród mięczakowatych zzachodniałych burżujów, ale ci trzej sowicie polali do czarciego dzbana.

Advertisements

Prze-(w)stęp

Z okazji przełomu kalendarzowego deklamujemy odstąpienie od momentami obscenicznie prywatnego profilu pisma i zachęcamy ludzi o pokrewnych zapatrywaniach do publikowania na łamach tegoż. Od relacji z odsłuchu nagrań muzycznych, poprzez autorskie pisarstwo i felietony, gama możliwości jest szeroka. Wynika to też z fizycznej niezdolności do równie intensywnego tworzenia pisma, co onegdaj, będącej rezultatem pracy zawodowej i wychowywania syna. Możecie upchnąć tą prośbę razem z kurzem, popiołem i pomyjami, albo potraktować serio.

>> Mail <<

skra
fot. i fotomanipulacja – K/W

Informujemy również o poprawionej wersji najbardziej zjadliwego felietonu opublikowanego tutaj. Bez wyrzeczeń, ale stemperowane:

Felieton socjopatyczny, lub dlaczego twój kot by bździł na Polskę

Wynika to z przednoworocznego remanentu w świadomości i potrzeby skonfrontowania tożsamości autora z tym, co ją zbudowało, a następnie przekroczyło jej nazbyt wąskie granice.

93lut
fot. i fotomanipulacja – GvS

Tylko zapętleni przetrwają

LOONEY RUNES
Sen z 28/29.XI
______________

I

scena utraty danych z komputera prowadząca bohatera A do psychozy
[DOM RODZICÓW; BOHATEROWIE A I E Z DZIECKIEM MIESZKAJĄ NA GÓRZE, PODJAZD, DRZEWA, PIĘTROWY ]
– trans bohaterki E
– powtarzanie (mantra) – IMIĘ
– uderzenia (biczowanie)
– płacz dziecka

II

skok w przeszłość do tego samego domu, gł. boh. mają 15 lat
[REALIA LAT 80/90]
– A zapisuje E na dyskietce wskazówki dot. życia / filmu
– planuje samobójstwo, wcześniej umawia się z kolegą na marsz narodowy
– nie wie, że jest regularnie narkotyzowany i wykorzystywany przez własną rodzinę (gł. matkę i jej trzy przyjaciółki) do celów rytualnych, nagrywany zawsze i o każdej porze swego życia
[UJĘCIA JAK PRZEZ WIZJER ALBO OKO KAMERY, DOM. CZERWIEŃ I CZERŃ]

III

psychoza = zapętlenie, wymieszanie teraźniejszości z przeszłością [OGLĄDANIE Z KILKU PERSPEKTYW]

26176497_2001640070106911_1065454244_nIV

przeszłość:
– spotkanie z pierwszą i jedyną dziewczyną (E) z którą wcześniej A utrzymywał znajomość internetową, spotykają się pod „cygańską księgarnią”, potem idą schodami zabytkowej kamienicy na górę, gdzie tańczą i piją; scena na balkonie filharmonii, obok baru z orkiestrą grającą melodie z XX-lecia międzywojennego
– wspinanie się po schodach pijanej matki w futrze – E spogląda na nią ze współczuciem
– matka A mija parę, brak reakcji i spojrzenia ze strony A, spogląda przez cały czas na dziewczynę; matki wzrok zamglony ale czujny i zazdrosny, taksuje syna wzrokiem

V

przeszłość ale WCZEŚNIEJ (dzieciństwo)
– scena kupowania książek „u Cyganów”
– pierwsze sceny magiczne; czary podparte lekturą
– metamorfoza w Bestię [CHRZĘST KOŚCI → ODWŁ. DO BOH. WSPÓŁCZESNEJ POPKULTURY (Marvel?)]
– sceny seksu z przyjaciółkami matki – Inicjacja [W JAKOŚCI KASET PORNO/SUTCLIFFE JUGEND – ‘SHAME’]

VI

wczesna młodość parę lat później
– E, którą matka A decyduje zachować przy życiu, złożona w ofierze
[przedtem SCENY SAMOTNYCH TUŁACZEK PO PASTWISKACH I LESIE NOCĄ; PALENIE PAPIEROSÓW NA WZGÓRZU, TULENIE SIĘ DO OSWOJONEJ ŁANI; D O J M U J Ą C A S A M O T N O Ś Ć]
– wcześniejsze ofiary zwabiane i mordowane poza udziałem swej Woli (Bestii odruch ludzki: symboliczne grzebanie ich szczątek we wraku starego samochodu pod lasem)
OFIARA
kapłanka – tresuje Psa
okrągły konfesjonał obracający się jak podest koncertowy w budynku przypominającym Koloseum, w „okienkach” wyświetlają się Figury
Służebnica Pańska – Pies (aportuje)
gwałt na Górze w deszczu (Jodorovsky?)
to co sacrum nie daje się zbeszcześcić, E unosi głowę i zakrwawionymi rękami głaszcze Bestię

VII

[POKÓJ Z KSIĄŻKAMI (POKÓJ A Z MŁODOŚCI) WYPEŁNIONY ŚWIATŁEM, ŚCIANY ZIELONE, POWIETRZE JAKBY KWITŁO – PARADISE]
– A i E klęczą na podłodze; oglądając Księgę wiedzą, że to wszystko dzieje się, „nadpisuje” cały czas – ZYSKUJĄ ŚWIADOMOŚĆ I POJĘCIE ZŁA I DOBRA
– A pokazuje E palcem okładkę, na której obydwoje wymienieni są jako Autorzy
[POWSTAŁO ŻYCIE / FILM]
– ona z radością i przejęciem z powodu odkrycia największej z Tajemnic przytula i całuje go, on wpada w święty gniew – E źródłem grzechu -> ZAPĘTLENIE = PSYCHOZA
[PĘKNIĘCIE OBIEKTYWU, KAMERA ODSUWA SIĘ]

3jako ilustracje wykorzystano obrazy Villjo Gustaffsona

aut. GvS

Wilcze Kły: pozycja wyjściowa do zażalenia demiurgicznych roszczeń wobec ducha ludzkiego

03__North_Pole_Wolf
Mechaniczne Imadło

/ 2?3 /

To jak “bóg zapłać” za surowe w środku kluski z jogurtem. Nadziałem się na ucieleśnienie choroby polackiej. Na poczcie, kurwa. Zachodzę styrany i obolały, a tu mnie recepcjonistka zagaduje: – a teraz odsyłamy, co? Nie wyczułem w tym sygnału aktywującego śmierdzące czułki Kontroli. Na gębę wyszła kobiecie cała niepojęta wredota. To ma być ktoś, z kim jestem jakkolwiek spokrewniony? Rodak, Polak? Pojęcie narodu jako wyznacznik wartości to najbardziej chybiony z wyborów. Z poślizgiem nogi na osnowie Ładu odparłem, że i owszem, bez przesady. Nie po to zakładałem rodzinę i podejmowałem pracę, aby mnie teraz pozbawiali pracy za kradzież produktów spożywczych na wysokość 60 zł (którą dokonałem przed tym, czym jest faktyczna resocjalizacja). Ten lemur zaczął swoją mikrotyradę: to dobrze, że w kraju prawo funkcjonuje. Musi być jakaś sprawiedliwość. – Gdzie tu widać sprawiedliwość? To wyrządzanie szkody społecznej, a nie przyrządzanie pożytku społecznego, tak funkcjonujące prawo jest swoim zaprzeczeniem – No ale przyznaje się pan do kradzieży? To jak pan chce za to zapłacić? Ręce, te moje styrane, pokaleczone ręce mi opadły. Cudem nie wybuchłem i zachowałem względny spokój, choć w środku wszystko chciało by wulkan wypluł lawę. Będę sobie pluł w brodę, że nie zjechałem tego robactwa walcem. Z drugiej strony to kolejny znak ostrzegawczy, że moja passa się skończyła, a głupota nie będzie w nieskończoność uchodzić płazem. Po cholerę opowiadać cokolwiek komukolwiek na swój temat? Wyszedłem zachowując nieruchomą twarz. Po kiego czorta? Aby nie robić ekscesu, nie używać przemocy; bo słowa bywają nieme. Wydawało mi się, w tym kraju da się żyć, ale oto po raz kolejny wydaje mi się odwrotnie.

/\/\/

Wystarczyło mi uporczywości na ból fizyczny, ale na sprostanie wszystkim konwenansom kulturowym niekoniecznie. Społeczeństwo próbuje mnie musztrować poprzez swoje organy prawne. Ale to nie w wyniku tego, a swojej kapryśnej karmy, przyszło mi trafić ten uraz w pracy. Przez dobre 20 minut znosiłem intensywny ból od rany ciętej na 1 cm głębokości na dłoni, co nastąpiło po pokryciu jej antybakteryjną maścią. Z powodu zatrucia “lekiem” przeciw uzależnieniom, jak również innych czyników, o których nie wspomnę, stawiłem dzisiaj czoła napięciu nerwowemu najbardziej intensywnie w życiu.

25395886_2021067968127085_4611507408939798654_n
Jung – Sauwastyka – Bielik – I CO!?

/\/\/

Że nie reaguję w sposób, w którym mógłbym wyciągnąć ostateczną konsekwencję z tego, co czuję – to jest wielkie szczęście.

/\/\/

Połowicznie zapadłem na łagodny rodzaj schizofrenii, będący następstwem tyleż bycia Polakiem, co osobą niedostosowaną do życia we współczesnym społeczeństwie. Na skutek kryzysu psychicznego, który nastąpił jako owoc moich zachowań i nie upatruję tu winy u najbliższych – którzy to byli mi wówczas najdalsi, jako że siedziałem wtedy w Zakładzie Karnym, – wmontowała mi się mocno obawa, że mogę stracić wszystko, co cenię i stanowi grunt dla korzeni mojej woli życia. System postrzegania odnalazł z pomocą psychogennej używki tj. klefedronu, upostaciowienie tej obawy w lęku, że ktoś z ludzi żyjących niepodal ani chybi jest gównofonem (tj. bujaczem na uchu) szukającym tylko powodu, aby aktywować tryb konfidenta policyjnego; przy jednoczesnym kontynuowaniu zachowań wykraczających poza wąski zakres tolerancji polskiego prawa. Rzygam tym serdecznie, jakkolwiek w celu ozdrowienia muszę przyjąć, że wszystkie moje schizy były chybione, i nie można w nich się doszukać kropli intuicji. To trudne, bo intuicję nieraz mam, choć rzadko jej należycie słucham. Przejebane jak za podążanie na kompromis własnym słabościom, czy też chcąc ułatwić sobie utrudnione ponad miarę “zaburzeniami osobowości” życie, człowiek doprasza się o zstąpienie biedy na swój łeb. Bo jeśli doprasza się o zstąpienie piekieł to ulega deluzji i pewnie codziennie wciąga tfu-anetę. Nie to ma być jednak konkluzją. W konkluzji zapytam, kto niby ma prawo zabraniać białemu człowiekowi realizowania swoich naturalnych instynktów i odbierać mu przestrzeń życiową, mieć czelność go musztrować? Ktokolwiek próbuje to wymuszać jest uzurpatorem wbrew Naturze. Prawem niechaj będzie Miłość podług Woli.

Nie podpisujemy się całkowicie pod antykatolicką wymową tego utworu (którego niektóre fragmenty są trafne i dosadne, a inne przesadzone i celowo niesmaczne), bo w morzu ateistycznego materializmu wyznawcy Jezusa należą do ryb lepszego sortu, a jeśli kieruje nimi poczciwość to posiadają odruch ludzki… jakkolwiek katolicki system postrzegania należy do tych bardzo odzierających człowiecze postrzeganie z dostępu do poznania głębi życia.

Dariusz Regulski – Ewka – fragmenty

„Od pewnego czasu nęka mnie nieodparte pragnienie zgłębienia tajemnicy życia”.
– dziennik Szczypiora

Fragment 1:

Zanim Malinowska odgryzła sobie język, mówiła dużo o Bogu. O miłości Boga do Niej i odwrotnie. Jednak to nie miłość boża doprowadziła ją do tego miejsca, ale miłość księżowska. Zbyt wielka i mocna. Ksiądz zrobił z Malinowską to, co chciał, a potem powrócił na łono Kościoła, udając, że Malinowskiej wcale nie znał i wcale z Malinowską nie spał. I wcale nie zrobił Malinowskiej dziecka. Dziecko nie przyszło na świat, bo rodzice Malinowskiej kazali się pozbyć tego zgniłego owocu miłości.

— No to sobie narobiła — powiedział Wójcik do Szczypiora w gabinecie lekarskim.
— Raczej to jej narobił…
— Trzeba było do księdza nie startować. Tylu jest porządnych facetów na świecie.
— Miłość jest ślepa — tłumaczył Szczypior.
— I nie ma języka — dodał kolega po fachu.

— Przepraszam Cię za to, co powiedziałem tam w parku. Rozumiesz, nerwowe życie.
— Co się dzieje?
— A co ma się dziać? Stara zatruwa mi życie.
— Coś o tym wiem.
— Rozwodu chce, kurwa mać. Po dwudziestu latach godnego i dobrego pożycia małżeńskiego!
— Rozwód…
— Ja rozumiem, że czasem się ludzie rozchodzą, bo nie pasowali do siebie i tak dalej… ale przez dwadzieścia lat człowiek przywiązał się do drugiego.
— No to może czas się odwiązać — powiedział Szczypior — Może powinieneś zabić swoją żonę i zbiec na Kostarykę?
— Bardzo śmieszne! Myślisz, że lepiej będzie uciąć jej łeb siekierą, czy oblać benzyną i podpalić?
— Ja swoją zastrzelę.

Szczypior przypomniał sobie malinowo — mleczny zapach skóry Ewy.

„Jeszcze wszystko można odwrócić. Wszystko zmienić można. Na pewno można. Strzała zegara cofa się. Samolot czeka. Możemy jeszcze razem polecieć na Kostarykę. Jeszcze dziś tam być”.

Ewa pachnąca truskawkami. Szczypior zaciągnął się truskawkową wonią ciała. Lecz nagle Ewa ulotniła się w powietrzu. Para wodna. Trzask otwieranej puszki. Śledź pospolity.

— Może się poczęstujesz śledzikiem, Szczypior — powiedział Wójcik — Co masz taką kwaśną minę?
— Truskawki może masz?
— Skąd ja Ci wezmę truskawki o tej porze? — zapytał poirytowany Wójcik — Sezon na truskawki się skończył.
— Życie się skończyło.
— Co mówisz?
— Mówię, że mamy piękną pogodę!
— To jest racja. Pogoda się udała wyjątkowo.

Godzina 13. W Radiu Mało Fajnym serwis informacyjny. Wójcik przekręcił gałkę z napisem „volume” w prawo. Głośniej. Spiker przejęty mówił z radia:

— Kolejny zamach w sercu Europy. Grupa czterech zamachowców — samobójców zdetonowała ładunki wybuchowe na lotnisku w Brukseli. Zginęło 30 osób, a 235 jest rannych. Liczba ofiar może się powiększyć. A teraz przenosimy się pod Sejm, gdzie Komitet Obrony Dobrobytu zorganizował manifestację przeciwko Partii Indoktrynacji Społecznej…

— Skurwysyny — wycedził przez zęby wściekły Wójcik.
— Niedawno Paryż, a dzisiaj…

Szczypiora ogarnął niezrozumiały dreszcz. Uczucie. jakby świat drżał i tracił krew. Czarnym flamastrem na kartce napisał:

Świat umiera
W radiu ostatnie
Agonalne jęki
Drgawki przedśmiertne 
Nie wiem czy go dobić
Czy zadzwonić po karetkę

Słysząc słynny przebój młodzieżowy „I fuck you in my car” pomieszany ze smarkaniem i kichaniem Wójcika, zdawało mu się że świat dostał biegunki.

24115419_2040507156183270_1883137219_o

Fragment 2

Chory z pokoju 326 był szamanem. Leżał na brzuchu, nieruchomo, mrugając co chwilę i krzycząc „Mania przebiła moje lustra na wylot!”.

— Antropolodzy uważają, że szamani byli pierwszymi kapłanami. Uzdrawiali chorych, brali na siebie grzechy świata. Ponoć pierwszy szaman wymyślił seks. Nazwał go, tym, który doprowadza do szaleństwa.
— A więc wszyscy, którzy uprawiają seks są świrami — stwierdził Szczypior.

Wójcik uważnie obejrzał plecy szamana.

— Co robisz?
— Eksplozja — stwierdza — Dokonała się eksplozja.
— Jak to?
— Szamani posiadają w sobie ukryte, niezliczone pokłady energii. Często szamani nie wiedzą, że nimi są. Otóż u szamana energia budzi się w nerkach, wzrasta, przechodzi przez kręgosłup, aby eksplodować w głowie. Ta energia może nawet przebić na wylot czaszkę…
— Mania przebiła moje lustra na wylot!
— Szamani muszą uważać, bo przy eksplozji może nastąpić oczyszczenie albo…
— Można dostać pierdolca — dokończył Szczypior.
— No i niestety. Pan Szaman dostał pierdolca.
— Neuroza? — zapytał Szczypior.
— A co to takiego?
— Wszczepienie elektrody szczęścia powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu.
— Tak… a czy pojmujesz, co znaczy zabić samego siebie?
— Może kiedyś spróbuję…

Wójcik odszedł, ale Szczypior usiadł naprzeciw Szamana i przyglądał się mu przez dłuższy czas. Obserwował niespokojne ruchy szaleńca.

— Co Ty, Szczypior, zakochałeś się? — niecierpliwy głos Wójcika wybił go z ciągu myśli — Chcesz zostać szamanem?

Szczypior pochylił się nad szaleńcem. Odczuł, że jest on mu chyba najbliższy ze wszystkich ludzi na świecie.

— A czy Ty… mógłbyś mnie uzdrowić? Mógłbyś wziąć na siebie grzechy mojego świata? A może uczynisz mnie swym uczniem?
— Mania przebiła moje lustra na wylot! — odpowiedział szaman.
— Naprawdę, szczęśliwy człowiek!

Fragment 3

Tego dnia, jak zwykle po pracy udał się do »Violette« na kawę i ciastko. Siedział i patrzył na hipnotyzujące, fioletowe lampki, które wprawiały go w dziwny rodzaj melancholii. Czasem patrząc w blask owych światełek czuł, jak gdyby miał zostać tu, w tym lokalu, przy tym samym stoliku, od kilku lat stałym, ulubionym miejscu (dla Szczypiora ważne były takie detale) już na zawsze i tak patrząc, nie myśleć o niczym a tylko czuć melancholię, która przecież zła w zbyt dużych ilościach, czasem niezbędna jest, aby nie zwariować.

— Pobrudził się Pan! — miękki, dziewczęcy głos wyrwał go z Wielkiego Fioletu, lecz nie tak brutalnie, jak głos żony wyrywał z błogiego snu. To wyrwanie było zgoła inne. Już oburzony wykrzyczeć miał „Jak śmiesz?!”, gdy zobaczył przed sobą tę najpiękniejszą kelnerkę ze wszystkich kelnerek, która wszystko zrozumie, wszystko wybaczy i całą tragedię świata obróci w żart. Przez chwilę jednak nie zrozumiał niczego, co Chantal powiedziała.

— Może Pani nieco rozjaśnić?
— Tego chyba tak dosłownie nie potrafię. Chciałam tylko powiedzieć Panu, że Pan się pobrudził kremem z ptysia.
— Ach, no tak! — powiedział z ulgą i zaczął wycierać twarz, z nieukrywanym wstydem, bo zawsze niezdarny był przy kobietach — Widzi Pani, tak to już jest, że nie można tak zupełnie być czystym. Zawsze się trzeba pobrudzić.
— Pan to tak filozoficznie powiedział — wyrzekła zarumieniona — Pan jest pewnie pisarzem, albo aktorem?

Szczypior po chwili zastanowienia odpowiedział:

— W życiu przeczytałem mnóstwo książek, a napisałem tylko jedną, króciutką. Na szczęście nikt jej nie przeczyta, a jej autor nie zostanie pod żadnym względem zapamiętany. Być może tak, jak wielu z tych obiecujących pisarzy, którzy nazbyt przejmują się opinią społeczeństwa. Aktorami natomiast jesteśmy wszyscy. Pani też.

Popatrzył na Chantal. Wstydliwie opuściła wzrok i wtedy właśnie zrozumiał, że wprawił ją w niemałe zakłopotanie.

Byli sami w restauracji. Mogli więc swobodnie rozmawiać.

— A więc kim Pan właściwie jest?
— Już mówiłem. Aktorem.
— Chodziło mi bardziej, czym Pan się zajmuje.
— Ukrywam się.
— Da się z tego wyżyć?
— Przeżyć. To wystarczy.
— Na jak długo?
— Póki co, idzie mi nie najgorzej. Już czterdzieści jeden lat. A Pani?
— Dwadzieścia jeden. Prawie tak stara, jak Pan!

Szczypior uśmiechnął się łagodnie.

— A więc oczko.
— Oczko? — zapytała rozbawiona.
— Black jack, oczko, dwadzieścia jeden. Taka gra karciana. Hazard.
— Jest Pan hazardzistą?
— Żeby być hazardzistą — odpowiedział Szczypior — trzeba ryzykować. O swoim życiu mogę powiedzieć wszystko, oprócz tego, że było w nim jakieś ryzyko.
— Może to i dobrze, że nie jest Pan hazardzistą — stwierdziła Chantal — Kiedy się gra o wysokie stawki, to można dużo stracić. A nawet wszystko.

Szczypior uśmiechnął się raz jeszcze, lecz teraz gorzko i tym razem nic na to nie odpowiedział.

— Ja coś może źle powiedziałam? — zlękła się Chantal i natychmiast, jakby chcąc naprawić swój błąd wyrzekła — Widzę Pana od roku, od kiedy tu pracuję i podaję Panu kawę. Wybiera Pan zawsze ten sam stolik. Ten sam i siedzi Pan tak długo, nie spieszy się Pan, czeka na kogoś. Ale ten ktoś spóźnia się, albo nie może przyjść. Niby nic to mnie nie może obchodzić i jestem smarkula, ale za każdym razem sobie myślę, że coś bym chciała zrobić, żeby Pan nie był smutny. Gdybym znała tego kogoś, kto ma przyjść, a nie przychodzi, to bym go… ją znalazła i przyprowadziła.
— Naprawdę? — Szczypior poderwał się gwałtownie, rażony palącą myślą — Zrobiłaby to Pani?
— Tak.
— Przyprowadziłaby Pani?
— Tak.
— I Pani to wszystko mówi z pełnym przekonaniem? Z pełną wiarą?
— Staram się.

Szczypior wstał nagle, ujął drobną dłoń Chantal, a ona jej nie wyrwała, a on ucałował ją z namaszczeniem. A kiedy usta dotknęły jej skóry, to tak jakby umierający z pragnienia na pustyni dostał się do źródła chłodnej, krystalicznej wody. A w tym ucałowaniu była cała istota desperackiej chęci życia i żeby ktoś pomógł utwierdzić w przekonaniu, że warto naprawdę.

— Warto! Pani rozjaśniła wszystko!
— Pan jest naprawdę wariat kompletny!
— Poczytuję to sobie jako pochwałę!

24167290_2040507216183264_1655798052_oKontakt z autorem: regulski-dariusz@wp.pl

Całość książki można nabyć pod adresem: https://ridero.eu/pl/books/ewka/

Zamieszki na globalnym sportowym zlocie dla zdolnych inaczej

g17.6-P

W Biblii czytamy: „Do męża, który idzie za nakazem kontroli, nie należy nawet jego pluskwa”.
ROK 2017 rozpoczął się od zgoła mogilnie ponurego ogłoszenia podanego przez naukowców. W styczniu grupa mogących wyrządzić ogromne fikołki finansowe badaczy oznajmiła, że świat niebezpiecznie zbliżył się do największej katastrofy w historii. Totalna bunoferia centusiowatych burżujów, mających czelność zabierać głos w tym, co w narodzie jest przedstawiane jako wartość to przyczynek do chęci wzniecenia płomieni w umysłach. Prędzej niż do traktowania polskości jako burżuazyjnej kato-błazenady, bo to, będąc tym właśnie NIEfałszywym chrześcijaninem boli, a nie śmieszy.  W Indoeuropejskim niezainfekowanym społeczeństwie rozmowa szlachcica z żebrakiem była czymś normalnym, i patrzył mu w oczy jak człowiek, bo szlachic rozumiał istnienie, a nie był wyznawcą durnych dogmatów ideologicznych. Między innymi to doprowadziło do niebezpiecznego przestawienia wskazówki minutowej świętego Zegara Zagłady o 33 sekundy do przodu. Zegar ten ma pośrodku tarczy złotą bombę atomową jak piłkę rugby i wskazuje teraz tylko 2 min 30 sek do północy, co oznacza, że jesteśmy bliżej globalnej katastrofy niż kiedykolwiek w ciągu minionych 44 lat!

W roku 2018 naukowcy przebadali plan aktualności tych doniosłych potrzeb ponurego ogłoszenia. Czy Zegar Omni Fellatum będzie wskazywał północ i bezprecedensową katastrofę, coś porównywalnego do ejakulatu wulkanu na małej wysepce na skalę planetarną? Możliwe, że nawet panu prezesowi trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. W końcu nawet specjaliści nie są co do tego zgodni. Wcale nie wszyscy ludzie wierzą w szerzące się domieszki o jaszczurowartych humanoidach, za to dają im wiarę wyznawcy objawień fatimskich.

Tak naprawdę miliony ludzi patrzą w przyszłość optymistycznie. Ich zdaniem istnieją dowody na to, że ludzkość i nasza planeta będą trwać wiecznie i że jakość naszego życia się poprawi. Ich dowody są bezapelacyjnie wiarygodne, zupełnie jak ortodoksyjna wykładnia Pisma Świętego, albo jawnie protorasistowski przekaz świętej księgi bystrouchego narodu – Tory. Czy więc świat wymknął się spod kontroli?

„Zegar Zagłady to międzynarodowy symbol pokazujący, jak blisko jesteśmy zniszczenia cywilizacji przy użyciu stworzonych przez nas niebezpiecznych technologii. Wśród nich na pierwszym miejscu znajduje się broń nuklearna, ale zagrożeniem są też technologie parapsychiczne, wirusy w rodzaju choroby chrystusiej, przegrywającej ostatnio sromotnie z chorobą mamonią – choroby mogące wpływać na zmianę zdrowego oglądu świata liczy się w tysiącach – oraz wpełzające człowiekowi przez oczy i uszy mikroelektroniczne robaczki, które zostawiają plombeczkę w korze mózgowej, rozwijające z powodu błędu w obliczeniach lub na skutek przypadku, ludzi o wynaturzonych, śmierdzących ja — a tacy mogą wiele zmienić na naszej planecie czy nieodwracalnie zmienić nasz styl życia” (Bulletin of the Atomic Scientists).

Przekaz z tybetańskich krypt

.:.

podpalić gwiazdy flag
spopielić mieszczański świat
kopać, drążyć, wykrajać
aż po zmarłych kości

żyć gorączkowo, suwerennie
i znakiem Kaina bez litości
szanować, kultywować
czym się prajaszczury odurzali
jaźni swe płomiennie poznawali

tako rzecze czarny kot:
trzodo wieczna!
trzodo w tył zwrot!

bo wasz komfort, w stagnacji trwanie
wasze konta bankowe, wikt i pasza
wasze hipermarketowe przystanie
strawi ogniem diabeł,

ogniem, co nasyca sam siebie
jedynym słusznym głodem

jego
Oko

23561644_2008059909427891_3653056122096703905_n.jpg
Ziarno przemiany iskrą świadomości. Próba sigilizacji wizji wężowego szwu rzeczywistości doznanego w psychodelicznym stanie umysłu.

 

Piotr Misiorowski – TAJEMNICA JEST WSZYSTKIM

Oddaj mi Czarną Gwiazdę, panie Diable.jpg
Oddaj mi Czarną Gwiazdę, panie Diable

Wyznajesz Lucyfera?

Nie, ja jestem nihilistą w duchu U.G. Krishnamurtiego. Lucyfer to mój patron jako artysty, bo wg. niektórych jego alternatywne dzieło stworzenia to utopia, nie-rzeczywistość do której można uciec przed realnym światem a więc i sztuka wchodzi w ten zakres. Zaczął się u mnie pojawiać jako Androgyn i zastanawiałem się nad znaczeniem jego obecności. Aż kiedyś posłuchałem wykładu Prokopiuka i BĘC!, ułożyło mi się to w ciekawe wyjaśnienie. Nieźle mnie za niego prześladowali chrześcijanie i jeden Żyd w necie. 😛

Trzymam przed sobą nadgryzioną zębem czasu ksiażeczkę, to jest znany w wielu kręgach zbiór rysunków i szkiców poetyckich Witkacego. Nie powiem, ta pozycja potrafi człowiekowi poprawić humor. Jaki masz stosunek do w/w Pana? Nie sądzisz, że w Twoich pracach występuje pewne podobieństwo? Mam na myśli – momentami – podobną technikę rysunku.

Tak sobie przeglądam jego prace… Dawno temu miałem album Witkacego, ale to było tak dalekie od moich ówczesnych umiejętności, że nawet nie próbowałem wtedy się na nim wzorować. Co ciekawe, dziś widzę w jego pracach wiele wspólnych cech z A. O. Spare’m, do którego bym się porównał o wiele szybciej i chętniej, chociaż podstawą mojego stylu są komiksy, jakie dostępne były w latach 80-tych i 90-tych – Rosiński, Manara, Loisel. Potem uczyłem się koloru podpatrując Balthusa i Hoppera. A.O.S. pojawił się dużo później i stanowił dla mnie duże zaskoczenie – odnalazłem podobne zanurzenie w nie-światach, ukazywanie tego, co staje się ze świadomością, gdy ta się rozpływa jak dym. Witkacy, by uzyskać stan rozpadu realności, używał narkotyków, gdy ja używam bardziej surrealistycznych technik: rysunku i pisma automatycznego, rozpraszania uwagi (rysując podczas oglądania ciekawych filmów), rysowania z zamkniętymi oczami, lewą ręką, w zaciemnionym pokoju, itd.

Odsłonięcie
Odsłonięcie

Czym lub kim są zmysłowe, nagie… no właśnie, boginie? sukkubice? anioły? Przeważają one w Twoich pracach i zwykle przedstawiane są na pierwszym planie, niczym divy pełniące główną rolę w przedstawieniu. Kiedy zacząłeś je rysować? Dlaczego poświęcasz im tyle uwagi?

Dla mnie sztuka jest albo zapisywaniem i przekazywaniem energii psychicznych autora bądź energii idei (wtedy twórca staje się medium), albo badaniem piękna. W tym drugim przypadku wytworzyłem własny kanon ukazywania kobiecego ciała, bo uważam je za najmocniej zamieszane w sferę piękna. Te postacie są więc kroplami drążącymi skałę rzeczywistości, by rozsadzić ją i zwyciężyć. Jednak dążenie do przedstawienia idealnego piękna nigdy się nie kończy, ponieważ jako istota niedoskonała nie mam kompetencji, by dokonać takiego wyczynu. Tym niemniej machina się kręci i powstają kolejne wizje pełne uwielbienia dla Bogini (nieco religijnie rzecz ujmując).

Wobec tego czy za Boginię uznajesz Babalon? To by się nie zgadzało z wizerunkami na Twoich obrazach, bo ta zwykle bywa przedstawiana inaczej, a w każdym razie gęste płomieniste włosy są tu kanonem.

Nie podchodzę do tego dogmatycznie. To jest po prostu kobiecość ubóstwiona. Można uznać te rysunki za pewną formę modlitwy, rozmowy z tym, co wyższe. Nie jest to jednak jakiś konkretny nurt – Thelema, Wicca albo kult Kali, choć w nich ten rodzaj fascynacji kobiecością jest obecny i stąd pojawianie się pewnych motywów z tych rejonów w moich pracach. Moja wyobraźnia, czy może raczej podświadomość, przypomina wielki mikser, w którym wszystko miesza się ze sobą, dlatego moje rysunki są ucieczką od konkretów w rejony nieoznaczonego, niejednoznacznego, nierealistycznego.

SAA HETET ARV
SAA HETET ARV

Czy praktykowałeś kiedyś magiję, tj. czy wykorzystywałeś sigile w sposób inny niż umiejscawiając je na rysunkach, lub też odprawiałeś jakiekolwiek rytuały?

Frater Achad to był mag – ja nigdy nie uważałem się za takowego, raczej inni tak o mnie myśleli czy też myślą, co wynika z mojej słabości do ukazywania w mojej sztuce magicznej wizji świata. Dla mnie to jest jak wielka misa z cukierkami, w której mieszam i wyciągam kolejne smakołyki. A właściwie to one same wyskakują, bowiem moje rysunki w większości przypadków nie są planowane, ja zasadniczo stawiam kreski a to, co z nich powstaje, jest dla mnie tajemnicą póki nie ukończę transu. Czasem czuję się jak medium. Najmocniej widoczne to było w komiksach Labirynt i Himalandramandoni, gdzie bardzo mocno czuć energię Nurtu 93. Dużo czytałem wówczas thelemicznych tekstów, ale nie w celu zostania thelemitą czy magiem, ale właśnie, by poczuć i pozwolić tej energii zamanifestować się w tych pracach. Mówiąc prościej – szukałem inspiracji.
Tylko raz zrobiłem coś, co można by nazwać działaniem magicznym – gdy stworzyłem sigil, który miał mnie uzdrowić. Wówczas było już ze mną raczej kiepsko, nie jadłem, ledwo miałem siły wstać z łóżka i nagrywać głupie piosenki (w tamtym czasie zajmowałem się głównie byciem klaunem). No i wkrótce potem w jakiejś szmatławej gazecie przeczytałem artykuł, który pozwolił mi zdiagnozować siebie, przejść na dietę i żyć następne 15 lat, tym razem jako grubas. Gdyby nie to, pożyłbym może ze dwa lata. Do dziś się zastanawiam, na ile to był przypadek a na ile zaktywizowałem owym sigilem moją intuicję. Poza tym wyjątkiem, uzasadnionym autentyczną potrzebą, nie zwykłem uprawiać magii ani rytuałów i nie nazwałbym siebie osobą zaangażowaną w magię. Raczej staram się wygaszać pragnienia niż je afirmować, przekonany jestem bowiem o daremności oraz iluzoryczności wszystkiego, co mogę nazwać i poczuć. Rysowanie pozwala mi nie tyle wzmagać pragnienia, co je rozwiewać, gdyż wchodzę wówczas w trans, obszar pomiędzy świadomością i nieświadomością. Twórczość jest dla mnie balansowaniem pomiędzy tymi stanami. Ale robię to zazwyczaj by się oswobodzić z myśli i pragnień, nie by je spełniać.

W tych ostatnich słowach wypisz-wymaluj zawarłeś esencję podążania ścieżką Prawdziwej Woli. Nie zajmujesz się więc stricte praktykowaniem, ale całym swoim życiem (i twórczością) dajesz dowód temu, że jednak doktryną – w sposób być może nieświadomy – przesiąkłeś, przy tym kontekst Twojej sztuki sam się narzuca. Czy nie uważasz jednak, że przy odpowiednim natężeniu woli potrzebnym do aktualnej praktyki, mógłbyś uzyskać w życiu i sztuce jeszcze lepsze rezultaty?

Nie wiem, szczerze mówiąc. Artyści słabo się nadają do takich rzeczy. Zaraz im odbija. Za cienka kolumna. Wysoka, ale cienka.

13307400_1221633271210131_1043507487947022575_n

W rozmowie prywatnej powiedziałeś, że jesteś zwyczajny. Czy to nie nadmierna skromność? “Zwyczajni” ludzie nie mają pasji, nie mówiąc już o talentach takich, jak Ty. Czym przejawia się ta Twoja “zwyczajność”? Co robisz, kiedy nie zajmujesz się tworzeniem?

No właśnie poza rysowaniem nic szczególnego nie robię. Oglądam filmy, gram w Tetrisa, złorzeczę światu.

Jakie preferujesz zatem filmy? Muzykę? Czy dają Ci inspirację do tworzenia czy traktujesz je bardziej jako odskocznię, po to, by się “wyczilować”?

Lubię filmy, które kreują alternatywne światy i wciągają w nie umysł widza. Wszystko, co pozwala oderwać się od rzeczywistości. Klasyki takie jak “Siedem”, “Ojciec chrzestny”, “Chłopcy z ferajny”, “Gwiezdne wojny”, “Dziecko Rosemary” a ostatnio obie części “Obecności”,  1 sezon “True Detective” i “Brawl in Cell Block 99”. Często jednocześnie rysuję i oglądam, co daje ciekawe efekty, gdy mózg musi dzielić uwagę jednocześnie na bycie odbiorcą i twórcą.

Sukkubus.jpg
Sukkubus

Winszuję gustu. “True Detective” to zaiste obowiązkowa pozycja. Ścieżka dźwiękowa do tegoż również robi robotę. Czy oglądałeś coś Lyncha? Miałeś styczność z kultowym “Miasteczkiem Twin Peaks”? Serial powrócił po 20 latach z nowym, 3 sezonem i moim skromnym zdaniem wymiata całą kinematografię XXI wieku, także radziłabym się jednak zapoznać.

Pamiętam, że początkowo byłem wielkim fanem Miasteczka, ale potem mnie wkurzał nadmiar wątków i zbyt odlotowe motywy. Ale wtedy chodziłem do podstawówki. Nowych sezonów nie oglądałem, może kiedyś się za nie zabiorę.

Znasz malarstwo Hansa Bellmera, współpracownika i przyjaciela Georgesa Bataillle’a? Pytam, bo “Sukkubus” pokazuje, że sprawdziłbyś się też w takiej rozbuchanej “erotycznej” kresce.

Idealnie trafiłeś, on na mnie wywarł nawet większy wpływ, niż AOS, bo podobieństwa do tego drugiego odkryłem dopiero po fakcie – wcześniej Spare`a jakoś go unikałem i właściwie nie znałem jego twórczości. Natomiast rysunki Bellmera uwielbiam, przy czym jego erotyczne obsesje mało mnie obchodzą, zawsze liczyła się dla mnie jego kreska – piękna, wyszukana, niemal idealna.

Myślę, że pod jego wpływem zacząłem stosować przenikanie się postaci, jakiś taki rozpad form, wychodzenie poza ramy przedstawiania ciał kreskami – zaczęły się przenikać z innymi strukturami, nie wiadomo, czy tłem, czy istotami ze snu, z symbolicznym lub automatycznym pismem. W końcu wszystko stało się pismem – np. w komiksie Himalandramandoni kilka pierwszych plansz przedstawia postać Oramisa, którego ciało układa się w słowo KRICCA. Wtedy było ono dla mnie istotne, o ile pamiętam. Ciągle wymyślałem sobie dziwne słowa, które w kółko powtarzałem.
tutaj widać literkę K.

Czy kiedykolwiek próbowałeś tworzyć pod wpływem substancji zmieniających świadomość?

Nie, bo nawet picie wina zakłóca mechanizm, który wypracowałem przez kilkadziesiąt lat zajmowania się sztuką. Myślę, że sekret polega na przeskakiwaniu z nieświadomości w świadomość. To jest jak ciągłe wchodzenie w krótkie stany transu, pozwalanie, by kreski i motywy jakie tworzą, pojawiały się niejako same a potem – już w stanie zwiększonej świadomości, dokonywanie osądu i korekcji – nadawanie kierunku, w którym zmierza przedstawienie. Tylko, że u mnie dzieje się to naturalnie. Oszałamianie się jakimikolwiek substancjami uniemożliwia wykorzystywanie logiki, więc musiałbym potem czekać, aż mózg by wrócił do normy, aby sensownie ocenić sytuację. U mnie się to nie sprawdza, zaś alternatywne do używek sposoby postępowania opisałem już przy pytaniu o Witkacego.

Kot łowny marsjański
Kot łowny marsjański

Czy kiedykolwiek rozważałeś współpracę z pismem Transwizje?

Jeśli chodzi o jakąkolwiek współpracę, to ja jestem bardzo trudny w tym sensie, że nie robię prac na zlecenie – to automatycznie zabija we mnie kreatywność i cały mechanizm tworzenia mi się zacina. Oczywiście mowa o rysowaniu, jakiekolwiek moje pisanie nie ma sensu – na to jestem po prostu za głupi. Ale jeśli Transwizje chciałyby użyć jakichś moich prac już powstałych, to oczywiście nie widzę przeciwwskazań. Jedynym problemem może być odnalezienie prac w dużej rozdzielczości – mam ich tysiące na dyskach i ciężko się szuka konkretnego rysunku. Inna rzecz to moja aspołeczność – to nie są czcze przechwałki, naprawdę taki jestem. Nienawidzę się wyświetlać, udostępniam moje prace niejako wbrew sobie, bo uważam, że zasługują na to, by ludzie mogli je oglądać. Jestem im to winien. Tzn. pracom, nie ludziom, ale co jakiś czas po prostu znikam, by już zupełnie z nikim nie gadać. Ten wywiad to wyżyny mojej społecznej aktywności. Bycie aspołecznym fobikiem jest jednocześnie koszmarne i zabawne. Trzeba widzieć, co ja wyczyniam karmiąc kota, żeby uniknąć dotykania go, gdy ten za wszelką cenę chce się o mnie ocierać.

Czy malując stymulujesz się w jakiś sposób muzyką, czy też preferujesz transowe stany uzyskiwane w ciszy? I czy malarski trans poprzedzasz medytacją/wizualizacją? Na Twoim profilu widzę linki do twórczości Davida Tibeta z C93. Jest to dla Ciebie nośnik inspiracji, tematyka poruszana przez Davida jest bliska Twojej ideologii, a może po prostu słuchasz bo Current to Current i zaiste dobry jest?

Uwielbiam D. Tibeta i C93. Nikt nie ma takiego głosu jak on. Muzyki częściej słucham już po zeskanowaniu rysunku, podczas opracowywania kolorów na Photoshopie. Może to być cokolwiek, bylebym lubił: Jane`s Addiction, The Mars Volta, Graham Bond, Led Zeppelin, Current 93, Death in June, Dissection, Fiona Apple, The Tea Party, Wendy Rule, Rush… Ostatnio najczęściej rysuję oglądając filmy. Często po charakterze kreski widać czy akurat oglądałem horror czy komedię. Lubię też słuchać wtedy audiobooków, np. kanału Tchnienie Grozy na UT. Bardzo lubię ciszę, ale dziś cisza jest towarem luksusowym. Temat wizualizacji czy po prostu marzeń, wyświetlania sobie w głowie własnych filmów, to oddzielna sprawa. Zazwyczaj rysowanie samo w sobie jest dla mnie wystarczająco transogenne, zaczynam kreskować i już po minucie jestem w innym stanie świadomości. Wizualizacje zajmują mi o wiele więcej czasu i są łatwiejsze, tzn. widzę miasto czy fantastyczne krajobrazy, bo tak sobie życzę, natomiast pokazać to w formie rysunku oznacza długą i mozolną pracę, nie zawsze zakończoną sukcesem. Dlatego bardzo rzadko rysuję wiedząc, co rysuję. Są to pewne kanony postaci, motywy, które się powtarzają, ale to wszystko jest tajemnicą aż do końca rysowania. Więc to raczej odkrywanie a nie przedstawianie tego, co już widziałem.

Czerwony Kapturek.jpg
Czerwony kapturek

Czy zawartym na rysunkach sigilach nadajesz określoną intencję, bo raczej ich nie aktywizujesz?

Rzadko sigile, które zamieszczam w pracach są, jak napisałaś, “aktywne”. Nazywam je często pseudosigilami, bo powstają na zasadzie pisma automatycznego, stanowiąc tajemniczy język, którego treści nie znam, a Tajemnica jest wszystkim.

tumblr_nz1wc5eCqs1rlfkvbo1_1280
Kto pszczółkom miodek podkrada?

Więcej prac na profilu artysty: misior.tumblr.com / Misior Cudak FB

komiksy P.M.: Himalandramandoni | Labirynt

wywiad przeprowadziła GvS z pomocą katastrofa

‘Wszechświat nie powinien istnieć’, rzecze Laboratorium Nuklearne z maskotką Shivą

Trzymajcie się pośladków.

Nasi teoretyczni, miażdzący na cząstki przyjaciele z CERN, Europejskiej Organizacji ds. Badań Nuklearnych, których maskotką jest Lord Shiva Niszczyciel i Bóg Śmierci, ogłosili, że Wszechświat (a zatem, rzeczywistość sama w sobie) gwoli prawdy nie powinien istnieć.

dancing-shiva-resin
Shiva, Tańczący na Burzy

Jak dotąd nie padło ani słowa na temat, czy dekadenccy Szwajcarzy, którzy prali pieniądze zarówno dla Nazistów, jak i CIA (i którzy również zapewniają ochronę prywatną dla Papieża i Banku Watykańskiego!) planują jakiekolwiek bezpośrednie działanie, które mogłoby (ahem) doprowadzić tą Globalną Wioskę bezużytecznych zjadaczy do schludnej, uporządkowanej spolegliwości wobec ich wysoce racjonalnych konkluzji.

Powiedzmy, że nie odpuściłbym tym słodkim czekoladkowym bękartom próby, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak mózgo-miażdżący i dziwaczno-kruszący stał się cały dotknięty porażeniem czteronkończynowym, kwadratowy taniec Uzgodnionej Rzeczywistości, od czasów – powiedzmy – Apokalipsy Majów.

Lecz dywaguję.

Jak to generalnie w przypadku CERN, nic co mówią nie ma sensu. Na kursie ich niezdolności do odróżnienia Czegoś! – Wszystkiego! – Czegokolwiek! od Totalnej-Pieprzonej-Pustki-O’-Nicości w jakże istotnej wyprawie po satysfakcjonujące odpowiedzi na abstrakcyjne pytania, ten lepki kolektyw śmigających koniak Osobowości Typu-A obmyślił parę mgliście-zdefiniowanych (i najwyraźniej niewidzialnych?) magnetycznych pułapek zbiorczych dla bardzo, bardzo destruktywnych cząstek antymaterii, napchał nimi pudełko pringelsów (poważnie, nie możesz podrobić tego szmelcu) i spędził następne 405 dni… uh, mierząc je.

A zatem tutaj sedno, zgodnie ze standardowym modelem Wszechświata.

Jest materia, a następnie antymateria. W teorii są biegunowymi przeciwieństwami. Nie łączy ich nic wspólnego. A jednak, kiedy zostały pomierzone w nuklearnej puszce pringelsów, okazały się być doskonale symetryczne. To jest, nie było między nimi żadnej dostrzegalnej różnicy. Położone w perspektywnie, jest to porównywalne do jakiegoś biednego irlandzkiego mnicha w klasztorze, który nagle – po latach zagorzałych badań – odkrywa, że Jezus Chrystus i Antychryst są tym samym pieprzonym kolesiem. Mogło to, co zrozumiałe, odpalić kryzys egzystancjalny… zgodnie ze standardowym modelem Chrześcijańskiej kosmologii.

See what I did there?

Kiedy materia spotyka antymaterię, wielkim (teoretycznym) następstwem jest wzajemna anihilacja.

A skoro (teoretyczny) Wielki Wybuch uwolnił równe ilości materii i antymaterii w momencie, gdy Wszechświat (teoretycznie) ejakulował się w istnienie, powinien (teoretycznie) zniszczyć sam siebie jak tylko się urodził, co jest powodem, z uwagi na który – zgodnie z doktorem Christiannem Smorrą z CERNu, „Wszechświat nie powinien w gruncie rzeczy istnieć.”

[słyszalne westchnięcie]

Wszechświat po prawdzie nie powinien istnieć.

Shivo, tak mi przykro. W imieniu Homo sapiens sapiens (małpy tak mądrej, że nazwaliśmy ją podwójnie!) proszę, niech zaoferuję swoje kondolencje. Nawet Tyfon, ani Tiamat, ani pieprzony Fenrir nie mieliby tupetu, aby wyrazić cokolwiek tak haniebnego, odrażającego, tak wrednego, tak bezwstydnie nihilistycznego. Mógłbym nawet pójść tak dalece, aby zasugerować, że to niedorzeczne przypuszczenie reprezentuje orzeszek sworzeniogłowej pompatyczności wewnątrz dziwnej, plugawej historii Drogi Mlecznej samej w sobie.

Z reguły nie stosuję hiperboli, ale w czasach takie jak te, mój umysł odlatuje do kafeterii Parku Jurajskiego. Wiecie, ta scena, gdzie Jeff, uh, Goldblum powiada: „Widzisz… brak pokory…wobec natury… obecny tutaj, um… wprawia mnie w osłupienie.”

Niezależnie od tego, czy matematyka działa, czy też nie, życie i tak znajdzie swoją ścieżkę.

Widzicie, oto dokładnie, co tutaj mamy. Brak pokory.

Fizycy z CERNu są tak pewni, że Standardowy Model Wszećhświata jest absolutnie, niezbicie, 100% słuszny, że wolą przyjąć wyraźnie fałszywe pojęcie, że nic „nie ma żadnego interesu” w istnieniu, przeciwstawnie do podjęcia najmniejszego wysiłku kontemplacji pojęcia, że być może, po prostu być może, cały ich program nauczania, kontekst i rama odniesień postrzegania i świadomości może być maleńka, cieniutka, i ciut niekompletna. Albo, że ktoś-gdzieś, mógł popierdolić obliczenia matematyczne. Nawet tylko troszkę.

Jeśli dopracujesz intelektualnie świętobliwy Standardowy Model Wszechświata w najmniejszym możliwym ułamku procenta, ta Wielka Zagwozdka napotyka ścianę i rozbija się jak każda inna niewidzialna napędzona cząsteczka.

Serio, nie mogę sobie wyobrazić bardziej odrażającego światopoglądu, niż twierdzenie, że Wszechświat naprawdę nie powinien istnieć. Oczywiście, że powinien kurwa istnieć! To Wszechświat! I to jest to, co robi! Ustalmy to, raz i na zawsze: teoria Wielkiego Wybuchu to bzdura. Czysta i całkowita bzdura. Coś nie może, pod żadnymi postrzegalnymi warunkami, nagle wytrysnąć z Niczego, nie ważne jak wiele (teoretycznego) nacisku lub zwartości zostało (teoretycznie) skompresowane w próżni pustki dokładnie 13.7 biliona lat temu. Ze swojej własnej natury, Nic może być zdefiniowane tylko jako absencja wszelkiej potencjalności, która musiałaby (co oczywiste) zawierać potencjał by…wiecie… zrobić Coś z Jego pieprzonego Ja.

Poeci to łapią! Buddyści i Taoiści, z ich głębią rozsądku graniczącą z absurdem, oni to też łapią! Łapie to każdy, kto kiedykolwiek jadł magiczne grzyby. Pasterze, chłopi, bednarze, szewcy, rzeźnicy, piekarze i wyrabiacze świeczek… wszyscy to kurde łapią! Nie stanowi to dla nich problemu! Ale fizycy nuklearni? Niemożliwe!!!

Nie wpasowuje się to przyjemnie w ich przyjęte z góry, konspiracyjnie uzgodnione granice nieuchwytnych abstrakcji, biorących początek w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych (lecz z pewnością siebie racjonalnych) ludzkich umysłów, zatem nie może być to możliwie prawdziwe. Nie ma mowy, Jose.

Jednak oto zagwozdka: nieuchwytne abstrakcje zakorzenione w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych ludzkich umysłów są perfekcyjnie akceptowalne jako fundament dla percepcji i wierzeń, tak długo jak przyciągają konsensus wystarczająco dużego wycinka podobnych, samozwańczo „racjonalnych” umysłów.

Innym sposobem ujęcia tego byłoby: Trzoda nigdy się nie myli. Alternatywne sugestie są wykluczane albo jako w najlepszym wypadku prymitywne przesądy, albo w najgorszym – jako irracjonalne brednie. To ta sama choroba, którą lubię nazywać poznawczym pochlebstwem, pozwalającym na wyraźnie nielogiczną akceptację twierdzenia, że Jakieś Coś i Każde Coś spontanicznie wytrysnęło z Niczego Zupełnie, tylko dlatego, że przypadkiem „działa” to w kontekście przyjętego z góry sposobu pojmowania (czy raczej, uzgodnionej konspiracji) Wieży Słoniowej Elity Mędrców, siwogłowych i etatowych z całą swoją pedantyczną Pompą i Chwałą, która w tym przypadku, okazuje się być bardzo, bardzo dużym Bang (wybuchem). Nie, sir. Nie ma w tym nic prymitywnego.

Esencją każdego obrazu jest rama. Zamień (albo przynajmniej, spróbuj zrekonfigurować) tą ramkę i możesz uświadczyć zdruzgotania przytulnego, odruchowego kontekstu samozadowolenia. Poprzez który rozumiem żałosne, opłakane lenistwo intelektualne.

Nie jest to Nauką, nieważne jak wielu „równych rangą” recenzuje ją i popiera.

Śmierdzi to miast tego Ortodoksją. Zmorą Wszelkiej Wolności Natury.

Zaś zgodnie z moimi kalkulacjami.

Z ortodoksji bierze się dogmat. Z dogmatu bierze się autorytet. Z autorytetu bierze się Policja Myśli. Z Policji Myśli bierze się Tyrania Wyobraźni.

A w tym punkcie, strzeż się.

Bądź bardzo, bardzo uważny.

universe-bad

POSŁOWIE

Rozważ następujący cytat z Pana Isaaca Newtona, notowanego Alchemika:

„Że jedno ciało może oddziaływać na inne z odległości poprzez pustkę, bez pośrednictwa czegokolwiek więcej, poprzez co jego akcja i siła może być przekazana z jednego na drugie, jest dla mnie tak wielką absurdalnością, że wierzę, iż żaden człowiek, który ma kompetentną zdolność rozumowania w kwestiach filozoficznych, nie mógłby w nią nigdy popaść.”

Przeskroluj listę zwycięzców Nagrody Nobla w kategorii Fizyki, a będziesz zakłopotany znalezieniem czegokolwiek celebrującego odkrycie departamentu magnetyzmu.

A to dlatego, że to jeszcze nie nastąpiło.

J.B. Turnstone (turnstonecreations.blogspot.com/)

przekład za disinfo.com – katastrof wrzywąż