Gnostyk epoki “narkomanii”: William S. Burroughs + 7 technik miażdżenia rzeczywistości

William Seward Burroughs, zapytany pewnego nieistotnego dnia o orientację religijną, bez wahania odparł: gnostyk, manichejczyk. Taka deklaracja na swój sposób ośmiesza całe zmonopolizowane pojęcie „orientacji religijnej”. Antyteza dogmatyzmu i odmowa asymilacji nowomowy, która w takiej czy innej postaci zawsze jest wtłaczana ludzkiej trzodzie, jakkolwiek wzdłuż procesu historii intensywność przeinaczenia wzrasta…

Żeby się jednak nie zapędzać, punkty wyjściowe to świat stworzony i homo sap, dysponujący jakoby – za sprawą ewolucji czy bożej łaski – zdolnością do odróżniania prawdy od źródłowego braku takowej. W gnostyckim ujęciu to ostatnie – wybrakowanie – jest bodaj podstawową charakterystyką Stworzenia; miejsca zakotwiczenia dla duchów nawykłych do nieskrępowanej żeglugi, jak również tych odnajdujących harmonię w bezrefleksyjnym trwaniu… Co jednak jeśli cała ta przereklamowana Prawda nie istnieje i jest wiele światów i wymiarów?

Prędzej niż na takich „kulturowych wytworach”, jak orientacja religijna, czy światopogląd, gnoza bazuje na zasadniczym instynkcie umysłowym. Gnostyk w każdym gnostyku tkwi od – a raczej sprzed – narodzin; gnostycy różnią się ciałami, naczyniami, fakturą powierzchni, innymi słowy – uciążliwością wpisanych w ich dany konstrukt przeszkód, które stoją na drodze wykiełkowaniu wewnętrznej zasadzie; pozaświatowej iskrze¹.

wsb23
kolaż aut. Eda Constantine, Panthermodern23 @ tumblr

WSB jako 4-letni dzieciak, w zrobionym przez siebie domku-zabawce po wczesnej pobudce ujrzał małego szarego człowieka: Nie poczułem strachu, jedynie spokój i zdumienie. Burroughs nie uważał tego rodzaju doświadczeń za halucynacje, lecz przesunięcie wizji, tj. znalezienie się percepcji w miejscu pozwalającym na ich dostrzeżenie. Konstrukt ludzki w dużej mierze polega na zamknięciu się – czy wręcz obwarowaniu wobec tego typu postrzegania. Odbywa się to biernie, bo wystarczy zaakceptować tzw. rzeczywistość, pierwotne poręczenie o Porządku rzeczy.

W kontraście do tego, gnoza tj. poznanie nadchodzące „spoza” – z zewnątrz psychiki, świata, czy materii, to głos mogący przybierać dowolną postać, przy czym dla jego recepcji specyficzne jest poczucie obcości, czy zakłócenia w bezrefleksyjności bytu. I tak np. WSB pisał o przekonaniu, że ludzkość jest regularnie infekowana przez wrogie inteligencje:
„Kiedy zagłębiam się w swojej psychice, w pewnym momencie napotykam bardzo wrogą i mocną siłę. (…) Gdy tylko zbliżasz się do czegoś ważnego, właśnie wtedy odczuwasz inwazję i w ten sposób wiesz, że coś jest na rzeczy.

Poczułem się jak owieczka idąca na rzeź. To nie ja byłem u steru (…) Są nieskończone stopnie opętania. To dzieje się bez przerwy. Musisz stawić temu czoła. A to możesz uczynić tylko, gdy wymieciesz słowa. Nie kłócisz się (…) Musisz pozwolić temu przepłynąć. To trudne, szalenie trudne; ale powiem wam jedno: Zamiast prób oporu odrywasz się i pozwalasz temu przepłynąć.” (z: A Report From the Bunker).

Prawdziwie, stanowiąco ludzkie jest więc stawienie czoła temu, co stanowi wewnętrzne zanieczyszczenie i zmierzanie do oczyszczenia postrzegania (w hermetyzmie przy pomocy nous – „umysłu” – cząstki boskiego intelektu).

Studio Rzeczywistość, ten zakamuflowany, opaczny labirynt kłamstwa, przez współczesnych Burroughsowi myślicieli i pisarzy – częściej przywoływanych, bo mniej niebezpiecznych – jak np. George’a Orwella czy Aldousa Huxleya, nie został zdekamuflowany tak źródłowo i dogłębnie. Wizje Orwella i Huxleya były zakrojonymi na szeroką skalę utopiami, roszczącymi sobie jednak pretensje do rzetelności naukowej. Tymczasem WSB nie potrzebował uciekać się do tworzenia zwartych struktur i usystematyzowanych opracowań. Zamiast tego, z pomocą irracjonalnego chaosu swej eksperymentalnej prozy, podmywał fundamenty wiary w odgórnie narzucaną wersję światowego „porządku”.

wsbchaos
Chaos Triumphant, ręcznie wyk. kolaż aut. Eda Constantine – tumblr

 

Władza, Kontrola; Burroughs zawsze miał ją na oku, nie nabierając się na jej kamuflaż, preparowany coraz bardziej pokrętnymi środkami, stosownie do intensywności zamroczenia postrzegania jej “podopiecznych”. Z metodyką i precyzją wykwalifikowanego medyka, przeprowadzał metafizyczną sekcję politycznego Frankensteina nowoczesności. Poprzez organy ku tkankom, nie pomijając prawideł metabolizmu tego tworu; któżby jednak chciał znać wyniki intelektualnej autopsji, skoro uczciwe zastosowanie się do takowych implikowałoby odstępstwo od wszelkich rzucanych przez Kontrolę ochłapów?

Prace WSB o specyfice utopijnej (The Wild Boys, 1971 i Cities of the Red Night, 1981) wykluczają szanse powodzenia realizacji utopijnego ładu w formie innej niż odizolowana oaza, co Hakim Bay nazwałby “tymczasową strefą autonomiczną”. Kolonia Libertacja – znana z ostatniej książki autora – Cienia szansy – odseparowana zona, której mieszkańcy są wolni od ingerencyjnego nadzoru struktur społecznych, obrazuje libertariańską „moralność” WSB, opartą na przysposobionym przez niego za młodu charakterologicznym pojęciu Johnsona (zawartym w autobiografii Jacka Blacka pt. You Can’t Win, 1926). Tak oto skrótowo opisywał ten typ człowieka:

Dobry wałkoń i złodziejaszek (jako sposób bycia); wypełnia swoje zobowiązania, jego świat jest dobry, a on jest solidnym partnerem w interesach. Pilnuje własnego interesu. Nie należy od ludzi węszących, samowładnych i problematycznych. Udzieli pomocy, kiedy takowa jest potrzebna.

Czy na indywiduach tego rodzaju Burroughs oparłby swą tymczasową strefę autonomiczną? Gnostyczne praźródło autonomii, suwerenności samej w sobie to „pneuma” tj. tkwiąca w człowieku iskra nieskończoności. W zależności od jej stężenia, gnostyk koncentruje się na duchowym postępie, nie odrzucając możliwości zewnętrznej pomocy, ale nie zdając się wyłącznie na łaskę odgórnego zbawcy.

Zjawisko gnostycyzmu, oparte na esencjonalnym stosunku do egzystencji, przybierało przeróżne formy, wśród których doniosłością historyczną i naciskiem na dualizm² wyróżnił się manicheizm. Nawet jeśli nie mylić dualizmu z moralnością, jak go pogodzić z takimi aspektami życia Burroughsa, jak (przypadkowe) zastrzelenie żony, jego politoksykomania (z naciskiem na opiaty), homoseksualizm, eksperymenty z yage, czy fascynacją nieortodoksyjnymi teoriami Wilhelma Reicha nt. energii orgonu?

Wszystkie te „tegesy” są często redukcjonistycznie stosowane do kwestionowania znaczenia twórczości WSB. Działa tu ta sama, intelektualnie niemęska zasada, poprzez którą np. niektórzy deprecjonują myśl Fryderyka Nietzschego, przywołując co pikantniejsze szczegóły z przebiegu jego choroby psychicznej.

Dopatrywanie się jakiejkolwiek niekonsekwencji w diagnozie gnostycyzmu myśli Burroughsa to zajęcie godne płytkich moralizatorskich umysłów. Fakt, że gnostycyzm w pewnym sensie uległ żydowskiej transmutacji w chrześcijaństwo w żaden sposób nie przemawia bowiem za judeochrześcijańską naturą jego wskazań moralnych (a o ile o takowych w przypadku gnostycyzmu może być mowa, to tylko w warstwie egzoterycznej, która najsilniej uobecniła się wraz z ekspansją manicheizmu).

wsbkolarz1
kolaż WSB z Brionem Gysinem

Dobro i Zło / Światło i Ciemność w gnostycyzmie nie znajdują prostych definicji, ani przekładni na hierarchię sposobów „prowadzenia się”. Wszystkie aspekty życia Burroughsa, podpadające pod kategorie odstępstwa i „grzechu”, gryzą się ze światopoglądem ludzi nie mających pojęciach o ezoterycznej gnozie, rzeczona bowiem popiera wszelkie rodzaje aktywności duszy, ciała i umysłu, które prowadzą do poznawania własnej natury.

Tożsamość gnostyka przekracza pojęcie i granice jednostkowej osobowości, zupełnie jak przekracza całą późniejszą myśl chrześcijańską, jak i wszelkie pokraczne budowle wyrosłe na jej gruncie, który wszak stał się fundamentem Kontroli. I tak centralną osnową wszystkich noweli Burroughsa nigdy nie jest określona osobowość, lecz właśnie nieustanna wojna pomiędzy Wolnością, a Kontrolą; Chaosem, a stagnacją materii – i dopiero tu można dopatrywać się analogów „dobra i zła”.

Manichejczyk wierzy w faktyczną walkę dobra ze złem, która to utarczka nie jest wieczna, jako że jedna ze stron prędzej czy później na tym szczególnym obszarze zwycięży. Wraz z chrześcijanami oczywiście nastąpiła potworna inwersja wartości, gdzie najobrzydliwsi z ludzi są wypychani jako wzór cnoty do naśladowania przez każdego… (wypowiedź WSB z wywiadu przeprowadzonego przez Gregory’ego Corso)

Manichejska koncepcja świata jako ofiary poniesionej podczas prekosmicznego kataklizmu, posiadającej funkcję alchemicznego tygla, w którym następuje proces oddzielania dwóch przeciwstawnych esencji (notabene na przekór terminologii opracowań naukowych, Materia i Chaos wydają się tu znacznie ściślejszymi terminami niż Zło <> Dobro, jednak to już podejście okultystyczne, a nie akademickie), akcentując aspekt kotła i przemieszania, znajduje doskonałe odzwierciedlenie w sposobie ukazywania świata w twórczości WSB. Zło udaje dobro i vice versa.

W gestalcie burroughsowskiej prozy armię Archontów – zarządców kosmicznego więzenia – tworzą monoteiści i ich politykierzy. Tymczasem gnostycy to błąkające się bandy przestępców i złodziejów. Wizjonerzy, ci, którzy osiągnęli pierwotną gnozę, potrafią przejrzeć iluzje utkane przez Kontrolę, rozpoznać twarz wroga i dążyć do prawdziwej wolności. Notorycznie stosują nieortodoksyjne i pozornie obłąkane metody zrzucania hipnotycznych kajdan kontroli.

Wśród metod, czy narzędzi przydatnych w osiągnięciu tego celu, można wymienić: zmianę stanu świadomości poprzez środki psychoaktywne, energię orgonu, analityczną i rekonfiguratywną metodę cut-up, i wreszcie magię. Magia to najstarsza technika transcendowania przyczynowo-skutkowej szarej maszynowni; to nader problematyczny termin, zwłaszcza w czasach… w czasach.

Tytułem dookreślenia, pasuje w tym miejscu zwrot magia hermetyczna, tyleż samo jednak, co jej nowożytna transmutacja, czyli magia chaosu. Oto niektóre z narzędzi gnostyka dwudziestego wieku. Za ich pośrednictwem można dążyć do ustanowienia autonomicznej strefy, czerpiąc frajdę z „bystrzenia znaków”, parafrazując kluczową sentencję trzeciego rozdziału Nova Express: I możesz dojrzeć bystrzejące znaki (the marks wising up), gromadzące się w ponurych grupkach, których szemranie narasta.

Archonci uobecniają się na Ziemi pod postacią zainfekowanych przez pasożyty świrów kontroli, których Burroughs trafnie nazywa „shitsami”: “Twierdzę, że zło całkiem dosłownie jest wirusowym pasożytem zajmującym pewien obszar mózgu, który możemy nazwać PRAWYM centrum. Oznaką typowego shitsa jest to, że musi mieć rację (prawo).”
Shitsowie mają obsesję na punkcie wtryniania się w cudze sprawy. To typ społeczniaka – księdza, prawnika; niezdolni do obrania honorowej ścieżki jadem das seine. Wszelkimi środkami dążą do zapobiegnięcia próbom „rozbudzenia znaków”.

I tak oto w Nova Express Operacja Totalnej Ekspozycji jest próbą odsłonięcia iluzorycznej kurtyny, która zapobiega obnażeniu zainfekowanego pasożytami Studia Rzeczywistości. W pierwszym rozdziale inspektor J. Lee przemawia do ludu: Co was tak wystraszyło, że wpadliście w czas? W ciało? W gówno? Powiem wam: “słowo”. Obce Słowo “ten” (“the”). Słowo Obcego Wroga, “ten” zniewala was (“thee”) w Czasie. W Ciele. W Gównie. Więźniu, wyjdź. Wielkie niebiosa stoją otworem.

Wprawne oko Burroughsa dualistycznie cyzeluje jeszcze jedno diametralne rozróżnienie w naturze ludzkiej – coś tak banalnego jak podział na płci (wg gnostyków będący następstwem upadku pierwotnego nadludzkiego androgyna) również sprzyja knowaniom Archontów:
Burroughs przypisuje polaryzacji energii reprodukcyjnej strukturę binarnej opozycji, która prowadzi dwie niekompatybilne płci do ciągłego konfliktu, który z kolei przekłada się na wsiąkanie energii twórczej w ślepy zaułek pasożytniczej ekonomii opartej na władzy i własności. (Lydenberg – Literary Form and Theory in the Radical Writings of William S. Burroughs)

Człowiek jest zaiste produktem finalnym. Nie dlatego, że homo sap stanowi apogeum perfekcji, przed którym sam Bóg sapie z trwogą – „Nie mogę zrobić nic więcej!” – lecz dlatego, że Człowiek jest nieudanym eksperymentem, który utkwił w ślepym biologicznym zaułku i nieubłaganie zmierza do wymarcia” (Zachodnia kraina – przekł. wł.)

WSB podzielał również gnostycką wiarę w reinkarnację oraz przeświadczenie, że narodziny to najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić; coś, czemu należałoby zapobiec.
Drzwi zamykają się za tobą i zaczynasz sobie uświadamiać, gdzie jesteś. Ta planeta jest Obozem Śmierci… Drugiej i Ostatecznej Śmierci. (Zachodnia kraina, j/w) Czy są drogi wyjścia z tej fatalnej sytuacji, gdzie nawet Apokalipsa wydaje się niekulturalnie spóźniać? Prace WSB są przede wszystkim wołaniem o przebudzenie.

Rozdział drugi Nova Express: Więźniowe, wyjdźcie, jest otwartym listem do „ziemian”, podpisanym przez inspektora Lee. Z waszą pomocą możemy przejąć Studio Rzeczywistość, a więc ich uniwersum Strachu, Śmierci i Monopolu. Jedyną drogą ucieczki dla ludzkości ma być biologiczna mutacja, ewolucyjny skok w nieznane. Problem nie może zostać rozwiązany swoimi własnymi środkami. Ludzki problem nie może zostać rozwiązany ludzkimi środkami. (Zachodnia kraina)

wsb2014_31
WSB i Brion Gysin w trakcie odprawiania rytuału w Maroku

W Third Mind – kolaboracji z Brionem Gysinem, Burroughs opisuje demiurgiczną postać Mr Bradly’ego – Mr Martina, przewodzącą Nova Mob (czyli shitsowej tłuszczy przeciwstawnej johnsonowej Nova Police), przydając jej otwarcie gnostyczną charakterystykę: W mojej mitologii jest to Bóg, który zawiódł, Bóg dwuczęściowego konfliktu, stworzonego, aby utrzymać na scenie stary, zużyty show, Bóg Arbitralnej Władzy i Ograniczenia, Zniewolenia i Presji; potrzebujący poddanych, potrzebujący tych, których określa „swoimi ludzkimi psami”, traktując ich z pogardą oszusta wobec swojej ofiary – Jednak pomnij, że oszust potrzebuje Znaku, zaś Znak nie potrzebuje oszusta – Mr Bradly-Mr Martin potrzebuje swoich „psów”, „chłopców na wysyłki”, swoich „ludzkich zwierząt” – potrzebuje ich, bo jest literalnie ślepy. Oni natomiast go nie potrzebują. W moim systemie mitologicznym Mr Bradly-Mr Martin zostaje obalony poprzez rewolucję swoich „psów”.”

W Zachodniej krainie z łatwością natrafiamy na kolejny dowód gnostycznego rdzenia prac Burroughsa, w tym przypadku (zupełnie jw.) wyraźnej implementacji idei demiurga, będący wyrazem skrajnego odrzucenia starotestamentowego boga (określanego przez gnostyków mianem Ialdaboath): “Weźmy pod uwagę Jednego Boga – Wszechświat (One God Universe: OGU). (…) Wszechmocny i wszechwiedzący, może zrobić wszystko, więc nie może zrobić nic, jako że akt działania wymaga opozycji. On wie wszystko, więc nie pozostało Mu nic do poznania. Nigdzie nie może podążyć, jako że jest kurewsko wszędzie, niczym krowie gówno w Kalkucie.

OGU jest nagraniem wszechświata, którego On jest nagrywającym. To płaskie, termodynamiczne uniwersum, jako że z definicji nie ma w nim żadnego tarcia. Wytwarza ona zatem takowe: konflikt, ból, strach, choroby, wojny, starość i Śmierć.”

W kontraście do powyższego, Burroughs zarysowuje wizję Magicznego Uniwersum – Uniwersum wielu bogów, często tkwiących w konflikcie. Paradoks wszechmocnego, wszechwiedzącego Boga, który dopuszcza obecność cierpienia, zła i śmierci, nie ma tu miejsca (My Purpose Is to Write for the Space Age, str. 268)

Zupełnie jak gnostycy, Burroughs postuluje, że poprzez wejście w kontakt z tym magicznym uniwersum, można oswobodzić się od OGU / Kontroli; zaś poprzez praktyki odwirusowania jaźni, można przygotować się do wysiłków mających na celu samoprzebóstwienie (notabene najwyższy cel praktykantów LHP – Ścieżki Lewej Ręki).

Jednakże wstąpienie do gnostyckiego Królestwa (Pleromy), w żadnej mierze nie jest gwarantem – wiedzie ku temu najbardziej niebezpieczna ze wszystkich podróży. Bogowie zatrzymali wszystkie klucze i dopuszczają tylko faworyzowanych śmiertelników (The Place of Dead Roads, str. 171) – zupełnie jak w egipskim systemie Księgi Umarłych. Metaforyczny klucz nie otwiera wrót do jednego li tylko objawienia. Jak tylko znajdziesz klucz, przed tobą będzie nie jeden ogród, lecz wiele ogrodów, ich nieskończoność.

Kto jednak w ogóle natrafi na trop tej ścieżki, dopóki nie wywalczy sobie choć osobistej autonomii od zatęchłego lochu Kontroli? Inspektor Lee przez całe „Nova Express” ostrzega przed najbardziej zdradliwymi narzędziami Motłochu: Ich narkotyki są trucizną zaprojektowaną by transmitować ku Orgazmicznej Śmierci i Piecom Nova – Trzymajcie się z dala Ogrodu Rozkoszy – To ludożerna pułapka, przetwarzająca na zieloną maź – Odrzućcie ich ersatzową Nieśmiertelność – Rozpadnie się zanim wydostaniecie się z Wielkiej Składnicy – Przepłukiwanie się ich narkotykiem spycha do rynsztoka – Zatruwają i monopolizują halucynogeny – nauczcie się je robić bez żadnego chemicznego ziarna – Jedyne, co oferują, to ekran przesłaniający drogę ucieczki z kolonii, którą tak haniebnie zarządzają.

EPSON MFP image
The Universe wants to play, ręcznie wyk. kolaż, aut. Ed Constantine – tumblr

Rola substancji psychoaktywnych jest tu trudna do przecenienia. Należy mimo to zwrócić uwagę na jej dwojaki charakter; nałóg – zwłaszcza opiatowy (choć doniosłość owego w życiu Burroughsa już jest uzależniona od specyfiki narkomanii panującej za czasów jego największej aktywności, jak również predyspozycji charakterologicznych) – jest potencjalną pułapką, pochłaniającą co prawda w różnym tempie – ale i możliwą do przezwyciężenia przy ogromnym wysiłku siły woli.

Nie przypadkiem takie rewolucyjne – z uwagi na skuteczność – formy terapii uzależnienia od opiatów/opioidów – jak chociażby zachwalana przez Burroughsa terapia apomorfinowa, są przemilczane i tłamszone. Dzieje się to za sprawą tych samych politycznych nacisków, które zapobiegły zrewolucjonizowaniu całej psychiatrii, wykluczając (na przekór ich udokumentowanej naukowo skuteczności terapeutycznej) wykorzystanie takich środków, jak DMT, LSD-25, czy MDMA; podobnie jak z ibogainą, stanowiącą najprawdopodobniej najskuteczniejszy dostępny obecnie środek leczący z uzależnień.

Jedną z najperwotniejszych gnostycznych metafor jest ta mówiąca, że diament nie może ulec zanieczyszczeniu poprzez błoto. Ze wstępu do Nagiego lunchu: Nie kąpałem się od roku, nie zmieniałem odzieży, ani nie zdejmowałem jej, chyba żeby wbić igłę w szare, drewniane, włókniste ciało, co powtarzało się co godzina. Nigdy nie porządkowałem ani nie odkurzałem pokoju. Puste pudełka po ampułkach i śmieci sięgały aż do sufitu.

Totalna degrengolada? Dorobek twórczy WSB z wglądem w jego życiorys wskazują, że – choćby i zanieczyszczony – pokarm bogów znalazł jednak godnego adresata, a dawka trucizny nie okazała się zbyt wielka. Inspektor Lee bowiem, podobnie jak chociażby Aleister Crowley, posiadał niesamowitą duchową żywotność; być może to jakiś paradoksalny atawizm androgynicznej nieśmiertelności: trucizny nie infekowały rdzenia, a jaźń nomen omen wzbogacała się podczas chemicznie napędzanych wypraw poza granice ludzkiego postrzegania.

Mimo że „(opiatowy – dop. n.) narkoman żyje w krainie, gdzie nie ma bólu, seksu ani czasu” (List Mistrza Narkomanii) narkotyki jako takie nie niosą gnozy per se. Jak czytamy w „10 głównych zasadach gnostycznego objawienia” Philipa K. Dicka: Każdy z nas ma nieupadły boski odpowiednik, który może wyciągnąć ku nam dłoń, aby nas obudzić.

Prawdopodobieństwo nawiązania tego kontaktu wzrasta po pierwsze poprzez „odczucie” tego wołania, a dopiero po któreś-tam, via narkotyki – z naciskiem na halucynogeny. Na horyzoncie zdarzeń jest ujrzenie przebłysku Pleromy, Chaosu, innych światów i wymiarów, dalej – wysnucie wniosków, pozyskanie inspiracji, przekonfigurowanie postrzegania itd. Reprogramowaniu świadomości obok halucynogenów sprzyjają techniki szamanistyczne.

Padło odniesienie do tekstu P. K. Dicka, a że w przypadku obu pisarzy na podstawie ich książek można powziąć przeświadczenie, że byli zapalonymi praktykantami halucynogennych tripów, warto wspomnieć, że Philip raptem parokrotnie zażył LSD, a jego przedmiotem jego głównego psychoaktywnego romansu była amfetamina; zaś WSB egzystował głównie w opiatowo-haszyszowej krainie, a jego halucynogenne wyprawy pozostawały na dalszym planie, przynajmniej w sensie ilościowym.

Choć „dyktator o żelaznej woli to archaizm”, nie jesteśmy po prostu ofiarami demokratycznej tyranii; świat współczesny jest konstruktem nastawionym na wyeksterminowanie wolności myśli. Mylenie starego typu władzy z obecnym obłąkaniem Kontroli to jak poczytywanie eksplodującego nowotworu za zanikającą narośl.

W poniższym fragmencie zarysowuje się paradoksalny konserwatyzm Burroughsa, jego ponadczasowa, esencjonalna, metapolityczna – nazwijmy to… duchowość, transcendująca ideologie ogółem, czy ich poszczególne aspekty, jak np. prymitywny rasizm i inne tego typu operatywy współczesnej pseudoprawicy (co jest notabene kolejnym wskaźnikiem na stopień przemieszania w manichejskim tyglu świata stworzonego, o czym ciekawie pisał inny nowożytny gnostyk, a przy okazji tzw. narodowy bolszewik – Aleksander Dugin³).

Podstawowy mechanizm novy jest bardzo prosty: zawsze wytwarzać tak wiele nierozwiązywalnych konfliktów, jak to tylko możliwe i zawsze wzmagać istniejące już konflikty – Odbywa się to poprzez składowanie na tej samej planecie form życiowych o niekompatybilnych warunkach bytowych – Oczywiście nie ma nic „niewłaściwego” w jakiejkolwiek dowolnej formie życia, jako że „niewłaściwość” znajduje odniesienie tylko do konfliktów z innymi formami życia – Sęk w tym, że te formy nie powinny przebywać na tej samej planecie – Ich warunki życia w obecnej postaci czasowej są zasadniczo niekompatybilne, zaś robota Motłochu Novy polega dokładnie na tym, aby utrzymać ten stan rzeczy, tworzyć i rozjątrzać konflikty, które prowadzą do eksplozji planety (…)

– W dowolnym danym czasie aparatura nagraniowa przerabia naturę absolutnej potrzeby i dyktuje stosowanie broni totalnych – Takich jak ta: Wziąć dwie przeciwstawne grupy nacisku – Nagrać najbardziej brutalne i odgrażające się stanowiska jednej grupy względem drugiej i odtworzyć to tej ostatniej – Nagrać odpowiedź i dostarczyć ją z powrotem pierwszej grupie – W tył i naprzód pomiędzy przeciwstawnymi grupami nacisku – Ten proces jest znany jako „feedback” – Możesz dostrzec jego działanie w każdej zadymiastej spelunie – a ściślej rzecz biorąc w każdym konflikcie – (…) W całym moim doświadczeniu oficera policyjnego na żadnej planecie nie widziałem tak totalnego strachu i degradacji – Zamierzamy aresztować tych kryminalistów i przekazać ich Wydziałowi Biologicznemu do wskazanych przeróbek.

EPSON MFP image
Choronzon, ręcznie wyk. kolaż aut. Ed Constantine, tumblr

W powyższych treściach można z powodzeniem upatrywać wartości satyrycznych, metaforycznych, czy literackich, w swej istocie kryją one jednak kod, pod którym kryje się nie jakaś tam ostygła prawda, ale samo poznanie (gnosis) jako trajektoria promienia przeszywającego kłamstwa „rzeczywistości”. Czy jest zatem coś mniej fikcyjnego w swych metafizycznych wskazówkach, niż „eksperymentalne science fiction” Burroughsa?

Pomimo sukcesywnego intoksykowania swojej psyche wysokimi dawkami środków otwierających wrota do zmienionych stanów świadomości, jak również pomimo jego wieloletniej zażyłości z opiatami, która każdego z takich nieszczęśników prędzej czy później prowadzi poprzez rozpadliny własnego ja, umysł WSB pozostał czysty, przenikliwy i nade wszystko twórczy aż do późnej starości. Nałóg opiatowy jest najlepszym testem na jakość człowieczeństwa i WSB go zdał na medal (tymczasem autor tego tekstu wziął rozbrat z rzeczonymi procederami, od kiedy kapnął się, że ma dla kogo żyć i się zmieniać).

Zatem odczytywanie prac WSB w takim czy innym kontekście: jako nowatorskiej literatury, spaczonego science fiction, czy nawet interpretowanie ich na tym samym, powierzchownym poziomie, ale przy innym kolorycie wartościującym, udowadnia zwyczajnie niedostatki przenikliwości interpretatora. Twórczość Williama Sewarda Burroughsa to bowiem XX-wieczny analog gnostyckich apokryfów.

nichtig / wyklucznik / katastrof / panoramix / levvyatan

Przypisy:

1/ „(..)to, czym naprawdę jesteśmy, poza naszym dowodem tożsamości, nawet poza naszym własnym obrazem samego siebie  – jest małym, ognistym fragmentem naszego prawdziwego Wyższego Ducha.” (Proces inicjacji, Oryginał angielski © 2000 Romero Lorenço da Cunha, źródło: http://franzbardon.pl/procesinicjacji.php)
2/ Zauważmy tu – chociażby za Krzysztofem Matysem – iż w przypadku gnostycyzmu może być mowa – w przeciwieństwie do religii o korzeniach semickich – tylko o dualiźmie antykosmicznym. „Gnostycki Bóg przeciwstawiony został światu. Jego natura jest inna niż natura kosmosu. Bóg nie odpowiada za powstanie świata i nie sprawuje nad nim zwierzchnictwa. Świat materii jest dziełem bytów niższych (Archontów). W kosmosie to one dzierżą władze. Bóg gnostyków jest pozaświatowy, jest oddzielony i ukryty.” – za: Gnostycyzm. Próba definicji – K. Matys, gnoza.pl 2006
3/ Np. esej „Gnostyk” (http://www.legitymizm.org/mlodziez_imperium/MI006/zasoby/32.html), czy „Od świętej geografii do geopolityki” – tłum. z ang. KS – Reakcjonista nr IV (tradycjonalizm.net) – zwł. podrozdziały „Ludzie Północy” i „Ludzie Południa”. Niespecjalnie zapowiada się na to, aby prędko ukazał się polski przekład jakiejkolwiek książkowej publikacji Dugina, choć ostatnio dało się zauważyć taki paradoks, jak obecność fragmentu jego wykładu nt. przyszłości geopolitycznej Ukrainy w „Angorze”.

Bibliografia:

Eseje:
1/ William S. Burroughs: 20th Century Gnostic Visionary – Robert Guffey – New Dawn Magazine No.99 (XI/XII 2006) – http://www.newdawnmagazine.com/articles/william-s-burroughs-20th-century-gnostic-visionary
2/ Burroughs-ian Gnosticism: In His Own Words – Sven Davisson – Ashé Journal, Vol 4, Issue 3, s.469-483, 2005 – http://ashejournal.com/index.php?id=32

WSB:
Nova Express
The Western Lands (Zachodnia Kraina, pol. Przekład P. Lipszyc, wyd. Świat Książki 2009)
The Place of Dead Roads (Miejsce Martwych Dróg, dotychczasowo niewydane w III Rzeczy)
Third Mind (wyraz z Brionem Gysinem)
The Wild Boys (1971) (Dzicy chłopcy, dotychczasowo niewydane w III Rzeczy
Cities of the Red Night (1981) (Miasta czerwonej nocy, dotychczasowo niewydane w III Rzeczy)

wsBURROUGHS-PHOTO-1-facebook

! .:. BONUS .:. !

7 okultystycznych technik WSB miażdżących rzeczywistość

Technika #1 – Rób łatwo

Najbardziej wypróbowaną techniką Burroughsa była praktyka “Robienia łatwo”, to jest, przetrenowania twojego mózgu to wykonywania wszystkiego w najmniejszej liczbie kroków. Jak to ujął Burroughs, “[robienie łatwo] zwyczajnie oznacza robienie cokolwiek robisz w najłatwiejszy, najbardziej zrelaksowany sposób, jaki możesz uzyskać, będący zarazem najszybszym i najbardziej wydajnym sposobem.

Dla najprostszego sposobu przyswojenia tego istotnego okultystycznego konceptu, sprawdź krótki film Gusa Van Santa wyjaśniający dyscyplinę Czynienia Łatwo, poniżej. Może Ci to zaoszczędzić lat życia!

Technika #2 – Kontrola Snów

Burroughs napisał dziesiątki powieści, a wszystkie z nich są przepełnione niesamowitymi, halucynacyjnymi obrazami, która wystawia większość mainstreamowych pisarzy science fiction na wstyd.

Część jego symboliki była najpewniej zaczerpnięta z eksperymentów narkotycznych, zwłaszcza z Ayahuaską. Ale wiele z niej było zaczerpnięte z jego snów – Burroughs wiernie prowadził dziennik snów i wykorzystywał materiał z niego jako benzynę pisarską.

W filmie powyżej William wyjaśnia sztukę kontroli snów.

Technika #3 – Cut-up

Czymś kluczowym dla życia Williama S. Burroughsa, jego magii i światopoglądu był cut-up, technika stworzona przez jego przyjaciela i współpracownika Briona Gysina.
Cut-upy są sztuką cięcia tekstu i obrazów, a wtedy przestawiania ich aby stworzyć nowe, niespodziewane układy. Robiąc tak, Burroughs czuł, że może zdestabilizować język i dotrzeć bliżej prawdy. Ta technika magiji chaosu pozwalała Burroughsowi i Gysinowi patrzeć w kod źródłowy rzeczywistości, co przez wieki było wyzwaniem magików i alchemików. Technika ta została zaadaptowana później przez ludzi takich jak David Bowie, Iggy Pop i pisarz William Gibson – po prawdzie, cut-up był wykorzystywany przez niezliczonych artystów wszelkich profesji, aby obudzić masywną kreatywność, gdy bili głową o ścianę.

Obadaj niesamowity film Burroughsa i Gysina z 1966 roku – Cut-upy, który dosłownie demonstruje rzecz /powyżej.

Technika #4 – Maszyna snów

Kolejnym wynalazkiem Gysina, który został zaadaptowany i opanowany do mistrzostwa przez Burroughsa była Maszyna Snów, obracający się cylinder światła, który może indukować niesamowite wizje.
Burroughs często pisał o Maszynie Snów w swoich praca i używał jej efektów, aby wygenerować większość ejdetycznej symboliki, która wypełnia jego powieści. Brion Gysin miał nadzieję na wypromowanie swojego wynalazku w hipermarketach i umieszczenie go w każdym amerykańskim domu zamiast telewizora. Szlachetny pomysł, ale nigdy nie wypalił (koniec końców nie da się nadawać reklam w Maszynie Snów) – jednakże w następnych latach i dekadach, Maszyna Snów pozyskała kult wyznawców. Nawet Kurt Cobain się do nich zaliczał.

Za niewielką kwotę pieniędzy możesz zbudować własną Maszynę, działającą zupełnie tak, jak profesjonalnie wykonany model. Sprawdź nasz >poradnik< jak taką zbudować.

Technika #5 – akumulacja energii orgonowej

Kolejną z fascynacji Williama była energia orgonowa Wilhelma Reicha i jej akumulatory. Reich, student-renegat Zygmunta Freuda, wierzył, że odkrył jak kontrolować i zaprzęgać energię seksualną, lub „orgonową”, która stanowiła cząstki energii seksualnej nazwane „bionami”.
Reicha prześladowano w latach pięćdziesiątych, jego laboratorium zostało zniszczone przez rząd USA i ostatecznie został wtrącony do puchy (gdzie zszedł). Burroughs później odkrył i opanował pracę Reicha, wybudowując nawet własne pudło akumulatorowe – w którym spędzał wiele czasu, siedząc i paląc kif, lub skrystalizowane THC, pisząc. Burroughs zaprzysiągł orgonowi i wykorzystywał go w swoich powieściach jako metaforę przełamywania antyseksualnych kontrolerskich mocy społeczeństwa.

Technika #6 – Totalne Skupienie na Zdestabilizowaniu Kontroli

Burroughs łączył wszystkie swoje eksperymenty w imię centralnego zadania: destabilizacji i zniszczeniu kontroli.
Jak Gnostycy, Burroughs postrzegał świat jako zasadniczo mechanizm kontroli, lub pułapkę. Widział swój cel, jako kompletne złamanie i zniszczenie tego systemu kontroli. Poprzez kontrolę, Burroughs miał na myśli naturę rzeczywistości samą w sobie, i razem ze swym współpracownikiem Gysinem, nie zaakceptowaliby nic poza jej kompletną destabilizacją i zniszczeniem. Poprzez to jest jednym z jawnych dziadków magiji chaosu.

Wideo powyżej zawiera utwór z albumu DJ’a Spooky’ego Rhythm Science, z uczestnictwem Scannera, znanego też jako Robin Rimbaud. Sampluje Williama opisującego swoje pięć kroków do zmiażdzenia rzeczywistości. Są to:
1. Ogłoś nową erę i rozpocznij nowy kalendarz.
2. Zamień obcy język.
3. Zniszcz lub zneutralizuj obcych bogów.
4. Zniszcz obcą maszynerię kontroli rządowej.
5. Odbij dobra i ziemie od poszczególnych obcych.

Technika #7 – Magija Chaosu

Burroughs był nie tylko jednym z przodków magiji chaosu, ale także poważnie praktykował jej dyscypliny w latach osiemdziesiątych, zagłębiając się w prace Petera Carrolla, dołączając do jego zakonu Illuminatów Thanaterosa (Burroughs został pochowany z pierścieniem z gwiazdą chaosu otrzymanym od zakonu), oraz robiąc regularne i zdyscyplinowane eksperymenty z technikami Carrolla. Poruszył te eksperymenty w swoich późniejszych powieściach, zwłaszcza w swojej ostatecznej trylogii, złożonej z Miejsca Martwych Dróg, Miast Czerwonej Nocy i Zachodniej Krainy.
Fascynacja WSB magiją chaosu wzięła się z jego uprzednich eksperymentów z Gysinem w Tangierze w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych oraz jego zainteresowaniu wykorzystaniem technik buddystycznej medytacji, których nauczył się od tybetańskiego nauczyciela Chögyama Trungpa w latach siedemdziesiątych. W latach osiemdziesiątych Burroughs odkrył magiję chaosu i odkrył w niej wymodelowaną dyscyplinę, która połączyła jego poprzednie eksperymenty.

Za: Ultraculture

tłum. katastrof

004-william-burroughs-theredlist

Advertisements

Xeper, czasownik, oznacza poszerzenie egzystencji na dalszy poziom istnienia

Fraszka pożegnalna

Brunatna heroina
w zanadrzu ręki finał
ale brunatna heroina
to już nie moja dziewczyna
Studnio maku! Nie napiję się
już z ciebie, bo zbyt poznałem siebie
Choćby SzataniAnieli wołali wgłąb topieli
Wykluwam się, minąwszy rozpadliny swego
ja – obliczu Bogów powiem tak! do cna
i Nocy Płomieni, gdy się przejawi
niezmiennie zmienny wąż niemiłosierny
Żegnaj maku! Za pan brat, acz
swoim widmem mnie już nie strasz.

tiamt

Jedwabiste Poznanie

Migający niebieski język płomienia
a wokół niego tęczowe halo

Postulat bycia sobą, procesowania tożsamości
bywa zawirusowany urojeniami
Należy je odsiać jak połów z sieci Diabła

Należy nie tracić skupienia
na ogniskowej zmiany w hierarchii dążeń
I bez litości transcendować granice
zaprzeszłego, schorzałego ja

Miłość podług Woli nie może
zostać zakryta czerwoną kurtyną
Bo to ona świeci wskroś diamentowych
oczu pradawnego Smoka
Dawcy Poznania

fierySnake

Płonięcie

Jest człowiek, który gdy znajduje szczęście
nie przestaje wciąż szukać
bo jest ogień, który nie gaśnie,
gdy się nasyci

Był włóczęga, który poznał ciemność
I dostrzegł czarny płomień w swojej duszy
Nie przestawał szukać i błądzić,
transgresować
tworzyć, niszczyć i deptać
Zadawać cierpienie i dawać jadowitą miłość

Skończył się, gdy przy ognisku
za drutem kolczastym, w leśnych chaszczach
Pod powiekami ujrzał Tyfona-Seta, płomień w kotle Tubal Kaina,
a poczęty wtedy Syn zrodził się z jego Matki

Są ludzie jak puste naczynia, odwieczna trzoda
Im i podług nich są dyktowane prawa
Ale nie ma Prawa ponad czyń swą Prawdziwą Wolę

Gdy na długo przed świtem gasną płomienie
i wilgotna ziemia pragnie nas połknąć
Płoń na naszych czołach, cudowny Wężu!

Zaspa

/wersja rozszerzona, niepublikowana/

przez: wyklucznik, luty 2014

Te wypisy z jazgotu głowy, czy głów politoksykomańskiej hydry, zamkniętej przejściowo w cyrku otrzeźwienia tożsamości, a oskarżonej w procesie fermentacji wspomnień, zostały zarejestrowane. Jak niewskazane jest mierzenie igłą w krwioobieg, a również i po połknięciu szkodliwe, i w przyjęciu wziewnym, tak odradza się – to, co poniżej.

I

Wszystko sprowadzone do pojedynczego „żegnaj” za coś blisko 365 prahebrajskich nominałów grzechu, przekazywane szybciej niż w okamgnieniu spod lady na szemranej loterii losów.

Rachityczny pomyleniec i jego chybotliwy cień z nieochrzczonym jeszcze chemicznie, świeżym dowodem tożsamości, pokracznie sunęli stromą, starą drogą w kierunku położonego na wzgórzach lasu.  Podzwanianie butelek taniego wina w plecaku tłumił materiał splotów przemycanej ofiary. Syczenie górskich węży, na podniebieniu dłoni gorycz po odkręceniu zaworu do kanałów podświadomości, rojących się od śliskich uskoków oraz zróżnicowanych jak miejskie neony kałuż ekskrementów. Z kaszlem umysłu przetoczyły się już chmury, sny i mary noszące piętno powagi. Kto błaznuje temu jednemu typowi zaślubin, idzie do Diabła; kto spostrzega kiedy dzwon rozbija zmurszałe komory serca? Ściemniło się zanim na dobre nastał zmierzch.

Stosy liści wyschniętych jak popioły, w których żaden chemik nie będzie szukał śladów atramentu.  Zapominać się nieregularnie często. Taniec idioty pod gałęzią jak stworzoną, udekorowaną żartobliwą pętlą liny, z którą się nosił jak linoskoczek, aż nie wszedł i nie zszedł z wiedźmiej góry, by się zdysocjować nieostatecznie, choć nieopodal. Pijana konsternacja trzeszcząca jak ledwie wytrzymujący napięcie transformator, a wróżby ślepców nad okrzyki niemych.

Zawsze za wcześnie lub za późno, choć nieregularne zapomnienie zgodnie z niepoznanymi prognozami miało zyskiwać na częstotliwości; sztormy, prześwietlające erupcje przedawkowań, syberyjskie niże i globalne przesmażenie półkuli. Powrót odpalony z widokiem świateł ludzkiego mrowiska, ku brzęczeniu jarzeniówek i wygasaniu upartego, żrącego ognia w oczach. Sumienie to brudny biznes. Ten żart miał wkrótce przestać być śmieszny i śmieszyć do utraty tchu. Na krzesełkach w świetlicy bezzębni klaszczą jęzorami; jednemu zabrakło śliny, udławił się niespostrzeżenie.

Przebity włócznią bok bękarta Seta-Tyfona krwawi czarną karmą. Strumienie myśli milkną, gdy ich ścieżki zarasta warstwa mułu, w którym roją się bakterie rzeczywistości, zawsze mogące liczyć na schronienie w psychicznych jelitach ludzkiego stworu. Tak więc z usług klifotycznego solarium zdarzało się korzystać przeważnie klientom obarczonym astralną skazą. Pretrumna dysolucji, wieko zamyka się bezgłośnie, chłodno i swobodnie, jak powiewa cienki materiał na lekkim wietrze.

Umysł pacjenta przechodzi etap potocznie zwany szmerami. Badana jest odporność na pierwotny lęk oraz różne natężenia i konfiguracje wirusów psychicznych. W głuchej ciemni rozkwitają obce barwy i chaotyczne frekwencje. Zintensyfikowanie seansu do zdarcia skorup zaprzeszłych i obecnych ego, z odsłonięciem prześwitu na prekosmiczną zupę – stosowane jest to za wzajemnym, usankcjonowanym czarną pieczęcią nieporozumieniem.

Przy przeglądzie ludzkich próbek sprawdzane są one pod kątem zdatności, czy może potencjału istoty, która może się z danej próbki wykluć. Pod dotykiem światła skanera czytnik na wieczku próbek odpowiada iskrzeniem. Zatem być może to, że niektóre nie iskrzą, jest tylko wskazówką na bliskość przebudzenia i dojrzałość ku transfiguracji, jakkolwiek nie wyklucza się jeszcze tego, że akurat tą ścieżką, która w danym przypadku znajdzie zastosowanie, jest śmierć. Pod przesłonami, wewnątrz oszukanych, oszukujących się oszustów, poniżej, szepcze o  tym jej spiętrzona obecność w komnatach podświadomości. Zimno, którym promieniuje, jest starsze niż ziemia.

Nie zapominaj, że ludzie, którzy zdają się zmierzać w tym, co ty kierunku, są zainfekowani wirusem wspólnym dla wszystkich, którzy ugrzęźli w kanałach czasu. Pozór pokrewieństwa niesie ryzyko utraty czujności, usypia radar układu odpornościowego. O ile w zamiarze opuszczenia fasad materii dysponujemy jakimkolwiek kompasem, wśród najskuteczniej rozstrajających go procesów dominują te śmierdzące beztroską niczym katolicka moralność nie wysianym tam gdzie trzeba nasieniem.

Wszystko to brednie. Jak bardzo jest się człowiekiem? Nie odkrywszy jeszcze gołębich odchodów na swoich jakże osobistych i drogich sentymentach, ku którym wiodą wybrukowane i dziurawe ścieżki w alejach wspomnień. Ciągle jeszcze. Nadmierne skupienie na daremnym szukaniu rozwianych, pajęczych nici snów, brak uwagi i wiedzy, które pozwalałyby wybaczyć, przestać, póki nie jest za późno.

Bo zawsze było. Jak pierwszy rozbity promień dziennego światła docierający do zamglonych neuronów, tego typu zakłócenia niekiedy zauważa się dopiero w momencie, gdy dezorientacja odsłania swoje oblicze spod przegniłych kotar nadziei.

Zatem proszę nie łudzić się, że przędzący tą sieć pająk wyciąga wnioski. Z piskiem w uchu jak nieodebranym telepatycznym połączeniem, ile to razy żadne spojrzenie nie naznaczało już tym podobnych wybrakowanych jednostek w ich prywatnych ślepych zaułkach, z odpakowaną jak list z prokuratury, kolejną nauczką noszącą bezbarwę pierwotnej skazy, ślady bezcielesnej blizny… Twarz, która udziela pouczenia jest zawsze ta sama, ma podłe, tępe spojrzenie i oczekuje szacunku i pokory do tzw. Tu i Teraz, które dla niektórych nigdy nie będą przystanią. Głód zapomnienia wydaje kolejne zatrute kwiaty i tylko zdaje się, że daleko do rejonów, gdzie z ich nasion mogłoby wyrosnąć poznanie. Wydawało się im, wam… zbyt wiele nie wystarcza, a coraz bardziej znaczy coraz mniej.

– Sprafćmy!

chaos23b

II

Niedoczytany „Zmierzch Zachodu” Spenglera gdzieś w zapuszczonej graciarni szwankującego umysłu. Nieoficjalnie przodujący w jednostkach przepływu wychodek na tej zjadanej powolutku falami powierzchni gnijącego zewłoku – zbutwiała zatłoczona tratwa, uważaj kurwa na łokcie. Obustronny obieg – „z dupy do ryja” – bydlęca racja, racja nasza pospolita. Stąd to metafizyczna kanalizacja rozprowadza fekalia podludzi, pardon, perfumy multikulturalizmu, wgłąb całego wyspiarskiego kikuta postarzałej kurwy, której niegdyś przysługiwało miano Europy. Pantarhei, terminy ewoluują, różnokolorowe manekiny rzucają banknoty na tekturową scenę gry, w której rzekomo gra się o wszystko, ale zwłaszcza o czas, o czas, który naturalnie poświęci się dalszej grze. Zafoliowane apetycznie marzenia na szklanej wystawie.

– Halo, halo, proszę tu podejść, czy pan jest stąd?

– Jakiekolwiek miejsce ma pani na myśli, obawiam się, że zaszła pomyłka.

– Nie Żadna Pomyłka (NŻP), tylko to najwyraźniej Nie Miejsce dla Pana (NMP).

Kobieta zerknęła nerwowo w stronę szafki z lekami.

– Wytłumaczyć się natychmiast, albo wezwę ochronę.

– …proszę zrozumieć, jestem ofiarą fatalnego nieporozumienia, które miało miejsce zanim cokolwiek uzyskało miejsce. I zapewne właśnie dlatego odpowiednie służby jeszcze nie zdołały mnie namierzyć. Ale powoli do mnie docierają, bóg mi świadkiem, gdzieś tu zawieruszył mi się skalpel.

Ocknął się jak pod wpływem – grzebiąc w kieszeni szpitalnego szlafroka, na wszelki wypadek sprawdzono też bieliznę. Później zadzwoniono na obiad, szurające kapcie, papier ścierny skóry i rozdrabniające pokarm szczęki, całość w narastającym spowolnieniu, marmolada, czasem lepiej bez noża i widelca, zastrzyki w pośladek na dyscyplinę, w spowolnieniu detoksykacja neuroleptykami i wskazówkami zegarów, w których tłuste palce podmieniają baterie.

– Houston? To coś niesamowitego, co nam się przydarzyło. Za bardzo chcieć zniknąć.

– Nie będę płakał.

Smaczne, gorzkie, a zdrowe pigułki w samolocie, z recepty na pieska; cóś znów zgubione, przechyla się ramię wagi.

Franz z werwą wykładał koleżce jego małość. Kantygerd zezował ze swojego kąta podłej nory. Franciszkowi nie chodziło nawet o jego upośledzone zdolności adaptacyjne, których awaria była funkcją oderwania. Rozgrywało się o brak uwagi. Brak zbieżności z taśmą produkcyjną. Oczy mu się rozjeżdżały przed czytnikiem, miesiące zamglone odurzeniem, ze sporadycznym stroboskopem obsesyjnych wspomnień i fantasmagorycznych urojeń.

Ten rozstrojony schizoid miał kłopot z wykonywaniem odpowiedniej liczby ruchów na minutę. Ze słowami i z rzeczami. Z przykładaniem wysokiej wagi do słów, cudzych i własnych. Wyżej cenił lokalną heroinę, a za taką wycenę ponosi się koszta; jakość, ilość, immanentna podłość, uniwersalne parcie Porządku na Chaos. Przyj, Magdaleno, może coś się urodzi, jak to dobrze że mogło coś powstać, budzik telefonu jak donośny pierd współlokatora o 6-tej nad ranem; a może by tak poczekać chwilę na tej ławce, może coś dziś się przydarzy…

No bo tak – biel i czerń, czerwień w koło, czerń krzyżuje, łamie krzyże, w oczach dłoni nóż, krzyż połamany o banknoty, palce kusi skun, braun, banknoty z rąk do rąk jak nóż, jak pierwsza szpryca helupy, z rąk do rąk w głowie; brak oddechu z ust do ust, co zastąpił nie wezwaną karetkę, gdy ktoś tracił dech i gdy on się garbił na łóżku lub na cmentarzu. Nonkonformizm w zapomnieniu, lub bezkompromisowość betonu na moście, na którym przychodziło się żebrać na działkę… Could you spare me this change, sir? Ominięcie szerokim łukiem.

Ani chybi przypadek partycypujący w nowej, nieoficjalnej klasie społecznej, tj. white trash, z akcentem mniej czy bardziej drętwym, z lepszą, czy gorszą dostępnością żył.

– Szeregowi Chińskie Kanabinole Wystąp! Ramiona okaż! Lina produkcyjna nr…

– Panie Pakusie, ten pracownik śmierdział czymś palonym i na pewno to nie był tytoń.

– Pani Asiu, nie paliłem wtedy trawy, ale dziś kupię sobie heroinę.

Głupca śmiech. Kantygerd ze swoim jakże umiłowanym środkiem na odlepienie mózgu od tablicy ratio, przyczyny i skutku, wracał szybkim krokiem przez park, próbując złapać oddech jesieni. Teraz przez moment faktycznie można by ulec złudzeniu, że oto idzie osoba posiadająca cel w życiu. „Egoizm zwycięży”?

– Jednak ego…

Tłuste muchy padają na podłogi i parapety pod uderzeniami kleistej packi. 2 ml nieostygłego jeszcze płynu o barwie obsesji, w używanej już obsesyjnie kilkanaście razy pompce. Tępa igła ponownie ze zgrzytem aktywuje najszerszą drogę dojazdową do zionącego ślepą ciemnią serca.

Bilet wstępu do czarnego konfesjonału. Choć ciągle tańczy tam płomień, wewnątrz jest pusto, ciemno i zimno, ale ten chłód nie przenika ciała tego, kto je zrzuca. Nieobecność? Niewiara w obecność, jarzmo obecności, nahaj czasu. Chwil, w których ich nie ma, nie odmierzają wskazówki.  Ciało nie spłaszcza już swoją grawitacją myśli, a myśli nie przeceniają słów.

Tak naprawdę nigdy mu to nie wychodziło. Tam, gdzie już chciałby przestać powracać, w zamputowanej przyszłości, zawiedzione, odbarwione twarze odwracają spojrzenia. W cichej, błogiej trumnie rozkwita czarne ziarno maku… jeśli dobrze poszukać, znajdzie się nawet jego numerek w rejestrze korzystających z programu wymiany igieł.

– Widziałem, że coś przygotowałeś sobie. Powinieneś się cieszyć, że jeszcze w mordę nie dostałeś.

Szczury obgryzające dłonie, nie złożone do modlitwy, ale zawodzące w realizacji zapoznania czyjejś gęby z chodnikiem. Zgryzu nie odpuszczaj, a odpuszczone ci będzie. Nieupolowany jeszcze pobiegł za polującym, a tam początek nowej drogi życia. Wpierw szwy, gdzieś jeszcze hen w drodze nakaz sądowny, cóż więcej – wiadomo, kolejny pewny sufit do wnikliwego przestudiowania, regulamin dla rozregulowanych, składki ZUSu, kilka PITów, tak z 5 ośrodków, kiedyś może kryminał, albo nawet orzeczenie o odporności na tradycyjne metody leczenia narkomanii.

– Ale on chciał mnie zabić!

Rozbite naczynie, kałuże krwi na dywanie i korytarzu.

– Jezusie nazarejski, że to ja będę musiała zmywać podłogę?!

Buty widmowych przechodniów terkoczą jak zepsute budziki.

Latarką po oczach.

– Nie odechciało się jeszcze wykolejeńczej narko-martyrologii, co? Ile tych gierek żeby tylko strzelić sobie w kabel, co? Wbrew monopolowi Instytucji Chrystusiej? Proponujemy pracę przy kopaniu rowów. Pan nie jest. Obywatelem, proszę pani, pokłuty jak świniak.

– Zabrać to stąd.

– Nie kojarzysz, takiej znajomej się zmarło, kurczę, wykonać telefon…

– Nieee, ona miała DWA koty. Wdepnęłam w psią kupę.

– Bywa. Nie oglądaj się za siebie.

– Lepiej się witać niż żegnać.

– Zabrać to stąd!

Aniołki – chórem: Ja ci życzę jak najlepiej! /Zakazuje się wprowadzania psów, rowerów i narkomanów/

Zanim oskarżonego wprowadzono na salę, sędzia splunął skrzętnie w chusteczkę, drogi oddechowe, kanałowe, przelewowe, grzebyk, kołnierzyk.

– Ścisła abstynencja, w imadło, zresocjalizować, ścisnąć w imadle kalendarza mocno, przykręcić śruby, przestroić odbiornik, od tego jest regulamin, od tego instytucje społeczne, by formować głowy, ziemia jest kulista i pion być musi, jak umiar, wymiar, racja bytu.

– Magnifencjo, dorzuć się na działkę.

joker23c

Tak… Co prawda zawsze można spróbować wyczerpać swój zapas drobniaków, miedź czasu jest do zbycia na skupie, ubytki w linearnej osnowie. Gdzieś w zaułkach, którymi się przemykano, aby nie zapamiętać, wiatr rozwiewa kartki ze starego testamentu, rozklejonego jak stara kurwa. Kompot z bonusowym HCV’em przelewany z pompki do pompki…

To planeta Ziemia, tu wszyscy są trafieni. Buteleczka krzyży po złoty pięćdziesiąt per 2 jednostki zapominalskie, toczy się ospale między kurz a cień w oczach, na dworcu – w piaskownicy odległy szum morza i znaki – przypuszczalnie Neandertalczyków – pisane palcem po piasku. Co tym razem – pogrzebacz, czy upośledzacz?

– Po prostu dwubiegunowo uciekam od patologii.

– Dobra jazda, niech Ci dalej narta nie zakantuje.

– Oby ci żyłka nie pękła, krzyżyk na drogę, ale nie ten, nie tamtędy, jak nie to poszedł w czorty!

Kondomy z przydziału z szuflady, sąsiadującej z szufladą ze sprzętem do iniekcji dla zaufanych grzejniczków; zaufanie państwa zyskuje się latami… wzdłuż muru psychiatryka, procesja chromatych w stronę słońca… zachodzącego. A ten parchaty lis, ryj jakby umoczony, wpadka, te szramy i zagaszone przed laty na skórze papierosy, trzęsące się palce, badania moczu, odznaczyć w aktach, wszystkie argumenty w dwu czy ośmiu lewych rękach wypadają naraz z jednej, prawej dłoni, wraz z wykorzystaną haniebnie strzykawką, co się sekundę turla po podłodze i zatrzymuje przy kubku w z fusami po kawie i rozmokłymi petami… pogryziony pasek od portek szczeka sprzączką, zużyty użytkownik osuwa się na barłóg… znajome ulice mgliście przelatują pod powiekami… aż coś jebnie w głowie. Czas na tramwaj do syropu, nieuwaga, w tem: graffiti polskie – „oczyśćmy Katwszawice z Podwszonego Ścierwa” – i stuk, puk, pirogen potrafi solidnie wytrząść.

– Twoja choroba stawia życie małżeńskie dzielnicę dalej pod groźbą psychiatryka, niedobze, idź już sobie.

– Panie Boże, poodkurzałem przynajmniej jak człowiek, a nie jakieś bydlę… po sobie.

Wstecz, wsteczny, wspak, prześwietlona taśma. Skrzypliwa stancja i zakłopotane, zniesmaczone spojrzenie Matki Polki nr seryjny …4195732, emerytura, hostia, suczka się oszczeniła, krzyżówki i dobre, tanie konserwy.

– Przecież mówiłam o tym pół godziny temu.

– O jezusmaryja, jak dawno się tak nie zgrzałem.

…Co? To była niedziela, tak bywa, jeszcze wtedy nie wiedział nic o skręcie, za to dzwony pobliskiego kościoła już- choć ledwo – łomotały poprzez beton, szkło i poprzez rezonans telewizornio-odbiornika, odpalonego na częstotliwości śpiewów regionalnego kółka młodzieży katolickiej. Osobowość, te chore bydlę, w trakcie powolnego zlepiania się na powrót do powszedniego kształtu, z jakimś chrobotem, czymś jakby zgrzyt kruszonego pod podeszwą szkła, choć niekiedy brzmiało to bardziej pod nutę obiegu wody w rurach grzewczych.  Etc.

To już było, będzie znów, nie patrz przez ramię, wykręca w lewo, prawie zawsze w drodze powrotnej z lasu. Na przejściu przez jezdnię stanął jak zacięty robot, nie mogąc stwierdzić, ile w zasadzie mija go aut i które są widmowe. W stronę dusznej ciszy, skrzypkowie na gałęziach. Spowolnione zbliżenie kamery w oczach na korę starego grabu, miast tego widać gęstą czarną skórę, jak przez półprzezroczystą szklaną przesłonę. Brak wskazówek co do garbnika.

Coś zalega społeczeństwu w gardle, coś zalega w kompostowniku,  nowa seria bakterii wspomagających metafizyczne bakterie gnilne jest w rządowym przygotowaniu.

III

Okolice gęsto zainfekowane człowieczeństwem, postrzegane jako organizmy, generalnie rzecz biorąc mają to do siebie, że patrzą, węszą i mniej lub bardziej sprawnie wyławiają obcych; na przykład tych igrających z ogniem i beztroskich, lekkomyślnie nieprzytomnych na własnej ścieżce ku zatracie, czy może po prostu mających problem z podłapaniem i zastosowaniem się do szeroko pojętych ludzkich norm. Tacy odstępcy w swojej ślepocie nie potrafią uszanować wszelkiego rodzaju kodeksów Moralności; ani też z wiernie pochylonym czołem uznać autorytetu Prawa i pomyłki Konceptu. One to sprawują nadzór i pod ich nadzór z ulgą oddają się wszyscy ci, którym pisana jest Przynależność.

Są jeszcze jednak osoby mądre i roztropne.

– Bycie narkomanem polega przede wszystkim na czekaniu. Ja chcę tylko spać.

Wraz z gryzącym dymem i skrzeczeniem sadzy, pod naporem gaszącego światło ciśnienia, dogasa wciąż zdolność ulegania podszeptom kolejnych obliczy jednej i tej samej iluzji. Ludzkie życie rzadko bywa przerzucaniem slajdów w osobistym projektorze. Co kto ma za osobę? Pilnuj bytu swego, koleżanko i kolego. Kto przerzuca slajdy, kto kieruje nagraniem i jakim sposobem wkraść się w to może błogosławiona klątwa zakłócenia?

Proces był w zaawansowanym stadium i gdy pacjent nie zakłócał częstotliwości za pomocą transgresorów świadomości, cała ta pożałowana godna sprawa zaczęła się dopraszać o konkluzję. Który to już raz… Zramolała ukraińska babuszka próbuje ponownie policzyć swoje zmutowane kartofle z worka niepamięci. Nihil novi? Naturalnie, ale gdy zbyt dobrze poznać wędrówkę tym tunelem, aby wątpić w to, że pozna się go bardziej… cokolwiek wątpliwe tylko, czy aż do tej bramy, za którą Otchłań jest mikrobem.

– Stefek, pierdolę ten proszek, pomyliłem żebra z ramionami, głowa spadła mi w okolice kolan i urosła do rozmiarów aeroplanu… a do tego nie chciał mi stanąć. Czekasz i nic się nie dzieje.

W wewnętrznej i bezkształtnej ciemni umysłu, razem – jednym chórem schorzałych ego, naprzemiennie głuchych, losowo oślepłych – uroili sobie znak przypisujący do bękarciego rodu błaznów i wyrzutków. Znamię Kaina powstaje na skutek prześwietlenia pochodnią Niosącego Światło. Te błogosławieństwo jest znacznie okrutniejsze niż uchwycenie spojrzenia bazyliszka.

Postrzeganie wymaga wtedy innych oczu – doprasza się o nie podświadomie petryfikującym głodem… o oczy, które nie podlegają ułudom tej domeny upośledzonego tyrana. Zewnętrzna względem planu materii i bezgraniczna energia chaosu, w tych czasach, które wielu uważa za własne, zdaje się drzemać pod powierzchnią bezpiecznej pieczęci logiki; niektórzy zaś wyławiają wskazówki zapowiadające przebudzenie, blask katastrofy.

Sztuczka jednak zawsze była ta sama, a wartość Rozumu, z narzędzia przekształconego w największą kurwę wśród bożków, od zbyt dawna była zainfekowana i ślepa na swój stan. Jednym z głównych enzymów, który bierze udział w deformowaniu schorzałej tkanki człowieczeństwa jest koncept grzechu, winy… choć jeśli by tak obejrzeć wybrane losowo wiadomości z kilku kanałów i różnych dni roku, tak łatwo uznać, że coś się tu przeterminowało.

Coś przeterminowanego w kolejce po wątpliwą receptę. Padaczka na zamówienie… sam zaprojektuj sobie nowotwór.

– Co tak śmierdzi, czy to czasem nie Twoja zarobaczona dusza, drogi kolego?

Czy to trzeźwość poniża tych, których los wymyka się jej zwierzchnictwu? Czy też po pierwsze i od początku wrzucenie ducha w kukłę organizmu jest już poniżeniem i bydlęcym piętnem? Obelżywa banalność, twój-swój zasmarkany stan ontologiczny

oraz moja bardzo wielka wina

z zespołem Patologiczne Wymówki

wczoraj w sąsiedzkiej piwnicy, zgaś światło.

– Dzień dobry, Klinika. Wszyscy mamy dziś niewyraźną gębę, mam i ja, do odpracowania.

IV

Dla pewnych rzeczy nie ma usprawiedliwienia i szukając usprawiedliwień w momencie, gdy wszystko rusza z posad, tracąc ugruntowanie w jakiejkolwiek możliwej rzeczywistości (jakby którakolwiek była możliwa) od pewnego etapu widać tą tzw. uczciwą część siebie pod postacią jakby starego lunatyka, opowiadającemu ścianom o zapomnianych językach.

Gdy we własnym spojrzeniu jest się owadem wbitym na szpilkę (a to dziwne bydlę), czas zaprowadzić porządek na strychu niepamięci. No wypadałoby tu posprzątać. Pomyśleć o tym całym chłodzie i przestrzeni, które będą, które zawsze były, tam gdzie i kiedy nie było Orzeczenia. Orzeczenie o Istnieniu szukane gdzieś w fałdach barłogu pełnego powypalanych dziur…

O czwartej nad rzekomym, ale nie wchodzącym w grę porankiem, wiatr skrzypliwie owionął uliczną latarnię na rozdrożu. Irlandczyk rzekł:

– If you won’t quit drugs, you’re getting nowhere.

To się źle składało, jak brzydkie, poczerniałe puzzle, bo roztropek celował w odlotach do nikąd. Za mało alkoholu dolanego pod stolikiem do kawy z automatu, zbyt oczywiste odpowiedzi w nagrodę za bezsenną tułaczkę i wrażenie nie umoczonego ryja. Drzewo rodu Ci usycha, umyj uszy.

– Tak, pamiętam dziadka Leszka, po szklance ramolił te swoje opowieści na stryszku.

– Ale co się w zasadzie z nim stało?

– Czekaj, czy to nie był fotel?

– Fotel był zaś drzewem, a czym ja byłem? A tak, tak, nie byłem, przepraszam, to tutaj się zgubiłem.

~~~Jednostki prenatalnie uszkodzone i podlegające grawitacji błądzenia.~~~

– No doprawdy, ja rozumiem różne rzeczy, ale co do tego chłopaka to nie, umywam ręce.

– Ot, jeszcze jeden, co puścił swoją przyszłość jak dzieciak papierowy okręt nurtem wiosennego ścieku.

<W pełni mobilny automat ze zniczami i z toaletą, pełniący wartę przy nagrobku Twoim i rodziny już za 33 zł za dobę!> Zajęczo-żuczo-wronia plaga na cmentarzach… Emeryci są przerażeni, a przy bramie sprzedają odstraszające trąbki i zaostrzone patyki. W dodatku ktoś po nocy chodzi pętlami w kółko i mówi, że czas się skończył. Rozbuchane źrenice, panie posterunkowy, wytrąbić się diabła nie da, ale coś z tym zrobić trzeba, psy ujadają.

– Nie wyglądało jakbyś miał zamiar zejść z tamtych torów. Kazałeś mi się zawrócić, byłeś kulturalny, ale… pić trzeba umieć.

– Siooostrooo, szpryyyycaaaaa!

– Zacznijmy od tego, że zgubiłeś wątek. Literatura ocala, a tam gdzie jej nie ma, nie potrzeba ocalenia. Ruszaj się! Raz, dwa, trzy! Musisz złapać rytm, a potem idzie już górki. Głuchoniemych i innych cichociemnych trzymamy w starym dworze.

Stary dwór miał aurę tanich detergentów, przeznaczonych jednakże do działania na obiekty psychiczne. Detergenty oraz insektycydy parapsychiczne to działka wyżej postawionych agentów, którzy od bliżej niesprecyzowanej demiurgicznej korporacji otrzymują niekiedy misje – takie, do wykonania których przydatne jest założenie rękawiczek.

To była doprawdy świąteczna wizytacja, ale gdy personel zaczął przestawiać meble i pacjentów, stwierdzono że nie ma obiektu odnotowanego na karcie jako legitymujący się nr. ___ dowodu osobistego.

– Halo? prosiłam o dowód, a co mi pan tu z tym podrobionym aktem zgonu jak psu z gęby!? Mam wezwać policję? A tą receptę zatrzymam!

– Nie ma potrzeby, już prawie go dopadli.

– Mieliśmy śmiecia w garści, już widziałem te rozkwitające siniaki.

– Panie funkcjonariuszu, ale proszę sobie przypomnieć – w którym dokładnie momencie stracił pan podejrzanego ostatni raz z widoku?

– O zobacz Lusia, a tu, widzisz, miał 9 latek i no spójrz jaki był słodki.

Gdy wszedł diler, Kantygerd zgodnie z poleceniem Popielnika skitrał się za ścianą.

– It’s because you’re Polish.

– A ty kim jesteś?

– Sądząc po tym jak brzmiał, cieszę się, że go nie widziałem.

Heroina z crackiem w ciasnej kuchni; tym razem bez towarzystwa dwulatka na rękach taty, czy gościa wyglądającego na regularnego pijaczka, co przy lepszym zapoznaniu okazał się dysponować iniekcyjną dostępnością li jedynie pachwinówki… buh! Nie zdążając zagrodzić trasy przepływu strumyka krwi po ręce, oparł się o ścianę, osunął na brudny dywan, aż wszyscy święci brzechnęli.

– Pamiętaj, przyjaźń na całe życie; – jednak nie lubię go na tyle, abym chciał, żeby został, ale to hańba, co mu się przydarzyło.

Ostatniej nocy odnotowano nagły wzrost śmiertelności wśród cukrzyków. Podejrzewa się stado dzików, ale służby drogowe zostały przytłoczone siarczystością tej zimy i pan leśniczy tłumaczył się, że na tej butelce nie było etykiety, nie wspominając już o trupiej czaszce, która w zamierzchłych czasach tak dobrze prezentowała się na czapkach, pierścieniach i naramiennikach pewnej formacji, którą być może pamiętały Stalingradzkie śniegi, nie w mniejszym stopniu zeszłowieczne. They Walked in Line… wzdłuż muru psychiatryka – w stronę chromatego słońca… coś zdrapuje aluminium z nieba.

– Panowie, ja chciałem widzieć podejrzanego, a co wy mi tu bałwana w celi pokazujecie?

– Ale no pod śniegiem, bóg mi świadkiem.

– Nareszcie rozumiem. Ukrył się pod śniegiem, skurwiel!

Zmiana tożsamości pomogła tymczasowo, miał kieszenie pełne niedopałków i cały plecak zerwanych i zgubionych wątków. Długo włóczył się po nieznanej sobie okolicy i rozwlekał te czarne taśmy po krzakach. Obijając się pomiędzy momentami i substancjami, gdy zapominał o sobie, zacinało się coś w nim coraz gorzej i coraz gorzej szukał wymówek do zmiany adresu, tak aby móc schwycić list od nieznanego nadawcy. Przestał w momencie, gdy zrozumiał, że zapomniano o nadaniu tego listu. Że oni sami cały czas go pisali.

Spalił tą pocztówkę. Przeładowanie wagonu. Następna stacja… następne życie.

– Przepraszamy za opóźnienia w podróży.

V

Pseudo-oświecenia dojrzewające poprzez sukcesywne gwałcenie świadomości nieodpartą ulgą, rozkoszą ślepą na rozkład, jak umysł ślepca przepełnia głucha toń. Psychoaktywne rytuały upadku. Mężczyzna, który jest sobą, więc każdym i nikim, przez rozżarzoną matrycę instynktów,  w czarną noc oddaje hołd łonu starej nierządnicy i wiedźmy. Ryt. Młoda kobieta, splamiona poprzez magnetyzm destruktywnego pożądania, zasypia odurzona i śni w czystym źródle niewinności.

Z księgi, którą cisza objęła na lata, przeklęta dłoń wydobywa szelest.

Rozpędzenie w zapomnieniu. Przeciąg, aż od drzwi odpada klamka. Brak gruntu. Karłowaty, cuchnący olejem silnikowym maszynista brutalnie szarpie awaryjny hamulec. A gdy więzień zamierał i gdy nie widział, przylazł on, widmowy komornik – zabił wadliwe drzwi dechami. Plomba.

Spomiędzy wymiarów, z opóźnieniem nadchodzi szarpnięcie pobudki. Jest ciemno i tak rażąco trzeźwo. Ze zgryzoty nie myślał nawet o szukaniu łomu. Po krótkiej szamotaninie duszącego bezruchu zaczął szarpać szorstkie deski zniszczonymi dłońmi i pokaleczył palce, ale bez tej zapalczywości, którą ożywiała w nim intoksykacja.

Zdziera skórzaną powłokę z głowy, odrywając włosy i strupy.

Czy to dlatego, że widywałeś ufność, albo obietnice w oczach innych, wydaje ci się, że ciągle jesteś czymś więcej niż tylko widmem, które sadystycznie, z oficjalnym milczeniem, zapomina się egzorcyzmować?

Luki w systemie uniwersalnego braku. To pułapka, w której tkwisz i nadzieja, która cię ożywia. Pozwalasz się nabrać, ale postrzegasz to, jakbyś sam był zwycięskim oszustem, przyczajonym aby wyczarować lukę w systemie, otworzyć w świetlicy klapę i po drabinie wyjść na zewnątrz, poza, gdzie powietrze jest rześko zimne i wietrzne prądy mówią o przewadze przestrzeni nad czasem.

Ale zawsze odzywa się smycz. Im bardziej, głębiej, żarliwiej kultywowałeś eskapizm – tym bardziej (po interwale nieobecności) odnajdywałeś swoje łachy zbrukane, ten organizm, który zrzuciłbyś jak kokon. Ale poczekaj, przepalone styki rejestrują błękit żył i tym razem się śmiejesz, bezgłośnie i okrutnie, jak gad.

Tryumf woli, bydlę, nad-pod-od-człowieku, diabli bękarcie błazna, purpurowy kłamco; będziesz cierpiał, krzyczał, śmiał się bardziej, bo ta przepaść nie ma dna i jak powyżej, tak poniżej.

A teraz: pokora. Tyk, tyk…

Prośba o nie uchylanie dozore lecz zmianę miejsca wykonywania dozore

Sąd Okręgowy w Białymstoku / XXIII Wydział Penitencjarny / M. Słodowskiej-Kurii 13 /15-933 Białystok

/Sygn. akt V Kow 4723/13/el/44/

Zwracam się z prośbą o zmianę miejsca wykonywania dozore elektronicznego z dotychczasowego w domu rodzinnym – Krupnioki 88  –na Niepubliczny Zakład Opieki Psychopatologii MONAR Ośrodek Terroru w Zaczerlanach, ponieważ po złamaniu regulaminu dozoru w Krupniokach zrozumiałem, że bez intensywnej terapii uzależnienia od narkotyków  będę mógł funkcjonować samodzielnie w społeczeństwie, a terapia w więzieniu jest siłą rzeczy mniej klawesyńska niż w Monarze. Sztuczna stymulacja poprzez morfinę może reprodukować przelotne, oceaniczne wrażenie jedności pokrewne prawdziwej radości. Lecz jak ilustruje epidemiologia nadużywania heroiny,opiaty są ersatzowym komfortem i pociągają jedynie duchowo i społecznie wykluczonych.

Photo0032

O tym, że naprawdę chcę i pragnę wyzwolić się z jarzma narkotykowego świadczą działania podejmowane przeze mnie na dozorze w Krupnikach, jak również terapia w Stowarzyszeniu Droga, Lemingowym Ośrodku SpierdolTerapii Etap. Podjąłem dwie próby pracy zarobkowej oraz leczenie w Poradni Leczenia Chorób Wątroby, oraz terapię prywatnie u frau doktorr magister meister Anny Giess. Nie zniżajcie się i nie niszczcie i zubożajcie swej przyjemności przez pominięcie najwyższej radości, świadomości Pokoju, która poprzedza zrozumienie. Odbyłem szereg rozmów kwalifikacyjnych do pracy i zarejestrowałem się w PUPie. Ponadto przedsięwziąłem starania o wznowienie studiów na Zamiejscowym Wydziale PsychoLeśnym Politechniki Białostockiej w Hajnówce (23 rok).

Photo0031

Przydarzyła mi się chwila odlotu – dałem sobie w kabel ekwiwalent 320 mg clonazepamu przez 2 dni, która wobec siły mego uzależnienia zarówno od opiatów, benzodiazepin, jak i alkoholu, będącego chorobą przewlekłą i narażającą chorego na nawroty przez całe jego życie, doprowadziła do złamania zasad dozoru w Krupniokach.  W końcu stwierdzono, że bardzo chorzy wysokofunkcjonujący autyści, niezbyt prosperujące ćpuny są pewni, że w trakcie terapii w Zaczerlanach otrzymają wsparcie, które pozwoli im na skuteczną walkę z samodzielnym myśleniem i psychochirurgiczne wyrugowanie własnej obelżywej tożsamości. Powiadam: na pohybel; Narzędzia kontroli wypadną wam ze stetryczałych dłoni.

Photo0036
Po próbach leczenia substytucyjnego i 6 miesiącach pobytu w Zakładzie w Rawiczu byłem przekonany, że posiadam silną determinację do dalszego życia w trzeźwości, jednak  czas skutecznie wystawił to przekonanie na próbę. Twoje psy gończe umkną ze skamleniem przed ognistymi hufcami transgresji. Obydwie moje terapeutki uważają, że pobyt w więzieniu nie przysłuży się pokonaniu nałogu, lecz prędzej praca psychoaktywna nad przestrojeniem jaźni. Na dzień rozprawy przedłożę opinię psychoterapeutki. Opiaty są są autystycznym połączeniem samotnego człowieka; opiaty są religią samotnych. Proszę Jaśnie Kurffa Wysoki Sąd o ostatnią szansę na odmianę swojego życia i postępowania, albowiem należy nieubłaganie żyć bez ćpania, sobą bycia i prób wyklucia się z jaja psyche.

Photo0037

Ze znieważaniem,

wyklucznik

Vomit Orchestra (Nod, ex-Vrolok) – wywiad

unnamed (2)

/ENGLISH VERSION OF THE INTERVIEW BELOVV the polish one/

/Minęło doprawdy sporo czasu od aktywności muzycznej D., jak również przeprowadzenia wywiadu, do publikacji, ale było warto – to najlepszy wywiad, w jakim miałem przyjemność przysłowiowo maczać palce. Angielska wersja powinna zostać opublikowana na Santa Sangre magazine, w międzyczasie zaś dodano kilka dodatkowych pytań koncentrujących się raczej na muzyce samej w sobie, niż wszelakich ideach i inszych pierdoletach.

Muzyka Vomit Orchestra była mi osobiście bardzo częstym towarzyszem przez lata, w różnych stanach psyche i świadomości – pod tym względem z Eptirconvellere mam jeszcze masę do nadrobienia i prędzej czy później to nastąpi, bo album jest bliski niesamowitości, o czym radzę się przekonać – bądź zwyczajnie nabrać zdania – samemu. Tymczasem zapraszam do lektury i zaręczam, że nie będzie należeć do przewidywalnych, ani nudnych. /

WEWNĘTRZNE ŚWIATY

I. Jakie substancje najmocniej wpłynęły na Twoje życie i twórczość? Czy zgodzisz się zarysować proporcje lub charakter pozytywnego i negatywnego wpływu tychże?

Przypuszczam, że dragiem, który wywarł największy wpływ na moje życie jest alkohol, w tym sensie że jest bardzo destrukcyjną substancją – nie posiada niemal żadnej cechy oferującej rodzaj odkupienia.  Jeśli chodzi ci o sens pozytywny,  podzieliłbym go na „ery”.

Za swoich lat młodzieńczych paliłem dużo marihuany, która oferowała mi fantastyczne pomysły i z pewnością wpłynęła na znaczną część starego materiału V.O. (w tym przypadku więc całej mojej muzyki nagranej jako nastolatek). Z trawą słyszałem muzykę czyściej i odnajdywałem w niej różne nastroje, zjarany do upadłego wśród obszernych lasów. Negatywna strona marihuany powinna być oczywista – po pewnym czasie zamienia ludzi w letargicznych kretynów.

 Jakoś mniej więcej wtedy zacząłem używać amfetaminy, która pomagała mi zachować koncentrację podczas nagrywania. Większość z mojej obecnej wiedzy odnośnie technik rejestrowania dźwięku pozyskałem pod wpływem amfetamin. Zawsze będę wdzięczny za ten aspekt. Negatyw? Amfetaminy po kilku miesiącach zażywania stają się okropnym gównem i zniszczą twoją kreatywność, zmuszając do skupienia się na najbardziej przyziemnych, pozbawionych znaczenia szczegółach. Kiedy to czynisz, wypalasz się i zatrzymujesz. Amfetaminy są powodem, z uwagi na który nie było żadnych materiałów Vomit Orchestra po roku 2007; wypaliłem się i potrwało to lata, nawet po tym jak rzuciłem ten nałóg, zanim ponownie zacząłem nagrywać muzykę. Musiałem zaczynać znów od początku (nagrywanie na 4 ścieżki) i wypracowywać swoją drogę ku digitalnym środkom nagrywania, jakby to był jakiś rodzaj dziwacznego odrodzenia. Stąd swój początek wziął projekt Nod (który przedyskutuję później).

Benzodiazepiny są interesujące w tym, że z jednej strony zabijają obawy, które mogą nadejść np. wraz z próbą skomponowania nowego kawałka, lecz jeśli – będąc pod ich wpływem – nie spiszesz tego,  co skomponowałeś, lub też tego nie nagrasz, nie będziesz tego ni cholery pamiętał!

“Negatywna strona marihuany powinna być oczywista – po pewnym czasie zamienia ludzi w letargicznych kretynów.”

LSD jest wspaniałym dragiem dla kreatywności, lecz prawdopodobnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie nagrania czegokolwiek pod jego wpływem. Cokolwiek robisz pod wpływem ma sens sprawia wrażenie posiadającego sens, ale brzmiałoby niesłychanie nudnie, gdy już otrzeźwiejesz. Mam jedno nagranie poczynione na LSD, gdzie gram na perkusji, a znajomy na flecie. Choć jest bardzo interesujące, jednocześnie jest kompletnie bezużyteczne i dziwaczne, w porównaniu do tego jak sobie wyobrażaliśmy jego brzmienie w trakcie nagrywania.

Opiaty to jedyne dragi warte czegokolwiek, kiedy chodzi o kreatywność, a to po prostu stąd, że nie wydają się mieć wiele wspólnego z tworzeniem – po prostu pomagają mi zechcieć ruszyć tyłek i być „kreatywnym”, zatem spełniają rolę paliwa. Cały album Eptirconvellere został nagrany i zmiksowany pod wpływem opiatów z recepty uzyskanej po pobycie w szpitalu. Negatywny aspekt to ich oczywista własność uzależniająca – zniszczą twoje życie jeśli pozwolisz sobie na zostanie opiatowym ćpunem. Od tego punktu, nie dostrzegam w nich już żadnej „paliwo” podobnej funkcji. Po prostu robią z ciebie przegrańca.

“Opiaty (…) po prostu pomagają mi zechcieć ruszyć tyłek i być “kreatywnym”(…). Negatywny aspekt to ich oczywista wartość uzależniająca – zniszczą twoje życie jeśli pozwolisz sobie na zostanie opiatowym ćpunem.”

Muszę jednak z naciskiem powiedzieć, że największy wpływ na moją kreatywność bierze się z faktu, że w naturalny sposób jestem osobą ciekawską i twórczą.  Jeśli w ogóle cokolwiek, to w pewnym momencie mojego życia ćpanie przyhamowało moją pracę twórczą. Vomit Orchestra nie zostało założone jako „narko kapela”, i choć jestem pewien, że narkotyki wpłynęły na wiele z tego, co zdziałałem w sensie muzycznym, szerszy obraz pokazuje, że były tylko jednym spośród wielu doświadczeń życiowych, które ukształtowały to, kim jestem i jak podchodzę do sztuki. Jeśli wyjmiesz dragi z tego równania, wciąż pozostanie cała reszta tego, co wpływało na moje życie i podejście do tworzenia muzyki.

vo antecrux inlay pg 8-9

II. Jeden z Twoich nowych utworów ma tytuł Lorazepam. Leżąc w ciemności i wijąc się z bólu (pirogen po zastrzyku) pomyślałem, aby zapytać Cię w związku z tym pierwszym o parę rzeczy. Jaką rolę substancje psychoaktywne odgrywają w Twoim życiu? Czy kiedykolwiek przeszedłeś wywołaną dragami psychozę i byłeś hospitalizowany? Jak byś porównał cierpienie, które mogą spowodować dragi do tego, jakie zadają sobie ludzie psychicznie i fizycznie?

Cóż, używałem narkotyków z różnymi stopniami częstotliwości przez ponad połowę mojego życia. Zawsze było to hobby, nie zaś uzależnienie. Kiedykolwiek zauważałem, że staje się to potencjalnym problemem, zwyczajnie przestawałem na pewien czas. Jednakże moje zainteresowanie i częstotliwość zażywania miały swój szczyt ok. 7 lub 8 lat temu. Doświadczyłem efektów większości narkotyków z wystarczającą regularnością, aby odczuwać je obecnie jako nudne i nieciekawe. Większość dragów, których obecnie używam, pozyskuję z prawomocnych recept na udokumentowane dolegliwości i zwyczajnie czerpię z nich przyjemność, kiedy są w moim posiadaniu. Na ten przykład utwór Lorazepam nosi taki tytuł, ponieważ w szpitalu wstrzyknięto mi potężny strzał dokładnie tej substancji, co ocaliło moje życie podczas serii ataków (padaczkowych, jak pozwala wnioskować dalsza cz. Wyw. – dop. Red.) w trakcie tygodnia przed nagraniem tego utworu. W zasadzie cały album Eptirconvellere traktuje o tym wydarzeniu.

Nigdy nie byłem hospitalizowany z powodu powiązanej z dragami psychozy, za to dragi indukowały we mnie rodzaj psychozy, gdy byłem w szpitalu. Gdy byłem młodszy miałem dosyć ostrą bezsenność. W pewnym momencie prawie nic nie spałem przez szereg dni, co sprawiało mi poważne problemy. Więc zostałem przyjęty do szpitala. Kiedy przybyłem, dostałem iniekcję benzodiazepiny, której nazwy nie pamiętam. Dawka musiała być całkiem wysoka, bo w szpitalnym łóżku zacząłem mieć bardzo wyraźne halucynacje. Widziałem energię wychodzącą z gniazdek elektrycznych, część z niej bezpośrednio ku mojej twarzy. W korytarzu były te nieważkie, kwadratowe sieci złożone z „białej energii” i „czarnej energii”, jedne goniące drugie w jedną stronę i z powrotem wzdłuż korytarza, jakby pchane przez powietrze jak meduzy, lub liście niesione w górę wiatrem w jesienny dzień. Nieco później, wszystkie zmierzały w jedną stronę, wzdłuż korytarza w lewo, a z prawej strony nadeszła postać, która była oplątana tymi sieciami, lecz o swego rodzaju ciemno szarym odcieniu, nie bieli lub czerni. Jej twarz ciągle zmieniała kształty, zawsze ukazując się jako coś rodem ze starożytnego rzymskiego popiersia i choć nie spojrzałaby na mnie, poczułem, że mnie rozpoznała. Natychmiastowo zdałem sobie sprawę z tego, że była to Śmierć, przemierzająca korytarze szpitala. Gdy przeszła w lewo, kilka ostatnich „sieci energii” podążyło za nią i wtedy cała halucynacja ustała. Była to bez wątpienia najbardziej wyraźna halucynacja jaką kiedykolwiek miałem i nie wystąpiła na żadnym psychodeliku. Przypuszczam, że było to spowodowane bezsennością nałożoną na substancję, która pogłębiła moje wyczerpanie. (Nie wiem czy rozumiem ostatnią część twojego pytania)

“Doświadczyłem efektów większości narkotyków z wystarczającą regularnością, aby odczuwać je obecnie jako nudne i nieciekawe.”

/Ostatnia część mojego pytania może się wydawać niejasna. Chodzi tylko o fizyczny ból doświadczany przez ćpuna gdy np. ma zespół odstawienny opiatów i o to, jak można to porównać do naszego normalnego, codziennego bólu (np. dzieciak gwałcony przez orangutana albo gwałcony umysłowo przez własną babcię). – dop. red./

iii. Doświadczenie otchłani i odmiennych stanów świadomości nie jest Ci obce. Czy uważasz się za politeistę, okultystę, heretyka, czy nic z tych rzeczy?

Interesują mnie własne doświadczenia i o to w tym chodzi. W typowy sposób nie potrafię przypisać temu słów. Dla przykładu jestem epileptykiem – a doświadczenie napadu padaczkowego przez kilka godzin przed i po jego wystąpieniu jest dla mnie bardzo surrealistyczne i nieomal duchowe. Jaką nazwę powinienem temu przyporządkować? Jak mogę to wytłumaczyć „normalnej” osobie, która nigdy nie doznała przedtem aury padaczkowej? Nie mogę. Jest to coś dalece bardziej realnego i opartego na empirycznej obserwacji niż mambo-dżambo jakiejkolwiek księgarni ezoterycznej i byłbym skłonny się założyć, w oparciu o wszystkie starożytne poglądy na epileptyków, dalece potężniejsze duchowe narzędzie. Jest powód, ze względu na który tak wielu z nas dokonało tak wiele na płaszczyźnie zarówno duchowości, jak sztuki.

Więc nie, naprawdę brak mi zainteresowania do studiowania okultyzmu, choć od czasu do czasu z filozoficznego punktu widzenia ciekawi mnie studium różnych religii. Kiedyś byłem bardzo zainteresowany okultyzmem, lecz filozofia sama w sobie jest dla mnie dużo bardziej interesująca, beż potrzeby jakiegokolwiek rodzaju rytualizacji. Jeśli jest ona niezbędna niektórym ludziom do skupienia myśli i rozwoju umysłu, to wspaniale. Dla mnie nie jest to konieczne.

iv. Co sądzisz o kierunku, w którym poszła muzyka Twojego dawnego współpracownika z Emit? Czy nadal utrzymujecie znajomość?

Emit zawsze będzie jednym z moich ulubionych projektów dźwiękowych. Bardzo nieliczne rzeczy są tak unikalne, w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki – i naprawdę mam to na myśli. Po usłyszeniu 10 sekund dowolnego nagrania jestem w stanie stwierdzić, czy Michael był w nie zaanagażowany. To rzadkie u artysty i pokazuje jego poziom umiejętności. W żadnym razie nie jest byłym wspólnikiem muzycznym, jako że wciąż utrzymujemy kontakt i dzielimy się ideami, planujemy kolaboracje, etc. Spośród kontaktów, które pozyskałem na „scenie muzycznej”, jest moim najdłużej trwającym kontaktem i – doprawdy – przyjacielem.10697252_1568465800034750_8755257074629987366_o

v. A propos skrzypiec, proszę abyś odniósł się do spostrzeżenia z recenzji (Co do wykorzystania tych ostatnich, co świadczy – było nie było – o połączeniu elektroniki z muzyką klasyczną, efekt moim skromnym zdaniem przeskakuje orkiestralne A Winged Victory for the Sullen. Nie bez powodu, fenenomenologicznie jest skrajnie inne – Eptirconvellere to miejsce, gdzie to, co bliskie sacrum w muzyce zostaje zestawione z destrukcyjnym, transgresyjnym obliczem informite, ciągłości) – czy dobrze słucham?

Cóż, nie ma właściwego, ani złego sposobu odsłuchu, jako że od słuchacza zależy decyzja za samego siebie, co to oznacza i dlaczego istnieje. Naprawdę nie mogę podjąć tej decyzji za ciebie. Po prawdzie, nie jestem nawet pewien czy jako twórca w ogóle mogę mieć na ten temat opinię.

vi. Jak nawiązaliście współpracę z sb, odpowiedzialnym za skrzypce na Eptirconvellere? Zacne i unikalne połączenie muzyczne, wręcz powiedziałbym, że takie fortepianowe Peaceful Snow Di6 i Miro Snejdra to przy tej kolaboracji bieda.

Dziękuję za komplement. W rzeczywistości SB jest kobietą, ale jestem pewien że doceniłaby twoją komplementację jej gry. Ja wyznaczyłem nastrój grze skrzypiec, lecz ona zaimprowizowała moje pomysły nad nagraniem, więc to naprawdę był jej „feeling”. Poznałem ją poprzez moją żonę, jako że są wieloletnimi przyjaciółkami. Mam nadzieję, że możemy nagrać razem inne rzeczy, ale nigdy tak do końca nie wiem jak będą wyglądać moje kolaboracje – albo czy w ogóle jakieś będą. To naprawdę zależy od tego, czego wymaga kawałek. Dla przykładu nie potrafię sobie wyobrazić skrzypiec na innych utworach z albumu. Wypróbowaliśmy parę i zwyczajnie zupełnie nie pasowały. W przyszłości, jeśli będą potrzebne skrzypce chętnie poproszę ją ponownie o pomoc, a jeśli nie, zapytam gdzie indziej.

vii. Co jest grane z Twoim projektem NOD? Czy jest na wstrzymaniu? Mam nadzieję, że nie. Może epka „Iokanaan”, którą masz wkrótce wydać w swoim Static Grief Industry, zawiera materiał pierwotnie nagrany pod szyldem NOD?

Jest wiele konfuzji względem tego, czym był Nod. A nie był tak do końca solową rzeczą, ani też wyłącznie sposobem na rozwinięcie możliwości nagraniowych, po tym jak zaprzestałem nagrywania w 2007 roku. Z uwagi na to, Nod był tak naprawdę nisko progową wersją Vomit Orchestra, sposobem robienia materiału w charakterystyce V.O. bez żadnych oczekiwań i przy sporej liczbie kolaboracji. Pierwotnie nikt nie miał o tym wiedzieć, poza bliskimi kontaktami. Jednak popełniłem błąd gadania na ten temat, a wtedy uznałem, że równie dobrze mogę po prostu pokazać ludziom, co zrobiłem. Zostało to nagrane z dokładnie takim samym wyposażeniem jak materiały Vomit Orchestra. W rzeczywistości pierwsze trzy taśmy były po prostu podpisane V.O. Więc dla wszystkich celów i intencji, Nod jest Vomit Orchestra – tylko że nie pod tą nazwą. Całość tego materiału zostanie prawdopodobnie wydana publicznie.

Co do Iokanaan, jest jak przypuszczam na swój sposób podobne do starych demosów i EP „The Aura of Saints”…. Które to same są podobne do Nod.

(Nowa EP VO pt. Iokanaan jest niemal ukończona. Dwa kawałki, oryginalny i cover, razem blisko 20 minut. Zostanie to wydane przez mój własny „label” Static Grief Industry w limitowanym nakładzie kaset, a później gdzie indziej, gdy te się rozejdą. Iokanaan zostało nagrane, zmiksowane, zmasterowane i skopiowane w pełni analogowo.)

viii. Jak uważasz, czy dożyjemy krachu i upadku obecnego zgniłego systemu Zachodu?

Myślę, że kultura zachodnia jest czymś, co nieustannie ewoluuje; nie może zatem upaść. „Upadek” sam w sobie byłby tylko nową twarzą zachodniej kultury! Pogląd osoby na zgon kultury jest kwestią tego, gdzie – wciąż w obrębie tej kultury – umiejscawia swoje wartości. Np. III Rzesza dostrzegała rozpad społeczeństwa Zachodu w oznakach, po których Stany Zjednoczone dostrzegały jego rozkwit – w dokładnie tym samym momencie historii. Co do pesymizmu, powiedziałbym, że jestem optymistą. Ludzie wokół zupełnie nie zgodziliby się ze mną (moja żona wyśmiała mnie, gdy zapytałem czy myślała, że jestem optymistyczny…), ale widzę, że w całej mojej skrajnej negatywności tkwi dziwaczny rodzaj cynicznego optymizmu.   

ix. Co do Vrolok, dwa twoje kawałki miały dla mnie szczególne znaczenie – „Nightfall” i „The Funeral” (cover Dark Pestilence z kasetowego reha Melancholy). Może to nie najlepszy sposób pytania o takie rzeczy, ale proszę sypnij słówko o tym, jak może się twoja artystyczna ewolucja potoczyć w nadchodzących miesiącach i latach.

Naprawdę ciężko powiedzieć. Nie jest to coś, co bezwzględnie planuję. Największym wpływem na moje podejście do sztuki jest ciekawość dźwięków, różnych klimatów i tego jak mogę przełożyć atmosferę, którą mam w głowię na taśmę. Poprzez Vomit Orchestra zawsze próbuję i stawiam sobie wyzwania stworzenia nowych brzmień, patentów i ewokowania różnych, dziwniejszych emocji. Odczuć, które nie są natychmiastowo rozpoznawalne, a nawet rzeczy, które istnieją pomiędzy innymi emocjami, bardziej obskurnych uczuć. Z Vrolok chodziło zupełnie o coś innego. Nie jestem pewien, czy cokolwiek z tego zespołu jeszcze we mnie pozostało, jako że nie byłem w tej kwestii nadmiernie używający wyobraźni. Vrolok był napędzany czystą filozofią, a ja nie mam nic, co chciałbym powiedzieć poprzez moją muzykę, jako że powiedziałem wszystko, co potrzebowałem. Chcę jedynie pokazywać ludziom emocje i uczucia, dźwięki, krainy wewnątrz ich samych, o których istnieniu nie wiedzieli. Cokolwiek poza tym jest, szczerze mówiąc, bardzo dla mnie nudne. Czy zmieni się to w przyszłości? Być może, bo nie mogę wiedzieć na pewno. Jednak przynajmniej na ten moment, to wszystko co chcę robić.

“Chcę jedynie pokazywać ludziom emocje i uczucia, dźwięki, krainy wewnątrz ich samych, o których istnieniu nie wiedzieli.”

Poza tym coś, co wyjawię, jako że minęło 12 lat – Dark Pestilence był w rzeczywistości projektem Vomit Orchestra. Chciałbym wciąż mieć ten materiał, ale został utracony.

X. Powiedziałeś, że nie jesteś pewień, czy pozostało w Tobie jeszcze coś z Vrolok, co z kolei wywołało we mnie zastanowienie, czy też w ogóle jeszcze wracasz do black metalu jako słuchacz, nawet od czasu do czasu? Co w prosty sposób pociąga za sobą pytanie, czego słuchasz tymi dniami?

Vrolok to dla mnie bardzo specyficzny feeling i „wydarzenie” i tak naprawdę nie potrafię się do tego autentycznie odnieść w obecnych dniach. Nie wiem czy ulegnie to zmianie w przyszłości, ale z pewnością byłoby z mojej strony nieautentyczne, aby udawać, że jakkolwiek obecnie wpasowuję się w ten kontekst. Sposób,w jaki widzę Vrolok jest tego rodzaju, w jaki mógłbym widzieć ulubioną parę starych dżinsów, które już na mnie nie pasują, ale zarazem wyrzucenie ich odpada. Wciąż mam nadzieję, że będą pasować – lecz z wiekiem staje się to coraz mniej prawdopodobne. Chyba że załapię się na AIDS czy coś.

Wciąż słucham black metalu więcej niż jakiegokolwiek innego rodzaju muzyki. Nie potrafię sobie wyobrazić, aby kiedykolwiek miało to ulec zmianie. Samo to, że nie widzę siebie  wpasowanego w kontekst starej kapeli, nie oznacza że przestałem czcić rodzaj muzyki, który ten zespół wykonywał. Poza tym słucham szerokiej gamy rzeczy. Jeśli chodzi o nowsze/aktywne kapele, sporo ostatnio słuchałem Triangle & Rhino, Christmas, and Russian Tsarlag. No i wreszcie rzecz jasna oddaję hołd ołtarzowi Popol Vuh i Tangerine Dream (ich okres sprzed lat 80-tych), więc te nagrania ustawicznie goszczą w moim odtwarzaczu.

Xi. O co chodzi z kasetowym splitem Vrolok / Relique, jak wieść głosi limitowanym do 23 sztuk – czy takie wydawnictwo w ogóle istnieje?

W rzeczywistości był limitowany do 46 kopii, ale tak – istnieje. Split Vrolok/Relique był nagraniem stworzonym ze współudziałem pewnych członków live bandu Vrolok w 2012 roku. Napisaliśmy kilka nowych kawałków celem zaprezentowania ich na żywo, chcąć zarejestrować je dla potomnych. W tym samym czasie, paru kolesi z naszego kręgu znajomych (jak również goście, którzy grali na gitarze rytmicznej i basie we Vrolok) założyło kapelę Relique, celem zagrania jednego koncertu i nagrania pojedynczej Epki. Tak więc zamieściliśmy obydwa nagrania na taśmie i wypuściliśmy je każdorazowo na pierwszym gigu danej kapeli w limicie do 23 sztuk – tyleż na pierwszym koncercie Vrolok w Nowym Jorku i analogicznie na pierwszym show Relique w Pittsburghu (tym razem z żółtą okładką). Nie mogę się wypowiedzieć względem strony Relique, ale strona Vrolok najpewniej nie doczeka się reedycji. Została wydana wyłącznie dla widzów tego gigu.

Xii. Ktoś mógłby powiedzieć, że twoja muzyka wciąż jest dosyć minimalistyczna, na co bym odparł że ostatni lp ukazuje V.O. bardziej dopracowane niż kiedykolwiek. Czy kiedykolwiek myślałeś o ponownym nagraniu któregoś ze starszych utworów, tak jak uczyniłeś z „Dying”? Powiedziałbym, że wiele z nich skorzystałoby na nowych aranżacjach i świeżym spojrzeniu.

Nie do końca. Vomit Orchestra posiada rodzaj trwałej ewolucji, nie jest to jednak ewolucja, w której coś minimalistycznego nabiera „większego” podejścia. Nie działa to w ten sposób. Bardziej uwarstwione dźwięki to po prostu coś, o co wołał nowy album. Nic nie przemawia za tym, że następna płyta nie będzie bliższa Antecrux, które było znacznie bardziej oszczędne. Nic też nie przemawia za tym, że nie wykorzystam orkiestry symfonicznej. Wszystko opiera się na zachowaniu smaku w określonym kontekście i pozostaniu autentycznym względem czegokolwiek, co zainspirowało twórczą iskrę. Wiele utworów na Antecrux opierało się na jednej lub dwóch ścieżkach gitarowych, z pewnymi dźwiękami tła stworzonymi na bazie zapętlonych efektów – to nie mogło zdać egzaminu na Eptirconvellere. Podobnie jak zastosowanie perkusji, więszkej ilości istrumentów, usunięcie elementów elektroniki etc. Nie mogłoby zdać egzaminu na Antecrux.

“Wszystko opiera się na zachowaniu smaku w określonym vobbkontekście i pozostaniu autentycznym względem czegokolwiek, co zainspirowało twórczą iskrę.”

“Dying” zostało ponownie nagrane, ponieważ oryginalny kawałek (na eksperymentalnej epce Bridges Burnt) był dźwiękowym eksperymentem, mającym na celu odtworzenie melodii i dźwięku, który usłyszałem we śnie o tonięciu, wykorzystując puszczone od tyłu gitary i elektronikę. Ponowne nagranie zostało poczynione, gdyż chciałem sprawdzić, czy będę w stanie odtworzyć coś z tego używając instrumentacji na żywo, a jako że rezultat pasował do konceptu albumu… Był to zatem rzadki wyjątek.

Xiii. Zatem pod względem muzycznym robisz wszystko w pełni analogowo, nie wykorzystując software’u, który jak przypuszczam, używa większość nowych twórców muzyki elektronicznej? Jak trudno jest zdobyć konieczną ku temu wiedzę i umiejętności?

Część materiału nagrywam analogowo (jak np. ostatnie kilka EP i wszystkie demówki VO), lecz Eptirconvellere zostało nagrane digitalnie. Jednakże zostało nagrane organicznie – co oznacza, że w  trackie post-produkcji nie podlegało żadnym efektom, jak również że nie używałem syntezatorowego software’u celem uwydatnienia nagrania.

Jest właściwy czas i miejsce do zabawy z elektroniką (i nie mam z tym generalnie żadnego problemu), lecz gdy ludzie zaczynają używać programów komputerowych, aby ukryć fakt, że nie potrafią używać prawdziwych instrumentów – z tym mam już problem. To tanie, bezwysiłkowe i plastikowe. Ci sami ludzie będą pieprzyć o tym jak to muzyka pop jest pozbawiona smaku, co jest doprawdy ironiczne. Potrzebowałem skrzypiec na tym albumie, więc wiecie co zrobiłem? Poszukałem i znalazłem skrzypaczkę! Potrzebowałem też organów Hammonda na kilku utworach. Czy ściągałem programy z torrentów? No, poszedłem i kupiłem pieprzone organy Hammonda, po czym nauczyłem się wykorzystywać je wystarczająco dobrze, aby nagrać potrzebne fragmenty. Zbudowałem również syntetyzator, zamiast manipulowania samplami na komputerze. Włożyłem w to faktyczny wysiłek, tak jak prawdziwy muzyk powinien.

Wszelkimi środkami, gnijcie dźwięki, bawcie się rzeczami, czyńcie tak wiele nojzu za pomocą kompa jak tylko chcecie, jeśli taką macie intencję (choć może spróbujcie wpierw bez komputera, jako że wszystko to da się osiągnąć z odpowiednim wyposażeniem) – bylebyście nie programowali syntetycznych smyczków i próbowali komuś wcisnąć, że nagrał je instrumentalista.

 XIV. Porównując Cię do innego „samotnego wilka” (post) black metalowej sceny, mianowicie Wresta z Leviathan / Lurker of Chalice, wy dwaj – przynajmniej w moich oczach – wyrośliście na największe indywidua na tych peryferiach muzycznych zza drugiej strony Oceanu – co z kolei sprawia, że jakakolwiek kolaboracja z Waszej strony byłaby czymś niesamowitym do wysłuchania – i – jak przypuszczam – bardzo mało prawdopodobna?

Cóż, myślę że z samego startu byłoby to bardzo trudne, jako że nie znam faceta. Mamy bliskich wspólnych znajomych, ale nigdy się nie spotkaliśmy, ani nie rozmawialiśmy. Nie jestem zaznajomiony z muzyką Lurker of Chalice, ale lubię te materiały Leviathan, które słyszałem. Nagrałem intro na stronę Krieg do ich splitu z Leviathan, co skończyło jako moje ulubione wydawnictwo 2014 roku. Utwór Leviathan był naprawdę dobry. Rzecz polega na tym, że od lat słyszałem porównania naszych kapel z ust rozmaitych ludzi, co jak podejrzewam powstrzymywało mnie od bliższego wsłuchania się w jego dyskografię. To swego rodzaju mechanizm potłuczonego zwieńczenia ego. Jestem bardzo niedojrzały pod tym względem.

 xv. „Dying” z „E.” jest zdecydowanie najbardziej „nojzowym” twoim kawałkiem na tym LP, ale „Hypodermic” idzie krok w krok za nim. Noise jako gatunek muzyczny wydaje się dla mnie dosyć pretensjonalny, nie licząc tego, nad czym pracują tacy twórcy jak chociażby Kevin Drumm, to jest transcendowanie niemal wszelkich granic gatunków muzycznych. Jaka jest Twoja opinia o tym „gatunku” (anty)muzyki?

Naprawdę nie mam określonej opinii, jako że zazwyczaj nie słucham zbyt wiele tego rodzaju rzeczy. Mam obsesję na punkcie dźwięków, w gruncie rzeczy wszelkich dźwięków, ale bardziej interesują mnie dźwięki, które mogę stworzyć używając wzmacniaczy i wyposażenia w wolnym pomieszczeniu mojego domu, niż odsłuchanie kasety, którą nagrał ktoś inny. Postrzegam to jako dalece bardziej fascynujące – ujrzenie jakiego rodzaju dźwięki mogę wyciągnąć z różnych źródeł – i właśnie to mnie jara. Mam tony niewydanych materiałów stworzonych na bazie akwarium, efektów, odgłosów odśnieżania mojego sąsiada, a wszystko to przepuszczone przez różne części hardware’u, do stopnia w którym są nierozpoznawalne. Większość ludzi nie byłoby zainteresowanych takim zajęciem i raczej słuchałoby tego, co nagrał ktoś inny. Moje własne bardziej nojzowe nagrania EP, przykładowo swoich słuchaczy i jest to nieco odmienne grono od tego, które ceni sobie długograje. Jestem bardzo za to wdzięczny.

W odniesieniu do wspomnianych kawałków z Eptirconvellere, aktualnie nie odbieram „Dying” ani „Hypodermic” jako nojzowych, no ale to z kolei pokazuje jak moje intencje są odmiennie odczytywane przez innych. Co jest zawsze fascynujące, nieprawdaż?

Ale wracając do pytania, to oczywiste że nieomal każdy jest w stanie stworzyć „nagrania noise” na najbardziej podstawowym poziomie, ale znowóż każdy jest w stanie malować – czyż nie? Pretensjonalność może odgrywać w tym pewną rolę, ale jeśli bierze się to z autentycznego miejsca, nie sądzę aby w ogóle można było określić to pretensjonalnym.

from Antecrux booklet / inlay
from Antecrux booklet / inlay

/INNER WORLDS/

i & ii. What drugs had the strongest impact on your life and creativity? What would the proportion of their negative and positive effects?

I suppose the drug that has had the strongest impact on my life would be alcohol, in the sense that it is a very destructive drug with little to no redeeming value. If you mean in a positive sense, it would be broken down into “eras”.
I used a lot of marijuana when I was younger, which gave me fantastical ideas and surely influenced large amounts of the old Vomit Orchestra material (all of my music recorded as a teenager, for that matter). I could hear music clearer, and I found other moods and atmospheres while stoned off my ass in the middle of the woods for hours on end. The negative side of marijuana should be obvious- it turns people into lethargic morons after a while.

Somewhere along the line I started taking amphetamines, which helped me stay focused while recording, and much of what I now know about recording techniques I learned while on amphetamines. I’ll always be thankful for that aspect. The negative? Amphetamines are absolute shit after you’ve been on them for a few months, and will destroy your creativity by forcing you to focus on the most mundane, meaningless details imaginable. When you do that, you get burnt out, and you stop. Amphetamines are the reason there weren’t any Vomit Orchestra releases from 2007-onward; I had burnt myself out, and it took years, even after I’d quit, to want to record music again. I had to start from the beginning again (four-track recordings) and work my way back into the digital realm, like some sort of bizarre rebirth. That’s where the Nod project came from (which I’ll discuss later).

“The negative side of marijuana should be obvious- it turns people into lethargic morons after a while.”

Benzodiazepines are an interesting one, in that on one hand they kill the anxiety that might come along with trying to compose a new song, but if you don’t write down what you wrote, or record it, you aren’t going to fucking remember it!
LSD is a great drug for creativity, but I cannot possibly imagine recording anything of use on it. It seems like the sort of thing where whatever you are doing makes sense under the influence, but would sound incredibly dull and useless after you sober up. I have one recording that I made on LSD, where I played drums and a friend played flute. While it is very interesting, it’s also entirely useless and bizarre, when compared to how we thought it sounded at the time.
Opiates are the only drug worth a shit when it comes to creativity, and that’s only because they don’t seem to have a lot to do with it one way or another- they just help me want to get off my ass and “be creative”, so they serve as a fuel. The entire Eptirconvellere album was recorded and mixed under the influence of an opiate prescription after a hospital stay. The negative aspect there is that they are clearly addictive and will destroy your life if you let yourself become an addict. At that point, I can’t imagine they serve any “fuel” type function. They just make you a loser.

on opiates “(…)they just help me want to get off my ass and “be creative”, so they serve as a fuel.(…) The negative aspect there is that they are clearly addictive and will destroy your life if you let yourself become an addict”

I need to stress, though, that the biggest thing that has affected my creativity has been the fact that I am naturally a creative and curious person. If anything, drug use hindered my creative outlet at a certain point in my life. Vomit Orchestra wasn’t formed as a “drug band”, and while I’m sure drugs have affected a lot of what I’ve done musically, the bigger picture here is that drugs were just one of a multitude of life experiences I’ve had that have shaped who I am and how I approach art. If you take drugs out of the equation, the rest of what influenced my life and how I make music would still be there.

III. One of your new compositions is titled Lorazepam (i’m on it atm, haha). While i was lying in the dark, convolving in pain (pirogenic injection), I came to think so to ask you about a couple of things. What kind of a role do the psychoactive substances play in your life? Have you ever experienced drug induced psychosis and was hospitalized? How would you compare the suffering, which can be brought with drug use, to physical and psychical sufferings, which people inflict upon one another?

Well, I have been a drug user with varying degrees of frequency for over half my life. It’s always been a hobby, not an addiction. Any time I saw it becoming a potential problem, I simply stopped for a while. My interest and use peaked about seven or eight years ago, however. I have experienced enough drugs with enough regularity to find them generally dull and uninteresting these days. Most of the drugs I use now are prescribed to me for a legitimate ailment, and I simply enjoy them while I have them. The song Lorazepam, for instance, is called as such because I was given a massive shot of that particular drug in the hospital to save my life during a series of seizures a week or so before recording the song. The entire Eptirconvellere album is about that event.
I have never been hospitalized for drug-related psychosis, but I have had drugs induce a sort of psychosis in me while being hospitalized. When I was younger, I had pretty severe insomnia. At one point I hadn’t slept much in days, and it was causing me serious problems. So I was taken to the hospital. When I arrived I was injected with a benzodiazepine, the name of which I cannot remember. The dosage must have been fairly high, because I began having very vivid hallucinations while laying in the hospital bed. I saw energy coming out of the electrical sockets, some of it directly at my face. In the hallway, there were these weightless, square nets consisting of “white energy” and “black energy”, one chasing the other back and forth down the hallway, sort of pulled through the air like jellyfish, or leaves blowing upward during an Autumn day. A bit later, they all went the same way, down the hall to the left, and from the right side a figure appeared who was wrapped up in these nets, but in a sort of dark grey shade, not black or white. It’s face kept changing shapes, always appearing as some sort of ancient Roman bust, and although it wouldn’t look at me, I recognized that it acknowledged me. I immediately realized that this was Death, and it walked the halls of the hospital. As it passed to the left, a couple last “energy nets” followed behind it, and then the hallucination stopped. It was without a doubt the most vivid hallucination I’ve ever had, and it didn’t occur on any psychedelic drug. My guess is that it was caused by my insomnia coupled with a substance that furthered my exhaustion.
(I don’t know if I understand the last part of your question.)

Last part of my question may seem unclear, all it was about is the physical pain experienced by junky while withdrawing heroin for instance, and how is it comparable to our normal everyday common pain (kid raped by a baboon, or kid brain-raped by his own grandma etc.)

iii. You’re not unfamiliar with experiencing the abbyss / altered states of consciossness. Do you consider yourself as a politeist, occultist, heretic or no such “things” make any sense to you?

I’m interested in my own experiences, and that’s about it. I cannot put words to it, typically. I’m an epileptic, for instance- and the experience of a seizure is a very surreal, almost spiritual experience for me prior to and immediately after it occurs. What name shall I put on that? How can I explain that to a “normal” person who has never experienced an aura before? I cannot. It’s something far more real and grounded in empirical observation than any occult bookstore mumbo jumbo, and I’m willing to bet, based on all ancient views of epileptics, much more powerful of a spiritual tool. There’s a reason so many of us have done so much in the realm of both spirituality and art.
So no, I’m really not interested in studying the occult, although I do find the study of different religions interesting from time to time from a philosophical standpoint. At one point I was very interested in the occult, but philosophy by itself is far more interesting to me without the need for any sort of ritualization. If that’s necessary for some people to focus their thoughts and better their minds, then that is great. It’s not necessary for me.

 iv. If you’re actually a practicing occultist / Chaos magus, how long did it take to move from the assimilation of theoretical principle to acting itself? What would be your advise for a novice in occult realm?

My advice, based on what I said before, would simply be to base all views and actions on your own perceptions of reality, forgoing the structures and rigors of any set of guidelines. It’s far more rewarding and far more grounded in reality- your reality.

v. What’s your opinion on the direction in which went your former co-musician Emit? Are you two still in touch?

Emit will always be one of my favorite recording projects. Very few things are so unique, in any artform- and I truly mean that. I can hear 10 seconds of any recording and know immediately if Michael was involved or not. That is rare in an artist, and shows his skill level. He is by no means a former co-musician, as we are still in touch and still share ideas, plan collaborations, etc. He’s my longest-running contact, and friend really, that I made in the “music scene”.

vi. A propos the use of violin on your latest LP, or more specifically, conjoining electronic music with classical instruments – the effect, in my humble opinion, transgresses orchestral A Winged Victory for the Sullen, for instance. Not without a reason, both projects are phenomenologically extremely different – Eptirconvellere is like a place, where that, which is music-wisce close to Sacrum meets the destructive, transgressive face of what G.Bataille named informite. Am i listeninig to Eptirconvellere correctly?

Well, there is no right or wrong way to listen to it, as it’s down to the listener to decide for his or herself what it means and why it exists. I really cannot make that decision for you. In fact, I’m not sure that I’m even allowed to have an opinion on the matter, as the creator.

 vii. How did you came to cooperation, you and sb (the man responsive for violin on E.)? Truely unique music conjunction, I’d even light handedly say, that such piano album as Peacful Snow by DiJ & Miro Snejdr, is simply miserable in comparition to what you two just did.  

Thank you for the compliment. Actually, “SB” is a female, but I’m sure she would appreciate your complimenting her playing. I directed the mood of the violin piece, but she improvised my ideas over top of the recording, so it was really her “feel”. I met her through my wife, as they have been friends for many years. I hope we can do other things together, but I never really know what my collaborations will look like- or if there will be collaborations at all. It really depends on what the song calls for. For instance, I cannot imagine violin on any of the other songs on the album. We tried a few, and it simply did not fit at all. In the future, if violin is required I’d gladly ask for her help again, and if not, I’d ask somewhere else.

viii. What’s the situation with you solo project NOD – has it been put on hold? I hope not. Maybe the “Iokanaan” ep you’re about to issue via your Static Grief Industry, incorporates what was primarily designed under NOD moniker?

There’s a lot of confusion on what Nod was. It wasn’t really a solo thing, as much as it was a way to develop my recording abilities again after I had quit in 2007.
For that matter, Nod was really just a low-key version of Vomit Orchestra, a way of doing Vomit Orchestra-type material without any expectations, and with a lot of collaborations. No one was originally supposed to know about it, other than close contacts. Those tapes were recorded just for friends when I was starting to record music again, to show them what I was doing. But I made the mistake of talking about it, and then decided that I might as well just show people what was done. It was recorded with all of the same equipment as the Vomit Orchestra material in the exact same way. In fact, the first three tapes were originally called VO. So for all intents and purposes, Nod is Vomit Orchestra- just not in name. All of that material will probably get re-released in public form eventually.

As for Iokanaan, it is sort of similar to the old demos and The Aura of Saints EP, I suppose… which themselves are similar to Nod. 

ix. How do you think – shall we live long enough so to experience the collapse of the rotten system of what is left from Western culture? Or maybe you’re not that pessimistic as one could think?

I think western culture is an ever-evolving thing; it cannot collapse, therefore. The “collapse” itself would just be the new face of western culture! A person’s view of a culture’s demise is matter of where their values are placed within that culture. The Third Reich saw western society crumbling in a way that the United States saw it thriving, for instance, at the exact same point in history.
As for pessimism, I would say that I’m an optimist. People around me would completely disagree with me (my wife laughed at me when I asked her if she thought I was optimistic…), but I find that within my extreme negativity, there’s a bizarre sort of cynical optimism.

“The Third Reich saw western society crumbling in a way that the United States saw it thriving, for instance, at the exact same point in history.”

x. Concerning Vrolok, two of your songs were of particular meaning to me – Nightfall and The Funeral (Dark Pestilence cover from the Melancholy reh. Tape). Maybe it’s not best way to ask about such things, but please say a word on how can your artistical evolution develop/regress in the months and years to come.

It’s really hard to say. I don’t necessarily plan that sort of thing out. The biggest influence in how I approach art is just a curiosity for sounds, for different atmospheres, and how I can put the atmosphere I’ve created in my head onto tape. I always try and challenge myself with Vomit Orchestra to create new tones, patterns, and evoke different, weirder emotions. Emotions that aren’t immediately recognizable, even- things that exist between other emotions, more obscure feelings.
With Vrolok, it was a whole other thing. I’m not sure I have any of that band left in me, as it wasn’t very imaginative in that regard. It was purely philosophy-driven, and I no longer have anything I want to say through my music, as I said all I needed to say. I just want to show people emotions and feelings, sounds, realms within themselves they didn’t know existed. Anything out side of that is, frankly, very boring to me. Will that change in the future? Possibly, as I can’t know for sure. But at least for the time being, this is all that I want to do.
Also, something that I’ll acknowledge, as it’s been 12 years now- Dark Pestilence was a actually a Vomit Orchestra project. I wish I still had that material, but it’s been lost.

 XI. You said that you’re not sure if you still have any of Vrolok left in you, and that made me wonder – do you keep returning to black metal music, even from time to time? Which simply follows a question, what you’re listening to these days?

Vrolok is a very specific feeling and “event” for me, and I can’t put myself into that authentically these days. I don’t know if that will change in the future, but it would certainly be inauthentic of me to pretend that I somehow fit that context right now. The way I see Vrolok is sort of how I might see an old pair of favorite jeans that don’t fit anymore- they are full of holes, they no longer fit, but it’s impossible to throw them away. I keep hoping they fit- but with age, it just seems less and less likely. Unless I get AIDS or something.
I still listen to black metal more than any other sort of music. I cannot imagine that ever changing. Just because I cannot see myself fitting into the context of an old band, doesn’t mean I don’t still worship the sort of music that band played. Other than that, I listen to a very wide variety of things. When it comes to newer/active bands, I’ve been listening to a lot of Triangle & Rhino, Christmas, and Russian Tsarlag lately. Then of course I worship at the altar of Popol Vuh and pre-80s Tangerine Dream, so those records get spun constantly.

I still listen to black metal more than any other sort of music. I cannot imagine that ever changing.”

XII. What’s the thing with Vrolok / Relique split CS lim. 23 copies, as mentioned on metal-archives – does such realease even exists?

It was actually limited to 46 copies, but yes, it exists. The Vrolok/Relique split was a recording with some of the members of the 2012 Vrolok live band. We had written a couple of new songs to include in the live set, and wanted to put them down for posterity. At the same time, a few other people in our circle of friends (as well as the guys who played rhythm guitar and bass in Vrolok) started a band called Relique, in order to play one show and record one EP. So, we put the two recordings onto a tape, and released them at each band’s first live show- 23 copies at the first Vrolok show in New York City (using a white cover), and 23 copies at the first Relique show in Pittsburgh (using a yellow cover). I can’t speak for the Relique side, but the Vrolok side will probably never be reissued. It was put out exclusively for people at those two shows.

XIII. Someone could say your music is still rather minimalistic, but then I’d say your recent lp reveals V.O. more refined than ever – complex and expanded. Have you ever thought to re-record any from your older songs, apart from what you did with „Dying”? I’d say they could use some additional arrangements and a fresh glance.  

Not really. Vomit Orchestra has a sort of constant evolution, but it’s not really an evolution where something minimal later takes on a “bigger” approach. It doesn’t work like that. A more layered sound is just what the new album, Eptirconvellere, called for. Nothing says that the next album won’t be closer to Antecrux, which was far more sparse. Nothing says it won’t incorporate a symphony orchestra, either. It’s all about being tasteful to the context, and being authentic to whatever inspired the artistic spark to begin with. A lot of songs on Antecrux consisted of one or two guitar tracks with some background sounds created with effects loops- that could not have worked on Eptirconvellere. Just as including drums, more instrumentation, removing the electronic elements, etc would not have worked on Antecrux. Dying was re-recorded because the original song (on the experimental Bridges Burnt EP) was a sonic experiment, to create a melody and sound that I heard in a dream about drowning using backwards guitars and electronics. The re-recording was made because I wanted to see if I could recreate some of that using live instrumentation, and because it fit the theme of the album. It was a rare exception, therefore.

xiv. So you do everything music-wise fully analog, not using any of the software which – as I suppose – most of newer electronic music makers exploit? How hard is it to obtain necessary knowledge and skills? 

I record some material analog (such as the last bunch of EPs and all of the VO demos), but Eptirconvellere was recorded digitally. It was recorded organically, however- meaning that it wasn’t altered with effects in post-production, and I didn’t use synthesizer software to enhance the recording. There’s a time and a place for messing around with electronics (and I have no problem with that in general), but when people start using software to mask the fact that they aren’t using real instruments, I have a problem with it. It’s cheap, it’s effortless, and it’s plastic. The same people will bitch about pop music being vapid, which is really ironic. I needed violin on this album, so do you know what I did? I went and found a violin player! I also needed a Hammond organ on a couple of tracks. Did I torrent software? No, I went and bought a fucking Hammond organ, and learned to play it well enough that I could record the parts where it was needed. I also built a synthesizer instead of manipulating samples on a computer. I put in actual effort, as an actual musician should. 
By all means, warp sounds, mess with things, make as much noise with a computer as you want, if that’s what your intention is (maybe try it without a computer first, though, as all of those things can be done with proper equipment)- but don’t program a synth cello and try and get away with saying it’s a cellist.

xv. As compared to one other „lonely wolf” of (post) black metal scene, namely Wrest of Leviathan / Lurker of Chalice (espacially the latter), you two – at least in my eyes – have grown into biggest individualities on these outskirts of music and from other side of the ocean – and that’s why any collaboration would be more than great to hear, and – as I suppose – highly unlikely to come?

Well, I think that would be pretty difficult right out of the gate, because I don’t know the guy. We have close mutual friends, but we’ve never met or spoken. I’m not familiar with Lurker of Chalice, but I like the Leviathan material I have heard. I recorded the intro to the Krieg side of the Krieg/Leviathan split, and that ended up being my favorite release of 2014. The Leviathan track was really good. The thing is, I’ve heard comparisons of our bands from people for years and years, which I think has kept me from looking closer into his discography. It’s sort of a bruised ego coping mechanism. I’m very juvenile in that sense. 

XVi. „Dying” from „E.” is certailny most „noisy” your track out there, but „Hypoderminc” walks hand in hand. Noise as a music genre seems preety much pretensional for me, apart from what such people as Kevin Drumm are working on, that is – transcending nearly all muscial genre borders. What’s your opinion on this „genre” of (anti)music?

I really don’t have much of an opinion, as I don’t typically listen to much of that sort of thing. I’m obsessed with sounds, all sounds in fact, but I’m more interested in the sounds I can create using amps and equipment in the spare room in my house than I am in a cassette tape someone else recorded. I find it way more fascinating to see what sort of sounds I can pull from different sources- that’s what grabs me. I have tons of unreleased recordings made with my fish tank, effects, the sound of my neighbor shoveling snow, all manipulated with various pieces of hardware to where they are unrecognizable from their original form. Some people wouldn’t be interested in doing that, though, and would rather listen to what someone else does. My own noisier EP recordings, for instance- those have an audience, and it’s a somewhat different audience from the people who like the full-lengths. I’m very grateful for that. In regards to the Eptirconvellere tracks mentioned, I actually don’t see “Dying” or “Hypodermic” as noisy, but then I guess that shows my intention versus how it’s perceived by others. Always fascinating, isn’t it?
But to the question, it seems obvious that anyone can pretty much make “noise recordings” at the most basic level, but then anyone can paint, too- right? Pretentiousness might play a part in some of it, but if it’s coming from a genuine place, I don’t think it can be called pretentious at all.

Questions by nichtig; Answers by D., conducted 11.01.-02.02.2015 AYPS 

Oceaniczna radość, a ślepota Marksa z Freudem

il. Frau S
il. Frau S

Określając religię “opiatem dla mas” Karol Marks był tak lekceważący wobec oceanicznej radości, co Freud. Zarówno Freudowi, jak i Marksowi nie udało się pojąć, że opiaty są tym, co praktykujesz będąc poza społecznością – religijną czy jakąkolwiek inną.

Opiaty są są autystycznym połączeniem samotnego człowieka; opiaty są religią samotnych. Obydwaj Freud i Marks nie zrozumieli, że radość, kojący proces nieodłączny duchowej komunii, stanowi główne źródło budowy społeczności samej w sobie, którą to im obydwu była tak bliska. Po prawdzie dla współczesnego lekarza opiatowe receptory w mózgu są tam, aby zmniejszać ból, zaś ich sztuczna stymulacja poprzez morfinę może reprodukować przelotne, oceaniczne wrażenie jedności pokrewne prawdziwej radości. Lecz jak ilustruje epidemiologia nadużywania heroiny, opiaty są ersatzowym komfortem i pociągają jedynie duchowo i społecznie wykluczonych.

C.S. Lewis wskazuje, że uzależniająca przyjemność i radość bardzo się wzajemnie różnią. Mają tylko jedną wspólną cechę: “fakt, że ktokolwiek ich doświadczył, będzie pragnął to ponowić“. Radość nie jest substytutem seksu, lecz seks jest bardzo często substytutem radości. Co istotniejsze, radość i przyjemność różnią się, ponieważ indukcja radości nigdy nie tkwi w naszej mocy, zaś uzależniającej przyjemności – zawsze.

/przekład skromnego fragmentu z: Spiritual Evolution: A Scientific Defense of Faith aut. George Vaillant, s. 132/

PSt! Coby nad markotny post ten nie był, w ramach ciekawostki informuję, że fraza wyszukiwarkowa za którą najczęściej lutki tu trafią to “3-meo-pcp taniej”. Fszystko jest możliwe, a dozwolone przekroczone