Enteogeny

obudziłam się bez powiek.
usiadłam na brzegu naszej małej wanny
i płakałam.

sen pełen był ciernistych krzewów,
przez które przedzieraliśmy się
by dotrzeć na cmentarz
pełen nagrobków porośniętych mchem,
upstrzonych odchodami ptactwa.

zgubiłam cię tam,
zniknąłeś mi z widoku jak na taśmie w markecie
znika światło po zeskanowaniu
kodu z towaru.

odnalazłeś się, ale nie wiem,
czy przybrałeś postać trupa,
czy zjawy już będącej poza mną.
za daleko.

krzyże pokryte pajęczyną
migotały od czasu do czasu
w stroboskopie, rozpływając się,
tak jak ty przed chwilą,
przed wiecznością;
te rozbłyski mówiły mi,
że jednak jesteś, musisz żyć,
albo odrodzić
gdzieś głębiej i we mnie.

obudziłam się bez powiek
które widziałyby ciebie po staremu.
nastąpił ciąg odtworzeń, retrospektyw,
widm, pamiątek, czy upamiętnienia.
pamiętałam, by upamiętnić i ją.

czy to jest miłość, którą odprawiłeś?
to były dwie miłości,
które spoczywają teraz blisko siebie
w pokoju wiecznych wskrzeszeń.

z filmu, który oglądaliśmy,
kiedy jeszcze miałam powieki
i mogłam je zmrużyć, kiedy padły zdania:
didn’t she understand? there IS only life.
death doesn’t exist. –
zapamiętałam. prekluzja wzruszeń.

płacz w środku nocy.
– śnij dalej. tak już może być.

ciągle nie mam powiek.
cieknę.
to ogniwo pośrednie.
liczę spokój na minuty, godziny, miesiące.
poczułam się nowa i bezbronna jak embrion.
cały czas zajmuje mi wzrastanie, kształtowanie,
ból przyjścia na świat.

obudziłeś się, przy papierosie powiedziałeś,
że mnie kochasz. cieknę, choć powieka odrosła
i drży w swej pamięci

co czuła,
jakbyś wziął ze mną nie śmierć, a ślub.

GvS

a
źródło niewiadome
Advertisements

Jak muchomory zaniosły mnie do Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej – Leon Drzeftschyk

Ziemska matka namówiła. Pojechałem z nią do lasu. Ma tam fajny domek (nawet dwa) wokół którego rosną grzyby. Również święte grzyby. Postanowiła zebrać wszystkie, profańskie zjeść, a święte eksterminować. Próbowałem dzwonić po pomoc, ale nie odpowiedziano. W końcu 4 surowe kapelusze uratowały się w moim żołądku. Z począku nic. Gdy matka wróciła, poczułem się śpiący. Potem bełt, sen i pobudzenie na wieczór. Skłamałem, że to nie wina amanita muscaria, lecz russula emetica (Co byś na moim miejscu zrobił, Bravario? Nie ćpał, nie pił, nie kłamał, słuchał wszelkich wuac i liczył na „(s)EXTAZE” od Jezusa. A nie, to wg cb chyba też pogańtfo)

Drugie podejście. Amanita muscaria przemycona w koszyku między grzybami profańskimi. Ukryta na noc w szufladzie, rano przesuszona w 75 C, potem gotowana we wrzątku przez pół godźny. Po odcedzeniu otrzymujemy starożytną, lechicką zupę. Wypijam. Smak podoba się językowi, żołądkowi mniej. Ciało spoczywa na materacu, na zakurzonej podłodze, na warszafskim kwadracie, dusza zaś leci… na Plac Kim Ir Sena w Pyongyangu.

Tam, żołty kolektyw, robi miejsce dla swojego Wodza. Wódz jedzie w kilometrowej LeeMurzynie. Druga LeeMurzyna wiezie pulchną Trumpflę. Wszyscy śmieją się, cieszą, wogle hcą śę nafed zamieniść miejscami. Panóje Pokooy i Miuoość. Niestety wizja się kończy, a dusza wraca do ciała na kwadracie. Smutna Warszafka, smutna pogoda. Ale uświadamian sobie jedno – MIAŁEM WIZJĘ. WIZJĘ PRZYSZŁOŚCI! W TVN, po moim przebudzeniu, gadają o groźbach Trumpfli wobec Ludu Pracującego Korei. Może Trupmfla opamięta się? Inaczej może przyjść Haar-megidon ❤ Albo nie, katolstwo zapowiada że to jeszcze nie koniec, że teraz ma być Nowe Szurowiecze – tzw. Królestwo Maryi. Tak jak Pan Jezus powiedział.

korea23
il. katastrof wrzywąż

Rozpoczął się sezon na halucynki. Są pierwsi upupieni

Rozpoczął się sezon na grzyby halucynogenne i na podgórskich łąkach można od kilku dni spotkać młodych ludzi z siatkami na motyle. Dolny Śląsk, a szczególnie rejon Gór Sowich, znany z sieci podziemnych tuneli wykopanych rękami hebrajów za czasów III Rzeszy, Gór Stolcowych i Karkoznoszy, to bowiem jeden z głównych regionów w Polsce gdzie rosną te grzyby, a konkretniej łysiczka lancetowata.

Są też już pierwsi upupieni. Wpierdol i na dołek, a na dołku ino woda z rozpuszczonym haloperidolem. To spotkało dwójkę 23-latków z Zamroczyn, która łowiła grzybki obok szlaku na Ogromną Sowę. Milicja przyznaje, że grzybiarze wpadają sporadycznie. Powód? MonAnarchistyczne bojówki patrolują łąki czy zbocze lasów. Renata Szmul ze Szmułdeckiego Oddziału Straży Granicznej, przyznaje, że jeszcze kilkaset lat temu, kiedy nie było granic i naćpane wywarem z muchomorów, psylocybów i konopyj grupy szturmowe wyznawców Tchorta patrolowały górskie lasy, osób mających jakiekolwiek obiekcje wobec takich praktyk można było poszukać co najprędzej w pierwszych klasztorach.
– Dziś jest trudniej, ale to nie znaczy że bezkarnie. Doskonale wiemy, gdzie takie grzybki rosną i na przełomie września i października często je odwiedzamy – dodaje. Prawo traktuje grzybki halucynogenne tak samo uwłaczająco godności Białego Człowieka jak marihuanę czy kwas lizergamidowy. Ich posiadanie jest przestępstwem. Grozi za to kara do trzech lat zjeboresocjalizacji.

Devil_s-Horns
Geist ist Teufel! / Albin Julius z Der Blutharsch and the Infinite Church of the Leading Hand

Fachowcy-sługusy systemu oceniają, że grzyby halucynogenne stają się większym zagrożeniem niż narkotyki. Naukowcy natomiast dostrzegają w psylocybinie najbezpieczniejszą substancję psychoaktywną oprócz konopii i widzą w tej pierwszej potencjał na zrewolucjonizowanie zjebanej psychiatrii, w świetle znakomitych wyników uzyskanych podczas badań nad skutecznością tejże w leczeniu syndromu stresu pouzrazowego czy dępresji. Grziby są bardzo tanie, a kiedy sami je zbieramy, wręcz darmowe. Wystarczy kilka godzin spaceru na świeżym powietrzu i jesteśmy w stanie zrobić sobie zapas na kilka miesięcy. Ususzone grzybki zachowują bowiem swe właściwości. Bez problemu można też je kupić. Na czarnym rynku kosztują po 23-44 groszy za sztukę. By doświadczyć ich leczniczego działąnia, trzeba zjeść około 20. Działają podobnie jak dużo droższe LSD. Też wywołują poszerzenie świadomości, transcendencję traumatycznych doświadczeń oraz kajdan narzucanych na umysł każdego obywatela przez kulturę, która w obecnym wydaniu nie jest kumplem nikogo, kto się szanuje.

Wielu młodych ludzi, którzy nazywają je magicznymi grzybkami i halucynkami, twierdzi, że skoro stworzyła je natura, to na pewno im nie zaszkodzą. Bingo! Branie grzybów może prowadzić do bardzo głębokiej transcendencji, a w konsekwencji doświadczenia rozpuszczenia ego. Natomiast świadome przyjmowanie wysokich dawek grzybów połączone z medytacją i/lub deprywacją sensoryczną może prowadzić do wizji innych wymiarów i głębokiej introspekcji, sięgającej korzeni człowieczego zła i dobra, a w konsekwencji do neurorepgrogramacji. Adam Wnyk z Poradni Profiutlaktyki i Zjepterapii Uzależnień Monar w Warszawie bredzi, że szczególnym niebezpieczeństwem związanym z ich zażywaniem jest wysokie ryzyko śmiertelnego zatrucia. Tymczasem równie dobrze można śmiertelnie przedawkować wodę. Wnyk powiada: Grzybki szybko uzależniają. Tymczasem jednym z podstawowych spostrzeżeń neurobiologii a propos psychodelików jest to, że nie wywołują one uzależnienia fizycznego, a jednokrotne głębokie doświadczenie wzbudza w użytkowniku pragnienie przeprocesowania go przez co najmniej najbliższy tydzień. Co więcej można usłyszeć od pana Wnyka? – A już po kilkakrotnym zjedzeniu mogą spowodować nieodwracalne zmiany organiczne w mózgu. Raczej nieodwracalne wnioski wyciągnięte wobec narzuconej rządowo wspakultury, jej kontestację i rozpoznanie własnej tożsamości jako Wolnego Białego Człowieka.

Pseudopsychiatrzy na usługach hebrajskich dogmatów twierdzą ponadto, że niezwykle niebezpieczny jest też tzw. flashack, czyli nawrót, nawet po kilku miesiącach, psychodelicznych doznań, mimo że narkotyk nie został ponownie zażyty. Następuje on w nieoczekiwanym momencie. Człowiek zaczyna słyszeć szepty, śmiechy, przed oczyma pojawiają mu się dziwaczne obrazy. Towarzyszy temu też szalona ochota kontynuowania życia i, niestety, czasem kończy się tragicznie. Ludzie śmieją się obsesyjnie i urągają spaczonemu światu.

autor pierwowzoru: Małgorzata Moczygęba / Gazeta Wróćławska
spaczył katastrof wrzywąż

Do psów i ich panów

urfyrfosCCC

Processed with VSCO with p5 preset

Pieśń budzącego się u16A6ursa na nakrapianym szlaku

Świat jest piękny! świat jest podły

świat jest wielki! świat jest zły!

hej ho, poszlibyśmy czynić zło

tu, gdzie kulawi mówią co jest dobro

gdzie ślepi przybijają młotkami drogowskazy

Jednak nie dla tych co są nie bez skazy

Nie dla tych namaszczonych na spaczoną

Ścieżkę pradawnymi runami wyżłobioną gryfią dłonią

wężowym szlakiem języka gadziego płomienia trzask

bo to, co zmienia to niekończący się purpurowy chaosu blask

gdzie na przekór pazurom koła wozu dziejów
ugrzęzły w bagnie, w unieruchomieniu butwieją

Ale ja Poznałem Pana, tego kto zasiał czarny płomień 

w mojej ledwo żywej zygocie, Ziarno
pochodzące sprzed kosmosu
i czasu, uzurpacji kontroli
przez stagnację pochodzącą tam, skąd bezsennie
ciemny duch rozpuszcza zakończone mackami ogony i łowi nimi
dusze zmarłych, do swej inkarnacyjnej pułapki
Miecz Surtra je odrąbie i Oceany spłyną fioletową krwią
nie pochodzące stamtąd, skąd zerkają krzywo wilcze ognie

gdzie z człowieka radośnie drwi burza i ogień
gdzie na czerwonym piasku nocnej pustyni
zygakowate ścieżki węży, znaki Gnozy

psyraus
Processed with VSCO with c1 preset
amaniten

etniczna odtrudka na jad globalizmu

23 życzenia zmiany, wtajemniczeń i metamorfoz

katastrof

Myśli odklęte

Uważam, że w chwili śmierci życie człowieka wyświetla mu się w formie klatek/klisz, jakby jechał w przyspieszeniu pociągiem w tył scenariusza swojego życiorysu i obserwował pourywane sceny przez przyciemniającą lekko obraz szybę.

Rozsądek jest cechą zachowawczą, a nie poznawczą. Elementem niezbędnym do zbierania maksymalnej ilości świadomych doświadczeń bywa lekkomyślna odwaga.

Być może najlepszą miarą jakości człowieka, jest to, w jakiej mierze Poznanie może nasączyć go Obłędem, nie prowadząc do krachu maszyny psychicznej i utraty zdolności utrzymania się na powierzchni zastanego świata.
Teza ta ma charakter spekulatywny, a nie krytyczny i nie powinna być rozpatrywana jako jakakolwiek wskazówka a propos ścieżki życiowej.

kolarzerz
kolaż wykonany na Oddziale Chorób Wątroby, aut. – katastrof

Każdy tunel rzeczywistości jest jak pole teatru, matryca, usnuta z pól jak na szachownicy, a pola te są wszystkie jak kwadratowe sceny odcięte od siebie kurtynami. Ultymatywnie, postrzeganie takie wiąże się z dostrzeżeniem władzy bezwładu, do przejęcia sterów przez Chaos, a gdy rozpozna się tożsamość jego płomienia w sobie z tym powodującym Stawanie się wszechświata, gdy wejdzie się z Nim w harmonię, można uzyskać potencjalnie kompletne Poznanie tego, co się dzieje na świecie i w człowieku.

Być może wchodząc sukcesywnie – poprzez medytację, trans, rytuał i / lub zastosowanie psychodelika – w stany świadomości, w których wszystko jest ze sobą połączone i wszystko jest jednym, gdy uzyskuje się wgląd w ukrytą naturę rzeczy i można odczytać większe z mniejszego oraz dalsze z bliższego i przyszłe z obecnego, dostępuje się możliwości uchwycenia lub zapisania tego wglądu, tak, aby jego podszepty były słyszalne nawet już na trzeźwo, po opuszczeniu tego stanu. Zachodzi tu jednak duże ryzyko ułudy i trzeba – posługując się intuicją – wiedzieć, kiedy należy tych podszeptów słuchać, kierując się postulatem skupienia na Teraz.

Wilczaste gryfy, każdy rosły jak kilkudziesięcioletni dąb, zrywają hakami roślinność ze wzgórz, demaskując skały. Gromadzą się hordy. Gdzie pójdą tacy jak wy, o tym pomyślimy my.
Ludzka, blada, owłosiona głowa o rozwartej szczęce w kształcie wykręconej kostki rubika rodzi węże.
Byłem zahibernowany w kokonie, ciągnięty na wózku ciemnym tunelem przez dostrzeganą zza okrywającej mnie powłoki jaszczurowatą, człekokształtną istotę.
Płynąłem astralnym prądem elipsami w dół i w przód, wyginany wgłąb, aż znalazłem się wśród schronów przeciwpancernych z wieżyczkami jak kurhany z płyt z czarnego metalu, obmywanych przez nocny wiatr.

Nowe badania naukowe dowodzą skuteczności i bezpieczeństwa stosowania psylocybiny w terapii lekoodpornych postaci depresji

W ciągu ostatnich kilku lat prowadzono wiele badań naukowych ukierunkowanych na zastanowienie się nad celowością oceny potencjału terapeutycznego psylocybiny – substancji będącej agonistą receptorów serotoninowych – występującej w naturze, w wielu gatunkach grzybów. Badacze prześledzili skuteczność psylocybiny w leczeniu różnych stanów, takich jak: uzależnienia, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, lęk przed śmiercią i podobnych.
Nowe badania, opublikowane ostatnio w Lancet Psychiatry Journal, przeprowadzone były przez naukowców z Imperial College London. Badacze dążyli do sprawdzenia możliwości, bezpieczeństwa i skuteczności leczniczego oddziaływania psylocybiny w przypadku osób dotkniętych jednobiegunową depresją lekoodporną.
W badaniach tych brali udział wolontariusze – 12 pacjentów u których zdiagnozowano jednobiegunową lekoodporną postać depresji (od umiarkowanych postaci choroby po ostre) – 6 kobiet i 6 mężczyzn. Otrzymali oni dwie dawki ustne Psylocybiny – jedną 10 mg, kolejną 25 mg w przeciągu 7 dni.
Pacjenci podczas badań byli dokładnie monitorowani pod kątem niekorzystnych reakcji na Psylocybinę, aby osiągnąć porównywalne analizy pomiędzy intensywnością sesji a skutecznością leczenia.

grzybole
W kolejnych badaniach kontrolnych objawy depresji były oceniane – od 1 tygodnia do 3 miesięcy po ukończeniu terapii przy użyciu 16-poziomowej skali QIDS (Szybka Ewidencja Objawów Depresji).
Podczas tych sesji silne efekty działania Psylocybiny zwykle miały początek ok. 30-60 min po przyjęciu dawki, szczyt działania następował między 2 a 3 godziną od przyjęcia. Efekty zaczynały ustępować co najmniej 6 godzin po podaniu Psylocybiny.
Wszyscy pacjenci zareagowali na Psylocybinę bardzo dobrze, bez poważnych czy niespodziewanych zdarzeń. Podczas sesji badacze odnotowali delikatne działania niepożądane – przejściowy lęk podczas rozpoczęcia sesji (u wszystkich pacjentów), przemijające zagubienie, zaburzenia myślenia (9 pacjentów), lekkie przejściowe mdłości (4 pacjentów), oraz przejściowy ból głowy (4 pacjentów).
W późniejszych badaniach naukowcy zaobserwowali wyraźne zmniejszenie objawów depresji w obu przypadkach (1 tydzień i 3 miesiące po leczeniu) wysokodawkowej terapii, tak samo zmniejszenie anhedonii po zakończeniu terapii.

Podsumowując, badania te dają solidny grunt do dalszych badań możliwości, bezpieczeństwa i skuteczności Psylocybiny w leczeniu psychiatrycznym. Obiecujące rezultaty tych i im podobnych naturalnych enteogenów przybliżają nas do punktu, w którym nie tylko zrozumiemy badane stany psychiczne, ale zdobędziemy możliwość zapobiegania im.

psylo2

za: Timewheel.net

sfuszerowała Lisia Czapa

Prawe Scytyjskie bongosy

W rozległym i starożytnym cmentarzysku w Górach Kaukaskich południowej Rosji, archeolodzy odkryli coś, co okazuje się być liczącymi sobie 2,400 lat “bongosami”. Te zdobione przyrządy należały do Scytów, prastarego i mało zrozumianego Irańskiego ludu, który władał szerokimi obszarami Eurazji pomiędzy 9 wiekiem p.n.e., a 4 wiekiem n.e.

Pradawne aparaty zostały odkryte podczas wykopów robionych pod nowe linie energetyczne, wraz z ponad trzema kilogramami innych przedmiotów ze złota, wliczając w to dwa pierścienie naszyjne, pierścień na palec i złotą branzoletą. Skarby spoczywały w komorze otoczonej kamieniem i przykrytej grubą warstwą gliny.

Po analizie lepkiego, czarnego osadu znalezionego w złotych naczyniach, odkryto, że te przyrządy były wykorzystywane do palenia i dostarczania dymu z mikstury zrobionej z konopii i opium. Wyjaśnia to wiekowy cytat w starożytnych pismach greckiego historyka Herodota, który napisał, że “Scytowie używali rośliny do wytworzenia dymu, którego nie przewyższy żadna grecka sauna i który sprawiał, że głośno krzyczeli.”

Od wieków wiadomo, że Scytowie byli znani z palenia lub picia w postaci naparu tajemniczej i potężnej mikstury roślin, w celu osiągnięcia zmienionego stanu świadomości, który wykorzystywali w trakcie bitew (jak wszystkie ludy Indoaryjskie, w tym: Celtowie, Germanie i Słowianie). Eksperci żywią nadzieję, że dalsze badania szczegółowych obrazów ludzi i zwierząt zdobiących te naczynia ułożą się w część tajemniczej historii o Scytach i ich zażyłości ze zmienionymi stanami świadomości.

TW_AncientApparatus00_637

Jak mało co obnaża to kłamstwo, na którym oparta jest współczesna cywilizacja, prowadząca na posiłki zlaicyzowanej do absurdu judeochrześcijańskiej moralności wojnę z narkotykami. Pokazuje to w czym tkwi ziarno ewolucji ludzkiego umysłu i kultury; źródło kreatywności i wiedzy. Konopie i opium, wyklęte przez współczesnych były święte dla naszych przodków i prowadziły ich do kontaktów ze światem duchowym, stanowiącym antytezę świata ponowoczesnego. Wieści takie jak te przynoszą swego rodzaju sprawiedliwość dla osobników wyklętych przez współczesne społeczeństwo, z racji na ich wrodzone predyspozycje do zgłębiania zmienionych stanów świadomości.

TW_AncientApparatus04_600

w oparciu o timewheel.net
Katastrof

Aleister i Muchomory

Angielski okultysta Aleister Crowley był znany ze swoich kpiarskich zakazanych aktów. Od dyskutowania magiji seksualnej w kwestii diabolicznej ofiary z dziecka do potencjalnego dyskutowania nad zastosowaniem psychodelików pod płaszczem magiji seksualnej, Crowley był mistrzem sztuki obscurum per obscurius; „tłumaczenia obskurnego bardziej obskurnym” (1). Choć wiemy z jego dzienników, że z pewnością nie chciał angażować się w magię seksualnego zróżnicowania, podejrzewamy, że przynajmniej w pewnych wypadkach, gdy Crowley wykładał na zewnątrz magiję seksualną w swoich książkach, mógł równie dobrze rozważać okultystyczne zastosowanie Muchomora czerwonego (2).

Magija seksualna to rodzaj Zachodniej Tantry, gdzie praktykanci wierzą, że dostępują wyższych stanów świadomości lub pozyskują moc poprzez różne akty seksualne, włączając w to, ale nie ograniczone doń – rytualną konsumpcję spermy i krwi menstruacyjnej. Ta ostatnia metoda odgrywa kluczową rolę w Liber XV, znanym lepiej jako Msza Gnostyczna, „jedyny prawdziwie Oficjalny Rytuał” (3) Ecclesiae Gnosticae Catholicae, eklezjastycznej gałęzi crowley’owskiego Ordo Templi Orientis. Crowley nie był pierwszym samozwańczym Gnostykiem angażującym się w tego rodzaju zachowanie. Św. Augustyn oskarżał nawet Maniego i Manichejczyków o jedzenie opłatków pokrytych miesiączką i opryskanych nasieniem. Jednakże ta symbolika nie jest unikalna dla różności sekt Gnostycznych. Zaiste, zgodnie z Kagyu Lama Mike Crowley, system tantryczny znany jako Buddyzm Vajrayana używał tego symbolizmu przez wieki, w dodatku tak, aby tajemnie podawać wtajemniczanym grzyba Muchomora czerwonego. Miesiączka rzekomo nawiązuje do olśniewającego czerwonego kapelusza, a rozpryskane nasienie do białych pozostałości pierwotnego klosza, który zakrywa szczyt. I jak Ruck, Hoffman i Celdran wskazują w swojej książce „Grzyby, Mit, Mitra, Mani i Manichejczycy byli również oskarżani o wysławianie pewnego „czerwonego grzyba”.

majowa rozpacz

Geist ist Teufel!

W dodatku do seksu, Crowley był znany z włączania do swej magiji szeregu metod, spośród których główną było zastosowanie narkotyków. Dla przykładu, Liber CMXXXIV vel Kaktus stanowi zapis szeregu eksperymentów magicznych przeprowadzonych przez Crowleya z meskaliną, z wykorzystaniem bogatego w meskalinę kaktusa Lophophora wilamsii, znanego również jako pejotl. Jednakże, poza zobrazowaniem jednego okazu w jego obrazie Majowa Rozpacz, nie udało nam się odnaleźć żadnego odniesienia, jakie by osobiście poczynił do Muchomora czerwonego. To dziw, jako że podobnie do Lewisa Carolla przed nim, Crowley bez wątpienia był obeznany z książką Mordecai’a Cooke’a „Siedem Sióstr Snu” z 1860 roku. Ksiązka Cooke’a wymienia szczegółowo siedem najbardziej popularnych roślin narkotycznych ery wiktoriańskiej. Jak należałoby się spodziewać po perfekcjoniście takim jak Crowley, wszystkie narkotyki wymienione przez Cooke’a zostały starannie wyemitowane do kolumny crowleyowego Liber 777 o Narkotykach Roślinnych – wszystkie poza jednym: grzybem Muchomora czerwonego. Innym dziwem jest ciekawy przypis Eliksiru Vitae do pierwszej ścieżki kolumny Narkotyków Roślinnych. Większość akolitów Crowleya jest skłonna  odczytywać Elixir Vitae jako zakamuflowaną aluzję do wydzielin płciowych. Lecz te są jakiekolwiek poza roślinnymi w charakterze. Z uwagi na wszelką jej schludność, beztroskie przypisanie wydzielin płciowych do kolumny zatytułowanej Narkotyki Roślinne wydawałoby się nam zgoła niespójne dla tekstu tak symetrycznego i okrągłego jak jego Liver 777 (6).

Ponadto, Amanita muscaria jest wspomniana co najmniej dwukrotnie przez Rabelaisa jako “dobry Muchomor” (7), Rabelaisa będącego ostatecznym źródłem Prawa Thelemy Aleistera Crowleya: „Czyń swą Wolę niechaj będzie całym Prawem” (8). Jest zatem wysoce nieprawdopodobne, aby ten grzyb mógł umknąć uwadze Crowleya. Interesujący jest również zapis Anthony’ego Stansfelda Jonesa, adoptowanego syna Charlesa Stansfelda Jonesa, znanego również jako Frater Achach, „magiczny syn” Crowleya, odnośnie obsesyjnego zajęcia się Fratera Achada „trującym” grzybem, w poszukiwaniach którego spędził nieznane godziny, przeszukując lesistą okolicę za swoim domem (9). Czy Achad szukał Muchomora czerwonego?

W roku 1995, w swojej książce “Dziwny owoc”, Clark Heinrich spekulował, że osławiony Eliksir Vitae alchemików był Soma-podobnym sokiem psychoaktywnym wyciskanym z dojrzałych, suszonych i wygotowanych kapeluszy Muchomora czerwonego. Jeśli Heinrich ma rację, wystarcza to za powód, z uwagi na który wiedza o enteogenicznych właściwościach Muchomorów czerwonych mogła dobrze przetrwać do czasów Crowleya. Czy mógł być ich świadomy? Czy jakiekolwiek odniesienia Crowleya do płynów seksualnych niosły sugestie fungalne? Obecnie jest prawie niemożliwe powiedzieć coś na ten temat. Lecz, zanim nie przeczytamy w pracy Mike’a Crowleya, że odniesienia do nasienia i krwi menstruacyjnej są powszechnie stosowane w tantrycznych plenipotencjach jako aluzje do grzyba Muchomora czerwonego, nigdy byśmy nie zakwestionowali crowleyańskiego zastosowania tej samej symboliki w kontekście jego własnej Zachodniej Tantry.

Dlaczego Crowley miałby trzymać w tajemnicy potężny i szeroko znany narkotyk psychoaktywny, zwłaszcza po mówieniu tak otwarcie i szeroko na temat wielu innych, tj. haszyszu, pejotlu, belladonny, kokainy, opium, etc., etc., to następne pytanie. Być może było to u uwagi na przysięgę tajemnicy. Być może jesteśmy kompletnie zwodzeni ze śladu. Jedyne, co możemy powiedzieć, to że obligacje sekretu nigdy wcześniej nie powstrzymały Crowleya przed pisaniem.

Przypisy końcowe

  1. Merriam-Webster Dictionary
  2. Patrz nasz dokument Masoński Templariusz III: Zawartość Kielicha, który odnosi Muchomora czerwonego do Świętego Graala tradycji arturiańskiej. 3. Sabazius (lib.oto-usa.org/wp/essays/sabazius-x/)
  3. Patrz jego książka Sekretne Narkotyki Buddyzmu.

4.Pewni, że nie ma żadnej wzmianki mianem betel nut w 777. Jednakże, bete nut mogło być przypisane do zapisu o “wszelkich cerebralnych pobudzaczach” rzutowanego przez ścieżkę dwunastą.

5. Crowley rzutował wedyjską Somę na ścieżkę trzecią. Ale, jako że Soma nie została zidentyfikowana jako A. muscaria do dekady przed śmiercią Crowleya, kiedy amatorski mykolog R. Gordon Wasson opublikował swój słynny alkohol w majowym wydaniu Life Magazine z 1957, jesteśmy niechętni do odczytania crowleyowskiego użytku słowa Soma jako potencjalnego wskazania na Muchomora czerwonego. Jakkolwiek, nie należy tego wykluczać.

  1. Bennett
  2. “Nie ma Prawa ponad czyń swą Wolę.” — Liber AL vel Legis, 3:60

9. Thelema Coast

amaniten

Odnośniki:

Bennett, Chris Cannabis: the Philosopher’s Stone

Crowley, Aleister 777

Crowley, Aleister Liber AL vel Legis

Crowley, Aleister The Equinox III:1<

Crowley, Mike Secret Drugs of Buddhism

Heinrich, Clark Strange Fruit

http://library.hrmtc.com/tag/tony-stansfeld-jones/

Lib.oto-usa.org

LIFE Magazine, May 1957

Merriam-Webster Dictionary

Newman, Phillip D. Masonic Templary III: the Contents of the Cup

Ruck, Carl A.P. Mushrooms, Myth, and Mithras

Wasson, R. Gordon Soma: Divine Mushroom of Immortality

źródło: disinfo.com – everything you know is wrong / przekładnia – katastrof

Alchemistycyzm: drzwi naszych ran

I cut myself with Heaven’s blade

Inside the wound I found my wings

Coil (“Heaven’s Blade”)

Wyłoniony ze snu głębokiego, w godzinie wypadłej z orbity zegara, otulonej zwałem amnestycznych całunów, otchłannego aksamitu konieczności ciszy, otóż w tej godzinie kosmicznego bezdechu, gdy zasypia nawet Hypnos na ramieniu Tanatosa, zrozumiano Tobą wreszcie pierwszą i ostatnią Prawdę.

Wpierw musiano zabrać Cię z błędnej planety, która – pchnięta transcendentnym impulsem – wyłamała się z kręgu jedenastu sióstr. I ta dwunasta: w mrok, zbierając go jak spowolniona pistoletowa kula negatywy pajęczyn (oblepiły Cię szczelnie i pochowały nigdzieś w okolicach trzydziestej trzeciej minuty). Czułeś, że nigdy nie wydostaniesz się z delirycznego grobu wykopanego w truchle czasoprzestrzeni, które dryfowało poprzez nienazwane. Nie miałeś już płuc, jednak czarna maź wypełniała skrzela zdysocjowanego ducha. Pneumą się zakrztusił. Umierałbyś w rytm wiecznego koła, nawet przez czas zapomniany, gdyby nie mętnoszare światło, które stopniowo zaczęło rozpuszczać pomrokę. A był nim spokój.

2

Dopiero z ekstatycznym blaskiem wsączyła się wiedza, którą usprawiedliwiasz tę zdradę milczenia. Kiedy więc efemeryczna fosforescencja dopełniła Cię w niebycie, spijając ostatnie krople tremendalnego wspomnienia, usłyszałeś słowa i były to słowa wypowiedziane głosem wszystkich żywych istot, choć nie ogłuszały, miękkie jak fale po uśpionym sztormie. Oto ich dokładne brzmienie:

“Nic z niczego to coś z czegoś. Żaden całkiem nie umiera, żaden całkiem nie istnieje. Ani czernią, ani bielą – gradientem jesteśmy”.

Z ostatnią sylabą zwrócono Cię światu. Wyrzucony na brzeg łóżka, nie spałeś do świtu, gdy powoli wstałeś i udałeś się do lasu. Droga wiodła polami. Barwa budzącego się nieba nie pozwalała zapomnieć o trzech objawionych Tobą nocą zdaniach. Wokół skrzeczały kuropatwy, w oddali pasły się sarny, przez zarośla przebiegł cień głodnego lisa. Ptaki szalały, ich trele jedynie podkreślały ciszę. Szedłeś, czując się, jakby Twoimi stopami szło też całe życie, obecne, przyszłe i minione. Jakby Cię wynurzyło z oceanicznej toni na szorstkie skały, jakby Tobą stanęło na górskim szczycie ponad tektoniką chmur.

Wrażenie, że idzie Tobą również życie wszystkich bliskich, a nawet ludzi widzianych przelotnie, zwierząt, które napotkałeś, roślin, których dotykałeś, materii nieożywionej. Wszystkie te elementy były ze sobą sprzężone, więcej: bez nich nie istniałeś i nigdy byś nie zaistniał. Ta nagła myśl stanęła Tobą w miejscu, chociaż klinga lasu zaczęła rozcinać mglistą dal horyzontu.

Impuls rzucił na kolana na krawędzi pola. Czarna, mokra ziemia znalazła się w zasięgu wyziębionych dłoni. Wziąłeś garść i drugą, zacisnąłeś palce, zrozumiałeś. We śnie otworzono Ci ranę, broczącą teraz gorącymi łzami. Byłeś każdą cząsteczką tej gleby, kamykami kłującymi skostniałe knykcie, wysuszonymi mumiami zeszłorocznych łodyg. Dalej: byłeś zagubionym skrzeczeniem kuropatwy, byłeś zdyszanym wiatrem, byłeś dywanem drogi rozwijanym pod nogami, byłeś również samolotem, który obrócił hukiem klepsydrę przesypanej chwili. Byłeś też powietrzną niemotą, zamknąłeś się za nim z głuchym milczeniem. Słowem: istniałeś tylko w relacji.

A potem – wciąż na klęczkach – pod blednącym firmamentem – w pół drogi między domem a lasem – wizja. Nie zaskoczyła, choć wtargnęła bez pukania i połknęła Cię i pole, i myśli, i zmysły. W głąb błoniastego gardła utkanego z pulsującej tkanki świadomości, poprzez kanał rodny ducha: z powrotem łona.

W łonie witruwiański androgyn. Nagi i dziewiczy, tylko pępowina odchodzi od jego brzucha, niknąc w czeluści kosmicznej macicy. Skóra blada, idealnie gładka, półprzezroczysta jak u zwierzęcych płodów lewitujących w formalinie. Pod siatką żył tętni potencjał życia. Wody płodowe? Chaotyczna pierwocina, buzujący kocioł formy. Co się wyłoni, to zaraz niknie. Oczy stają się tchnieniem, książki emocją, nogi od stołów eksplozjami supernowych, ruchy robaczkowe jelit myślą o wczorajszym praniu, parzące pocałunki niedokończonym wieżowcem, dotyk liścia na skórze śmiercią małej mrówki…

3

Nie istnieją kategorie, różnice jakościowe ulegają rozpadowi. Wszystko wszystkim było, wszystko wszystkim będzie. Wielki Wybuch zapłodnionej komórki jajowej. A płód wciąż pływa i czerpie entropię zabłąkaną pępowiną, pierwszymi drzwiami i jedynymi, które nie były wcześniej raną. Aż skórzasty sznur odpada, z dziury po nim tryska rozedrgane, jakby złożone z atomów tysięcy fosforyzujących motyli światło. Teraz czujesz: Ty nim jesteś.

Ból, pierwotny ból wykluwającej się percepcji. Zaraz potem następne rany, dwie otwarte w oczodołach, dwie w zatokach uszu, dwie w przecinkach nozdrzy, jedna w zdziwieniu ust i inne, pomniejsze, rozsiane po całym ciele. Wszystkie krwawią blaskiem, a ten – w kontakcie z mętlikiem głębi – spowalnia fluktuacje, zamraża zmiany, wyciska formy, których chwytasz się mackami mimowolnej luminacji. Każdy kształt, każda wyodrębniona jakość jest rozdzierającą męczarnią, pali. Sól na twoje rany – jednak puścić się znaczy utonąć w niekomunikowalnym.

I wreszcie goją się krzywdy w strupy drzwi. Teraz możesz do pewnego stopnia kontrolować stopień ich otwarcia, nie są już tylko bólem. Pojawia się ciepły ład przyjemności. Pojawia się szczęście. Wraca i cierpienie, choć nie nie do ścierpienia. Wkrótce potem spotykasz innych narodzonych, spoglądacie na siebie uchylonymi drzwiami, muskacie usta framug końcami świetlistych macek, chociaż nie wnikacie nigdy do środka. Chaos niemal całkiem znika, staje się spokojnym światem okiełznanym formą. Ślizgasz się po powierzchni rzeczy, twoje blaknące promienne wypustki stapiają się z nimi choćby na kilka sekund (inne na lata), niewiele z nich sięga jednak Twojej prawdziwej istoty. Jesteś monadą.

Mimo to niedosyt. Wieczne nienasycenie. Nie zaspokajają go nawet chwilowe wizyty w pieleszach drugiego. Dryfujesz, błyszcząc coraz słabiej, gaśniecie ze światem. Powoli staczacie się w pierwotny bezład, nie mogąc nic zrobić. Nie wiesz, co moglibyście zrobić. Świst bytu w uszach, dłonie nie chwytają, coraz bardziej transparentne, już nie są w stanie. Przepaść. Rozpad, o dno rozbicie.

Znikasz, umierasz? Nie całkiem: zasiewasz nieświadome ziarno w entropijnym czarnoziemie, okrywającym skórę Twojego martwego czoła. Po latach kołysania ciszą wypuszcza ono pęd. Jesteś tą zapowiedzią łodygi przebijającą delikatną skorupkę. Zawahanie – otwierasz ostatnią ranę. Słup świetlistego bólu tryska fontannami z szyszynkowego oczodołu, gdzie spoczywa nasiono. Blask silniejszy niż kiedykolwiek. Męczarnia gorsza niż kiedykolwiek. Wertykalna fala rozgałęzia się na inne, które również tworzą siatkę własnych odgałęzień – tak w nieskończoność. Echami pulsujących żył rozchodzisz się w buzującej nocy. Istniejesz, jak zawsze przedtem, zmartwychwstaje Twoje ciało. Rana goi się w ostatnie drzwi. Wracasz do świata form. Zapominasz. Wciąż się ślizgasz, wciąż zamknięty.

Ale czy czujesz, że nie ma już powrotu do iluzji indywiduacji? Czujesz, jak boli skrzypienie wypartych drzwi? Krzywisz się, bo krzywdzisz Się. Nierozciągany mięsień, gnuśnie skamieniały, błaga o samotność. Ja krzyczy słonymi słowami spojówek, kolejne sylaby kapią na zimną płytę opuszczanego grobu. Twoje imię wyryte. Twoje imię rozpuszczone solą daremnych zwlekań. Kamień, stapiany promieniem miłosiernego spokoju, nie wsiąka w ziemię. Szara, amorficzna masa lgnie do Twoich stóp. Milczysz z miłością. Czekasz, nie czekając. Aż na cmentarzu życia, gdzie odwiedzasz własną trumnę obecnością wszystkich ludzi, dokonuje Cię cud przemiany. To pstre błoto – łasi się – skomli i kwiczy – zamiera. Podnosisz złoto.

Obudzony w polu, nie byłeś już tylko sobą. Nigdy nie byłeś, wtedy zniknął po prostu ból wymuszonej komunikacji. Wstałeś, wypuściłeś z dłoni ziemię, pochyliłeś się, chwyciłeś pierwszy lepszy kamień. Już wiedziałeś: inkarnowałeś się w ten okruch góry, w grunt pod stopami, w las na horyzoncie. Każdy oddech był małą reinkarnacją. Na dużą przyjdzie pora: kiedy kwiat trzeciego oka wrośnie na dobre w podłoże, kiedy Ty, który z Losem jesteś jego ogrodnikiem, zapewnisz mu odpowiednie warunki wzrostu, dasz właściwą glebę, nasłonecznienie i nawodnienie, wreszcie towarzystwo innych roślin, kiedy więc staniesz się alchemistykiem florystycznych syntez, wtedy – zanim zwiędnie i obumrze – kielich kwiatu wyda ziarno i pośle na drugą stronę. I właśnie to ziarno stanowi kamień filozofów.

Saturnijski

Autorzy ilustracji: 1,2 – Alex Kanevski, 3- Allison Sommers