Gnostyk epoki “narkomanii”: William S. Burroughs + 7 technik miażdżenia rzeczywistości

William Seward Burroughs, zapytany pewnego nieistotnego dnia o orientację religijną, bez wahania odparł: gnostyk, manichejczyk. Taka deklaracja na swój sposób ośmiesza całe zmonopolizowane pojęcie „orientacji religijnej”. Antyteza dogmatyzmu i odmowa asymilacji nowomowy, która w takiej czy innej postaci zawsze jest wtłaczana ludzkiej trzodzie, jakkolwiek wzdłuż procesu historii intensywność przeinaczenia wzrasta…

Żeby się jednak nie zapędzać, punkty wyjściowe to świat stworzony i homo sap, dysponujący jakoby – za sprawą ewolucji czy bożej łaski – zdolnością do odróżniania prawdy od źródłowego braku takowej. W gnostyckim ujęciu to ostatnie – wybrakowanie – jest bodaj podstawową charakterystyką Stworzenia; miejsca zakotwiczenia dla duchów nawykłych do nieskrępowanej żeglugi, jak również tych odnajdujących harmonię w bezrefleksyjnym trwaniu… Co jednak jeśli cała ta przereklamowana Prawda nie istnieje i jest wiele światów i wymiarów?

Prędzej niż na takich „kulturowych wytworach”, jak orientacja religijna, czy światopogląd, gnoza bazuje na zasadniczym instynkcie umysłowym. Gnostyk w każdym gnostyku tkwi od – a raczej sprzed – narodzin; gnostycy różnią się ciałami, naczyniami, fakturą powierzchni, innymi słowy – uciążliwością wpisanych w ich dany konstrukt przeszkód, które stoją na drodze wykiełkowaniu wewnętrznej zasadzie; pozaświatowej iskrze¹.

wsb23
kolaż aut. Eda Constantine, Panthermodern23 @ tumblr

WSB jako 4-letni dzieciak, w zrobionym przez siebie domku-zabawce po wczesnej pobudce ujrzał małego szarego człowieka: Nie poczułem strachu, jedynie spokój i zdumienie. Burroughs nie uważał tego rodzaju doświadczeń za halucynacje, lecz przesunięcie wizji, tj. znalezienie się percepcji w miejscu pozwalającym na ich dostrzeżenie. Konstrukt ludzki w dużej mierze polega na zamknięciu się – czy wręcz obwarowaniu wobec tego typu postrzegania. Odbywa się to biernie, bo wystarczy zaakceptować tzw. rzeczywistość, pierwotne poręczenie o Porządku rzeczy.

W kontraście do tego, gnoza tj. poznanie nadchodzące „spoza” – z zewnątrz psychiki, świata, czy materii, to głos mogący przybierać dowolną postać, przy czym dla jego recepcji specyficzne jest poczucie obcości, czy zakłócenia w bezrefleksyjności bytu. I tak np. WSB pisał o przekonaniu, że ludzkość jest regularnie infekowana przez wrogie inteligencje:
„Kiedy zagłębiam się w swojej psychice, w pewnym momencie napotykam bardzo wrogą i mocną siłę. (…) Gdy tylko zbliżasz się do czegoś ważnego, właśnie wtedy odczuwasz inwazję i w ten sposób wiesz, że coś jest na rzeczy.

Poczułem się jak owieczka idąca na rzeź. To nie ja byłem u steru (…) Są nieskończone stopnie opętania. To dzieje się bez przerwy. Musisz stawić temu czoła. A to możesz uczynić tylko, gdy wymieciesz słowa. Nie kłócisz się (…) Musisz pozwolić temu przepłynąć. To trudne, szalenie trudne; ale powiem wam jedno: Zamiast prób oporu odrywasz się i pozwalasz temu przepłynąć.” (z: A Report From the Bunker).

Prawdziwie, stanowiąco ludzkie jest więc stawienie czoła temu, co stanowi wewnętrzne zanieczyszczenie i zmierzanie do oczyszczenia postrzegania (w hermetyzmie przy pomocy nous – „umysłu” – cząstki boskiego intelektu).

Studio Rzeczywistość, ten zakamuflowany, opaczny labirynt kłamstwa, przez współczesnych Burroughsowi myślicieli i pisarzy – częściej przywoływanych, bo mniej niebezpiecznych – jak np. George’a Orwella czy Aldousa Huxleya, nie został zdekamuflowany tak źródłowo i dogłębnie. Wizje Orwella i Huxleya były zakrojonymi na szeroką skalę utopiami, roszczącymi sobie jednak pretensje do rzetelności naukowej. Tymczasem WSB nie potrzebował uciekać się do tworzenia zwartych struktur i usystematyzowanych opracowań. Zamiast tego, z pomocą irracjonalnego chaosu swej eksperymentalnej prozy, podmywał fundamenty wiary w odgórnie narzucaną wersję światowego „porządku”.

wsbchaos
Chaos Triumphant, ręcznie wyk. kolaż aut. Eda Constantine – tumblr

 

Władza, Kontrola; Burroughs zawsze miał ją na oku, nie nabierając się na jej kamuflaż, preparowany coraz bardziej pokrętnymi środkami, stosownie do intensywności zamroczenia postrzegania jej “podopiecznych”. Z metodyką i precyzją wykwalifikowanego medyka, przeprowadzał metafizyczną sekcję politycznego Frankensteina nowoczesności. Poprzez organy ku tkankom, nie pomijając prawideł metabolizmu tego tworu; któżby jednak chciał znać wyniki intelektualnej autopsji, skoro uczciwe zastosowanie się do takowych implikowałoby odstępstwo od wszelkich rzucanych przez Kontrolę ochłapów?

Prace WSB o specyfice utopijnej (The Wild Boys, 1971 i Cities of the Red Night, 1981) wykluczają szanse powodzenia realizacji utopijnego ładu w formie innej niż odizolowana oaza, co Hakim Bay nazwałby “tymczasową strefą autonomiczną”. Kolonia Libertacja – znana z ostatniej książki autora – Cienia szansy – odseparowana zona, której mieszkańcy są wolni od ingerencyjnego nadzoru struktur społecznych, obrazuje libertariańską „moralność” WSB, opartą na przysposobionym przez niego za młodu charakterologicznym pojęciu Johnsona (zawartym w autobiografii Jacka Blacka pt. You Can’t Win, 1926). Tak oto skrótowo opisywał ten typ człowieka:

Dobry wałkoń i złodziejaszek (jako sposób bycia); wypełnia swoje zobowiązania, jego świat jest dobry, a on jest solidnym partnerem w interesach. Pilnuje własnego interesu. Nie należy od ludzi węszących, samowładnych i problematycznych. Udzieli pomocy, kiedy takowa jest potrzebna.

Czy na indywiduach tego rodzaju Burroughs oparłby swą tymczasową strefę autonomiczną? Gnostyczne praźródło autonomii, suwerenności samej w sobie to „pneuma” tj. tkwiąca w człowieku iskra nieskończoności. W zależności od jej stężenia, gnostyk koncentruje się na duchowym postępie, nie odrzucając możliwości zewnętrznej pomocy, ale nie zdając się wyłącznie na łaskę odgórnego zbawcy.

Zjawisko gnostycyzmu, oparte na esencjonalnym stosunku do egzystencji, przybierało przeróżne formy, wśród których doniosłością historyczną i naciskiem na dualizm² wyróżnił się manicheizm. Nawet jeśli nie mylić dualizmu z moralnością, jak go pogodzić z takimi aspektami życia Burroughsa, jak (przypadkowe) zastrzelenie żony, jego politoksykomania (z naciskiem na opiaty), homoseksualizm, eksperymenty z yage, czy fascynacją nieortodoksyjnymi teoriami Wilhelma Reicha nt. energii orgonu?

Wszystkie te „tegesy” są często redukcjonistycznie stosowane do kwestionowania znaczenia twórczości WSB. Działa tu ta sama, intelektualnie niemęska zasada, poprzez którą np. niektórzy deprecjonują myśl Fryderyka Nietzschego, przywołując co pikantniejsze szczegóły z przebiegu jego choroby psychicznej.

Dopatrywanie się jakiejkolwiek niekonsekwencji w diagnozie gnostycyzmu myśli Burroughsa to zajęcie godne płytkich moralizatorskich umysłów. Fakt, że gnostycyzm w pewnym sensie uległ żydowskiej transmutacji w chrześcijaństwo w żaden sposób nie przemawia bowiem za judeochrześcijańską naturą jego wskazań moralnych (a o ile o takowych w przypadku gnostycyzmu może być mowa, to tylko w warstwie egzoterycznej, która najsilniej uobecniła się wraz z ekspansją manicheizmu).

wsbkolarz1
kolaż WSB z Brionem Gysinem

Dobro i Zło / Światło i Ciemność w gnostycyzmie nie znajdują prostych definicji, ani przekładni na hierarchię sposobów „prowadzenia się”. Wszystkie aspekty życia Burroughsa, podpadające pod kategorie odstępstwa i „grzechu”, gryzą się ze światopoglądem ludzi nie mających pojęciach o ezoterycznej gnozie, rzeczona bowiem popiera wszelkie rodzaje aktywności duszy, ciała i umysłu, które prowadzą do poznawania własnej natury.

Tożsamość gnostyka przekracza pojęcie i granice jednostkowej osobowości, zupełnie jak przekracza całą późniejszą myśl chrześcijańską, jak i wszelkie pokraczne budowle wyrosłe na jej gruncie, który wszak stał się fundamentem Kontroli. I tak centralną osnową wszystkich noweli Burroughsa nigdy nie jest określona osobowość, lecz właśnie nieustanna wojna pomiędzy Wolnością, a Kontrolą; Chaosem, a stagnacją materii – i dopiero tu można dopatrywać się analogów „dobra i zła”.

Manichejczyk wierzy w faktyczną walkę dobra ze złem, która to utarczka nie jest wieczna, jako że jedna ze stron prędzej czy później na tym szczególnym obszarze zwycięży. Wraz z chrześcijanami oczywiście nastąpiła potworna inwersja wartości, gdzie najobrzydliwsi z ludzi są wypychani jako wzór cnoty do naśladowania przez każdego… (wypowiedź WSB z wywiadu przeprowadzonego przez Gregory’ego Corso)

Manichejska koncepcja świata jako ofiary poniesionej podczas prekosmicznego kataklizmu, posiadającej funkcję alchemicznego tygla, w którym następuje proces oddzielania dwóch przeciwstawnych esencji (notabene na przekór terminologii opracowań naukowych, Materia i Chaos wydają się tu znacznie ściślejszymi terminami niż Zło <> Dobro, jednak to już podejście okultystyczne, a nie akademickie), akcentując aspekt kotła i przemieszania, znajduje doskonałe odzwierciedlenie w sposobie ukazywania świata w twórczości WSB. Zło udaje dobro i vice versa.

W gestalcie burroughsowskiej prozy armię Archontów – zarządców kosmicznego więzenia – tworzą monoteiści i ich politykierzy. Tymczasem gnostycy to błąkające się bandy przestępców i złodziejów. Wizjonerzy, ci, którzy osiągnęli pierwotną gnozę, potrafią przejrzeć iluzje utkane przez Kontrolę, rozpoznać twarz wroga i dążyć do prawdziwej wolności. Notorycznie stosują nieortodoksyjne i pozornie obłąkane metody zrzucania hipnotycznych kajdan kontroli.

Wśród metod, czy narzędzi przydatnych w osiągnięciu tego celu, można wymienić: zmianę stanu świadomości poprzez środki psychoaktywne, energię orgonu, analityczną i rekonfiguratywną metodę cut-up, i wreszcie magię. Magia to najstarsza technika transcendowania przyczynowo-skutkowej szarej maszynowni; to nader problematyczny termin, zwłaszcza w czasach… w czasach.

Tytułem dookreślenia, pasuje w tym miejscu zwrot magia hermetyczna, tyleż samo jednak, co jej nowożytna transmutacja, czyli magia chaosu. Oto niektóre z narzędzi gnostyka dwudziestego wieku. Za ich pośrednictwem można dążyć do ustanowienia autonomicznej strefy, czerpiąc frajdę z „bystrzenia znaków”, parafrazując kluczową sentencję trzeciego rozdziału Nova Express: I możesz dojrzeć bystrzejące znaki (the marks wising up), gromadzące się w ponurych grupkach, których szemranie narasta.

Archonci uobecniają się na Ziemi pod postacią zainfekowanych przez pasożyty świrów kontroli, których Burroughs trafnie nazywa „shitsami”: “Twierdzę, że zło całkiem dosłownie jest wirusowym pasożytem zajmującym pewien obszar mózgu, który możemy nazwać PRAWYM centrum. Oznaką typowego shitsa jest to, że musi mieć rację (prawo).”
Shitsowie mają obsesję na punkcie wtryniania się w cudze sprawy. To typ społeczniaka – księdza, prawnika; niezdolni do obrania honorowej ścieżki jadem das seine. Wszelkimi środkami dążą do zapobiegnięcia próbom „rozbudzenia znaków”.

I tak oto w Nova Express Operacja Totalnej Ekspozycji jest próbą odsłonięcia iluzorycznej kurtyny, która zapobiega obnażeniu zainfekowanego pasożytami Studia Rzeczywistości. W pierwszym rozdziale inspektor J. Lee przemawia do ludu: Co was tak wystraszyło, że wpadliście w czas? W ciało? W gówno? Powiem wam: “słowo”. Obce Słowo “ten” (“the”). Słowo Obcego Wroga, “ten” zniewala was (“thee”) w Czasie. W Ciele. W Gównie. Więźniu, wyjdź. Wielkie niebiosa stoją otworem.

Wprawne oko Burroughsa dualistycznie cyzeluje jeszcze jedno diametralne rozróżnienie w naturze ludzkiej – coś tak banalnego jak podział na płci (wg gnostyków będący następstwem upadku pierwotnego nadludzkiego androgyna) również sprzyja knowaniom Archontów:
Burroughs przypisuje polaryzacji energii reprodukcyjnej strukturę binarnej opozycji, która prowadzi dwie niekompatybilne płci do ciągłego konfliktu, który z kolei przekłada się na wsiąkanie energii twórczej w ślepy zaułek pasożytniczej ekonomii opartej na władzy i własności. (Lydenberg – Literary Form and Theory in the Radical Writings of William S. Burroughs)

Człowiek jest zaiste produktem finalnym. Nie dlatego, że homo sap stanowi apogeum perfekcji, przed którym sam Bóg sapie z trwogą – „Nie mogę zrobić nic więcej!” – lecz dlatego, że Człowiek jest nieudanym eksperymentem, który utkwił w ślepym biologicznym zaułku i nieubłaganie zmierza do wymarcia” (Zachodnia kraina – przekł. wł.)

WSB podzielał również gnostycką wiarę w reinkarnację oraz przeświadczenie, że narodziny to najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić; coś, czemu należałoby zapobiec.
Drzwi zamykają się za tobą i zaczynasz sobie uświadamiać, gdzie jesteś. Ta planeta jest Obozem Śmierci… Drugiej i Ostatecznej Śmierci. (Zachodnia kraina, j/w) Czy są drogi wyjścia z tej fatalnej sytuacji, gdzie nawet Apokalipsa wydaje się niekulturalnie spóźniać? Prace WSB są przede wszystkim wołaniem o przebudzenie.

Rozdział drugi Nova Express: Więźniowe, wyjdźcie, jest otwartym listem do „ziemian”, podpisanym przez inspektora Lee. Z waszą pomocą możemy przejąć Studio Rzeczywistość, a więc ich uniwersum Strachu, Śmierci i Monopolu. Jedyną drogą ucieczki dla ludzkości ma być biologiczna mutacja, ewolucyjny skok w nieznane. Problem nie może zostać rozwiązany swoimi własnymi środkami. Ludzki problem nie może zostać rozwiązany ludzkimi środkami. (Zachodnia kraina)

wsb2014_31
WSB i Brion Gysin w trakcie odprawiania rytuału w Maroku

W Third Mind – kolaboracji z Brionem Gysinem, Burroughs opisuje demiurgiczną postać Mr Bradly’ego – Mr Martina, przewodzącą Nova Mob (czyli shitsowej tłuszczy przeciwstawnej johnsonowej Nova Police), przydając jej otwarcie gnostyczną charakterystykę: W mojej mitologii jest to Bóg, który zawiódł, Bóg dwuczęściowego konfliktu, stworzonego, aby utrzymać na scenie stary, zużyty show, Bóg Arbitralnej Władzy i Ograniczenia, Zniewolenia i Presji; potrzebujący poddanych, potrzebujący tych, których określa „swoimi ludzkimi psami”, traktując ich z pogardą oszusta wobec swojej ofiary – Jednak pomnij, że oszust potrzebuje Znaku, zaś Znak nie potrzebuje oszusta – Mr Bradly-Mr Martin potrzebuje swoich „psów”, „chłopców na wysyłki”, swoich „ludzkich zwierząt” – potrzebuje ich, bo jest literalnie ślepy. Oni natomiast go nie potrzebują. W moim systemie mitologicznym Mr Bradly-Mr Martin zostaje obalony poprzez rewolucję swoich „psów”.”

W Zachodniej krainie z łatwością natrafiamy na kolejny dowód gnostycznego rdzenia prac Burroughsa, w tym przypadku (zupełnie jw.) wyraźnej implementacji idei demiurga, będący wyrazem skrajnego odrzucenia starotestamentowego boga (określanego przez gnostyków mianem Ialdaboath): “Weźmy pod uwagę Jednego Boga – Wszechświat (One God Universe: OGU). (…) Wszechmocny i wszechwiedzący, może zrobić wszystko, więc nie może zrobić nic, jako że akt działania wymaga opozycji. On wie wszystko, więc nie pozostało Mu nic do poznania. Nigdzie nie może podążyć, jako że jest kurewsko wszędzie, niczym krowie gówno w Kalkucie.

OGU jest nagraniem wszechświata, którego On jest nagrywającym. To płaskie, termodynamiczne uniwersum, jako że z definicji nie ma w nim żadnego tarcia. Wytwarza ona zatem takowe: konflikt, ból, strach, choroby, wojny, starość i Śmierć.”

W kontraście do powyższego, Burroughs zarysowuje wizję Magicznego Uniwersum – Uniwersum wielu bogów, często tkwiących w konflikcie. Paradoks wszechmocnego, wszechwiedzącego Boga, który dopuszcza obecność cierpienia, zła i śmierci, nie ma tu miejsca (My Purpose Is to Write for the Space Age, str. 268)

Zupełnie jak gnostycy, Burroughs postuluje, że poprzez wejście w kontakt z tym magicznym uniwersum, można oswobodzić się od OGU / Kontroli; zaś poprzez praktyki odwirusowania jaźni, można przygotować się do wysiłków mających na celu samoprzebóstwienie (notabene najwyższy cel praktykantów LHP – Ścieżki Lewej Ręki).

Jednakże wstąpienie do gnostyckiego Królestwa (Pleromy), w żadnej mierze nie jest gwarantem – wiedzie ku temu najbardziej niebezpieczna ze wszystkich podróży. Bogowie zatrzymali wszystkie klucze i dopuszczają tylko faworyzowanych śmiertelników (The Place of Dead Roads, str. 171) – zupełnie jak w egipskim systemie Księgi Umarłych. Metaforyczny klucz nie otwiera wrót do jednego li tylko objawienia. Jak tylko znajdziesz klucz, przed tobą będzie nie jeden ogród, lecz wiele ogrodów, ich nieskończoność.

Kto jednak w ogóle natrafi na trop tej ścieżki, dopóki nie wywalczy sobie choć osobistej autonomii od zatęchłego lochu Kontroli? Inspektor Lee przez całe „Nova Express” ostrzega przed najbardziej zdradliwymi narzędziami Motłochu: Ich narkotyki są trucizną zaprojektowaną by transmitować ku Orgazmicznej Śmierci i Piecom Nova – Trzymajcie się z dala Ogrodu Rozkoszy – To ludożerna pułapka, przetwarzająca na zieloną maź – Odrzućcie ich ersatzową Nieśmiertelność – Rozpadnie się zanim wydostaniecie się z Wielkiej Składnicy – Przepłukiwanie się ich narkotykiem spycha do rynsztoka – Zatruwają i monopolizują halucynogeny – nauczcie się je robić bez żadnego chemicznego ziarna – Jedyne, co oferują, to ekran przesłaniający drogę ucieczki z kolonii, którą tak haniebnie zarządzają.

EPSON MFP image
The Universe wants to play, ręcznie wyk. kolaż, aut. Ed Constantine – tumblr

Rola substancji psychoaktywnych jest tu trudna do przecenienia. Należy mimo to zwrócić uwagę na jej dwojaki charakter; nałóg – zwłaszcza opiatowy (choć doniosłość owego w życiu Burroughsa już jest uzależniona od specyfiki narkomanii panującej za czasów jego największej aktywności, jak również predyspozycji charakterologicznych) – jest potencjalną pułapką, pochłaniającą co prawda w różnym tempie – ale i możliwą do przezwyciężenia przy ogromnym wysiłku siły woli.

Nie przypadkiem takie rewolucyjne – z uwagi na skuteczność – formy terapii uzależnienia od opiatów/opioidów – jak chociażby zachwalana przez Burroughsa terapia apomorfinowa, są przemilczane i tłamszone. Dzieje się to za sprawą tych samych politycznych nacisków, które zapobiegły zrewolucjonizowaniu całej psychiatrii, wykluczając (na przekór ich udokumentowanej naukowo skuteczności terapeutycznej) wykorzystanie takich środków, jak DMT, LSD-25, czy MDMA; podobnie jak z ibogainą, stanowiącą najprawdopodobniej najskuteczniejszy dostępny obecnie środek leczący z uzależnień.

Jedną z najperwotniejszych gnostycznych metafor jest ta mówiąca, że diament nie może ulec zanieczyszczeniu poprzez błoto. Ze wstępu do Nagiego lunchu: Nie kąpałem się od roku, nie zmieniałem odzieży, ani nie zdejmowałem jej, chyba żeby wbić igłę w szare, drewniane, włókniste ciało, co powtarzało się co godzina. Nigdy nie porządkowałem ani nie odkurzałem pokoju. Puste pudełka po ampułkach i śmieci sięgały aż do sufitu.

Totalna degrengolada? Dorobek twórczy WSB z wglądem w jego życiorys wskazują, że – choćby i zanieczyszczony – pokarm bogów znalazł jednak godnego adresata, a dawka trucizny nie okazała się zbyt wielka. Inspektor Lee bowiem, podobnie jak chociażby Aleister Crowley, posiadał niesamowitą duchową żywotność; być może to jakiś paradoksalny atawizm androgynicznej nieśmiertelności: trucizny nie infekowały rdzenia, a jaźń nomen omen wzbogacała się podczas chemicznie napędzanych wypraw poza granice ludzkiego postrzegania.

Mimo że „(opiatowy – dop. n.) narkoman żyje w krainie, gdzie nie ma bólu, seksu ani czasu” (List Mistrza Narkomanii) narkotyki jako takie nie niosą gnozy per se. Jak czytamy w „10 głównych zasadach gnostycznego objawienia” Philipa K. Dicka: Każdy z nas ma nieupadły boski odpowiednik, który może wyciągnąć ku nam dłoń, aby nas obudzić.

Prawdopodobieństwo nawiązania tego kontaktu wzrasta po pierwsze poprzez „odczucie” tego wołania, a dopiero po któreś-tam, via narkotyki – z naciskiem na halucynogeny. Na horyzoncie zdarzeń jest ujrzenie przebłysku Pleromy, Chaosu, innych światów i wymiarów, dalej – wysnucie wniosków, pozyskanie inspiracji, przekonfigurowanie postrzegania itd. Reprogramowaniu świadomości obok halucynogenów sprzyjają techniki szamanistyczne.

Padło odniesienie do tekstu P. K. Dicka, a że w przypadku obu pisarzy na podstawie ich książek można powziąć przeświadczenie, że byli zapalonymi praktykantami halucynogennych tripów, warto wspomnieć, że Philip raptem parokrotnie zażył LSD, a jego przedmiotem jego głównego psychoaktywnego romansu była amfetamina; zaś WSB egzystował głównie w opiatowo-haszyszowej krainie, a jego halucynogenne wyprawy pozostawały na dalszym planie, przynajmniej w sensie ilościowym.

Choć „dyktator o żelaznej woli to archaizm”, nie jesteśmy po prostu ofiarami demokratycznej tyranii; świat współczesny jest konstruktem nastawionym na wyeksterminowanie wolności myśli. Mylenie starego typu władzy z obecnym obłąkaniem Kontroli to jak poczytywanie eksplodującego nowotworu za zanikającą narośl.

W poniższym fragmencie zarysowuje się paradoksalny konserwatyzm Burroughsa, jego ponadczasowa, esencjonalna, metapolityczna – nazwijmy to… duchowość, transcendująca ideologie ogółem, czy ich poszczególne aspekty, jak np. prymitywny rasizm i inne tego typu operatywy współczesnej pseudoprawicy (co jest notabene kolejnym wskaźnikiem na stopień przemieszania w manichejskim tyglu świata stworzonego, o czym ciekawie pisał inny nowożytny gnostyk, a przy okazji tzw. narodowy bolszewik – Aleksander Dugin³).

Podstawowy mechanizm novy jest bardzo prosty: zawsze wytwarzać tak wiele nierozwiązywalnych konfliktów, jak to tylko możliwe i zawsze wzmagać istniejące już konflikty – Odbywa się to poprzez składowanie na tej samej planecie form życiowych o niekompatybilnych warunkach bytowych – Oczywiście nie ma nic „niewłaściwego” w jakiejkolwiek dowolnej formie życia, jako że „niewłaściwość” znajduje odniesienie tylko do konfliktów z innymi formami życia – Sęk w tym, że te formy nie powinny przebywać na tej samej planecie – Ich warunki życia w obecnej postaci czasowej są zasadniczo niekompatybilne, zaś robota Motłochu Novy polega dokładnie na tym, aby utrzymać ten stan rzeczy, tworzyć i rozjątrzać konflikty, które prowadzą do eksplozji planety (…)

– W dowolnym danym czasie aparatura nagraniowa przerabia naturę absolutnej potrzeby i dyktuje stosowanie broni totalnych – Takich jak ta: Wziąć dwie przeciwstawne grupy nacisku – Nagrać najbardziej brutalne i odgrażające się stanowiska jednej grupy względem drugiej i odtworzyć to tej ostatniej – Nagrać odpowiedź i dostarczyć ją z powrotem pierwszej grupie – W tył i naprzód pomiędzy przeciwstawnymi grupami nacisku – Ten proces jest znany jako „feedback” – Możesz dostrzec jego działanie w każdej zadymiastej spelunie – a ściślej rzecz biorąc w każdym konflikcie – (…) W całym moim doświadczeniu oficera policyjnego na żadnej planecie nie widziałem tak totalnego strachu i degradacji – Zamierzamy aresztować tych kryminalistów i przekazać ich Wydziałowi Biologicznemu do wskazanych przeróbek.

EPSON MFP image
Choronzon, ręcznie wyk. kolaż aut. Ed Constantine, tumblr

W powyższych treściach można z powodzeniem upatrywać wartości satyrycznych, metaforycznych, czy literackich, w swej istocie kryją one jednak kod, pod którym kryje się nie jakaś tam ostygła prawda, ale samo poznanie (gnosis) jako trajektoria promienia przeszywającego kłamstwa „rzeczywistości”. Czy jest zatem coś mniej fikcyjnego w swych metafizycznych wskazówkach, niż „eksperymentalne science fiction” Burroughsa?

Pomimo sukcesywnego intoksykowania swojej psyche wysokimi dawkami środków otwierających wrota do zmienionych stanów świadomości, jak również pomimo jego wieloletniej zażyłości z opiatami, która każdego z takich nieszczęśników prędzej czy później prowadzi poprzez rozpadliny własnego ja, umysł WSB pozostał czysty, przenikliwy i nade wszystko twórczy aż do późnej starości. Nałóg opiatowy jest najlepszym testem na jakość człowieczeństwa i WSB go zdał na medal (tymczasem autor tego tekstu wziął rozbrat z rzeczonymi procederami, od kiedy kapnął się, że ma dla kogo żyć i się zmieniać).

Zatem odczytywanie prac WSB w takim czy innym kontekście: jako nowatorskiej literatury, spaczonego science fiction, czy nawet interpretowanie ich na tym samym, powierzchownym poziomie, ale przy innym kolorycie wartościującym, udowadnia zwyczajnie niedostatki przenikliwości interpretatora. Twórczość Williama Sewarda Burroughsa to bowiem XX-wieczny analog gnostyckich apokryfów.

nichtig / wyklucznik / katastrof / panoramix / levvyatan

Przypisy:

1/ „(..)to, czym naprawdę jesteśmy, poza naszym dowodem tożsamości, nawet poza naszym własnym obrazem samego siebie  – jest małym, ognistym fragmentem naszego prawdziwego Wyższego Ducha.” (Proces inicjacji, Oryginał angielski © 2000 Romero Lorenço da Cunha, źródło: http://franzbardon.pl/procesinicjacji.php)
2/ Zauważmy tu – chociażby za Krzysztofem Matysem – iż w przypadku gnostycyzmu może być mowa – w przeciwieństwie do religii o korzeniach semickich – tylko o dualiźmie antykosmicznym. „Gnostycki Bóg przeciwstawiony został światu. Jego natura jest inna niż natura kosmosu. Bóg nie odpowiada za powstanie świata i nie sprawuje nad nim zwierzchnictwa. Świat materii jest dziełem bytów niższych (Archontów). W kosmosie to one dzierżą władze. Bóg gnostyków jest pozaświatowy, jest oddzielony i ukryty.” – za: Gnostycyzm. Próba definicji – K. Matys, gnoza.pl 2006
3/ Np. esej „Gnostyk” (http://www.legitymizm.org/mlodziez_imperium/MI006/zasoby/32.html), czy „Od świętej geografii do geopolityki” – tłum. z ang. KS – Reakcjonista nr IV (tradycjonalizm.net) – zwł. podrozdziały „Ludzie Północy” i „Ludzie Południa”. Niespecjalnie zapowiada się na to, aby prędko ukazał się polski przekład jakiejkolwiek książkowej publikacji Dugina, choć ostatnio dało się zauważyć taki paradoks, jak obecność fragmentu jego wykładu nt. przyszłości geopolitycznej Ukrainy w „Angorze”.

Bibliografia:

Eseje:
1/ William S. Burroughs: 20th Century Gnostic Visionary – Robert Guffey – New Dawn Magazine No.99 (XI/XII 2006) – http://www.newdawnmagazine.com/articles/william-s-burroughs-20th-century-gnostic-visionary
2/ Burroughs-ian Gnosticism: In His Own Words – Sven Davisson – Ashé Journal, Vol 4, Issue 3, s.469-483, 2005 – http://ashejournal.com/index.php?id=32

WSB:
Nova Express
The Western Lands (Zachodnia Kraina, pol. Przekład P. Lipszyc, wyd. Świat Książki 2009)
The Place of Dead Roads (Miejsce Martwych Dróg, dotychczasowo niewydane w III Rzeczy)
Third Mind (wyraz z Brionem Gysinem)
The Wild Boys (1971) (Dzicy chłopcy, dotychczasowo niewydane w III Rzeczy
Cities of the Red Night (1981) (Miasta czerwonej nocy, dotychczasowo niewydane w III Rzeczy)

wsBURROUGHS-PHOTO-1-facebook

! .:. BONUS .:. !

7 okultystycznych technik WSB miażdżących rzeczywistość

Technika #1 – Rób łatwo

Najbardziej wypróbowaną techniką Burroughsa była praktyka “Robienia łatwo”, to jest, przetrenowania twojego mózgu to wykonywania wszystkiego w najmniejszej liczbie kroków. Jak to ujął Burroughs, “[robienie łatwo] zwyczajnie oznacza robienie cokolwiek robisz w najłatwiejszy, najbardziej zrelaksowany sposób, jaki możesz uzyskać, będący zarazem najszybszym i najbardziej wydajnym sposobem.

Dla najprostszego sposobu przyswojenia tego istotnego okultystycznego konceptu, sprawdź krótki film Gusa Van Santa wyjaśniający dyscyplinę Czynienia Łatwo, poniżej. Może Ci to zaoszczędzić lat życia!

Technika #2 – Kontrola Snów

Burroughs napisał dziesiątki powieści, a wszystkie z nich są przepełnione niesamowitymi, halucynacyjnymi obrazami, która wystawia większość mainstreamowych pisarzy science fiction na wstyd.

Część jego symboliki była najpewniej zaczerpnięta z eksperymentów narkotycznych, zwłaszcza z Ayahuaską. Ale wiele z niej było zaczerpnięte z jego snów – Burroughs wiernie prowadził dziennik snów i wykorzystywał materiał z niego jako benzynę pisarską.

W filmie powyżej William wyjaśnia sztukę kontroli snów.

Technika #3 – Cut-up

Czymś kluczowym dla życia Williama S. Burroughsa, jego magii i światopoglądu był cut-up, technika stworzona przez jego przyjaciela i współpracownika Briona Gysina.
Cut-upy są sztuką cięcia tekstu i obrazów, a wtedy przestawiania ich aby stworzyć nowe, niespodziewane układy. Robiąc tak, Burroughs czuł, że może zdestabilizować język i dotrzeć bliżej prawdy. Ta technika magiji chaosu pozwalała Burroughsowi i Gysinowi patrzeć w kod źródłowy rzeczywistości, co przez wieki było wyzwaniem magików i alchemików. Technika ta została zaadaptowana później przez ludzi takich jak David Bowie, Iggy Pop i pisarz William Gibson – po prawdzie, cut-up był wykorzystywany przez niezliczonych artystów wszelkich profesji, aby obudzić masywną kreatywność, gdy bili głową o ścianę.

Obadaj niesamowity film Burroughsa i Gysina z 1966 roku – Cut-upy, który dosłownie demonstruje rzecz /powyżej.

Technika #4 – Maszyna snów

Kolejnym wynalazkiem Gysina, który został zaadaptowany i opanowany do mistrzostwa przez Burroughsa była Maszyna Snów, obracający się cylinder światła, który może indukować niesamowite wizje.
Burroughs często pisał o Maszynie Snów w swoich praca i używał jej efektów, aby wygenerować większość ejdetycznej symboliki, która wypełnia jego powieści. Brion Gysin miał nadzieję na wypromowanie swojego wynalazku w hipermarketach i umieszczenie go w każdym amerykańskim domu zamiast telewizora. Szlachetny pomysł, ale nigdy nie wypalił (koniec końców nie da się nadawać reklam w Maszynie Snów) – jednakże w następnych latach i dekadach, Maszyna Snów pozyskała kult wyznawców. Nawet Kurt Cobain się do nich zaliczał.

Za niewielką kwotę pieniędzy możesz zbudować własną Maszynę, działającą zupełnie tak, jak profesjonalnie wykonany model. Sprawdź nasz >poradnik< jak taką zbudować.

Technika #5 – akumulacja energii orgonowej

Kolejną z fascynacji Williama była energia orgonowa Wilhelma Reicha i jej akumulatory. Reich, student-renegat Zygmunta Freuda, wierzył, że odkrył jak kontrolować i zaprzęgać energię seksualną, lub „orgonową”, która stanowiła cząstki energii seksualnej nazwane „bionami”.
Reicha prześladowano w latach pięćdziesiątych, jego laboratorium zostało zniszczone przez rząd USA i ostatecznie został wtrącony do puchy (gdzie zszedł). Burroughs później odkrył i opanował pracę Reicha, wybudowując nawet własne pudło akumulatorowe – w którym spędzał wiele czasu, siedząc i paląc kif, lub skrystalizowane THC, pisząc. Burroughs zaprzysiągł orgonowi i wykorzystywał go w swoich powieściach jako metaforę przełamywania antyseksualnych kontrolerskich mocy społeczeństwa.

Technika #6 – Totalne Skupienie na Zdestabilizowaniu Kontroli

Burroughs łączył wszystkie swoje eksperymenty w imię centralnego zadania: destabilizacji i zniszczeniu kontroli.
Jak Gnostycy, Burroughs postrzegał świat jako zasadniczo mechanizm kontroli, lub pułapkę. Widział swój cel, jako kompletne złamanie i zniszczenie tego systemu kontroli. Poprzez kontrolę, Burroughs miał na myśli naturę rzeczywistości samą w sobie, i razem ze swym współpracownikiem Gysinem, nie zaakceptowaliby nic poza jej kompletną destabilizacją i zniszczeniem. Poprzez to jest jednym z jawnych dziadków magiji chaosu.

Wideo powyżej zawiera utwór z albumu DJ’a Spooky’ego Rhythm Science, z uczestnictwem Scannera, znanego też jako Robin Rimbaud. Sampluje Williama opisującego swoje pięć kroków do zmiażdzenia rzeczywistości. Są to:
1. Ogłoś nową erę i rozpocznij nowy kalendarz.
2. Zamień obcy język.
3. Zniszcz lub zneutralizuj obcych bogów.
4. Zniszcz obcą maszynerię kontroli rządowej.
5. Odbij dobra i ziemie od poszczególnych obcych.

Technika #7 – Magija Chaosu

Burroughs był nie tylko jednym z przodków magiji chaosu, ale także poważnie praktykował jej dyscypliny w latach osiemdziesiątych, zagłębiając się w prace Petera Carrolla, dołączając do jego zakonu Illuminatów Thanaterosa (Burroughs został pochowany z pierścieniem z gwiazdą chaosu otrzymanym od zakonu), oraz robiąc regularne i zdyscyplinowane eksperymenty z technikami Carrolla. Poruszył te eksperymenty w swoich późniejszych powieściach, zwłaszcza w swojej ostatecznej trylogii, złożonej z Miejsca Martwych Dróg, Miast Czerwonej Nocy i Zachodniej Krainy.
Fascynacja WSB magiją chaosu wzięła się z jego uprzednich eksperymentów z Gysinem w Tangierze w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych oraz jego zainteresowaniu wykorzystaniem technik buddystycznej medytacji, których nauczył się od tybetańskiego nauczyciela Chögyama Trungpa w latach siedemdziesiątych. W latach osiemdziesiątych Burroughs odkrył magiję chaosu i odkrył w niej wymodelowaną dyscyplinę, która połączyła jego poprzednie eksperymenty.

Za: Ultraculture

tłum. katastrof

004-william-burroughs-theredlist

Dekoder (1984) – rec. filmowa

Decoder_1984_poster

Zdecydowanie bardziej niż dla Bitników, obraz ten stanowi swoisty trybut dla sceny industrialnej. To undergroundowy, kontrkulturowy eksperyment filmowy, kontestujący chorobę duchowej nędzy Zachodu podług instynktu wspólnego obydwu wspomnianym wykwitom kultury niepokornej. Wizje Williama Burroughsa oraz Genesisa P. Orridge’a odciskają znacznie większe piętno na ogólnej aurze i wymowie filmu, niż ich przelotna w nim obecność. Zresztą odtwórcą głównej roli – antysystemowego rozrabiaki – jest F.M. Einheit, znany szerzej z Einstürzende Neubauten (nie zabrakło tu również innego muzyka tego zespołu – Alexandra Hackego).

Ruch, wśród którego ikon obok w/w należy postawić SPK, stajnię Broken Flag, ale przede wszystkim Throbbing Griste/Psychick TV/The Temple of Psychick Youth, był w dużej mierze inspirowany twórczością Beat Generation – głównie pisarstwem Williama S. Burroughsa, a nie reszty spółki. Już pierwsze sceny Dekodera ujawniają, czyja twórczość najmocniej wpłynęła na scenariusz i jego wizualizację.

WSB obsesyjnie nagrywał, odsłuchiwał, miksował, mieszał nagrania dźwiękowe i filmowe. Wokół podobnych operacji kluczy znaczna część tego obrazu, a najbardziej oczywistym przeniesienem motywu z książek WSB są w scenariuszu Dekodera zamieszki wywołane odtwarzaniem przez młodych wykolejeńców subwersywnego noise’u w fast-foodach, tych świątynkach konsumpcjonizmu.

Z drugiej strony lustra pojawia się „Dream Machine” Briona Gysina, ale trzeba ograniczyć spoilery..

Chłód perspektywy, sposób pracy kamery nie pozostawiają cienia wątpliwości, że Dekoder wpasowuje się w specyfikę alternatywnego niemieckiego kina z lat 80-tych. Filmowi blisko również do takich tytułów, jak Hardware, czy cronenbergerowskiego Wideodromu, ale Dekoder tylko ociera się o granice cyberpunku. Można się spierać w tej kwestii, ale nawet jeśli weźmiemy pod uwagę dominującą kolorystykę i lekko futurystyczny klimat, zbieżność z cyberpunkiem zachodzi tu nieomal wyłącznie na płaszczyźnie wizualnej.

Decoder (Muscha, 1984)

Zresztą barwy, którymi twórcy Dekodera traktują widzów po oczach – z przewagą błękitu, fioletu i czerwieni – intensyfikują stosowane środki wyrazu i przekazywane treści, stanowiąc jeden z głównych atutów filmu. Inną techniką poświadczająca o jego artyzmie, czy eksperymentalności, jest wizualny sampling obrazów z różnych źródeł – nagrań z kamer monitoringowych, archiwalnych nagrań z zamieszek, urywków animacji, pastiszów reklam, sekwencji z peepshow – a wszystko transmitowane przeważnie na falach industrialnej elektroniki.

Na początku filmu cokolwiek widmowa postać w szarym płaszczu przemierza aseptyczne korytarze, mija pojedynczych pracowników zagadkowego podziemnego kompleksu, w drodze do chronionego pomieszczenia, skąd monitorowane są nagrania z kamer rozmieszczonych w przestrzeni miejskiej. To swego rodzaju centrum operacyjne nie jest wcieleniem Studio Reality, ale jest mu bliskie, zwłaszcza gdy przyjrzymy się oferowanym przez niego możliwościom identyfikacji i kontrolowania obywateli. Te ostatnie nie wbijają na obszar znany z 9 żywotów Thomasa Katza, ale ten tytuł to nieco inny gatunek kota w butach, nawet jeśli stężenie absurdu i czarnego humoru w Dekoderze aktywuje stosowne receptory.

Mimo braku wysoce utytułowanej i wykwalifikowanej kadry, Dekoder jest udanym eksperymentem. Gra aktorska jest utrzymana na przyzwoitym poziomie, a przynajmniej w przypadku ważniejszych postaci. Rola przewodniej „lali” przypadła na przykład Christiane F., autorce Dzieci z Dworca Zoo. Nie zamierzam tknąć tej książki, ale Krystyna dodaje filmowi powabu. Oniryczna sekwencja z WSB nie jest jedyną sceną, w której się przewija i jego wpływ na całokształt tego dziełka znacznie przekracza rangę drugoplanowej roli.

Osobiście, lekko rozczarowałem się epizodem z Genesisem P-Orridgem, i jeśli jakaś niezdarność ukuła mnie w oczy, to właśnie w tej scenie. Nie zmienia to jednak tego, że Dekoder, na przekór swej niszowości, niskiego budżetu i pomniejszych technicznych niedopracowań, w moich oczach pozostaje jednym z ciekawszych i donośniejszych filmowych wyrazów zdecydowanej, niebanalnej krytki konsumpcyjnej zgnilizny zachodniej demokracji. A że krytyka ta wykorzystuje przenikliwą burroughsowską metodykę i piętnuje Kontrolę, dezinformację i inne tegesy – trudno się dziwić, że film został zmarginalizowany, zaś jego reżyser – Muscha – nie nakręcił już niczego więcej.

Zagadka Krakowskiego Młotka, Zielony Ogień oraz Parafialna Nagonka cz. I

Ubiegły rok zasygnalizował pewne oznaki rewolucji kulturalnej, korelującej z zaczątkiem rewolucji geopolitycznej – przy czem coś mi podszeptuje, że wektor 23 wyznacza trajektorię fenomenów modyfikujących w ten (intergalaktycznie-kontrrewolucyjny) sposób ten i inne tunele rzeczywistości ///a być może jednak po prostu chodzi o międzymyślową częstotliwość, wspólną dla źródeł pozornie niepowiązanych wydarzeń i zmian//-. W każdym bądź razie, rzecz miała miejsce na przełomie 2014/15 roku, a wśród scenerii dominowałyby odrapane ściany ruder, kamienic niezburzonych chyba li tylko jedynie za sprawą luk, zgrzytów i niedopatrzeń na linii administracja – firma wykonawcza (buldożery w oczach, znasz ten typ ludzi?), wśród obrzyganych kibolskimi znakami plemiennymi ścian i pomiędzy kwitnącymi aptekami, a popadającymi w ruinę świątyniami Kryste Pana. Tego typu informacji, jak te wspomniane na samym początku, nie należy traktować zbyt błaho – tak jak mimo wszystko nie należy przeceniać roli płaszcza ochronnego trendu na obelżywy materializm, notabene – jak nietrudno zauważyć, idącego w parze z kompletną blokadą rzetelnej autorefleksji.

alpb23

Otóż wspomniane na początku oznaki znajdują swoją specyficzną postać w każdej z zepsutych ludzkich krain – lokalne różnice są nieistotne, fenomen sam w sobie jest tym, co powinno niepokoić naszych ziemskich Nadzorców. Abstrahujmy tu już od tego, jak bardzo parszywie ten przykry kraj Robactfa-Polactfa, który całe wieki temu zamienił się w swą podłą karykaturę, zaprezentowałby się pod kątem tej smrodliwej specyfiki (jaką niesie za sobą chociażby tutejszy poziom/jakość leczenia narkomanii) na mapie starej Europy. W każdym niebądź razie, fale podszeptów szyfrowanej radiostacji 23 wszędzie są odmienne, a mimo to uważne nasłuchiwanie i realizacja otrzymanych rozkazów, w każdej z ich przestrzennych odmian, prowadzi ku – mam nadzieję, że nie nazwę tego nadto górnolotnie – oczyszczeniu, odwirusowaniu jaźni.

Wniosek taki wyciągam w odniesieniu do przekształcenia własnej psyche na skutek 3 miesięcy spędzonych w Krakowie. Dalsze rokowania na przebieg tego procesu neuro-reprogramowania są niezbyt wesołe, ale perspektywa się oczyściła i wiem, gdzie zmierzać. Pierwsze, optymistyczne zapatrywania na efekty przedsięzwięcia powziąłem już po miesiącu, tymczasem w międzyczasie zdążyły mnie dojechać psy demiurga, jego agencje i jego bronie (vide clonazepam – „Pamiętaj, synu, to broń wroga” – przestrzegał nt. tym podobnych dr Benway /W.S.Burroughs – Wybuchowy bilet/). Przeczłowieczenie wciąż majaczy daleko na horyzoncie. Bynajmniej nie coraz dalej.

Aby nie odbiegać za bardzo od meritum sprawy w stronę abstrakcyjnych dywagacji… Czas ten spędziłem głównie wśród złodziei i narkomanów, niejednokrotnie tak zwanej multirecydywy, tzn. osobników po kilku wyrokach.

Program metadonowy w grodzie Kraka pod pewnymi względami groteską zdecydowanie przebija swój śląski odpowiednik. Pozwolę sobie to zilustrować zdjęciem:

progs
fot. Lisia Czapa (Frau S)

Kto wie, być może to na wpół uświadomiony przez wykonawcę wyraz tresury narkomana ku temu, by przywykł do czucia się jak w klatce, efekt jest jednak odczuwalny, zwłaszcza skoro przez pierwszych kilka miesięcy należy codziennie latać po syropek, mający w teorii tłumić głód narkotyczny. Z mojego doświadczenia – metadon faktycznie ułatwia funkcjonowanie, przywracając na swój sposób zaburzony metabolizm opiatowca do względnej równowagi. I to jest najlepsze, co mogę na jego temat napisać. Cokolwiek paradoksalne jawi mi się to, że jedna jedyna osoba ze wszystkich pacjentów była leczona lepszym, nowszej generacji lekiem tj. Suboxonem, zaś metadon jako taki ma najgorsze efekty odstawienne spośród wszystkich syntetycznych opioidów, a proszę mi wierzyć, że boleśnie przekonałem się o tym na własnych kościach – męka może się ciągnąć i ponad miesiąc czasu.

No ale nic, na dzień dobry widzimy kraty i wiemy, że generalnie jesteśmy nieproszeni, a o czymś takim jak toaleta dla pacjentów można sobie pomarzyć w pobliskich błotnistych krzaczorach. Mniejsza o luksusy – kadra pracownicza na szczęście uległa ostatnio wymianie, ja czekam na ostatnią szansę kwalifikacji tj. łaski państwowego przydziału było nie było leku na ciężkie schorzenie, którego bezapelacyjnie jestem nosicielem. Względem pacjentów nie będę pisał nic przykrego – do wielu z nich pałam umiarkowaną sympatią, co nie zmienia faktu, że częstokroć główne zajęcie znacznej części z nich można zilustrować następująco (choć akurat prym świecą nieco inne trunki niż takie “pospolite” winiacze – kult żulowskiego piwa kwitnie w spowolnionej perystaltyce jelit starych grzejników w najlepsze):

fot. Lisia Czapa
fot. Lisia Czapa

Mówi to wszystko bardzo wiele o skuteczności polskich metod leczenia (spójrzmy tfu-tfu-prawdzie w oczy) bezapelacyjnej choroby, jaką jest narkomania, a zwłaszcza uzależnienie od opiatów i opioidów podawanych dożylnie, jak również dysocjantów (arylcykloheksylamin) i beta-ketonów, takich jak popularny w krakowskich kręgach eth-cat (totalnie górujący nad “klasycznym” ścierwem / szmatą / białkiem), a nadto tajemniczy stymulant zwany Młotkiem (“na początku młotek to była Alfa-PVP, teraz nikt nie wie co tam sypią“), do kupienia np. w obskurnej budce rozmiarów 1.5×1,5m, w szemranym ciemnym kącie parkingu. Choć choroba dożylna (który to sposób przyjęcia substancji wielokrotnie urasta do poziomu fetyszu) w swojej opiatowej wersji zdaje się tracić na popularności, sprowadzona do kilku ognisk w kraju (Warszawa, Śląsk i Kraków), wciąż jak mało co obnaża – z braku laku nazwijmy to – ciemnogroctfo współczesnego polactfa. Nawet wysoko tytułowani doktorzy, w konflikcie z młodą, inteligentną twarzą, w trymiga eksponują co silniejsze pozostałości swojego prymitywizmu, czy też zwyczajnego braku ludzkiej klasy. O tym jednak innym razem lub wcale.

Zanim dojechało mnie walcem tzw. wielce szanowne Rzycie, wywiad środowiskowy został poczyniony w zawężonym kręgu – nie mam niestety filmowych zdolności reporterskich i umiejętności zdobywania zaufania nieufnych ludzi w fastfoodowym tempie. W każdym bądź razie, ku mojemu skromnemu zdziwieniu, względnie nierozczarowująca liczba osób z tego szemranego grona (pojmowanego przez polakatolickie shitsowe społeczeństwo jako ostateczne wcielenie degeneratów), zdaje się – w jakiejś na w pół pogrzebanej części samych siebie, dysponować tym czymś, co w „mitologii” Burroughsa jest atrybutem tzw. johnsona; jakkolwiek od tej chlubnej reguły są jakże parszywe wyjątki.

Pozwolę sobie zatem zarysować kilka typów charakterologiczych in personam. Wszystkie pseudonimy i imiona są naturlich fikcyjne, jakkolwiek – za R.A.Wilsonem – pamiętajmy, że ile osób, tyle tuneli rzeczywistości, a rzeczywistość pojedyncza i wspólna wszystkim mniej lub bardziej zainteresowanym NIE ISTNIEJE (a co najmniej wysoce zaleca się brać pod uwagę poważne zwątpienie w realność takiego abstrakcyjnego tworu jak rzeczywistość właśnie – przy czym zaświadczam, że niejednokrotnie pozwala to zachować zdrowe zmysły). Co bardziej wtajemniczonych czytelników przepraszam za przytaczanie takich banałów – wydaje mi się jednak, że powtarzania pewnych źródłowych “prawd” nigdy nie dość, jak również że w gronie czytelniczym dominują neofici (choć jak mi niedawno złośliwie zarzucił redaktor Magivangi – goci siedzący w piwnicach -n/c).

Przechodząc dalej, pozwolę sobie rozpocząć od jednego z podlejszych charakterów z tego grona, tzw. Fifki, choć nijakiej fifki nie używa, liczy zaś sobie na oko 47 zgniłych przedwiośni i wygląda na podstarzałą kurwę / damulkę w jednym, a podła z niej i nader wprawna złodziejka. Złodzieje bowiem, co poniektórym mniej obytym z życiem czytelnikom może wydać się paradoksalne, dysponują swoim pojęciem honoru – ta osobniczka jednak urąga każdej jego niepisanej definicji. Dla przykładu, widząc dobrze rokującego neofitę, rozpoczyna od gadki o wspólnym założeniu ferajny trudniącej się zmywaniem nagrobków, aby zakończyć zręcznym fortelem pozbawiającym nieostrożonego delikwenta towaru, który tylko co z jej lichą pomocą nabył. Fakt faktem, pod tym jednym względem mógłbym się od niej sporo nauczyć, a życie ulicznika wymaga niezbyt chlubnych umiejętności.

Następna persona to niejaki pan Leszczak – wiecznie nieogolony, długowłosy dyslektyk, żyjący przeważnie w baraku o 3 ścianach – samego lokum nie widziałem, choć przyszło mi z nim nocować wespół z jeszcze paroma jednostkami ściśnięci jak te śledzie – ciekaw natomiast jestem, czy brak 4-tej ściany dopuszcza możliwość palenia ognisk. Leszczak to w głębi duszy poczciwy, a jednak – kurwa – poryty siłą rzeczy alkoholik. Trudno mi stwierdzić, czy jest na tyle ociemniały, ażeby nie łapać, że z jego kwiecistych wypowiedzi trudno wyłapać uchem więcej niż jedną trzecią – grzeczność nakazuje jednak przytakiwać i udawać zrozumienie; na ile byłem w stanie podłapać, gro z tych quasi-monologów traktuje o niczym i przegranym życiu, łamane przez multum tematów, w których uważa się ze specjalistę. Pytanie brzmi, czy to jednak biedny, chory poczciwiec – w kontekście tego, co się uważa za „zdrowe” w dzisiejszym zgniłym trupim jadem systemie, czy też jednak w moim gnostyckim przeźroczu można w nim odnaleźć coś z ducha wczesnych średniowiecznych heretyków. Nie chcę się zapędzać – element męczeństwa wszakże jest obecny; jeszcze niedawno pokazywał mi potworne siniaki, które zarobił pijany od emisariuszy polskiej służby zdrowia w postaci ratowników medycznych.

Trzecia osoba, wysoki brunet, buzuje ustawicznie alkoholową agresją, ogarniętą w ryzach do słownych ekwilibriów, zaznaczając swą męską dumę i kreując się na duszę / autorytet najczęściej obsiadującego kurwidołek towarzystwa. Pomimo tych wad wydaje się honorowym chłopem, a wiadomo mi też, że na skutek pomówień innego z długostażowych pacjentów, odkiblował parę lat w piecu. Ten ostatni to tzw. pacjent dzienny czy pacjent na dzieńdobry – powinien dostać medal za ustawiczne przychodzenie po metadon tuż po otwarciu wydaj-okienka. Później czmych i może przychodzić cała reszta ferajny.

Czwarta persona stała się dla mnie prawdziwie pomocnym kumplem, mimo zrytej bani – z uwagi na spędzenie 1/3 życia w więzieniu i on sam raczy wiedzieć czego ponadto – chorobliwy złodziejaszek i dobry wałkoń, a może i nawet dobry duszek, nie pozbawiony sentymentów natury duchowej, acz z więziennym skrzywieniem i okropnym przywiązaniem do wiecznego napierdalania młotków. Zanoszę mu rakiety za kraty i gdy już wyjdzie być może pomogę w ataku frontalnym na bandę cweli, którzy z jego lokum – po śmierci właściciela w kryminale – uczynili uber przypałową metę.

Oh, stfurco, też mam moce stwórcze i choć wg. danych medycznych względem dawek śmiertelnych (przyjmowałem takowe na wpół rozmyślnie, bez najmniejszego jednak planu, ani obawy) straciłem już kilka – jeśli nie wszystkie (od czasu rozpoczęcia pisania tego eseiku zaliczyłem kolejne 2 zapaści via depresję oddechową), coś mi mówi, że nie wyczerpię wszystkich, dopóki nie odrąbię Ci ręki usiłującej ugiąć mój kark, bym pełzał świńskim korytem w imię samozaprzeczenia.

Tyle w tym odcinku – skąd taki tytuł, niech pozostanie wciąż zagadką. Zainteresowanym radzę zaglądać tu od bezczasu do czasu. Co się urwie, to nie utonie, a co utonie, tego nie rozdziobią krucy z wronami. Heilige Kot i Młot und Tod.