Raport z odwyku

Miejsce: Oddział Leczenia Zaburzeń Abstynencyjnych, Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie

Mit o OLZA IPiN jako najlepszym ośrodku odwykowym od benzodiazepin w Polsce w rzeczywistości znajduje oparcie wyłącznie na bezpieczeństwie i tempie ichniej metody zerowania z benzodiazepin (w moim przypadku 15 dni – schodziłem z 26 mg clonazepamu / dobę), opartej na algorytmie substytucji stosowanej przez pacjenta benzodiazepiny relanium lub tranxenem, monitorowaniu poziomu bda we krwi za pomocą częstych badań (w pierwszym tygodniu wyglądałem na gorzej pokłutego niż w niejednym ciągu opiatowym) i stopniowym (tj. dla większości nagłym i drastycznym) zmniejszaniu dawek w/w przy jednoczesnym wprowadzaniu narastających dawek przeciwdrgawkowych stabilizatorów nastroju (Convulex / Finlepsin).

Pełen czas trwania tego „najlepszego” z odwyków przewidziany jest jednak na 6 do 8 tygodni. Aby zaprawić pacjenta do życia bez bda 4-6 tygodniami zwarzywnienia wśród żółtych ścian, pod wpływem neuroleptyków? Czy aby nabić sobie kabzę, przyjmując za osobo-dobę ok. 250 zł?

Na oddziale nie ma żadnej formy psychoterapii, chyba że w odniesieniu do pacjentów „z branży” tj. alkoholików, którzy stanowią trzodę werbunkową do tutejszego Ośrodka Terapii Uzależnień, tzw. „Białego Domku”, gdzie w cokolwiek sekciarskiej atmosferze odbywają się mityngi AA.

W świetle tych wszystkich okoliczności, biorąc pod uwagę, że na zapchanym po brzegi oddziale kierownictwo zarabia ok. 10 tys. zł dziennie, kolega z sali zaczął układać biznesplan na hycla na podżabkowych pijaczków, którym w razie chęci wypisu wdrażany byłby haloperidol i postępowanie z paragrafu 23 zarazem, a łapani by byli w siatki na motyle lub węże. „I jakbym dzwonił do NFZ-tu to tylko bym śpiewał: „syp, syp, syp talary do kieszeni”.

Rozkład zajęć – 8:00 – śniadanie, 3 plastry najlichszej z „wędlin” lub jajko na twardo i kompot z bromem. Leki, po 13-tej obiad – gromada pacjentów pcha się jak owce do paszy. Leki, 17-ta – kolacja i 20 ta leki, ostatnia dawka „warzywek” z możliwością odłożenia sobie najmocniejszych na 22-gą. Obchody w tygodniu ok. godz. 10-tej. Jak się pan czuje? Jak pan spał? Następny. Z urozmaiceniami w przypadku pacjentów starających się o wypis, których czeka obcesowe zrównanie z ziemią i pogróżki, lub też w postaci węszenia woni tytoniu i zadawaniu pytania „kto na tej sali pali?” z wytrzeszczonym gestapowskim wzrokiem wędrującym po gębach. Być może jednak zbyt surowo oceniam p. ordynator, a jej oschłość granicząca z brakiem szacunku do bliźnich jest po prostu elementem jej zawodowego trybu działania, nakierowanego na poddanie szeregu organizmów określonej procedurze medycznej, a nie na wczuwaniu się w problemy pijaków i lekomanów. Faktem jest jednak, że i reszta personelu z reguły na prośby reaguje z wielką łaską, jeśli w ogóle, a lekarze „nie mają czasu”.

Z zaobserwowanych absurdów: faszerowanie pacjentów alkoholowych Triticco, które właściwie zaczyna działać po miesiącu stosowania, a że pobyt pijaków jest przewidziany na 10-11 dni, podaje się ten lek w celu oddziaływania jego skutkiem ubocznym tj. sennością, która potrafi zwalić z nóg. Inny: przetrzymywanie na siłę 80-letniej kobiety z demencją – za poparciem jej rodziny – oddział pełnił dla niej funkcję domu starców, aż w następstwie problematycznych zachowań jak próba zapalenia papierosa w gabinecie socjalnym, albo bicie sanitariusza butelką po głowie, w trakcie oczekiwania pod drzwiami wyjściowymi z bagażem na wypuszczenie – została mocno zwarzywniona, do tego stopnia, że zagrażało to jej życiu i ostatecznie została wywieziona z butlą tlenową przez pogotowie.

W pamięć mi też zapadła dytyramba p. ordynator wobec kolegi wnioskującego o wypis 15-tego dnia pobytu, włącznie ze wmawianiem mu, że jego kobieta jest na utrzymaniu jego rodziców, która to informacja została przez nią wymyślona, niemniej musiała go zbesztać jak uczniaka, aby podbudować swój wizerunek, ale i – chcąc nie chcąc – udzielić wypisu.

Mając w zamiarze skończyć odwyk przedplanowo, zastanawiałem się, czy przy odrzuceniu prośby o to również będzie mi zakutopalczo wmawiane, że „przerwany” w 5-tym tygodniu detoks jest w równym stopniu zmarnowanym czasem, co detoks przerwany przed wyzerowaniem, 15-tego dnia pobytu. Okazało się jednak, że z okazjonalną pomocą odrobiny sativy byłem zdolny przebyć prawie pełne 6 tygodni i zostałem zwolniony bez żadnych przeszkód, a wręcz z opinią, jakobym miał duże szanse na nie powracanie do nałogu, powściągniętą z przebiegu zerowania, w trakcie którego nie zgłaszałem żadnych skarg na samopoczucie. Zdaniem p. doktor to zasługa uspokajającego działania Convulexu, ja śmiem twierdzić że również hartu psychicznego nabytego poprzez wielokrotne nagłe odstawienia bda i ekspozycji na paranoidalne wtręty. Takowych w trakcie pobytu w szpitalu prawie nie uświadczyłem, poza wrażeniem dostępowania jakiegoś przedsionku do telepatii, a raczej spostrzegania w ludzkiej mimice, gestykulaturze i słowach jakichś kluczy umożliwiających wstęp do świata wewnętrznego danej osoby (cannabis).

Na oddziale występuje „całkowity ZAKAZ palenia tytoniu”, co znajduje podbudowę w wywieszonej na tablicy bzdurze głoszącej, że dwa nałogi rzuca się nie trudniej niż jeden. Personel (poza frau ordynator) przymyka jednak oko na woń tytoniu, świadomy że to walka z wiatrakami, skoro większa część pensjonariuszy i tak kurzy.

Przejawy zdrowego, młodzieńczego wigoru traktuje się tu jako nadpobudliwość, czy oznaki wskazujące na jakieś wydumane (jak borderline i chad, przypisywane durnie jednemu z pacjentów) odchyły psychiczne; pacjent taki podlega farmakologicznemu zwarzywnieniu.

– Gumą go. Gumą go! No tak, na dzień dobry.

– To przechodzimy na Ayurvedę, rzucam dzisiaj garami na peronkę i wołam o kroplówkę usuwająca z organizmu wszystkie metale ciężkie.

Nerwicowiec: – To dobrze, że cię widzę, bo jak cię widzę, to widzę, że jest dobrze.

– I ten wasz wielki biały orzeł, co w niczym nie pomoże, gdy w ruch pójdą w końcu zamiast słów pięści i noże (A.J.KS.)

O 6-tej obudziła mnie pielęgniarka na pobranie krwi. Zasypiając pomyślałem, że mogę mieć wysmarkane, bo benzodiazepin nie tykam i taaak – 0 jednostek, a wczoraj świeciłem im przekrwionymi oczami, gdzieś między stymulacją, a otępieniem. Tak czy inaczej to jedyna forma terapii, jaką dane mi było skończyć. Klefedron i klonazepam bye bye.

– Stojakiem do kroplówek jak włócznią Longinusa!

Nowe badania naukowe dowodzą skuteczności i bezpieczeństwa stosowania psylocybiny w terapii lekoodpornych postaci depresji

W ciągu ostatnich kilku lat prowadzono wiele badań naukowych ukierunkowanych na zastanowienie się nad celowością oceny potencjału terapeutycznego psylocybiny – substancji będącej agonistą receptorów serotoninowych – występującej w naturze, w wielu gatunkach grzybów. Badacze prześledzili skuteczność psylocybiny w leczeniu różnych stanów, takich jak: uzależnienia, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, lęk przed śmiercią i podobnych.
Nowe badania, opublikowane ostatnio w Lancet Psychiatry Journal, przeprowadzone były przez naukowców z Imperial College London. Badacze dążyli do sprawdzenia możliwości, bezpieczeństwa i skuteczności leczniczego oddziaływania psylocybiny w przypadku osób dotkniętych jednobiegunową depresją lekoodporną.
W badaniach tych brali udział wolontariusze – 12 pacjentów u których zdiagnozowano jednobiegunową lekoodporną postać depresji (od umiarkowanych postaci choroby po ostre) – 6 kobiet i 6 mężczyzn. Otrzymali oni dwie dawki ustne Psylocybiny – jedną 10 mg, kolejną 25 mg w przeciągu 7 dni.
Pacjenci podczas badań byli dokładnie monitorowani pod kątem niekorzystnych reakcji na Psylocybinę, aby osiągnąć porównywalne analizy pomiędzy intensywnością sesji a skutecznością leczenia.

grzybole
W kolejnych badaniach kontrolnych objawy depresji były oceniane – od 1 tygodnia do 3 miesięcy po ukończeniu terapii przy użyciu 16-poziomowej skali QIDS (Szybka Ewidencja Objawów Depresji).
Podczas tych sesji silne efekty działania Psylocybiny zwykle miały początek ok. 30-60 min po przyjęciu dawki, szczyt działania następował między 2 a 3 godziną od przyjęcia. Efekty zaczynały ustępować co najmniej 6 godzin po podaniu Psylocybiny.
Wszyscy pacjenci zareagowali na Psylocybinę bardzo dobrze, bez poważnych czy niespodziewanych zdarzeń. Podczas sesji badacze odnotowali delikatne działania niepożądane – przejściowy lęk podczas rozpoczęcia sesji (u wszystkich pacjentów), przemijające zagubienie, zaburzenia myślenia (9 pacjentów), lekkie przejściowe mdłości (4 pacjentów), oraz przejściowy ból głowy (4 pacjentów).
W późniejszych badaniach naukowcy zaobserwowali wyraźne zmniejszenie objawów depresji w obu przypadkach (1 tydzień i 3 miesiące po leczeniu) wysokodawkowej terapii, tak samo zmniejszenie anhedonii po zakończeniu terapii.

Podsumowując, badania te dają solidny grunt do dalszych badań możliwości, bezpieczeństwa i skuteczności Psylocybiny w leczeniu psychiatrycznym. Obiecujące rezultaty tych i im podobnych naturalnych enteogenów przybliżają nas do punktu, w którym nie tylko zrozumiemy badane stany psychiczne, ale zdobędziemy możliwość zapobiegania im.

psylo2

za: Timewheel.net

sfuszerowała Lisia Czapa

Prawe Scytyjskie bongosy

W rozległym i starożytnym cmentarzysku w Górach Kaukaskich południowej Rosji, archeolodzy odkryli coś, co okazuje się być liczącymi sobie 2,400 lat “bongosami”. Te zdobione przyrządy należały do Scytów, prastarego i mało zrozumianego Irańskiego ludu, który władał szerokimi obszarami Eurazji pomiędzy 9 wiekiem p.n.e., a 4 wiekiem n.e.

Pradawne aparaty zostały odkryte podczas wykopów robionych pod nowe linie energetyczne, wraz z ponad trzema kilogramami innych przedmiotów ze złota, wliczając w to dwa pierścienie naszyjne, pierścień na palec i złotą branzoletą. Skarby spoczywały w komorze otoczonej kamieniem i przykrytej grubą warstwą gliny.

Po analizie lepkiego, czarnego osadu znalezionego w złotych naczyniach, odkryto, że te przyrządy były wykorzystywane do palenia i dostarczania dymu z mikstury zrobionej z konopii i opium. Wyjaśnia to wiekowy cytat w starożytnych pismach greckiego historyka Herodota, który napisał, że “Scytowie używali rośliny do wytworzenia dymu, którego nie przewyższy żadna grecka sauna i który sprawiał, że głośno krzyczeli.”

Od wieków wiadomo, że Scytowie byli znani z palenia lub picia w postaci naparu tajemniczej i potężnej mikstury roślin, w celu osiągnięcia zmienionego stanu świadomości, który wykorzystywali w trakcie bitew (jak wszystkie ludy Indoaryjskie, w tym: Celtowie, Germanie i Słowianie). Eksperci żywią nadzieję, że dalsze badania szczegółowych obrazów ludzi i zwierząt zdobiących te naczynia ułożą się w część tajemniczej historii o Scytach i ich zażyłości ze zmienionymi stanami świadomości.

TW_AncientApparatus00_637

Jak mało co obnaża to kłamstwo, na którym oparta jest współczesna cywilizacja, prowadząca na posiłki zlaicyzowanej do absurdu judeochrześcijańskiej moralności wojnę z narkotykami. Pokazuje to w czym tkwi ziarno ewolucji ludzkiego umysłu i kultury; źródło kreatywności i wiedzy. Konopie i opium, wyklęte przez współczesnych były święte dla naszych przodków i prowadziły ich do kontaktów ze światem duchowym, stanowiącym antytezę świata ponowoczesnego. Wieści takie jak te przynoszą swego rodzaju sprawiedliwość dla osobników wyklętych przez współczesne społeczeństwo, z racji na ich wrodzone predyspozycje do zgłębiania zmienionych stanów świadomości.

TW_AncientApparatus04_600

w oparciu o timewheel.net
Katastrof

Polaken tango

Z okazji Światowych Dni Młodzieży, proponujemy 3 atrakcyjne memy:

sdm_warszawa11

Cytując za serwisem Pravy.pl:

Światowe Dni Młodzieży we Wszawie mogły być okazją do ukazania skatoliczonego charakteru Polski. Jednak to, co można zobaczyć na Krakowskim Przedzwjeściu (najbardziej popularnej wśród stonek a zarazem multikulti ulicy stolicy) świadczy o całkowitej patolaicyzacji Polski.
W ustawionych z okazji ŚDM instalacjach jest wiele symboli, ale właściwie brak wśród nich skatoliczonego przesłania. Jest Jan Pawuł II na homo fladze, Aleksander Kwaśniewski na tekturowym Pałacu Prezydenckim, kontener Historii Utylizacji Żydów, promowanie publi-cysty ultramasońsko-cyklistyczno-zlewaczonego tygodnika i niezwykle popularne darmowe opłatki z LSD dla pielgrzymów.

Na pocieszenie podłamanym stanem kultury naszego pięknego ongiś kraju, łącząc się w boleści, możemy zaproponować skromną li tylko sugestię:

ulgiszukaj

 

Kolażów trzy

Z racji kryminalnego trybu życia prowadzonego obecnie przez redakcję pisma, nie znajdujemy czasu wymaganego do koncentracji, niezbędnej do stworzenia tekstu pisanego. Ostatnie wieczory zarezultowały jednak trzema obrazami, które przedstawiamy poniżej. Doradzane jest oglądanie kolaży w powiększeniu, po kliknięciu na miniaturę. W planach była również publikacja szeregu mózgotrzepnych fotografii -musi to jednak poczekać do momentu zorganizowania sprawnej ładowarki do starego modelu telefonu.

wolnosced

podszepty

krzywda

bonus: projekt logo klubu poczciwych ex-grzejników

ostatnia

bonus zwei: stary kolaż Sroki:

7

autorzy – Katastrof i Gertruda von Sroka

VVspólnota

Błogosławiona klątwa nakazująca przekraczać
Zapach poznany nozdrzami
totemiczych nam zwierząt
kotów, lisów, węży
Dwa pragnienia:
Miłość podług Woli
i jak spłatać siedem psot śmierci
W ryku co z serca przychodzi i prowadzi wskroś ciała
z rozlanej wspólnie krwi
Zawsze pielęgnuj, rozżarzaj tę ranę
w którą wlali nas by splątać
i polegli
bo skruszymy naczynie
i zjednoczymy się z Otchłanią

___

Gertruda und Jurgen

 

***

kocham cię w poniewierce igieł
które spoglądają oczami bandytów
wskroś twego czystego wzroku

nie plam już więcej
swoich spojrzeń na mnie
w moje źrenice

szlachetne od bólu

___

Gertruda

Kryształowy psychodeliczny aspergerowski terroryzm

jako, źe wszyscy amoraliści w historii razem wzięci nie dopuścili się tylu okrucieństw i zniszczeń co przeciętny moralista w ciągu źycia, sądzę, że kiedy ktoś zaczyna bredzić o moralności, powinno się szybko zamienić samochód na czołg, kupić broń i amunicję, ubrać hełm i zbudować schron przeciwlotniczy. tacy ludzie są niebezpieczni.
___
Robert Anton Wilson
‘nigdzie nie napotkasz władzy’

Dokładna lokalizacja, okoliczności zażyć w ciągu 4 dni nie zostaną tu sprecyzowane, gdyż rozmyły się w całkowitym potencjale neuroreprogramacyjnym doświadczenia. W pamięci zachowało się podanie dożylne w pracy na ochronie, na błoniach krakowskich, cmentarzu rakowickim, w lesie wolskim i w paru kamienicach starego miasta. Nadmienić należy, że dochodziło do cokolwiek niebezpiecznych sytuacji, jak ta, gdy idąc ulicą w pobliżu komendy na ul. Lubicz z otwartym piwem N. został zatrzymany przez radiowóz, odbyło się przeszukanie, z tym że G. nosiła plecak N., a do tego miała na sobie kurtkę ochrony (w kieszeni której był kryształ), co sprawiło, że przeszukany został tylko N. Milicjanci byli lekko podkurwieni faktem, że wobec braku meldunku N. nie mogą wymierzyć mu mandatu, a znalezione opakowania po igłach niczego nie dowodzą, w dodatku zatrzymany twierdzi, że tabletki, które posiada w samarce po filtrach do papierosów otrzymuje na receptę od psychiatry w związku z potrójną diagnozą. Nie zmąciło to planów na wieczór, po kwadransie procedur na komendzie udaliśmy się na działki przy Cmentarzu Rakowickim celem podania, co było utrudnione przez ciemność, chłód i trudną dostępność żył u G.

N. widział zielone, pokryte łuskami oblicze Seta-Tyfona, holograficznie świecące wielobarwne łuski splotów węży. Wzór utworzony z igieł tui i jaszczurek. Lustro, z grubym napisem krwią: IN HOC SIGNO VINCES. Jakby przez połamaną szybę widział wnętrze pokoju, będącego głęboko pod ziemią – na jego ołtarzu stoi kadzidło, jest to miejsce wielkiej diabolicznej władzy, skąd źródło biorą korzenie Yggdrasila (flashback z tripa po dxm). Oboje widzieli oko węża, N. z czarną tęczówką, eliptyczną źrenicą i białą otoczką, G. z żółtą tęczówką i zieloną otoczką. Duchy zmarłych w postaci fioletowych cieni ludzkich kształtów, które obserwowały nas ze współczuciem i miłością, ale też pewną dozą smutku. G. też czuła obecność zmarłych, przekazywały telepatycznie swoją akceptację dla naszego czynienia podług Woli.

G: Wjazd agresywny, momentami zaczęło ją piec całe ciało, a w szczególności twarz i policzki. Widziała ciemny pokój z jednym jasnym, oświetlonym punktem, który był jakby ołtarzem (flashback z dxm). W pokoju tym przebywała jedna ważna postać – Sędzia. Widziała go też na dxm i powiedział jej wtedy, że ma na ziemi misję do spełnienia. Ujrzała kosmos, zbiory galaktyk i ziemię jako miejsce, w którym mamy jedyną szansę na dokonanie wyboru. N. powiedział, że jest to możliwość pokierowania swoim życiem tak, aby zamienić się w coś pełniejszego, aby zrzucić łuski lub wykluć się z jaja (G. przez chwilę wydawało się, że cała się łuszczy i jak wąż zmienia skórę).  Zwały ciał zastrzelonych ludzi, morze z wysoka z chmur z mieniącą się linią brzegową.

Błonia krakowskie, po 18-tej, słoneczne popołudnie, we trójkę przykucamy se na trawie i szykujemy każdemu po ¾ g kryształu. G jest zmarznięta i nie trafiam jej w dłoń, wobec czego zdejmuje trampki i skarpety i kładzie mi stopę na kolanie. Pocieram ją i chucham, ale niektóre potencjalne żyły trudno odróżnić od ścięgien. Prosimy M., aby jej podał i ten wykorzystując cały zasób wieloletniej, narkotycznej wiedzy, za trzecim podejściem trafia jej w stopę. Ja podaję sobie szybko strzała 6-tką w centralkę i gdy dociskam tłoczek, zaczynam dusząco kaszleć, robi mi się gorąco i kładę się na trawie, zaczynając obserwować półprzezroczystą przesłonę z białych, mieniących, przesuwających się rombów i łusek, rozczapierzających krawędzie chmur na skrzydłach. M. poleca mi wstać i mówi, żebym oddychał, z obawy że nie przedawkowałem, ale ja czuję się dobrze, nabuzowany aurą i następnie próbuję sprawić, aby buzowanie aur moich i G. weszło w stan harmonijnej pełni.

Paliliśmy syntetyczny kannabinoid z samorobnego bonga, siedząc przy parku na ławce obok stolika z szachownicą. W pewnym momencie G. zemdlała i przewróciła się na plecy, skąd. N. usiłował ją podnieść, aż zbiegli się przechodnie i wezwali karetkę. Po półtorej godziny w szpitalu G. zostaje wypisana na żądanie ze szpitala z kompletem badań, w których wykryto amftetaminę, mefedron, pentedron, marihuanę i coś jeszcze. N. jakby do końca nie uświadamia sobie, do jakiego ryzyka dopuścił, nie mieści mu się w głowie, czym musi być nasączone te świńskie palenie, aby móc spowodować samo przez się depresję oddechową. Wzięto to za przypadek przedawkowania „mocarza”.

Po następnym grzechu: N. widzi kolumnę świątyni Thelemy, nad którą powiewa sztandar z heksagramem. Całość otoczona jest filarami i wewnątrz płonie ogień o niedostrzegalnym źródle – crowleyański Watykan? Widzi dosyć rozłożone w przestrzeni światła miasta i wie, że zaleją je płomienie, ich języki niczym języki fal czarnego morza.

Od rana N. wiedział, że G. jest na skrajnym głodozjeździe i poczuciu niedosycenia – tak głęboko się to ścierwo wrywa w duszę. Na tyle głęboko, aby sprawić, że pierwsze 40 zł zarobione na krojonym alkoholu przeznaczy na skucie się samolubnie i bezczelnie bez towarzystwa siostrzyczki, a po którym wyda mu się, że jest ona przy nim, poszła gdzieś tylko – za czymś i się zgubiła, wobec czego zacznie biegać pytając ludzi, czy widzieli niską, rudą niebieskoooką. W rezultacie dojdzie do bzdurnego wniosku, że należy kontynuować proceder i spróbuje zajumać 4 butelki johnny Walkera z jednego z hipermarketów, obskrobując nożem kody kreskowe, skitrany złudnie przed monitoringiem (bo przecież opuściwszy jego zasięg), schylony przy biurku i zostanie zatrzymany po przekroczeniu linii kas, choć gdyby reagował bardziej czujnie, miał sporą szansę uciec. To jedno z trzech zatrzymań na skutek kradzieży w trakcie tego dnia, w rezultacie czego N. dostaje grzywnę i groźbę 30 dni puszki. W trakcie jednego z przesłuchań, mylnie odczytawszy intencje panów Włac próbuje opuścić komendę, wobec czego otrzymuje parę soczystych kopniaków w nogę, a następnie zostaje skomplementowany przez jedynego jak dotąd poznanego przezeń „poczciwego” milicjanta, który użala się na system, że chciałby pomagać ludziom, a nie rzucać im kłody pod nogi.

Exif_JPEG_420

Ostatni dzień naszego ciągu, postanawiamy nakraść czekolad, które udaje się spieniężyć, a za uzyskany brzdęk wysępić bezczelnie próbki. Udajemy się do NCKu, gdzie G. przyjmuje 2 ml kryształu, zaś N. jeden ml kryształu i młotka (alfa-pvp). N. dostrzega niebiesko srebrzyste drzewa, którym rozkwitały gałęzie, a następnie ich liście zaczynały płonąć fioletem. G. ciemny korytarz z drzwiami obitymi granatowym suknem, niczym loża.

N. w wybaczającej jasności ujrzał wysepkę pośród jeziora. Wtem dostrzegł płomienistą przestrzeń, jasną kulę, która rozkwitła w olbrzymi płomień, a w jego środku jak zza czarnego witrażu żarzyła się diabelsko twarz Seta / Kaina / Tyfona. Generalnie zamykając oczy widział podświetloną lekko kolorowo, śnieżącą przestrzeń jak z hppd, ale gdy się zaczynał skupiać na przepływających kształtach przybierały formy i tak ujrzał fosforescencyjne zielone, bliżej niesprecyzowane kształty, które pływały w kałuży, na której zaroiło się jakby od rzuconych przypadkiem run / patyków, które układały się w sigile.

Jasno, blado żółta przestrzeń w centrum której rozrósł się czarny kształt jakby ściany w jaskini  pomalowanej krwią, dalej obraz się zaciemnił, ale w głębokim cieniu ujrzał jak smok otwiera oczy. Widział miliardy gwiazd, setki galaktyk, przesłoniętych mgławicami.

Piątego dnia N. ze skrajnie zintensyfikowanym hppd usiłował blokować każdą myśl prowadzącą go w intencji do ponownego sięgnięcia po narkotyk. Udało się, a był to jeden z najdłuższych dni w jego życiu, począwszy od 4:30. W międzyczasie udał się na wizytę do herr doktora, który chciał wypisać skierowanie do psychiatryka. „Nie można żyć w taki sposób, odpłyniesz gdzieś w upajający czar fantazji i cię zamkną, albo zabiją”, „no ale to by było rozczarowujące jak na tak wieloletniego narkomana jak pan” – mocny uścisk ręki i opuszcza przychodnię z receptą na 60 mg. alprazolamu. N. Zaczyna bawić na swój niezdrowy sposób stan okołopsychotyczny spowodowany skumulowanym zjazdem z benzodiazepiny i kryształu; powstrzymuje się przed próbami wyżebrania na receptę, jak robił skutecznie podczas 2 bezdomnych tygodni, zanim go zamknęli i się zmienił; poza jedną próbą, bardziej w charakterze prowokacji, widząc bowiem stanowisko świadków Jehowy i trzy elegancko odziane postaci siedzące w pobliżu na ławeczce. Podchodzi i mówi, że jest osobą chorą psychicznie, gnojoną przez polski system prawny, po czym pokazuje receptę i prosi o pomoc w wykupieniu jej. „My jesteśmy sługami pomocniczymi i możemy świadczyć każdego rodzaju pomoc poza finansową. Taką może pan otrzymać od szeregu innych instytucji w kraju.” – Przepraszam, że zabrałem państwu czas, chciałem tylko się przekonać jak zareagujecie na moją prośbę. Polsko, jak ja Cię kurwa kocham! Na resztę miłosiernie opuścimy kotarę zapomnienia. Doznane nie zostanie w swych efektach zapomniane, a czynienie swojej Woli wymaga często przeczenia nakazom rozsądku i deptania reguł moralnych, które jednakowoż zarazem zostają podczas tego uszanowane i ustanowione, a któż jest najprawdziwiej ludzki, jak nie ten, kto przeżywa najintensywniej? Intensywność przeżycia zaczyna jednak w pewnym momencie wymagać zaprzestania oddawania się zmienionym stanom świadomości, zintegrowania wewnętrznej przemiany, która nastąpiła na skutek dotychczasowych prób; samodyscypliny.

apapaj

Ziemię – tę ziemię należy przeorać ogromnym pługiem o zardzewiałych ostrzach. Następnie zaordynować nalot Haunebu, zbombardować i zasypać wapnem i popiołem z urn katolickich wiedźm. /Jeśli kogoś zapiekły tu uczucia religijne lub patriotyczne, niech sobie uświadomi właśnie, jak może boleć potrzeba ponadosobowej tożsamości w świecie i otoczeniu odbieranym jako złośliwie wrogie./

Furtka

Opowiastka o walce z głodem narkotykowym

Do Monaru zawitałem 11 listopada, z nakazu sądowego na zmianę miejsca wykonywania dozoru, po rozstaniu z lubą, z którą godzinę przed wyjazdem skułem się klonazolamem i zjarałem maczanami ze świeżo odebranej paczki. Po przyjeździe okazało się, że mam 0,5 promila w wydychanym powietrzu, jako że chlałem dosyć tęgo przez kilka dni nazad. Wobec tego kazano mi przyjechać nazajutrz. Tygodniowy pobyt był znośny, nikt specjalnie nie truł mi dupska, poza naganami za jaranie samopas. Sytuacja się rozstrzygnęła wraz z decyzją kadry, że kontakt z lubą będę mógł uzyskać dopiero po 1.5 miesiąca pobytu. Uznałem, że wolę już siedzieć w kryminale i móc ją usłyszeć te 5 razy w miesiącu, nieświadomy, że niewiasta została zakluczona na 3 miesiące.

Siedzę w pociągu relacji Kraków – Warszawa po nocy spędzonej na dołku, po tym jak noc poprzednią usiłowałem spędzić w ćpuńsko-złodziejskiej melinie, która okazała się jednak zamknięta, wobec czego wybiłem okno i wpełzłem do środka, aby zobaczyć barłóg, metalowe pudełka pełne strzykawek z drzazgami i przedwieczne, bezużyteczne już resztki heroiny na przysmalonej łyżce. Rozluźniony niebezpiecznie ok. 10 mg alpry zasnąłem sobie smacznie po 2 nocach „przespanych” w deszczu na pustostanach; niestetyż latarką po oczach obudziła mnie frau milicjant.

zdj69

Zostałem zabrany na komisariat, a następnie na dołek . O 6-tej nad ranem obudził mnie agresywny jazgot współosadzonego, drącego ryja: „Ognia! Wy mnie kurwy nie zastraszycie!” etc. Po czasie spotulniał i był prostacko uprzejmy, a zamknięto go za przypierdolenie własnemu ojcu. Około 12-tej wezwano mnie po odbiór rzeczy, a w dalszym ciągu na komisariat celem złożenia zeznań odn. meliny bardziej niż mojego złamanego dozoru i przy czym okazało się, że koleś przewożony ze mną w kabarynie, miał przy sobie ręcznie napisane upoważnienie do zaopiekowania się tym mieszkaniem, wręczone mu w kryminalne od Marka Cz. Z obrzydzeniem komentował, co te ćpuny z tego mieszkania zrobiły i rzekł

– „samemu dać sobie w żyłę – no weź pan” i „co mnie tak szarpiecie, ja jestem człowiekiem a nie ćpunem”.

Następnie musiałem zaprowadzić 2 piesków do kościoła, w którym wyrzuciłem przemyślnie obrożę w nawie bocznej między ołtarzem, a ścianą, uprzednio odmówiwszy ze współ”wiernymi” sakramentalne „miej miłosierdzie dla nas i dla całego świata”. Panowie psowie skomentowali

– „dobry jest” – ale księżulkowi nie było do śmiechu.

34

Na melinie najpewniej zgubiłem telefon i plecak (choć ten drugi niewykluczone, że zawinęła mi pacjentka zapoznana w kolejce do psychiatry, która zaproponowała mi nocleg) z książkami. Wytrzymałość swą w trakcie 4 dni od opuszczenia Monare nadwyrężyłem do granic, o chlebie i piwie, i z czasem alprazolamie, wędrując od świtu do nocy pieszo, taszcząc kilkanaście książek na plecach. Monar opuściłem z uwagi na półtorej miesięczny zakaz kontaktu z lubą, która jak się poniewczasie dowiedziałem dobrowolnie poszła do psychiatryka na 3 miesiące, celem zasłużenia sobie na wyższą państfową rentę. Dają jej tam 4x dziennie zastrzyki antypsychotyczne w pośladki, od czego nie może siedzieć, plus klonazepam, a mimo to odpierdala hiksy-wiksy w rodzaju podziargania sobie ramion spinką do włosów współpacjentki.

Podłamałem się dowiedziawszy się od jej matki, że nie dane mi będzie jej ujrzećm dochodząc do wniosku, że lepiej było zostać w monare. Nie udało mi się dostać do pociągu Wwa – Stettin, celem emigracji do Rajchu, bo przychaczyła mnie nieuprzejma konduktorka. Bilet konduktorski do Krakau wszelako dał radę, z pomocą kamizelki Impel – ochrona, narzuconej na fleka i opowiastki, że wracam z pracy i okradli nasz konwój wobec czego wracam bez wypłaty/ gotówki, Po drodze spotkałem całe mnóstwo ludzi, a zaczęło się od podwózki do połowy dystansu między Wyszkowem, a Warszawą. Powiedziałem kolesiowi, za co dostałem wyroku, na co ten

-„co, też sobie lubisz przyjarać?”

Wyjął pokaźny pakiet zawierający jakąś szóstkę popału. „Zostaw mi tylko bubek i weź sobie resztę, żebyś dobrze mnie zapamiętał”. Usiadłem sobie przeto przy kawiarni za stacją benzynową i skręciłem blanta, nucąc pod nosem muzykę z mp3, bodajże „Kingdom of Heaven”. Jakoś po drugim skręcie ruszyłem łapać dalej stopa. Podbiłem do dwóch litewskich kierowców, przy czym z torby wypadło mi piwo i się spieniło, oblewając ich, a przy otwarciu strzeliło jak szampan. W odpowiedzi uzyskałem tylko

– „my dwóch w maszinu”.

Wróciłem pod kafejkę, zaszedłem do środka i zapytałem czy mogę sobie odpocząć i wypić browara na placu zabaw umieszczonym centralnie pod kamerą.

– „Ależ oczywiście, zawsze można znaleźć sobie furtkę”.

Za którymś razem, tuż przed świtem się udało i koleś podrzucił mnie na przedmieścia Wszawy. Po tym jaraniu poczułem stopniowo, że mogę osiągnąć nieomal wszystko, w tym np. odczytywać intencje napotkanych ludzi, albo dysponować radarem pozwalającym mi kroczyć obok milicjantów bez najmniejszych obaw, że zwrócę ich uwagę. Niestety wpadłem na idiotyczny pomysł i resztę tegesa skitrałem sobie w majty, skąd mi naturlich wypadły. Niestety nie udało mi się spamiętać wykręconych procesów myślowych następujących po paleniu, a byłby to materiał na osobną opowieść.

Nazajutrz opalając lufę raz po raz włóczyłem się po Krakowie, ale quasi-telepatyczne zdolności zniknęły, a pozostał spokój i głębokie zmęczenie. Tuż po przyjeździe do Krk zagadnąłem przydworcowego kloszarda o krzyże i wtajemniczyłem go zgrubsza w swoją sytuację, wobec czego ten zaproponował mi przysiąście na murku przy galerii krakowskiej i odpiłował mi obrożę kosą, pozostawiając lekką ranę.

Myślę, że to nic innego jak skwaszenie meliniarską wtopą, wizytą na psiarni i dołku przyczyniły się do mojej tymczasowej rezygnacji z planów emigracyjnych. Na stawienie czoła tej porażce mam 30 mg alpry, która wszelko wskutek scyborgizowania mojego organizmu działa na mnie ledwo odczuwalnie, tj. 9 mg jak onegdaj, w lepszych czasach 3 mg. I tak jednak doświadczyłem kompletnego zaniku fobii społecznej i bez obiekcji zaczepiałem ludzi prosząc ich o pomoc.

Czekało mnie nie lada zadanie, bowiem najpewniej w trakcie wybijania szyby poplamiłem recepty krwią, niemniej jednak dziarsko przystąpiłem do nagabywania klientów aptek, opowiadając, że jestem bezdomny i ciężko chory psychicznie etc. Po 2-gą paczkę zdążyłem fuksem przed pociągiem, żuląc po drodze od ludzi o co poczciwszej aparycji. Czuję żal, że opuściłem Krakau, mimo że i tak nie ujrzałbym w przeciągu 10 tygodni swej lubej, zapewne z uwagi na poczucie bliskości z tamtejszymi wykolejeńcami i banitami. Co chwilę napotykałem najstarszego pacjenta programu metadonowego, sączącego syrop od 15 lat.

Pewien starszy antykwariusz radził mi jednak kategorycznie, bym wracał i odsiedział swoje. Nigdy się nie dowiem, czy udałoby mi się na stopa dojechać do Niemiec, ani zwłaszcza poradzić tam sobie, choć z sępieniem grosza nie przewidywałbym większych problemów. Nie da się jednak ukryć, że jest koniec listopada i nieprzymierzając piździ po kościach.

Co się odwlecze, tym Djabła ucieszę.

A 3-miesięczną odsiadkę, o ile na tym się skończy, bo rzekomo grozi mi do 2 lat, powinienem przebimbać z palcem w tyłku. Jeśli zaś skończy się na 2 latach, nie wyhuśtam się bynajmniej, wierząc, że moja Sroka na mnie poczeka, z drugiej strony nie wiem jak przetrwam ten cement czasu bez syntetycznych kanabinoidów chociażby. A gdybym tylko przed powrotem miał pod dostatkiem jarania , rc-benzo i parę kartonów, uroiłoby mi się, że jestem pół czy ćwierć – bogiem i byłbym teraz gdzieś na granicy z Rajchem. To jednak nie Las Vegas tylko przykre, podłe Państfo Polskie, tak nam dopomóż buk, wśród poszarzałych od spalin murów, kałuż, krzywych płotów i monopolowych na każdym rogu, zaludnione hołotą manekinów, centusiów, konfidentów i szarych szarych ludzi o szarych szarych życiach przepełnionych samozadowoleniem i horyzontach sięgających nie dalej niż najbliższa galeria handlowa. Heilige!

Na koniec pragnę zaznaczyć, że wszystko powyższe jest fikcją literacką. Siedziałem sobie wygodnie w domciu w kapciach i jadłem babcine ciastka.

gawno osopiste

DZYEŃ’ DOBRY TU SYSTEM DOZORU ELEKTRONYCZNEGO DZWONIĘ ZRYĆ PANU BANIE – wysyczane sardonicznym tonem tuż po zastrzyku z 7 mg clonazolamu i zjaraniu się maczaną, pod psychodelicznym wrzutem LSD ze zdjęcia poniżej (zamieszczę je później, bo jest chwilowo na telefonie Persony, z którą się dziś pożegnałem).
Moje zachowanie i niedostosowanie społeczne są tyleż warunkowane przez Zespół Aspergera, co przez ciężki nałóg dożylny. W porównaniu do ludzi mam naturę kota. W pełni żyję i żyję swym naturalnym trybem tylko zmieniając psychoaktywnie stan świadomości. Na moim przykładzie, osoby chorej psychicznie i uzależnionej, ale zdolnej do wchodzenia w wyższe stany umysłu, uwidacznia się punkt ogniskowy represyjności polskiego społeczeństfa

Photo0075bFoto wygasłych już nieomal do zgonu popiołów z rozpalonego przez nas ogniska w opuszczonej ruderze, po całym dniu z głupoty i weltszmercu picia kradzionego alkoholu. W deszczu, a uprzednio przy ognisku świętojebliwych emerytów uprzątających górkę Św. Magdaleny, skąd się zmyliśmy po komendzie “opuśccie to święte miejsce (w międzyczasie rzucałem parokrotnie uwagę, że za naszych pradziadów taki ogień płonął by na szczycie, tam gdzie stoi kapliczka), a przed seksem w mroku naw w konfesjonale starego kościoła, oświetlonego tylko płomieniami świec,  gdzie było wszelako za ciasno. 


JARZMO TRZEŹWOŚCI i społecznej alienacji od jedynej, przy której oddycham pełną piersią.