Trzynastokrotny upadek wskroś dziewięciu grzybów

amanity

Znalazło mi się niedawno zasuszony kapelutek podczas remamentu piwnicy, stąd też i pomysł, aby przypomnieć relację z mojego najmocniejszego jak dotąd muchomorzenia; relacja jest dosyć sucha i rzeczowa, jednak – poprzez to wszystko co spamiętane między wierszami – mieści dla mnie w sobie ładunek nieopisywalnej niesamowitości. Rzecz działa się 4 lata temu, choć wrażenie jest jakby to było w poprzednim wcieleniu.

Wiąże się z tym poczucie odpowiedzialności. Tamtego roku razem z ś.p. lubą poczyniliśmy ogromne zbiory amanit. Pierwotnie przygotowywaliśmy wywary z niewielkich ilości zasuszonych uprzednio grzybów (ok. 3 sztuki na osobę). Było zimno i wilgotno, odcięto nam prąd, trunek indoariów przy blasku kradzionych zniczy przynosił błogość, wewnętrzne ciepło, subtelną dysocjację, w której paradoksalnie wzmagała się pozasłowna empatia. Pewnego razu jednak, gdy nie spędzałem nocy w domu, moja ś.p. połowica, powodowana kryzysem psychicznym i potrzebą introspekcji, sama skosztowała większej dawki, nie powiadamiając mnie o tym, ze świadomością że bym się na to nie zgodził. Doznała m.in. wizji wilków, z których gonitwy odczytała, że aby spełniło się moje „szczęście”, ona będzie musiała odejść w zaświaty. Nie przeceniam, ani nie bagatelizuję roli tego wydarzenia w późniejszej tragedii. Pragnę tu jedynie ostrzec przed częstowaniem muchomorowym suszem osób z tzw. zaburzeniami psychicznymi – jakkolwiek to, co się często określa tym mianem, jest właśnie czymś predysponującym do poszukiwania tego rodzaju doświadczeń. Rzecz się o tyle komplikuje, że tacy ludzie w obecnych czasach, choć dysponujący odpowiednimi potrzebami poznawczymi i instynktem, częstokrość są „uszkodzeni” dotychczasowym życiorysem i bez gruntownej, wytrwałej pracy wewnętrznej, intensywniejsza muchomorowa podróż mimo najlepszych intencji może się okazać raczej destruktywna, niż budująca.

Nie zmienia to faktu, że – choć tej jesieni nie będzie mi to dane (za parę dni instytucjonalizacja) – każdego następnego Samhainu, do końca mojego życia zamierzam komunikować się z duchami z pomocą muchomorowego wywaru.

uix

Czas przejść do właściwego zapisu podróży.

9 ususzonych naturalnie muchomorów czerwonych spożyłem samotnie w lesie. Początkowe efekty takie jak przy wywarach z mniejszej ilości suszu tj. dysocjatywna poprawa humoru, wyostrzenie zmysłów, zastrzyk energii, oraz naturalnie mdłości – choć ku mojemu zdziwieniu bez spawania. Już po ok. 20 minutach pierwsza halucynacja słuchowa – wzmocniony odgłos przytłumionego bicia serca dobiegający jakby spod ziemi. Równie dobrze mógłbym to opisać jako dźwięk podziemnego bębna, głębokie łupnięcie odczuwalne zarazem z wewnątrz. To był pierwszy raz, kiedy je usłyszałem, z czasem wróciło do mnie w paru innych magicznych momentach, na innych enteogenach, ale również na trzeźwo – zawsze intuicyjne odbierałem to jako oznakę obecności powiązanych ze mną duchów / demonów. Z czasem następowało coraz większe oddzielenie od więzi z własną osobą, jak również zanik tego podłego posmaku związanego ze świadomością bycia zamkniętym w tzw. rzeczywistości – przechodząc w coś na kształt wrażenia znajdowania się na polu jakiejś pozbawionej praw zabawy.

Pobyt na leśnej ambonie, spotkanie z jakimś furiatem w lesie (facet stał na skraju wycinki z flaszką w ręku i furiacko miotał przekleństwa), wyjście na pole, czołganie się w gęstwie młodnika sosnowego za kolejnymi kapeluszami. Następnie napad senności, położyłem się wśród drzew, ale w zaśnięciu skutecznie przeszkadzało mi zimno. Po jakimś czasie zerwałem się na dźwięk kroków jakiejś grzybiarki.

am2

Od tej pory było już intensywniej – przy zamkniętych oczach “widziałem” szybko przybliżającą się ciemność, tudzież jakbym pędził wgłąb ciemności. Gdy szedłem z opuszczonymi powiekami, chód plątał mi się do stopnia stawiającego pod znakiem zapytania skuteczność dalszego marszu. Szedłem nie jak pijany, ale spiralną trasą. Jeszcze leżąc miałem lekkie hipnagogi (obrazy pojawiają się jako mignięcia), z których wynikał wyraźny nakaz podążenia dokądś, gdzie możliwe będzie zaśnięcie. Było już ciemno, więc zrezygnowałem z prób rozpalenia ogniska i z lekkimi wątpliwościami, co do słuszności tego zamiaru (obiecałem sobie nie wylądować na szpitalnym płukaniu żołądka) podążyłem w stronę miasta. Widok pierwszego przechodnia był cokolwiek ciężki w odczuciu, z uwagi na przekonanie o stanowieniu obcego gatunku, ale jeszcze jako tako się trzymałem. Po drodze na przystanek parokrotnie upuściłem papierosa (paliłem dużo i mechanicznie – nie czułem prawie tytoniu, ale pomagało się to skupić) – co miało się powtarzać aż do końca tripu.

Usiadłem na końcu prawie że pustego autobusu, nie mogłem skojarzyć ulic i od tej pory zacząłem doświadczać powtarzających się co chwilę sekundowych impulsów, które fizycznie objawiały się drgnięciem, a mentalnie – dziurami w świadomości, depersonalizacją, utratą samolokalizacji w czasie i przestrzeni. Do tego wpadłem w tok myślowy, który polegał na stopniowaniu słowa “jestem” – wyprowadzałem je od dowolnego orzeczenia i podnosiłem do kwadratu. W momencie gdy orzeczeniem stałem się ja sam, poczułem mrówki na mózgu, bo dopiero w pełni odczułem, co oznacza solipsystyczna idea bycia kimś przez samego siebie ustanowionym i wymyślonym. Krótko potem zagubiłem się całkowicie i ocknąłem się w autobusie stojącym na przystanku końcowym.

Wszystkie drzwi były zamknięte. Przeszedłem do kierowcy, a ten wypuścił mnie z jakimś brzydkim komentarzem. Okazało się, że przejechałem dwukrotnie całą
trasę empeka. Spróbowałem się więc jakoś skupić na tzw. rzeczywistości i po dłuższym czasie z trudem dotarłem do mieszkania. Tu impulsy objawiały się już szybkimi ruchami rękoma, tak że upuszczałem cokolwiek schwyciłem.

Partnerka, zauważywszy w jakim znajduję się stanie, w popłochu opuściłą mieszkanie. Gdy się położyłem, senność była już słabsza niż poprzednio, za to hipnagogi intensywniejsze. Tym razem reguły zabawy, w której byłem obiektem żartów amanit, polegały na przekazaniu mi feralności podwójnej trzynastki (przed wyprawą wyszedłem na empek o 13:13). Widziałem raz po raz spadającego w ciemności osobnika, który uderzał dłonią w określone punkty przestrzeni. Tych punktów było trzy i wszystkie znajdowały się na czarnej posadzce kuchni. Byłem tak kompletnie zaabsorbowany tą głupotą, że uznałem to za określony rytuał, który znajdzie dopełnienie tylko jeśli dopilnuję szczegółów i pozaznaczam te punkty trzynastokrotnie na podłodze. Czułem nawet pieczenie dłoni na skutek teoretycznego trzynastokrotnego upadku. Jednocześnie, choć połowicznie utożsamiałem się z tym, kto spadał, wiedziałem, że to zarazem ktoś inny, i że jeśli rytuał się dopełni, ten ktoś umrze. Im bardziej się na tym skupiałem, tym silniejsze robiły się mdłości, w wyniku czego puściłem dwa malownicze pawie przez balkon (po 4 h od zażycia). Potem już popadałem z powrotem w tzw. rzeczywistość, jak i w rezygnację związaną z przeświadczeniem, że pomyliłem coś w rytuale. Wypiłem piwo, próbowałem coś poklikać (sprawne pisanie na klawiaturze było niewykonalne). Nie pamiętam kiedy zasnąłem.

Summa sumarum, moim zdaniem nie ma sensu sięgać po większe dawki amanit bez odpowiedniego zewnętrznego i wewnętrznego przygotowania, w przeciwnym razie kończy się to ciekawym, ale głupawym delirium, a nie “mistyczną wyprawą na drugą stronę”. Nie mam póki co kompetencji, by udzielać wskazówek względem takowego przygotowania, ale bez wątpienia pomocne będą praktyki z kręgu buddyzmu/tantry/szamanizmu.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s