King Dude – Sex

Czyli gangsterska romantyka diabelskim rockiem podlanego neofolku. “Kto chce żyć i skonać tej nocy? Kto pragnie ujrzeć drugą stronę? Z kryształów, które jak robactwo biegną przez twe żyły. Oszalałeś!” – oto zaproszenie do tego swoistego (ideowo) miszmaszu Lautreamonta z Iluminatami Thanaterosa, muzycznie zaś – balladowo-folk-rockowego klangu noir.

Kontynuując tradycję niespodzianych dywinacji wskroś dobrego pana Lucyfera, King Dude momentami wykrystalizował tu i dopracował swój styl do poziomu analogicznemu świeżo wyrwanemu sercu kozła zastawiającemu stół biesiadny Niosącego Czarne światło, a momentami pogubił się w eksperymentalnych niewypałach bez wyrazu— i konfrontuje słuchacza z eksploracją tematu seksualności.

“Nie chcę żyć wiecznie kotku, nie obawiam się umrzeć” śpiewane straceńczym tonem i podkolorowane pysznie wpasowanym samplem (czego wcześniej w muzyce tegoż nie uświadczyliśmy) znamionują szlagier “I wanna die at 69”, przy którym wymiękają nawet co mniej zglątwione pieśni Baina Wolfkinda. “Our Love will carry on” – romantyczna ballada – stanowi nostalgiczny łącznik z wczesnym okresem twórczości Cowgilla z okolic lp “Love”(2011).

Chwilę później TJ uderza kontrastowo z innej mańki wraz z krótkim, blackowym “Sex Dungeon”. W takich momentach album ujawnia swoją niespójność, stanowiącą główny zgrzyt ku nazwaniu “Sex” choćby komfortową przystanią w dyskografii K.D.

Tętniące czarnym humorem “The Leather One” gładko zaciera złe wrażenie. “Swedish boys” brak nieco intensywności, aby wywiązali się ze swej roli. Sinusoida znów rusza w górę wraz z ciekawym, eklektycznym “Prisoners” gdzie Koleś, jak na każdego dobrego kolesia przystało, rapuje.

“No one knows the girls” popada w kabaretowe gorzko-słodkie nuty. Następnie szczere, otwarte i smutne, wieńczące album “Shine your light”, niestety wypadające cokolwiek skamląco jak na takiego diabelskiego knura jak Dude, King Dude.

Podsumowując, kawałki promocyjne okazały się pokazaniem asów przed rozegraniem partii, wespół z oprawą wizualną płyty aut. Ellen Rodgers zaostrzyły apetyt. Na co? Na pstro na czczo. Za mało krwistego, ezoterycznego neofolku, za dużo americany, country i inszych eksperymentalnych niedoformowanych płodów. Gdyby całość trzymała poziom “Our Love will carry on” czy “I wanna die at 69”, czy chociażby nawet instrumentalnego “Conflict & climax” bylibyśmy bliscy zachwytu, tymczasem… borem lasem. Rzecz broni się nomen omen jedynie dzięki diabelskiej psocie “The Leather One”. Do następnego, dude!

Wyd: NJRM // Van Records

ktstrf wyklucznik

Alameda 3 – Późne Królestwo

a3421618689_2

cd Instant Classic 2013

Płyta to niesłychanie eklektyczna i nastrojowa, o czem już z pewnością donosiły pismaki wszelakie, stąd relacja to niewczesna. Cóż począć na to jednak, że kapryśność inicjatywy bazgrolenia ściśle się u recenzenta wiąże z nierówną jakością percepcji, która to z kolei – ze stanem biochemicznym psychoaktywnie zrytego mózgu. Są jednak wtręty i offtopy nieprzyzwoite i te już zgoła smrodliwe. Nie zmienia to faktu, że nadal nie wiem co to jest kurwa „niezal” – ale brzmi koszernie. Zaorać lewaka, pompuj flaka w kabel świata!

Oto gdzieś między eterycznym ambientem, neofolkiem, a psychodelicznym (czy może ściślej – space-) rockiem, z mgieł wyłania się Późne Królestwo. Wgłębienie się weń może słuchaczowi cokolwiek pomóc prześwietlić mgły jaźni, jakkolwiek wypaczta tą zbyt mglistą metaforę. Trochę za dużo się tu w ogóle tej mgły zrobiło, ale tak się składa że na płaszczyźnie muzyki eksperymentalnej Alameda 3 to „polski towar eksportowy” tej rangi co zespół śpiewów różańcowych Mgła w przypadku blekmetalu.

Nieco nieziemskiej / mistycznej aury przydaje albumowi przede wszystkim kunsztowne ambientowe „tło”, w większym stopniu nawet niż space rockowe wzloty, czy dopełniające całości nielogiczną, bezosobową agresją fragmenty noise rockowe, obok których dynamiki przydają nawet (post?) black metalowe w charakterze riffy (vide końcówka tytułowego utworu, ale zwłaszcza Tzimtzum – chyba najbardziej pojechany dziką abstrakcją kawałek na tym krążku, w którego melodii przewodniej jednak można się dosłyszeć ducha Drudkh). A to bynajmniej nie wszystkie odniesienia gatunkowe, jakie można by tu poczynić (opis zespołu na bandcampie podaje w ogóle nieco inny kombajn). Późne Królestwo to materiał spokojny i kontemplacyjny, ale jednocześnie w cholerę bogaty wewnętrznie. O zgrozo i wokale stają na wysokości zadania, wyznaczonego przez dobro instrumentalno-kompozycyjne.

folder

Cóż tu narzekać, że w Polsze nie mamy naprawdę stanowiącego neofolku, tego czy owego – skoro dostajemy tu od razu taką transcedentną miksturę. I tak np. twórczość cenionej na całym świecie, a poniekąd pokrewnej muzycznie Nadji tylko w swoich co lepszych momentach wznosi się na poziom debiutu Alameda 3. Najczyściej neofolkowy utwór – La Chair Du Monde – to majstersztyk kojarzący mi się z co lepszymi momentami :OtWatM:, czy może bardziej Solanaceae (balladowy neofolk z psychodeliczną aurą). W liryce pojawiają się takie figury jak najdalszy brzeg, najgłębszy grób, zimnej nocy sen – i niechże to wystarczy nt. rodzaju poetyki tekstów – odniesienia ezoteryczne i take-inne – zachęcam – przebadajcie sami.

Space rockową, syntezatorową psychodelię na modłę tej, która towarzyszy rozgalopowującej się melodii Skrytego, w podobny sposób stosuje fińskie Oranssi Pazuzu, jakkolwiek u nich łączona jest z bm – i być może z nieco większym transowym potencjałem w rezultacie, ale Późne Królestwo to po prostu zbyt bogate dzieło, aby mocniej pociągnęło słuchacza w stronę muzycznego transu.

Myślę, że równie świetnie może się tego słuchać zarówno w opiatowych chmurach, gandziowym upaleniu, czy z psychodelicznym tętnem, ale to smutna pułapka politoksykomana, że danej płyty nie potrafi w 100% docenić na trzeźwo. Z drugiej strony jednak zbieżność charakteru muzyki z odmiennymi stanami świadomości mówi wiele o jej wartości. Ta zaś w przypadku Późnego Królestwa jest bezapelacyjnie wysoka, bez potrzeby testowania jej mózgiem na podrasowanych obrotach.

V/A – Songs from the Bunker II

songs2_booklet

Cd Bunkier Productions 2014

Kompilacja na 10-lecie Bunkra, 18 wykonawców i prawie 80 minut świeżej, zróżnicowanej muzyki z różnych zakątków Europy, choć nie tylko (Nowa Zelandia, Kanada), a do tego bonusowy CDr z Songs from the Bunker I.

Brazen Serpent, którego muzykę już spróbowałem opisać w recenzji albumu, zasługuje na otwarcie tego zbioru – a otwiera go w zasadzie dwoma połączonymi utworami, z których drugi (Reptile Eye) urzeka unikalnym urokiem.

Old Skin to ładna piosenka, instrumentalnie pod starszy Naevus, ale trochę zbyt emocjonalna i pozytywna jak na mój smak – to jednak zależy od nastroju przy słuchaniu, za którymś razem bowiem przypomniała mi się starsza Anathema, której wszelko nie słuchałem od czasów licealnych.

Dronujący ambient Ghosts of Breslau wypada bardzo dobrze,  intryguje lekko szamanistycznym vibem i pobudza uwagę. Wtem wskakują pierwsze takty żołnierskiego folku Ludoli. Osobiście od początku odbierałem ich nagrania jako nieco przesadnie poczciwe i tkliwe, ale tym razem nie mam zarzutów, zacna pieśń i lepiej to niż gorzej, mieć w tym przykrym państwie kogoś, kto w takiej tradycyjnej postaci muzycznej wyraża przywiązanie do dawnych ideałów.

Docetism jakby wyczuwając nadmierne pobudzenie ośrodka idealizmu dostarcza parę minut przyjemnego, chłodno relaksującego dub ambientu.

Utwór Jarosława Woś początkowo odrzucił mnie miękkim wokalem i przysłodką melodyką, ale już przy drugim podejściu przemogłem się i usłyszałem, że jest to udana piosenka uzdolnionego i wrażliwego muzyka, jak paskudnie-tendencyjnie te słowa nie zabrzmią. Keltika Hispanna prezentuje szeptaną/krzyczaną bojową inwokację do wtóru bębnów. Fajne w opór, dziadek Vikernes pokazałby dzidę w górę.

Trudno mi coś na to poradzić, że folkowe śpiewy słowiańskich niewiast kojarzą mi się zawsze kołysankowo-jarmarcznie; piosenka Kaliki instrumentalnie jest całkiem teges, nie podchodzi mi jednak. Chrześcijański, marynarski neofolk Der Frachter Am Abend mimo pewnej dozy tandety przekonuje mnie bardziej, bo zdrowa w tym męska krzepa, a choć śpiewak fałszuje, to śpiewa z polotem, no i język lepszy. Dalej w dalszym ciągu jest lepiej, Łotysze z Enu Kaleidoskops pod względem folku wygrywają moim zdaniem tą kompilację.

Elektroakustyczne Room Noir dostarcza bodaj jeden z ciekawszych numerów na płycie, poczciwie marzycielski i niekonwencjonalny bez przekombinowania. Elektro-industrialny/bajerancki Skon zaś serwuje numer bodaj najwyraźniej popadający w tandetę – bo tak zderza się zamierzona monumentalność z dyskotekowością, jakkolwiek próba z pewnością interesująca i niejednego ukontentuje.

Lonsai Maikow prezentuje po francusku uczesaną fuzję neofolku z rockiem. Srub jak wieść głosi wykonuje okultystyczny, pogański post-punk, i może nawet nie ma w tym określeniu wielkiej przesady, jakkolwiek słychać przede wszystkim grzeczny post-punk.

Utwór Moongazing Hare zalicza się w poczet moich faworytów z bunkrowych pieśni nr zwei – wsobny, cichy, nocny folk, na tyle innych wyróżnia się dobrze pojętą skromnością / szczerością / autentycznością.

Ktokolwiek jako tako śledzi neofolkową scenę powinien kojarzyć Strydwolf, a w takim wypadku wystarczyłoby napisać że i tutaj kapela ta nie rozczarowuje. Gustujący w DiJ, czy Darkwood będą kontentni.

Nacht und Nebel – Koniec Miasta – zdecydowanie najdziwniejszy kawałek tutaj, nie że jakiś przedziwny ale polskojęzyczny i ocierający się o groteskę – „miejsca dla nas coraz mniej!” – new wave/post-punk zaiste, na plus gitara basowa i w-ucho-wpadliwość, na minus drętwy automat perkusyjny  i zapętlone wokale.

Zamykający kompilację, długi kawałek Awen oscyluje mocno w wagnerowskim stylu niefolkowych kompozycji DiJ, starego Der Blutharsch i LJDLP – i jako taki jest udany, choć totalnie nieoryginalny.

Martial industrial jako gatunek muzyczny zdążył się w przeciągu ostatniego dziesięciolecia chyba już wyczerpać. Pierwotny profil Bunkier prod. nie powinien tu mylić, bowiem na tej kompilacji zawartość muzyki militarnej jest nieznaczna – dominują neofolki i dosyć ciekawe eksperymenty muzyczne. Płyta jest bardzo różnorodna, a co za tym idzie niespójna – to akurat banał, tymczasem Songs from the Bunker II banalne nie jest – dla hobbystów tych rejonów muzycznych może nie mus, ale blisko.

Brazen Serpent – Perditions Call to Prayer

brazenSerpent_booklet

cd Bunkier Productions 2014

 „Hymny do omnipotęgi Świętej Śmierci, jak również Osobiste prace medytacyjne w intencji zgłębienia ukrytego serca ciemności. Ku sprowadzeniu błogosławieństw i iluminacji wewnętrznego Czarnego Światła, Lucyfera.”

Według opisu wydawcy (który notabene się postarał – estetyczna oprawa z wykorzystaniem rycin m.in. Gustava Dore i gruby, matowy papier) mamy tu doczynienia z antykosmicznym neofolkiem i rytualnym dark ambientem. Doprawdy wybuchowa mikstura. Zanim zapoznałem się z muzyką, byłem cholernie zaintrygowany, jednak trudno było mi zignorować obawę, czy taki ryzykancki przepis się sprawdzi. Zawartość płyty rozwiała wątpliwości.

Od początku wiadomo, że twórca Brazen Serpent nie potraktował konceptu błaho. Intro ze śpiewem akwolitowym (gardłowym) m.in. mantry IAO, nasunęło mi skojarzenia z mało znanym, niedocenionym Udumbal, czy Svasti-Ayanam Petera Anderssona. Z powodzeniem mogłoby zresztą otwierać jakąś płytę Ofermod.

Do rzeczy jednak – nie spotkałem się jeszcze z neofolkiem tak wybornie połączonym z dark ambientem. Pod względem struktury gatunkowej na płycie są warianty o różnych proporcjach – kawałki neofolkowe z elementami ambientu i/lub neoklasyki, rytualistyczny dark ambient (utwór 3-ci, tak być może brzmiałaby uwspółcześniona stara Endvra), jak i chimery o wyważonych proporcjach elektroniki i neofolku (pierwsza połowa Befallen); outro to czysta neoklasyka.

W neofolkowym aspekcie Brazen Serpent kompletnie nie znajdziemy irytującej jarmarczności. Prym wiedzie gitara o bogatym, przenikającym brzmieniu, uzupełniana wraz z basem przez jakby wewnętrznie udręczony, acz oszczędny i wyważony wokal, nierzadko z wyczuciem rozwijający się w śpiew oraz poprzeplatany łacińskimi mniszymi zaśpiewami. Niewielu neofolkowych muzyków potrafi dobrze śpiewać, ale T. King z pewnością tak, czego przykładem jest utwór Silencing Aeons. Jego sposób gry na gitarze  jest zbliżony – żeby daleko nie szukać – do D.Pearce’a (Death in June), ale ten pierwszy – zaryzykuję – okazuje się tu ambitniejszym gitarzystą. Kompozycje w swej chłodnej melancholii są nie pozbawione dramatyki i podniosłe, wciągające. Całość ma wyraźnie dewocyjny (czy w Polsce słowo te może w ogóle nie być odczytane pejoratywnie?) charakter, a jest to „nabożność”  lucyferyczno-gnostyczna. Liryki są wpasowane w ten kontekst i zdawkowe, przy czym nie są propagandatorskie, przewija się w nich motyw zatraty, uwolnienia od rozumowych kategorii sensu itd. Najdłuższy tekst – The Luciform, notabene chyba najlepszej pieśni na „Perditions…” to nieprzekombinowany (w przeciwieństwie do wielu liryk „ortodoksyjnych” black metalowych kapel) wyraz poświęcenia antykosmicznej ścieżce.

Wśród nagrań muzycznych, których przesłaniu przyświeca antykosmiczna gnoza, to chyba póki co najdumniejszy północno-amerykański wykwit (tak jak na polskim gruncie Magia Gwiezdnej Entropii). Kunsztowna kombinacja styli muzycznych, która powinna mocno trafić zwłaszcza do słuchaczy doceniających w muzyce jej element duchowy.

P.S. Numer katalogowy BXXIII ; ?

linki: bandcamp | bunkier