Rozpoczął się sezon na halucynki. Są pierwsi upupieni

Rozpoczął się sezon na grzyby halucynogenne i na podgórskich łąkach można od kilku dni spotkać młodych ludzi z siatkami na motyle. Dolny Śląsk, a szczególnie rejon Gór Sowich, znany z sieci podziemnych tuneli wykopanych rękami hebrajów za czasów III Rzeszy, Gór Stolcowych i Karkoznoszy, to bowiem jeden z głównych regionów w Polsce gdzie rosną te grzyby, a konkretniej łysiczka lancetowata.

Są też już pierwsi upupieni. Wpierdol i na dołek, a na dołku ino woda z rozpuszczonym haloperidolem. To spotkało dwójkę 23-latków z Zamroczyn, która łowiła grzybki obok szlaku na Ogromną Sowę. Milicja przyznaje, że grzybiarze wpadają sporadycznie. Powód? MonAnarchistyczne bojówki patrolują łąki czy zbocze lasów. Renata Szmul ze Szmułdeckiego Oddziału Straży Granicznej, przyznaje, że jeszcze kilkaset lat temu, kiedy nie było granic i naćpane wywarem z muchomorów, psylocybów i konopyj grupy szturmowe wyznawców Tchorta patrolowały górskie lasy, osób mających jakiekolwiek obiekcje wobec takich praktyk można było poszukać co najprędzej w pierwszych klasztorach.
– Dziś jest trudniej, ale to nie znaczy że bezkarnie. Doskonale wiemy, gdzie takie grzybki rosną i na przełomie września i października często je odwiedzamy – dodaje. Prawo traktuje grzybki halucynogenne tak samo uwłaczająco godności Białego Człowieka jak marihuanę czy kwas lizergamidowy. Ich posiadanie jest przestępstwem. Grozi za to kara do trzech lat zjeboresocjalizacji.

Devil_s-Horns
Geist ist Teufel! / Albin Julius z Der Blutharsch and the Infinite Church of the Leading Hand

Fachowcy-sługusy systemu oceniają, że grzyby halucynogenne stają się większym zagrożeniem niż narkotyki. Naukowcy natomiast dostrzegają w psylocybinie najbezpieczniejszą substancję psychoaktywną oprócz konopii i widzą w tej pierwszej potencjał na zrewolucjonizowanie zjebanej psychiatrii, w świetle znakomitych wyników uzyskanych podczas badań nad skutecznością tejże w leczeniu syndromu stresu pouzrazowego czy dępresji. Grziby są bardzo tanie, a kiedy sami je zbieramy, wręcz darmowe. Wystarczy kilka godzin spaceru na świeżym powietrzu i jesteśmy w stanie zrobić sobie zapas na kilka miesięcy. Ususzone grzybki zachowują bowiem swe właściwości. Bez problemu można też je kupić. Na czarnym rynku kosztują po 23-44 groszy za sztukę. By doświadczyć ich leczniczego działąnia, trzeba zjeść około 20. Działają podobnie jak dużo droższe LSD. Też wywołują poszerzenie świadomości, transcendencję traumatycznych doświadczeń oraz kajdan narzucanych na umysł każdego obywatela przez kulturę, która w obecnym wydaniu nie jest kumplem nikogo, kto się szanuje.

Wielu młodych ludzi, którzy nazywają je magicznymi grzybkami i halucynkami, twierdzi, że skoro stworzyła je natura, to na pewno im nie zaszkodzą. Bingo! Branie grzybów może prowadzić do bardzo głębokiej transcendencji, a w konsekwencji doświadczenia rozpuszczenia ego. Natomiast świadome przyjmowanie wysokich dawek grzybów połączone z medytacją i/lub deprywacją sensoryczną może prowadzić do wizji innych wymiarów i głębokiej introspekcji, sięgającej korzeni człowieczego zła i dobra, a w konsekwencji do neurorepgrogramacji. Adam Wnyk z Poradni Profiutlaktyki i Zjepterapii Uzależnień Monar w Warszawie bredzi, że szczególnym niebezpieczeństwem związanym z ich zażywaniem jest wysokie ryzyko śmiertelnego zatrucia. Tymczasem równie dobrze można śmiertelnie przedawkować wodę. Wnyk powiada: Grzybki szybko uzależniają. Tymczasem jednym z podstawowych spostrzeżeń neurobiologii a propos psychodelików jest to, że nie wywołują one uzależnienia fizycznego, a jednokrotne głębokie doświadczenie wzbudza w użytkowniku pragnienie przeprocesowania go przez co najmniej najbliższy tydzień. Co więcej można usłyszeć od pana Wnyka? – A już po kilkakrotnym zjedzeniu mogą spowodować nieodwracalne zmiany organiczne w mózgu. Raczej nieodwracalne wnioski wyciągnięte wobec narzuconej rządowo wspakultury, jej kontestację i rozpoznanie własnej tożsamości jako Wolnego Białego Człowieka.

Pseudopsychiatrzy na usługach hebrajskich dogmatów twierdzą ponadto, że niezwykle niebezpieczny jest też tzw. flashack, czyli nawrót, nawet po kilku miesiącach, psychodelicznych doznań, mimo że narkotyk nie został ponownie zażyty. Następuje on w nieoczekiwanym momencie. Człowiek zaczyna słyszeć szepty, śmiechy, przed oczyma pojawiają mu się dziwaczne obrazy. Towarzyszy temu też szalona ochota kontynuowania życia i, niestety, czasem kończy się tragicznie. Ludzie śmieją się obsesyjnie i urągają spaczonemu światu.

autor pierwowzoru: Małgorzata Moczygęba / Gazeta Wróćławska
spaczył katastrof wrzywąż

Advertisements

Trip raporty dwa

Untitled-6

(screen z The Invisibles Granta Morrisona)

Dwa – spośród nieskończoności-  oblicza psychodelicznego doświadczenia. Pierwszy raport jest zapisem z psychodelicznej inicjacji za pośrednictwem 2mg 25b-nbome; drugi zaś relacjonuje pierwsze “przebicie się” kamrata z grzybami i dmt.

Osobiście – mimo nieziemskich wizji wężowego chaosu – nigdy nie zawędrowałem tak daleko, jak drugi z kolegów – przypuszczalnie z powodu przesłony w postrzeganiu w postaci uzależnienia od opiatów, jako że to diabelski haczyk zaczepiony w samym trzonie psyche.

Wydaje się, że syntetyki nie oferują takiej możliwości neuro-reprogramowania i dostąpienia wewnętrznej przemiany, jak grzyby psylocybinowe, czy ayahuaska – nawet jeśli przy tych pierwszych wejdzie się w kontakt z wyższymi istotami.

25b to największy demon wśród nbomów, znaczki zostały sprezentowane bez pewności jaka dokładnie substancja się na nich znajduje, na szczęście badacz dobrze przeszedł próbę, choć od tamtej pory nigdy więcej nie wybrał się w przestrzeń poza czasem.

Zestawienie tych 2 trip raportów być może nie jest jakieś szalenie konstruktywne, ale na pewno na zasadzie kontrastu pokazuje m.in. jak ogromną rolę ma właściwie pojęty set & setting.

I

Po około piętnastu minutach trzymania kartonika pod językiem odczułem znaczące zmiany –  kręcenie w głowie, lekki problem z koordynacją, suchość w gardle (co jak przypuszczam nie miało podłoża somatycznego). Zaraz po tym nadeszło narastające poczucie odosobnienia oraz intuicyjna myśl o pogłębieniu się tego stanu wraz z upływem czasu. Duże wyostrzenie słuchu z jednoczesnym wrażeniem wyłapywania najdrobniejszych dźwiękowych cząsteczek, nadbiegających z wszystkich stron – kumulowanie się ich i agresywne wdzieranie do czaszki. Wszystkie były gromadzone i w rezultacie przekazywane w postaci jazgotu o wysokiej częstotliwości lub czegoś w rodzaju brzęczenia owada. Agresja to zdecydowanie jedno z najtrafniejszych określeń, jakie przychodzi mi do głowy względem opisu wszelakich bodźców docierających do mnie podczas całego tripu. W ciągu kilku minut nadeszły nudności i próby wyrzygania pustego żołądka, co tylko bardziej pogłębiło wspomnianą suchość. Zacząłem doświadczać szybkiego przemijania czasu, osoba-opiekun zdawała się być całkowicie poza tą goniącą pętlą, którą chciałem w jakiś sposób zwolnić, zatrzymać. Zaniepokojony, ciągle pytałem dlaczego po prostu siedzi w obliczu tak dokuczliwie ekspansywnej i fikołkującej materii. Była około 13:40 w pogodny dzień. Jezioro, zielona przestrzeń, sporo iglastych drzew i drobnych kępek nieznanej mi z nazwy flory rozsianej wszędzie dookoła. Po około 30 minutach pojawiły się halucynacje. Wszystko nagle ożyło i zaczęło się ruszać, kora drzewa zamieniła się w wertykalnie – góra-dół – pulsujące robale, źdźbła trawy i chwastów zaczęły wirować wokół własnej osi korespondując z dźwiękowym efektem bzyczenia, który rozsadzał mózg i napędzał potrzebę nieustannego odpowiadania ruchem na ruch. Drobne wzorki materiału, z którego uszyty był tropik namiotu, wyodrębniały się z swojego małego uniwersum, w którym były elementem i rozbijając się na mniejsze zalewały całe otoczenie tworząc nową, własną konstrukcję widzianego przeze mnie świata. Fraktalizm.

Uczucie strachu wobec tych dźwięków i coraz większego chaosu nabierało na sile – tendencja animalizowania w skrajnej postaci. Mózg powoli przestał łapać związki przyczynowo-skutkowe. Brak punktu odniesienia, który dawał się we znaki w zanikającym rozumowaniu i nieskładności do wypowiedzenia prostego zdania, był jak to obecnie rozumiem, projekcją degradacji neandertalskiego „homo” do jakiejś pierwotnej formy. Tak jakby w świecie krążyła nieskończenie wielka pula możliwości słów do wypowiedzenia i jakiś bezwładny diablik ucinał niewłaściwie z punktu widzenia rozsądku leksemy i uporządkowywał je w zdaniach, burząc ich pierwotną intencję. Stawałem się stworzeniem bez duszy. Czułem potęgę jakiegoś wyższego rzędu przestrzeni (być może natury) której stawałem się częścią. Jak kropla w towarzystwie innych – tworzących oceny. Zanik indywidualności przechodzący w integralność.

Wszechświat jawił się, jako wirujące i atakujące cząsteczki, które niewiadomym przypadkiem tworzą świat, jakim go na co dzień widzimy. Powoli tracąc kontrolę nad umysłem, popadałem w bezwolne trybiki chaosu z przeczuciem nieodwracalności tego zjawiska. Ciężko jest opisać stopień integracji z tą bezrozumną plasteliną kosmosu – był przepotężny i nieodwołalny. Stawałem się rechoczącą żabą i włóknem tropiku od namiotu jednocześnie. Domyślam się, że po około godzinie od wrzucenia substancji całkowicie straciłem świadomość, na rzecz spirali, która z biegiem czasu (i usuwaniem tryptaminy z żył) rozluźniała się i pozwalała dostrzegać jakieś strzępki rzeczywistości sprzed zaaplikowania substancji. Spirala ta objawiała się w postaci odtwarzania w kółko danej sytuacji, bądź też dawała wrażenie sprężania nowych wydarzeń w tę samą pętle, przez co odczuwałem (myślenie znikło), że mogę widzieć przyszłość. Później przerodziło się to w monotonię oraz kolejny punkcik do obawy o uwięzienie w demonicznym czasie. Starałem się przynosić do obozowiska nowe elementy, jak znaleziony pręt, które miałyby zmienić przestrzeń na dobre. W międzyczasie, wydaje mi się, powstała kompletna świadomościowa dziura, kiedy przestałem istnieć. Nie wiem na jak długo.

Szt

af

II

Postanowiłem zmierzyć się z szamańską dawką grzybów wg zaleceń Terrence’a Mckenny.

Po kąpieli i zrozumieniu zasady działania stoperów do uszu ( polecam te zapakowane hermetycznie do samodzielnego formowania) mogłem zacząć jeść grzyby. Wbrew temu, co sądzi większość ludzi smak grzybów nie jest dla mnie nieprzyjemny, więc spokojnie przeżułem 5g suszonych grzybów.

Kiedy skończyłem pokarm bogów położyłem się na łóżku i zacząłem zastanawiać się, co chciałbym zrozumieć poprzez tą podróż i prosiłem grzyby o dobrą radę i bezpieczną drogę. Warto wspomnieć, że leżałem w całkowitej ciemności ze stoperami w uszach tak, aby całkowicie oddać się mistycznemu doświadczeniu.

Po jakiś 20- 30 minutach zacząłem odczuwać jak przyśpiesza mi puls i jak przez moje ciało przechodzi energia, fala przesuwała się od żołądka w górę, do głowy i w dół do moich stóp. Zacząłem też widzieć przebłyski białego światła, którym towarzyszył dźwięk jakby startującego samolotu, a raczej statku kosmicznego (humming noise). Żeby się uspokoić i wejść dobrze w doświadczenie, zacząłem nucić sobie przypadkową melodię. Wraz z mijającym czasem zacząłem wchodzić coraz głębiej w siebie aż w pewnym momencie spostrzegłem, ze jakaś istota pokazuje mi swój świat. Nie pamiętam dokładnie jak ona wyglądała, ale czułem, że to był mój duch przewodnik. Duch prowadził mnie przez tą przestrzeń aż do budynku, który nazwał fabryką życia. Był to okrągły budynek sięgający chmur. Fabryka ta działała jak olbrzymi generator ciepła i mocno kojarzyła mi się ze słońcem. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że pierwszy raz przeniosłem się do zupełnie innego miejsca i byłem zdumiony tym, co widzę. W środku budynku widziałem stworzenia przypominające elfy, które operowały jakimś dziwnym działem (jakby działem laserowym). Miałem również wrażenie, że fabryka ta opiera się w dużej mierze na ludzkiej energii i wszyscy jesteśmy z nią połączeni w jakiś sposób. Budynek był w ciemnoniebieskim kolorze i na ścianach znajdowały się dziwne znaki, które gdy się im dłużej przyglądałem, zaczęły się poruszać. Zgodnie z moim doświadczeniem wiedziałem, że jest to jedna z bram i postanowiłem przez nią przejść.

Po chwili pojawiłem się w zupełnie innym miejscu. Byłem jakby w oddziale noworodkowym szpitala. Widziałem rząd łóżek, ale wszystkie były puste. Nad jednym łóżkiem stał robot niańka i choć nie miał on rys jak ludzie, to odniosłem wrażenie, że jest to świadoma istota, która zajmuje się dziećmi. Robot trzymał w swoich metolowych rękach zawiniątko z dzieckiem i zamierzał je gdzieś przenieść. Nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności albo zupełnie nie zwracał na mnie uwagi.

Po chwili wróciłem w zupełną ciemność i dostrzegłem, że jestem w jakiejś jaskini. Była to jakby górska grota, pełna stalaktytów i stalagmitów. Otaczały mnie liczne elfy, które miały teraz szpiczaste czapki i próbowały mnie rozśmieszyć.  Nagle cała jaskinia zaczęła płonąć, co mnie przestraszyło, ale elf, który teraz przybrał formę dwunożnego małego tygrysa, specjalnie wsadził łapę w ogień, po czym szybko zaczął na nią dmuchać i śmiać się wołając, że parzy. Dzięki jego poświęceniu zrozumiałem, że mogę dowolnie kształtować formę ognia, więc zmieniłem groźny pożar w drewniane dekoracje ze szkolnego przedstawienia. Zauważyłem, że płomienie utworzyły jakby poruszające się hieroglify, więc po raz kolejny zdecydowałem się przekroczyć bramę.

Nagle oślepiło mnie bardzo silne światło i miałem wrażenie, że patrzę na jakąś lampę. Jednocześnie zobaczyłem wiele par różnych oczu, które mi się uważnie przyglądały. Nie było to przyjemne doświadczenie, gdyż nie mogłem się rozejrzeć dookoła i byłem zmuszony do poddania się tej procedurze. Postanowiłem otworzyć oczy, bo chciałem odzyskać trochę kontroli nad moją podróżą. Cały pokój pulsował i żył własnym życiem, co wprowadziło jeszcze większy chaos w moje myśli. Postanowiłem wrócić do innego świata, ponieważ miałem tam większą kontrolę nad rzeczywistością.  Wziąłem kilka głębokich oddechów i znów zamknąłem oczy. Po chwili dostrzegłem 2 nicie, które się wzajemnie skręcały. Jedna była zielona a druga niebieska. Moje skojarzenie było oczywiste i zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście przyglądam się cząsteczce DNA. Miałem również nieprzyjemne wrażenie, że ktoś albo coś wpływa na moje DNA i dlatego ulega ono ciągłej transformacji. Łańcuchy zanurzały się w gęstej zielonej cieczy i nieustannie obracały względem siebie. W tym momencie poczułem ogromne przerażenie, bo poczułem obecność czegoś obcego i złego w sobie. Zacząłem przypominać sobie wszystkie swoje decyzje i czyny, poprzez, które skrzywdziłem innych. Widziałem jak daję swojemu nieświadomemu koledze bromoważkę, a później on panikuje nie wiedząc, co się dzieje. Jak siedzę na zajęciach i marzę, żeby wbić koleżance długopis w szyję, bo przez jej dociekliwość muszę siedzieć dłużej na zajęciach, jak wjeżdżam rozpędzonym samochodem w drzwi garażu. Zacząłem też myśleć o wszystkich ludziach, którzy dokonali masowych mordów i o seryjnych zabójcach. Naprawdę nie chciałem już tego doświadczać, ale grzyby były bezlitosne i mi nie odpuszczały.

Zastanawiałem się nad moralnością zabójców i czy zabójstwo może być w jakikolwiek sposób usprawiedliwione. Po głębokiej analizie historii ludzi i przypomnieniu sobie fabuły zbrodni i kary stwierdziłem, że zabijanie innych nie leży w naturze człowieka i jest z gruntu złe. Pomimo tego wniosku ciągle czułem przerażenie, więc postanowiłem zanucić sobie melodię, która przyszła mi wtedy do głowy. Dzięki śpiewaniu poczułem się trochę lepiej, pomimo to nadal odczuwałem duży dyskomfort i marzyłem, żeby pozbyć się tego uczucia. Musiałem dalej zgłębiać temat natury zła. Rozważałem, dlaczego niektóre jednostki (np. Hitler, Breivik itd.) mają tak olbrzymi pociąg do zła i w zupełności się mu oddają. Zastanawiałem się czy mogą mieć na to wpływ jakieś duchowe siły, które podsuwają tym ludziom złe rozwiązania, a oni, chociaż początkowo są się im w stanie oprzeć, to im dłużej idą ścieżką zła tym bardziej stają się swoimi demonami i ostatecznie przestają być ludźmi. Pomimo moich dywagacji uczucie niepokoju nie odchodziło, więc poprosiłem o pomoc moje duchy opiekuńcze – orła, wilka, lisa i zająca, a następnie zacząłem się modlić. Niestety nie byłem sobie w stanie przypomnieć całej treści modlitw, więc nie poprawiło mi to samopoczucia.  Ostatecznie stwierdziłem, że muszę przeczekać całą sytuację, bo to po prostu lekcja od grzybów i tak jak w poprzedniej podróży niepokojące uczucia w końcu mnie opuszczą. Starałem się spokojnie oddychać i nucić sobie pieśń, która do mnie przyszła. W końcu poczułem, że przeszedłem próbę i doświadczyłem uczucia ogromnej ulgi i szczęścia tak silnego, że aż płakałem ze śmiechu. Poczułem się, jakbym po raz pierwszy patrzył na ten świat i przepełniała mnie ogromna miłość do całego świata. Byłem dumny, że pomimo trudnego okresu dotrwałem do końca podróży o własnych siłach i sprostałem doświadczeniu.

Skoro udało mi się wyjść z tej wyprawy zwycięsko, zdecydowałem, że jestem w idealnym momencie, aby zapalić dmt, zgodnie z początkowymi założeniami. Podgrzałem dno butelki i szybko wciągnąłem ciepły plastikowy dym. Próbowałem liczyć jak długo trzymam dym w płucach, ale po 5s przestałem rozumieć znaczenie liczb i wypuściłem dym.

Zostałem przeniesiony do świata pokrytego niebieskimi kafelkami. Cała rzeczywistość składała się z tych kafelków i kiedy myślałem, że przyjąłem za małą dawkę, zobaczyłem dziwną istotę. Miała ona jedno oko, rogi na głowie i ciekawie mi się przyglądała. Przez chwilę patrzyłem na nią, aż poczułem ogromną falę euforii i położyłem się na łóżku zwijając się ze śmiechu. Po chwili, gdy udało mi się przestać śmiać znowu zamknąłem oczy i zobaczyłem 3 takie same istoty jak ta 1 patrzące na mnie z góry. Poczułem, że mogę teraz nawiązać kontakt. Leżąc na łóżku wyciągnąłem swoje ręce przed siebie i pozwoliłem im się swobodnie ruszać. Gdy przymknąłem oczy czułem, że patrzę na kolejne bramy, jednak tym razem nie dałem rady przez nie przejść. Moje dłonie zaczęły unosić nad moim ciałem jakby ktoś gładził moją głowę i poczułem jak całe moje ciało ogarnia błogość. Czułem się, jakbym był leczony. Później moje ręce zaczęły wykonywać okrężne ruchy i po chwili zrozumiałem, że poprzez te ruchy otrzymuję informacje. Zrozumiałem, że musimy troszczyć się o ziemię, bo jesteśmy z nią jednym ciałem, poza tym wszyscy jesteśmy tak jakby bogami, więc powinniśmy szanować i dbać o nasze ciała. Później dowiedziałem się, że coś złego dzieje się z Ziemią i że grozi/zbliża się do niej jakieś niebezpieczeństwo, a ja będę miał ważną rolę do odegrania w tym czarnym scenariuszu. Nie była to zbyt przyjemna wizja i przestraszyła mnie, więc przestałem poruszać rękami. Ważna była również liczba 3, korona.

Kuba