Koniec Pola – CY

KONIEC POLA - CY artwork.png
cd Devoted Art Propaganda 2018

   Moja pierwsza myśl po zapoznaniu się z tytułem zapowiadanego albumu Końca Pola: nieee… At, prawdzie czas spojrzeć w oczy. Choćby wycierać sobie mordę odnogami genetycznymi ościennych narodów, nie da się zaprzeć polskości. Ten album na szczęście nie jest jednak dywagacją nt. tożsamości narodowej (nawet) w konflikcie z postmoderną. Być może to nienajlepsza wskazówka względem tego, do jakich rozkmin może prowadzić ta muzyka, ale w dzień zapoznania się z tą płytą uraczyłem się 250 umg hoffmana i wybrałem na wędrówkę do lasu, w trakcie której zachodziłem w głowę, co człowieka doprowadziło do wprowadzenia ze stanu naturalnego podziału na winowajców i poszkodowanych, na przestępców i na stróżów prawa, na ciemiężonych i ciemiężycieli (kultura, co najmniej od tysiąclecia zawirusowana).
Ni to post-black metal, ni to eksperymentalny folk z field recordingiem. Post-rocka osobiście tu nie czuję, bardziej coś w kierunku psychodelicznego rocka lat 60-tych. Jak mało co powabu dodaje obecna tu i ówdzie (odznacza się “II”) harmonijka ustna. Field recording jest splątany z grą samorobnych przez muzyków instrumentów, tworzy najrozmaitsze, urzekające dziwnością (jak i z resztą same kompozycje) tła dźwiękowe – jak na początku – dzwonki, wiatr, spaczona perkusja, igły strun, pogięte głosy. “Ten rozdźwięk – to gusła” – tak być może panowie sami się najlepiej podsumowali. Tchnie wojażerskim duchem niestrudzonych piechurów, opowieścią styku pola i lasu o styku nocy z dniem i vice versa. Nie wiem kto ustawiał brzmienie gitar, ale jest znakomite, organicznie czyste, rześko przesterowane, momentami całkiem kwasiarskie (połowa i końcówka “I”).

Koniec Pola celuje z czegoś pierwotnego, jakiegoś głęboko umoszczonego tegesu psychicznego. Gdzie zbiorowa nieświadomość pobratała się z narodem? Figle spłatała! Z czym tu się godzić, a raczej – pogodzić się na co? Jezuickim pogrobowcom nakichać na próg. Zostawiając te bzdury na boku i wracając na trakt, muzyki KP nie da się łatwo skategoryzować, a mimo to nie podpada ona pod kran “trudny przesłuch”. “Cy” jest bowiem bardzo słuchalne, ba, dopomina się o zapętlenie. To trochę takie bardziej abstrakcyjne, polskie Sylvester Anfang, jednak dalekie od pretensjonalności. Utwór II do połowy to transowy motyw, przechodzący w balladyczną kołysankę jak z Shining albo dziecięcą wyliczankę, prowadzoną charyzmatycznym, nieco obłąkanym wokalem Szturpaka. A potem enigmatyczna, niestety ciężko wychwytywalna uchem narracja Gaca. Kończy się dzikim sztormem. Wraz z “III”, gdzie Gac ujawnia teatralny talent, a gitarzy(sta)ści mogą doprowadzić do poczucia ciar na plecach albo włosów stających dęba – zakończenie z kolei powiewa Goethem albo Dornenreich – to moi faworyci na “Cy”. Urzekająca melancholia “IV” towarzyszy zaproszeniom do tańca. Z pewnością jedna z najciekawszych polskich płyt roku.

K/VV

Advertisements

Śmierć duch wyprzedza

kolarz

/3 : 3/

kiedy zatrata spacza strumieniście
kiedy żebrak miętoli w przemarzniętych dłoniach
zeschnięte liście jak złuszczone ego
a dziewczyna z zapałkami odpala je jedną
po drugiej i rzuca na wiatr

K/VV

zle
kolaż aut. GvS

Gęste, stalowogranatowe jezioro
z młynami wodnymi z kół zębatych
wieńczy je maszt z zielonej włóczni z proporcem
na błękicie złota siedmioramienna gwiazda
i gryf lub wąż (targa wiatr)
na jeziorze blady, siwobrody, silny
pustelnik w łodzi z ciemnego drewna
zanurza haczyk wędki w głębiny

Czy to ciemnozielony ul w kształcie serca
zawieszony na pajęczych niciach
w ponurym i starym jodłowym lesie
czy to purpurowe Smocze serce
wielkości głowy byka, pokryte łuskami?

Dziedzictwo tych, co za młodu
nieraz długo zerkali wgłąb studni
w chmury, lot ciemnych ptaków
i płomień ognia

17.03.2018

K/VV

kolaz2
aut. Gertruda von Sroka

Ewangelia Kaina

[Przedstawiam przekład apokryficznej ewangelii”będącej raczej godnym fundamentem do konkretniejszych, dalej wychodzących nauk i rozważań. W przyszłości postaram się dostarczyć więcej przekładów z tej zacnej książki – K/VV]

I gdy stało się tak, że Kapitan Niebios zrzucił Władcę Światła z tronu Słońca, zstąpił on i jego liczone w setkach zastępy, zaś klejnot jego korony, kamień płomienistego szmaragdu, zapadł się głęboko w przepastną Górę Świata; nadeszły, te Dzieci Niebios na Ziemię, i przed Potopem znaleźli sobie żony ze śmiertelnego chowu.

Zaś Anioł z Trzeciego Nieba zstąpił w ciało z Czerwonej Gliny i stał się Adamem: Anioł z Drugiego Nieba wstąpił w Glinę i stał się Ewą: mieszkali w Ogrodzie Eden.

I stało się tak, że Obserwator Niebios, Azzael Qarnayn, obdarzył Ewę Nasieniem Podstępu, a ona porodziła dzieci; Potężnych, królów i czarowników z rodowodu Tajemnego Ognia.

Krwawa Matka Wróżek, Dama Lilith, wzięła tajemną wydzielinę Adama i poczęła elfi ród na pustkowiach. Zatem potomstwo Świętych stało się ucieleśnione, jako że Niebiosa objęły Ziemię, tak by Wiedźmia Krew mogła zostać zamanifestowana, a Przymierze przypieczętowane.

tubalq

Kiedy Wielki Wąż, Lucyfer – Zamael, Ojciec wszelkiego Czarnoksięstwa, spłodził Kaina z Ewą, Matka wszystkiego, co Żyje urodziła wężookie dziecko, krewnego Nefilim. Zaś Naamah, słodkie krewne sów, również zostały zrodzone, a z ich kazirodztwa wykwitły Dzieci Mrocznych Aniołów.

Kain urósł i zgładził swojego brata, Abla Pasterza, gliniany majak ignorancji, i wyruszył Drogą Ognia do krainy Nod, na wschód od Edenu. Nosząc Znamię Kaina na czole podróżował ku sadybie Gwiazdy Zarannej, królestwa jego ojca, Pana Lucyfera. Zaś Znamię Kaina to Czerwony Wąż owinięty wokół Złotego Drzewa Tau Boskiej Wiedzy.

Kain powstał w ekwinokcjum i ukoronowany trykami złotych rogów, wzniósł wiecznie-obracający się Miecz Płomienia ku bramie orientu, przechodząc poprzez oczyszczający Ogień Gnozy. Tak zatem udoskonalił się w ognistej kuźni Tubala, a czyste złoto zrodziło się w tyglu Sztuki.

Skoro Kain jest Czerwonym Słońcem Wiedźmiego Ognia i Pierwszym Ukształtowującym. jest zatem jaźnią czarownika, Penetrującym Ogniem. Zaś Naamah jet Białym Księżycem Wiedźmiej Mgły, Pierwszą Tkaczką i Pierwszą Rozplatającą Wszystkiego, Graalową Matką Wiedźmiej Mgły.

I stąd zstąpiło wszelkie Czarostwo, od nich jest dziedziczona wszelka Moc; ich jest dar, Krew Elfame, Przymierze zawarte na Sabbatycznej Górze o wiecznej Północy Czasu.

N.A.J.

Źródło anglojęzycznego oryginału: Nigel Jackson, Michael Howard – The Pillars of Tubal – Cain, Appendix V, 269 s., wyd. Capal Bann

Przetł. K/VV

Sutcliffe Jugend – The Muse

R-8180469-1456650326-4533.jpeg
CD Jewel-Box (DCRCD008) 2016 – DEATH CONTINUES RECORDS

Nie jest to obelżywe Power Electronics (choć obskurą to wali po potylicy), bo panowie transgresowali swój profil artystyczny. Eksperymentalny industrial, choć poziom eksperymentalności jest tu krańcowy, to też kiepska szuflada. Także ludzie-szuflady nie będą mieli lekko z tą płytą. Są elementy P.E., noise’u ale również drone ambient, wespół z wokalami (słowo mówione, ale jak /i co – tego drugiego nie sposób ściśle rozgryźć) nadający charakteru temu albumowi. Wszystkie ścieżki dźwiękowe są posplatane z prawdziwym kunsztem, który nie wynika tyleż z samego przeplotu, co z finalnego obrazu.

Chłodna, ciemna, oniryczna zaduma “Stolen” (+), niepokój w przelocie “The Hypocrytical Oaf”, szarpiące szepty i stukające kości “Flesh from rotten bone”, surowy flegmatyzm “Of Whores and Man” dzwoni i chrzęści po uszach, ligottiańsko ponure “Upon herr Passing” (+) dotyka czegoś głęboko w środku – znakomita kompozycja, przytykająca parę chłodnych igieł tu i ówdzie; “Tormented by Shadows Gone” surowe i gniotące ego, a “Of Leaf and Lake” (+) ma w sobie coś z chropawej jak niezgradowane blachy kołysanki, być może kołysanki do snu śmierci. Wokale w tym ostatnim to też przeprocesowane, dwu/trzywarstwowe chóro-podobne transowe zawodzenie ponurego szaleńca, które stopniowo narasta, aż zaczyna się wręcz kojarzyć z niektórymi manierami wokalnymi Coil. W “The Muse” znowu chłód egzystencjalistycznych, gorzkich konstatacji doskonale napędzany warstwą dźwiękową. Majstersztyk.

W moim odbiorze deklasuje to być może nawet najlepsze kawałki Prurienta, takie “Rose Pillar” – ta sama krew, więcej żelaza. Nade wszystko kompozycje są dynamiczne, rozwijają się, budują napięcie, wzrasta intensywność ekspresji, a po przesłuchaniu mamy parę wskazówek. Wyłapcie je lub nie, pójdźcie ich śladem, lub nie, ale posłuchajcie, verfluchte!

K/VV

Stworz – Wołosożary

cover
cd Werewolf Promotion 2017

Mamy tutaj sprzęt od rodzimych bardów, a nie szopkę skleconą przez kolędników. Dumne rodzimowierstwo czasami jawi mi się jak próbujące zaczarować słomiane kukły w spiżowe posągi, ale nie tutaj, tu zamilknę z szacunkiem.
Stworz najprościej opisać jako doskonałą rodzimą imitację/wariację nt. stylu Drudkh, nie pozbawioną własnego życia. Nawet maniera wokalna Saenki jest tu zachowana, aczkolwiek dopełniana drugim głosem, odróżnia często stężenie aspektu folkowego reprezentowanego przez flety. Niektóre riffy są pełne tchnienia wiosny, witalności przemawiającej poprzez rozkwitające, rozrastające się rośliny, czy świeże mioty leśnych drapieżników. Tylko niektórym gitarowym melodiom nie styka polotu, ogromna większość nut jest wprawnie skomponowanych.


Po wszystkim, co przeszedłem nie chwyta mnie ta muzyka jakoś nadmiernie za serce, ale wielu mniej obitych życiem, a tętniących wolą sprawczą może. Jest w tym coś, co sięga wgłąb żeber. Wymowa takiej pieśni jak “Jesteśmy Słońcem” działa jak lecznicza mandala wbrew dekadencji. “Moja Swarzyca” to czysty jak szmaragd i dla wielu mocno kolący w bok manifest oporu wobec wspakulturowych wirusów. Całą tą energetyczną stronę równoważy zawarty w zamykających pieśniach ludowy smutek. Generalnie ta muzyka jest kojąca, bo oducza poczucia dyskomfortu z tytułu bycia Polakiem. Całokształt budzi respekt. Aczkolwiek trzeba dostroić percepcję do odbioru takich szczerych treści, aby nie działały drażniąco.

Boyd Rice – Dziatwa Lucyfera: Rodowód Graala i potomkowie Kaina

Powszechnie przyjęta wiedza głosi, że rodowód Graala jest święty, ponieważ pochodzi od Chrystusa, człowieka wciąż uważanego przez znaczną część świata za prawdziwego syna Boga. A jednak wywodząca się z tego rodowodu dynastia królów była znana jako czarownicy-królowie, spośród których pewni sugerowali, lub nawet wprost twierdzili, że tak naprawdę są potomkami Lucyfera. Pewna ilość autorów utrzymuje, że ta teza jest prawdziwa, ale to przeważnie zatwardziali chrześcijańscy teoretycy spiskowi, powstrzymujący się przed wyjaśnieniem, czemu w to wierzą, lub przed okazaniem jakichkolwiek namacalnych szczegółów, które by dowiodły ich twierdzeń. Jeden z nich powiada: „Potomkowie Merowingów w typowy gnostycki sposób utrzymują, że mają w swoich żyłach zarówno krew Chrystusa, jak i Szatana.” Zważywszy na to, że ta osnowa (lub jej wariacja) powtarza się z pewną regularnością, i biorąc pod uwagę, że okazałaby się spójna z rodzajem dwoistego klimatu, przesiąkającego sagę tego rodowodu, zacząłem dumać, czy mogą istnieć jakieś tradycje, z których taki pogląd mógłby wziąć początek. Wdając się w szczegóły, kilka zostało odkrytych.

Po pierwsze, pamiętajmy że ten rodowód wywiódł się z postaci, która równa się biblijnemu Kainowi. W pewnej rabinicznej nauce spotykamy się z bardzo interesującym poglądem, że Kain nie był synem Adama, lecz Samaela. Uznano, że kiedy Samael ukazał się Ewie jako wąż, uwiódł ją. Owocem tej unii był Kain. Samael był zaś upadłym aniołem, zasadniczo judaistycznym Lucyferem. Jeśli Merowingowie znali tą wersję historii (jak bez wątpienia było) i wierzyli w to, mogło to stanowić podstawę ich przypuszczalnego twierdzenia, że posiedli krew zarówno Chrystusa, jak i Lucyfera.

Alternatywna wersja sagi Kaina, po równi lucyferyczna w swoich konotacjach, mówi że był synem pierwszej żony Adama, Lilith. Była ona towarzyszką Boga przed zstąpieniem na Ziemię jako upadły anioł. Pełne detale jej historii są prawdopodobnie zbyt dobrze znane, aby je tutaj przytaczać, ale ciekawe, że obydwie alternatywne tradycje odnoszące się do rodzicielstwa Kaina zawierają rodowód lucyferycznych Nephilim. Ciekawy jest także fakt, że lilia jak wiadomo wzięła swoje imię od „Lilith”, zaś heraldyczne emblematyczne godło tego rodowodu to fleur-de-lys (powszechnie uznawany za symbol lilii). Czy ten symbol, widziany w tym kontekście, nie może być tak naprawdę „Kwiatem Lilith”?

Koneksja Lilith/Samael jest także istotna w odniesieniu do sagi Graala, tak dalece jak ta dwójka ma własnego syna, który zdaje się odgrywać kluczową rolę w całym micie: Asmodeusza. Nie tylko jest on dominującym obrazem (ukazanym odzwierciedlając Chrystusa) w Rennes-le-Chateau, odgrywa on też centralną rolę w budynku Świątyni Salomona, gmachu od którego Templariusze wzięli swoją nazwę. Powtarzanie się tej dziwnej postaci w tradycji Graala długo wprawiało obserwatorów w zakłopotanie, a jednak okazuje się, że zarówno on, jak i potomkowie Kaina mogli tak naprawdę dzielić pokrewnych przodków. W pewnych tradycjach jest nawet powiedziane, że Mojżesz wzywał właśnie Asmodeusza, aby rozdzielić Morze Czerwone, nie zaś Boga. Choć obrazowany jako demon lub diabelska postać, jego imię ujawnia, że mógł nie zawsze być tak postrzegany, gdyż Asmodeusz oznacza zwyczajnie Pana Boga (Ashma = Pan, i Deus = Bóg).

lilith
Lilith

Inna prawdopodobna idea lucyferycznego rodowodu mogła wziąć swój początek od Elohim, którzy w Biblii powiadają: „Uczyńmy człowieka na nasze podobieństwo.” Elohim są generalnie uważani za liczbę mnogą od Boga, lub za „bogów”. Ale powszechnie wierzy się, że oznaczają Nephilim, upadłe anioły znane jako Obserwatorzy z Księgi Enocha. Wierzy się, że słowo „Elohim” pochodzi od znacznie bardziej starożytnego babilońskiego słowa „Ellu” oznaczającego „Świetlistych”. Ta fraza ma wyraziście lucyferyczną konotację, ponieważ imię „Lucyfer” dosłownie oznacza „niosącego światło”. A potomkowie Kaina, którzy byli ubóstwianymi królami Sumerii, nosili tytuł „Ari”, zwrot który oznaczał także „Świetlistych”. Sumeryjski piktogram dla „Ari” to odwrócony pentagram, symbol z dawien dawna utożsamiany z Lucyferem. Zaś fraza „Świetliści” byłaby bardzo trafnym opisem potomków upadłych aniołów Enocha, którzy jak głoszono mieli włosy białe jak śnieg, blade oczy i bladą skórę, która zdawała się dosłownie świecić i napełniać pomieszczenie światłem.

Sumeryjscy Ari są prawie zawsze obrazowani jako noszący korony z rogami, a niektórzy z ich potomków mieli faktycznie posiadać rogi. Dla przykładu najbardziej słynny posąg Mojżesza (ten Michała Anioła) przedstawia go z rogami na czole, co nie jest całkiem niestosowne dla kogoś, kto może być spokrewniony z Asmodeuszem. Teologowie protestują, że to nie rogi, a zaledwie promienie światła. Ale nawet te sugerują lucyferyczny podtekst. Aleksander Wielki ogłosił się synem Boga, a on również miał posiadać rogi. Po dziś dzień jeśli zagadniesz ludzi na ulicach Iranu (pamiętających inwazję tak jakby miała miejsce w ubiegłym tygodniu), faktycznie powiedzą ci z całą powagą, że historycznym faktem jest, że Aleksander miał rogi, które zakrywał długimi włosami.

Podsumowując, odnotowujemy fakt, że Kain jak wydaje się zrodził własną tradycję, czego dowodzi dziwna gnostyczna sekta Kainitów. Podobnie jak Karpokracjusze, Kainici wierzyli, że nikt nie dostąpi zbawienia inaczej niż „odbywając podróż poprzez wszystko”. Epifaniusz opisuje ich jako grupę „konsekrującą… lubieżne lub nielegalne akty wobec różnych niebiańskich bytów” jako rodzaj sakramentu. Co ciekawe, wielu uczonych porównuje ich do… satanistów.

Stopień, w jakim Merowingowie znali te alternatywne tradycje jest niepewny. Jeszcze bardziej niepewne jest, czy wierzyli w nie, czy też nie, lecz wydaje się prawdopodobne, że wiedzieli o nich i traktowali je całkiem poważnie. Do dzisiejszego dnia, tarcza herbowa merowińskiego imperium, Stenay, nosi obraz Diabła. Zaś pierwotną nazwą Stenay było „Satanicum”.

Boyd Rice20 X. 2004
tłum. ktstrf

 

Warząchew 23

Skąpane w deszczu ze śniegiem prowincjonalne miasteczko przy przymarzniętym zalewie, łączącym się z morzem. Popiołowy szum z rzadka przejeżdżanych ulic. Domki za płotami i świerkami, pojedyncze sieciówkowe sklepy, a im bliżej torów tym więcej obskury, której przypisuje się miano peerelowskiej. Zima tego roku jednak zanadto nie przysmaliła dymem mord ludzkich, bo okazała się miękka, tak jak twarz przeciętnego przedstawiciela klasy średniej, jak pośladki proboszcza i brzuch burmistrza, tak jak ich wiara i świadomość. Zatem mróz ustępuje, a lody puszczają.

21316240_1947728792164706_4091586885234411156_o

To jak noworoczna szopka. Na czele idzie gruby, wysoki policjant i niesie pionową część hamaka, odciętą na rurze poziomej kątówką. Z tego zwisa proporczyk z Matką Boską. Za nim idą dzieci i kundel z kulawą nogą i brzuchem nieforemnym jakby nosił szczeniaki. Wszyscy mają na szyjach zawieszone dzwoneczki, a dzieci niosą balony z symbolem serca chrystusowego. Zmierzają do końca mola, na którym zatkwiono maszt z flagą. Symbol na niej to czerwona gwiazda Chaosu. Przechodząc przeganiają stado gołąbków dziobiących resztki rozsypanego chleba. Przy maszcie na poręczy siedzą 2 wrony i obserwują bacznie przybyszów. Po lekko wzburzonym morzu do mola podpływa małym jachtem marynarz, czy też rybak, lub nikto. – Co się tak gapicie? Wasz czas się skończył, zaczął się czas. Chaos to iskra przemiany, a Wasz Pan chowa do grobu za życia. Pochowani stagnacją i materią za życia. Wbrew testamentowym kłamstwom Jego wysłannik to wysłannik skądinąd i jest po naszej stronie.
Zimny wicher zaciągnął niebo ciemnymi chmurami, a morze zaczynało wrzeć. Marynarz przycumował jacht i zszedł na plażę. Jezumaryjni podróżnicy ze zwieszonymi głowami obserwowali /jeden balonik porwał wiatr, drugi zaplątał się na górze masztu/ jak przybysz się oddala pod ścianę lasu, a następnie – choć tego już nie widzieli – leśnym traktem do sobie znanej nory, jaskini, a może chaty.

20180128_165044

oto

K/VV

Shataan – Foot Print

R-11297198-1513665905-8061.jpeg

cd indifferent nighmare 2017

Shataan grają i śpiewają już nawet nie żaden neo ani ciemny folk, lecz medytacyjne ballady posiadające ducha katarskich trubadurów. Mają przy tym instynkt, który kieruje ku rozpoznaniu rdzenia wewnętrznego doświadczenia ludzkiego, bo jeśli chybia to niewiele. Tak jak w tej recenzji na tej płycie obecne są jednak momenty minimalnie jałowe, np. “Children of the Night”. Okładka w kontekście muzyki jest w opór bataille’owska. Wstręt w kontakcie z rażącą obelgą wobec tego, co jest uznawane za dobre i właściwe, to jeden ze sposobów, w jakie ugruntowuje się to, co święte. Ta muzyka to ekspresja silnej, wewnętrznej indiańskiej suwerenności, trzymania stanicy w psychodelicznych lub przeciwstawnie dziwacznych, zakrzywiających prądach rzeki\ życia.txhx1eaNGN8

-cały album do odsłuchu na vk – tutaj

“To jest jak King Dude tylko na serio go popierdoliło.” Float Away to najbardziej – jakkolwiek nie trawię tego słowa – wyczilowany kawałek na tym albumie. Przypomnę, że to pierwotnie blek metalowy zespół z południowo-amerykańskiej rasowo konfraterni Black Twilight Circle, złożony z muzyków Arizmenda i Volahn. Mimo rozziewu gatunkowego można wyczuć pararelę. Lub podobieństwo teoretycznych sigilów, udźwiękowieniem których byłaby muzyka Shataan. Moment pośredni w metamorfozie Shataan do obecnej stylistyki znakuje pieśń “Night Comes Along” z albumu “Weigh of the Wolf”. Tam zaś utwór “Release” to indiański odpowiednik pierwotnego, surowego Circle of Ouroborus (“Shores”, “Knives Beneath”), w pewnym stopniu nawet Joy Division oraz Lik. Zresztą ta muzyka to najlepszy dowód obalający metafizyczne kłamstwa lub roszczenia rasizmu – dowodzi bowiem – jakby komukolwiek było trzeba? – że duch aryjski nie jest jedynym, któremu przydana jest Jaźń. Gatunkowo ta muzyka to taki – przesycony tym, co folkowe może być w country – noir punk. Skd23~!

K/VV

 

 

 

 

Rope Sect – Personae Integrae // Proselytes

rs

Caligari Records, 18.XII.2017

“Jesteście nieśmiertelni od początku, jesteście dziećmi życia wiecznego i chcecie podzielić między siebie śmierć, aby ją wycieńczyć i zniszczyć, i żeby śmierć umarła w was i przez was. Bo jeśli rozłożycie na części kosmos, nie będziecie sami rozwiązani, zapanujecie nad stworzeniem i całym zepsuciem”. — Homilie Walentyna (cyt. przez Klemensa, Stromata, IV, 13, 89)

Deathspell Omega post-punku. Długograj i epka niemieckiego trio wydane przez black metalowe Iron Bonehead. Nie przypadkiem, bo instrumentalnie, acz nie kompozycyjnie, pasuje to pod kanon, a czyste wokale są na tyle unikalne i bezpretensjonalne, że każdy, kto ma uszy, przysłucha się z uwagą. To kawałek wyjątkowej muzyki, w której wibrują momentami być może riffy Virus / VBE, ale też pobrzmiewa Joy Division czy jakieś zamaskowane szwedzkie lub jeden europejski grzyb jakie oi!/punk rocki, post-punk w rodzaju Disappears, aż po A Pregnant Light.
Egzystencjalistycznego węszę w tym coś, czy raczej, że pozwolę sobie tak spaczyć to słowo, zjaźnionego. Bez dwóch zdań motorem twórczym tej płyty jest wysokie stężenie świadomości autorów. Zdarzają się fragmenty melodyjne i niemal heavy metalowe (vide “Tarantis” czy “Ochlesis” – w duchu Ghost – to skojarzenie może wynikać również z ponadprzeciętnej klarowności głosu dojmujących wokaliz), ale przeważa post-punkowy charakter, z transgresyjnymi momentami kojarzącymi się jak na wstępie. Na black metal jest to nieco zbyt melodyjne i gładkie, aczkolwiek to w gruncie rzeczy, w świetle wymowy całości, błaha różnica.
Najbardziej zapadają w pamięć dwa utwory: Pretty Life i Quietus. Ten pierwszy brzmi jak wskazówka ku ziębiącej smutkiem konstatacji życia jako procesu, któremu immanentny jest rozpad i utrata (mogę się mylić, bez słuchawek nie wychwytuję wszystkich słów ze słuchu). Zauważyłem, że w pewnych okolicznościach powieliłem sobie parokrotnie ten numer na playliście, ale z czasem przestałem go słuchać, żeby nie wprowadzać się w stan melacholii, kiedy nie jest on sam z siebie dany.
Quietus to utwór kołyszący świadomością siły swojej tożsamości. Bynajmniej taki stan może ewokować u słuchacza, albo też na odwrót – takiego można upatrywać za jego powstaniem. Rope Sect wydaje się muzyką wskazaną dla osób, które odbierają życie w całej jego cierpkości. Co stanowi warunek do odwrotności.
Niemcy prawdopodobnie można obecnie zgeneralizować jako naród mięczakowatych zzachodniałych burżujów, ale ci trzej sowicie polali do czarciego dzbana.