Offerstigen – Regndolk

offer

ep wyd. własne 2014

Unikalna to epka, a bynajmniej nie słyszałem tak udanej fuzji funeral doom / black / sludge metalu.

Brzmieniowo dosyć mocno lo-fi, co z jednej strony dobrze uzupełnia charakter muzyki, lecz z drugiej stanowi bodaj główną wadę tego materiału, bo perkusja i wokale są przycicho w miksie. Dronujący funeral doom w równych proporcjach połączony z granymi tremolo, melancholijnymi melodiami i sludge’owym łupaniem. Przeplot ten jest płynny i bez zgrzytów, choć tak się składa że przejściom niejednokrotnie towarzyszą solówkowo-eksperymentalne gitarowe zgrzyty.

Porównania, jakie mi przychodzą na myśl to Worship (pod wzgl. doomowej melodyki), Lyrinx, Austere (minus pretensjonalność 2 ostatnich), Knokkelklang, ale zwłaszcza nidrozyjskie Unbeing; od strony sludge’u się nie wypowiem, bo stosownej wiedzy brak. O unikalności debiutu Offerstigen stanowi nie tylko zgrana, wewnętrznie spoista fuzja gatunkowa, ale też zajebiste wokale, a ściśle emanujące negatywnością wrzaski. Nie popadają ani w chropawą nienaturalność, ani w piskliwą groteskę, jakiej można uświadczyć chociażby w przypadku Silencera. Wokalnie najbliżej do Unbeing i jest to diabelny plus, zwłaszcza że Offerstigen wydaje mi się górować na wspomnianym projektem, bo w tym przypadku mniejsza monotonia (a więc teoretycznie i hipnotyzm) kompozycji nie przekłada się na osłabienie efektu.

Nie sądziłem, że coś nowego z tych rejonów muzycznych mnie tak zakręci, jakkolwiek jest to świeżość zionąca aurą lochów, popiołu i tortur… przypalanie się pochodnią w jaskini musi być pokrewnym doświadczeniem egzystencjalnym co te, z których wynika rzeczona muzyka. Tak więc działanie terapeutyczne potwierdzone. Pozostaje wklepać link do bandcampa.

Advertisements

ROGI – MARTWC

martwc

gatefold cd / cs 2014, wyd. własne

Ta debiutancka epka jednoosobowego projektu Bartka R. (uprzednio muzyk Nyia, poza tym wzięty grafik / fotograf) to zapis koncertu, który miał miejsce w Dniu Trupa (1 listopada 2013), stanowiąc godziwą celebrację nocy Samhainu / Dziadów. Rytualny jam miał miejsce w tajemniczym miejscu, określonym przez B. jako Czarna Chata, co tylko dopełnia rytualnej otoczki materiału. To wszystko okoliczności sprzyjające, wszelako obyłoby się bez tych informacji, bo muzyka w sama sobie kipi i bulgocze transem, sprawiającym, że nietrudno o zapętlenie odsłuchu tych raptem 11 treściwych minut.

Drone / doom, czy sludge, rzecz ta jest w swej prostocie wyjątkowa i nawet nie ociera się o sztampowość. Bartek jednocześnie gra na wiośle, perkusji, jak i śpiewa. Nie spodziewałem się, że z takiego układu może wyniknąć taki rezultat. Siłą rzeczy kompozycje są minimalistyczne, za to jak efektywne!

Występ zarejestrowany poprzez jeden mikrofon, został poddany masteringowi przez mistrza w tym fachu, a mianowicie Billy’ego Andersona, z którego pomocy korzystały m.in. takie projekty, jak Eyehategod, Sleep, OM, Neurosis, czy Primordial. Wśród odbiorców Martwca pojawiają się porównania do Sunn O))), mi jednak industrialny dryg oraz hipnotyzująca agresja (a może charakter wokaliz) przywodzą na myśl początki Godflesh – odstawmy jednak te ceregiele na bok, epka ma bowiem intensywną, specyficzną atmosferę. Gęstą, trupią i daleką od sztuczności.

Drugi utwór Że nikt tam nie był (do którego Klimorh z Non Opus Dei zrobił nader pasujący klip, patrz poniżej) to moment wyciszenia, z bluesową nutą, doskonale ilustrujący mówiony sampel i zapraszający do eschatologicznej refleksji, mogącej przyprawić o ciary. W moim odczuciu ten kawałek – muzycznie utrzymany w duchu Earth, czy OST z Truposza – nadaje wręcz kontekstu dla całego materiału, w świetle czego nie słucha się tego jak ot-kolejnego drone/sludge’owego wymiotu, a prędzej jako ekspresji chtonicznych energii, które jak się zdaje natchnęły muzyka podczas tego jamu.

Duchy zmarłych miały bez wątpienia coś do powiedzenia, choć ten przekaz nie zamyka się w słowach, czy w ogóle treściach łatwo przyswajalnych przez świadomość na jawie. W każdym razie nie bez kozery miejsce zapisu tego koncertu nawiązuje do siedziby opętujących duchów znanych z majstersztyku Davida Lyncha.

Na ROGI napatoczyłem się w internetach gdy CD było już praktycznie wyprzedane, a wydane zostało świetnie (foto), w czym zasługa projektu samego muzyka. Aktualnie dostępne jest wydanie kasetowe, do zamówienia chociażby via bandcamp, a co lepsze w miarę niedługo możemy spodziewać się długograja. Lekko się rozmarzyłem cóż by to z tego wynikło, gdyby Rogi wzmocniły swój transowy aspekt na modłę Aluk Todolo, jednak to wymagałoby dodatkowych muzyków. Tak czy inaczej jestem pewien, że się nie rozczaruję przyszłymi transmisjami od B.R.