Nagrobki – Lękajcie się i Stan Prac

Otwierający demówkę kawałek “Lękajcie się” to jak kołysanka i kpina zarazem, kpina z represyjności polakatolickiej moralności, ale również z siebie samych i tu propsy panom za samodystans. Parodia mszy świętej w wersji wszelako poczciwej, a w każdym razie żartobliwej. Dalej już ruszamy z grubszej rury. Ten kawałek brzmi dużo lepiej na “Stanie Prac” ale i tak idzie docenić tą wersję. “Zapadła mi w pamięć Twa wczorajsza wypowiedź. Bardzo jest mi źle, wciąż myślę o Tobie, nic zrobić nie mogę. Śmierć! Śmierć! Śmierć Zapomniałem! Ciągle widzę oczy Twe! Tylko Ciebie chcę!” Osobiście pofolgowałbym tu wyobraźni w kwestii interpretacji. Dalej mamy coś co brzmi jak polskie Those Poor Bastards, czyli “Jak mu dewastuję grób“. Urzeka mnie sampel walenia młotem, domyślnie o nagrobek. o “Róża, córka sąsiada” nie mam zbyt wiele do napisania, bo ten kawałek wydaje mi się mało zakamuflowanym manifestem dorosłych onanistów,`a nie sądzę aby któryś z panów musiał spędzić dłuższy czas za murami Zakładu Karnego. Ratuje go bas i perkusja. I to ratuje nie byle jak. Noise-rockowa końcówka in plus. “Nekropolo” z “Jakoś tak się przyzwyczaiłem, że własny zgon przegapiłem” to rodzaj celebracji poczucia wewnętrznej martwoty (emocjonalnej na pewno nie). I na tym kończy się ta demówka, a raczej debiutancka epka Nagrobków, na niebrzydkiej gitarowo-syntezatorowej solówce.

Intro do “Stanu Prac” to próba udźwiękowienia zaklęcia, które mogłoby wyjść z Czarnej Chaty. Wnet uderza antypolska “Niedziela”, przepełniona wstrętem do polakatolickiej rytualizacji tygodnia. “Chciałbym, żeby jutrzejsza niedziela była już tą ostatnią! Już tą ostatnią!”

“Blady świt!” to materiał na przebój, na tyle wpada w ucho i wdrąża się w głowę. “Dziękuję Ci mamo za ten dar życia. Dziękuję Ci tato, że mnie zrobiłeś! Następnym razem mogłabyś się zapytać.., mnie! Następnym razem weź zastanów się chwilę!” – Szarmanckie podziękowania, z tym, że panowie zdają się być nieświadomi, że to nie nasi szanowni spłodziciele (za Johnem Bhalancem przypominam, że powinniśmy być im wdzięczny zwłaszcza za brokuły) są odpowiedzialni za to, że to akurat nasze dusze z – chyba mogę to powiedzieć – w imieniu swoim, jak i muzyków – ciężką karmą – inkarnują się w spompowanych przez nich płodach.

“Zaraza” to najbardziej mainstreamowy kawałek z płyty, kojarzy mi się niezdrowo z jakimś CKOD i tu kciuk w dół i wyrd na drogę. Nie grajcie tak więcej. “Ja” niesie już znaczący skok w górę na mojej skali przyswajalności w mocno nie ukrywajmy to zawirusowanym tunelu rzeczywistości. “Boisz się mego, boję się twego JA” i pomrukiwanie (chyba) basu, acz zachodzę w głowę jak go wykorzystano, aby osiągnąć taki dźwięk. Następnie przeróbka dziecięcej piosenki, ale nie będę zdradzał zbyt dużo. Jak już wspominałem “Na śmierć zapomniałem 2015” w nowej wersji zyskało dużo siły wyrazu. Idzie poznać rolę dobrego masteringu, ale i wykonania. Znienacka w kawałek wkrada się długie spowolnione interludium, z trąbką (obecną zresztą na całym materiale, verfluchte), a może próba wyrazu stanu umysłu, który uprzednio został wyrażony z bardziej natężoną siłą ekspresji. Na koniec powrót pierwotnego motywu, wokal jest – dopiero o tym napomykam – a to tyczy się całej płyty – na wksroś przekonujący i wystarczy, że tyle napiszę na ten temat.

“Jesteśmy martwi” to kolejny skoczny dyskotekowy przebój dla przedszkolaków albo raczej pacjentów szpitala psychiatrycznego – ba, chciałbym przemycić do psychiatryka lsd i dolać pacjentom do wody i włączyć ten utwór na pełen wolumen. “Jesteśmy martwi! Nic nas nie powstrzyma! Żadna policja ani żadna głupia siła! Spotkanie z nami oznacza śmierć! Powiedz, czy ty też masz na nią dziś chęć!”

“Nie mam ci nic do powiedzenia” to swoisty manifest socjopatii, dosyć już przytoczyłem liryk, lepiej byłoby w ogóle gdybym nie pozbawiał słuchacza zapoznania ich bezpośrednio z muzyką, ale być może powyższe bardziej nakłoni do zrobienia takiego kroku”. Gitary są post-punk noise-rockowe, czyli to co koty lubią jak upolowanie sikorki, odgryzienie jej głowy i pozostawienie jej przed drzwiami domostwa z ciągnącym się nerwem centralnym.

“Dla Grzesia” to grubsza sprawa, utwór jak mniemam powstały w hołdzie dla przyjaciela muzyków, który wybrał przedwczesne Wypierdalać wobec życia. Godny to hołd i tym dotkliwiej od mnie przemawia, że sam straciłem dwa duchy. Jakkolwiek nie dźwigam już żadnego kaprawego krzyża. Odżyłem. I po chuj o tym wspominać? Bez odbioru na ok. 2 miesiące.

Z ostatniej chwili. Wieść grozi, że to rock garażowy. Zabawne, że ostatnio ktoś mi zaproponował, że jak się nie ogarnę to zrobi mi z dupy garaż, respons: ogłoszenie drobne, chętnie poczęstuję lutą w lutym kandydata do zrobienia mi z dupy garażu (żart, pozdro KRW).

pod powyższym linkiem cały “Stan Prac” do odsłuchu.

raport: katastrof

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s