wędrowcy~tułacze~zbiegi – Światu jest wszystko jedno

a2453044032_10

Równe kroki perkusji i oto “witaj nam jutrzenko” – zimne, gęste ciary. To materiał nierówny, ale nawet w swych nizinach niesmacznie wysoko ponadprzeciętny. Jak dla mnie polska płyta roku. Coś na miarę “Imperium” Arkony anno 2016. Post-nihilistyczne, bataille’owskie (w czem – zapewne nieskromnie – podejrzewam pokątną inspirację Ulvhela) zacięcie zdominowało cały materiał i jest to zacięcie istotowe, nie przejawiające się w gołosłownych, a górnolotnych deklaracjach, lecz ucieleśnione dźwiękiem i słowem. I tak baśniowej narracji rozmarzonych strun “wędrca” nie umniejsza, lecz kontrastowo uwypukla wzmianka o “czarnej dupie nocy”. Muzyczna nowatorskość “światu jest wszystko jedno” zasadza się na obecności trąbki, wspaniale odegranej przez niejakiego Ścierę; ale kompozytorska wybitność jest wszechobecna, choć być może tak ją określam przez koloryt, który nadają jej przenikliwe, poetyckie liryki. Przebojowość tego albumu sprawia, że ma się ochotę słuchać go raz po raz, do znudzenia, a o te niełatwo, przychodzi ono być może dopiero wraz z emocjonalną nadeksploatacją, a o tą każdemu niejednakowo łatwo/trudno. I w zasadzie podług ładunku i spektrum emocji powstających w konflikcie ze światem można by podzielić słuchaczy wędrowców, tułaczy, a zbiegów, acz ja się zarysu tego czy inszego podziału nie podejmę, bo po kiego grzyba. W “kanonady ducha grzmot” pojawia się lekko woniejący patos, a w każdym razie pycha. Grzech to nam nieobcy, prawda li? I w takiej samej mierze wespół z nadmierną, choć przenikliwą autokrytyką konstytuujący. Wspaniała, introwertyczna, bajońska wręcz refleksyjność “Przebijacza gór” płynie ku nam wraz ze śpiewem i szeptem. Piosenkarzy dwóch – Stawrogina i von Rittera – rozróżniam dopiero po zwróceniu uwagi na ich dwoistość, na tyle podobne mają głosy, w obu przypadkach szlachetne – rzadkością jest to wszelako, aby w muzyce jakkolwiek powiązanej z blek metalem można było komuś bez ocierania się o śmieszność przypisać takie miano; a tu można i ba, na wędrowców bez wahania oddałbym głos za 4,44 esemesym na poczet polskiej eurowizji. Całości dopełnia perkusja bezbłędnie odegrana przez mości Szturpaka. Nie uświadczyłem jeszcze bodaj na polskiej scenie płyty o takim poziomie intelektualnym, a patronat w tym aspekcie sprawuje znany poniekąd z łam onego pisma Gac. “Nieba błękit zakrwawiony / jucha gęsta leci z chmur / naród w końcu poświęcony / zmywa gówna cierpki smród” – to są wersy co nie lada, ukonstytuowane transgresją, a okraszone Muzyką co się zowie. Wzajemna uzupełnialność czystego tonu ducha i gęstej kupy, co leci z chmur mówią o byciu umiłowanym przez Diabła, a w przypadku autorów tego dzieła nie są to czcze słowa i zapewne ku pokrewnym jest ono adresowane. Czuję się tak niemile połechtany tym wszystkim i spędzonymi przy tej płycie porankami, a odczutymi przy niej ciarami, że aż po wypracowanej w pocie czoła wypłacie pozwolę sobie na zbytek zaopaczenia się w limitowany winyl wskroś devoted art propaganda. Zatem; do Djabła!

[bandcamp]

Offerstigen – Regndolk

offer

ep wyd. własne 2014

Unikalna to epka, a bynajmniej nie słyszałem tak udanej fuzji funeral doom / black / sludge metalu.

Brzmieniowo dosyć mocno lo-fi, co z jednej strony dobrze uzupełnia charakter muzyki, lecz z drugiej stanowi bodaj główną wadę tego materiału, bo perkusja i wokale są przycicho w miksie. Dronujący funeral doom w równych proporcjach połączony z granymi tremolo, melancholijnymi melodiami i sludge’owym łupaniem. Przeplot ten jest płynny i bez zgrzytów, choć tak się składa że przejściom niejednokrotnie towarzyszą solówkowo-eksperymentalne gitarowe zgrzyty.

Porównania, jakie mi przychodzą na myśl to Worship (pod wzgl. doomowej melodyki), Lyrinx, Austere (minus pretensjonalność 2 ostatnich), Knokkelklang, ale zwłaszcza nidrozyjskie Unbeing; od strony sludge’u się nie wypowiem, bo stosownej wiedzy brak. O unikalności debiutu Offerstigen stanowi nie tylko zgrana, wewnętrznie spoista fuzja gatunkowa, ale też zajebiste wokale, a ściśle emanujące negatywnością wrzaski. Nie popadają ani w chropawą nienaturalność, ani w piskliwą groteskę, jakiej można uświadczyć chociażby w przypadku Silencera. Wokalnie najbliżej do Unbeing i jest to diabelny plus, zwłaszcza że Offerstigen wydaje mi się górować na wspomnianym projektem, bo w tym przypadku mniejsza monotonia (a więc teoretycznie i hipnotyzm) kompozycji nie przekłada się na osłabienie efektu.

Nie sądziłem, że coś nowego z tych rejonów muzycznych mnie tak zakręci, jakkolwiek jest to świeżość zionąca aurą lochów, popiołu i tortur… przypalanie się pochodnią w jaskini musi być pokrewnym doświadczeniem egzystencjalnym co te, z których wynika rzeczona muzyka. Tak więc działanie terapeutyczne potwierdzone. Pozostaje wklepać link do bandcampa.

Servile Sect |TRVTH| wywiad ’11

R-4845470-1377304349-5435

Zapoznawszy się z tym wywiadem na lurkerspath.com stwierdziłem, że świetnie się wpasuje w transgresyjny wektor Ulvhel, toteż uknułem propozycję wymiany, oferując wywiad z Non Opus Dei. Minęły 3 lata, przez ten czas SS wydało następny długograj Svrrender oraz epkę Glowing. Wywiad przez to nie stracił na wartości, a wręcz przeciwnie, o ile zachęci czytelnika do sięgnięcia po muzykę, to wybór jest szerszy.

Servile Sect wymyka się gatunkowemu zaszufladkowaniu i wysoko stawia poprzeczkę zakusom spłycającej interpretacji. Przekraczając specyfikę ambientu, noise, drone i black metalu, przeplata ze sobą wpływ psychodelików i wolności myśli, tworząc muzykę hipnotyczną, euforyczną i agresywną. Nowy album – Trvth, celebracją którego jest poniższy wywiad, ukazał się dzięki Handmade Birds. Jak się okazuje mentalność twórców Servile Sect pod względem wyjątkowości nie ustępuje pola ich muzyce. ~ nichtig

 

– Po pierwsze chciałbym zapytać w jaki sposób doszło do tej współpracy na odległość 3000 mil. Jaki był proces komponowanialnagrywania “Trvth”?

Cóż, nie zawsze dzieliła nas tak znaczna odległość fizyczna. Servile Sect zaczeło sie W 2005 roku, kiedy obaj mieszkaliśmy w Phoenix w Arizonie (obecnie żyjemy kolejno w Humboldt, Californii i w Brooklynie w Nowym Jorku). Jakoś w ’95 czy ’96 skejtowaliśmy razem z dwoma innymi gośćmi, którzy malowali odwrócone krzyże i bafomety na swoich deskorolkach. Non-stop skejtowaliśmy igadaliśmy o metalu. Pewnego dnia spotkaliśmy sie u Nhate’a, a ten miał w piwnicy chropowaty plakat “Live in Leipzig” Mayhem. Kiedy zdaliśmy sobie sprawe z tego, ze obaj łapiemy Mayhem,natychmiastowo załozyliśmy metalową kapele. Od tej pory dwóch z nas się spiknęło i konsekwentnie nagrywa ciężką muzykę.

(Luke) Proces komponowania/nagrywania TRVTH był cokolwiek daleki. To była kolaboracja poprzez odległość znacznie przekraczającą 3,000 mil – raczej nawet 8,000! Spędziłem około kwartał w Nepalu i miałem na tyle szczęścia, aby posiadać porządne łącze internetowe, pozwalające wymieniać dźwięki z Nhate’m. Miałem interfejs nagraniowy, gównianą gitarę, sequencer, laptop i trochę innego drobnego sprzętu. Zanim wyjechałem, Nhate i ja złożyliśmy wspólnie dźwiękową bibliotekę sampli i nagrań “noise”. Miałem możliwość uzbierania mnóstwa znaczących field recordingów, gdy tam przebywałem, więc mieliśmy wręcz naddatek materiału do obróbki. Co pomyślne, znaczna liczba hinduistycznych Nepalijczyków wierzy, że marihuana/haszysz jest godną szacunku i rzetelną “ścieżką ku Bogu”, tak więc moje kieszenie były zawsze przepełnione stuffem. Idee rozkwitału pomiędzy tym, a ekstremalnym doświadczeniem, jakim jest codzienne życie w Nepalu. Po nagraniu pierwszej połowy TRVTH, udałem się do Rishikesh w Indiach. Każdego dnia przez parę tygodni włóczyłem się po terenie Maharishi Ashram (to niesamowicie klimatyczne miejsce, gdzie przebywali Beatlesi, studiując transcedentną medytację, a przy tym korzystając z mnóstwa narkotyków). Podczas ich pobytu w Rishikesh, John Lennon powiedział: “Wspólnie nagraliśmy około trzydziestu nowych kawałków. Paul zrobił z tuzin, George mówi, że ma sześć,a ja skomponowałem piętnaście.” To cokolwiek niesamowite miejsce. Tam też zmiksowałem pierwszą połowę TRVTH na swoim laptopie, paląc spliffa za spliffem pod starym drzewem z epickim widokiem na Ganges. Całkiem błogie.

Druga połowa TRVTH została nagrana W lutym 2011, pomiędzy Nowym Jorkiem, a Humboldt. Nasz stary przyjaciel, Robert Nelson (którego znaliśmy jeszcze z Arizony) nagrał parę ścieżek perkusji. Joshua Convey (z ITHI) wniósł z kolei parę partii gitary basowej. James Plotkin zmasterował całość i faktycznie sprawił, że miksy brzmią świetnie.

Servile+Sect+sxswadds_0459

– Czy zechcielibyście spróbować wyjaśnić naszym czytelnikom muzykę Servile Sect?

Obaj wyrośliśmy słuchając opętańczych ilości black/death metalu, tak więc te dżwięki wylały się z nas w sposób naturalny. Andee z Aquarius Records określił je jako “Psychedelic Alien Black Metal“. Podoba nam się to i wydaje się dobrze pasować.

– Czy w Servile Sect działa jakaś fundamentalna ideologia… Raison d’être do tworzenia tej unikalnej odmiany muzyki?

Zawsze byliśmy przyciągani przez metal, z uwagi na wartości, względem których przejawia tendencję bycia siedliskiem i którym się poświęca. Od bardzo wczesnych lat gardziliśmy kapitalizmem, religią i wszystkimi systemami psującymi zabawę i zniewalającymi ludzkość, zakazując niezależnej myśli i czyniąc życie mamym. Nasza muzyka zawsze była bezpośrednią reakcją na nasz światopogląd i niezdolność do współuczestnictwa w tej kolektywnej rzeczywistości. Oczywiście kwestię ugruntowują także nasze osobiste doświadczenia z psychodelikami, jak również nasze obsesję wokół wszystkiego powiązanego z UFO.

– Artwork “Trvth” przywołuje tyleż pytań, co odpowiedzi. Czy to intencjonalne?

To absolutnie intencjonalne. Obydwaj (SS i K.G.Y.) wspólnie czujemy, że artwork jest prawdziwym wizualnym poszerzeniem ogólnej percepcji albumu. Powinien sprawić, że odbiorca będziezadawał sobie pytania i potencjalnie sięgał ku odpowiedziom, W oparciu o swoje indywidualne postrzeganie. Namysł nad artworkiem / opakowaniem był produktem nieskrępowanej inwencji Kevina Gan Yuena (Viraloptic.com, Sutekh Hexen), artysty mieszkającego W San Francisco. Wstępnie dostarczyliśmy Kevinowi pewne koncepcje tematyczne, on zaś spędził trochę czasu na burzy mózgu z własnymi ideami, a po kilku tygodniach rozwalił nam mózgi. Nie moglibyśmy być bardziej zadowoleni zrezultatu. *To* jest W tym na pewno!

– To oczywiste, że czerpaliście inspirację z obszarów pozamuzycznych. Zechcielibyście opowiedzieć chociaż o części filmów/książek/doświadczeń, które wpłynęły na kształt projektu?

Ogromnym wpływem był Terence Mckenna! Jego przenikliwość jest niezrównana, a jego zdolność do przełożenia niemożliwych-do-zdzierżenia myśli na język nigdy nie zostanie pobita. Koleś wykładał przez 12 godzin, bez żadnych notatek ani przerw! Obydwaj dostaliśmy też niezłego kopa od książek Carlosa Castendy. On W naprawdę monumentalny sposób współtworzył własną rzeczywistość i miał tony świetnych pomysłów, w które się naprawdę wczuliśmy. Rzecz jasna tkwimy też mocno w oldschoolowym sci-fi… Zaadaptowany cykl Kronik Marsjańskich Raya Bradbury’ego jest kurewsko zajebisty! Dead Man (Truposz) Jima Jarmuscha zawsze był faworytem, no i oczywiście The Holy Mountain (Święta Góra) Alejandro Jodorowskiego.

– Nazwa Servile Sect: obserwacja socjologiczna? Ukryty odnośnik? Ekspresja pozbawionego złudzeń mizantropa?!

Swobodnie, tak po prostu się czuliśmy, kiedy zaczęliśmy ten projekt – usidleni przez 9 do 5 robót firmowych, których nie mogliśmy znieść. Harując w imię snu, W którym nie uczestniczyliśmy. Spikując się na parę nocy W tygodniu, aby robić nasz sort muzyki i ignorować pułapki, w których byliśmy utkwieni. Na szczęście obydwaj po większej mierze przemieściliśmy się już z tego etapu W naszych życiorysach, ale nazwa Servile Sect wciąż ucieleśnia nasze sfrustrowanie życiem, wiedzę o naszych pułapkach i nasze plany ucieczki.

(pow. zdaje się nowy track S.S. z wysoką domieszką drone i noise)

 

Zopiniujcie następujące:

2001: Odyseja Kosmiczna:

Paralele pomiędzy “Monolitem”, a psychodelikami są naprawdę klawe. Idea czegoś będącego krańcowo niepoznawalnym, jednak wciąż ,,będącym”. Psychodeliki na wiele sposobów są właśnie takie… Aczkolwiek ścieżka dźwiękowa do 2001 jest absolutnie bolesna. Istnieje wersja z muzyką autorstwa Spiritualized, znacznie bardziej zadowalająca.

Wiara:

Wiara nie jest czymś, pod czym którykolwiek z nas mógłby się podpisać. Bezpośrednie osobiste doświadczenie? Fakty? W tym sęk. Brat Terrence’a Mckenna – Dennis – dobrze to ujął, “Myślenie krytyczne nie jest pobudzane, ani też zadawanie pytań. Wszystko się streszcza do: ‘Oto jest doktryna imusisz ją zaakceptować, i musisz zaakceptować ją na wiarę ‘. Jeśli nie masz wiary, jesteś stracony, wiesz? I to tyle – wiara esencjonalnie jest nagabywaniem kogoś, aby zaakceptował przesłankę, albo zespół idei, lub coś bez żadnego dowodu – bez zadawania zbyt wielu kłopotliwych pytań.

Carl Sagan:

Koleś sklecił fajny Ateizm, pomyśleć że Chrześcijaństwo było kompletnie absurdalnymi i zacofanymi, prastarymi obcymi teoriami. 4 kciuki W górę!

Prawda obiektywna:

Takość, jest-ność, czyste-bycie – to, co się tu i teraz rzeczywiście dzieje, niezależnie od świadomości, opinii, osądu lub percepcji. Pozostaje kompletnie nieporuszone przez prawdę subiektywną, ponieważ jest Prawdą, a Prawda po prostu jest.

H.G. Wells:

Swoimi opowieściami i ideami wstrząsnął ludzkością W krytycznej koniunkturze naszego rozwoju. Wierzył w ,,wyłaniającą się nową świadomość”, która poprowadziłaby ludzkość do nowego, przepełnionego spokojem, utopijnego świata. Był wizjonerem w podobny sposób, co George Orwell, czy Aldous Huxley. W swoich proroctwach był tak akuratny, że ludzie nazwali go “człowiekiem, który wynalazł jutro”. CZAD!

Tutaj super słodki i bardzo istotny fragment “An Open Conspiracy” (Otwartej Konspiracji) H. G. Wellsa:

“Wydawało mi się, że na całym świecie inteligentni ludzie budzą się, by spostrzec zniewagę i absurd podlegania zagrożeniu, ubezwłasnowolnieniu i zubożeniu, poprzez samą bezkrytyczną adhezję do tradycyjnych rządów, tradycyjnych idei życia ekonomicznego i tradycyjnych form zachowania, oraz że ci budzący się inteligentni ludzie muszą po pierwsze powziąć protest, a następnie stawić twórczy opór wobec inercji, która nas dławi i zastrasza. Ludzie ci, jak sobie wyobraziłem, wpierw powiedzieliby: ,,Dryfujemy,’ nie robimy niczego wartościowego z naszym życiem. Nasze życie jest nudne, głupie i niewystarczające dobre. ” Następnie dodaliby, Co mamy zrobić z naszym życiem? – a wówczas, ,,Połączmy się z innymi ludźmi naszego rodzaju i zróbmy ze świata wielką światową cywilizację, która umożliwi nam urzeczywistnienie obietnic i uniknięcie zagrożeń tych nowych czasów”. Wydawało mi się, że właśnie to byśmy mówili, budząc się jeden po drugim. Równało się to protestowi, wpierw mentalnemu, a następnie praktycznemu, równało się swego rodzaju uprzednio nie obmyślonej i niezorganizowanej konspiracji przeciw fragmentarycznym i nieodpowiednim rządom oraz powszechnej chciwości, przywłaszczeniom, niezdarności i marnotrawstwu, które mają obecnie miejsce. Jednak w przeciwieństwie do konspiracji ogółem, ten rozszerzający się protest i konspiracja przeciw panującym rzeczom, z samej swojej natury rozwijałyby się w świetle dziennym, gotowe na zaakceptowanie współuczestnictwa i pomocy z dowolnej strony. Rzeczywiście stałoby się to „Otwartą Konspiracją”, niezbędną, naturalnie ewoluującą konspiracją, przystosowaną do naszego zwichniętego świata. ”

Phätomgel Falls – Strigoikosmos

pf

cs Preposterous Creations 2013

Ustawicznie coraz mniej słucham metalu, ale że po uprzejmości dostałem kasetę, recenzuję.

Starożytne hebrajskie tęgogłowy, zniekształcając egipskiego Seta-Tyfona do postaci Szatana, dały wyraz – oprócz swym niewątpliwie podłym, a chytrym knowaniom – m.in. określonemu niepokojowi, zdolność do wzbudzenia którego powinna być in potentiam zawarta w black metalu. Może się to realizować na przeróżne sposoby – w przypadku tego nagrania sposób okazuje się całkiem efektywny i moim zdaniem jest zadowalająco blisko pierwotnej idei tego gatunku.

Na wokale nałożony jest przester na modłę Filosofem, aczkolwiek same w sobie nie są wykonane w podobnej manierze; opresyjne ryki i krzyki mieszczą w sobie ponadaprzeciętną dawkę negatywności; gorzej z syczeniem/szeptami, towarzyszącymi ambientowo-fortepianowemu przejściu, czy zreverbowaną gadką na samym końcu. Większą przywarą strony wokalnej, niż jej nieczytelność, jest nadmierna głośność w miksie, przez co aby należycie usłyszeć całokształt, zdecydowanie wskazane są słuchawki (zwłaszcza jeśli słuchamy z kasety za pośrednictwem kiepskawego odtwarzacza, bo wtedy występuje dodatkowo dosyć donośny taśmowy hiss). Ta nieproporcjonalność (mimo masteringu w Abgrund Tonstudio) to zasadzie największa wada tej epki, choć za wskazaniem na odsłuch przez słuchawki stoi również jedna z jej zalet, tj. ciekawy, niebanalny element ambientowy – zamykająca Strigoikosmos partia może nasunąć wręcz skojarzenie z Maeror Tri / Troum.  Partie elektroniczne (gwoli ścisłości, najprostszej z nich towarzyszą bębny) bardzo ładnie dopełniają instrumentalnych i przydają sporo do budowanej gęstej, przygnębiającej atmosfery.

Teraz krótka analiza metalowej strony tego nagrania: pierwsza, dłuższa połowa jest agresywna, brudna i hipnotyczna, podchodząca nawet pod death metal – nic, czego byśmy nie słyszeli, ale bez dwóch zdań klasa – druga zaś „połowa” to wolny, monotonny, przygnębiający riff, pociągnięty jak trumna ku wykopowi – gdzieś między doom metalem, a dsbm a’la Deathrow.

 

Jest jakaś niespójność między okultystyczną otoczką, a liryką, która dziwnym trafem ma własny tytuł (Suisight), niezależnie od tytułu epki. Może to i dobrze, że tekst jest zapisany dziwną, jakąś taką mayhemowatą, a w każdym razie mocno nieczytelną czcionką, bowiem roi się od błędów językowych – jeśli jednak przeskoczyć i tą przeszkodzę, okazuje się  być całkiem ciekawy.

Ulotka wydawcy zawiera tylko tezę, że wielu użytkowników forum NWN prod. spuszczałoby się nad tym nagraniem, gdyby wyszło w bardziej popularnej stajni – jest to o tyle słuszne, że na pewno ta kasetka nie zostanie w pełni doceniona, ale że zespół ma sporo do dopracowania, nie jest to wielką stratą, tym bardziej że Preposterous Creations to i tak bardzo przyzwoity label.

Przypuszczalnie jeden z ciekawszych polskich debiutów minionego roku. Warto się zapoznać, co tym bardziej się tyczy następnych prac tego zespołu, o ile takie nadejdą, a powinny.

Licho – Pogrzeb w Karczmie

lho_viol_0

CS Devoted Art Propaganda / CD Malignant Voices 2014

Jest coś magicznego!

Szturpak zaskakuje nagraniem w konwencji poezji śpiewanej, do szantów też nie daleko… nie, to koślawy żart, ale PwK dowodzi że mamy jeszcze w tym przykrym kraju bardów. Twardowski black metal? Określenie należyte, jednak z tym black metalem, do groma, za wysokie tu stężenie naturalnej eksperymentalności,czy po prostu na wskroś indywidualnej wizji muzycznej.

Do trupa, do boga, do ciebie pijemy!

Album to ze wszech miar wyjątkowy i jedna z tych rzeczy, które wywołują skrajne reakcje. Za ekscepcjonalność tego materiału przede wszystkim odpowiada jego ekspresyjność. Słowem, wyrazistość emanacji tego albumu jest trudna do przeoczenia.

Rzecz jasna słuchacze gustujący w takiej, czy innej półce, nie nawykli do tego aby krążek / taśma odpalona w odtwarzaczu ostro wchodziła im na banię – prędzej już do tego, by spełniła oczekiwania stojące za wsunięciem tego czy innego nośnika do sprzętu grającego. Zdziwienie gwarantowane. Bez wątpienia spodziewałbym się przy tym wielu reakcji na zasadzie „ki czort?” Najpodatniejszym podłożem do przylepienia awersji są tu bez wątpienia niestandardowe wokalizy. Jeśli nie przekroczą zakresu tolerancji na dziwność u słuchacza, można się spodziewać że będzie miał owy trudności z oderwaniem się od tej płyty przez czas dłuższy, co z resztą może iść w parze z trudnością w oderwaniu się od butelki.

Pod każdym aspektem Licho muzycznie poszło do przodu – która to tendencja zresztą od początku leżała w naturze tego tworu muzycznego. W krok za wzrostem jakości kompozycji – zakręconych i ciekawych – podążyła jakość nagrania. Apropos specyfiki kompozytorskiej, raczej trudno przemilczeć nasuwające się porównania do Joyless, Forgotten Woods i Circle of Ouroborus, ale „PwK” to materiał z diabelnym stężeniem oryginalności i jak mało które znane mi nagranie przejawiający źródłowo sarmacki / polski charakter.

W moim odczuciu wszystkie te eksperymenty muzyczne, zakorzenione, ale odbiegające w owocach od blek metalowego trzonu, których uświadczyliśmy na rodzimym poletku przez ostatnie kilka lat, wymiękają przy wisielczo – wódczanym liryzmie Pogrzebu w Karczmie. Moim faworytem obok dekadenckiego „Spijam dym z kieliszka” pozostaje najspokojnejszy i najkrótszy utwór tj. „Wieko na wieki”, wprowadzający nieco swobodniejszej przestrzeni i urozmaicający płytę. Nie ma tu raczej mowy o wirtuozerii instrumentalnej, ale gitary są doskonale poprzeplatane, a perkusja dopełnia udanego całokształtu. „Dusza” zaś to bodaj najlepszy kandydat na przebój spośród zgromadzonych tu pieśni. Jeśli ten kawałek nie przemówi dosadnie do czegoś mocno specyficznego dla tzw. polskiej duszy, urojeniem jest ona czy nie, polecałbym się takiemu delikwentowi zastanowić nad własną tożsamością.

Na koniec wzmienię, że najbardziej rozbijającym spoistość materiału kawałekiem jest elektroniczne outro, co prawda ciekawe i cokolwiek groteskowe, stanowiące łącznik ze starszą twórczością Szturphryca pod szyldem Trauma Absurdicum. Niezły to kawałek, ale w moim odczuciu PwK przydałoby się outro w nieco innym nastroju.

Obok jakby nie patrzeć odważnego i wyjątkowego artyzmu Licha, głównym atutem debiutu jest bez wątpienia określona, silna tożsamość, której Szturpak dał tu wyraz.

~nhtk

Wulkanaz – HaglaNaudizEisaz

cover

LP, Ætergap Productions, 2012

No i doczekali my się – kamrat Kumulonimbus, znany poniektórym z Tomhet, w końcu uraczył nas długograjem. Szwedzki wyziew wyłonił się z Chaosu cztery lata temu, od tego czasu solowy projekt wyżej wymienionego zdążył zatruć eter kilkoma nad wyraz zacnymi wydawnictwami, m.in. prześwietnym demem Kwetwan jah Dreuzaz, stanowiącym kwintesencję prymitywnej sieczki ku chwale Lokiego z bezkompromisowym, rokendrolowym zadziorem. Jak zatem prezentuje się album? Na wstępie słuchacz zostaje potraktowany króciutkim, klimatycznym intrem zawierającym rytualne zawodzenie ad maiorem chaos gloriam i kilkuminutową skandynawską przytupają, dając czas na otwarcie browara, wrzucenie paru muchomorów (achtunk! minister propagandy ostrzega: spożywanie amanity muskarii grozi potyczką z Choronzonem i wybiciem kosmicznych zębów) i nastrojenie psychicznych czułków na odbiór sygnałów od mateczki Gullveig, bowiem srogość jest blisko i nie bierze jeńców. Od trzeciego numeru możemy być pewni, że nalepka “zawiera dark germanic heathenism” jest całkiem na serio, już pierwsze dźwięki chłostają surowym brzmieniem, piwniczną perkusją i wkurwionymi wokalizami. Szybkie tempo utrzymane jest niemal przez całość albumu, zwalniając gdzieniegdzie by wpleść w kompozycje atmosferyczne wstawki – wycie wiatru, akustyczne przygrywki i ambientowe plumkanie do złudzenia przypominające niektóre wybryki wujaszka Varga. W przeciwieństwie do wielu kapel, które nieudolnie silą się na „atmosferyczność”, serwując absolutnie niestrawną papkę syntezatorów i klawiszy, stosunek klimatu do obłędnej rąbanki został na HNI doskonale zbalansowany – płyta nie nudzi i nie męczy słuchacza, wprowadzając go w berserkerski trans na bite trzydzieści jeden minut. Znakiem charakterystycznym tegoż wydawnictwa, jak i muzyki Wulkanaz w ogóle, jest nieokiełznana wściekłość, która wypełnia nawet przestrzeń między dźwiękami – to zew pierwotnej natury, dzikiej i przerażającej, z którą dane było słuchaczom obcować m.in. poprzez takie twory jak Arckanum czy Armagedda. Wulkanaz kontynuuje (nie)chlubną tradycję niszczenia kosmicznego ładu i robi to nad wyraz zajebiście, nie dając odbiorcy czasu na zastanowienie – tu nie ma miejsca na “JA” i jego igraszki, tu się napierdala.

Chaos reigns, i oby tak dalej.

~blaga

Plaga – Magia Gwiezdnej Entropii

plaga

cd 2013 Societas Oculorum Arcanorum

Pojedyncze są przypadki, kiedy tytuł płyty tak doskonale oddaje charakter jej treści i soniczną aurę. Najbardziej do tej pory epickie i melodyjne dzieło Plagi to- zaryzykuję- najwznioślejsza polska emanacja nurtu, którego insygnia dały się już poznać w takich formach jak (żeby poprzestać na tych zbliżonych muzycznie) szwedzkie Kaos Sacramentum, czy Svartrit. Tutaj wypada uprzedzić, że recenzję pisałem pod wpływem pierwszego zachwytu i w zw. z tym jest cokolwiek subiektywna.

Plaga pozostaje plagą jedyną w swoim rodzaju, pomimo zmiany stylu kompozytorskiego, specyfika dynamiki utworów czy po prostu siły rażenia, jest ta sama; a przecież ich poprzednie dzieła nie miały takiego stopnia pokrewieństwa z „Reinkaos” Dissection, czy może nawet… psychodelicznym rockiem.

Nie przypadkiem niejednokrotnie pojawia się tu inwokacja ZAZAS ZAZAS NASATANADA ZAZAS, co mówi chyba wszystko, a w każdym razie niezbędne minimum względem intencji stojącej za tą audialną mszą. Znaczna ilość wybornych solówek i generalnie wysoki stopień melodyjności kompozycji wywołują skojarzenie z niemieckim Chaos Invocation. Przestałem być wiernym słuchaczem Watain, ale bez cienia wątpienia diablim bękartom z obu ekip jest cokolwiek po drodze, zarówno ideowo, jak i muzycznie. Czytelność (przeważnie) polskich liryk i autentyzm, przekonanie w ich wykonaniu, stawiają „M.G.E” obok kultowego „Imperium” Arkony. Ideowo Plaga dalece transcenduje wspomniany tytuł – diabolicznie kompetentna muzyczna proklamacja antykosmicznego satanizmu.

~nichtig 

I Shalt Become – Louisiana Voodoo

Louisiana Voodoo

Moribund, 2013

ISB, czyli (nie mogłem się powstrzymać) post-Birkenau oraz – było nie było – klasyk tzw. USBM, powraca z długograjem cokolwiek niebanalnie łączącym nie odbiegający zanadto od tzw. tradycyjnych wytycznych Black metal z ambientowo-symfoniczną elektroniką.

Kompletnie umknęło to mojej uwadze, ale już poprzedni album I Shalt Become opiera się na chimerze bleku z synth-orkiestralnymi tegesami. I choć może się podobać i ma sporo dobrych momentów, w kontekście następcy jawi się jako rodzaj kiepskawej wprawki, w dodatku przesłodzonej. „L.V.” to dziełko dojrzalsze i kunsztowniejsze. O ile „Poison” to ciekawy usbm’owy eksperyment, jego następcę co bardziej pomysłowi zwolennicy szufladkowania mogliby umieścić pod etykietą pt. nawiedzony Black metal.

Zaczynamy od intra utrzymanego w ligettiowskim nastroju grozy, który to zresztą z różnym natężeniem towarzyszy całości nagrania – synth-smyczki i chórki, nie powstydziliby się tego filmmakerzy starych gotyckich szlagierów. Dźwięków pianina również nie brakuje, co bynajmniej nie oznacza, że ISB  popada z tymi wszystkimi ubarwieniami w przesadę. Ścieżki gitar nie są jednolite, ale ich brzmienie zawsze jest subtelne, mocno zreverbowane, a zarazem nie zlewające riffów w trudny do wychwycenia uchem szlam. Elektroniczna warstwa albumu nie tyle z powodzeniem dopełnia kompozycji, co stanowi ich integralną część. Ba, gdyby ten materiał opierał się li tylko na żywych instrumentach, wypadłby znacznie bladziej. Stąd podejrzewam, że wielu słuchaczy może dojść do wniosku, że to jedno z najlepszych połączeń BM z monumentalnym, nastrojowym „ambientem” od czasu Lurker of Chalice czy Murmuure. Zwłaszcza ten pierwszy projekt ma najwięcej wspólnego z recenzowanym tu lp; taki Dolorian odbiega już zbyt daleko, przynajmniej pod kątem użytych środków, ale esencja tegoż nosi tą samą okultystyczną barwę.

Trudno zbyć milczeniem nasuwające się za sprawą znacznej części wokaliz porównanie z Graveland, aczkolwiek charakter tej płyty jest diametralnie odmienny – zamiast celować w podniosłe epickie Heathen metalowe ody, otrzymujemy wysoce nastrojowy materiał, w charakterze bliższy wspomnianemu pobocznemu projektowi muzyka Leviathan, czy twórczości Xasthur. Porównanie z tworem Darkena opiera się nie tyle na „monumentalności”, co na podobnej, ochrypłej manierze wokalnej. Wokale są tu jednak zróżnicowane i nie nużące – od szeptanych deklamacji, przez krzyki do czystego śpiewu. Nastrój „Louisiana Voodoo”, mimo podniosłości jest oniryczny, nokturnalnie zimny i chtoniczny jednocześnie. Z racji kiepskiej pamięci odpuszczę sobie przywoływanie innych nazw polskiego ekstremalnego metalu, charakteryzujących się podobną „symfoniczną” specyfiką, niechże stanowi to zagadkę dla znawców tzw. rodzimej sceny. Misteryjność aury ewokowanej przez S. Hollimana przywołuje skojarzenia z lovecraftowską, rytualną podróżą przez nieznane. Zresztą nie z przypadku ostatni utwór nosi taki, a nie inny tytuł.

Jest w tej płycie coś pokrewnego specyfice kultowego „Draco Sit Mihi Dux” Ondskapt, choć mniej tu smolistej rozpaczy i –rzecz jasna – brak satanistycznej dewocji, pomijając już wszechobecny syntezator. Tak czy inaczej prezentowana tu muzyka ma w sobie pokłady autentycznej ezoteryki.

Jak już wspomniałem, ochrypłe wokalizy są częstokroć zbliżone do darkenowych, jednak swoim urozmaiceniem i fantazją dalece wykraczają poza sztampowość – te same słowa można odnieść do wykorzystania tzw. klawiszy. Szeptyi  zaśpiewy są niekiedy trochę na modłę tego, co można usłyszeć w „Urkaos” Reverorum ib Malacht. Perkusja (zwolenników blastów należy pokierować gdzie indziej) ma dosyć oryginalne, organiczne brzmienie i utrzymana jest w wolnych i średnich tempach, jak i cały materiał. Doprawdy ciężko mi się do czegoś przyczepić, bo płyta jest co najmniej bardzo dobra i w moim odbiorze stanowi jeden z ciekawszych albumów w tzw. nurcie „atmospheric” bm na przestrzeni ostatniego roku, albo i kilku. Mimo całej obfitości środków artystycznych, oraz celowania w nastrojowość, miast depresji czy nienawiści, trudno wrzucić „Louisiana Voodoo” do jednego worka z czymkolwiek, choć pozornie takie Lunar Aurora wydaje się bliskie. Zachęcam do przekonania się samemu na czym polega odmienność nagrań tych zespołów. Nie pozostaje nic innego jak zakończyć niezbyt udolną wędrówkę wśród porównań i polecić rzeczony album jako coś więcej niż fajną ciekawostkę.

~nichtig