GNOD – Just Say No to the Psycho Right-Wing Capitalist Fascist Industrial Death Machine

tumblr_ono3bytqz31qfucnro1_1280
Rocket Recordings 2017

Mało kogo stać na tak dosadną deklarację jak psychoanutów z Gnod, czy to w kwestii tytułu, czy też w odniesieniu do konstytuującej go muzyki – ostrej, ciętej, rewolucyjonistycznej i częszącej neurony. Just Say No to akt rebelii.

Od strony dronowo-psychodeliczno-rockowych improwizacji panowie podążyli tu ku bardziej zwartemu wykwitowi, łączącemu hałaśliwy punk rock z domieszką psychodelii, nabuzowanego agresją i protestatycyjnymi lirykami, eksplorującymi pewne aspekty prawdziwego, twardego życia, w opozycji do trzody zahipnotyzowanej zachodnią propagandą. Sonic Youth nigdy nie zbliżyło się nawet do nagrania czegoś równie bezprawnego, a jakichkolwiek koneksji dopatruję się z wczesnym Swans (tzw. No Wave), z okresu Filth / Cop / Greed – choć również można dopatrzeć się pokrewieństwa z co bardziej prymitywnymi, agresywnymi partiami nowszych płyt Giry i spółki, czy może też (momentami) wczesnym Godflesh. Niekiedy brzmi to wręcz troszkę pod Skullflower wykonujący covery anarchomanckich hymnów. Song pt. People składa się z oczyszczającej chaosem ścieżki gitar i podłożonego sampla rozmawiających mężczyzn, a przy tym można spróbować telepatycznie wychwycić, co oni mówią, na przykład przy zastosowaniu konopii, i to, co jest powiedziane kontrastuje z wymazującym to piorunem gitar.

Ta muzyka może pomóc w reprogramacji mózgu, demaskując wirusy psychiczne dominujące nad aktualną sytuacją społeczno-polityczną, a w każdym razie przyczynić się do zdarcia choć kilku składających się na nie zasłon kłamstw. A jeśli nie, to stanowi kawał nonkonformistycznego, kontentującego, dynamicznego i dosadnego łomotu i to bodaj najskromniejsze zdanie, jakie można napisać nt. tego materiału Gnod. Poglądy muzyków są zdecydowanie antyglobalistyczne i antysystemowe, ale w jakiej mierze lewackie? „Wydaje się, że wkraczamy w jeszcze bardziej nieprzyjazne czasy, niż te, w które już wkraczamy. Rok 2016 stanowi początek czegoś, co postrzegam jako systematyczne zniszczenie ze strony establiszmentu liberalizmu i równości, w reakcji na ogólną utratę wiary ludu w ich system”. Jeśli kogoś interesują tu tego typu niuanse ideologiczne, ja tam do nich nie należę. Wiem, że rad bym szedł i niszczył, gdy wybije czas. I to przede wszystkim ten instynkt, a nie (zapewne w mniejszej lub większej mierze skażona humanitaryzmem) ideologia napędza ten materiał – bojówkarsko nieustępliwa żarliwość. Spora to rewolucja nawet jak na specyfikę GNOD, nigdy nie pomieszkującego w jednolitej stylistyce zbyt długo.

katastrof

 > BANDCAMP <

> TUMBLR <

 

Nagrobki – Lękajcie się i Stan Prac

Otwierający demówkę kawałek “Lękajcie się” to jak kołysanka i kpina zarazem, kpina z represyjności polakatolickiej moralności, ale również z siebie samych i tu propsy panom za samodystans. Parodia mszy świętej w wersji wszelako poczciwej, a w każdym razie żartobliwej. Dalej już ruszamy z grubszej rury. Ten kawałek brzmi dużo lepiej na “Stanie Prac” ale i tak idzie docenić tą wersję. “Zapadła mi w pamięć Twa wczorajsza wypowiedź. Bardzo jest mi źle, wciąż myślę o Tobie, nic zrobić nie mogę. Śmierć! Śmierć! Śmierć Zapomniałem! Ciągle widzę oczy Twe! Tylko Ciebie chcę!” Osobiście pofolgowałbym tu wyobraźni w kwestii interpretacji. Dalej mamy coś co brzmi jak polskie Those Poor Bastards, czyli “Jak mu dewastuję grób“. Urzeka mnie sampel walenia młotem, domyślnie o nagrobek. o “Róża, córka sąsiada” nie mam zbyt wiele do napisania, bo ten kawałek wydaje mi się mało zakamuflowanym manifestem dorosłych onanistów,`a nie sądzę aby któryś z panów musiał spędzić dłuższy czas za murami Zakładu Karnego. Ratuje go bas i perkusja. I to ratuje nie byle jak. Noise-rockowa końcówka in plus. “Nekropolo” z “Jakoś tak się przyzwyczaiłem, że własny zgon przegapiłem” to rodzaj celebracji poczucia wewnętrznej martwoty (emocjonalnej na pewno nie). I na tym kończy się ta demówka, a raczej debiutancka epka Nagrobków, na niebrzydkiej gitarowo-syntezatorowej solówce.

Intro do “Stanu Prac” to próba udźwiękowienia zaklęcia, które mogłoby wyjść z Czarnej Chaty. Wnet uderza antypolska “Niedziela”, przepełniona wstrętem do polakatolickiej rytualizacji tygodnia. “Chciałbym, żeby jutrzejsza niedziela była już tą ostatnią! Już tą ostatnią!”

“Blady świt!” to materiał na przebój, na tyle wpada w ucho i wdrąża się w głowę. “Dziękuję Ci mamo za ten dar życia. Dziękuję Ci tato, że mnie zrobiłeś! Następnym razem mogłabyś się zapytać.., mnie! Następnym razem weź zastanów się chwilę!” – Szarmanckie podziękowania, z tym, że panowie zdają się być nieświadomi, że to nie nasi szanowni spłodziciele (za Johnem Bhalancem przypominam, że powinniśmy być im wdzięczny zwłaszcza za brokuły) są odpowiedzialni za to, że to akurat nasze dusze z – chyba mogę to powiedzieć – w imieniu swoim, jak i muzyków – ciężką karmą – inkarnują się w spompowanych przez nich płodach.

“Zaraza” to najbardziej mainstreamowy kawałek z płyty, kojarzy mi się niezdrowo z jakimś CKOD i tu kciuk w dół i wyrd na drogę. Nie grajcie tak więcej. “Ja” niesie już znaczący skok w górę na mojej skali przyswajalności w mocno nie ukrywajmy to zawirusowanym tunelu rzeczywistości. “Boisz się mego, boję się twego JA” i pomrukiwanie (chyba) basu, acz zachodzę w głowę jak go wykorzystano, aby osiągnąć taki dźwięk. Następnie przeróbka dziecięcej piosenki, ale nie będę zdradzał zbyt dużo. Jak już wspominałem “Na śmierć zapomniałem 2015” w nowej wersji zyskało dużo siły wyrazu. Idzie poznać rolę dobrego masteringu, ale i wykonania. Znienacka w kawałek wkrada się długie spowolnione interludium, z trąbką (obecną zresztą na całym materiale, verfluchte), a może próba wyrazu stanu umysłu, który uprzednio został wyrażony z bardziej natężoną siłą ekspresji. Na koniec powrót pierwotnego motywu, wokal jest – dopiero o tym napomykam – a to tyczy się całej płyty – na wksroś przekonujący i wystarczy, że tyle napiszę na ten temat.

“Jesteśmy martwi” to kolejny skoczny dyskotekowy przebój dla przedszkolaków albo raczej pacjentów szpitala psychiatrycznego – ba, chciałbym przemycić do psychiatryka lsd i dolać pacjentom do wody i włączyć ten utwór na pełen wolumen. “Jesteśmy martwi! Nic nas nie powstrzyma! Żadna policja ani żadna głupia siła! Spotkanie z nami oznacza śmierć! Powiedz, czy ty też masz na nią dziś chęć!”

“Nie mam ci nic do powiedzenia” to swoisty manifest socjopatii, dosyć już przytoczyłem liryk, lepiej byłoby w ogóle gdybym nie pozbawiał słuchacza zapoznania ich bezpośrednio z muzyką, ale być może powyższe bardziej nakłoni do zrobienia takiego kroku”. Gitary są post-punk noise-rockowe, czyli to co koty lubią jak upolowanie sikorki, odgryzienie jej głowy i pozostawienie jej przed drzwiami domostwa z ciągnącym się nerwem centralnym.

“Dla Grzesia” to grubsza sprawa, utwór jak mniemam powstały w hołdzie dla przyjaciela muzyków, który wybrał przedwczesne Wypierdalać wobec życia. Godny to hołd i tym dotkliwiej od mnie przemawia, że sam straciłem dwa duchy. Jakkolwiek nie dźwigam już żadnego kaprawego krzyża. Odżyłem. I po chuj o tym wspominać? Bez odbioru na ok. 2 miesiące.

Z ostatniej chwili. Wieść grozi, że to rock garażowy. Zabawne, że ostatnio ktoś mi zaproponował, że jak się nie ogarnę to zrobi mi z dupy garaż, respons: ogłoszenie drobne, chętnie poczęstuję lutą w lutym kandydata do zrobienia mi z dupy garażu (żart, pozdro KRW).

pod powyższym linkiem cały “Stan Prac” do odsłuchu.

raport: katastrof

King Dude – Sex

Czyli gangsterska romantyka diabelskim rockiem podlanego neofolku. “Kto chce żyć i skonać tej nocy? Kto pragnie ujrzeć drugą stronę? Z kryształów, które jak robactwo biegną przez twe żyły. Oszalałeś!” – oto zaproszenie do tego swoistego (ideowo) miszmaszu Lautreamonta z Iluminatami Thanaterosa, muzycznie zaś – balladowo-folk-rockowego klangu noir.

Kontynuując tradycję niespodzianych dywinacji wskroś dobrego pana Lucyfera, King Dude momentami wykrystalizował tu i dopracował swój styl do poziomu analogicznemu świeżo wyrwanemu sercu kozła zastawiającemu stół biesiadny Niosącego Czarne światło, a momentami pogubił się w eksperymentalnych niewypałach bez wyrazu— i konfrontuje słuchacza z eksploracją tematu seksualności.

“Nie chcę żyć wiecznie kotku, nie obawiam się umrzeć” śpiewane straceńczym tonem i podkolorowane pysznie wpasowanym samplem (czego wcześniej w muzyce tegoż nie uświadczyliśmy) znamionują szlagier “I wanna die at 69”, przy którym wymiękają nawet co mniej zglątwione pieśni Baina Wolfkinda. “Our Love will carry on” – romantyczna ballada – stanowi nostalgiczny łącznik z wczesnym okresem twórczości Cowgilla z okolic lp “Love”(2011).

Chwilę później TJ uderza kontrastowo z innej mańki wraz z krótkim, blackowym “Sex Dungeon”. W takich momentach album ujawnia swoją niespójność, stanowiącą główny zgrzyt ku nazwaniu “Sex” choćby komfortową przystanią w dyskografii K.D.

Tętniące czarnym humorem “The Leather One” gładko zaciera złe wrażenie. “Swedish boys” brak nieco intensywności, aby wywiązali się ze swej roli. Sinusoida znów rusza w górę wraz z ciekawym, eklektycznym “Prisoners” gdzie Koleś, jak na każdego dobrego kolesia przystało, rapuje.

“No one knows the girls” popada w kabaretowe gorzko-słodkie nuty. Następnie szczere, otwarte i smutne, wieńczące album “Shine your light”, niestety wypadające cokolwiek skamląco jak na takiego diabelskiego knura jak Dude, King Dude.

Podsumowując, kawałki promocyjne okazały się pokazaniem asów przed rozegraniem partii, wespół z oprawą wizualną płyty aut. Ellen Rodgers zaostrzyły apetyt. Na co? Na pstro na czczo. Za mało krwistego, ezoterycznego neofolku, za dużo americany, country i inszych eksperymentalnych niedoformowanych płodów. Gdyby całość trzymała poziom “Our Love will carry on” czy “I wanna die at 69”, czy chociażby nawet instrumentalnego “Conflict & climax” bylibyśmy bliscy zachwytu, tymczasem… borem lasem. Rzecz broni się nomen omen jedynie dzięki diabelskiej psocie “The Leather One”. Do następnego, dude!

Wyd: NJRM // Van Records

ktstrf wyklucznik

wędrowcy~tułacze~zbiegi – Światu jest wszystko jedno

a2453044032_10

Równe kroki perkusji i oto “witaj nam jutrzenko” – zimne, gęste ciary. To materiał nierówny, ale nawet w swych nizinach niesmacznie wysoko ponadprzeciętny. Jak dla mnie polska płyta roku. Coś na miarę “Imperium” Arkony anno 2016. Post-nihilistyczne, bataille’owskie (w czem – zapewne nieskromnie – podejrzewam pokątną inspirację Ulvhela) zacięcie zdominowało cały materiał i jest to zacięcie istotowe, nie przejawiające się w gołosłownych, a górnolotnych deklaracjach, lecz ucieleśnione dźwiękiem i słowem. I tak baśniowej narracji rozmarzonych strun “wędrca” nie umniejsza, lecz kontrastowo uwypukla wzmianka o “czarnej dupie nocy”. Muzyczna nowatorskość “światu jest wszystko jedno” zasadza się na obecności trąbki, wspaniale odegranej przez niejakiego Ścierę; ale kompozytorska wybitność jest wszechobecna, choć być może tak ją określam przez koloryt, który nadają jej przenikliwe, poetyckie liryki. Przebojowość tego albumu sprawia, że ma się ochotę słuchać go raz po raz, do znudzenia, a o te niełatwo, przychodzi ono być może dopiero wraz z emocjonalną nadeksploatacją, a o tą każdemu niejednakowo łatwo/trudno. I w zasadzie podług ładunku i spektrum emocji powstających w konflikcie ze światem można by podzielić słuchaczy wędrowców, tułaczy, a zbiegów, acz ja się zarysu tego czy inszego podziału nie podejmę, bo po kiego grzyba. W “kanonady ducha grzmot” pojawia się lekko woniejący patos, a w każdym razie pycha. Grzech to nam nieobcy, prawda li? I w takiej samej mierze wespół z nadmierną, choć przenikliwą autokrytyką konstytuujący. Wspaniała, introwertyczna, bajońska wręcz refleksyjność “Przebijacza gór” płynie ku nam wraz ze śpiewem i szeptem. Piosenkarzy dwóch – Stawrogina i von Rittera – rozróżniam dopiero po zwróceniu uwagi na ich dwoistość, na tyle podobne mają głosy, w obu przypadkach szlachetne – rzadkością jest to wszelako, aby w muzyce jakkolwiek powiązanej z blek metalem można było komuś bez ocierania się o śmieszność przypisać takie miano; a tu można i ba, na wędrowców bez wahania oddałbym głos za 4,44 esemesym na poczet polskiej eurowizji. Całości dopełnia perkusja bezbłędnie odegrana przez mości Szturpaka. Nie uświadczyłem jeszcze bodaj na polskiej scenie płyty o takim poziomie intelektualnym, a patronat w tym aspekcie sprawuje znany poniekąd z łam onego pisma Gac. “Nieba błękit zakrwawiony / jucha gęsta leci z chmur / naród w końcu poświęcony / zmywa gówna cierpki smród” – to są wersy co nie lada, ukonstytuowane transgresją, a okraszone Muzyką co się zowie. Wzajemna uzupełnialność czystego tonu ducha i gęstej kupy, co leci z chmur mówią o byciu umiłowanym przez Diabła, a w przypadku autorów tego dzieła nie są to czcze słowa i zapewne ku pokrewnym jest ono adresowane. Czuję się tak niemile połechtany tym wszystkim i spędzonymi przy tej płycie porankami, a odczutymi przy niej ciarami, że aż po wypracowanej w pocie czoła wypłacie pozwolę sobie na zbytek zaopaczenia się w limitowany winyl wskroś devoted art propaganda. Zatem; do Djabła!

[bandcamp]

Iceage – Plowing Into the Field of Love

Youthful nihilism

00-iceage-plowing_into_the_field_of_love-2014

Escho 2014

Jestem ciekawa reakcji Nicka Cave’a na tę płytę, a strzelam, iż wysłuchałby albumu z przyjemnością. To w zasadzie wystarczyłoby za całą rekomendację, ale ja nie z tych, co to po najniższej linii oporu idą. “Plowing…” od pierwszego utworu porusza coś nieodwracalnie w człowieku i to nie tylko wychowanym  na Złych Nasionach. Teksty głęboko przesiąknięte romantyzmem i mizantropią (i o ile zdaję sobie sprawę, że nie każdemu podejdzie to tak sparowane/spreparowane, jako i wódka nie podchodzi czasem inaczej niźli czysta) ostrzegam i nakazuję, iż warto. Już na wejściu dostajemy solidną acz wyważoną (przez co – mam wrażenie – dojrzałą) dawkę słów mądrych, mroźnych, szorstkich i momentami tak dzikich, jak na poprzednich wydawnictwach, przy tym imponująco, piekielnie inteligentnych jak na kogoś, czyim ojczystym językiem angielski nie jest. Ten hipnotyczny, pijacki liryzm towarzyszy nam (na różnym poziomie, trzeba przyznać) od początku do końca i o ile ktoś osłuchał się miszcza Cave’a, po wstępnym przesłuchaniu “Plowing…” może dojść do wniosku: cóż za gówniarski nihilizm! Nuda! Czyżby nastąpiło znużenie dotychczasową konwencją, a nie daj bogowie, wyczerpanie poprzednimi energicznymi, punkowymi materiałami? W jakimś wywiadzie czy recenzji spotkałam się z wypowiedzią: Graliśmy punk? No chyba nie myśleliście, że na serio! Elias miał taki głos, że co innego mieliśmy grać? I te słowa są moim zdaniem kwintesencją pozwalająca rozwiać wszelkie (jeśli kto miał takowe) wątpliwości – progres, panie i panowie, mistrzowsko zaplanowany – i pozwalającą odsłuchać album raz jeszcze. I jeszcze raz. Znowu. Przyznam, że momentami na dźwięk słów Eliasa “I refuse”, “I don’t care”, wyobrażam sobie siedzącego na murku w wysokich sznurowanych butach straceńca, kamień i tulipan w dłoni a na ustach śpiew podkręcony urokiem tego ptaka co to przyleciał łapać równowagę w jego palcach, na wyraźną prośbę podmiotu lirycznego come, come, come. Bunt nie istnieje, nie ma prawa istnieć sam dla siebie pielęgnowany wewnątrz, musi zaistnieć choćby ten ptak o wrogich skrzydłach które przełupiesz tulipanem, kamieniem, zrywając tym samym własne kajdany i ograniczenia, zadziwiony i oszołomiony aktem zbawienia tak najprostszym, prymitywnym, po którym z radości tańczysz, uzdrowiony i czysty jak dziecko. Drugi utwór przynosi nam niejako kontynuację zagadnienia – cały album zresztą jest zadziwiająco spójny, i nie chodzi mi tylko o zabiegi kosmetyczne i gardłowy wokal Eliasa Rønnenfelta który przez cały czas brzmi jak gdyby pijany wszedł do baru karaoke, wyrwał komuś mikrofon i ze szczerego serca postanowił NIE zaśpiewać i zaimprowizować “jak”, a być tego wieczoru Nickiem Cave’m. Gwiazdą. Tyle, że w genialnym oderwaniu, po swojemu, tożsamość prawdziwa i własna, realnie i boleśnie własna – w blaskach reflektorów świdrujących pory skóry i prześwietlających aż do płytek krwi – DNA. I tak, jak ów łańcuch na pewnym poziomie definiuje człowieka, tak w tych dwunastu hitach, jak w niciach Mojr zawieramy definicję ludzkiego, miotającego i żarzącego się w ogniu żywota i jego nieubłaganych praw, przędziemy, udzielamy i nie odwracamy znaków, słów ani czasu. Już właściwie w utworze otwierającym mamy tej Bad Seed’owej mizantropii (jedną z lepszych) próbkę: I don’t care whose house is on fire / As long as I can warm myself at the blaze. Przejdziesz obojętnie: to niby nic, czegośmy wcześniej nie uświadczyli, a jednak, w tych kilku słowach zawieszono pomost, spinacz, klucz – moment przejściowy pomiędzy brutalnością i czułością; ponurą i jednocześnie buńczuczną i pełną odwagi autoagresję-autorefleksję. Odwagi, ta przyda się nam… Sikamy wbrew księżycowi, oczyma wyobraźni widzimy świetlistą aureolę szczyn otaczająca satelitę jak ciężkie chmury zgęstniałe wokół w mroźny dzień, aureolę maleńkich sopli, kryształków z których każdy działa jak pryzmat. Fizjologiczne halo, fizjologiczna potrzeba miłości ale i wygody gdy zbieg ma tendencję powracać do domu. Ty! Będziesz się kajał, żałował? Szczamy tu i teraz, ze zwykłej potrzeby szczania, tu nie potrzeba filozofii i nadinterpretacji. Bierz kutasa, za zwyczajną ludzką potrzebą skończ co potrzeba i znikaj, zabierz swoje, nieruchomo własne w zamarzniętym pożółkłym krysztale, tańcz do upadku Kosmosu, rozbicia i spojenia DNA. Z nią na dodatek. Cokolwiek nie zrobicie. Do not repent. I w dalszej części albumu, radosne i energiczne come here and be gorgeous for me now, proste i szczere przesłanie: miłość, obojętne jaką by nie była, jeśli przypadła ci w udziale – nie martw nic – wygrałeś. W tej prostocie nie narazimy siebie i świata na niebezpieczeństwo. Kluczem jest upraszczać, nie komplikować. Dalej pełne treści, przepiękne w swej chaotycznej strukturze How many, mimo okropnego pianina i wokalu brzmiącego tak, jakby twój podpity świadek winszował ci na cały regulator na weselu. Niesamowite, nieco żałobne trąbki z Glassy Eyes, Dormant And Veiled,

/rec. niedokończona/

Lisia Czapa