Alchemistycyzm: drzwi naszych ran

I cut myself with Heaven’s blade

Inside the wound I found my wings

Coil (“Heaven’s Blade”)

Wyłoniony ze snu głębokiego, w godzinie wypadłej z orbity zegara, otulonej zwałem amnestycznych całunów, otchłannego aksamitu konieczności ciszy, otóż w tej godzinie kosmicznego bezdechu, gdy zasypia nawet Hypnos na ramieniu Tanatosa, zrozumiano Tobą wreszcie pierwszą i ostatnią Prawdę.

Wpierw musiano zabrać Cię z błędnej planety, która – pchnięta transcendentnym impulsem – wyłamała się z kręgu jedenastu sióstr. I ta dwunasta: w mrok, zbierając go jak spowolniona pistoletowa kula negatywy pajęczyn (oblepiły Cię szczelnie i pochowały nigdzieś w okolicach trzydziestej trzeciej minuty). Czułeś, że nigdy nie wydostaniesz się z delirycznego grobu wykopanego w truchle czasoprzestrzeni, które dryfowało poprzez nienazwane. Nie miałeś już płuc, jednak czarna maź wypełniała skrzela zdysocjowanego ducha. Pneumą się zakrztusił. Umierałbyś w rytm wiecznego koła, nawet przez czas zapomniany, gdyby nie mętnoszare światło, które stopniowo zaczęło rozpuszczać pomrokę. A był nim spokój.

2

Dopiero z ekstatycznym blaskiem wsączyła się wiedza, którą usprawiedliwiasz tę zdradę milczenia. Kiedy więc efemeryczna fosforescencja dopełniła Cię w niebycie, spijając ostatnie krople tremendalnego wspomnienia, usłyszałeś słowa i były to słowa wypowiedziane głosem wszystkich żywych istot, choć nie ogłuszały, miękkie jak fale po uśpionym sztormie. Oto ich dokładne brzmienie:

“Nic z niczego to coś z czegoś. Żaden całkiem nie umiera, żaden całkiem nie istnieje. Ani czernią, ani bielą – gradientem jesteśmy”.

Z ostatnią sylabą zwrócono Cię światu. Wyrzucony na brzeg łóżka, nie spałeś do świtu, gdy powoli wstałeś i udałeś się do lasu. Droga wiodła polami. Barwa budzącego się nieba nie pozwalała zapomnieć o trzech objawionych Tobą nocą zdaniach. Wokół skrzeczały kuropatwy, w oddali pasły się sarny, przez zarośla przebiegł cień głodnego lisa. Ptaki szalały, ich trele jedynie podkreślały ciszę. Szedłeś, czując się, jakby Twoimi stopami szło też całe życie, obecne, przyszłe i minione. Jakby Cię wynurzyło z oceanicznej toni na szorstkie skały, jakby Tobą stanęło na górskim szczycie ponad tektoniką chmur.

Wrażenie, że idzie Tobą również życie wszystkich bliskich, a nawet ludzi widzianych przelotnie, zwierząt, które napotkałeś, roślin, których dotykałeś, materii nieożywionej. Wszystkie te elementy były ze sobą sprzężone, więcej: bez nich nie istniałeś i nigdy byś nie zaistniał. Ta nagła myśl stanęła Tobą w miejscu, chociaż klinga lasu zaczęła rozcinać mglistą dal horyzontu.

Impuls rzucił na kolana na krawędzi pola. Czarna, mokra ziemia znalazła się w zasięgu wyziębionych dłoni. Wziąłeś garść i drugą, zacisnąłeś palce, zrozumiałeś. We śnie otworzono Ci ranę, broczącą teraz gorącymi łzami. Byłeś każdą cząsteczką tej gleby, kamykami kłującymi skostniałe knykcie, wysuszonymi mumiami zeszłorocznych łodyg. Dalej: byłeś zagubionym skrzeczeniem kuropatwy, byłeś zdyszanym wiatrem, byłeś dywanem drogi rozwijanym pod nogami, byłeś również samolotem, który obrócił hukiem klepsydrę przesypanej chwili. Byłeś też powietrzną niemotą, zamknąłeś się za nim z głuchym milczeniem. Słowem: istniałeś tylko w relacji.

A potem – wciąż na klęczkach – pod blednącym firmamentem – w pół drogi między domem a lasem – wizja. Nie zaskoczyła, choć wtargnęła bez pukania i połknęła Cię i pole, i myśli, i zmysły. W głąb błoniastego gardła utkanego z pulsującej tkanki świadomości, poprzez kanał rodny ducha: z powrotem łona.

W łonie witruwiański androgyn. Nagi i dziewiczy, tylko pępowina odchodzi od jego brzucha, niknąc w czeluści kosmicznej macicy. Skóra blada, idealnie gładka, półprzezroczysta jak u zwierzęcych płodów lewitujących w formalinie. Pod siatką żył tętni potencjał życia. Wody płodowe? Chaotyczna pierwocina, buzujący kocioł formy. Co się wyłoni, to zaraz niknie. Oczy stają się tchnieniem, książki emocją, nogi od stołów eksplozjami supernowych, ruchy robaczkowe jelit myślą o wczorajszym praniu, parzące pocałunki niedokończonym wieżowcem, dotyk liścia na skórze śmiercią małej mrówki…

3

Nie istnieją kategorie, różnice jakościowe ulegają rozpadowi. Wszystko wszystkim było, wszystko wszystkim będzie. Wielki Wybuch zapłodnionej komórki jajowej. A płód wciąż pływa i czerpie entropię zabłąkaną pępowiną, pierwszymi drzwiami i jedynymi, które nie były wcześniej raną. Aż skórzasty sznur odpada, z dziury po nim tryska rozedrgane, jakby złożone z atomów tysięcy fosforyzujących motyli światło. Teraz czujesz: Ty nim jesteś.

Ból, pierwotny ból wykluwającej się percepcji. Zaraz potem następne rany, dwie otwarte w oczodołach, dwie w zatokach uszu, dwie w przecinkach nozdrzy, jedna w zdziwieniu ust i inne, pomniejsze, rozsiane po całym ciele. Wszystkie krwawią blaskiem, a ten – w kontakcie z mętlikiem głębi – spowalnia fluktuacje, zamraża zmiany, wyciska formy, których chwytasz się mackami mimowolnej luminacji. Każdy kształt, każda wyodrębniona jakość jest rozdzierającą męczarnią, pali. Sól na twoje rany – jednak puścić się znaczy utonąć w niekomunikowalnym.

I wreszcie goją się krzywdy w strupy drzwi. Teraz możesz do pewnego stopnia kontrolować stopień ich otwarcia, nie są już tylko bólem. Pojawia się ciepły ład przyjemności. Pojawia się szczęście. Wraca i cierpienie, choć nie nie do ścierpienia. Wkrótce potem spotykasz innych narodzonych, spoglądacie na siebie uchylonymi drzwiami, muskacie usta framug końcami świetlistych macek, chociaż nie wnikacie nigdy do środka. Chaos niemal całkiem znika, staje się spokojnym światem okiełznanym formą. Ślizgasz się po powierzchni rzeczy, twoje blaknące promienne wypustki stapiają się z nimi choćby na kilka sekund (inne na lata), niewiele z nich sięga jednak Twojej prawdziwej istoty. Jesteś monadą.

Mimo to niedosyt. Wieczne nienasycenie. Nie zaspokajają go nawet chwilowe wizyty w pieleszach drugiego. Dryfujesz, błyszcząc coraz słabiej, gaśniecie ze światem. Powoli staczacie się w pierwotny bezład, nie mogąc nic zrobić. Nie wiesz, co moglibyście zrobić. Świst bytu w uszach, dłonie nie chwytają, coraz bardziej transparentne, już nie są w stanie. Przepaść. Rozpad, o dno rozbicie.

Znikasz, umierasz? Nie całkiem: zasiewasz nieświadome ziarno w entropijnym czarnoziemie, okrywającym skórę Twojego martwego czoła. Po latach kołysania ciszą wypuszcza ono pęd. Jesteś tą zapowiedzią łodygi przebijającą delikatną skorupkę. Zawahanie – otwierasz ostatnią ranę. Słup świetlistego bólu tryska fontannami z szyszynkowego oczodołu, gdzie spoczywa nasiono. Blask silniejszy niż kiedykolwiek. Męczarnia gorsza niż kiedykolwiek. Wertykalna fala rozgałęzia się na inne, które również tworzą siatkę własnych odgałęzień – tak w nieskończoność. Echami pulsujących żył rozchodzisz się w buzującej nocy. Istniejesz, jak zawsze przedtem, zmartwychwstaje Twoje ciało. Rana goi się w ostatnie drzwi. Wracasz do świata form. Zapominasz. Wciąż się ślizgasz, wciąż zamknięty.

Ale czy czujesz, że nie ma już powrotu do iluzji indywiduacji? Czujesz, jak boli skrzypienie wypartych drzwi? Krzywisz się, bo krzywdzisz Się. Nierozciągany mięsień, gnuśnie skamieniały, błaga o samotność. Ja krzyczy słonymi słowami spojówek, kolejne sylaby kapią na zimną płytę opuszczanego grobu. Twoje imię wyryte. Twoje imię rozpuszczone solą daremnych zwlekań. Kamień, stapiany promieniem miłosiernego spokoju, nie wsiąka w ziemię. Szara, amorficzna masa lgnie do Twoich stóp. Milczysz z miłością. Czekasz, nie czekając. Aż na cmentarzu życia, gdzie odwiedzasz własną trumnę obecnością wszystkich ludzi, dokonuje Cię cud przemiany. To pstre błoto – łasi się – skomli i kwiczy – zamiera. Podnosisz złoto.

Obudzony w polu, nie byłeś już tylko sobą. Nigdy nie byłeś, wtedy zniknął po prostu ból wymuszonej komunikacji. Wstałeś, wypuściłeś z dłoni ziemię, pochyliłeś się, chwyciłeś pierwszy lepszy kamień. Już wiedziałeś: inkarnowałeś się w ten okruch góry, w grunt pod stopami, w las na horyzoncie. Każdy oddech był małą reinkarnacją. Na dużą przyjdzie pora: kiedy kwiat trzeciego oka wrośnie na dobre w podłoże, kiedy Ty, który z Losem jesteś jego ogrodnikiem, zapewnisz mu odpowiednie warunki wzrostu, dasz właściwą glebę, nasłonecznienie i nawodnienie, wreszcie towarzystwo innych roślin, kiedy więc staniesz się alchemistykiem florystycznych syntez, wtedy – zanim zwiędnie i obumrze – kielich kwiatu wyda ziarno i pośle na drugą stronę. I właśnie to ziarno stanowi kamień filozofów.

Saturnijski

Autorzy ilustracji: 1,2 – Alex Kanevski, 3- Allison Sommers

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s