Shataan – Foot Print

R-11297198-1513665905-8061.jpeg

cd indifferent nighmare 2017

Shataan grają i śpiewają już nawet nie żaden neo ani ciemny folk, lecz medytacyjne ballady posiadające ducha katarskich trubadurów. Mają przy tym instynkt, który kieruje ku rozpoznaniu rdzenia wewnętrznego doświadczenia ludzkiego, bo jeśli chybia to niewiele. Tak jak w tej recenzji na tej płycie obecne są jednak momenty minimalnie jałowe, np. “Children of the Night”. Okładka w kontekście muzyki jest w opór bataille’owska. Wstręt w kontakcie z rażącą obelgą wobec tego, co jest uznawane za dobre i właściwe, to jeden ze sposobów, w jakie ugruntowuje się to, co święte. Ta muzyka to ekspresja silnej, wewnętrznej indiańskiej suwerenności, trzymania stanicy w psychodelicznych lub przeciwstawnie dziwacznych, zakrzywiających prądach rzeki\ życia.txhx1eaNGN8

-cały album do odsłuchu na vk – tutaj

“To jest jak King Dude tylko na serio go popierdoliło.” Float Away to najbardziej – jakkolwiek nie trawię tego słowa – wyczilowany kawałek na tym albumie. Przypomnę, że to pierwotnie blek metalowy zespół z południowo-amerykańskiej rasowo konfraterni Black Twilight Circle, złożony z muzyków Arizmenda i Volahn. Mimo rozziewu gatunkowego można wyczuć pararelę. Lub podobieństwo teoretycznych sigilów, udźwiękowieniem których byłaby muzyka Shataan. Moment pośredni w metamorfozie Shataan do obecnej stylistyki znakuje pieśń “Night Comes Along” z albumu “Weigh of the Wolf”. Tam zaś utwór “Release” to indiański odpowiednik pierwotnego, surowego Circle of Ouroborus (“Shores”, “Knives Beneath”), w pewnym stopniu nawet Joy Division oraz Lik. Zresztą ta muzyka to najlepszy dowód obalający metafizyczne kłamstwa lub roszczenia rasizmu – dowodzi bowiem – jakby komukolwiek było trzeba? – że duch aryjski nie jest jedynym, któremu przydana jest Jaźń. Gatunkowo ta muzyka to taki – przesycony tym, co folkowe może być w country – noir punk. Skd23~!

K/VV

 

 

 

 

Advertisements

King Dude – Sex

Czyli gangsterska romantyka diabelskim rockiem podlanego neofolku. “Kto chce żyć i skonać tej nocy? Kto pragnie ujrzeć drugą stronę? Z kryształów, które jak robactwo biegną przez twe żyły. Oszalałeś!” – oto zaproszenie do tego swoistego (ideowo) miszmaszu Lautreamonta z Iluminatami Thanaterosa, muzycznie zaś – balladowo-folk-rockowego klangu noir.

Kontynuując tradycję niespodzianych dywinacji wskroś dobrego pana Lucyfera, King Dude momentami wykrystalizował tu i dopracował swój styl do poziomu analogicznemu świeżo wyrwanemu sercu kozła zastawiającemu stół biesiadny Niosącego Czarne światło, a momentami pogubił się w eksperymentalnych niewypałach bez wyrazu— i konfrontuje słuchacza z eksploracją tematu seksualności.

“Nie chcę żyć wiecznie kotku, nie obawiam się umrzeć” śpiewane straceńczym tonem i podkolorowane pysznie wpasowanym samplem (czego wcześniej w muzyce tegoż nie uświadczyliśmy) znamionują szlagier “I wanna die at 69”, przy którym wymiękają nawet co mniej zglątwione pieśni Baina Wolfkinda. “Our Love will carry on” – romantyczna ballada – stanowi nostalgiczny łącznik z wczesnym okresem twórczości Cowgilla z okolic lp “Love”(2011).

Chwilę później TJ uderza kontrastowo z innej mańki wraz z krótkim, blackowym “Sex Dungeon”. W takich momentach album ujawnia swoją niespójność, stanowiącą główny zgrzyt ku nazwaniu “Sex” choćby komfortową przystanią w dyskografii K.D.

Tętniące czarnym humorem “The Leather One” gładko zaciera złe wrażenie. “Swedish boys” brak nieco intensywności, aby wywiązali się ze swej roli. Sinusoida znów rusza w górę wraz z ciekawym, eklektycznym “Prisoners” gdzie Koleś, jak na każdego dobrego kolesia przystało, rapuje.

“No one knows the girls” popada w kabaretowe gorzko-słodkie nuty. Następnie szczere, otwarte i smutne, wieńczące album “Shine your light”, niestety wypadające cokolwiek skamląco jak na takiego diabelskiego knura jak Dude, King Dude.

Podsumowując, kawałki promocyjne okazały się pokazaniem asów przed rozegraniem partii, wespół z oprawą wizualną płyty aut. Ellen Rodgers zaostrzyły apetyt. Na co? Na pstro na czczo. Za mało krwistego, ezoterycznego neofolku, za dużo americany, country i inszych eksperymentalnych niedoformowanych płodów. Gdyby całość trzymała poziom “Our Love will carry on” czy “I wanna die at 69”, czy chociażby nawet instrumentalnego “Conflict & climax” bylibyśmy bliscy zachwytu, tymczasem… borem lasem. Rzecz broni się nomen omen jedynie dzięki diabelskiej psocie “The Leather One”. Do następnego, dude!

Wyd: NJRM // Van Records

ktstrf wyklucznik

V/A – Songs from the Bunker II

songs2_booklet

Cd Bunkier Productions 2014

Kompilacja na 10-lecie Bunkra, 18 wykonawców i prawie 80 minut świeżej, zróżnicowanej muzyki z różnych zakątków Europy, choć nie tylko (Nowa Zelandia, Kanada), a do tego bonusowy CDr z Songs from the Bunker I.

Brazen Serpent, którego muzykę już spróbowałem opisać w recenzji albumu, zasługuje na otwarcie tego zbioru – a otwiera go w zasadzie dwoma połączonymi utworami, z których drugi (Reptile Eye) urzeka unikalnym urokiem.

Old Skin to ładna piosenka, instrumentalnie pod starszy Naevus, ale trochę zbyt emocjonalna i pozytywna jak na mój smak – to jednak zależy od nastroju przy słuchaniu, za którymś razem bowiem przypomniała mi się starsza Anathema, której wszelko nie słuchałem od czasów licealnych.

Dronujący ambient Ghosts of Breslau wypada bardzo dobrze,  intryguje lekko szamanistycznym vibem i pobudza uwagę. Wtem wskakują pierwsze takty żołnierskiego folku Ludoli. Osobiście od początku odbierałem ich nagrania jako nieco przesadnie poczciwe i tkliwe, ale tym razem nie mam zarzutów, zacna pieśń i lepiej to niż gorzej, mieć w tym przykrym państwie kogoś, kto w takiej tradycyjnej postaci muzycznej wyraża przywiązanie do dawnych ideałów.

Docetism jakby wyczuwając nadmierne pobudzenie ośrodka idealizmu dostarcza parę minut przyjemnego, chłodno relaksującego dub ambientu.

Utwór Jarosława Woś początkowo odrzucił mnie miękkim wokalem i przysłodką melodyką, ale już przy drugim podejściu przemogłem się i usłyszałem, że jest to udana piosenka uzdolnionego i wrażliwego muzyka, jak paskudnie-tendencyjnie te słowa nie zabrzmią. Keltika Hispanna prezentuje szeptaną/krzyczaną bojową inwokację do wtóru bębnów. Fajne w opór, dziadek Vikernes pokazałby dzidę w górę.

Trudno mi coś na to poradzić, że folkowe śpiewy słowiańskich niewiast kojarzą mi się zawsze kołysankowo-jarmarcznie; piosenka Kaliki instrumentalnie jest całkiem teges, nie podchodzi mi jednak. Chrześcijański, marynarski neofolk Der Frachter Am Abend mimo pewnej dozy tandety przekonuje mnie bardziej, bo zdrowa w tym męska krzepa, a choć śpiewak fałszuje, to śpiewa z polotem, no i język lepszy. Dalej w dalszym ciągu jest lepiej, Łotysze z Enu Kaleidoskops pod względem folku wygrywają moim zdaniem tą kompilację.

Elektroakustyczne Room Noir dostarcza bodaj jeden z ciekawszych numerów na płycie, poczciwie marzycielski i niekonwencjonalny bez przekombinowania. Elektro-industrialny/bajerancki Skon zaś serwuje numer bodaj najwyraźniej popadający w tandetę – bo tak zderza się zamierzona monumentalność z dyskotekowością, jakkolwiek próba z pewnością interesująca i niejednego ukontentuje.

Lonsai Maikow prezentuje po francusku uczesaną fuzję neofolku z rockiem. Srub jak wieść głosi wykonuje okultystyczny, pogański post-punk, i może nawet nie ma w tym określeniu wielkiej przesady, jakkolwiek słychać przede wszystkim grzeczny post-punk.

Utwór Moongazing Hare zalicza się w poczet moich faworytów z bunkrowych pieśni nr zwei – wsobny, cichy, nocny folk, na tyle innych wyróżnia się dobrze pojętą skromnością / szczerością / autentycznością.

Ktokolwiek jako tako śledzi neofolkową scenę powinien kojarzyć Strydwolf, a w takim wypadku wystarczyłoby napisać że i tutaj kapela ta nie rozczarowuje. Gustujący w DiJ, czy Darkwood będą kontentni.

Nacht und Nebel – Koniec Miasta – zdecydowanie najdziwniejszy kawałek tutaj, nie że jakiś przedziwny ale polskojęzyczny i ocierający się o groteskę – „miejsca dla nas coraz mniej!” – new wave/post-punk zaiste, na plus gitara basowa i w-ucho-wpadliwość, na minus drętwy automat perkusyjny  i zapętlone wokale.

Zamykający kompilację, długi kawałek Awen oscyluje mocno w wagnerowskim stylu niefolkowych kompozycji DiJ, starego Der Blutharsch i LJDLP – i jako taki jest udany, choć totalnie nieoryginalny.

Martial industrial jako gatunek muzyczny zdążył się w przeciągu ostatniego dziesięciolecia chyba już wyczerpać. Pierwotny profil Bunkier prod. nie powinien tu mylić, bowiem na tej kompilacji zawartość muzyki militarnej jest nieznaczna – dominują neofolki i dosyć ciekawe eksperymenty muzyczne. Płyta jest bardzo różnorodna, a co za tym idzie niespójna – to akurat banał, tymczasem Songs from the Bunker II banalne nie jest – dla hobbystów tych rejonów muzycznych może nie mus, ale blisko.

Brazen Serpent – Perditions Call to Prayer

brazenSerpent_booklet

cd Bunkier Productions 2014

 „Hymny do omnipotęgi Świętej Śmierci, jak również Osobiste prace medytacyjne w intencji zgłębienia ukrytego serca ciemności. Ku sprowadzeniu błogosławieństw i iluminacji wewnętrznego Czarnego Światła, Lucyfera.”

Według opisu wydawcy (który notabene się postarał – estetyczna oprawa z wykorzystaniem rycin m.in. Gustava Dore i gruby, matowy papier) mamy tu doczynienia z antykosmicznym neofolkiem i rytualnym dark ambientem. Doprawdy wybuchowa mikstura. Zanim zapoznałem się z muzyką, byłem cholernie zaintrygowany, jednak trudno było mi zignorować obawę, czy taki ryzykancki przepis się sprawdzi. Zawartość płyty rozwiała wątpliwości.

Od początku wiadomo, że twórca Brazen Serpent nie potraktował konceptu błaho. Intro ze śpiewem akwolitowym (gardłowym) m.in. mantry IAO, nasunęło mi skojarzenia z mało znanym, niedocenionym Udumbal, czy Svasti-Ayanam Petera Anderssona. Z powodzeniem mogłoby zresztą otwierać jakąś płytę Ofermod.

Do rzeczy jednak – nie spotkałem się jeszcze z neofolkiem tak wybornie połączonym z dark ambientem. Pod względem struktury gatunkowej na płycie są warianty o różnych proporcjach – kawałki neofolkowe z elementami ambientu i/lub neoklasyki, rytualistyczny dark ambient (utwór 3-ci, tak być może brzmiałaby uwspółcześniona stara Endvra), jak i chimery o wyważonych proporcjach elektroniki i neofolku (pierwsza połowa Befallen); outro to czysta neoklasyka.

W neofolkowym aspekcie Brazen Serpent kompletnie nie znajdziemy irytującej jarmarczności. Prym wiedzie gitara o bogatym, przenikającym brzmieniu, uzupełniana wraz z basem przez jakby wewnętrznie udręczony, acz oszczędny i wyważony wokal, nierzadko z wyczuciem rozwijający się w śpiew oraz poprzeplatany łacińskimi mniszymi zaśpiewami. Niewielu neofolkowych muzyków potrafi dobrze śpiewać, ale T. King z pewnością tak, czego przykładem jest utwór Silencing Aeons. Jego sposób gry na gitarze  jest zbliżony – żeby daleko nie szukać – do D.Pearce’a (Death in June), ale ten pierwszy – zaryzykuję – okazuje się tu ambitniejszym gitarzystą. Kompozycje w swej chłodnej melancholii są nie pozbawione dramatyki i podniosłe, wciągające. Całość ma wyraźnie dewocyjny (czy w Polsce słowo te może w ogóle nie być odczytane pejoratywnie?) charakter, a jest to „nabożność”  lucyferyczno-gnostyczna. Liryki są wpasowane w ten kontekst i zdawkowe, przy czym nie są propagandatorskie, przewija się w nich motyw zatraty, uwolnienia od rozumowych kategorii sensu itd. Najdłuższy tekst – The Luciform, notabene chyba najlepszej pieśni na „Perditions…” to nieprzekombinowany (w przeciwieństwie do wielu liryk „ortodoksyjnych” black metalowych kapel) wyraz poświęcenia antykosmicznej ścieżce.

Wśród nagrań muzycznych, których przesłaniu przyświeca antykosmiczna gnoza, to chyba póki co najdumniejszy północno-amerykański wykwit (tak jak na polskim gruncie Magia Gwiezdnej Entropii). Kunsztowna kombinacja styli muzycznych, która powinna mocno trafić zwłaszcza do słuchaczy doceniających w muzyce jej element duchowy.

P.S. Numer katalogowy BXXIII ; ?

linki: bandcamp | bunkier