Do psów i ich panów

urfyrfosCCC

Processed with VSCO with p5 preset

Pieśń budzącego się u16A6ursa na nakrapianym szlaku

Świat jest piękny! świat jest podły

świat jest wielki! świat jest zły!

hej ho, poszlibyśmy czynić zło

tu, gdzie kulawi mówią co jest dobro

gdzie ślepi przybijają młotkami drogowskazy

Jednak nie dla tych co są nie bez skazy

Nie dla tych namaszczonych na spaczoną

Ścieżkę pradawnymi runami wyżłobioną gryfią dłonią

wężowym szlakiem języka gadziego płomienia trzask

bo to, co zmienia to niekończący się purpurowy chaosu blask

gdzie na przekór pazurom koła wozu dziejów
ugrzęzły w bagnie, w unieruchomieniu butwieją

Ale ja Poznałem Pana, tego kto zasiał czarny płomień 

w mojej ledwo żywej zygocie, Ziarno
pochodzące sprzed kosmosu
i czasu, uzurpacji kontroli
przez stagnację pochodzącą tam, skąd bezsennie
ciemny duch rozpuszcza zakończone mackami ogony i łowi nimi
dusze zmarłych, do swej inkarnacyjnej pułapki
Miecz Surtra je odrąbie i Oceany spłyną fioletową krwią
nie pochodzące stamtąd, skąd zerkają krzywo wilcze ognie

gdzie z człowieka radośnie drwi burza i ogień
gdzie na czerwonym piasku nocnej pustyni
zygakowate ścieżki węży, znaki Gnozy

psyraus
Processed with VSCO with c1 preset
amaniten

etniczna odtrudka na jad globalizmu

23 życzenia zmiany, wtajemniczeń i metamorfoz

katastrof

Myśli odklęte

Uważam, że w chwili śmierci życie człowieka wyświetla mu się w formie klatek/klisz, jakby jechał w przyspieszeniu pociągiem w tył scenariusza swojego życiorysu i obserwował pourywane sceny przez przyciemniającą lekko obraz szybę.

Rozsądek jest cechą zachowawczą, a nie poznawczą. Elementem niezbędnym do zbierania maksymalnej ilości świadomych doświadczeń bywa lekkomyślna odwaga.

Być może najlepszą miarą jakości człowieka, jest to, w jakiej mierze Poznanie może nasączyć go Obłędem, nie prowadząc do krachu maszyny psychicznej i utraty zdolności utrzymania się na powierzchni zastanego świata.
Teza ta ma charakter spekulatywny, a nie krytyczny i nie powinna być rozpatrywana jako jakakolwiek wskazówka a propos ścieżki życiowej.

kolarzerz
kolaż wykonany na Oddziale Chorób Wątroby, aut. – katastrof

Każdy tunel rzeczywistości jest jak pole teatru, matryca, usnuta z pól jak na szachownicy, a pola te są wszystkie jak kwadratowe sceny odcięte od siebie kurtynami. Ultymatywnie, postrzeganie takie wiąże się z dostrzeżeniem władzy bezwładu, do przejęcia sterów przez Chaos, a gdy rozpozna się tożsamość jego płomienia w sobie z tym powodującym Stawanie się wszechświata, gdy wejdzie się z Nim w harmonię, można uzyskać potencjalnie kompletne Poznanie tego, co się dzieje na świecie i w człowieku.

Być może wchodząc sukcesywnie – poprzez medytację, trans, rytuał i / lub zastosowanie psychodelika – w stany świadomości, w których wszystko jest ze sobą połączone i wszystko jest jednym, gdy uzyskuje się wgląd w ukrytą naturę rzeczy i można odczytać większe z mniejszego oraz dalsze z bliższego i przyszłe z obecnego, dostępuje się możliwości uchwycenia lub zapisania tego wglądu, tak, aby jego podszepty były słyszalne nawet już na trzeźwo, po opuszczeniu tego stanu. Zachodzi tu jednak duże ryzyko ułudy i trzeba – posługując się intuicją – wiedzieć, kiedy należy tych podszeptów słuchać, kierując się postulatem skupienia na Teraz.

Wilczaste gryfy, każdy rosły jak kilkudziesięcioletni dąb, zrywają hakami roślinność ze wzgórz, demaskując skały. Gromadzą się hordy. Gdzie pójdą tacy jak wy, o tym pomyślimy my.
Ludzka, blada, owłosiona głowa o rozwartej szczęce w kształcie wykręconej kostki rubika rodzi węże.
Byłem zahibernowany w kokonie, ciągnięty na wózku ciemnym tunelem przez dostrzeganą zza okrywającej mnie powłoki jaszczurowatą, człekokształtną istotę.
Płynąłem astralnym prądem elipsami w dół i w przód, wyginany wgłąb, aż znalazłem się wśród schronów przeciwpancernych z wieżyczkami jak kurhany z płyt z czarnego metalu, obmywanych przez nocny wiatr.

Nowe badania naukowe dowodzą skuteczności i bezpieczeństwa stosowania psylocybiny w terapii lekoodpornych postaci depresji

W ciągu ostatnich kilku lat prowadzono wiele badań naukowych ukierunkowanych na zastanowienie się nad celowością oceny potencjału terapeutycznego psylocybiny – substancji będącej agonistą receptorów serotoninowych – występującej w naturze, w wielu gatunkach grzybów. Badacze prześledzili skuteczność psylocybiny w leczeniu różnych stanów, takich jak: uzależnienia, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, lęk przed śmiercią i podobnych.
Nowe badania, opublikowane ostatnio w Lancet Psychiatry Journal, przeprowadzone były przez naukowców z Imperial College London. Badacze dążyli do sprawdzenia możliwości, bezpieczeństwa i skuteczności leczniczego oddziaływania psylocybiny w przypadku osób dotkniętych jednobiegunową depresją lekoodporną.
W badaniach tych brali udział wolontariusze – 12 pacjentów u których zdiagnozowano jednobiegunową lekoodporną postać depresji (od umiarkowanych postaci choroby po ostre) – 6 kobiet i 6 mężczyzn. Otrzymali oni dwie dawki ustne Psylocybiny – jedną 10 mg, kolejną 25 mg w przeciągu 7 dni.
Pacjenci podczas badań byli dokładnie monitorowani pod kątem niekorzystnych reakcji na Psylocybinę, aby osiągnąć porównywalne analizy pomiędzy intensywnością sesji a skutecznością leczenia.

grzybole
W kolejnych badaniach kontrolnych objawy depresji były oceniane – od 1 tygodnia do 3 miesięcy po ukończeniu terapii przy użyciu 16-poziomowej skali QIDS (Szybka Ewidencja Objawów Depresji).
Podczas tych sesji silne efekty działania Psylocybiny zwykle miały początek ok. 30-60 min po przyjęciu dawki, szczyt działania następował między 2 a 3 godziną od przyjęcia. Efekty zaczynały ustępować co najmniej 6 godzin po podaniu Psylocybiny.
Wszyscy pacjenci zareagowali na Psylocybinę bardzo dobrze, bez poważnych czy niespodziewanych zdarzeń. Podczas sesji badacze odnotowali delikatne działania niepożądane – przejściowy lęk podczas rozpoczęcia sesji (u wszystkich pacjentów), przemijające zagubienie, zaburzenia myślenia (9 pacjentów), lekkie przejściowe mdłości (4 pacjentów), oraz przejściowy ból głowy (4 pacjentów).
W późniejszych badaniach naukowcy zaobserwowali wyraźne zmniejszenie objawów depresji w obu przypadkach (1 tydzień i 3 miesiące po leczeniu) wysokodawkowej terapii, tak samo zmniejszenie anhedonii po zakończeniu terapii.

Podsumowując, badania te dają solidny grunt do dalszych badań możliwości, bezpieczeństwa i skuteczności Psylocybiny w leczeniu psychiatrycznym. Obiecujące rezultaty tych i im podobnych naturalnych enteogenów przybliżają nas do punktu, w którym nie tylko zrozumiemy badane stany psychiczne, ale zdobędziemy możliwość zapobiegania im.

psylo2

za: Timewheel.net

sfuszerowała Lisia Czapa

Prawe Scytyjskie bongosy

W rozległym i starożytnym cmentarzysku w Górach Kaukaskich południowej Rosji, archeolodzy odkryli coś, co okazuje się być liczącymi sobie 2,400 lat “bongosami”. Te zdobione przyrządy należały do Scytów, prastarego i mało zrozumianego Irańskiego ludu, który władał szerokimi obszarami Eurazji pomiędzy 9 wiekiem p.n.e., a 4 wiekiem n.e.

Pradawne aparaty zostały odkryte podczas wykopów robionych pod nowe linie energetyczne, wraz z ponad trzema kilogramami innych przedmiotów ze złota, wliczając w to dwa pierścienie naszyjne, pierścień na palec i złotą branzoletą. Skarby spoczywały w komorze otoczonej kamieniem i przykrytej grubą warstwą gliny.

Po analizie lepkiego, czarnego osadu znalezionego w złotych naczyniach, odkryto, że te przyrządy były wykorzystywane do palenia i dostarczania dymu z mikstury zrobionej z konopii i opium. Wyjaśnia to wiekowy cytat w starożytnych pismach greckiego historyka Herodota, który napisał, że “Scytowie używali rośliny do wytworzenia dymu, którego nie przewyższy żadna grecka sauna i który sprawiał, że głośno krzyczeli.”

Od wieków wiadomo, że Scytowie byli znani z palenia lub picia w postaci naparu tajemniczej i potężnej mikstury roślin, w celu osiągnięcia zmienionego stanu świadomości, który wykorzystywali w trakcie bitew (jak wszystkie ludy Indoaryjskie, w tym: Celtowie, Germanie i Słowianie). Eksperci żywią nadzieję, że dalsze badania szczegółowych obrazów ludzi i zwierząt zdobiących te naczynia ułożą się w część tajemniczej historii o Scytach i ich zażyłości ze zmienionymi stanami świadomości.

TW_AncientApparatus00_637

Jak mało co obnaża to kłamstwo, na którym oparta jest współczesna cywilizacja, prowadząca na posiłki zlaicyzowanej do absurdu judeochrześcijańskiej moralności wojnę z narkotykami. Pokazuje to w czym tkwi ziarno ewolucji ludzkiego umysłu i kultury; źródło kreatywności i wiedzy. Konopie i opium, wyklęte przez współczesnych były święte dla naszych przodków i prowadziły ich do kontaktów ze światem duchowym, stanowiącym antytezę świata ponowoczesnego. Wieści takie jak te przynoszą swego rodzaju sprawiedliwość dla osobników wyklętych przez współczesne społeczeństwo, z racji na ich wrodzone predyspozycje do zgłębiania zmienionych stanów świadomości.

TW_AncientApparatus04_600

w oparciu o timewheel.net
Katastrof

Aleister i Muchomory

Angielski okultysta Aleister Crowley był znany ze swoich kpiarskich zakazanych aktów. Od dyskutowania magiji seksualnej w kwestii diabolicznej ofiary z dziecka do potencjalnego dyskutowania nad zastosowaniem psychodelików pod płaszczem magiji seksualnej, Crowley był mistrzem sztuki obscurum per obscurius; „tłumaczenia obskurnego bardziej obskurnym” (1). Choć wiemy z jego dzienników, że z pewnością nie chciał angażować się w magię seksualnego zróżnicowania, podejrzewamy, że przynajmniej w pewnych wypadkach, gdy Crowley wykładał na zewnątrz magiję seksualną w swoich książkach, mógł równie dobrze rozważać okultystyczne zastosowanie Muchomora czerwonego (2).

Magija seksualna to rodzaj Zachodniej Tantry, gdzie praktykanci wierzą, że dostępują wyższych stanów świadomości lub pozyskują moc poprzez różne akty seksualne, włączając w to, ale nie ograniczone doń – rytualną konsumpcję spermy i krwi menstruacyjnej. Ta ostatnia metoda odgrywa kluczową rolę w Liber XV, znanym lepiej jako Msza Gnostyczna, „jedyny prawdziwie Oficjalny Rytuał” (3) Ecclesiae Gnosticae Catholicae, eklezjastycznej gałęzi crowley’owskiego Ordo Templi Orientis. Crowley nie był pierwszym samozwańczym Gnostykiem angażującym się w tego rodzaju zachowanie. Św. Augustyn oskarżał nawet Maniego i Manichejczyków o jedzenie opłatków pokrytych miesiączką i opryskanych nasieniem. Jednakże ta symbolika nie jest unikalna dla różności sekt Gnostycznych. Zaiste, zgodnie z Kagyu Lama Mike Crowley, system tantryczny znany jako Buddyzm Vajrayana używał tego symbolizmu przez wieki, w dodatku tak, aby tajemnie podawać wtajemniczanym grzyba Muchomora czerwonego. Miesiączka rzekomo nawiązuje do olśniewającego czerwonego kapelusza, a rozpryskane nasienie do białych pozostałości pierwotnego klosza, który zakrywa szczyt. I jak Ruck, Hoffman i Celdran wskazują w swojej książce „Grzyby, Mit, Mitra, Mani i Manichejczycy byli również oskarżani o wysławianie pewnego „czerwonego grzyba”.

majowa rozpacz

Geist ist Teufel!

W dodatku do seksu, Crowley był znany z włączania do swej magiji szeregu metod, spośród których główną było zastosowanie narkotyków. Dla przykładu, Liber CMXXXIV vel Kaktus stanowi zapis szeregu eksperymentów magicznych przeprowadzonych przez Crowleya z meskaliną, z wykorzystaniem bogatego w meskalinę kaktusa Lophophora wilamsii, znanego również jako pejotl. Jednakże, poza zobrazowaniem jednego okazu w jego obrazie Majowa Rozpacz, nie udało nam się odnaleźć żadnego odniesienia, jakie by osobiście poczynił do Muchomora czerwonego. To dziw, jako że podobnie do Lewisa Carolla przed nim, Crowley bez wątpienia był obeznany z książką Mordecai’a Cooke’a „Siedem Sióstr Snu” z 1860 roku. Ksiązka Cooke’a wymienia szczegółowo siedem najbardziej popularnych roślin narkotycznych ery wiktoriańskiej. Jak należałoby się spodziewać po perfekcjoniście takim jak Crowley, wszystkie narkotyki wymienione przez Cooke’a zostały starannie wyemitowane do kolumny crowleyowego Liber 777 o Narkotykach Roślinnych – wszystkie poza jednym: grzybem Muchomora czerwonego. Innym dziwem jest ciekawy przypis Eliksiru Vitae do pierwszej ścieżki kolumny Narkotyków Roślinnych. Większość akolitów Crowleya jest skłonna  odczytywać Elixir Vitae jako zakamuflowaną aluzję do wydzielin płciowych. Lecz te są jakiekolwiek poza roślinnymi w charakterze. Z uwagi na wszelką jej schludność, beztroskie przypisanie wydzielin płciowych do kolumny zatytułowanej Narkotyki Roślinne wydawałoby się nam zgoła niespójne dla tekstu tak symetrycznego i okrągłego jak jego Liver 777 (6).

Ponadto, Amanita muscaria jest wspomniana co najmniej dwukrotnie przez Rabelaisa jako “dobry Muchomor” (7), Rabelaisa będącego ostatecznym źródłem Prawa Thelemy Aleistera Crowleya: „Czyń swą Wolę niechaj będzie całym Prawem” (8). Jest zatem wysoce nieprawdopodobne, aby ten grzyb mógł umknąć uwadze Crowleya. Interesujący jest również zapis Anthony’ego Stansfelda Jonesa, adoptowanego syna Charlesa Stansfelda Jonesa, znanego również jako Frater Achach, „magiczny syn” Crowleya, odnośnie obsesyjnego zajęcia się Fratera Achada „trującym” grzybem, w poszukiwaniach którego spędził nieznane godziny, przeszukując lesistą okolicę za swoim domem (9). Czy Achad szukał Muchomora czerwonego?

W roku 1995, w swojej książce “Dziwny owoc”, Clark Heinrich spekulował, że osławiony Eliksir Vitae alchemików był Soma-podobnym sokiem psychoaktywnym wyciskanym z dojrzałych, suszonych i wygotowanych kapeluszy Muchomora czerwonego. Jeśli Heinrich ma rację, wystarcza to za powód, z uwagi na który wiedza o enteogenicznych właściwościach Muchomorów czerwonych mogła dobrze przetrwać do czasów Crowleya. Czy mógł być ich świadomy? Czy jakiekolwiek odniesienia Crowleya do płynów seksualnych niosły sugestie fungalne? Obecnie jest prawie niemożliwe powiedzieć coś na ten temat. Lecz, zanim nie przeczytamy w pracy Mike’a Crowleya, że odniesienia do nasienia i krwi menstruacyjnej są powszechnie stosowane w tantrycznych plenipotencjach jako aluzje do grzyba Muchomora czerwonego, nigdy byśmy nie zakwestionowali crowleyańskiego zastosowania tej samej symboliki w kontekście jego własnej Zachodniej Tantry.

Dlaczego Crowley miałby trzymać w tajemnicy potężny i szeroko znany narkotyk psychoaktywny, zwłaszcza po mówieniu tak otwarcie i szeroko na temat wielu innych, tj. haszyszu, pejotlu, belladonny, kokainy, opium, etc., etc., to następne pytanie. Być może było to u uwagi na przysięgę tajemnicy. Być może jesteśmy kompletnie zwodzeni ze śladu. Jedyne, co możemy powiedzieć, to że obligacje sekretu nigdy wcześniej nie powstrzymały Crowleya przed pisaniem.

Przypisy końcowe

  1. Merriam-Webster Dictionary
  2. Patrz nasz dokument Masoński Templariusz III: Zawartość Kielicha, który odnosi Muchomora czerwonego do Świętego Graala tradycji arturiańskiej. 3. Sabazius (lib.oto-usa.org/wp/essays/sabazius-x/)
  3. Patrz jego książka Sekretne Narkotyki Buddyzmu.

4.Pewni, że nie ma żadnej wzmianki mianem betel nut w 777. Jednakże, bete nut mogło być przypisane do zapisu o “wszelkich cerebralnych pobudzaczach” rzutowanego przez ścieżkę dwunastą.

5. Crowley rzutował wedyjską Somę na ścieżkę trzecią. Ale, jako że Soma nie została zidentyfikowana jako A. muscaria do dekady przed śmiercią Crowleya, kiedy amatorski mykolog R. Gordon Wasson opublikował swój słynny alkohol w majowym wydaniu Life Magazine z 1957, jesteśmy niechętni do odczytania crowleyowskiego użytku słowa Soma jako potencjalnego wskazania na Muchomora czerwonego. Jakkolwiek, nie należy tego wykluczać.

  1. Bennett
  2. “Nie ma Prawa ponad czyń swą Wolę.” — Liber AL vel Legis, 3:60

9. Thelema Coast

amaniten

Odnośniki:

Bennett, Chris Cannabis: the Philosopher’s Stone

Crowley, Aleister 777

Crowley, Aleister Liber AL vel Legis

Crowley, Aleister The Equinox III:1<

Crowley, Mike Secret Drugs of Buddhism

Heinrich, Clark Strange Fruit

http://library.hrmtc.com/tag/tony-stansfeld-jones/

Lib.oto-usa.org

LIFE Magazine, May 1957

Merriam-Webster Dictionary

Newman, Phillip D. Masonic Templary III: the Contents of the Cup

Ruck, Carl A.P. Mushrooms, Myth, and Mithras

Wasson, R. Gordon Soma: Divine Mushroom of Immortality

źródło: disinfo.com – everything you know is wrong / przekładnia – katastrof

Alchemistycyzm: drzwi naszych ran

I cut myself with Heaven’s blade

Inside the wound I found my wings

Coil (“Heaven’s Blade”)

Wyłoniony ze snu głębokiego, w godzinie wypadłej z orbity zegara, otulonej zwałem amnestycznych całunów, otchłannego aksamitu konieczności ciszy, otóż w tej godzinie kosmicznego bezdechu, gdy zasypia nawet Hypnos na ramieniu Tanatosa, zrozumiano Tobą wreszcie pierwszą i ostatnią Prawdę.

Wpierw musiano zabrać Cię z błędnej planety, która – pchnięta transcendentnym impulsem – wyłamała się z kręgu jedenastu sióstr. I ta dwunasta: w mrok, zbierając go jak spowolniona pistoletowa kula negatywy pajęczyn (oblepiły Cię szczelnie i pochowały nigdzieś w okolicach trzydziestej trzeciej minuty). Czułeś, że nigdy nie wydostaniesz się z delirycznego grobu wykopanego w truchle czasoprzestrzeni, które dryfowało poprzez nienazwane. Nie miałeś już płuc, jednak czarna maź wypełniała skrzela zdysocjowanego ducha. Pneumą się zakrztusił. Umierałbyś w rytm wiecznego koła, nawet przez czas zapomniany, gdyby nie mętnoszare światło, które stopniowo zaczęło rozpuszczać pomrokę. A był nim spokój.

2

Dopiero z ekstatycznym blaskiem wsączyła się wiedza, którą usprawiedliwiasz tę zdradę milczenia. Kiedy więc efemeryczna fosforescencja dopełniła Cię w niebycie, spijając ostatnie krople tremendalnego wspomnienia, usłyszałeś słowa i były to słowa wypowiedziane głosem wszystkich żywych istot, choć nie ogłuszały, miękkie jak fale po uśpionym sztormie. Oto ich dokładne brzmienie:

“Nic z niczego to coś z czegoś. Żaden całkiem nie umiera, żaden całkiem nie istnieje. Ani czernią, ani bielą – gradientem jesteśmy”.

Z ostatnią sylabą zwrócono Cię światu. Wyrzucony na brzeg łóżka, nie spałeś do świtu, gdy powoli wstałeś i udałeś się do lasu. Droga wiodła polami. Barwa budzącego się nieba nie pozwalała zapomnieć o trzech objawionych Tobą nocą zdaniach. Wokół skrzeczały kuropatwy, w oddali pasły się sarny, przez zarośla przebiegł cień głodnego lisa. Ptaki szalały, ich trele jedynie podkreślały ciszę. Szedłeś, czując się, jakby Twoimi stopami szło też całe życie, obecne, przyszłe i minione. Jakby Cię wynurzyło z oceanicznej toni na szorstkie skały, jakby Tobą stanęło na górskim szczycie ponad tektoniką chmur.

Wrażenie, że idzie Tobą również życie wszystkich bliskich, a nawet ludzi widzianych przelotnie, zwierząt, które napotkałeś, roślin, których dotykałeś, materii nieożywionej. Wszystkie te elementy były ze sobą sprzężone, więcej: bez nich nie istniałeś i nigdy byś nie zaistniał. Ta nagła myśl stanęła Tobą w miejscu, chociaż klinga lasu zaczęła rozcinać mglistą dal horyzontu.

Impuls rzucił na kolana na krawędzi pola. Czarna, mokra ziemia znalazła się w zasięgu wyziębionych dłoni. Wziąłeś garść i drugą, zacisnąłeś palce, zrozumiałeś. We śnie otworzono Ci ranę, broczącą teraz gorącymi łzami. Byłeś każdą cząsteczką tej gleby, kamykami kłującymi skostniałe knykcie, wysuszonymi mumiami zeszłorocznych łodyg. Dalej: byłeś zagubionym skrzeczeniem kuropatwy, byłeś zdyszanym wiatrem, byłeś dywanem drogi rozwijanym pod nogami, byłeś również samolotem, który obrócił hukiem klepsydrę przesypanej chwili. Byłeś też powietrzną niemotą, zamknąłeś się za nim z głuchym milczeniem. Słowem: istniałeś tylko w relacji.

A potem – wciąż na klęczkach – pod blednącym firmamentem – w pół drogi między domem a lasem – wizja. Nie zaskoczyła, choć wtargnęła bez pukania i połknęła Cię i pole, i myśli, i zmysły. W głąb błoniastego gardła utkanego z pulsującej tkanki świadomości, poprzez kanał rodny ducha: z powrotem łona.

W łonie witruwiański androgyn. Nagi i dziewiczy, tylko pępowina odchodzi od jego brzucha, niknąc w czeluści kosmicznej macicy. Skóra blada, idealnie gładka, półprzezroczysta jak u zwierzęcych płodów lewitujących w formalinie. Pod siatką żył tętni potencjał życia. Wody płodowe? Chaotyczna pierwocina, buzujący kocioł formy. Co się wyłoni, to zaraz niknie. Oczy stają się tchnieniem, książki emocją, nogi od stołów eksplozjami supernowych, ruchy robaczkowe jelit myślą o wczorajszym praniu, parzące pocałunki niedokończonym wieżowcem, dotyk liścia na skórze śmiercią małej mrówki…

3

Nie istnieją kategorie, różnice jakościowe ulegają rozpadowi. Wszystko wszystkim było, wszystko wszystkim będzie. Wielki Wybuch zapłodnionej komórki jajowej. A płód wciąż pływa i czerpie entropię zabłąkaną pępowiną, pierwszymi drzwiami i jedynymi, które nie były wcześniej raną. Aż skórzasty sznur odpada, z dziury po nim tryska rozedrgane, jakby złożone z atomów tysięcy fosforyzujących motyli światło. Teraz czujesz: Ty nim jesteś.

Ból, pierwotny ból wykluwającej się percepcji. Zaraz potem następne rany, dwie otwarte w oczodołach, dwie w zatokach uszu, dwie w przecinkach nozdrzy, jedna w zdziwieniu ust i inne, pomniejsze, rozsiane po całym ciele. Wszystkie krwawią blaskiem, a ten – w kontakcie z mętlikiem głębi – spowalnia fluktuacje, zamraża zmiany, wyciska formy, których chwytasz się mackami mimowolnej luminacji. Każdy kształt, każda wyodrębniona jakość jest rozdzierającą męczarnią, pali. Sól na twoje rany – jednak puścić się znaczy utonąć w niekomunikowalnym.

I wreszcie goją się krzywdy w strupy drzwi. Teraz możesz do pewnego stopnia kontrolować stopień ich otwarcia, nie są już tylko bólem. Pojawia się ciepły ład przyjemności. Pojawia się szczęście. Wraca i cierpienie, choć nie nie do ścierpienia. Wkrótce potem spotykasz innych narodzonych, spoglądacie na siebie uchylonymi drzwiami, muskacie usta framug końcami świetlistych macek, chociaż nie wnikacie nigdy do środka. Chaos niemal całkiem znika, staje się spokojnym światem okiełznanym formą. Ślizgasz się po powierzchni rzeczy, twoje blaknące promienne wypustki stapiają się z nimi choćby na kilka sekund (inne na lata), niewiele z nich sięga jednak Twojej prawdziwej istoty. Jesteś monadą.

Mimo to niedosyt. Wieczne nienasycenie. Nie zaspokajają go nawet chwilowe wizyty w pieleszach drugiego. Dryfujesz, błyszcząc coraz słabiej, gaśniecie ze światem. Powoli staczacie się w pierwotny bezład, nie mogąc nic zrobić. Nie wiesz, co moglibyście zrobić. Świst bytu w uszach, dłonie nie chwytają, coraz bardziej transparentne, już nie są w stanie. Przepaść. Rozpad, o dno rozbicie.

Znikasz, umierasz? Nie całkiem: zasiewasz nieświadome ziarno w entropijnym czarnoziemie, okrywającym skórę Twojego martwego czoła. Po latach kołysania ciszą wypuszcza ono pęd. Jesteś tą zapowiedzią łodygi przebijającą delikatną skorupkę. Zawahanie – otwierasz ostatnią ranę. Słup świetlistego bólu tryska fontannami z szyszynkowego oczodołu, gdzie spoczywa nasiono. Blask silniejszy niż kiedykolwiek. Męczarnia gorsza niż kiedykolwiek. Wertykalna fala rozgałęzia się na inne, które również tworzą siatkę własnych odgałęzień – tak w nieskończoność. Echami pulsujących żył rozchodzisz się w buzującej nocy. Istniejesz, jak zawsze przedtem, zmartwychwstaje Twoje ciało. Rana goi się w ostatnie drzwi. Wracasz do świata form. Zapominasz. Wciąż się ślizgasz, wciąż zamknięty.

Ale czy czujesz, że nie ma już powrotu do iluzji indywiduacji? Czujesz, jak boli skrzypienie wypartych drzwi? Krzywisz się, bo krzywdzisz Się. Nierozciągany mięsień, gnuśnie skamieniały, błaga o samotność. Ja krzyczy słonymi słowami spojówek, kolejne sylaby kapią na zimną płytę opuszczanego grobu. Twoje imię wyryte. Twoje imię rozpuszczone solą daremnych zwlekań. Kamień, stapiany promieniem miłosiernego spokoju, nie wsiąka w ziemię. Szara, amorficzna masa lgnie do Twoich stóp. Milczysz z miłością. Czekasz, nie czekając. Aż na cmentarzu życia, gdzie odwiedzasz własną trumnę obecnością wszystkich ludzi, dokonuje Cię cud przemiany. To pstre błoto – łasi się – skomli i kwiczy – zamiera. Podnosisz złoto.

Obudzony w polu, nie byłeś już tylko sobą. Nigdy nie byłeś, wtedy zniknął po prostu ból wymuszonej komunikacji. Wstałeś, wypuściłeś z dłoni ziemię, pochyliłeś się, chwyciłeś pierwszy lepszy kamień. Już wiedziałeś: inkarnowałeś się w ten okruch góry, w grunt pod stopami, w las na horyzoncie. Każdy oddech był małą reinkarnacją. Na dużą przyjdzie pora: kiedy kwiat trzeciego oka wrośnie na dobre w podłoże, kiedy Ty, który z Losem jesteś jego ogrodnikiem, zapewnisz mu odpowiednie warunki wzrostu, dasz właściwą glebę, nasłonecznienie i nawodnienie, wreszcie towarzystwo innych roślin, kiedy więc staniesz się alchemistykiem florystycznych syntez, wtedy – zanim zwiędnie i obumrze – kielich kwiatu wyda ziarno i pośle na drugą stronę. I właśnie to ziarno stanowi kamień filozofów.

Saturnijski

Autorzy ilustracji: 1,2 – Alex Kanevski, 3- Allison Sommers

Varya /projektor

GRAFIKI WSZELAKIE

(strona będzie stale aktualizowana o obrazy mniej pasujące do podstrony Narkoturystyka)

kolarzz

 z wprawek do kolażu sztuki Lisiej Czapy

zmierzch3 zmierzch4

z okna psycho-paczenie

owls

 Bo nie tylko sowy nie są tym, czym się wydają… Proszę przy tym nie wychodzić z błędnego założenia, że U. jako takie promuje/namawia do skosztowania wymagającego enteogena jakim jest Muchomor czerwony; jednakże aura działania tego grzyba i związana z nim estetyka (choć nie tylko) odcisnęły na autorze niezacieralne piętno.

szymonowagrota

obraz charakterem w dużej mierze zbliżony do wielu z moich wizji pod wpływem dysocjantów.

Processed with VSCOcam with p5 presetTo będzie mi przypominać o paru dniach wyjętych z życiorysu — przestrzelonych głupotą benzodiazepinowej przesady. 30 mg xanaxu na dobę? Proszę mi wierzyć, że na obrazku wygląda to znacznie ładniej, w amnezji i atawistycznych wybrykach nie ma nic barwnego i godnego pochwały.

blekhol23

Burżujski żywot momentami  – w niepamięć – kloszardzki bardziej coraz, złego w tym nic, Suwerenność, Suwerenność Kluczem Jest.

psylocybumNeklacum1

Ku psylocybom!

rudyogienpiwnicznyduch

rudy ogień piwnicznego ducha

zawieja

Wespół z Lisią Czapą, najprawdopodobniej przedwczesne pożegnanie Zimy, której nie zdołam uhonorować tak, jak to zwykłem czynić.

beztfasz2 non (2)

“nie zmarłych należy się bać, ale żywych”, jak mawiał ktoś ś.p., stąd też sekunduję chimerą niejaką

10991174_1548840985386824_8234890400360044195_n

waląc w gwiezdne tynki po guciu, mxe i alprogenie

truh

erupcja

ragnarokIncipit Götterdämmerung.

Narkoturystyka

Zapis uchwyconych klisz z przeplotu percepcji niekiedy dwojga-trojga politoxykomanów. Trzeci ten, co leci. Rzycie kaleczy, ale odurzenie nie leczy, 0t- zalecza, zamraża, ogrzewa. Paczcie, bo nie widzicie i lękajcie się nie!

Strona będzie stopniowo wzbogacana.

10897132_1582772978623255_3212771069909634976_n

kiedy anioły w dzień ostatni zadmą w trąby…

pompazgreda

pompka z krwią a’la koktajl truskawkowy, pozostawiona przez starego narkomana i włamywacza, posiadającego obsesję, że po strzale jego krew śmierdzi jak spalone szmaty

 

 

 

10641007_1516327158638207_4504742404789983796_n

próba uchwycenia efektów wizualnych 5-meo-mipt na przykładzie ściany w kiblu prlowskiego hostelu na nowej hótcie

tumblr_nihv2dkbph1tm5ooho1_540

POLSKA REPUBLIKA LUDOWA WIECZNIE RZYWA W ZWARZYWNIONYCH MÓZGACH, NA SŁUPACH, TRANZYSTORNIACH, BRUKACH, POMYJACH, SPOJRZENIACH – Pion Moralny

ksionrz

Murek przy kropelkach tj. punkcie poboru codziennego znieczulenia, państwowo reglamentowanego, państwowo podłego, udekorowany w zgodzie z hobby starej gwardii pacjentów programu, czyli traktowania się piwerkiem marki Ksionsz 9%

ludzkie kategorycznie szczury, z tym w związku zabrania się tuczenia wieprza

wsiąść w pociąg byle donikąd

1517429_1516304818640441_9108731141963293929_n

przemyślane logo, kto nie wjeban nigdy w makową zatratę, nie pojmie

decyzje, których nie było

Czy pod tą 2gą warstwą kryje się reptilianin? Wodzu, ah wodzu, gdzież ty? Mój litewski pradziad strzelał do księdza w obronie honoru marszałka Józefa, a Ty, Januszu, zakleszczyłeś się?

gazowania3

Zdj. strzelone z dachu gazowni w stolicy po uprzednim włamie – autor anonimowo skreślił pokrótki tekst to X U., kontakt zerwany

Wróżka ta cudna ratuje kościsty tyłek i moce żywotne, twórcze, fermento-siejcze, wszelakie, waszego nieszanownego redaktora.

szuk

 W poszukiwaniu farmacji czynnej 24/7; misja wykonana

pp

przygrzew czyni wygrzew

gzyp

Gzyp – psylocyb? Z aureolą do tego. Wszelako tym podobnych najwięcej uświadczy się w pewnym przykrym mieście polski klasy B/C.

 

KoMEndy braknąć nie może. Czem Polska stoi? Gnój we łbach, krajan krajana gnojem gnoi.

jaskinia

kontrast kontrastowi nierówny; wnętrze naszej jaskini

1517460_1522308081373448_7895926790800243783_n

Szpital Rydygiera nocą, czy jak w Das Riget von Triera fundamenty postawione na przeklętej ziemi? Wiary w to nie daję.

SOR nocą, śmiech synaps gdy z przemocą wyświetlają obraz na siatkówce oka

tumblr_ni95qfvByt1tm5ooho1_r1_1280

Montowanie – jak to jest się najlepszym w życiu w tym, co społeczeństfo uważa za najgorsze..

krew w wosku gorzeje fioletem

okien kolor taki, że aż oczy mniej bolą

Któż by pogardził drugim Czarnobylem?

Świąteczne choinki strojenie przez Frau Srokę

Amanitowa instalacja koło enceku w śniegu i w psychodelo-percepcji FrauS

(maurycy co muchomory na kształt szprycy, aż z głowy gomułki wysunęły się czułki)

10917374_1532879596982963_2498106230186745438_n

Wprawki do sztuki kolażu. Daj Pan kwasa, lufka pusta, korek po wódce już nie ciepły, że co w żyłach płynie tak ulotne bywa, o kwasa przeto wniosek ślę tam gdzie trzeba. “Wola niebios była taka, by zneuroreprogramować w nich co czas zepsował.”

Surtr Ferr Sunnam!

incipit abdukcja per spiritus psilocybum

j/w, tramvvaj nr 23

tumblr_nid3doHdSX1tm5ooho1_1280

większość z tzw. lewej ręki, sprzedam po złej woli, mózgopsujstwo czystego spirytu

10926400_1531337223803867_792869766205707774_n

w rozedgranych dłoniach głód /lub; ćpak co zazwycz na tak i za niego fstyd bo bydzie dyt

tryputeasyrider

w skromnym trybucie dla cmentarnej sceny w Easy Rider

Wyjaw!

Trzynastokrotny upadek wskroś dziewięciu grzybów

amanity

Znalazło mi się niedawno zasuszony kapelutek podczas remamentu piwnicy, stąd też i pomysł, aby przypomnieć relację z mojego najmocniejszego jak dotąd muchomorzenia; relacja jest dosyć sucha i rzeczowa, jednak – poprzez to wszystko co spamiętane między wierszami – mieści dla mnie w sobie ładunek nieopisywalnej niesamowitości. Rzecz działa się 4 lata temu, choć wrażenie jest jakby to było w poprzednim wcieleniu.

Wiąże się z tym poczucie odpowiedzialności. Tamtego roku razem z ś.p. lubą poczyniliśmy ogromne zbiory amanit. Pierwotnie przygotowywaliśmy wywary z niewielkich ilości zasuszonych uprzednio grzybów (ok. 3 sztuki na osobę). Było zimno i wilgotno, odcięto nam prąd, trunek indoariów przy blasku kradzionych zniczy przynosił błogość, wewnętrzne ciepło, subtelną dysocjację, w której paradoksalnie wzmagała się pozasłowna empatia. Pewnego razu jednak, gdy nie spędzałem nocy w domu, moja ś.p. połowica, powodowana kryzysem psychicznym i potrzebą introspekcji, sama skosztowała większej dawki, nie powiadamiając mnie o tym, ze świadomością że bym się na to nie zgodził. Doznała m.in. wizji wilków, z których gonitwy odczytała, że aby spełniło się moje „szczęście”, ona będzie musiała odejść w zaświaty. Nie przeceniam, ani nie bagatelizuję roli tego wydarzenia w późniejszej tragedii. Pragnę tu jedynie ostrzec przed częstowaniem muchomorowym suszem osób z tzw. zaburzeniami psychicznymi – jakkolwiek to, co się często określa tym mianem, jest właśnie czymś predysponującym do poszukiwania tego rodzaju doświadczeń. Rzecz się o tyle komplikuje, że tacy ludzie w obecnych czasach, choć dysponujący odpowiednimi potrzebami poznawczymi i instynktem, częstokrość są „uszkodzeni” dotychczasowym życiorysem i bez gruntownej, wytrwałej pracy wewnętrznej, intensywniejsza muchomorowa podróż mimo najlepszych intencji może się okazać raczej destruktywna, niż budująca.

Nie zmienia to faktu, że – choć tej jesieni nie będzie mi to dane (za parę dni instytucjonalizacja) – każdego następnego Samhainu, do końca mojego życia zamierzam komunikować się z duchami z pomocą muchomorowego wywaru.

uix

Czas przejść do właściwego zapisu podróży.

9 ususzonych naturalnie muchomorów czerwonych spożyłem samotnie w lesie. Początkowe efekty takie jak przy wywarach z mniejszej ilości suszu tj. dysocjatywna poprawa humoru, wyostrzenie zmysłów, zastrzyk energii, oraz naturalnie mdłości – choć ku mojemu zdziwieniu bez spawania. Już po ok. 20 minutach pierwsza halucynacja słuchowa – wzmocniony odgłos przytłumionego bicia serca dobiegający jakby spod ziemi. Równie dobrze mógłbym to opisać jako dźwięk podziemnego bębna, głębokie łupnięcie odczuwalne zarazem z wewnątrz. To był pierwszy raz, kiedy je usłyszałem, z czasem wróciło do mnie w paru innych magicznych momentach, na innych enteogenach, ale również na trzeźwo – zawsze intuicyjne odbierałem to jako oznakę obecności powiązanych ze mną duchów / demonów. Z czasem następowało coraz większe oddzielenie od więzi z własną osobą, jak również zanik tego podłego posmaku związanego ze świadomością bycia zamkniętym w tzw. rzeczywistości – przechodząc w coś na kształt wrażenia znajdowania się na polu jakiejś pozbawionej praw zabawy.

Pobyt na leśnej ambonie, spotkanie z jakimś furiatem w lesie (facet stał na skraju wycinki z flaszką w ręku i furiacko miotał przekleństwa), wyjście na pole, czołganie się w gęstwie młodnika sosnowego za kolejnymi kapeluszami. Następnie napad senności, położyłem się wśród drzew, ale w zaśnięciu skutecznie przeszkadzało mi zimno. Po jakimś czasie zerwałem się na dźwięk kroków jakiejś grzybiarki.

am2

Od tej pory było już intensywniej – przy zamkniętych oczach “widziałem” szybko przybliżającą się ciemność, tudzież jakbym pędził wgłąb ciemności. Gdy szedłem z opuszczonymi powiekami, chód plątał mi się do stopnia stawiającego pod znakiem zapytania skuteczność dalszego marszu. Szedłem nie jak pijany, ale spiralną trasą. Jeszcze leżąc miałem lekkie hipnagogi (obrazy pojawiają się jako mignięcia), z których wynikał wyraźny nakaz podążenia dokądś, gdzie możliwe będzie zaśnięcie. Było już ciemno, więc zrezygnowałem z prób rozpalenia ogniska i z lekkimi wątpliwościami, co do słuszności tego zamiaru (obiecałem sobie nie wylądować na szpitalnym płukaniu żołądka) podążyłem w stronę miasta. Widok pierwszego przechodnia był cokolwiek ciężki w odczuciu, z uwagi na przekonanie o stanowieniu obcego gatunku, ale jeszcze jako tako się trzymałem. Po drodze na przystanek parokrotnie upuściłem papierosa (paliłem dużo i mechanicznie – nie czułem prawie tytoniu, ale pomagało się to skupić) – co miało się powtarzać aż do końca tripu.

Usiadłem na końcu prawie że pustego autobusu, nie mogłem skojarzyć ulic i od tej pory zacząłem doświadczać powtarzających się co chwilę sekundowych impulsów, które fizycznie objawiały się drgnięciem, a mentalnie – dziurami w świadomości, depersonalizacją, utratą samolokalizacji w czasie i przestrzeni. Do tego wpadłem w tok myślowy, który polegał na stopniowaniu słowa “jestem” – wyprowadzałem je od dowolnego orzeczenia i podnosiłem do kwadratu. W momencie gdy orzeczeniem stałem się ja sam, poczułem mrówki na mózgu, bo dopiero w pełni odczułem, co oznacza solipsystyczna idea bycia kimś przez samego siebie ustanowionym i wymyślonym. Krótko potem zagubiłem się całkowicie i ocknąłem się w autobusie stojącym na przystanku końcowym.

Wszystkie drzwi były zamknięte. Przeszedłem do kierowcy, a ten wypuścił mnie z jakimś brzydkim komentarzem. Okazało się, że przejechałem dwukrotnie całą
trasę empeka. Spróbowałem się więc jakoś skupić na tzw. rzeczywistości i po dłuższym czasie z trudem dotarłem do mieszkania. Tu impulsy objawiały się już szybkimi ruchami rękoma, tak że upuszczałem cokolwiek schwyciłem.

Partnerka, zauważywszy w jakim znajduję się stanie, w popłochu opuściłą mieszkanie. Gdy się położyłem, senność była już słabsza niż poprzednio, za to hipnagogi intensywniejsze. Tym razem reguły zabawy, w której byłem obiektem żartów amanit, polegały na przekazaniu mi feralności podwójnej trzynastki (przed wyprawą wyszedłem na empek o 13:13). Widziałem raz po raz spadającego w ciemności osobnika, który uderzał dłonią w określone punkty przestrzeni. Tych punktów było trzy i wszystkie znajdowały się na czarnej posadzce kuchni. Byłem tak kompletnie zaabsorbowany tą głupotą, że uznałem to za określony rytuał, który znajdzie dopełnienie tylko jeśli dopilnuję szczegółów i pozaznaczam te punkty trzynastokrotnie na podłodze. Czułem nawet pieczenie dłoni na skutek teoretycznego trzynastokrotnego upadku. Jednocześnie, choć połowicznie utożsamiałem się z tym, kto spadał, wiedziałem, że to zarazem ktoś inny, i że jeśli rytuał się dopełni, ten ktoś umrze. Im bardziej się na tym skupiałem, tym silniejsze robiły się mdłości, w wyniku czego puściłem dwa malownicze pawie przez balkon (po 4 h od zażycia). Potem już popadałem z powrotem w tzw. rzeczywistość, jak i w rezygnację związaną z przeświadczeniem, że pomyliłem coś w rytuale. Wypiłem piwo, próbowałem coś poklikać (sprawne pisanie na klawiaturze było niewykonalne). Nie pamiętam kiedy zasnąłem.

Summa sumarum, moim zdaniem nie ma sensu sięgać po większe dawki amanit bez odpowiedniego zewnętrznego i wewnętrznego przygotowania, w przeciwnym razie kończy się to ciekawym, ale głupawym delirium, a nie “mistyczną wyprawą na drugą stronę”. Nie mam póki co kompetencji, by udzielać wskazówek względem takowego przygotowania, ale bez wątpienia pomocne będą praktyki z kręgu buddyzmu/tantry/szamanizmu.