Iceage – Plowing Into the Field of Love

Youthful nihilism

00-iceage-plowing_into_the_field_of_love-2014

Escho 2014

Jestem ciekawa reakcji Nicka Cave’a na tę płytę, a strzelam, iż wysłuchałby albumu z przyjemnością. To w zasadzie wystarczyłoby za całą rekomendację, ale ja nie z tych, co to po najniższej linii oporu idą. “Plowing…” od pierwszego utworu porusza coś nieodwracalnie w człowieku i to nie tylko wychowanym  na Złych Nasionach. Teksty głęboko przesiąknięte romantyzmem i mizantropią (i o ile zdaję sobie sprawę, że nie każdemu podejdzie to tak sparowane/spreparowane, jako i wódka nie podchodzi czasem inaczej niźli czysta) ostrzegam i nakazuję, iż warto. Już na wejściu dostajemy solidną acz wyważoną (przez co – mam wrażenie – dojrzałą) dawkę słów mądrych, mroźnych, szorstkich i momentami tak dzikich, jak na poprzednich wydawnictwach, przy tym imponująco, piekielnie inteligentnych jak na kogoś, czyim ojczystym językiem angielski nie jest. Ten hipnotyczny, pijacki liryzm towarzyszy nam (na różnym poziomie, trzeba przyznać) od początku do końca i o ile ktoś osłuchał się miszcza Cave’a, po wstępnym przesłuchaniu “Plowing…” może dojść do wniosku: cóż za gówniarski nihilizm! Nuda! Czyżby nastąpiło znużenie dotychczasową konwencją, a nie daj bogowie, wyczerpanie poprzednimi energicznymi, punkowymi materiałami? W jakimś wywiadzie czy recenzji spotkałam się z wypowiedzią: Graliśmy punk? No chyba nie myśleliście, że na serio! Elias miał taki głos, że co innego mieliśmy grać? I te słowa są moim zdaniem kwintesencją pozwalająca rozwiać wszelkie (jeśli kto miał takowe) wątpliwości – progres, panie i panowie, mistrzowsko zaplanowany – i pozwalającą odsłuchać album raz jeszcze. I jeszcze raz. Znowu. Przyznam, że momentami na dźwięk słów Eliasa “I refuse”, “I don’t care”, wyobrażam sobie siedzącego na murku w wysokich sznurowanych butach straceńca, kamień i tulipan w dłoni a na ustach śpiew podkręcony urokiem tego ptaka co to przyleciał łapać równowagę w jego palcach, na wyraźną prośbę podmiotu lirycznego come, come, come. Bunt nie istnieje, nie ma prawa istnieć sam dla siebie pielęgnowany wewnątrz, musi zaistnieć choćby ten ptak o wrogich skrzydłach które przełupiesz tulipanem, kamieniem, zrywając tym samym własne kajdany i ograniczenia, zadziwiony i oszołomiony aktem zbawienia tak najprostszym, prymitywnym, po którym z radości tańczysz, uzdrowiony i czysty jak dziecko. Drugi utwór przynosi nam niejako kontynuację zagadnienia – cały album zresztą jest zadziwiająco spójny, i nie chodzi mi tylko o zabiegi kosmetyczne i gardłowy wokal Eliasa Rønnenfelta który przez cały czas brzmi jak gdyby pijany wszedł do baru karaoke, wyrwał komuś mikrofon i ze szczerego serca postanowił NIE zaśpiewać i zaimprowizować “jak”, a być tego wieczoru Nickiem Cave’m. Gwiazdą. Tyle, że w genialnym oderwaniu, po swojemu, tożsamość prawdziwa i własna, realnie i boleśnie własna – w blaskach reflektorów świdrujących pory skóry i prześwietlających aż do płytek krwi – DNA. I tak, jak ów łańcuch na pewnym poziomie definiuje człowieka, tak w tych dwunastu hitach, jak w niciach Mojr zawieramy definicję ludzkiego, miotającego i żarzącego się w ogniu żywota i jego nieubłaganych praw, przędziemy, udzielamy i nie odwracamy znaków, słów ani czasu. Już właściwie w utworze otwierającym mamy tej Bad Seed’owej mizantropii (jedną z lepszych) próbkę: I don’t care whose house is on fire / As long as I can warm myself at the blaze. Przejdziesz obojętnie: to niby nic, czegośmy wcześniej nie uświadczyli, a jednak, w tych kilku słowach zawieszono pomost, spinacz, klucz – moment przejściowy pomiędzy brutalnością i czułością; ponurą i jednocześnie buńczuczną i pełną odwagi autoagresję-autorefleksję. Odwagi, ta przyda się nam… Sikamy wbrew księżycowi, oczyma wyobraźni widzimy świetlistą aureolę szczyn otaczająca satelitę jak ciężkie chmury zgęstniałe wokół w mroźny dzień, aureolę maleńkich sopli, kryształków z których każdy działa jak pryzmat. Fizjologiczne halo, fizjologiczna potrzeba miłości ale i wygody gdy zbieg ma tendencję powracać do domu. Ty! Będziesz się kajał, żałował? Szczamy tu i teraz, ze zwykłej potrzeby szczania, tu nie potrzeba filozofii i nadinterpretacji. Bierz kutasa, za zwyczajną ludzką potrzebą skończ co potrzeba i znikaj, zabierz swoje, nieruchomo własne w zamarzniętym pożółkłym krysztale, tańcz do upadku Kosmosu, rozbicia i spojenia DNA. Z nią na dodatek. Cokolwiek nie zrobicie. Do not repent. I w dalszej części albumu, radosne i energiczne come here and be gorgeous for me now, proste i szczere przesłanie: miłość, obojętne jaką by nie była, jeśli przypadła ci w udziale – nie martw nic – wygrałeś. W tej prostocie nie narazimy siebie i świata na niebezpieczeństwo. Kluczem jest upraszczać, nie komplikować. Dalej pełne treści, przepiękne w swej chaotycznej strukturze How many, mimo okropnego pianina i wokalu brzmiącego tak, jakby twój podpity świadek winszował ci na cały regulator na weselu. Niesamowite, nieco żałobne trąbki z Glassy Eyes, Dormant And Veiled,

/rec. niedokończona/

Lisia Czapa

Advertisements

One thought on “Iceage – Plowing Into the Field of Love

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s