Sny w ultrafiolecie

Wniosek z ostatniej psychozy. Psychotyczne zaburzenie osobowości to albo coś, co się realizuje / przekształca w schizofrenię, albo rezultuje poniesieniem śmierci w wyniku nie przeciwstawienia się ryzyka, albo też coś, z czego się wyrasta.

Na psychozę złożył się dobrze już poznany czynnik indukowalny, a do ponownej jego indukcji na pewno nie prowadził żaden proces racjonalny, poza lekkomyślnym przyzwoleniem na zagłuszenie głodu psychicznego lubej, nie wchodziło tu też raczej w grę – przynajmniej do momentu przed samą indukcją – świadome zaigranie z ogniem / niebezpieczeństwem, celem penetracji potencjalności szaleństwa. Szaleństwo to wcale jednak nie pachnie zniesieniem ograniczeń, a wręcz przeciwnie, narzuceniem jednego nader obelżywego, a gdy już jego podszepty zaczynają milknąć nie niesie ze sobą nic poza struciem, samo-obrzydzeniem i totalnym wypłukaniem mózgu z serotoniny i jako takie przypieczętowuje kres przygód autorów z /oh niestety/ 4-cmc. W międzyczasie przekonują się, że 3-cmc jest o piekło lepsze i że lęk o stratę wszystkiego, na czym w życiu im zależy, może zostać paranoicznie wyprojektowany aż do postaci urojeń wizualnych i uobecnić się w skowycie dobywającym się z rozwartej klapy w umyśle, poprzez którą jazgoczą w głowie myśli jak najgorsze, złośliwie ucieleśniające największe zarzuty wobec siebie, jakie byliby sobie w stanie postawić. Strudzony tym wszystkim do upadłego, zdołałem jednak następnej nocy odnotować następujący sen…

radosc

Przyszłość – wycieczka krajoznawcza emerytów z Niemiec przez Podlasie. Jadą rowerami przez pole przecinające rozległe lasy za miastem, w stronę obwodnicy wiodącej do jednego z hipermarketów. Tam jedna z babć będzie usiłowała przemycić przez kasę alkohol przelany do butelki po wodzie z cytryną. Obok na taśmie zapiszczy islamistyczna ulotka, na co kasjer – eunuch zwróci uwagę ochroniarzowi – eunuchowi, a ten – sam ciapaty – odpowie, że to do cholery nie jest żaden produkt, ani próba dywersji, ani nawet orzeczenie o niepełnosprawności, które – w dni takie jak ten – pozwoliłoby dotrzeć do jakiejkolwiek poszczególnej osoby (bowiem w dniach tych przewalać się miało przez podlaskie hipermarkety już od zajebania islamistów). Następnie ochroniarz wyciąga zapalniczkę i podpala ulotkę, na co robi zbliżenie białym narzędziem kamerzysta z tefałenu.

Wtem przeskok w dwa miejsca jednocześnie, połączone wspólną akcją i osobami, acz nie wszystkimi – operator od kamery, czarnoskórzy siwoocy fakirowie – mistrzowie tantry i farmakolog – etnobotanik – religioznawca, zarazem w oświetlonej zimnym blaskiem ognisk czarno-skalistej jaskini, jak i w wypełnionym niczym kontener śmierciami po brzegi wnętrzu sklepu ze sprzętem elektronicznym, po kolei: operator – kręci dokument, czarni fakirzy – medytują śpiewając gardłowe mantry, wydmuchują odurzający dym i spalają sobie krzaczaste, siwe włosy na brwiach i sutkach, zaś etnobotanik-farmakolog spożywa rytualnie, w towarzystwie współwystępującego z tą naroślą dziwacznego stworzenia – gdzieś między pająkiem, skorpionem, a wężem – nowo odkryty halucynogen w postaci wywaru z kępek fosforyzującego mchu lub grzybni.

Pod wpływem tegoż zapada w długi, wizyjny trans, zbliżony niemal do jaskiniowej hibernacji, w trakcie której objawia mu się, że jest kim innym i bierze udział w tajnym rządowym projekcie badawczym, podczas którego wchodzi w kontakt z kosmiczną istotą, sprawującą władzę nad prądem i ogniem, ukazującą mu się jako umaszczony czarno, wężoskóry, ponad 3-metrowy białowłosy i lodowato-niebieskooki anioł, który w trakcie spotkania ukazuje mu sekret zmiennokształtności i wygina prądem w indukcji elektrycznej ciało człowieka tak, że nad głową zastyga mu twarda niczym z metalu, półokrągła obręcz. Po wybudzeniu naukowiec doznaje rozdwojenia jaźni i wydaje mu się, że jego alter-ego ze snu usiłuje wykraść mu jego odkrycia.

Advertisements

Iluminacje budzących się z Czarnej Nocy Duszy

GvS:

Rzędy gęsto rosnących drzew zamieniających się w trumny, stojące jedna za drugą aż po horyzont. Maleńka trumienka dla niemowlęcia. Uczucie strachu.

Jak mnie całujesz, widzę cały Kosmos.

Fale Bałtyku i nisko nad nimi posztormowe chmury i słońce przebijające się przez nie białymi promieniami.

Jaskółka na żelaznej, ozdobnej w różne wzory bramie.

Jezioro w lesie otoczone sitowiem, na jego brzegu wyrzucone przez wodę ludzkie kości.

Spadające w ciemności gwiazdki śniegu o wyraźnie zarysowanych kształtach; zmieniają kolory niczym zorza polarna.

Opuszczona chata pustelnika w głębokim lesie, podczas śnieżycy. Staram się dobrnąć do niej przez zaspy i rozpalić ogień, trzymam naręcze chrustu, drugą ręką trzymam się za brzuch. W tej chacie przyjdzie mi urodzić. Jest noc i słychać z oddali wycie wilków. Księżyc świeci srebrzysto-białym światłem, nienaturalnie wielki i o nienaturalnej jasności. Drzewa uginają się pod ciężarem śniegu, głównie wielkie świerki. Z trudem otwieram drzwi chaty, w środku panuje ciemność, przez małe okienko wpada pojedynczy promień księżyca. Rozpalam chrust i drewniane meble (stołek, jakąś ławeczkę), kładę się na klepisku i rysuję palcem w brudzie okrąg wokół siebie. Słyszę wycie wilków. W tej chwili rodzę syna.

Człowiek z głową sępa podnosi złotą laskę zakończoną wężowym pyskiem i błogosławi mnie.

Stara świątynia w lesie, katakumby.

Dwie sroki na zamarzniętej tafli jeziora; jedna leży martwa, druga wydaje się, jakby pełniła nad tą martwą straż. Wszystko skąpane w ostrym słońcu, tafla jeziora lśni pokryta lodem i śniegiem, mienią się tęczowo pióra srok.

fraus23
GvS, fotomanipul. aut. ktrstr

Domek na drzewie w lesie, mały chłopiec w czerwonym ubranku wspinający się na drabinkę, wiewiórka wspinająca się równolegle z nim po korze drzewa. Domek ma nad wejściem wymalowaną Gwiazdę Thelemy, chłopiec to mój syn, budował ten domek wspólnie ze swoim ojcem.

Planeta ziemia widziana z kosmosu za xxxx lat, kontynenty poprzesuwały się i połączyły tak, że tworzą wzór trupiej czaszki.

Fioletowo migoczące fraktale na granatowym tle; zmieniają się w płatki śniegu na tle granatowo-fioletowego nieba, widać na nim zarys stojącej bokiem postaci w kapturze.

Gęsty zagajnik, lisia jama wykopana w ziemi.

Rozbłyskujące fraktale.

Antyczny, zarośnięty ogród (lub cmentarz) z kolumnami pokrytymi bluszczem u wejścia do niewielkiej świątyni.

Wybuch bomby atomowej, wszędzie jest oślepiająco biało jakby padał śnieg.

Obraz przy otwartych oczach: droga, śnieg, mróz, pole na niewielkim pagórku na którym rośnie jedno drzewo. Do tego drzewa chcę żeby K. mnie przykuł i żebym […] żywota. […] spala papierosa a potem zbliża się do brzegu, a woda obmywa mi stopy.

Niespokojne, wzburzone morze w nocy w świetle księżyca, wyrzucające na brzeg wrak starego statku, jest drewniany, nie ma masztu i wygląda jak zabaweczka, brzeg jest skalisty i fale na pewno rozbiją go na drobne kawałeczki.

Dróżka w nocy w lesie w śniegu pod świecącym księżycem, po bokach ośnieżone świerki. Idę z dzieckiem w ramionach aż dochodzę do kamiennego ołtarza gdzie je kładę, przewijam i całuję.

Patrzę w górę, ponad czubkami drzew ciemne, rozgwieżdżone niebo.

Gniazdo z wężycą pilnującą swoich jaj.

Piwnica lub lochy w jakimś zamku, wszystkie cele pootwierane i puste, pochodnie płoną na kamiennych ścianach.

Uśpione w wózku niemowlę w czerwonej czapeczce w białe kropki.

Dywan z wyhaftowanym pomarańczowo-czarnym kotem.

Stada motyli frunące na łące za moim rodzinnym domem.

Oko cyklonu z którego zstępują na ziemię w zastępach bogowie i demony (apokalipsa?).Złoty rydwan zaprzężony w hybrydy smoków i lwów, siedzi w nim bóg Chaosu i wskazuje na mnie złotym berłem zakończonym Ouroborosem pośrodku którego płonie serce otoczone cierniami.

K., K., K., K., K., K., K., K., K., K., K., K., jego piękna twarz i oczy wpatrzone we mnie, ujmuje mnie za ręce i skaczemy z wysokiego klifu do morza, cały czas patrzymy sobie w oczy, cały czas trzymamy je otwarte aż do zderzenia z wodą.

Nasz Syn jest moim oczkiem w głowie, chcę mu wynagrodzić to, co przeżył, kiedy był w moim brzuchu.

Obozowisko Wikingów otoczone wysokim murem z drewnianych pali, unosi się zza niego dym.

Różne kształty, takie jak: gołąb, obrączka, serce, obracają się i świecą fluoryzująco w ciemności jak hologramy.

Idziemy z synem na pierwszy spacer do lasu. Jest zafascynowany. Przyklęka przy wielu grzybach i roślinach jakby składał im hołd.

Trzy róże wyrzeźbione w kamiennym łuku nad drzwiami prowadzącymi do świątyni.

Niebo całe w złotych gwiazdach, wygląda jak malowidło, fresk. Stoję na peronie i czekam na K. i na pociąg jadący nad morze. Jest to jakaś maleńka stacyjka na odludziu, nie wiem, skąd się tam wzięliśmy. Mówię do K., że z podróży ze mną się nigdy nie wraca. Uśmiecha się.

Mój, mój, mój, mój, całkiem nagi, jest przykuty łańcuchem w ciemnym lochu, przez niewielkie okienko wpada światło księżyca i widzę, że jego skóra ma lekko fioletowo-siną poświatę i gdzieniegdzie rosną mu łuski. Kiedy otwiera usta na mój widok, widzę język węża. Oczy też ma jak wąż, zmieniają szybko barwę, w tej chwili tęczówki są intensywnie jasnozielone. Pomyślałam, że trzeba go zanieść do terrarium lub inkubatora ale w tej samej chwili on się budzi, wyrywa z kamienia łańcuchy, podchodzi skulony i mnie przytula. „Chodźmy stąd, już nigdy nie będziesz musiała tu być” – mówi i ujmuje moją dłoń. Mówi, że wie, gdzie jest statek (kosmiczny) którym opuścimy ten padół łez. Zaczynam ewoluować podobnie jak on, wyrastają mi łuski, zmieniają się oczy.

Szkielet odziany w szkarłatny płaszcz, trzymający złote berło na którym jest globus, obracająca się planeta Ziemia.

x

Sowa pohukująca w nocy z dzwonnicy kościelnej. Kościół tonie we mgle, otoczony jest wysokimi, srebrzystymi w świetle księżyca drzewami. Wszędzie zdaje się unosić dziwna poświata / aura mijania, rozkładu i śmierci.

Ośnieżony las i widoczne szczyty górskie dookoła. Wyczuwam obecność stworzeń z nordyckich mitologii i baśni.

Mnóstwo powycinanych z gazet oczu, ich krawędzie palą się jaskrawym płomieniem, wszystkie są we mnie wpatrzone.

Śnieżnobiały lis na śniegu, wokół niego okręg ze śladów krwi.

Rozwijające się w przyspieszonym tempie pąki egzotycznych kwiatów o wydłużonych kielichach.

Zarys opalizującej niebiesko czaszki kruka, wygląda jak wyrzeźbiona z lodu.

Orzeł z rozpostartymi skrzydłami i w aureoli niczym duch święty.

Leżę w lesie na mchu, nade mną korony drzew i rozgwieżdżone niebo.

Krople krwi wyciekające z rany.

Właz do podziemnego bunkru.

Inwazja szkodników w ogrodzie pełnym pięknych kwiatów.

Noc, ułożony w lesie z ogromnych białych głazów ołtarz z powykłuwanymi runami, na nim palenisko do składania ofiar, mała rynienka z boku wielkiego blatu z której zapewne ścieka krew ofiar do dołu przypominającego miniaturową studnię, przy której stoi gablotka z kielichami, pucharami i misami, by można było tej krwi zaczerpnąć i w trakcie rytuału zakosztować. Za ołtarzem znajduje się czerwona kotara rozwieszona na pobliskich świerkach. Za nią znajduje się wejście do kamiennej groty, gdzie na ścianach suszą się rośliny psychodeliczne i grzyby a półki skalne zapełnione są zapasami w wielkich słojach lub wysuszonych wiszących warkoczach roślin. Na jednej ze skalnych półek znajdują się też terraria z gatunkami zwierząt wydzielających albo śmiertelny jad (np. skorpiony, węże) albo substancje psychodeliczne (np. żaby). Terraria są jasno oświetlone lampami czerpiącymi prąd z akumulatora w ścianie. Dalej prowadzi wydrążony w skale korytarz, wygląda, jakby kiedyś była tu kopalnia czy coś podobnego. Ze ścian i sufitu wystają ogromne, ostro zakończone lodowe sople. Jaskinia w niektórych miejscach się rozwidla i droga prowadzi do różnych pomieszczeń, np. biblioteki, sypialni, sali obrad, sali modlitewnej, kostnicy i czegoś w rodzaju grobowca, w którym stoją szklane inkubatory – urny podłączone do mocno zaawansowanej aparatury. W owych kapsułach śnią od wielu, wielu lat jacyś ludzie (flashback DXM). Są oni wybrani, ale tam, gdzie przebywają ich śmiertelne ciała i umysły nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Każdy ma misję, drogi niektórych na tamtym świecie się przetną, co będzie komplikować ich życie, ale każdy Uśpiony wróci stamtąd Zwycięzcą. Na ścianie w szklanej gablotce podświetlonej w ciemności wiązką ultrafioletu wiszą czekające na nich medale. Każdy z nich przedstawia orła z rozpostartymi skrzydłami w którego szponach znajduje się skrzyżowany kwiat maku i piszczel. Na szkarłatnej, wyszywanej złotą nicią szarfie, która wisi w gablotce nad orderami widnieją słowa: WIR KAPITULIEREN NIEMALS! Przy każdym z medali doczepiona jest wstążka – od koloru granatowego po jasnoniebieski, kolory te symbolizować mają stopnie trudności poszczególnych misji i ilość poświęceń / osobistego bólu / wysiłku / i zaangażowania by jednak misję ukończyć.

Wulkan u podnóża którego jakieś plemię odprawia magiczny rytuał; ubrani są w skóry zwierząt a w dłoniach mają laski zakończone ludzkimi czaszkami.

Szaroniebieskie oko cyklonu jako przejście do innego wymiaru, obraca się i migocze srebrzystą łuną.

Otoczony fosą zamek, wojska wrogich żołnierzy gromadzą się przed nim ale nie sposób sforsować bramy. Nurkują by sprawdzić, jakiego rodzaju siłą tak stoi. Zamek leży tuż na klifie w bardzo bliskim położeniu morza.

Cały dom od środka porośnięty pnącymi różami i bluszczem. Zasłaniają one okna, panuje półmrok. Wtem nadchodzi sztorm, wiatr wyrywa drzwi i wybija szyby w oknach, woda olbrzymimi falami wlewa się do wnętrza, spieniona i ciemnogranatowo-zielona, zalewając poszczególne pomieszczenia zdaje się jednak przezroczysta. Pnącza róż i bluszczu unoszą się w wodzie jak glony. Lekkie meble, przedmioty codziennego użytku i książki unoszą się na wodzie pod sufit. Fale wypychają z następnego z pomieszczeń białą dziecięcą kołyskę. Nurkuję i zaglądam do tego pokoiku: na ścianach ma wymalowane wysokie pod sufit konwalie, kępki mchu, gałązki krzewów owoców leśnych i skupisko dorodnych muchomorów. Tylko dwie przylegające do siebie ściany są tak pomalowane, dwie pozostałe mają bardzo jasny, rozbielono-zielony kolor. Na ścianie w rameczce ozdobionej glinianymi ptaszkami znajduje się fotografia Naszego Dziecka. Trzyma się na jednym gwoździu i gdy woda zalewa dokładnie pokój, odrywa się od ściany i również płynie w górę.

Na pokład statku wlewają się fale, zapas paliwa w beczkach wybucha i zajmuje go płomieniami. Podpływają krokodyle i rekiny ale nie uważam ich za niebezpieczne.

Będziemy mieć trumienkę wyłożoną czerwonym aksamitem, z rogami i wąskimi żółtymi ślepiami.

023093
fotomanipul. aut. ktstrf

Katastrof:

Pajęczyna utkana w spirale.

Kokpit operacyjny jakiegoś samolotu albo vrila.

Przez chwilę widziałem gościa o kompletnie białej skórze, uśmiechał się, wszystkie jego zęby były ostro zakończone, tęczówki miał czerwone a na głowie koronę.

Widzę jakąś mapę, pokazuje wyspy i morze, spomiędzy fal wyłania się olbrzymi niebieski wąż.

Podziemne laboratorium ze szklanymi gablotami, w jednej z nich zamknięta jest biała sowa. W innych są głównie jaszczurki.

Widzę cylinder wzrostu człowieka zakończony czerwonym spiczastym dachem. Z boku ma panel operacyjny.

Wchodzę do Czerwonej Świątyni, drzwi są metalowe i fioletowe. Trzeba wpisać kod na czarnym domofonie. Wpisuję „2393” i drzwi się uchylają, ale tylko na tyle aby niziutki, starszy, siwiejący mężczyzna zerknął na mnie przenikliwie zza okularów swoimi lazurowymi oczami o gadzich źrenicach. Wpuszcza mnie do środka. Podłoga jest kafelkowana, kafle ułożone są w czarno-białe zygzaki. Na ołtarzu jest księga a po bokach ołtarza ustawione są ogromne metalowe paleniska.

(rys.). Ołtarz obsypany jest różami a za nim na ścianie znajduje się witraż przedstawiający rudowłosego błazna o wężowych łuskach. Ma spiralnie podwinięte końcówki butów i jest zobrazowany w pozycji jakby tańczył, prawa noga uniesiona i obrócona w lewo, odkopuje jajo (złote) wokół którego owinięty jest zielony wąż. W paszczy trzyma purpurowe jabłko (rys.).

Skrzyżowanie smoka z białym orłem w złotej koronie, z otwartą paszczą i wystającym rozdwojonym wężowym czerwono-fioletowym językiem.

Widzę chimerę o gadzich, prostych nogach zakończonych pazurami, w tym pazurem na pięcie. Górna część ciała jest ptasia. Jest upierzony na rudo-biało a na głowie ma jakby pióropusz z płomieniście zakręconych piór. Paszczę ma gadzią, ze skrzydeł wyłaniają się dłonie, jedna trzyma węża a druga puchar, do którego skapuje jego jad. Postać stoi u niewielkiego lecz wysokiego na kilka metrów ogniska przy stromym klifie nad morzem.

Zegarki, okna, budynki, skrzynki pocztowe, kłódki na łańcuchach, lampy uliczne, rury biegnące pod tym wszystkim.

Ciemność utkana haftem zawierającym w sobie kształty kości, kwiatów i sieci.

Platforma wiertnicza gdzieś na dalekim północnym morzu.

Boczna nawa kościoła, po bokach stoją wazony z czerwonymi różami i metalowe rzeźby kotów. Na środku jest obraz przedstawiający fioletową humanoidalną postać. Jego aura jest obrysowana żółtym, czerwonym, zielonym, pomarańczowym i karmazynowym.

Naga kobieta siedząca na złotym tronie do którego wiedzie biały dywan; trzyma w dłoni doskonałe jabłko.

Gość w kominiarce szykuje się na zamach, pakuje broń do walizki, zamyka bagażnik i rusza. O 4:00 nad ranem wdrapuje się na wieżę białego kościoła, czai się tam ze snajperką na wizytę kogoś bardzo ważnego.

Grunt wyłożony ciemnozielonymi grubymi marmurowymi płytami. Jedna z płytek jest uchylona do góry, odsłania okrągłe wyżłobione w odwrócone swastyki zejście po drabince do tunelu – wiodącego w głąb, żłobionego dookoła w swastyczną mozaikę. Z tunelu wychodzę do pomieszczenia: ma szare, piwniczne, nieotynkowane ściany. Zza ściany wystaje wysunięte z szuflady metaliczne łoże. W miejscu gdzie delikwent miałby głowę gdyby położył się nogami do szuflady jest zaczepiony czarny gumowy kabel do duszenia go. Od spodu ten kabel przechodzi przez łóżko i jedna z jego końcówek jest ozdobiona otwartą paszczą węża.

Stojący w jaskini reptilianin w czarnym habicie z purpurową przepaską. Ramiona ma podniesione, zgięte w łokciach pod kątem prostym i w obu dłoniach trzyma pochodnie, z których jedna płonie ciemnofioletowym a druga ciemnozielonym ogniem.

Jaskinia w sklepieniu której jest tunel, z którego zwisa łańcuch i na nim można się wspiąć na szczyt ośnieżonej góry.

Skrzaty w zielonych mundurach z długimi brodami, przepychają szlaban graniczny jak Niemcy na początku II WŚ.

Zielony człowiek, zamiast brwi ma czterolistne koniczyny, z nosa wyrasta mu mech, ma wąsy z fiołków a z ust wystaje mu długi prążkowany rozdwojony język. Na głowie ma finezyjne rogi, na końcówkach zawinięte w spiralę.

Szara powierzchnia jakby skały ale podzielona na siatkę heksagramów, w każdym z nich znajduje się hieroglif przedstawiający jakieś zwierzę, rośliny i bogów.

Posesja jakiegoś szlachcica, która ma kształt trójkąta przy czym na dachu są uskoki. Nad wejściem jest wyrzeźbiona twarz białego człowieka z rogami jelenia. Śmieje się.

Idę najpierw ścieżką wśród mchów i traw przez drewniany mostek nad górskim strumieniem, wspinam się coraz wyżej, wchodzę na zalodzony, zaśnieżony płaskowyż pośrodku którego niby wychodek stoi budka stróża. W środku jest skórzany fotel obity ćwiekami i biurko. Na biurku leży drewniana figurka chłopca z odłamaną głową. Stoi tam również telefon, mały stary telewizor wektry, w którym leci jakaś pokurwiona komedia i muskularny facet w masce z ogromnymi króliczymi uszami podnosi ramiona. Podnoszę słuchawkę i widzę czarno-szarego wilkołaka o fioletowych oczach i fioletowym języku. Z oddali dostrzegam postać majaczącą pod gałęzią samotnego drzewa. On zapewne tutaj rezydował. Schodzę z tego płaskowyżu w dół, w bukowy las, gdzie pojawiają się stare, ciemne świerki i powykręcane dęby. Docieram do półokrągłego muru obronnego twierdzy. Okna dla strzelców na górze mają kształt muchomorów. Całej twierdzy już dawno nie ma, w jej miejscu stoi wiedźmia chata.

Widzę kwiaty, kobierce kwiatów układające się na wzór mozaiki.

Gwiazdozbiory przesłonięte czerwoną łuną wśród której zaczęła się wyłaniać aztecka fraktalna struktura z jaszczuroludzkim demonem w zbroi pośrodku. Stał jakby u wyjścia jakiejś twierdzy.

Szeroka świątynia z białej cegły z zaśniedziałym zieloną rdzą dachem i zaśniedziałymi niebiesko-szaro-zielonymi drzwiami. Nad wejściem jest podtrzymywany przez cztery kolumny okap / sklepienie w kształcie A a na nim w okręgu z przodu jest narysowane kozie oko. Wchodzę do środka. Po boku, po lewej stoi manekin kobiecy i mówi z nagrania przez usta „Gutenmorgen, w czym mogę pomóc?”. W głębi pomieszczenia jest […] a w zasadzie dwa modlitewniki. Przy tym po lewej klęczy dziewczyna o rudych włosach i zielonych oczach. […] w pomieszczeniu jest podparta kolumnami.

Dworek otoczony wysokimi tujami i świerkami, ma osobny ogród.

Pomarańczowo-żółte zwoje grubego kabla zgięte w spiralę.

Gołąb zamknięty w ouroborosie.

Wrażenie jakbym leżał pod wypolerowanym, drewnianym wiekiem.

Wnętrze świątyni o ciemnofioletowych cegłach w kształcie łusek.

Na tle poziomych linii śnieżących i różnobarwnych jak w TV nastawionym na nieistniejący kanał widać cień postaci. Być może jest to mój cień i powinienem go w siebie wchłonąć.

Okrągłe wyjście z kanałów na powierzchnię, stoję we wnętrzu tunelu, którego środkiem płyną ścieki. Przede mną jest wgłębienie w ścianie, z którego zwisa miedziany dzwon.

Postać, która jest złożona z różnobarwnych rombów, jest ciemna, tylko lekko podświetlona jak hologram.

Otwarta paszcza jakby niedźwiedzia o ciemnoniebieskich wargach, pełna okrwawionych kłów. Wokół niej rozrasta się oko o tęczówce złożonej z warstw okularów.

Fabryka z ogromnym metalowym kołem z dźwignią przymocowaną do podłogi i szybem windy, którą w górę jadą szare metalowe szafki, w których śpią Uśpieni.

Niebieski zarys kozła, a następnie kobiety lub figurki kobiety.

Przedramię i dłoń szarego wężowego człowieka. Ma czarne pazury.

Jezus przybity do Algiza, brzuch ma opasany z frontu czaszką ze skrzyżowanymi piszczelami, wygląda jak ta z czapek Huzarów Śmierci.

kristurweb

Tunel w szaro-niebiesko szachownicę, biegnący w dal i wciągający mnie, na jego końcu okrąg czerni o krawędzi jak ostrze piły zębatej, tyle że ostrza mają kształt płomieni, a odeń odcina się postać gnostycznego kapłana w czarnym habicie z kapturem; rękoma wykonuje magiczne gesty.

Czerwony, holograficznie lśniący wizjer w fioletowo – szarym hełmie o skomplikowanej konstrukcji, przypominającej te znane z niektórych prastarych indiańskich płaskorzeźb (rys.)

Ciemno-szare kształty płatków śniegu ułożone ze świerkowych gałązek.

Na zawieszonego Jezusa spogląda z gałęzi płomienno oka sowa.

Ciemno – czerwona, świecąca nieludzko gadzia źrenica otoczona ciemno-niebiesko-zieloną obwódką, a wokół ornament szronu, dębowych liści, kwiatów maku oraz róży.

Obustronny, zakrwawiony topór kata rozebranego do pasa, w czarnej, płóciennej masce. Wokół jego stóp pełzają węże a przed nim stoi pieniek u którego podnóża leży jasnowłosa głowa. W masce ma wycięte tylko dziurki na oczy a pod nią jakiegoś gogle. Na umięśnionym brzuchu ma olbrzymią bliznę w kształcie (rys.).

Fraktale wśród których widzę niebieskie szkielety dwóch leżących na boku, odwróconych twarzami do siebie ludzi.

Fioletowy okrąg z czarną promienistą otoczką, odbija się, leci w górę i zmniejsza.

Teraz mam wrażenie, że Twoje wargi są fioletowe.

Kształt małego dinozaura który dopiero co się wykluł z jaja.

Otoczona tujami biała kolumna na której szczycie w złotym palenisku płonie ogień. Fioletowy dym wzbija się w niebo.

Widzę niebieskie dwuletnie dziecko ze spiczastymi uszami i ostrymi zębami.

Czarownik w czerwonym habicie przewiniętym w pasie kremowym sznurem. Trzyma kostur na którego czubku jest okrągła lampa symbolizująca księżyc. Jednak pali się tylko jej brzeg jak w księżycu w nowiu. Czarownik idzie ziemną drogą przez piękny, zielony, wzgórzysty krajobraz. Zanurza się w las u podnóża góry i podchodzi do drzewa na którym jest umocowany domek dla ptaka. W środku siedzi kruk. Czarownik otwiera domek a kruk wskakuje mu na wyciągniętą rękę i siada na ramieniu. Wspinają się na wzgórze, wtem jakieś 600km stamtąd spada bomba atomowa. Niebo zapala się łuną i uderzenie wiatru łamie drzewa. Grzyb atomowy kształtem przypomina dąb. Czarownik czyni gesty rękoma i wypowiada zaklęcie co powoduje wyczarowanie tarczy, która chroni go przed uderzeniem. Czarownik zbliża się do zielonych drzwi do sejfu z okrągłym pokrętłem, a na ścianie jest duże narzędzie z kodem do wbicia, na górze ma rząd cyfr na czarnych, metalowych kółkach. Kruk zlatuje mu z ramienia i siada na barierce a Czarownik wklepuje kod i odkręca koło. Otwiera drzwi i wchodzi do małej, ciemnej świątyni z posągiem wysokiej postaci w fioletowej koronie na głowie przyozdobionej rubinami w kształcie rombów. Ten posąg przedstawia Setha który w ręku trzyma kostur zakończony głową kobry a lewą ręką przyciska do biodra grubą czerwoną księgę ze złotymi tłoczeniami na okładce. Za posągiem jest właz w podłodze, Czarownik podnosi go i schodzi po drabinie do katakumb, gdzie półki są wypełnione ludzkimi i zwierzęcymi szkieletami.

Teraz jestem pod ziemią na metalowej platformie. Spod spodu zionie ciemność, jakby była tam jakaś przepaść.

Widzę twierdzę z trzema wieżami zakończonymi krużgankami. Na każdej wieży jest maszt z flagą. Jeden przedstawia wygięte w okrąg maki, z których główek wychodzą wężowe języki. Inny przedstawia purpurową różę w białym okręgu na czerwonym tle. W środku róży jest Gwiazda Thelemy. Trzeci przedstawia vrila z odwróconymi runami SS. Na podwórzu między murami twierdzy stoi wysoka drewniana chata z wieżyczką przypominająca kościół. W środku po bokach stoją ławy a na ołtarzu jest posąg pokrytej szaro-żółto-zielonymi łuskami postaci, która zamiast nóg ma dwa węże ogony zawinięte w ósemkę. Ma rude włosy i brodę i gra na flecie a z głowy wyrastają mu niewielkie rogi. Za nim, we wgłębieniu ściany jest obraz przedstawiający zabójstwo Abla przez Kaina. Niebo na nim jest lazurowe a chmury różowe. Jeden z witraży przedstawia Jezusa powieszonego na Algizie, opisanego wcześniej, z tym, że ma przebity bok i kruk wydziobuje mu wnętrzności. Na ramieniu siedzi mu wiewiórka i próbuje podać w łapkach Jezusowi do ust orzech. Obficie krwawi od cierniowej korony. Prawe oko ma zamknięte, a lewe otwarte.

IMG_20161230_130811.jpg
kolaż aut. GvS

Przybita w lochu ogromna tarcza zegara którą przesłania półprzezroczysty hologram głowy płomiennookiej sowy. Gwóźdź na którym zawieszony jest zegar jest czarny i kapie z niego smoła. Wszystkie klatki są puste za wyjątkiem ostatniej, gdzie siedzę ja jako nastolatek, a naprzeciwko ja jako starzec. Wtem wchodzi mój syn, nagi poza czerwoną przepaską na biodrach, z pękiem kluczy. Starzec siedzi w pozycji jogina i medytuje a ja jako nastolatek siedzę pod ścianą z podkulonymi kolanami. Mój syn otwiera klatkę, w której siedzi młodzieniec, podnosi go za dłoń i wymierza mu siarczystego liścia w twarz. Nastolatek spluwa krwią i zaczyna się śmiać. Klęka przed synem i całuje mu stopę. Wtedy ten kładzie mu rękę na głowie, rozchyla usta i wlewa do gardła zawartość fiolki, którą miał zatkniętą za pasem. Sztyletem przecina więzy, którymi młodzieniec ma skrępowane ręce i nogi, narzuca na niego habit i daje świecę, każąc iść za sobą. W stróżówce siedzi prawdziwy potwór. Ma długi pysk, prążkowane, czarne wargi, czarne oczy, uszy osła i krzywe rogi na głowie. Mój syn wrzuca do naczynia przed nim kilka monet i wyprowadza mnie jako młodzieńca dalej. Bierze pochodnię ze ściany i wchodzimy schodami na górę. Młodzieniec podąża za nim gęsiego, trzymając świecę w dłoniach. Otwieramy drzwi i trafiamy do sali głównej zamku. Na sali jest ustawiony olbrzymi stół na czerwonym podłużnym dywanie prowadzącym do schodów które prowadzą z kolei do wyżej położonych komnat. Na końcu stołu siedzi okropnie stary król oblany winem i piwem, ślina mu cieknie z ust, chrapie. Mój syn wyciąga lewą dłoń a prawą posypuje proszkiem i wtedy na tej lewej dłoni zapala się płomień. Podpala królowi brodę i włosy, ten się ocyka i zaczyna jęczeć. Wtedy młodzieniec odrzuca świecę w stronę firan, zdejmuje królowi koronę z głowy i wciska ją ostro zakończonymi rogami w jego twarz, wyłupując oczy. Wtem w bocznym przejściu migocze światło pochodni i słychać szczęk zbroi i mieczy. Jedna z firan podpaliła się od świecy. Seth bierze sól ze stołu i wysypuje nią na posadzce okrąg w centrum którego usypuje Aegishjalmur. Strażnicy nadbiegają i widzą króla. Wpierw machinalnie wyciągają miecze, jednak gdy najśmielszy z nich próbuje się zamachnąć na Setha, jego miecz napotyka opór na wysokości krawędzi okręgu w którego środku stoi Seth razem ze mną. Wtem jeden ze strażników – brodaty Nordyk, zdejmuje hełm, podchodzi do tronu i przewraca go kopnięciem. Wojownicy patrzą po sobie, ustawiają się w równy szereg przed Sethem, klękają na jedno kolano i wyciągają miecze klingami w jego stronę.

Globus, na którym spoczywa czerwono-skóra dłoń o granatowych pazurach.

Jestem w ciemności podziemi rozległej hali. Jezioro faluje pod moimi stopami, a ja dostrzegam jaśniejszy prostokąt stalowych drzwi. To winda, naciskam czerwony przycisk i drzwi się rozsuwają bezszelestnie. Na całej przeciwległej ścianie jest wizerunek Boga Pana, z rudawymi kręconymi włosami, kozią brodą, szeroko uśmiechniętymi ustami, odsłaniającymi okrwawione, ostre zęby; w oczach ma obłęd, a na głowie dwa rogi. Mimo nich mieści się na niej również wydziergana na drutach Mikołajewska czapka w białe kropki. W środkowej kropce jest gwiazda Thelemy. Czapka zakończona jest pomponem w kształcie jabłka. Postać jest przedstawiona na tle żywopłotowego labiryntu. Gdzieś w pobliżu unosi się płomień i w ciemnoniebieskie niebo wzbija się słup czerniawego dymu. Bożek trzyma gołębia przybitego do równoramiennego krzyża z konarów.

Fioletowe kształty profili różnych postaci – psychiatry, szamana. Jan Paweł II wygrawerowany na czarnej skrzynce pocztowej. Z głowy wyrastają mu czułki w kształcie halucynków.

Widzę insektoida o olbrzymich jak u muchy czerwonych oczach, ciało ma szaro-zielonkawe, a z głowy wychodzi mu czerwona, zawinięta w dół w spiralę jak u motyla „trąbka”. Z głowy wystają mu czułki opierzone jak u pawia.

Na ścianie jaskini malunki Neandertalczyków, wśród nich mandale i bindruny oraz sylwetka postaci z ogonem i skrzydłami.

Ciężkie, szarozielone, łuskowate powieki i głęboko błękitna tęczówka ze źrenicą tworzącą lewoskrętną spiralę.

Ujrzałem pyzatego ok. 10-letniego blondynka w czerwonym napoleońskim kubraczku, z oczami przewiązanymi zakrwawionym bandażem, w pantalonach i kozaczkach, z ręką na temblaku. Zza niego z ziemi wyłania się wychudły, blady kapłan w szaroniebieskiej szacie, z kosturem zakończonym głową kobry. Przywiązuje chłopca do pala, buciorem zakreśla wokół niego okrąg (podwójny) i sztyletem podrzyna mu gardło, by ten wykrwawił się jak świnia. Pierwszy kruk zeskakuje z ramienia szamana i rozpoczyna żer. Pal obgryziony praktycznie do samych kości zostaje spalony, a ciemny słup dymu staje się kolumną łączącą podziemie z niebem.