Słowo Wilka

wiersze Krystyny Szlagi z tomiku “Słowo Wilka” z 1982 r.

 

Pytania Wilka

Kto nas na siebie szczuje

Kto zwabia nas w świątynie idei
aby w ich gruzach nas grzebać
Kto wzywa nas pod sztandary herosów
aby odwagę jako schizmę przekląć
Kto w imię ładu i porządku
bezkarnie rozlewa krew
Kto roznieca w nas miłość
aż do morderstwa
Kto z losem gra kartami znaczonymi
a zdradom złorzeczy
Kto nam ziemię rozpostarł
a na pętli
przed lustrem prowadzi
i
szczuje
szczuje
szczuje
aż rozpoznamy
we własnym odbiciu
nasłanego mordercę

Tak to ja

To ja
z zamkniętym w sobie
grobowcem samotności
Tak to ja
labirynt z bestią pytań
Tak to ja
powietrze ziemia ogień i woda
w jednym geście zniszczenia
Tak to ja
ukryty za kotarą
z fiolką luminalu
Tak to ja
obejmij mnie
ukryj

Genezis

Wyłem do gwiazd
w noce cieniste

Wyłem do gwiazd na niebiosach
jak pod murem twierdzy

Wyłem do gwieździstego potwora samotności
z legowiska ziemi

Potwór uderzył we mnie płonącą głownią
i uczynił wokół próżnię

Pozwolił mi uciekać
unosząc w sobie pędzącą kometę

Wyję
ja – gwiezdny więzień na ziemi

Schody wiodące w ocean

I
Któż pragnie swojej klęski
Choć wie
że przypływ odmienia się w odpływ

Któż nie drży przed nędzą
Choć wstręt w nim budzi pieniądz – suka
otoczona zgrają gryzących się psów

Któż sprawiedliwości nie wzywa
Choć natchnione apokalipsy
tają cynizm wodzów

Któż nie czeka na spełnienie się idei
niby na pokaz barwnych motyli
w gablocie

Któż nie chce porzucić swej nadaremności
i biec biec
przed siebie biec

Krawędzią ziemi być
W chrapliwej pianie dzikich koni
W pożodze larum trwogę nieść

II
Zamykam oczy
W marzeniach gaśnie
zgiełk rzeczywistości

W milczeniu
rozpoznaję swój głos
samotny i tłumny echem

Jak na bal karnawałowy
przybywają bańki mydlane
skrywanych pragnień

Obce samowolne
spełniają czyny bohaterów
i zbrodniarzy

Pycha zrzuca pątniczy strój
sztylet skrywany odsłania
wprowadza pochód starych palących ran

Jest jedynym świadkiem
i sędzią
i katem

Na stosie pogardy
giną puste posągi
i piękno fałszowane

W popiół zmieniają się teatrzyki
pstrokatych triumfatorów
Z kielicha wylewa się gorycz

Na balu marzeń
pośród świetliście tkanych horyzontów
miłość jest bez tragedii

W tragedii nie ma błazeństwa
Łaska nie unicestwia
W wolności nie ma pęt

Dobro i zło
jest sekretem
bańki mydlanej

III
Bal trwa lecz cichnie
nagle zanurzony
w pyle gwarze i pędzie miasta

Prawdę osaczają ze wszystkich stron
Jedność prawdy
to kłębowisko żmij

Moje słabości
to schody
wiodące w ocean

V (fragmenty)

Czy tak się umiera
w milczeniu
jak w łodzi bez wioseł

Czy tak się umiera

Kroki na drodze
Zgrzyt zgrzyt
Znajome kroki
Zgrzyt
Rozgniatanie robaka
zgrzyyyyt

Wołam

. . . . . .

Milczenie
jest lękiem
przed poznaną wiedzą

Zamykam oczy…
Konie opuszczając łby podchodzą do mnie
Węże podpełzają dobrotliwie jak bluszcz
Horyzont rozlewa kwitnący wrzos
Dym z ogniska rozsnuwa ciszę

(…)

Czas na gniew
Klątwy
Szyderstwo
Śmiech
Byle nie żebrać
Byle nie błagać
Byle nie płakać
Śmiać się
Oszaleć
Z diabłem się zbratać
Byle nie płakać
Drwić
Pić
Deptać
Lżyć
Byle nie skamleć
Byle nie płakać

 

Advertisements

Alchemistycyzm: drzwi naszych ran

I cut myself with Heaven’s blade

Inside the wound I found my wings

Coil (“Heaven’s Blade”)

Wyłoniony ze snu głębokiego, w godzinie wypadłej z orbity zegara, otulonej zwałem amnestycznych całunów, otchłannego aksamitu konieczności ciszy, otóż w tej godzinie kosmicznego bezdechu, gdy zasypia nawet Hypnos na ramieniu Tanatosa, zrozumiano Tobą wreszcie pierwszą i ostatnią Prawdę.

Wpierw musiano zabrać Cię z błędnej planety, która – pchnięta transcendentnym impulsem – wyłamała się z kręgu jedenastu sióstr. I ta dwunasta: w mrok, zbierając go jak spowolniona pistoletowa kula negatywy pajęczyn (oblepiły Cię szczelnie i pochowały nigdzieś w okolicach trzydziestej trzeciej minuty). Czułeś, że nigdy nie wydostaniesz się z delirycznego grobu wykopanego w truchle czasoprzestrzeni, które dryfowało poprzez nienazwane. Nie miałeś już płuc, jednak czarna maź wypełniała skrzela zdysocjowanego ducha. Pneumą się zakrztusił. Umierałbyś w rytm wiecznego koła, nawet przez czas zapomniany, gdyby nie mętnoszare światło, które stopniowo zaczęło rozpuszczać pomrokę. A był nim spokój.

2

Dopiero z ekstatycznym blaskiem wsączyła się wiedza, którą usprawiedliwiasz tę zdradę milczenia. Kiedy więc efemeryczna fosforescencja dopełniła Cię w niebycie, spijając ostatnie krople tremendalnego wspomnienia, usłyszałeś słowa i były to słowa wypowiedziane głosem wszystkich żywych istot, choć nie ogłuszały, miękkie jak fale po uśpionym sztormie. Oto ich dokładne brzmienie:

“Nic z niczego to coś z czegoś. Żaden całkiem nie umiera, żaden całkiem nie istnieje. Ani czernią, ani bielą – gradientem jesteśmy”.

Z ostatnią sylabą zwrócono Cię światu. Wyrzucony na brzeg łóżka, nie spałeś do świtu, gdy powoli wstałeś i udałeś się do lasu. Droga wiodła polami. Barwa budzącego się nieba nie pozwalała zapomnieć o trzech objawionych Tobą nocą zdaniach. Wokół skrzeczały kuropatwy, w oddali pasły się sarny, przez zarośla przebiegł cień głodnego lisa. Ptaki szalały, ich trele jedynie podkreślały ciszę. Szedłeś, czując się, jakby Twoimi stopami szło też całe życie, obecne, przyszłe i minione. Jakby Cię wynurzyło z oceanicznej toni na szorstkie skały, jakby Tobą stanęło na górskim szczycie ponad tektoniką chmur.

Wrażenie, że idzie Tobą również życie wszystkich bliskich, a nawet ludzi widzianych przelotnie, zwierząt, które napotkałeś, roślin, których dotykałeś, materii nieożywionej. Wszystkie te elementy były ze sobą sprzężone, więcej: bez nich nie istniałeś i nigdy byś nie zaistniał. Ta nagła myśl stanęła Tobą w miejscu, chociaż klinga lasu zaczęła rozcinać mglistą dal horyzontu.

Impuls rzucił na kolana na krawędzi pola. Czarna, mokra ziemia znalazła się w zasięgu wyziębionych dłoni. Wziąłeś garść i drugą, zacisnąłeś palce, zrozumiałeś. We śnie otworzono Ci ranę, broczącą teraz gorącymi łzami. Byłeś każdą cząsteczką tej gleby, kamykami kłującymi skostniałe knykcie, wysuszonymi mumiami zeszłorocznych łodyg. Dalej: byłeś zagubionym skrzeczeniem kuropatwy, byłeś zdyszanym wiatrem, byłeś dywanem drogi rozwijanym pod nogami, byłeś również samolotem, który obrócił hukiem klepsydrę przesypanej chwili. Byłeś też powietrzną niemotą, zamknąłeś się za nim z głuchym milczeniem. Słowem: istniałeś tylko w relacji.

A potem – wciąż na klęczkach – pod blednącym firmamentem – w pół drogi między domem a lasem – wizja. Nie zaskoczyła, choć wtargnęła bez pukania i połknęła Cię i pole, i myśli, i zmysły. W głąb błoniastego gardła utkanego z pulsującej tkanki świadomości, poprzez kanał rodny ducha: z powrotem łona.

W łonie witruwiański androgyn. Nagi i dziewiczy, tylko pępowina odchodzi od jego brzucha, niknąc w czeluści kosmicznej macicy. Skóra blada, idealnie gładka, półprzezroczysta jak u zwierzęcych płodów lewitujących w formalinie. Pod siatką żył tętni potencjał życia. Wody płodowe? Chaotyczna pierwocina, buzujący kocioł formy. Co się wyłoni, to zaraz niknie. Oczy stają się tchnieniem, książki emocją, nogi od stołów eksplozjami supernowych, ruchy robaczkowe jelit myślą o wczorajszym praniu, parzące pocałunki niedokończonym wieżowcem, dotyk liścia na skórze śmiercią małej mrówki…

3

Nie istnieją kategorie, różnice jakościowe ulegają rozpadowi. Wszystko wszystkim było, wszystko wszystkim będzie. Wielki Wybuch zapłodnionej komórki jajowej. A płód wciąż pływa i czerpie entropię zabłąkaną pępowiną, pierwszymi drzwiami i jedynymi, które nie były wcześniej raną. Aż skórzasty sznur odpada, z dziury po nim tryska rozedrgane, jakby złożone z atomów tysięcy fosforyzujących motyli światło. Teraz czujesz: Ty nim jesteś.

Ból, pierwotny ból wykluwającej się percepcji. Zaraz potem następne rany, dwie otwarte w oczodołach, dwie w zatokach uszu, dwie w przecinkach nozdrzy, jedna w zdziwieniu ust i inne, pomniejsze, rozsiane po całym ciele. Wszystkie krwawią blaskiem, a ten – w kontakcie z mętlikiem głębi – spowalnia fluktuacje, zamraża zmiany, wyciska formy, których chwytasz się mackami mimowolnej luminacji. Każdy kształt, każda wyodrębniona jakość jest rozdzierającą męczarnią, pali. Sól na twoje rany – jednak puścić się znaczy utonąć w niekomunikowalnym.

I wreszcie goją się krzywdy w strupy drzwi. Teraz możesz do pewnego stopnia kontrolować stopień ich otwarcia, nie są już tylko bólem. Pojawia się ciepły ład przyjemności. Pojawia się szczęście. Wraca i cierpienie, choć nie nie do ścierpienia. Wkrótce potem spotykasz innych narodzonych, spoglądacie na siebie uchylonymi drzwiami, muskacie usta framug końcami świetlistych macek, chociaż nie wnikacie nigdy do środka. Chaos niemal całkiem znika, staje się spokojnym światem okiełznanym formą. Ślizgasz się po powierzchni rzeczy, twoje blaknące promienne wypustki stapiają się z nimi choćby na kilka sekund (inne na lata), niewiele z nich sięga jednak Twojej prawdziwej istoty. Jesteś monadą.

Mimo to niedosyt. Wieczne nienasycenie. Nie zaspokajają go nawet chwilowe wizyty w pieleszach drugiego. Dryfujesz, błyszcząc coraz słabiej, gaśniecie ze światem. Powoli staczacie się w pierwotny bezład, nie mogąc nic zrobić. Nie wiesz, co moglibyście zrobić. Świst bytu w uszach, dłonie nie chwytają, coraz bardziej transparentne, już nie są w stanie. Przepaść. Rozpad, o dno rozbicie.

Znikasz, umierasz? Nie całkiem: zasiewasz nieświadome ziarno w entropijnym czarnoziemie, okrywającym skórę Twojego martwego czoła. Po latach kołysania ciszą wypuszcza ono pęd. Jesteś tą zapowiedzią łodygi przebijającą delikatną skorupkę. Zawahanie – otwierasz ostatnią ranę. Słup świetlistego bólu tryska fontannami z szyszynkowego oczodołu, gdzie spoczywa nasiono. Blask silniejszy niż kiedykolwiek. Męczarnia gorsza niż kiedykolwiek. Wertykalna fala rozgałęzia się na inne, które również tworzą siatkę własnych odgałęzień – tak w nieskończoność. Echami pulsujących żył rozchodzisz się w buzującej nocy. Istniejesz, jak zawsze przedtem, zmartwychwstaje Twoje ciało. Rana goi się w ostatnie drzwi. Wracasz do świata form. Zapominasz. Wciąż się ślizgasz, wciąż zamknięty.

Ale czy czujesz, że nie ma już powrotu do iluzji indywiduacji? Czujesz, jak boli skrzypienie wypartych drzwi? Krzywisz się, bo krzywdzisz Się. Nierozciągany mięsień, gnuśnie skamieniały, błaga o samotność. Ja krzyczy słonymi słowami spojówek, kolejne sylaby kapią na zimną płytę opuszczanego grobu. Twoje imię wyryte. Twoje imię rozpuszczone solą daremnych zwlekań. Kamień, stapiany promieniem miłosiernego spokoju, nie wsiąka w ziemię. Szara, amorficzna masa lgnie do Twoich stóp. Milczysz z miłością. Czekasz, nie czekając. Aż na cmentarzu życia, gdzie odwiedzasz własną trumnę obecnością wszystkich ludzi, dokonuje Cię cud przemiany. To pstre błoto – łasi się – skomli i kwiczy – zamiera. Podnosisz złoto.

Obudzony w polu, nie byłeś już tylko sobą. Nigdy nie byłeś, wtedy zniknął po prostu ból wymuszonej komunikacji. Wstałeś, wypuściłeś z dłoni ziemię, pochyliłeś się, chwyciłeś pierwszy lepszy kamień. Już wiedziałeś: inkarnowałeś się w ten okruch góry, w grunt pod stopami, w las na horyzoncie. Każdy oddech był małą reinkarnacją. Na dużą przyjdzie pora: kiedy kwiat trzeciego oka wrośnie na dobre w podłoże, kiedy Ty, który z Losem jesteś jego ogrodnikiem, zapewnisz mu odpowiednie warunki wzrostu, dasz właściwą glebę, nasłonecznienie i nawodnienie, wreszcie towarzystwo innych roślin, kiedy więc staniesz się alchemistykiem florystycznych syntez, wtedy – zanim zwiędnie i obumrze – kielich kwiatu wyda ziarno i pośle na drugą stronę. I właśnie to ziarno stanowi kamień filozofów.

Saturnijski

Autorzy ilustracji: 1,2 – Alex Kanevski, 3- Allison Sommers

Zaspa

/wersja rozszerzona, niepublikowana/

przez: wyklucznik, luty 2014

Te wypisy z jazgotu głowy, czy głów politoksykomańskiej hydry, zamkniętej przejściowo w cyrku otrzeźwienia tożsamości, a oskarżonej w procesie fermentacji wspomnień, zostały zarejestrowane. Jak niewskazane jest mierzenie igłą w krwioobieg, a również i po połknięciu szkodliwe, i w przyjęciu wziewnym, tak odradza się – to, co poniżej.

I

Wszystko sprowadzone do pojedynczego „żegnaj” za coś blisko 365 prahebrajskich nominałów grzechu, przekazywane szybciej niż w okamgnieniu spod lady na szemranej loterii losów.

Rachityczny pomyleniec i jego chybotliwy cień z nieochrzczonym jeszcze chemicznie, świeżym dowodem tożsamości, pokracznie sunęli stromą, starą drogą w kierunku położonego na wzgórzach lasu.  Podzwanianie butelek taniego wina w plecaku tłumił materiał splotów przemycanej ofiary. Syczenie górskich węży, na podniebieniu dłoni gorycz po odkręceniu zaworu do kanałów podświadomości, rojących się od śliskich uskoków oraz zróżnicowanych jak miejskie neony kałuż ekskrementów. Z kaszlem umysłu przetoczyły się już chmury, sny i mary noszące piętno powagi. Kto błaznuje temu jednemu typowi zaślubin, idzie do Diabła; kto spostrzega kiedy dzwon rozbija zmurszałe komory serca? Ściemniło się zanim na dobre nastał zmierzch.

Stosy liści wyschniętych jak popioły, w których żaden chemik nie będzie szukał śladów atramentu.  Zapominać się nieregularnie często. Taniec idioty pod gałęzią jak stworzoną, udekorowaną żartobliwą pętlą liny, z którą się nosił jak linoskoczek, aż nie wszedł i nie zszedł z wiedźmiej góry, by się zdysocjować nieostatecznie, choć nieopodal. Pijana konsternacja trzeszcząca jak ledwie wytrzymujący napięcie transformator, a wróżby ślepców nad okrzyki niemych.

Zawsze za wcześnie lub za późno, choć nieregularne zapomnienie zgodnie z niepoznanymi prognozami miało zyskiwać na częstotliwości; sztormy, prześwietlające erupcje przedawkowań, syberyjskie niże i globalne przesmażenie półkuli. Powrót odpalony z widokiem świateł ludzkiego mrowiska, ku brzęczeniu jarzeniówek i wygasaniu upartego, żrącego ognia w oczach. Sumienie to brudny biznes. Ten żart miał wkrótce przestać być śmieszny i śmieszyć do utraty tchu. Na krzesełkach w świetlicy bezzębni klaszczą jęzorami; jednemu zabrakło śliny, udławił się niespostrzeżenie.

Przebity włócznią bok bękarta Seta-Tyfona krwawi czarną karmą. Strumienie myśli milkną, gdy ich ścieżki zarasta warstwa mułu, w którym roją się bakterie rzeczywistości, zawsze mogące liczyć na schronienie w psychicznych jelitach ludzkiego stworu. Tak więc z usług klifotycznego solarium zdarzało się korzystać przeważnie klientom obarczonym astralną skazą. Pretrumna dysolucji, wieko zamyka się bezgłośnie, chłodno i swobodnie, jak powiewa cienki materiał na lekkim wietrze.

Umysł pacjenta przechodzi etap potocznie zwany szmerami. Badana jest odporność na pierwotny lęk oraz różne natężenia i konfiguracje wirusów psychicznych. W głuchej ciemni rozkwitają obce barwy i chaotyczne frekwencje. Zintensyfikowanie seansu do zdarcia skorup zaprzeszłych i obecnych ego, z odsłonięciem prześwitu na prekosmiczną zupę – stosowane jest to za wzajemnym, usankcjonowanym czarną pieczęcią nieporozumieniem.

Przy przeglądzie ludzkich próbek sprawdzane są one pod kątem zdatności, czy może potencjału istoty, która może się z danej próbki wykluć. Pod dotykiem światła skanera czytnik na wieczku próbek odpowiada iskrzeniem. Zatem być może to, że niektóre nie iskrzą, jest tylko wskazówką na bliskość przebudzenia i dojrzałość ku transfiguracji, jakkolwiek nie wyklucza się jeszcze tego, że akurat tą ścieżką, która w danym przypadku znajdzie zastosowanie, jest śmierć. Pod przesłonami, wewnątrz oszukanych, oszukujących się oszustów, poniżej, szepcze o  tym jej spiętrzona obecność w komnatach podświadomości. Zimno, którym promieniuje, jest starsze niż ziemia.

Nie zapominaj, że ludzie, którzy zdają się zmierzać w tym, co ty kierunku, są zainfekowani wirusem wspólnym dla wszystkich, którzy ugrzęźli w kanałach czasu. Pozór pokrewieństwa niesie ryzyko utraty czujności, usypia radar układu odpornościowego. O ile w zamiarze opuszczenia fasad materii dysponujemy jakimkolwiek kompasem, wśród najskuteczniej rozstrajających go procesów dominują te śmierdzące beztroską niczym katolicka moralność nie wysianym tam gdzie trzeba nasieniem.

Wszystko to brednie. Jak bardzo jest się człowiekiem? Nie odkrywszy jeszcze gołębich odchodów na swoich jakże osobistych i drogich sentymentach, ku którym wiodą wybrukowane i dziurawe ścieżki w alejach wspomnień. Ciągle jeszcze. Nadmierne skupienie na daremnym szukaniu rozwianych, pajęczych nici snów, brak uwagi i wiedzy, które pozwalałyby wybaczyć, przestać, póki nie jest za późno.

Bo zawsze było. Jak pierwszy rozbity promień dziennego światła docierający do zamglonych neuronów, tego typu zakłócenia niekiedy zauważa się dopiero w momencie, gdy dezorientacja odsłania swoje oblicze spod przegniłych kotar nadziei.

Zatem proszę nie łudzić się, że przędzący tą sieć pająk wyciąga wnioski. Z piskiem w uchu jak nieodebranym telepatycznym połączeniem, ile to razy żadne spojrzenie nie naznaczało już tym podobnych wybrakowanych jednostek w ich prywatnych ślepych zaułkach, z odpakowaną jak list z prokuratury, kolejną nauczką noszącą bezbarwę pierwotnej skazy, ślady bezcielesnej blizny… Twarz, która udziela pouczenia jest zawsze ta sama, ma podłe, tępe spojrzenie i oczekuje szacunku i pokory do tzw. Tu i Teraz, które dla niektórych nigdy nie będą przystanią. Głód zapomnienia wydaje kolejne zatrute kwiaty i tylko zdaje się, że daleko do rejonów, gdzie z ich nasion mogłoby wyrosnąć poznanie. Wydawało się im, wam… zbyt wiele nie wystarcza, a coraz bardziej znaczy coraz mniej.

– Sprafćmy!

chaos23b

II

Niedoczytany „Zmierzch Zachodu” Spenglera gdzieś w zapuszczonej graciarni szwankującego umysłu. Nieoficjalnie przodujący w jednostkach przepływu wychodek na tej zjadanej powolutku falami powierzchni gnijącego zewłoku – zbutwiała zatłoczona tratwa, uważaj kurwa na łokcie. Obustronny obieg – „z dupy do ryja” – bydlęca racja, racja nasza pospolita. Stąd to metafizyczna kanalizacja rozprowadza fekalia podludzi, pardon, perfumy multikulturalizmu, wgłąb całego wyspiarskiego kikuta postarzałej kurwy, której niegdyś przysługiwało miano Europy. Pantarhei, terminy ewoluują, różnokolorowe manekiny rzucają banknoty na tekturową scenę gry, w której rzekomo gra się o wszystko, ale zwłaszcza o czas, o czas, który naturalnie poświęci się dalszej grze. Zafoliowane apetycznie marzenia na szklanej wystawie.

– Halo, halo, proszę tu podejść, czy pan jest stąd?

– Jakiekolwiek miejsce ma pani na myśli, obawiam się, że zaszła pomyłka.

– Nie Żadna Pomyłka (NŻP), tylko to najwyraźniej Nie Miejsce dla Pana (NMP).

Kobieta zerknęła nerwowo w stronę szafki z lekami.

– Wytłumaczyć się natychmiast, albo wezwę ochronę.

– …proszę zrozumieć, jestem ofiarą fatalnego nieporozumienia, które miało miejsce zanim cokolwiek uzyskało miejsce. I zapewne właśnie dlatego odpowiednie służby jeszcze nie zdołały mnie namierzyć. Ale powoli do mnie docierają, bóg mi świadkiem, gdzieś tu zawieruszył mi się skalpel.

Ocknął się jak pod wpływem – grzebiąc w kieszeni szpitalnego szlafroka, na wszelki wypadek sprawdzono też bieliznę. Później zadzwoniono na obiad, szurające kapcie, papier ścierny skóry i rozdrabniające pokarm szczęki, całość w narastającym spowolnieniu, marmolada, czasem lepiej bez noża i widelca, zastrzyki w pośladek na dyscyplinę, w spowolnieniu detoksykacja neuroleptykami i wskazówkami zegarów, w których tłuste palce podmieniają baterie.

– Houston? To coś niesamowitego, co nam się przydarzyło. Za bardzo chcieć zniknąć.

– Nie będę płakał.

Smaczne, gorzkie, a zdrowe pigułki w samolocie, z recepty na pieska; cóś znów zgubione, przechyla się ramię wagi.

Franz z werwą wykładał koleżce jego małość. Kantygerd zezował ze swojego kąta podłej nory. Franciszkowi nie chodziło nawet o jego upośledzone zdolności adaptacyjne, których awaria była funkcją oderwania. Rozgrywało się o brak uwagi. Brak zbieżności z taśmą produkcyjną. Oczy mu się rozjeżdżały przed czytnikiem, miesiące zamglone odurzeniem, ze sporadycznym stroboskopem obsesyjnych wspomnień i fantasmagorycznych urojeń.

Ten rozstrojony schizoid miał kłopot z wykonywaniem odpowiedniej liczby ruchów na minutę. Ze słowami i z rzeczami. Z przykładaniem wysokiej wagi do słów, cudzych i własnych. Wyżej cenił lokalną heroinę, a za taką wycenę ponosi się koszta; jakość, ilość, immanentna podłość, uniwersalne parcie Porządku na Chaos. Przyj, Magdaleno, może coś się urodzi, jak to dobrze że mogło coś powstać, budzik telefonu jak donośny pierd współlokatora o 6-tej nad ranem; a może by tak poczekać chwilę na tej ławce, może coś dziś się przydarzy…

No bo tak – biel i czerń, czerwień w koło, czerń krzyżuje, łamie krzyże, w oczach dłoni nóż, krzyż połamany o banknoty, palce kusi skun, braun, banknoty z rąk do rąk jak nóż, jak pierwsza szpryca helupy, z rąk do rąk w głowie; brak oddechu z ust do ust, co zastąpił nie wezwaną karetkę, gdy ktoś tracił dech i gdy on się garbił na łóżku lub na cmentarzu. Nonkonformizm w zapomnieniu, lub bezkompromisowość betonu na moście, na którym przychodziło się żebrać na działkę… Could you spare me this change, sir? Ominięcie szerokim łukiem.

Ani chybi przypadek partycypujący w nowej, nieoficjalnej klasie społecznej, tj. white trash, z akcentem mniej czy bardziej drętwym, z lepszą, czy gorszą dostępnością żył.

– Szeregowi Chińskie Kanabinole Wystąp! Ramiona okaż! Lina produkcyjna nr…

– Panie Pakusie, ten pracownik śmierdział czymś palonym i na pewno to nie był tytoń.

– Pani Asiu, nie paliłem wtedy trawy, ale dziś kupię sobie heroinę.

Głupca śmiech. Kantygerd ze swoim jakże umiłowanym środkiem na odlepienie mózgu od tablicy ratio, przyczyny i skutku, wracał szybkim krokiem przez park, próbując złapać oddech jesieni. Teraz przez moment faktycznie można by ulec złudzeniu, że oto idzie osoba posiadająca cel w życiu. „Egoizm zwycięży”?

– Jednak ego…

Tłuste muchy padają na podłogi i parapety pod uderzeniami kleistej packi. 2 ml nieostygłego jeszcze płynu o barwie obsesji, w używanej już obsesyjnie kilkanaście razy pompce. Tępa igła ponownie ze zgrzytem aktywuje najszerszą drogę dojazdową do zionącego ślepą ciemnią serca.

Bilet wstępu do czarnego konfesjonału. Choć ciągle tańczy tam płomień, wewnątrz jest pusto, ciemno i zimno, ale ten chłód nie przenika ciała tego, kto je zrzuca. Nieobecność? Niewiara w obecność, jarzmo obecności, nahaj czasu. Chwil, w których ich nie ma, nie odmierzają wskazówki.  Ciało nie spłaszcza już swoją grawitacją myśli, a myśli nie przeceniają słów.

Tak naprawdę nigdy mu to nie wychodziło. Tam, gdzie już chciałby przestać powracać, w zamputowanej przyszłości, zawiedzione, odbarwione twarze odwracają spojrzenia. W cichej, błogiej trumnie rozkwita czarne ziarno maku… jeśli dobrze poszukać, znajdzie się nawet jego numerek w rejestrze korzystających z programu wymiany igieł.

– Widziałem, że coś przygotowałeś sobie. Powinieneś się cieszyć, że jeszcze w mordę nie dostałeś.

Szczury obgryzające dłonie, nie złożone do modlitwy, ale zawodzące w realizacji zapoznania czyjejś gęby z chodnikiem. Zgryzu nie odpuszczaj, a odpuszczone ci będzie. Nieupolowany jeszcze pobiegł za polującym, a tam początek nowej drogi życia. Wpierw szwy, gdzieś jeszcze hen w drodze nakaz sądowny, cóż więcej – wiadomo, kolejny pewny sufit do wnikliwego przestudiowania, regulamin dla rozregulowanych, składki ZUSu, kilka PITów, tak z 5 ośrodków, kiedyś może kryminał, albo nawet orzeczenie o odporności na tradycyjne metody leczenia narkomanii.

– Ale on chciał mnie zabić!

Rozbite naczynie, kałuże krwi na dywanie i korytarzu.

– Jezusie nazarejski, że to ja będę musiała zmywać podłogę?!

Buty widmowych przechodniów terkoczą jak zepsute budziki.

Latarką po oczach.

– Nie odechciało się jeszcze wykolejeńczej narko-martyrologii, co? Ile tych gierek żeby tylko strzelić sobie w kabel, co? Wbrew monopolowi Instytucji Chrystusiej? Proponujemy pracę przy kopaniu rowów. Pan nie jest. Obywatelem, proszę pani, pokłuty jak świniak.

– Zabrać to stąd.

– Nie kojarzysz, takiej znajomej się zmarło, kurczę, wykonać telefon…

– Nieee, ona miała DWA koty. Wdepnęłam w psią kupę.

– Bywa. Nie oglądaj się za siebie.

– Lepiej się witać niż żegnać.

– Zabrać to stąd!

Aniołki – chórem: Ja ci życzę jak najlepiej! /Zakazuje się wprowadzania psów, rowerów i narkomanów/

Zanim oskarżonego wprowadzono na salę, sędzia splunął skrzętnie w chusteczkę, drogi oddechowe, kanałowe, przelewowe, grzebyk, kołnierzyk.

– Ścisła abstynencja, w imadło, zresocjalizować, ścisnąć w imadle kalendarza mocno, przykręcić śruby, przestroić odbiornik, od tego jest regulamin, od tego instytucje społeczne, by formować głowy, ziemia jest kulista i pion być musi, jak umiar, wymiar, racja bytu.

– Magnifencjo, dorzuć się na działkę.

joker23c

Tak… Co prawda zawsze można spróbować wyczerpać swój zapas drobniaków, miedź czasu jest do zbycia na skupie, ubytki w linearnej osnowie. Gdzieś w zaułkach, którymi się przemykano, aby nie zapamiętać, wiatr rozwiewa kartki ze starego testamentu, rozklejonego jak stara kurwa. Kompot z bonusowym HCV’em przelewany z pompki do pompki…

To planeta Ziemia, tu wszyscy są trafieni. Buteleczka krzyży po złoty pięćdziesiąt per 2 jednostki zapominalskie, toczy się ospale między kurz a cień w oczach, na dworcu – w piaskownicy odległy szum morza i znaki – przypuszczalnie Neandertalczyków – pisane palcem po piasku. Co tym razem – pogrzebacz, czy upośledzacz?

– Po prostu dwubiegunowo uciekam od patologii.

– Dobra jazda, niech Ci dalej narta nie zakantuje.

– Oby ci żyłka nie pękła, krzyżyk na drogę, ale nie ten, nie tamtędy, jak nie to poszedł w czorty!

Kondomy z przydziału z szuflady, sąsiadującej z szufladą ze sprzętem do iniekcji dla zaufanych grzejniczków; zaufanie państwa zyskuje się latami… wzdłuż muru psychiatryka, procesja chromatych w stronę słońca… zachodzącego. A ten parchaty lis, ryj jakby umoczony, wpadka, te szramy i zagaszone przed laty na skórze papierosy, trzęsące się palce, badania moczu, odznaczyć w aktach, wszystkie argumenty w dwu czy ośmiu lewych rękach wypadają naraz z jednej, prawej dłoni, wraz z wykorzystaną haniebnie strzykawką, co się sekundę turla po podłodze i zatrzymuje przy kubku w z fusami po kawie i rozmokłymi petami… pogryziony pasek od portek szczeka sprzączką, zużyty użytkownik osuwa się na barłóg… znajome ulice mgliście przelatują pod powiekami… aż coś jebnie w głowie. Czas na tramwaj do syropu, nieuwaga, w tem: graffiti polskie – „oczyśćmy Katwszawice z Podwszonego Ścierwa” – i stuk, puk, pirogen potrafi solidnie wytrząść.

– Twoja choroba stawia życie małżeńskie dzielnicę dalej pod groźbą psychiatryka, niedobze, idź już sobie.

– Panie Boże, poodkurzałem przynajmniej jak człowiek, a nie jakieś bydlę… po sobie.

Wstecz, wsteczny, wspak, prześwietlona taśma. Skrzypliwa stancja i zakłopotane, zniesmaczone spojrzenie Matki Polki nr seryjny …4195732, emerytura, hostia, suczka się oszczeniła, krzyżówki i dobre, tanie konserwy.

– Przecież mówiłam o tym pół godziny temu.

– O jezusmaryja, jak dawno się tak nie zgrzałem.

…Co? To była niedziela, tak bywa, jeszcze wtedy nie wiedział nic o skręcie, za to dzwony pobliskiego kościoła już- choć ledwo – łomotały poprzez beton, szkło i poprzez rezonans telewizornio-odbiornika, odpalonego na częstotliwości śpiewów regionalnego kółka młodzieży katolickiej. Osobowość, te chore bydlę, w trakcie powolnego zlepiania się na powrót do powszedniego kształtu, z jakimś chrobotem, czymś jakby zgrzyt kruszonego pod podeszwą szkła, choć niekiedy brzmiało to bardziej pod nutę obiegu wody w rurach grzewczych.  Etc.

To już było, będzie znów, nie patrz przez ramię, wykręca w lewo, prawie zawsze w drodze powrotnej z lasu. Na przejściu przez jezdnię stanął jak zacięty robot, nie mogąc stwierdzić, ile w zasadzie mija go aut i które są widmowe. W stronę dusznej ciszy, skrzypkowie na gałęziach. Spowolnione zbliżenie kamery w oczach na korę starego grabu, miast tego widać gęstą czarną skórę, jak przez półprzezroczystą szklaną przesłonę. Brak wskazówek co do garbnika.

Coś zalega społeczeństwu w gardle, coś zalega w kompostowniku,  nowa seria bakterii wspomagających metafizyczne bakterie gnilne jest w rządowym przygotowaniu.

III

Okolice gęsto zainfekowane człowieczeństwem, postrzegane jako organizmy, generalnie rzecz biorąc mają to do siebie, że patrzą, węszą i mniej lub bardziej sprawnie wyławiają obcych; na przykład tych igrających z ogniem i beztroskich, lekkomyślnie nieprzytomnych na własnej ścieżce ku zatracie, czy może po prostu mających problem z podłapaniem i zastosowaniem się do szeroko pojętych ludzkich norm. Tacy odstępcy w swojej ślepocie nie potrafią uszanować wszelkiego rodzaju kodeksów Moralności; ani też z wiernie pochylonym czołem uznać autorytetu Prawa i pomyłki Konceptu. One to sprawują nadzór i pod ich nadzór z ulgą oddają się wszyscy ci, którym pisana jest Przynależność.

Są jeszcze jednak osoby mądre i roztropne.

– Bycie narkomanem polega przede wszystkim na czekaniu. Ja chcę tylko spać.

Wraz z gryzącym dymem i skrzeczeniem sadzy, pod naporem gaszącego światło ciśnienia, dogasa wciąż zdolność ulegania podszeptom kolejnych obliczy jednej i tej samej iluzji. Ludzkie życie rzadko bywa przerzucaniem slajdów w osobistym projektorze. Co kto ma za osobę? Pilnuj bytu swego, koleżanko i kolego. Kto przerzuca slajdy, kto kieruje nagraniem i jakim sposobem wkraść się w to może błogosławiona klątwa zakłócenia?

Proces był w zaawansowanym stadium i gdy pacjent nie zakłócał częstotliwości za pomocą transgresorów świadomości, cała ta pożałowana godna sprawa zaczęła się dopraszać o konkluzję. Który to już raz… Zramolała ukraińska babuszka próbuje ponownie policzyć swoje zmutowane kartofle z worka niepamięci. Nihil novi? Naturalnie, ale gdy zbyt dobrze poznać wędrówkę tym tunelem, aby wątpić w to, że pozna się go bardziej… cokolwiek wątpliwe tylko, czy aż do tej bramy, za którą Otchłań jest mikrobem.

– Stefek, pierdolę ten proszek, pomyliłem żebra z ramionami, głowa spadła mi w okolice kolan i urosła do rozmiarów aeroplanu… a do tego nie chciał mi stanąć. Czekasz i nic się nie dzieje.

W wewnętrznej i bezkształtnej ciemni umysłu, razem – jednym chórem schorzałych ego, naprzemiennie głuchych, losowo oślepłych – uroili sobie znak przypisujący do bękarciego rodu błaznów i wyrzutków. Znamię Kaina powstaje na skutek prześwietlenia pochodnią Niosącego Światło. Te błogosławieństwo jest znacznie okrutniejsze niż uchwycenie spojrzenia bazyliszka.

Postrzeganie wymaga wtedy innych oczu – doprasza się o nie podświadomie petryfikującym głodem… o oczy, które nie podlegają ułudom tej domeny upośledzonego tyrana. Zewnętrzna względem planu materii i bezgraniczna energia chaosu, w tych czasach, które wielu uważa za własne, zdaje się drzemać pod powierzchnią bezpiecznej pieczęci logiki; niektórzy zaś wyławiają wskazówki zapowiadające przebudzenie, blask katastrofy.

Sztuczka jednak zawsze była ta sama, a wartość Rozumu, z narzędzia przekształconego w największą kurwę wśród bożków, od zbyt dawna była zainfekowana i ślepa na swój stan. Jednym z głównych enzymów, który bierze udział w deformowaniu schorzałej tkanki człowieczeństwa jest koncept grzechu, winy… choć jeśli by tak obejrzeć wybrane losowo wiadomości z kilku kanałów i różnych dni roku, tak łatwo uznać, że coś się tu przeterminowało.

Coś przeterminowanego w kolejce po wątpliwą receptę. Padaczka na zamówienie… sam zaprojektuj sobie nowotwór.

– Co tak śmierdzi, czy to czasem nie Twoja zarobaczona dusza, drogi kolego?

Czy to trzeźwość poniża tych, których los wymyka się jej zwierzchnictwu? Czy też po pierwsze i od początku wrzucenie ducha w kukłę organizmu jest już poniżeniem i bydlęcym piętnem? Obelżywa banalność, twój-swój zasmarkany stan ontologiczny

oraz moja bardzo wielka wina

z zespołem Patologiczne Wymówki

wczoraj w sąsiedzkiej piwnicy, zgaś światło.

– Dzień dobry, Klinika. Wszyscy mamy dziś niewyraźną gębę, mam i ja, do odpracowania.

IV

Dla pewnych rzeczy nie ma usprawiedliwienia i szukając usprawiedliwień w momencie, gdy wszystko rusza z posad, tracąc ugruntowanie w jakiejkolwiek możliwej rzeczywistości (jakby którakolwiek była możliwa) od pewnego etapu widać tą tzw. uczciwą część siebie pod postacią jakby starego lunatyka, opowiadającemu ścianom o zapomnianych językach.

Gdy we własnym spojrzeniu jest się owadem wbitym na szpilkę (a to dziwne bydlę), czas zaprowadzić porządek na strychu niepamięci. No wypadałoby tu posprzątać. Pomyśleć o tym całym chłodzie i przestrzeni, które będą, które zawsze były, tam gdzie i kiedy nie było Orzeczenia. Orzeczenie o Istnieniu szukane gdzieś w fałdach barłogu pełnego powypalanych dziur…

O czwartej nad rzekomym, ale nie wchodzącym w grę porankiem, wiatr skrzypliwie owionął uliczną latarnię na rozdrożu. Irlandczyk rzekł:

– If you won’t quit drugs, you’re getting nowhere.

To się źle składało, jak brzydkie, poczerniałe puzzle, bo roztropek celował w odlotach do nikąd. Za mało alkoholu dolanego pod stolikiem do kawy z automatu, zbyt oczywiste odpowiedzi w nagrodę za bezsenną tułaczkę i wrażenie nie umoczonego ryja. Drzewo rodu Ci usycha, umyj uszy.

– Tak, pamiętam dziadka Leszka, po szklance ramolił te swoje opowieści na stryszku.

– Ale co się w zasadzie z nim stało?

– Czekaj, czy to nie był fotel?

– Fotel był zaś drzewem, a czym ja byłem? A tak, tak, nie byłem, przepraszam, to tutaj się zgubiłem.

~~~Jednostki prenatalnie uszkodzone i podlegające grawitacji błądzenia.~~~

– No doprawdy, ja rozumiem różne rzeczy, ale co do tego chłopaka to nie, umywam ręce.

– Ot, jeszcze jeden, co puścił swoją przyszłość jak dzieciak papierowy okręt nurtem wiosennego ścieku.

<W pełni mobilny automat ze zniczami i z toaletą, pełniący wartę przy nagrobku Twoim i rodziny już za 33 zł za dobę!> Zajęczo-żuczo-wronia plaga na cmentarzach… Emeryci są przerażeni, a przy bramie sprzedają odstraszające trąbki i zaostrzone patyki. W dodatku ktoś po nocy chodzi pętlami w kółko i mówi, że czas się skończył. Rozbuchane źrenice, panie posterunkowy, wytrąbić się diabła nie da, ale coś z tym zrobić trzeba, psy ujadają.

– Nie wyglądało jakbyś miał zamiar zejść z tamtych torów. Kazałeś mi się zawrócić, byłeś kulturalny, ale… pić trzeba umieć.

– Siooostrooo, szpryyyycaaaaa!

– Zacznijmy od tego, że zgubiłeś wątek. Literatura ocala, a tam gdzie jej nie ma, nie potrzeba ocalenia. Ruszaj się! Raz, dwa, trzy! Musisz złapać rytm, a potem idzie już górki. Głuchoniemych i innych cichociemnych trzymamy w starym dworze.

Stary dwór miał aurę tanich detergentów, przeznaczonych jednakże do działania na obiekty psychiczne. Detergenty oraz insektycydy parapsychiczne to działka wyżej postawionych agentów, którzy od bliżej niesprecyzowanej demiurgicznej korporacji otrzymują niekiedy misje – takie, do wykonania których przydatne jest założenie rękawiczek.

To była doprawdy świąteczna wizytacja, ale gdy personel zaczął przestawiać meble i pacjentów, stwierdzono że nie ma obiektu odnotowanego na karcie jako legitymujący się nr. ___ dowodu osobistego.

– Halo? prosiłam o dowód, a co mi pan tu z tym podrobionym aktem zgonu jak psu z gęby!? Mam wezwać policję? A tą receptę zatrzymam!

– Nie ma potrzeby, już prawie go dopadli.

– Mieliśmy śmiecia w garści, już widziałem te rozkwitające siniaki.

– Panie funkcjonariuszu, ale proszę sobie przypomnieć – w którym dokładnie momencie stracił pan podejrzanego ostatni raz z widoku?

– O zobacz Lusia, a tu, widzisz, miał 9 latek i no spójrz jaki był słodki.

Gdy wszedł diler, Kantygerd zgodnie z poleceniem Popielnika skitrał się za ścianą.

– It’s because you’re Polish.

– A ty kim jesteś?

– Sądząc po tym jak brzmiał, cieszę się, że go nie widziałem.

Heroina z crackiem w ciasnej kuchni; tym razem bez towarzystwa dwulatka na rękach taty, czy gościa wyglądającego na regularnego pijaczka, co przy lepszym zapoznaniu okazał się dysponować iniekcyjną dostępnością li jedynie pachwinówki… buh! Nie zdążając zagrodzić trasy przepływu strumyka krwi po ręce, oparł się o ścianę, osunął na brudny dywan, aż wszyscy święci brzechnęli.

– Pamiętaj, przyjaźń na całe życie; – jednak nie lubię go na tyle, abym chciał, żeby został, ale to hańba, co mu się przydarzyło.

Ostatniej nocy odnotowano nagły wzrost śmiertelności wśród cukrzyków. Podejrzewa się stado dzików, ale służby drogowe zostały przytłoczone siarczystością tej zimy i pan leśniczy tłumaczył się, że na tej butelce nie było etykiety, nie wspominając już o trupiej czaszce, która w zamierzchłych czasach tak dobrze prezentowała się na czapkach, pierścieniach i naramiennikach pewnej formacji, którą być może pamiętały Stalingradzkie śniegi, nie w mniejszym stopniu zeszłowieczne. They Walked in Line… wzdłuż muru psychiatryka – w stronę chromatego słońca… coś zdrapuje aluminium z nieba.

– Panowie, ja chciałem widzieć podejrzanego, a co wy mi tu bałwana w celi pokazujecie?

– Ale no pod śniegiem, bóg mi świadkiem.

– Nareszcie rozumiem. Ukrył się pod śniegiem, skurwiel!

Zmiana tożsamości pomogła tymczasowo, miał kieszenie pełne niedopałków i cały plecak zerwanych i zgubionych wątków. Długo włóczył się po nieznanej sobie okolicy i rozwlekał te czarne taśmy po krzakach. Obijając się pomiędzy momentami i substancjami, gdy zapominał o sobie, zacinało się coś w nim coraz gorzej i coraz gorzej szukał wymówek do zmiany adresu, tak aby móc schwycić list od nieznanego nadawcy. Przestał w momencie, gdy zrozumiał, że zapomniano o nadaniu tego listu. Że oni sami cały czas go pisali.

Spalił tą pocztówkę. Przeładowanie wagonu. Następna stacja… następne życie.

– Przepraszamy za opóźnienia w podróży.

V

Pseudo-oświecenia dojrzewające poprzez sukcesywne gwałcenie świadomości nieodpartą ulgą, rozkoszą ślepą na rozkład, jak umysł ślepca przepełnia głucha toń. Psychoaktywne rytuały upadku. Mężczyzna, który jest sobą, więc każdym i nikim, przez rozżarzoną matrycę instynktów,  w czarną noc oddaje hołd łonu starej nierządnicy i wiedźmy. Ryt. Młoda kobieta, splamiona poprzez magnetyzm destruktywnego pożądania, zasypia odurzona i śni w czystym źródle niewinności.

Z księgi, którą cisza objęła na lata, przeklęta dłoń wydobywa szelest.

Rozpędzenie w zapomnieniu. Przeciąg, aż od drzwi odpada klamka. Brak gruntu. Karłowaty, cuchnący olejem silnikowym maszynista brutalnie szarpie awaryjny hamulec. A gdy więzień zamierał i gdy nie widział, przylazł on, widmowy komornik – zabił wadliwe drzwi dechami. Plomba.

Spomiędzy wymiarów, z opóźnieniem nadchodzi szarpnięcie pobudki. Jest ciemno i tak rażąco trzeźwo. Ze zgryzoty nie myślał nawet o szukaniu łomu. Po krótkiej szamotaninie duszącego bezruchu zaczął szarpać szorstkie deski zniszczonymi dłońmi i pokaleczył palce, ale bez tej zapalczywości, którą ożywiała w nim intoksykacja.

Zdziera skórzaną powłokę z głowy, odrywając włosy i strupy.

Czy to dlatego, że widywałeś ufność, albo obietnice w oczach innych, wydaje ci się, że ciągle jesteś czymś więcej niż tylko widmem, które sadystycznie, z oficjalnym milczeniem, zapomina się egzorcyzmować?

Luki w systemie uniwersalnego braku. To pułapka, w której tkwisz i nadzieja, która cię ożywia. Pozwalasz się nabrać, ale postrzegasz to, jakbyś sam był zwycięskim oszustem, przyczajonym aby wyczarować lukę w systemie, otworzyć w świetlicy klapę i po drabinie wyjść na zewnątrz, poza, gdzie powietrze jest rześko zimne i wietrzne prądy mówią o przewadze przestrzeni nad czasem.

Ale zawsze odzywa się smycz. Im bardziej, głębiej, żarliwiej kultywowałeś eskapizm – tym bardziej (po interwale nieobecności) odnajdywałeś swoje łachy zbrukane, ten organizm, który zrzuciłbyś jak kokon. Ale poczekaj, przepalone styki rejestrują błękit żył i tym razem się śmiejesz, bezgłośnie i okrutnie, jak gad.

Tryumf woli, bydlę, nad-pod-od-człowieku, diabli bękarcie błazna, purpurowy kłamco; będziesz cierpiał, krzyczał, śmiał się bardziej, bo ta przepaść nie ma dna i jak powyżej, tak poniżej.

A teraz: pokora. Tyk, tyk…

Liminoidalne

“Mechanika gnozy”

Uni-Versum w równym stopniu stanowi projekcję mnie-solipsysty, jak i samo jest solipsystą, a ja jego introjekcją razem z nim zwróconą ku jednej chwili wieczystej, ku bezczasowi zawieszonemu w samym sobie poza światem przemian, samsarycznych dążeń, pseudorealnych iluzji. Moment archetypicznego wyjścia (w miejscu -x, o czasie -y) trwa nieustannie pod powłoką – czy raczej wciąż na nowo zaczyna się moment dojścia do ustania w nieskończenie koherentnej obecności Pustki. Ten paradygmat transu w istocie zlepiony został ze wszystkich chwil wykraczania poza konglomerat rzeczy myślącej i rzeczy wistości, chwil, które minęły, nadejdą i właśnie osuwają się w niebyłość. Odnalezienie majaka podstawowego, ek-statycznego uczucia metafizycznego jest jednak wyłącznie bramą do Nicobecności, identycznej dla każdej istoty ucieczki poza principium individuationis w głąb pierwotnego apeironu (poszczególnych gnostyków różni jedynie punkt wyjścia, nigdy punkt dojścia – co najwyżej stopień zanurzenia w tym ostatnim). Ek-staza, majak, uczucia metafizyczne liczą się o tyle, o ile stanowią portal, pierwszy warunek gnozy niebędący nigdy kresem wędrówki po ociemnienie. Pamięć przeszłości i wizje przyszłości wpływają na postrzeganie teraźniejszości et vice versa. Dlatego odtwarzanie warunków minionego wyjścia pozwala odzyskać transogenną energię, z kolei przebłyski nienadeszłego dodatkowo zwiększają jej sumę w psyche, pozwalając skuteczniej wystrzelić się w pneumę, natomiast przez pneumę – w axis mandali, źrenicę trzeciego oka.

Niemniej, trzeba mieć na uwadze fakt, że nadmierne dążenie do nieświadomości (tworzonej przez bieguny pod- i nadsubiectum) musi być skompensowane temczasowym zamknięciem w limes jaźni, gdzie zdobyte podczas transu do-świadczenia zostaną zintegrowane, pojęte i opisane. Oczywiście, nie-wiedza w ten sposób zdobyta może mieć charakter wyłącznie negatywny, deskrybowany za pomocą aporii i paradoksów. Podobny dualizm wyjścia i powrotu charakteryzuje również samą nieświadomość, którą rozumiem nie jako martwy zbiór wypartych dążeń i związanych z nimi traumatycznych reminiscencji, lecz jako czynne transcendowanie ku Pustce. Metody dostępowania Jedni czerpać więc mogą zarówno z dziedzictwa biologicznego, pod-ludzkiego, zwierzęcego, np. ze zrównującej uczestników orgii gwałtu i przemocy, jak i nad-ludzkiego, np. z rozmaitych form ascezy, kontemplacji tudzież medytacji. Zbyt silna eksploatacja danego bieguna (czy będzie to nadir, czy też zenit ducha) powoduje przejście w jego przeciwieństwo. O tyle też warto dotknąć dna zagłodzenia/przesycenia – by się od niego odbić ku odświeżonej antytezie, drogą, która wiedzie poprzez przystań jaźni.

Nawias: być może powyższa wizja gnozy i jej mechaniki to tylko kolejny zawijas autosugestii, wierzę jednak, że zewnętrzność poznawana silnie zależy od wewnętrzności poznającego. Nie pragnąc nawet najbardziej nieprawdopodobnej rzeczy, nie zwiększę przecież szans na jej otrzymanie. Przy czym to ja ma być rzeczą, którą otrzyma Wieczność.

23

“O-snowa (albo własny majak podstawowy)”

Dzicz, odludzie, las albo równina. Księżyc przegląda się we mnie, ja przeglądam się w Księżycu, ale żaden z nas nie jest już dłużej sobą. Wokół niktoś rozlał ciemny granat kontrastu, puścił w ruch chmurę oraz gwiazdy rozmigotał – tym mocniej ściągamy na siebie nawzajem uwagę uwagi pozbawioną, wzrok bez patrzącego, poznanie ślepca pijanego ciemnością. Jest tylko otulający aksamitnie spokój, uczucie błogiej samowiedzy, że to już było i jeszcze wiecznokrotnie będzie. Wokół żywej duszy, jednak wszystko – ziemia, niebo i materia między nimi – zyskuje nową świadomość: śniącego majak prawdziwszy, nieporównanie wartościowszy od codziennych złudzeń podsłonecznych dążeń. Czuję się jak dziecko w kosmicznym łonie, przy czym moja skóra zrasta się z łożyskiem, a łożysko z macicą Uni-Versum, tego, co Zwrócone-Ku-Prajedni wnętrza i zewnętrza i odwrotnie, transcendencji z immanencją. Jakbym kładł ducha na poduszce, która już jest moim duchem. To właśnie stanowi osnowę egzo-egzystencji.

34

“Dex”

Łono aksaznamienitnie miękkiej ciemności otulało ją szcze(gó)lnie, zapewniało komfort ciszy jedynemu dziecku nocy. Spijała cukrowną bezmyślność, całkowitą deprywację poprzez pępowinę otchłanności, której ujście znajdowało się w jej wymiecionej głowie. Czasem szept odległych kroków, trzask drzwi lub szczęk klucza – łgarstwa prenatalne dozierające znad powierzchni, kiedy ona była na dnie, zatopiona w gęstym mule. Ofelia umierająca powoli jak jęk zniewierzonego Boga. Przez zamknięte po-wieka trumien zanurzonych w oczo-dołach pocałunkiem milczącego grabarza widywała cienie mo(nu)-mentalnych rybostworów, dostojnych absencji dźwięku, lewiatanów próżni, lecz nie bała się ich, przeczuwając, że są poza (a może to ona w nich była?). Zanurzona całkowicie w swojej nieświadomości, niczego nie chciała, niczego nie pragnęła, skoro odrzuciła przeszłość jak ćma nokturnalny zakokon. Sen był jej przebudzeniem. Świat oraz ego płynęły gdzieś obok, bezpiecznie oddalone krajobrazy za szybą śmiertelnie nieporuszonego pociągu.

Póki ktoś jej nie wybudził z powrotem do koszmaru życia.

4

“Zmartwychspanie”

Wiecznoświadoma cisza ciężkornie wybrzmiewa z komór czarnych serc przedwieczystych zegarów, kiedy te wydychają nokturn, pompując go w splątane mackowo arterie nocy. Arytmicznie drżące, jakby światłem ranione, zachłaniają inkaust niby zamglone niezgłębiny kocich źrenicości, inkaust, co to spadł kałamarnościowo ze stalówki pióra Hypnosa-Demiurgosa. Którym ów kolejne rozdziały łżesztuki dla sztuki na prawieku wieków milczeniem swym pisze, nim wymiesza je we własnych czaszczątkach i wyrzuci na blat grobu, gdzie sam się pochował. Wynik: zmartwychspanie.

5

“Tak burza nas sieje”

Wśród dębów piorunem srogosławionych, w mglistej zgniliźnie nocy, której ramiona wciąż rozbłyskują obietnicą zatraty. Na powierzchni niezmąconej wiatru kołysaniem, co spija ducha zakazane konstelacje. W siołach gasnących do życia nieujarzmionego, gdzie diabeł całuje ostatni ogarek. Płynąc na frenetycznym żabich fal rechocie, odbijając się od echa wygłodniałych dziobów. Zapadając w skiby wilgotnego mroku, spleceni w strupieszałych mięs dzikim uścisku. Łapczywością chłonąc błony ślimaczo oślizgłe, zakleszczając palce na gęsistych pagórkach. Jamami połykając gasnące oddechy, drżącą stęchliznę trzewi, soki rodzącej się ciszy. Tak siejemy burzę.

6

“Skłaniam się do grobu”

Na ciało całun psyche,
na całun trumnę ducha,
na trumnę ziemię nieba,
na ziemię gwiazd nasiona,
na gwiazdy rosę czasu,
na rosę promień pustki
rzuca mi ściana grabów
nad dołem pomylona.

“Bóg osobowy”

Bóg skończył bieg.

“Tylko za nią jest życie”

.

il. 1 – Józef Rapacki; 2-6 – Józef Pankiewicz

Saturnijski