Felieton socjopatyczny lub dlaczego plwam na Polskę

“Odzyskaj swój umysł i wyrwij go z łap inżynierów społecznych, którzy usiłują zamienić cię we na wpół-usmażonego idiotę konsumującego cały ten śmieć, który zostaje wyprodukowany z kości umierającego świata.”

– Terence McKenna

W życiu (a)społecznego wykluczeńca, a żaden profil osobowościowy jak socjopatia / zespół aspergera i schizotypowe oraz psychotyczne zaburzenia osobowości (już nie daj boże pogłębione politoksykomanią), nie predysponują w takiej mierze do zostania punktem ogniskowym represyjności polskiego zaplutego – na poły materialistycznego, a na poły skatoliczonego społeczeństfa – zdarzają się sytuacje niezwykłe, dające wgląd w coś co określiłbym jako całościowy obraz tegoż społeczeństfa z naciskiem na aspekty nietolerancji, nieufności i lęku. Tak oto postanowiliśmy zilustrować obraz, jaki się wyłania z szeregu zebranych przez nas doświadczeń.

N. i G. od około 2 miesięcy utrzymują się z drobnych kradzieży produktów spożywczych, sprzedawanych następnie po połowie ceny. Na początku bywało bardziej drastycznie, gdyż N. po przyjeździe do grodu spotkał starego kamrata – złodzieja, który pokazał mu dostęp do kryształu – narkotyku o potencjale uzależniającym większym od heroiny, wsysającym w okamgnieniu i odbierającym resztki zdrowego rozsądku. W sytuacji, gdy G. zadzwoniła z pracy do N. z informacją, żeby nie pokazywał jej się na oczy bez następnej działki, N. zachował się tyleż brawurowo co idiotycznie, bo podał sobie ten cały rzekomy mefedron (Abraxas raczy wiedzieć co naprawdę wchodzi w skład tego specyfiku, w każdym razie zawiera składnik halucynogenny, który podziałał na N. jak robal na diabelskiej wędce), usiłował skraść jednego dnia alkohol na wartość ok. 1000 zł, niestety został wychwycony na monitoringu i skończyło się trzepaniem na komendzie. Od tamtej pory N. zwiedził zdecydowaną większość lokalnych komend. Przy czym pragnąłby zwrócić uwagę na skuteczność tzw. resocjalizacji w odniesieniu do osób z podwójną diagnozą (uzależnienie psychoaktywne ze współwystępującymi zaburzeniami / chorobami psychicznymi, a są to zaburzenia wczesnodziecięce i uprzednie względem nałogu), ale nie tylko. Po wyjściu na obrożę po pół roku na oddziale terapii od środków psychoaktywnych w Rawiczu N. poczynił pierwsze kroki na drodze, która przywiodła go do zostania złodziejem – i w tamtych okolicznościach alkoholikiem zarazem. Dalsze 4 miesiące odsiadki nie przyniosły żadnej korzyści, bo jaką korzyść można wyciągnąć z izolacji w warunkach uwłaczających godności ludzkiej i przebywania z patologicznym elementem społecznego marginesu.

Po opuszczeniu ZK w Hajnouce 27 marca b.r. próbował ze wszystkich sił uzyskać uczciwe źródło zatrudnienia, jednak z każdego miejsca zostawał przepędzony po kilku dniach (firmy zajmujące się zakładaniem ogrodów, stolarnia) i to obiektywnie rzecz biorąc nie z powodu niskiej wydajności w pracy, lecz z powodów osobistych, a ściśle rzecz biorąc niezrozumienia i wrogości wobec człowieka z wysokofunkcjonującym autyzmem. Do zostania złodziejem doprowadziły N. 3 czynniki: nałóg, wrogość ze strony społeczeństwa i marginalizacja z jego strony, brak wsparcia ze strony rodziny. Nie przeceniałbym tu wagi żadnego z poszczególnych czynników.

Niedawno N. podjął się pracy na magazynie odzieżowym, już na rozmowie kwalifikacyjnej informując szefa, że jest pacjentem programu suboxonowego, w zw. z czym nie może pracować w standardowych godzinach – od 7 do 17- musi bowiem codziennie od 7.15 do 16 pojawić się celem pobrania leku hamującego głód narkotyczny. Szef mimo to zdecydował się na zatrudnienie go. N. był rozradowany widząc, że spokojnie wyrabia się z wykonywaniem powierzonych obowiązków, i pod wpływem farmakologii na tyle rozluźniony, że wśród młodych współpracowników popełnił karygodny błąd zdradzenia na swój temat paru faktów, które powinien zachować w sferze tabu. W rezultacie narobiło się szumu wokół nowego pracownika i na drugi dzień szefuńcio podziękował mu; na pytanie, czy tu czasem nie chodzi o względy osobiste odpowiadając, że nie może udzielić odpowiedzi. N. wobec tego poczuł się potraktowany przez rzycie kolejny raz butem po twarzy, bowiem mocno zależało mu na tej pracy, zwłaszcza że z partnerką spodziewa się potkomka. Poczuł się jakby wśród ludzkiej / polskiej trzody, gdziekolwiek nie postara się o pozyskanie środków na życie, zawsze ale to zawsze znalazł się jakiś dupek – konfident, uniemożliwiający mu to; wypustka nadzorczego systemu. Odreagował to z kryształem, kalecząc się niby z przypadku. Rana okazała się na tyle szeroka, że jucha buchnęła na całą dłoń. Wymazał sobie runę Thurisaz na czole i rozebrany do pasa wszedł do kościoła, gdzie narysował odwrócony fyrfos pod czaszką ze skrzyżowanymi piszczelami i zaznaczył to plamą swojej krwi, podobnie czyniąc z ołtarzem. Być może w ten sposób ściągnął na siebie uwagę zarządcy porządku tego śfjata, gdyż wkrótce potem N. uległ szeregowi nieszczęsnych przypadków.

Otóż N. i G. stali się ofiarami perfidnej co się zowie kradzieży. Siedząc na schodkach przy placówce Monaru zostali zaczepieni przez siwego ekscentryka z bródką, który zapytał, czy może chmurę. W odpowiedzi posłyszawszy, że palimy tytoń, a nie sensi, zapytał czy chcemy zapalić trawy. N. na to naiwnie odparł tak. Przeszliśmy parę przecznic. Typ poprosił o 30 zł i po chwili wrócił z pakietem czegoś, co nie przyjrzawszy się z bliska mogło uchodzić za naturalne palenie. Usiedli na ławce przy ul. Dietla, lucyferyczny gość, który po drodze sprawiał wrażenie zachwyconego poznaniem ciekawych osobników – anarchistów nowego pokolenia i przedstawił się jako Szymon z Zespołu Dauna oraz zapraszał do siebie celem spalenia się i posłuchania dobrej muzyki, wymieszał zawartość pakietu ze sporą ilością tytoniu, co już powinno wzbudzić podejrzliwość N. Ten jednak, standardowo lekkomyślny, przyjął nabitą lufkę, nie przyglądając się zawartości i wziął głębokiego bucha, oddając lufę swojej połowicy. N. pluje sobie w brodę za tą czystą głupotę, bowiem palenie okazało się amnezyjnym dupalaczem, po którym mieli dziurę w pamięci i wrócili do domu bez plecaka z dokumentami, telefonu i pieniędzy. N. ma tylko pojedynczą kliszę w pamięci, jak typ macha mu na pożegnanie okręcając się diabelsko na nóżce. Być może zaprosił ich do siebie i być może wyszli po coś, w międzyczasie zapominając kompletnie wszystko, ale bardziej prawdopodobne, że była to celowa zagrywka i N. nie mieści się w głowie podłość tego człowieczka, jak również podłość producentów jarania z dupalaczy, które najwyraźniej faktycznie jest podlewane muchozolem czy innym ścierwem, bo żaden syntetyczny kannabinoid sam w sobie nie wywołuje takich efektów.

13096138_1756912694542615_3830790110774388302_n

Innym razem N. i G. wyczerpały się leki przyjmowane na diagnozę wspomnianą na wstępie, mianowicie alprazolam. Mimo, że doktor wg. etykiety na drzwiach przyjmuje do 19-tej, tego dnia z powodu braku pacjentów poszedł wcześniej do domu, a było lekko po 18-tej.
Skserowali dokumentację leczenia i za radą sekretarki podążyli na SOR, gdzie skierowano ich do całodobowej opieki lekarskiej z twierdzeniem, że lekarz pierwszego kontaktu ma obowiązek w takiej sytuacji wypisać receptę na jedno opakowanie, zwł. że nagłe odstawienie w/w leków prowadzi do zespołu abstynencyjnego, objawiającego się socjofobią, w porywach do objawów schizofrenii paranoidalnej. Lekarki rodzinne odmówiły wypisania recepty, uzasadniając to tym, że “zespół Aspergera jest chorobą przewlekłą”, na co N. je zrugał, mówiąc że pluje na “pani katolicką moralność, odmawiającą chorym i uzależnionym prawa do ulgi”. Jakiś miesiąc wcześniej przytrafiła się im podobna sytuacja – dyżurna psychiatra odmówiła wypisania recepty, twierdząc, że się spieszy do swojego bachora na komunię śfjętą. Na to usłyszała od G., że i tak jej córka zostanie służebnicą Diabła.

Tak pokątnie nadmienię, że N. za gówniarza był pełen naiwnego instynktu prawackiego. Gorąco pragnął zidentyfikowania z ponadosobową tożsamością narodową, czy etniczną. Wyleczyło go z tego skrajne sparzenie się postawą rodaków-robaków w UK, w wyniku którego mało co nie stracił oka i został bezdomny, a znalazł sobie akurat tuż przedtem dobrą fuchę. Te całe wykolejenie uniemożliwiło mu pozyskanie zawodu leśnika. W rezultacie wielostronnego wykolejenia stał się tym, co praworządny obywatel określa mianem degenerata.

W następstwie odeagowania frustracji i agresji wezbranej w N. w skutek zwolnienia z pracy, rozpoczął się *ostatni* 40-h ciąg na krysztale. W rezultacie tegoż, zmoknięcia na deszczu w środku nocy, jak również być może wieloletniej narkomanii, zwł. N. doprowadził do rozjebania sobie systemu immunologicznego i w wyniku nie zaleczenia zakażonego skaleczenia dostał infekcji ropnej, objawiającej się pojawianiem wrzodów ropnych na twarzy i nabieganiem nawet starych, zagojonych ran ropą, po wypłynięciu której zostały otwarte rany. W międzyczasie G. nabawiła się z winy N. stanu zapalnego dłoni po iniekcji, w trakcie której cienka żyła uległa przebiciu i wobec krwi wciąż pojawiającej się w kontrolce zastrzyk z zolpidemu został podany w całości. Obydwie przypadłości doprowadziły ich na SOR, gdzie N. usłyszał od lekarza, że “usiłował pan doprowadzić swój organizm do końca, ale się nie udało – kolejna szansa od Boga”. Przed opuszczeniem szpitala N. i G. stali się świadkami groteskowej sytuacji – na SOR został bowiem przewieziony starszy mężczyzna brutalnie pobity przez policję, który zadzwonił z policji na policję, zgłaszając uszkodzenie nosa, klatki piersiowej i czort raczy wiedzieć jeszcze czego. Siedział w kajdankach z zakrwawioną twarzą, pilnowany przez dwóch milicjantów.

tumblr_oadgkdtlzi1tm5ooho1_500

W następstwie odreagowania frustracji i agresji wezbranej w N. w skutek zwolnienia z pracy, rozpoczął się *ostatni* 40-h ciąg na krysztale. W rezultacie tegoż, zmoknięcia na deszczu w środku nocy, jak również być może wieloletniej narkomanii, zwł. N. doprowadził do rozjebania sobie systemu immunologicznego i w wyniku nie zaleczenia zakażonego skaleczenia dostał infekcji ropnej, objawiającej się pojawianiem wrzodów ropnych na twarzy i nabieganiem nawet starych, zagojonych ran ropą, po wypłynięciu której zostały otwarte rany. W międzyczasie G. nabawiła się z winy N. stanu zapalnego dłoni po iniekcji, w trakcie której cienka żyła uległa przebiciu i wobec krwi wciąż pojawiającej się w kontrolce zastrzyk z zolpidemu został podany w całości. Obydwie przypadłości doprowadziły ich na SOR, gdzie N. usłyszał od lekarza, że “usiłował pan doprowadzić swój organizm do końca, ale się nie udało – kolejna szansa od Boga”. Przed opuszczeniem szpitala N. i G. stali się świadkami groteskowej sytuacji – na SOR został bowiem przewieziony starszy mężczyzna brutalnie pobity przez policję, który zadzwonił z policji na policję, zgłaszając uszkodzenie nosa, klatki piersiowej i czort raczy wiedzieć jeszcze czego. Siedział w kajdankach z zakrwawioną twarzą, pilnowany przez dwóch milicjantów.

tumblr_mv9jtxmnaw1qe31lco1_500
Esencja polskosci einz

N. i G. wyszli stamtąd o 4-tej nad ranem z receptami na antybiotyki, których nie byliby w stanie wykupić, gdyby minionego wieczoru nie żebrali pod kościołem przy ul. św. Anny, gdzie zapoznali się z kolejnym charakterystycznym zjawiskiem dającym wgląd w obraz współczesnego społeczeństwa polskiego, mianowicie hierarchią sępów kościelnych. Okazuje się, że niektóre parafie przydzielają swego rodzaju licencje na żebranie, a wszystkie inne hieny są bezlitośnie przeganiane. Choć zaczepiła ich chytra babuszka, dopytując o to i owo i życząc powodzenia w zebraniu kasy; jednak gdy zobaczyła, że gromadzą znaczną część plonu, szczuła na nich żebraczą kuternogę, aby ich przegonił; “nie wiesz jak – kulą w łeb i po sprawie”. Za zgromadzone pieniądze udało im się wykupić antybiotyki, a za skrojone nazajutrz kawy dokonać kupna telefonu, paru tabletek i 2 centów metadonu na nieznośny ból dłoni G. Przed kupnem telefonu usiłowali kulturalnie i uprzejmie wyprosić przechodniów o pozwolenie na skorzystanie z telefonu na 2 minuty, celem umówienia się po realizację dogadanego geszeftu. Każdy po kolei im odmawiał, a było tych osób ok. 10 – N. zaczął się zastanawiać, czy swoim wyglądem wzbudza strach, w każdym razie jedyne uzasadnienia jakie uzyskali głosiły, że “nie ufamy ludziom i boimy się, że nie odzyskamy tego telefonu”. Na koniec N. zapytał brodacza siedzącego naprzeciw w tramwaju, po odmownej odpowiedzi pytając dlaczego? – Po prostu, proszę spytać kogoś innego. – Kiedy pytałem już 10 osób i każdy jak leci mi odmawia, czy ja mam wypisane jakieś zło na twarzy? – nie dam panu telefonu – jest pan tchórzem; po tym responsie jegomość nawet nie odważył spojrzeć mu się w oczy i siedział cicho jak myszka do końca podróży. N. naszedł pomysł, aby wyrwać mu jego cennego smartfonika z łap i wypierdolić go przez otwarte okno tramwaju, ale mogłoby to mieć nieciekawe konsekwencje, a N. ma już wystarczająco na pieńku z pokurwionym prawem tego państfa. G. siedząc przy tym tchórzu rzuciła głośno komentarz, że to są jebani materialiści i życzy im – a to nie jest złe życzenie – aby zaznali kiedyś biedy w życiu, bo to ich czegoś nauczy.

tumblr_o5f64nfmdx1tm5ooho1_1280
Esencja polskosci zwei, fot. Gertruda von Sroka

Gdzieś w tych dniach N. wracał samopas z Ronda Mogilskiego, gdzie udał się po odbiór gieta czystego palenia. W tramwaju standardowo próbował narysować taga, na co przypruł się do niego młody indyczek. N. wyprowadzony z równowagi groźbami wezwania policji powiedział, że nie spuści mu wpierdol tylko dlatego, że jest zjarany, na co ten odparł: “masz coś przy sobie? – możesz szybko skończyć na komendzie”. N. pokazał mu wydruk swojej grafiki, mówiąc: “szczujesz człowieka, który jest w stanie ujrzeć i zobrazować takie rzeczy” – “nie obchodzi mnie to” – “pozostawiam cię zatem w twoim okrojonym postrzeganiu, w którym dostrzegasz tylko wątły ułamek prawdziwej rzeczywistości” i wykonawszy gest strzelania palcem pożegnał się z wysiadającą parą. Zdążając z placu centralnego w kierunku swojego osiedla zauważył 4-osobową grupę dresów, wśród których dostrzegł złodzieja, z którym nawiązał znajomość nocą z 2 tyg. temu, gdy malował finezyjnego taga na trzech kontenerach. Zapytał go wtedy, czy nie ma mu się dorzucić do piwa. Typ wyjął otwartą kosę, gmerał w portfelu, z trzęsących się ze strachu dłoni wypadł mu nóż, zapalniczka i pięć złoty – nie zabieraj mi, to moja ostatnia piątka! Ostatecznie dorzucił się 84 grosze do piwa i chciał sprzedać N. swój telefon za 50 zł, choć warty więcej. Umówili się na następny wieczór, jednak pizda stchórzyła i się nie pojawiła. Widząc go z grupą znajomych N. zawołał za nim: “hej, czemu nie przyszedłeś, kupiłbym od ciebie ten telefon” – “a masz pięć dych” – nie – “no to o czym tu rozmowa”. Zaciągnęli go za sobą pod budynek szkoły, gdzie gadka-szmatka, N. powiedział, otwierając zapalniczką piwo, że za każdym razem podczas tej czynności krzywi się z bólu, po tym jak się skaleczył i wymazał sobie krwią twarz, przestraszywszy parę osób. Na to jeden z trepów się obruszył i z przestrachem i potępieniem zarazem wyzwał N. od psychopatów. Drugi wręczył mu 20 zł i wysłał do sklepu po papierosy. Jakie? – “najlepsze, viceroye 100tki”. Wróciwszy z czerwonymi wickami został rozpoznany jako nielokalny, bowiem kibole wisły (?) palą niebieskie viceroye. Wskutek tego rozległy się jakieś spruty w jego kierunku, wobec czego postanowił opuścić towarzystwo. Znajoma pizda pobiegła za nim i wyrwała mu plecak; zaczął się z nim szarpać – “nie będziesz mnie tu kroił kurwiu” – “chcesz to rozpierdolę ci batonem ryja, nie żartuję” – rzekł, wyciągając z tylnej kieszeni dżinsów pałkę teleskopową lub długą kosę sprężynową. N. mógł go wtedy zaatakować, a jego ziomale ujrzawszy, jak sprowadza go na chodnik i napierdala po kłach, mogliby stchórzyć, jednak po raz kolejny się nie przełamał, z obawy że tamtych trzech – stojących 10 m dalej przybiegnie i go przekopie. Cwel wyrwał mu hajs, z czego N. zdołał zachować 10 zł a tamten biegiem wrócił do swoich panów. Na odchodne zawołał, aby N. więcej nie pojawiał się w tej okolicy. Ma jednak inne plany, poszuka go i jak tylko dopadnie samego, nawet nóż czy pałka teleskopowa nie przeszkodzą mu w złojeniu mu jego psiej mordy.

1454745_1582832611950625_6504261095095061889_n

N. i G. nie mogą liczyć na żadne finansowe wsparcie ze strony rodziny, poza opłaceniem czynszu za pokój, pod warunkiem że w przeciągu niecałych 2 tygodni obydwoje znajdą pracę. N. przejadł się polskością, tym całym skatoliczałym-materialistycznym smrodem i brakiem poszanowania dla odmienności osób z zaburzeniami psychicznymi, ciężko doświadczonych przez życie. Jak tylko podpisze jakąkolwiek umowę, bierze chwilówkę na maksymalną kwotę i robią wypad – poprzez agencję pracy zagranicznej lub nie – do Norge, czy też ścieku multikulti – GB, aby tam wyuczyć się norweskiego. I tyle tu ich widzieli, bo w Polsce nie Europa, tylko żopa. o robacy – polacy. Na pohybel!

Katastrof, korekta i wtręty Gertrudy von Sroki

Advertisements

Kolażów trzy

Z racji kryminalnego trybu życia prowadzonego obecnie przez redakcję pisma, nie znajdujemy czasu wymaganego do koncentracji, niezbędnej do stworzenia tekstu pisanego. Ostatnie wieczory zarezultowały jednak trzema obrazami, które przedstawiamy poniżej. Doradzane jest oglądanie kolaży w powiększeniu, po kliknięciu na miniaturę. W planach była również publikacja szeregu mózgotrzepnych fotografii -musi to jednak poczekać do momentu zorganizowania sprawnej ładowarki do starego modelu telefonu.

wolnosced

podszepty

krzywda

bonus: projekt logo klubu poczciwych ex-grzejników

ostatnia

bonus zwei: stary kolaż Sroki:

7

autorzy – Katastrof i Gertruda von Sroka

Bruno K. Öijer – Poezje wybrane {czarny płomień}

Tytułem wstępu:

Moja siostra, obecnie dosyć ceniona poetka (zwł. tzw. poezji kobiecej), znalazła swego dnia w zapyziałym białostockim antykwariacie skromne polskie wydanie poezji Oijera, kosztujące 1,.50 zł, a kompilujące dwa tomy: „Gdy trucizna działa” (Medan giftet verkar, 1990) oraz „Gilotyna” (Giljotin, 1981). Rozkochawszy się w lekturze tych liryk bardziej od niej, w końcu – świadom znikomej popularności poezji Szweda w Polsce – podług własnej selekcji przepisałem ich znaczną część i zamieściłem w którymś numerze Ulvhela. Próbowałem nawet nagrać „piosenkę” do jednego z wierszy, rezultat jednak jest ledwo wart wzmianki. Jakiś czas później książkę pożyczyłem pewnej ciężko schorowanej koleżance (hcv, aids, politoksykomania, bulimia plus szereg diagnoz psychiatrycznych). Koleżance wkrótce przeszło się na drugą stronę, a książka dla mnie przepadła na parę lat.

Tymczasem parę dni temu udało mi się znaleźć kilka licencjonowanych anglojęzycznych przekładów z pięciu więrszy Bruno pochodzących z tomu „Noc” (1976). Z marszu postanowiliśmy podjąć się przekładu tych liryk na polski i jesteśmy zdania, że rezultat jest zadowalający, w czym niewiele naszej zasługi, bo to po prostu wykurwiste wiersze. W paru momentach dosyć dowolnie, czy raczej na przysłowiowego czuja wybieraliśmy formę żeńską miast męskiej, o której to bolączce – jeśli pamięć mnie nie myli, a myli b. często – wspominał tłumacz “Gdy trucizna działa” w posłowiu.

Oby twórczość Oijera doczekała się godnych wydań w tym przykrym kraju, nawet jeśli miałaby to być spóźniona, opasła kniga. Rad bym nad taką popracował, brakuje tylko znajomości, w tym znajomości szwedzkiego. Tyle przynudzania, czym  prędzej przejdźcie do lektury i bądźcie oczarowani!

P.S. Najwyraźniej przeoczyłem gdzieś zaznaczony wielkimi literami przepis, uniemożliwiający na wordpressie stosowania tabulatur. Poezja jednak często na tym traci, tak się więc niefortunnie składa, że wordpress nie popiera sztuki operowania słowem. Jeżeli znajdzie się ktoś z poważniejszym podejściem do sprawy, angielskie, jak i oryginalne – szwedzkojęzyczne wersje pierwszych pięciu z poniższych wierszy, nieokrojone z właściwego im przestrzennego rozmieszczenia wersów, dostępne są na stronie kwartalnika online Action Yes.

S

z tomu:

NOC

PRAGNĄŁ CIĘ

Pragnął cię tak mocno
Że odciął
Wszystkie swoje palce

I wystukiwał twój numer swoim językiem

Teraz bezustannie
Słyszy twój cudowny śmiech

 

DOPÓKI CIĘ MAM

Dopóki Cię mam,
Moja dziecino whiskey
Wystarczy że
Obrabiam własne kieszenie

Nie chcesz być widziana
Nie chcesz straszyć ludzi

Ale czy muszę spalić
Wszystkie zółte tkaniny
które porozrzucałaś nad nami

i Słońce
nie jest pozwijanym prześcieradłem

Dopóki Cię mam
moja dziecino whiskey

 

TOCZYŁEŚ CZASZKĘ

Toczyłeś Czaszkę
w dół góry

Siedziałem tu
od nocy do świtu
nie dotykając cię

Nie umiem opowiedzieć
skąd pochodzą
wszystkie głosy

Nie mają najmniejszej Szansy

 

NIE OBCHODZI MNIE TO

Nie obchodzi mnie to
Jeśli mnie zostawisz
Wciąż mam twoją wygiętą
łyżkę
Upewnij się by zapamiętywać rzeczy
których zapominaliśmy czynić

Myślałaś że byłem pierwszym
ale w każdym oknie
tam wisi ukrzyżowany człowiek
ukamienowany przez słońce

i błogosławi     wszystkiemu co umiera

 

BIAŁY ADRES

Sekundy twojego profilu
iskrzą wewnątrz mojego ręcznika

Syn bostońskiego dusiciela
Wrzuca ulice
do swojej torby podręcznej

Muszę wybrać
Twój adres
Z wnętrza pudełka tabletek nasennych

Kładziesz dwa jajka
W swoim antycznym biustonoszu
Karmię Cię muzyką
Lecz Usta
Nie przestają odgryzać sznurka
Nie ma Niczego
czego bym w Tobie nie kochał

Myślę, że już czas
aby przybić niebo do ściany

Gdy wyskrobują
w więzieniu cegły

Jesteśmy przebrani za chmury

 

UWIEDZIONY RAZ JESZCZE

Kiedyś zanotowałaś
słowo Zima
na swojej kartce

Teraz masz
mi coś nowego do zaoferowania

Zakrzyknąłem twoje imię
na zewnątrz
Nastawiłaś muzykę

Politycy i inne zwłoki
Zwisają z wieszaków na płaszcze
W Twoim korytarzu

Trzymasz globus
przed twarzą
i nakładasz makijaż

Krew pasuje do Twoich ust

 

MOJE POCHODZENIE

Napisała:
“Nie szanujcie kobiet
i mężczyzn, którzy rujnują i niszczą”

Wydała
Ostatnie swoje pieniądze aby nadać list
i przesiąknęła podłogę
Niczym baletnica
Bez najmniejszych oklasków

Czekała
Niebiosa przekroczyły jej ciało

Siostry i bracia
wyszli po skrawki skóry
i następnego dnia
Życie toczyło rękawicę
Wokół jej nadgarstków

Zmuszono ją
By stanęła na wozie przyczepy
Ludzie wzdłuż chodników
Pluli nad jej drobnymi butami

Powiedz nam
o swoim pochodzeniu, rzekł Prokurator

Narysowała
kwiat Pejotlu

i szepnęła

Jesteście Niewidzialni

Czekała

Strażnicy przekroczyli jej  ciało

 

S

z tomu:
GDY TRUCIZNA DZIAŁA’

***
dlaczego widzę ją
tak wyraźnie, fioletowy zapach
wiedzie do wnęki z łóżkiem
gdzie z głową pochyloną nad ciałem
wgryzła się w swoje serce w
ostateczny sposób

***
może przeszłe lata

szelest drapieżnego ptaka na grzbiecie
późniejsze uczucie wstrętu
kiedy go wyniesiono

a trawa podnosi się znowu
wyczekuje

 

***
nie wolno mi zapomnieć
i nie zapomnę
że odejście moje nabrało mocy

opętańczy kolor
przewodząca prąd ciemność
otwiera się, śpiewa chwilę w moim spojrzeniu
kiedy odwracam się na pięcie

i daję życie

opętańczy kolor przewodząca prąd ciemność
opętańczy kolor
przewodząca prąd ciemność

 

***
próbuję sobie przypomnieć
po raz pierwszy przyłapany zostałem
przez nierzeczywistość ludzkiej egzystencji
gdy ujrzałem ich poruszających się w oknie
nad samym środkiem ulicy
i dziwiłem się co ich napędza
co zmusza iść dalej
ale tym razem
czuję tylko potworne zmęczenie
gdy miasto i światło wieczoru zwyciężają
i wtulają mnie w kolebiący klang
prehistorycznego żalu
który powoli wibruje i zanika
między ścianami pokoju

 

*****
co zapamiętałeś:

czarny niemowlęcy wózek

potem szum topoli i klonów

który zdąża w ciebie

 

***
widzę wysokie drzewo
i mężczyzn którzy je mordują
widzę jak się zbierają
wokół obalonego pnia
i włamują
między gałęzie i koronę liści przed nadejściem zmierzchu widzę
ich półnagie podniecone ciała
chodzące wkoło i kopiące w
miękki szum, w zielone resztki
owalnej kobiecej twarzy

 

***
płaczesz głośno i gorzko
przy stole który wstawiłaś do siebie samej
pejzaż przed nami
nie jest niczym więcej niż żużytą płachtą namiotu
wdychaną i wydychaną z
namalowanymi nań jeziorami, językami grząskich pól i
oranżowej barwy łuszczącą się chmurą
znam reguły
muszę trzymać z dala wszystko co przeszkadza
dopóki istnieje choćby tylko znak że
zaczęłaś odchodzić
i że robisz dobrze odchodząc

 

JAK DŁUGO 

od samego początku się z tym kryłaś
wstawałaś przed świtem
i gładziłaś blachę parapetu
w tym ciężarnym pustym pokoju
może cię kocham
może cię nigdy nie kochałem
nie myślę takimi kategoriami
już dawno zrozumiałaś
dlaczego wierzyć w coś to tyle
co odpędzić to
i jeszcze raz zhańbić

żaluzje
ruchome zaułki cienia na twoim ciele
gdy skręcałaś tytoń
i dmuchałaś dymem który złe duchy
wzbijały w zamian za twoją duszę
nie ma nic chorego
w tym co mówią moje przeczucia
że zaczynasz i kończysz się tutaj
i że nie ma
żadnej innej wojny, która mnie obchodzi

mogę przebudzić się poza zasięgiem
mogę czekać dopóki
zimny skrzący pył nie opadnie
jak długo byłaś otoczona ludźmi
którzy żyją wyłącznie z zaprzeczania siebie
od urodzenia
sposób ich życia był dla ciebie jasny
i że nie myślisz wieść go dalej
przywiązani do swojej małości
do myśli o sobie samych jako ofiarach
nigdy ci nie wybaczyli że
poskładałaś to koło z wszystkiego co ich hamowało
poniżało i co tłumili w sobie

 

BEZSENSOWNY GORĄC

nie ma znaczenia kto
z nas umarł
lub jak wywróciłem swojego króla
nie pamiętasz mnie
najwyżej huśtaliśmy się tam gdzie ziemia
marzyła o krwi

dojrzałem cię wtedy gdy
wyłoniłaś się z obrazu
splatałaś mocno kwiaty
wokół mojej głowy
jakby moja głowa była ziemską kulą
i nie mogła utrzymać kwiatów
przez dłuższy czas

ten bezsensowny gorąc
z wszystkiego co bezsensowne
rozbiłem kopułę nad
moim ciałem
chłodną białą kopułę
z rubinowymi kawałkami szkła

dałaś mi coś
nie kłamię w takich razach
mówię nawet żal ma ramiona
które cię obejmują
nie możesz się zabliźnić
w świecie którego nigdy nie rozbiłaś

 

***
nie zakładam się
zajęło mi to zbyt wiele dni i nocy, żeby
wyrazić płomień
absolutnie zbyt wiele dni i nocy, abym miał
wycofywać z niego rękę

czego bym nie oczekiwał
żyję krótkimi jak mgnienie oka chwilami
lubię właściciela baru tego wieczoru
i zgrzyt wilgotnej posadzki
gdy odwraca stołki do góry nogami
mówi mi to że zostałem ostatni
i że nie chodzi tu o samotność
ani o ten brak samotności który stopniowo
mnie niszczy i odbiera mi władzę

 

***
mówi że w dalszym ciągu zostało mu sporo do roboty
tego wieczoru gdy siedzimy naprzeciw siebie
w jakimś tymczasowym mieszkaniu po drugiej stronie atlantyka
słyszę jak opowiada o wszystkim z czym musi jeszcze zdążyć

teraz gdy już po wszystkim i jego już nie ma
myślę o tym jak kręcił się po tamtym mieszkaniu
z krwią i dżinem w sobie
i jak ciężko pracował nad swoim zniknięciem
i bał się że mógłby nie
zdążyć z doszczętnym swoim zniknięciem
i że ja mu pomogłem, rzeczywiście mu pomogłem

 

***
rozchodzi się plotka o tych
którzy zebrali się przy pace ciężarówki
i opuszczali wysokie ciężkie fotografie
czarno białego deszczu
oraz ustawiali je pionowo w górę
w kłębiącym się piachu

 
***
najbardziej małomówny między wybranymi
zagrzebuje parę obrączek
pióro myszołowa i dwie stalowy tabliczki
z odciskami palców swojego dziecka
przy zboczu
gdzie wieczór jest 300 razy silniejszy

niż na ziemi

 

***
kroki o trzeciej nad ranem
ważna wiadomość wsuwa się
przez szparę w drzwiach:

istnieliśmy czasami
to mnie już nie przeraża
podobnie mało
jak to że wybrałaś mnie
zamiast kogoś
kto stał pod październikowym księżycem
z błędnymi oczami

 

SPECJALNY STRÓJ

wydaje się że na twarzach gromadzi się kurz
wydaje się że mnie duszą bezwartościowe słowa

wydaje się że okna stają otworem
wydaje się że wypełniłaś pokoje gdy wszyscy wyszli

wydaje się że sokół krąży nad tobą
wydaje się że jamy twego głosu ziały w moją stronę

wydaje się że odmawiam być zgładzony
wydaje się że powiedziałem nie mojej rasie
wydaje się że to stara historia
wydaje się że to wzór na specjalnym stroju umarłych
wydaje się że pokazywany jestem samemu sobie jak ty pokazujesz miejsce
gdzie zajmowałaś się wiatrem, masami wiatru

 

UKŁADAMY CZARNY PUZZEL

doszedłem do władzy
powiedziałem zielone pisać niebieskie
a wieczór jest długi
gdy mierzy w swoją skroń

blaty barów
sztylety neonów
słyszę płatną miłość odwołującą usługi
a ty mieszkasz ciemno, ciemniej niż myślisz
twoje serce bije ciebie

pamiętam kiedy muszę
drzewo było wyższe od najwyższych
chorzy ciągnęli losy
o to kto uzdrowi kraj

wiesz co jest grane
osiodłałem moje imię
ujeżdżam ranne zwierzę
i nie ma żadnych reguł
kiedy układamy ten czarny puzzel

spostrzegłem kim jesteś
przestworza odwodzą zimny kurek
szmaciana lalka mruży oczy których brak
i dopiero we śnie oddajemy się sobie
wiem że wiosłowałaś
każdej nocy wytrwale
aż znalazłaś się wreszcie poza zasięgiem wszelkiej pomocy

NAWET GDY WSZYSTKO SIĘ SKOŃCZY

dawno temu
osiedliłem się tutaj
i wyglądałem nad dachami domów
fala
europejskiego zmierzchu
podkłada ładunki pod miasto
i płynie przeze mnie w dal
podczas gdy trucizna działa

nigdy nie opuszcza mnie
wściekły głód
wiem co nieco o krokach
wokół podziemnej wazy
z pieniącymi się niebiesko kwietniowymi kwiatami
i głoduję
dokucza mi głód sprawiedliwości
godności
cierpię głód przepaści
co wytrzyma
i wiem że ty głodujesz

nawet jeżeli wszystko się skończy
to nie odwróci swojego spojrzenia
dworcowe hale i deszcz
były mocarstwami w moim życiu
podszedłem do siebie
objąłem ramieniem moje plecy
z uczuciem że
czekaliśmy dostatecznie długo
że ja miałem właściwy klucz
do tajemnicy

cierpię głód przepaści co wytrzyma i wiem że ty głodujesz
cierpię głód przepaści co wytrzyma i wiem że ty głodujesz

***
śnisz
i budzisz się wystraszony
przeczułeś zasięg
chorej Ręki która pobiera miarę
z odgrzebanych
gnijących promieni

słońca

 

****
smród wilgotnego brezentu
miasta wzdymają się od tłumionych myśli
o śmierci, smród kłamstw
smród twarzy, ktore potrzebują innych
by się pokazać

 

***
złośliwa radość
tętniła pod ich skórą
kiedy kręcili się
po mieszkaniu
i wylewali całe światło
które zostawiłaś po sobie

 

***
dom bez wnętrz
liczyłaś że będziesz przechodzić z jednego
pokoju do drugiego

brakuje mi nie tylko ciebie
brakuje mi właściwie beznadziejności twych wysiłków
by zrzucić z siebie masę dziedziczną wszystkich
którzy trwonili swój czas by żyć na świecie

 

***
elektryczny deszcz iskier z postaci
które zamknęły się od środka
wymyślając bezpiecznik
do wielkich mroków jesteśmy warci

ze zbioru:
GILOTYNA

 

KONFETTI

jesteś piękna - odkryłaś, że zawisła wielka choroba nad moim krajem
jesteś piękna – odkryłaś, że zawisła wielka choroba nad moim krajem

XXXVI

jesteś piękna
odkryłaś
że zawisła
wielka choroba
nad moim krajem

XLIX

pięć dni
bez opuszczania łóżka
duży, biały
wilczur
nie chce lizać już mojej ręki

LIX

starszy
płaczący mężczyzna
którego nie znam
dzwoni do mnie
i opowiada jakie
to przykre
że nigdy nie istniałeś

LXXXV

zbłąkany
na bezludej, pustej
równinie
słyszysz drzwi
zatzaskujące się
z gwałtowną siłą

XCVI

duchy
piją moją
głowę
w tej suchej krainie

duchy piją moją głowę w tej suchej krainie

CXVII

baletnica
i dwa
arlekiny
każdy o różowych rzęsach
siedzieli w plecionych fotelach
na strychu, wznosili toasty
czarną kawą
podczas gdy lata opadały
jak ciężkie, dojrzałe lata w ogrodzie

 

CXIX

komnata
opuszczone żaluzje

oddychasz, z
dłonią na klatce piersiowej

czy to klonowe liscie
wznoszą się i opadają nad bulwarem

 

CXXIV

poziomki w moich ustach
srebrne kule w twoim sercu

nie płacz, powiedział jakiś głos
nie płacz, wielu zamierza uciec tej nocy

 

KUSZA

pół godziny
przed egzekucją

dostrzeżono
że oczy chłopca były ciężarne
potem
masyw górski zwijał się w konwulsjach
na obrazach
starych mistrzów

 

INCEST

diabeł napisał do mnie list
diabeł przychodził do moich drzwi
diabeł obsypywał mnie prezentami
diabeł zrobił miejsce w swoim łóżku

jak mi ciebie brakowało
jak mi ciebie brakowało
***
Helena
siedziała i
gapiła się w ścianę

to mnie rani
że reszta
odrzuciła po prostu swoje życia

Helena siedziała i gapiła się w ścianę

SEN

posłańcy przychodzą, posłańcy odchodzą

w japońskiej miejscowości górskiej
zaparłeś się ramieniem i wywróciłeś
słup ognia na papierowe niebo

posłańcy przychodzą, posłańcy odchodzą

w Wiedniu siedziałeś
ukryty pod gałęzią gruszy
i rozpuszczałeś jasne, okazałe gmachy
jak tabletki w szklance
musującej wody

 

BARYTON

jakiś taksówkarz
zabiera mnie przy Washington Square Park

przeciskamy się wzwyż nocy
przeciskamy się wzwyż migoczących, smutnych alei

mówi:

potrzebujemy więcej niewidzialnych
tego właśnie potrzebujemy
potrzebujemy całego miasta z niewidzialnymi ludźmi

potrzebujemy całego miasta z niewidzialnymi ludźmi
potrzebujemy całego miasta z niewidzialnymi ludźmi

WĘDRÓWKA DUSZ

twój przyjaciel Hitler
jest samotny dzisiejszej nocy

próbuje różnych rzeczy
próbuje wynosić muchy do ogrodu

próbuje nałożyć błękit na swój pędzel
próbuje podsunąć dwa klocki pod ręce dziadka

twój przyjaciel Hitler
jest samotny dzisiejszej nocy

WZIĄŁ MNIE NA STRONĘ

zatopione w słońcu pomniki
zimny zielony welon
siedzi w Ogrodzie Luksemburskim
i pisze do ciebie list:

Paryż 10 maja 1804

kochanie,

mój stół jest pusty a armie zmęczone
zażywam długich, samotnych spacerów nad wodą
kupiłem jabłko, które było ciężkie jak żelazo
prosiłem ludzi w kawiarniach żeby zostawili mnie w spokoju
miałem dziwny sen
śnił mi się Cesarz
skaleczył się w palec i nie chciał żadnej pomocy
wydawał się wystraszony, prawie piękny
szliśmy po podłodze która była sztywną, lakierowaną suknią
wziął mnie na stronę i zaszeptał:

“pamiętaj mnie,
pamiętaj mnie, ci co wypróżniają spluwaczki
będą władać”

kochanie,

nie mam nic więcej do powiedzenia
coś ciężkiego wróżącego nieszczęście wisi w powietrzu
coś czego nie jestem częścią
wczoraj znalazłem szminkę na kołnierzu
wczoraj słyszałem to znowu
wczoraj słyszałem kroki na loncie między
życiem a śmiercią

 

HEJ ANIELE
(Noc Bez Premii w New York City)

hej aniele, słuchaj
hej aniele, posłuchaj pięknego człowieka
posłuchaj pięknego człowieka który nie wierzy w nic

hej aniele, jestem taki jak ty
noszę niebieskie perły na przegubie dłoni
i jeżeli przyjdzie znowu zima
wepnę złotą obrączkę w moje ucho

hej aniele, słuchaj
jesteśmy w końcu XX wieku
jesteśmy w końcu XX wieku i nic się nie dzieje
hej aniele, jesteśmy w końcu XX wieku
i wszyscy szukają szczęścia póki buty nie przegniją

hej aniele, mówię prawdę
hej aniele, śmierdzę podróżną torbą i tanim bourbonem
ale Nowy Jork jest w porządku, ni mniej ni więcej
hej aniele, to takie proste
tego kto przespał się z życiem karze się
tego kto przespał się z śmiercią czci się i nagradza

hej aniele, znaczysz dla mnie dość dużo
ty i jeszcze paru innych
którzy są kryminalnie zakochani w tym co zowie się nadaremno

hej aniele, słuchaj
może jestem dobry lub zły w łóżku
może opieram się o kwiaty na tapecie
ale widzę krew wzdłuż Bowery z mojego okna
i flipper zwrócił się przeciwko mnie
hej aniele, zdaje się że kule przeciekają przezeń

a ja szukałem czegoś do szukania
a ja szukałem czegoś do szukania
a ja szukałem czegoś do szukania

a ja szukałem czegoś do szukania

hej aniele, opada ranek
na gazetowy papier i rozbite szkło
nie mogę powrócić
nie mogę iść dalej
nie mogę pozostać
hej aniele, jestem tak wolny jak szerszeń
który utknął w obrotowych drzwiach wielkiego banku

hej aniele, nie natrząsaj się ze mnie, wiesz czego chcę
hej aniele, ulice są puste i spłukane
hej aniele, wszyscy pociągnęli na wojnę
hej aniele, przejdź tutaj i połóż swoje ubranie na podłodze

posłuchaj mnie
posłuchaj pięknego człowieka
posłuchaj pięknego człowieka który nie wierzy w nic

hej aniele, jestem taki jak ty
palę dziesięć Pall Maili przed śniadaniem
biorę taksówkę do parku i płacę wystrzępionym liściem
hej aniele, jestem szczodry dla mych oczu
hej aniele, funduję moim oczom tak ach tak wiele karatów
widzę otwieraną bramę wesołego miasteczka
widzę jak wszyscy wbiegają i zbierają pleśń z cyrkowego namiotu

hej aniele, mówię prawdę
hej aniele, noszę z sobą wyjedzoną skórę z pomarańczy
przepełnioną popiołem z papierosów
trzymam pomarańczowy szkielet blisko mej piersi
hej aniele, popiół drży od uderzeń mego serca
nie chcę prosić o wybaczenie
nie próbuję przeciągnąć jej lub jego na moją stronę
nie zamierzam przyjąć pracy czy patrzeć jak ktoś idzie do swojej
nie będę naśladował kogoś kto nie był nigdy prześladowany

hej aniele, stoję tutaj
i zdmuchuję kilka gramów popiołu z mojego okna
nie słyszę jak ląduje w dole na East Houston Street
ale światu do twarzy w tym co z nas zostaje
a puste ulice robią ze mną co chcą
hej aniele, dni przychodzą, później noce
i nic nie poradzę
ten co poluje ucieka a ten co ucieka jest na polowaniu

hej aniele, nie musisz się ze mną zgadzać
ale te niebieskie perły oświetlają moją drogę
nie twoją czy kogoś innego

hej aniele, to takie proste
niektórzy myślą że dzikie maliny smakują najlepiej w nocy
niektórzy rysują poduszki na brooklyńskim Moście
niektórzy żądają wyostrzenia drinków
zanim walka byków się rozpocznie
niektórzy schodzą w dół pierwszej Avenue
i balansują kroplami letniego deszczu na klindze sztyletu
niektórzy drogo płacą żeby znaleźć się
w następnym tanim wydaniu “kto jest kto”
niektórzy wabią słonce torebką pralinek
i nagim udem
niektórzy oglądają fajerwerki rozkwitające nad Chinatown
jak krople czerwonej szminki na rękawicy śmieciarza
niektórzy,
niektórzy wierzą że znaleźli wyjście

hej aniele,
nie będę cię zamęczał
nie zamierzam odpoczywać długo przy twoim boku
hej aniele, jedyne czego chcę
to wpełznąć na górę i wejść w twoje ciało

hej aniele
hej aniele, jesteśmy w końcu XX wieku
jesteśmy w końcu XX wieku i światło odchodzi
jesteśmy w końcu XX wieku
a życie jest tak ciasno zapakowane czułością i solidarnością
że lejce wrzynają się w skórę
i zmuszają konie by skręciły w drogę przy rzeźni

hej aniele, szukałem czegoś do szukania
hej aniele, szukałem czegoś do szukania
hej aniele, szukałem czegoś do szukania

posłuchaj mnie
posłuchaj pięknego człowieka
posłuchaj pięknego człowieka który nie wierzy w nic

hej aniele, zwołajmy ludzi
i opowiedzmy o naszej miłości
powiedzmy im że spotkaliśmy się przez przypadek
by przeżyć szczęście we wzajemnym rozejściu

hej aniele, dni zwyciężają, później noce
a flipper zwrócił się przeciwko mnie
zda się że kule przeciekają przezeń
jak błyszczące świdry przez czaszkę Boga

hej aniele, Nowy Jork jest w porządku, ni mniej ni więcej
hej aniele, to takie proste
ten co marznie pali swój dom
ten co marzy o sprawiedliwości cierpi na bezsenność
i musi ukazywać się chory i blady

hej aniele, jestem taki jak ty
niewiele mi trzeba
wystarczy łańcuch górski i klepnięcie w ramię
hej aniele, czasami dostaję dobrą kartę
czasami mam ich w bród
ale tacy jak ja prowadzą grę
w której wygrana zbyt ciężka by donieść ją do domu

hej aniele, tacy jak ja ciągną od baru do baru
tacy jak ja szydzą z przyszłości
i ogrzewają ulicę swoimi krokami
hej aniele, tacy jak ja nie mają czci dla niczego
tacy jak ja kładą kawałek lustra na ziemi
tak by planety mogły podziwiać swój makijaż

hej aniele, płyń śródmieściem, wiesz na co mam ochotę
hej aniele, nie ma strachu
to tylko dzień św. Walentego i łzy
pukają do Hudson River
hej aniele, wyobraź sobie cały wieczór
wyobraź sobie cały wieczór i ani jednej premii

hej aniele, jesteśmy w końcu XX wieku
jesteśmy w końcu XX wieku i ty musisz karmić ptaki
jesteśmy w końcu XX wieku a ja słyszałem
o ludziach którzy wreszcie znaleźli swój dom
nie chcę się wtrącać ale teraz błądzą po pokojach

a ja szukałem czegoś do szukania
a ja szukałem czegoś do szukania
a ja szukałem czegoś do szukania

wysłuchaj mnie
wysłuchaj pięknego człowieka
wysłuchaj pięknego człowieka który nie wierzy w nic

hej aniele, jestem taki jak ty
hej aniele, zawsze jest wieczór kiedy się budzę
hej aniele, leżę i widzę zasłony poruszane przeciągiem
hej aniele, to takie proste
hej aniele, to czarny płomień
hej aniele, to czarny płomień zmierza
w naszym kierunku

fot/il. – wyklucznik i lisia czapa, do ed.