Aleksandr Dugin – Ludzkie społeczeństwo po kryzysie: Piekło na ziemi poprzez szkła socjologii głębi

[To ostateczna wersja przekładu całości. Dokonałem korekty na uprzednio przełożonych fragmentach i usuwam posty z nimi. Namawiam do wykrzesania z siebie skupienia potrzebnego do lektury całości – wzbogaci. K/VV]

Socjologia głębi

Konkretne (fenomenologicznie rzecz biorąc) społeczeństwo zawsze składa się z dwóch części – nadziemnej i podziemnej. Nadziemna część jest tym, co normalnie nazywamy terminem „społeczeństwa”, co oznacza sferę racjonalnej aktywności, gdzie przeważa logos (λόγος). To domena rzeczy „codziennych”. Część podziemna jest ciemną, podwodną wyspą nieświadomości zbiorowej, regionem nocy społecznej (nokturnu), gdzie włada mit  (μύθος).

Przez pewien czas, progresywistyczna nauka wierzyła, że te dwie części są położone w porządku diachronicznym. W czasach starożytnych (wśród ludów „prymitywnych”, nieszczęsnych „rezydentów” czasów starożytnych) mit miał pierwszyznę dominacji.  Ale progres cywilizacji stopniowo wyparł mitologiczny ład i zastąpił go porządkiem opartym na logosie. Społeczność, lub Gemeinschaft, zostaje zastąpione przez społeczeństwo lub Gesellschaft (F. Tönnies). Lecz to optymistyczne wyniesienie nie przetrwało długo. Podczas gdy ślepa wiara w rzekomy postęp władała niemal niekwestionowalnie w Zachodniej Europie XVIII-XIX wieku, podświadomość, gdzie dominują wieczne i niezmienne prawa mitu, została odkryta na początku XX wieku.

Opracowania Junga rozwinęły teorię Freuda i ustanowiły nową topologię ludzkiej psychologii. Freud już pokazał, że w dodatku do „Ja” („ego”) aktywnie działa w człowieku niewidzialne i represjonowane „To” (niemieckie „es”, łacińskie „id”). Jung udowodnił, że podwalina tego „To” jest zakorzeniona w specjalnej rzeczywistości wspólnej wszystkim ludziom. Zbiorowa nieświadomość jest jedna dla wszystkich.

Zwolennik Junga, francuski socjolog G. Durand, opierając się na jungowskiej teorii zbiorowej nieświadomości i jej archetypów, dopełnił psychoanalityczną topologię tą socjologiczną, kładąc fundamenty pod „socjologię głębin”, „głęboką socjologię” lub „socjologię wyobraźni”. Zatem druga, podziemna cześć społeczeństwa, w sercu której spoczywa mit, została odkryta, przestudiowana i opatrzona opisem.

Zwykli socjolodzy tacy jak Weber, Sombart, Durkheim, Moss, Sorokin itd., częściej opisywali nadziemne, dzienne społeczeństwo i jego właściwości, tj. socjalny logos. Z drugiej strony socjolodzy głębin, tacy jak G. Durand czy M. Maffessoli, zaangażowali się w eksplorację społecznych mitów, rozwijając rodzaj socjologii mitu.

Studium międzypołączeniowości (interconnectedness) pomiędzy dwoma głównymi poziomami topologii, tj. między logosem, a mitem, już na pierwszym etapie pogrzebało koncept racjonalności i pojęcie „postępu”. Według G. Duranda, okazuje się, że ostatnie nie są niczym innym niż racjonalizacją mitu Prometeusza. Następnym krokiem było odkrycie samego Logosu, jako że osiowe przeznaczenie kultury zachodnio-europejskiej (od Platona poprzez Kartezjusza po pozytywizm) było szczególną edycją mitu („wzrastającego mitu” w teorii G. Bachelarda lub „reżimu codzienności”, „le diurne” w teorii Duranda). Jest to odkrycie głębokiej socjologii (socjologii wyobraźni) oparte na strukturalizmie C. Leviego-Straussa, historii religii (H. Corben, M. Eliade), psychoanalizie (C.G. Jung), refleksologii (M. Bekhterev), współczesnej fizyce i matematyce (R. Tohm, V. Pauli etc.). Ujawniło to kompletnie nowy widok esencji, zawartości, znaczenia, natury i jakości procesów społecznych. Klasyczna socjologia, która wykryła, że niezliczone porażki logosu w społeczeństwie (dla przykładu, zasada „heterotelii”– socjologicznego prawa, które twierdzi, że procesy społeczne prawie zawsze osiągają cele inne, niż te, w które są wymierzone na początku, wywracając w ten sposób logikę przyczynowo-skutkową, w którą ojcowie założycielscy socjologii – pozytywista Kant i Durkheim – tak zawzięcie wierzyli) w świetle głębokiej socjologii formują zwarty i semantycznie kompletny system.

Ogromny materiał metodologiczny i dokumentacyjny zebrany przez socjologów klasycznych zaczął być interpretowany w całkowicie odmienny sposób.

Zatem wraz z końcem XX wieku, ustanowiona została „dwu-poziomowa socjologia”, w której badania nad logosem społecznym zostały sparalelowane badaniami „społecznego podziemia” („społecznego lochu”) i „mitu społecznego”. Innymi słowy, odkryto „społeczną nieświadomość”.

screen_shot_2017-06-11_at_20.01.42.png

Społeczny logos

Poprzez swój zawód socjolog jest wzywany do patrzenia ponad „opinią publiczną”, „wspólnymi ideami” i „wspólnym sensem”, tj. tymi ideami, które krążą wśród mas w ich „większości” i tworzą zrąb „konwencjonalnej mądrości”. „Opinia publiczna” nigdy nie odbija całego obrazu. Jej naturalne miejsce jest położone w przestrzeni pomiędzy prawdą naukową, a tym co jest czystą chimerą, lub niczym. Nawet Platon w Republice zdefiniował „opinię” (δόξα) jako pokazywanie nam czegoś, ukrywając w tym samym czasie przed nami coś innego, we wszystkich przypadkach ujawniając nam nie to, co leży na powierzchni przekazu, lecz gdzieś indziej, zatem zawsze nas oszukując. Bardziej bezpośredni amerykańscy eksperci spekulacji finansowych i giełd sformułowali to samo prawo w surowszy sposób: „większość zawsze się myli”.

W analizowaniu „opinii”, socjologowie wyprowadzają z takowych  na wpół zamanifestowane i na poły ukryte prawdy, a w ten sposób wyjaśniają mechanizm i – z kolei – semantyczną strukturę kłamstw (ciszę, eufemizmy, projekcje, przestawienia i inne tropy retoryczne). Zatem to suma wyodrębnionych naukowych prawd, wykładni i etiologii błędnych przekonań i kłamstw – zawartości logosu społecznego – stanowi obiekt klasycznej socjologii.

Pesymizm klasycznych socjologów: Logos na progu katastrofy

Większość głównych rekonstrukcji („wielkich teorii”) klasycznych socjologów zostało naznaczonych przez niepokojącą naturę procesów społecznych XX w. Sama idea „postępu”, która stała się czymś przyjętym w „opinii publicznej”, została w pewnym momencie rozpoznana jako eufemizm zaprojektowany aby odpędzić przeczucia nieuchronnie zbliżającej się katastrofy.

Większość socjologów, a zwłaszcza Pitirim Sorokin, jednomyślnie kładli nacisk na hedonistyczną, materialistyczną i zmysłową naturę współczesnej cywilizacji Zachodu, zaś ta jakość coraz głębiej wpływała na „społeczny logos” na przestrzeni XX w. Materialne wartości, wiążące ze sobą „obsesję ekonomii”, poszukiwanie egoistycznej, materialnej wolności i przyjemności, wyszły na przód i podkopały, przeżarły strukturę racjonalnej organizacji społecznej. Niemal wszyscy socjologowie przeczuwali, że społecznemu logosowi Zachodu i – wszystkich cywilizacji świata pod decydującym jego wpływem – w ten czy inny sposób zagraża klęska.

To uczucie zintensyfikowało się szczególnie w erze postmodernistycznej, gdy wielu zaczęło mówić o „społeczeństwie spektaklu” (G. Debord), „władzy symulakrów” (J. Baudrillard), lub o „końcu historii” (F. Fukuyama). Zaiste, Fukuyama mówił o „społeczeństwie szczelin”, wzmagającym „fragmentację więzi społecznych”, itp. Logos społeczny zdezintegrował się przed naszymi własnymi oczami, przemieniając się w coś innego, ustalonego tylko z wielką trudnością i wymagającego nowych metod socjologicznych dla zrozumienia i wyjaśnienia.

Niektórzy, tacy jak Castells, bojaźliwie sugerowali, że logos nie umiera, lecz jako sieć przemieszcza się w stronę nowej formy istnienia. Ale to nie zabrzmiało i nie brzmi zbyt przekonująco. W każdym razie, począwszy od końca XX w., klasyczne społeczeństwo stało na progu – jak to mówią optymiści – fundamentalnej, jakościowej przemiany, lub – jak podejrzewali pesymiści (tacy jak Spengler) – upadku.

noc

Moment społeczny poprzez oczy socjologów głębi: Osuwanie się w noc

Bardziej jeszcze zaalarmowani przemęczeniem współczesności są socjologowie głębi, którzy z zasady wierzyli, że ponowne oszacowanie logosu z perspektywy mitu równa się katastrofie, która z definicji i od samego początku jest pełna napięcia od upadku i kolosalnej inflacji logosu. Nie będąc oponentami logosu, wskazują oni tylko, że gigantyczny wysiłek ponownego oszacowania połowy społeczeństwa (dziennej połowy) wiąże się z pełną napięcia możliwością nagłego regresu i upadku w przeciwstawną skrajność, regiony nieświadomości, z brakiem jakichkolwiek stanów ułatwiających, czy też pośrednich. Słusznie rozpoznali, że europejskie totalitaryzmy XX wieku były tak nagłym zrzutem ku mitowi, tj. reżim nazistowski (ze swoim „Mitem XX wieku”, który wprawdzie jest raczej bladą i żałosną parodią mitu samego w sobie) oraz ZSRR ze swoją chiliastyczną próbą zbudowania „raju na ziemi” (diachroniczny-trynitarny mit Joachima de Flory przeskoczony przez Hegla, a zwłaszcza rosyjski, kultowy mesjanizm).

Jednak inflacja logosu nie zaprzestała rosnąć wraz ze zwycięstwem nad faszyzmem, ani po końcu komunizmu. W latach 90-tych powstała tymczasowa iluzja, że logos społeczny w końcu znalazł swoją ostateczną inkarnację w liberalno-demokratycznym paradygmacie amerykańskim (stąd globalizm i „koniec historii”), który miałby trwać wiecznie (jak to amerykańskie neokonserwy próbowały ustanowić z „Projektem Nowego Amerykańskiego Wieku” i teoriami o „dobrotliwej hegemonii” oraz „dobrotliwym imperium”). W pierwszej dekadzie XXI wieku wszystko to stawało się coraz bardziej wątpliwe. Kiedy uderzył kryzys finansowy roku 2009, a czarny demokrata Barack Obama doszedł do władzy w USA, stało się wyraźne, że poprzedzająca runda nie była ustanowieniem „nowego porządku światowego”, ale ostateczną agonią Zachodnio-centrycznego logosu.

Z punktu widzenia socjologów głębi, w zasięgu ręki była kolizja dwu mitów, które przez trzy wieki działały w „podziemiu” społeczeństw Europy Zachodniej (jak i tych, które znalazły się pod ich wpływem).

Era nowożytna i Oświecenie odzwierciedliły powstanie mitu Prometeusza, który zainspirował zarówno racjonalistów, jak romantyków, ludzi dnia i poetów nocy. Olbrzym, spryciarz, oszust bogów (noc), Prometeusz, działający jako Faust i Lucyfer, przynosi ludziom ogień i wiedzę (dzień). Schelling, Hugo, Hegel, Marks oraz zarówno liberałowie, jak  socjaliści, zostali zainspirowani przez mit Prometeusza. Nawet w faszyzmie, poprzez nietzscheańskie szkła „Nadczłowieka” i Wagneryzm, Prometeusz odnalazł osobliwą ekspresję.

Ale z końcem XIX w., Prometeusz zaczął ustępować mitowi Dionizjusza. Emanując z dekadenckich salonów, spenetrował kulturę, a następnie stał się głównym mitem ludzi zaangażowanych w media (i z reguły odszczepieńców, pijaków, ludzi perwersyjnych i narkomanów, jak trafnie zanotował Durand), kino, a później telewizję, intelektualistów i artystów – typowych ludzi nocy w praktycznie wszystkich społeczeństwach. Stopniowo przepełnione indywitualistyczno-hedonistycznym stylem „dziennikarzy”, zadawnionych sceptyków i przeciwników wszelkiej racjonalnej organizacji (wrogów logosu społecznego), społeczeństwo stało się społeczeństwem rozrywki i zadowolenia, „społeczeństwem spektaklu”.

Dionizjusz zastąpił Prometeusza, koniec mitu którego jest opisany w zdumiewającej, ironicznej książce Andre Gide’a, Prometeusz źle spętany. Ale i sam Dionizjusz stopniowo stracił urok, rozmach i energię, tak jak dekadenckie perwersje elity, niosąc coś stylistycznie atrakcyjnego, zamieniły się w odrażający smród gnijących mas, osuwających się w noc. Plebejskie parady gejowskie odwróciły wyrafinowaną atmosferę salonów Oscara Wilde’go, solarne obłąkanie Arthura Rambo i poetyczną gestykulację Apollo Kuzmina w plebejski kicz (jeszcze kolejny przykład znaczenia sformułowania „nie rzucaj pereł przed wieprze”). Mit Dionizusza z kolei osiągnął punkt nasycenia i stał się jednym ze źródeł świeżości stojącego, stymfalijskiego bagna.

Cykl kultury zachodniej dotarł do kresu. Postmodernizm ze swoimi epifenomenami jest przekonującym zobrazowaniem tego.

W każdym razie socjologowie głębi oczekują nowego mitu (być może żywiąc nadzieję, że będzie to zrównoważony i integracyjny mit Hermesa – tak jak grupa Eranos, w którą włączali się Jung, Eliade, Bachelard, Corben, Dumezil, Scholem i Durand), ale przejrzyśnie dostrzegają, że europejski logos wkrótce ma się ostatecznie osunąć w noc. Mówiąc wprost, wydaje mi się raczej wątpliwe, aby ci wspaniali ludzie, neo-Hermetycy, mieli zdołać powstrzymać to, co upada, czy w mniejszym stopniu przesunąć ten upadek.

Topologia Junga

Poprzedzające obserwacje były konieczne, abyśmy dotarli do głównego tematu, tj. naszej próby pojęcia tego, co czeka ludzkość, gdy postmoderna w końcu dotrze do swojego, a logos społeczny ostatecznie przepadnie w nocy mitu. Innymi słowy, jesteśmy zainteresowani rekonstrukcją rysunku nieuchronnie zbliżającego się socjologicznego obrazu, uwzględniającego te strukturalne, semantyczne znaczenia, które musimy (lub nie) przetrwać (lub nie). Na podstawie socjologicznej rekonstrukcji klasycznych i nie-klasycznych teorii, możemy skontruować różne modele przyszłości, opierając się na psychoanalitycznej topologii Junga, którego pochłaniał los człowieka i który próbował tak bezstronnie, jak to możliwe, opisać pełnię ludzkiego czynnika w jego różnych wymiarach i na różnych etapach. Zanim „namalujemy” „socjologię Apokalipsy” „pędzlem Junga”, przypomnijmy główne parametry jego topologii.

Według Junga, ludzkie istnienie jest złożonym systemem składającym się z kilku obszarów, z których główne to „ego”, „persona”, „anima/animus”, „cień” i Selbst („jaźń”). W imię kompletności dodajmy freudowskie „superego”.

drako
C.G. Jung – Das Rote Buch

Moje „Ja” i moja maska

Człowiek jest uznawany za racjonalną jednostkę, nazywającą się „Ja”. W psychoanalizie ta funkcja jest oznaczana łacińskim terminem „ego”, którego właściwościami są intelekt, zdolność do operacji umysłowych, posiadanie struktur logicznych (lub „proktologicznych” jak w wielu tzw. plemionach i u „dzikusów”), zdolność do autorefleksji i wyraźnego oddzielenia siebie („ego”) od zewnętrznego świata, „innych” i „innego.”

Uogólniony logos społeczny to zbiorowa projekcja „ego”, którą Freud nazywał „superego” i „super-ja”. „Ego” zawsze koreluje z „superego”, które zaś daje początek systemowi norm społecznych i determinuje zatem znaczną część bycia „ja”.

W odniesieniu do innych społecznych „ja” i zebranego logosu społecznego (superego), ego działa jako persona, osobowość lub maska. Istnieje szczelina pomiędzy ego, a osobowością, która składa się z „ego”, mającego inny wymiar, odwrócony w siebie, odróżniający je od osobowości lub „persony” poprzez zupełnie wyczerpującą funkcję socjologiczną. Ego ma psychikę, podczas gdy persona jej nie posiada (takowa jest starannie ukryta i ignorowana). Psychika ego ujawnia się tylko wtedy, gdy persona zaczyna się zachowywać lub czuć niewłaściwie w społeczeństwie lub wobec superego, danego jako standard w moralności i w regułach myślenia (choroba umysłowa).

„Ja” zazwyczaj ukazuje się samotne w wyniku odbicia logosu na fizycznej oddzielności ludzkiego ciała. Ale Jung podkreśla, że to niekonieczne. Deformacja struktur logicznych, obniżenie poziomu umysłowego (abaissement du niveau mental) lub po prostu śnienie może łatwo rozmyć pojedynczość „ja”, jego tożsamość i rozproszyć w różne frakcje „alter-ego”. W pewnych przypadkach psychozy, objawia się to poprzez głosy, widzenie, a nawet poprzez wizje siebie samego. W niektórych przypadkach, różne „ego” mogą ukształtować całkiem stabilną formę tożsamości (jak w Dr. Jekyllu i Mr. Hyde Stevensona).

„Ja” Junga nie jest stałe raz na zawsze, lecz różnorakie. Czasem Jung mówi o ego jako jednej z części złożonej psychiki obok innych „kompleksów”.

Kraina zbiorowej nieświadomości i Jaźń

Wewnątrz „ego” zaczyna się przestrzeń psychiki, zawierająca różne warstwy, niektóre bardzo bliskie „ego” (takie jak pamięć, subiektywne oszacowanie działań i „inwazja” z poniżej) oraz te dalsze od niego, takie jak nieświadomość.

Freud nazywał nieświadomość „ed” albo „id.” Sam ograniczał nieświadomość do indywidualnych uczuć i instynktów ukształtowanych jako reguła w trakcie okresu niemowlęcego, a nawet prenatalnego. W słynnym śnie Junga z 1909 roku, w którym podróżował przez Atlantyk okrętem wraz ze swoim nauczycielem, ujrzał że w nieświadomości jest nawet głębszy poziom, który przestaje być indywidualny i staje się zbiorowy. Kraina zbiorowej nieświadomości jest centrum skonceptualizowanej topologii Junga.

Według Junga zbiorowa nieświadomość jest jest jedna dla wszystkich, a powściągana jest poprzez wieczne mity i archetypy. Tą zbiorową nieświadomość wyjaśnia się stałymi osnowami pewnych snów (wielkich snów), mitów, historii, opowieści ludowych, wizji religijnych i prac artystycznych. Ta należycie postrzegana, integrowana, obejmowana, przyjęta i święcie wywyższona zbiorowa nieświadomość skierowana jest powyżej, ku światłu na powierzchni tego, co w języku Junga oznacza Selbst lub „jaźń.”

Animus/anima i mroczny bliźniak

Ponadto, pomiędzy ego, a zbiorową nieświadomością istnieją dwie z głównych pośredniczących instancji: animus/anima (dusza którą Jung dzieli pod kątem płci) oraz „cień” (umbra, Die Schatten).

Animus/anima (jak Serafit i Serafita Balzaca) jest obrazem zbiorowej nieświadomości ukazującym się w czystej postaci w męskim lub kobiecym ego. W trakcie swoich badań (do których zaliczają się studia klinicze), Jung zanotował, że mężczyźni stale wyobrażają „nieświadome” („es” i „id”) jako kobiece (stąd „anima”, kobieca dusza), podczas gdy kobiety wyobrażają sobie to jako męskie (skąd „animus”, dusza męska). Kuszące by było w języku rosyjskim zastosowanie pokrewnych słów dusha („dusza”) i dukh („duch”), mają one jednak stale odmienne znaczenie (jakkolwiek ktoś mógłby zapytać: czy którekolwiek z nich ma dzisiaj jeszcze jakiekolwiek znaczenie?).

Jest również „cień” przedstawiający mrocznego bliźniaka ego, składającego się z negatywnych produktów dialogu pomiędzy ego, a zbiorową nieświadomością. Codzienny umysł spycha to wszystko, tłamsi, cenzuruje i nie poznaje impulsów powstających w nieświadomych głębinach, podrabiając „cień”, ukształtowując jego strukturę na swego rodzaju „anty-personę” (symetrycznie przeciwstawną personie). Diabeł jest uogólnioną formą cienia.

Indywiduacja jako realizacja Selbst

Ogromnie ważny w pracach Junga jest temat „indywiduacji”. „Indywiduacja jet harmonijnym, zba-lansowanym, przyrastającym i wyważonym przeniesieniem struktur zbiorowej nieświadomości aż do poziomu logosu.” Właściwie zorientowane ludzkie życie jest realizacją jaźni, Selbst, tj. indywidu-acją. Tylko w tym przypadku, ego służy zadaniu wypuszczenia tego, co spoczywa na poziomie mitu ku krainie logosu.

Jung wyjaśnił stosunek między danymi instancjami w swojej topologii, omówił niuanse, wytłuma-czył szczegóły i rozwiązał puzzle ich dialektycznych relacji.  Wyznaczył dialektykę tej struktury na swoich pacjentach i na dziełach sztuki, doktrynach religijnych, teoriach filozoficznych, słynnych biografiach oraz na przesądach przeciętnych obywateli. Praktycznie całość jego kreatywnej pracy była temu poświęcona.

65008ea9e0720898664d0dea9b3dd092
C. G. Jung – Das Rote Buch

Socjologia wyobraźni

Zastosowanie jungowskiej topologii do społeczeństwa (z pewnymi dodatkami) podporządkowane jest socjologii głębi lub socjologii wyobraźni, rozwiniętej głównie przez R.Bastide’a i G.Duranda. Logos społeczny („publiczna świadomość” Durkheima) jest zgeneralizowanym ego (superego). Na drugim skraju jest zbiorowa nieświadomość (lub społeczna nieświadomość). Pomiędzy nimi zaś jest ludzkie ego, stawiające czoła społeczeństwu swoją osobowością (persona) oraz zbiorowej nieświadomości (nocna kraina mitu) poprzez swoją psychikę i jej postaci (anima, animus i cień).

Pomiędzy świadomością zbiorową, a nieświadomością zbiorową istnieje dynamika, tak dalece jak rezonują pewne zagadnienia i są homologiczne, podczas gdy w pewnych przypadkach popadają w niezgodę i konflikt.

Wynika to z kinetyki społecznej (włączając mobilność) i głębokiej treści procesów społecznych. Jednostka lub człowiek jest punktem w tej złożonej dwustopniowej dialektyce nocy i dnia, codzien-nego i nokturnalnego.

Trójpodzielny model topologii społecznej Pitirima Sorokina, który rozróżnia pomiędzy trzema ty-pami społeczeństw i struktur społecznych (ideową, idealistyczną i zmysłową) na bazie czysto heu-restycznego podejścia, uzyskuje pewien grunt w trzech archetypowych strukturach Duranda – „heroicznej”, „cyklicznej” i „mistycznej”, które są dokładnym mitologicznym homologiem socjologicznych konstruktów Sorokina. Szkoła Duranda, the Center for Reaserch on the Imaginary (Centrum Badań Teoretycznych – dop. tłum.), przez 50 lat swojego istnienia wyprodukowała ogromną ilość hermeneutycznej pracy nad „mito-analizowaniem” systemów socjologicznych i „mito-krytycyzmem” prac literackich lub zapisów historycznych.

sniac
C.G. Jung – Das Rote Buch

Śniąc świat

Przejdźmy teraz do kryzysu ekonomicznego. Powyżej powiedzieliśmy, że bardzo prawdopobnym jest to, że obecny kryzys finansowy jest wyrazem znacznie głębszego procesu, tj. upadku logosu społecznego, rozmytego lub przesyconego momentami zmysłowymi (a la Sorokin), czy też dionizyj-skiego mitu, który został przejęty przez wahadełkowe masy (a la Durand). W systemie Junga pro-ces ten może być ujrzany jako „obniżenie poziomu umysłowego (abaissement du niveau mental). Przypuśćmy, że logiczne struktury ego i superego miały się skruszyć na progu krytycznym – co jest bardzo możliwe, jeśli weźmiemy pod uwagę obserwacje społeczeństwa rosyjskiego, które gwałtownie zdegradowao się w sensie intelektualnym i moralnym, jak również procesy zachodzące w zachodniej kulturze i polityce. W takim razie, powinniśmy się spodziewać, że ludzkość runie głową naprzód w reżim nocy.

W jungowskiej topologii, oznacza to, że nie zstąpiliśmy ku zbiorowej nieświadomości. To nie jest po prostu nihilizm. Sam koncept niczego, lub nihil, przynależy do struktur logicznych zdolnych do abs-trakcyjnej reprezentacji czystej negatywności w kontraście do czystej obecności. Ale tak dalece jak logika jest osłabiona, krystalicznie czysta nicość logicznego nihilizmu ukazuje się nam nie jako pu-sta, lecz przepełniona nieuchwytnymi znaczeniami, obrazkami bez związku i zaaranżowanymi nie-harmonijnie kakofonicznymi dźwiękami. Nihilizm nocy jest pełen dźwięków, kolorów i kształtów, ale tylko ze stanowiska dnia. To jest nicość.

Zaczniemy dostrzegać odliczone poniżej punkty krytyczne w ciemności. Koniec końców, zawsze są obiekty ciemniejsze od innych. To tu dotarliśmy do jungowskiej wersji post-kryzysowej futurologii.

Logos społeczny upadł. Pomimo tego, że z sukcesem pokonał wszystkich swoich logicznych i ideologicznych współzawodników (teokrację, monarchię, faszyzm i komunizm), liberalizm jeszcze nie zmierzył się z ciężarem logosu społecznego, tj. zdany sam na siebie jest niezdolny do obrony ładu dnia wobec nocy zaciągającej z każdej strony, jak z wnętrza. Ostatnią taką próbą była imperialna przygoda amerykańskich neokonserwatystów. W międzyczasie, poprzednie logoi są zostawione beznadziejnie odrzucone i załamane.

Dzienny charakter liberalizmu jest relatywny. Być może wygrał dokładnie dlatego, że proponował najłagodniejszy rodzaj ładu, najmniej natrętny logos, najbardziej kompromisowy i tolerancyjny in-strument dziennej represji nokturnalnej nieświadomości. Ale teraz został siłą rzeczy pozostawiony sam na sam w twarz z chaosem – dokładnie tym samym chaosem, na którym polegał wcześniej.

Jeśli obecny kryzys ekonomiczny (dla cywilizacji liberalnej ekonomia jest substytutem ładu i logo-su) okaże się być ostatnim, wtedy nastąpi fundamentalne „obniżenie poziomu umysłowego ludzko-ści”. Świat pogrąży się we śnie.

Tylko jaki będzie to sen?

Nowi aktorzy post-antropologii

Złomowanie „ego” i „superego”, ich przewrót w ciemną mgłę psychozy prowadzi do pojawienia się na przodzie nowych aktorów. Ci aktorzy nie będą ani klasami (jak w komunizmie), ani rasami (jak w Narodowym Socjalizmie), ani nawet jednostkami (jak w liberalizmie) – wszystkie te ideologie społeczne zostały założone na specyficznych systemach logicznych i pararelnie do nich, na mitach, których struktura jest raczej zauważalnie nokturnalna. Ci aktorzy będą kształtami nieświadomości pozostałej z epoki świetlistej dominacji logosu.

Główne figury w relacji pomiędzy ego, a nieświadomością, uzyskają autonomię i staną się substytutem ego. Ludzkość będzie słyszała „głosy”.

Fakt, że ego człowieka współczesnego stanie się dynamiczne, różnorakie, gro-podobne i przypadkowe, może być już dostrzeżony wszędzie – w ciągłych zmianach zawodów, przeprowadzkach (no-wy nomadyzm), zmianie płci, nick-name’ów, pokazywaniu się sobowtórów i klonów (wpierw w literaturze, filmach i grach komputerowych, ale jutro w praktyce). Stanie się to oklepane, jako że życie uzyska bardziej ironiczną, gro-podobną naturę. Cykl zaniknie gdy rodziny, partnerzy, przyjaciele, kraje i zawody będą zmieniane z prędkością kalejdoskopową. Ludzie coraz częściej będą zmieniać płeć, a operacje do tego prowadzące staną się czymś niejednorazowym – ktoś jest kobietą, ma dość, staje się mężczyzną, wtedy ponownie kobietą itd. Ale w pewnym momencie – z trudem to dostrzeżemy – sam czynnik indywidualnej tożsamości zaniknie, a zasada wolności przeżre rdzą „totaliarne kajdanki” indywidualności. W człowieku zostaną odkryte oddzielne komponenty atomu – elektrony, protony, kwarki, a wszystkie zażądają dla siebie „nowych wolności” (jak belgijski pisarz Jean Ray przewidywał w swojej The Hand of Götz von Berlichingen.

W tym momencie ujrzymy serie bardzo interesujących zjawisk i nadejść, które zdefiniują panoramę krajobrazu post-antropologicznego.

drako2
C.G. Jung – Das Rote Buch

Nadejście cienia

„Cień” będzie jednym z głównych aktorów „jungowskiej Apokalipsy”. Fantazje o żyjących cieniach (w baśniach Andersena i bajkach ludowych) to słynna opowieść, powtarzalnie przejawiająca się w literaturze, teatrze i operze. „Cień” jest synonimem diabła, a my możemy dodać, że to ten obraz koincyduje z rozległymi i różnorakimi opisami Antychrysta czy „nadejścia Szatana”. Perspektywa Junga różni się od religijnych, czy teologicznych zapatrywań na ten temat, w którym bada on figurę diabła – w duchu „Apocatastasis” Orygena Adamantiusza – jako relatywnie negatywną.

Według Junga w „diable-cieniu” akumuluje się wszystko, co było zaniechane przez ego na kursie nie sukcesywnej indywiduacji, tj. w trakcie translacji zbiorowej nieświadomości i jej archetypów w sfe-rze logosu. Zatem, diabeł nie jest niezależny ani pierwotny, ale jedynie symbolizuje totalność ludz-kich porażek i następstw tarcia z „superego”, które z kolei jest związane nie tylez indywidualnymi błędami, co z dysonansem i konfliktem społecznego logosu (włączając w to aspekty religijne i moralne) z mitologicznym kompleksem spoczywającym pod fundamentami społeczeństwa. Cień to przegrana Selbst. Koniec końców, diabeł był onegdaj aniołem światła, który upadł…

Cień, który ujawni się w bliskiej przyszłości niekoniecznie musi być postrzegany jedynie jako „dia-beł” religii chrześcijańskiej. W pojęciach społecznych i psychoanalitycznych, będzie to po prostu „rezydent”, jakiś rodzaj surogatu lub znikającego „ja”, a w obliczu niezróżnicowanej zbiorowej nie-świadomości, ta postać będzie raczej niczym „posiłek zbawienny”, który, co odnosi się do jego iden-tyfikacji, będzie wyżej niż mitologiczny chaos pływający daleko w dole. Zatem „cień”, jako obraz zachowany ze straconego „ego”, będzie stanowił dla post-ludzkości rodzaj pokusy. Cień nie będzie działał jako wróg ludzkości (zwłaszcza skoro ludzie w tym czasie ustąpią post-ludziom). Raczej bę-dzie działał jako wróg niezróżnicowanej otchłani nierozróżnialnych snów.

Czym będzie ten „cień” w swoim nadejściu? Jest to ciężkie do wyobrażenia, skoro społeczny krajobraz znacząco się zmieni. Upadek logosu nie zatrzyma nauki, czy precyzyjniej – technologii, stąd rozwiązanie indywiduum może być siłą inercji połączone z kontynuacją procesu technologicznego. Tak więc cień nadejdzie w świcie maszyn i urządzeń. Ale nie będzie to pojedyncza ludzka istota, ani ich grupa. Będzie to coś przypominającego chmurę, mgłę, myślącą nebulę, mogącą przyjmować różne tożsamości, imiona i typy. Te obrazy będą cokolwiek niewyraźne, jakby pokryte mgłą. Cień raczej niż w formie potworów pokaże się w postaci wspomnień i ociężałych, gęstych snów.

To jest jeden biegun.

Operacja Alraune

Kolejną postacią jungowskiej Apokalipsy będzie bezcielesna żeńska anima. Nie będzie to ludzka kobieta, ale kobiecość w swoim zbiorowym, widmowym aspekcie.

Warto tu bardziej szczegółowo zatrzymać się nad ideą animy w pracach Junga. Jego anima nie jest obrazem kobiety opartym na zwierzęcym instynkcie, ani pożądliwej obserwacji płci kobiecej, ani nawet na pamięci genetycznej freudyzmu, czy współczesnej psychologii materialistycznej. To kreacja czysto męskiego ego, które poprzez animę nadaje strukturę zarówno samemu sobie i relacjom z wewnętrznym innym (będącym tym samym), postępując do projekcji tej relacji na zewnątrz na inne i samego siebie wewnątrz ram formy – to kobieta w sensie socjalno-płciowym.

Męskie ego nie wie nic o kobiecym, i nie chce ani nie może niczego o nim wiedzieć. Zaledwie projektuje żyjący obraz, w którym odwołuje się doń zbiorowa nieświadomość  („es”), na otaczającą materię socjo-biologiczną. Wewnętrzna anima i zewnętrzna kobieta są dla męskiego ego (logosu) dokładnie jednym i tym samym. Anima jest prymarna, a to, co nie idzie w parze z animą w kobiecie jest albo niedostrzegane, odrzucane, cenzurowane, albo nienawidzone przez męskie ego. Wszystko to psychoanalitycy zaobserwowali w milionach przykładów.

Jeśli męska anima jest przyciągana przez postać Meluzyny (zamieszkującą wodę kobietę-wróżkę-rybę z ogonem i bez genitaliów), zatem mezalians w zewnętrznej kobiecie, w odniesieniu do tego standardu będzie przedstawiony jako ich wina, a nie wina obrazu (w którym po prawdzie nie ma nic patologicznego – koniec końców, jest to harmonicznie i ściśle wplecione w święty leksykon wspaniałych snów).

Paralelne badanie zostało przeprowadzone przez Leviego-Straussa nad strukturą związku. W mitach wielu plemion amerykańskich, jak również innych ludów Afryki i Melanezji, albo – szerzej –całego świata – powracający jest motyw „należytej skali małżeństwa”. Aby pokazać, co jest właściwe, mit pokazuje, co takim nie jest.  Są niezliczone, stałe motywy dotyczące zaślubin ze zwierzętami (Masha i niedźwiedź etc.), demonów z aniołami, obiektami, potworami i tak dalej. Są one także krewnymi związków, co oznacza, że ego wykolebało się zbyt daleko wskroś horyzontów nieświadomości i – jako reguła – legendy ostrzegają, że nic dobrego z tego nie wynika.

Nadmierna bliskość związku jest przedstawiana przez kazirodztwo, tabu, które leży u serca wszystkich znanych struktur społecznych, z najrzadszymi wyjątkami (tj. zaratusztrianizm, który legalizował kazirodztwo, a nawet wyjął spod prawa; albo w praktyce żydowskich sekt sabbatycznch w Turcji – patrz M. Maffesoli). W odniesieniu do animy, oznacza to, że ego zbliżyło się zanadto do zbiorowej nieświadomości, co jest pełne napięcia rozpadu, albo mogłoby w miejsce takowego wprowadzić własne „egotystyczne” projekcje, prowadzące do bezpłodności albo generacji potworów, tj. do spłynięcia w krainę cienia. Cień jest totalnością tych tabu, których przekroczenie kusiło człowieka.

I tu powstaje pytanie: skąd nadeszło męskie ego? Różni socjologowie, filozofowie i psycholodzy oferowali różne odpowiedzi. Marksistowski socjolog Bourdieu, dla przykładu­, wierzy że płeć jest czysto społecznym zjawiskiem, tj. że ego wyłącznie przez społeczeństwo zostaje ufundowane z męską jakością – dyktaturę „superego” – a w praktyce poprzez edukację i strukturyzowanie relacji rodzinnych. Według Bourdieu, jeśli chłopiec zostaje wychowany i jest traktowany jako dziewczynka, będzie dziewczynką, a jego ego i persona będą w pełni opierzone żeńsko w osobowości. Na tym jest oparta współczesna „tolerancja płciowa” i zachodnia interpretacja praw człowieka, w której człowiek (jak zaręczył klasyk liberalizmu, Locke) jest tabula rasa, na której społeczeństwo pisze cokolwiek chce. Marks również tak myślał.

W każdym razie może zostać przyjęte, że to nie od płci duszy (anima-animus) zależy, czy ego jest męskie, czy żeńskie, ale przeciwnie – płeć duszy poprzez logikę konwersacji determinuje tożsamość płciową ego. Anima prowadzi do ego będącego męskim, w celu uczynienia procesu indywiduacji harmonicznym, tj. jego nadejścia w światło logosu. I odwrotnie, animus ekstrapoluje siebie w regionie logicznym poprzez żeńskie ego w celu wyćwiczenia całej, samej indywiduacji. Zauważmy, że wszystkie te rozważania dotyczą tylko teorii Junga, według której dusza ma płeć.

W każdym razie, pojęcie szczególnej auotonomii duszy nasyconej płcią pozwala nam zwizualizować postać Animy, którą prawdopodobnie spotkamy na kursie globalnego kryzysu finansowego. Ta kobiecość „bez kobiet” lub „osobno od kobiet” może równie dobrze ukazać się poprzez serię archetypów, które diachronicznie lub synchronicznie zamanifestują się w postaci gigantycznych figur kobiecych, mrocznych, ohydnych i starych kobiet, wróżek, Ondyn, nimf i salamander, albo w postaci żeńskich żywiołów takich jak woda i ziemia. Plastikowa fantazja gnijącego logosu społecznego ustępuje postaciom technicznym lub wirtualnym. Jednakże jest nieistotne, czy te postaci Animy ukażą się poprzez dysfunkcję w procesie klonowania, czy też jako rezultat rozwoju wizualnych iluzji na totalitarnym ekranie. Najważniejsza w tym nie jest technologia fenomenu Animy, lecz jego filozoficzne znaczenie. Logos społeczny w ostatnim wieku był przeważająco męski. W rozkładzie wypluje ostateczną żeńską fanazję zupełnie jak, według legend, nasienie wydalone przez wisielca wydaje z siebie mandragorę lub Alraune (patrz cudowna nowela Hannsa Heinza Ewersa, Alraune).

Kiedy myślimy o kobiecości bez kobiet, chcemy podkreślić to, jak anima jest powiązana z męskim ego, a to oznacza że post-antropologiczny obszar animy będzie prawdopodobnie powiązany z zanikiem mężczyzn i ich tonącym „ja” prędzej niż kobiet, które z logicznego punktu widzenia, zostaną relegowane do specyficznej niszy egzystencjalnej. Powinniśmy teraz rozważyć jakiego rodzaju to będzie nisza.

Animus

Jeśli anima jest produktem czysto męskiego ego, wtedy animus jest produktem czysto żeńskiego. Mężczyzna, który ustanawia kobiecy sen, i.e. męska forma „es”, nigdy nie istniał i nie istnieje. To nie męskie ego, lecz coś całkiem innego. Czarujący książę, szlachetny rycerz, bohater – kobieta daje im życie i zapełnia nimi kulturę. Kobieta stworzyła mężczyznę. W dosłownym sensie, urodziła go. Figuratywnie, wynalazła go. Mężczyzna został pomyślany przez kobietę w trzech formach – jako niemowlę, bohater i stary, mądry nauczyciel. Są to trzy instancje nieświadomości. Puer luden, homunkuls, Liliput, bawiące i śmiejące się dziecko – są to oznaki nieświadomości, które żeńskie ego jest zdolne objąć, zrozumieć i ogarnąć. Heroiczny mąż jest nieświadomym, w formie poprzez którą egzystencjalna bitwa może zostać stoczona na stawkę ich istnienia (skoro prawdziwi mężczyźni, którzy by na to zasługiwali zwyczajnie nie istnieją). Ostatecznie, starszy nauczyciel jest nieświadomym w postaci śmierci, która pojmuje dynamikę kobiecego ego i zamraża je w lodzie wieczności. Tacy mężczyźni żyją tylko w psychice kobiet i stąd ukazuję się w dziełach sztuki. Utalentowani sfeminizowani artyści odczytują cienkie fałdy kobiecych snów i sprowadzają je w kulturę. I tylko tam, jako wzory, przybierają swoje męskie ego, totalnie odmienne w strukturze i stylu, dostosowujące się do norm społecznych, dyktatury „superego” i uzyskują status persony.

Osłabienie nacisku kultury prowadzi do mężczyzn zamieniających się w to, co widzimy dziś dookoła siebie, od czego kobiece ego odwraca się w obrzydzeniu. To dzisiejsze zasmarkane, wrzaskliwe dzieciaki, wieprze, paskudni (w najlepszym razie), tchórzliwi i chciwi mężczyźni, oraz starzy i niemili, którzy przez całe życie zgromadzili tylko waśnie i złe nawyki. Społeczne projekcje żeńskiego ducha wcześniej utkały ze sobą obrazy heroicznych mężów i ustanowiły takowe jako standard. Kiedy ta praca została osłabiona w segmencie logosu społecznego, za który były odpowiedzialne żeńskie osobowości w erze patriarchatu, wtedy wszystko się zachwiało. Pozostały tylko dziwne i niechluje istoty o nie-tradycjonalnych orientacjach – świry i nudziarze. Patriarchat był produktem ekstrapolacji żeńskiej fantazji.

Zatem kim będzie Animus bez mężczyzn? Będzie to produkt ostatecznego uwolnienia kobiecej energii, solarny bohater, „nadczłowiek” – niewinny jak dziecko, okrutny jak mężczyzna i mądry jak starzec. Żeński dialog z nieświadomością przyniesie ostatni wolej energii erotycznej w latającej, złotej figurze. Będzie ona efemeryczna i szybko się rozpłynie, jako że w danej absencji ładu społecznego (na powierzchni którego pozostałości będą pływać wg upodobań policji drogowej, która z łatwością przetrwa zanik sensu i logiki w rzeczach), Animus nie będzie miał nic, poprzez co mógłby zabezpieczyć swoją wolę mocy. Będzie to przebłyskiem absolutnego świtu metafizycznego „faszyzmu”, który pojawi się na horyzoncie tylko po to, by rozpuścić się w błysku w nadciągającej nocy.

Jednakże kto wie, można nawet chwilowa kontemplacja narodzin i zniknięcia Animusa będzie spektaklem, który w iluzoryczny sposób, zaspokoi wielkie kobiece oczekiwania.

Radykalny Podmiot

Jeszcze jedna postać zajmie swoje miejsce w post-kryzysowej (anty)utopii. Tym razem ta osobistość nie pochodzi z arsenału jungowskiej topologii, lecz z post-filozoficznych instytucji „nowej metafizyki”. Jest to to Radykalny Podmiot opisany schematycznie w moich książkach Filozofia Tradycjonalizmu, Post-Filozofia oraz Radykalny Podmiot i jego Bliźniak.” Nie będąc postacią Jungowską, może być mimo to opisany pojęciami „jungowskiej Apokalipsy.”

Radykalny Podmiot jest urzeczywistnieniem porywu archetypów zbiorowej nieświadomości w światło dnia, wraz z modelem odbiegającym od tego ze społecznego i kulturalnego logosu, co zdominowało cykl znanej ludzkiej cywilizacji. Radykalny Podmiot to alternatywny logos (albo dokładniej, logos potencjalnie niosący liczbę logoi), dzielący z dotychczas znanym logosem jego dzienną naturę, ale na inny sposób należący do zbiorowej nieświadomości i mitologicznych fundamentów społeczeństwa (kultury, cywilizacji). W porównaniu do tego, geneza uprzedniego (starego) logosu z mitu była wątpliwa od samego początku, jeśli nie fatalnie błędna.

Z filozoficznego punktu widzenia, teoria najbliższa temu modelowi do heidegerrowska „Ereignis”, którą rozwinął od 1936 do 1944 roku.

Radykalny Podmiot jest zdolny do indywiduacji pod wszelkimi warunkami, tak dalece jak operuje logosem nie jako faktycznym stanem rzeczy, ale logosem jako potencjalnością, i.e. w sferze, która leży pomiędzy zbiorową nieświadomością (mitem), a jej koncentracją nad rzeczywistością logosu – zanim ta koncentracja staje się nieodwracalna.

Jest to rozpuszczony logos, proto-logos. Radykalny Podmiot jest realizacją Selbst w jej bezwarunkowej postaci, wolnej od wszelkich okoliczności, zaś psyche nie bierze udziału w takiej realizacji, skoro zajmujemy się (według Junga i Otta) tajemniczymi horyzontami ducha w czystej postaci, poza wodami psychicznymi, rodzajem „suchej ścieżki.”

jung1
C.G. Jung – Das Rote Buch

Ostateczna kompozycja

Pisarz Mamleev raz napisał w tytule jednej ze swoich powieści: „Jesteśmy gotowi na Drugie Nadejście”. To prawda.

Jaka będzie kombinacja obszarów post-antropologii?

Teoretycznie, i według formalnych symetryczności, będą cztery dynamiczne post-tożsamości, które są relatywnie autonomiczne – cień, anima, animus i Radykalny Podmiot. Można przypuścić, że „cień-diabeł” będzie probówał poszerzyć swoje pole to maksymalnego dostępnego stopnia, i.e. wbrew animie, animusowi i Radykalnemu Podmiotowi.

Tak jak nastąpi podwojenie Radykalnego Podmiotu, i.e. ustanowienie jego diabolicznego symulakra – co próbowałem opisać w swojej książce „Radykalny Podmiot i jego Bliźniak”, w której poprzez „bliźniaka” mamy na myśli dokładnie to, do czego Jung odnosił się jako do „cienia”, tylko że w apokaliptycznej i socjologicznej perspektywie, którą teraz egzaminujemy – cień makrokosmosu, nie zaś mikro-psychologii. Aby podsumować tą książkę w jednej frazie: odróżnienie Radykalnego Podmiotu od jego bliźniaka będzie ciężki, co spoczywa w metafizycznym nerwie całego dramatu świata (świat został stworzony w świetle telosu tej ostatecznej roztropności).

Walencyjność związku pomiędzy cieniem, a Radykalnym Podmiotem pośród innych rzeczy użyczy cieniowi wartość metafizyczną, a z tego inercyjna pozostałość rozproszonego logosu zamieni to w „społecznie” znaczącą postać. Tutaj nawiasem mówiąc całkiem celny jest teologiczny model rozumienia diabła, który w odróżnieniu od psychologicznego pragmatyzmu Junga (i jego zaufaniu Gnostykom) formuje w odniesieniu do tego charakteru jego właściwe proporcje reakcji, walki i przelotu (jeśli w takim miejscu ktokolwiek wciąż się „namyśla”, zatem ich umysł nie jest już zwyczajnie ich, ale znika zupełnie jak dym).

Złoty Animus, wychodząc z peryferiów żeńskiego horyzontu w blasku absolutnego (nigdy uprzednio) faszyzmu, nie będzie miał prawdopodobnie żadnej relacji z Animą, lub cieniem. Cień jest mu niedostępny, jako że w nim żeńskie ego jest uwalniane od siebie, jego własnego grzechu, jego własnego cienia. Kobiece ego jest cieniem. Ale czym zatem jest męskie ego? Być może tylko nieporozumieniem? Nie jest jeszcze jasne jak Radykalny Podmiot odnosi się do bezcielesnego Animusa. I czy to kiedykolwiek będzie miało jakieś znaczenie?

Teraz cień zdecydowanie próbuje pochwycić płynną Animę, włączyć ją w swoją strukturę, być może poprzez inercję pamięci. Jak wiedzą współcześni fizycy, nawet substancje materialne mają pamięć. Cień ujrzy post-antropologiczną symetrię z jej kobiecym ego znikającym donikąd.

Jeszcze inny, piąty element będzie w tle. Może być on opisany tylko jako „powrót starożytnych bogów” (sformułowanie Heideggera), powstanie zbiorowej nieświadomości lub piekła w jego formie etymologicznej, jako niewidzialne (Hades) staje się widzialnym (ideą, formą). W absencji tłumiącego logosu wszystkie mity powstaną razem bez jakiejkolwiek diachronicznej kontroli i bez ładu (Ordnung). Chrześcijańska świadomość może również zostać do tego bezpiecznie odniesiona, tak jak żąda tego religia. W sensie moralnym, ściśle religijnym, pokusa nie powinna mieć żadnej siły ani moc nad ocalonym człowiekiem, jeśli zło w jednej chwili nie przyjmie wieloznacznych cech, które tworzą duchowy i moralny wybór – jako że rozpoznanie duchów jest naprawdę heroicznym wyzwaniem i wielkim wyczynem – i nie biorącym siebie za gwarant, jak społeczno-kulturalna banalność. Kiedy zło przychodzi pod postacią zła, nie jest takie trudne do odrzucenia. Kiedy nadchodzi jako coś niezrozumiałego i przytłaczającego jednocześnie, wtedy zajęcie surowej pozycji jest znacznie trudniejsze. Takie jest krzepkie i efektywne zło.

Czy to nastąpi?

Koniecznie tak, skoro z jednej ręki, taki scenariusz w ogólnikach został spisany w świętych tekstach ludzkości, podczas gdy z drugiej współczesna socjologia, badania kulturalne, filozofia i psychologia analityczna mają swoje własne języki i terminologie doszły do mniej lub bardziej podobnego poglądu. Z pewnością tak będzie, dokładnie jak to zostało opisane. Pytanie brzmi dokładnie kiedy?

Każda porażka w historii cywilizacji, każda wielka wojna, katastrofa naturalna, krwawa rewolucja i szalony cykl kulturalnego, politycznego, społecznego, ekonomicznego i technologicznego rozwoju może potencjalnie oznaczać upadek logosu społecznego, który w jasny sposób i wystarczająco dawno temu osiągnął swój punkt nasycenia i przebył główne etapy swojej podróży. Logos społeczny już się „narodził, ożenił i umarł.” Stało się to oczywiste za czasów Nietzschego. Heidegger, Spengler i w szerszym sensie większość konserwatywnych rewolucjonistów Niemiec z lat 1920-30 żyło wyłącznie z przeczuciem tego końca.

Rewolucja Rosyjska ujeżdżała dokładnie tą samą falę, przy najmniej w rozumieniu poetów, filozofów i artystów Srebrnego Wieku (a oni byli jedynymi, którzy rozumieli ją poprawnie). Propozycja, aby proletariat rozpoznał siebie jako tożsamość klasową (zwłaszcza w latach 20-tych)., literatura A. Platanowa, i poezja Klujewa, Błoka oraz Majakowskiego antycypowały już post-antropologiczny ruch rozczłonkowanych, odczłowieczonych energii. Rus-Sofia Błoka to Anima. Klujew opisał geografię zbiorowej nieświadomości w szczegółach i z dokładnością niemieckiego zoologa lub geodety. Majakowki stworzył poetycką ontologię bytów klasowych. Platanow wyjaśnił jak byt żyje i racuje poprzez świetlne komuny, jak jego bohaterzy jedzą ziemię (jak postać Chevegura, który nazywa siebie „Bogiem”), transformuje się w Dostojewskiego i opustoszale i zmysłowo krzywdzi rzeczywistość Róży Luksemburg i światowej rewolucji.

­Jeśli przyjrzymy się głębiej historii, wtedy nawet Ruś żyjąca poprzez wiek schizmy oraz Europa podczas Reformacji mogą być równie dobrze wpisane w tą samą kategorię. Świat się zakończył, logos społeczny pękł i się wywrócił, a z pod rumowiska wypełzły giganty niepohamowanej nieświadomości.

Nie było kilku powtórzeń obecnego kryzysu i ludzkość jest kulturalnie gotowa na takowe. Szwindel, który nazywamy „nowoczesnością” ze swoimi chimerami i pustką skończy się prędzej lub później. Zatem wszystko nastąpi, niedługo i dokładnie tak. Pewnie, nie opisaliśmy ja, bo widzimy wszystko jako otwarte i przygotowujące się do wzięcia udziału.

I wciąż jest prawdopodobieństwo, że ta pękająca bańka nie jest ostatnią (albo uprzednią od ostatniej). Heidegger metafizycznie rozmyślał: „Żyjemy blisko punktu północy – nie, jak się wydaje jeszcze nie – zawsze wieczyste ‘jeszcze nie’”…

Lecz nieważne jak sfrustrowane mogą być oczekiwania szybkiego rozwiązania, nie oznacza to, że nigdy nie będzie końca. Może być opóźniony, ale rozejrzyjcie się wokół. Wszystko nosi jego znaki. Być może zostanie ponownie odroczony, przycichnie, a bydło jeszcze raz się uraduje i zabełta, czując, że tym razem wciąż jest „jeszcze nie…” Moglibyśmy na to pozwolić, ale wtedy znów, może nie będzie odroczony. Nawet gdyby był, trzeba żyć – już dziś – jakby nie był odroczony. A gdy będziemy prawdziwie żyć, skupieni na post-antropologicznym rezultacie, żyjąc wewnątrz niego i być może przewidując jego wydarzenia, wtedy wszystko nastąpi.

Tak, tak koniecznie się stanie.

Na angielski przełożył Jafe Arnold na potrzeby geopolitica.ru

a z angielskiego Katastrof /\/rzywąż

Advertisements

‘Wszechświat nie powinien istnieć’, rzecze Laboratorium Nuklearne z maskotką Shivą

Trzymajcie się pośladków.

Nasi teoretyczni, miażdzący na cząstki przyjaciele z CERN, Europejskiej Organizacji ds. Badań Nuklearnych, których maskotką jest Lord Shiva Niszczyciel i Bóg Śmierci, ogłosili, że Wszechświat (a zatem, rzeczywistość sama w sobie) gwoli prawdy nie powinien istnieć.

dancing-shiva-resin
Shiva, Tańczący na Burzy

Jak dotąd nie padło ani słowa na temat, czy dekadenccy Szwajcarzy, którzy prali pieniądze zarówno dla Nazistów, jak i CIA (i którzy również zapewniają ochronę prywatną dla Papieża i Banku Watykańskiego!) planują jakiekolwiek bezpośrednie działanie, które mogłoby (ahem) doprowadzić tą Globalną Wioskę bezużytecznych zjadaczy do schludnej, uporządkowanej spolegliwości wobec ich wysoce racjonalnych konkluzji.

Powiedzmy, że nie odpuściłbym tym słodkim czekoladkowym bękartom próby, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak mózgo-miażdżący i dziwaczno-kruszący stał się cały dotknięty porażeniem czteronkończynowym, kwadratowy taniec Uzgodnionej Rzeczywistości, od czasów – powiedzmy – Apokalipsy Majów.

Lecz dywaguję.

Jak to generalnie w przypadku CERN, nic co mówią nie ma sensu. Na kursie ich niezdolności do odróżnienia Czegoś! – Wszystkiego! – Czegokolwiek! od Totalnej-Pieprzonej-Pustki-O’-Nicości w jakże istotnej wyprawie po satysfakcjonujące odpowiedzi na abstrakcyjne pytania, ten lepki kolektyw śmigających koniak Osobowości Typu-A obmyślił parę mgliście-zdefiniowanych (i najwyraźniej niewidzialnych?) magnetycznych pułapek zbiorczych dla bardzo, bardzo destruktywnych cząstek antymaterii, napchał nimi pudełko pringelsów (poważnie, nie możesz podrobić tego szmelcu) i spędził następne 405 dni… uh, mierząc je.

A zatem tutaj sedno, zgodnie ze standardowym modelem Wszechświata.

Jest materia, a następnie antymateria. W teorii są biegunowymi przeciwieństwami. Nie łączy ich nic wspólnego. A jednak, kiedy zostały pomierzone w nuklearnej puszce pringelsów, okazały się być doskonale symetryczne. To jest, nie było między nimi żadnej dostrzegalnej różnicy. Położone w perspektywnie, jest to porównywalne do jakiegoś biednego irlandzkiego mnicha w klasztorze, który nagle – po latach zagorzałych badań – odkrywa, że Jezus Chrystus i Antychryst są tym samym pieprzonym kolesiem. Mogło to, co zrozumiałe, odpalić kryzys egzystancjalny… zgodnie ze standardowym modelem Chrześcijańskiej kosmologii.

See what I did there?

Kiedy materia spotyka antymaterię, wielkim (teoretycznym) następstwem jest wzajemna anihilacja.

A skoro (teoretyczny) Wielki Wybuch uwolnił równe ilości materii i antymaterii w momencie, gdy Wszechświat (teoretycznie) ejakulował się w istnienie, powinien (teoretycznie) zniszczyć sam siebie jak tylko się urodził, co jest powodem, z uwagi na który – zgodnie z doktorem Christiannem Smorrą z CERNu, „Wszechświat nie powinien w gruncie rzeczy istnieć.”

[słyszalne westchnięcie]

Wszechświat po prawdzie nie powinien istnieć.

Shivo, tak mi przykro. W imieniu Homo sapiens sapiens (małpy tak mądrej, że nazwaliśmy ją podwójnie!) proszę, niech zaoferuję swoje kondolencje. Nawet Tyfon, ani Tiamat, ani pieprzony Fenrir nie mieliby tupetu, aby wyrazić cokolwiek tak haniebnego, odrażającego, tak wrednego, tak bezwstydnie nihilistycznego. Mógłbym nawet pójść tak dalece, aby zasugerować, że to niedorzeczne przypuszczenie reprezentuje orzeszek sworzeniogłowej pompatyczności wewnątrz dziwnej, plugawej historii Drogi Mlecznej samej w sobie.

Z reguły nie stosuję hiperboli, ale w czasach takie jak te, mój umysł odlatuje do kafeterii Parku Jurajskiego. Wiecie, ta scena, gdzie Jeff, uh, Goldblum powiada: „Widzisz… brak pokory…wobec natury… obecny tutaj, um… wprawia mnie w osłupienie.”

Niezależnie od tego, czy matematyka działa, czy też nie, życie i tak znajdzie swoją ścieżkę.

Widzicie, oto dokładnie, co tutaj mamy. Brak pokory.

Fizycy z CERNu są tak pewni, że Standardowy Model Wszećhświata jest absolutnie, niezbicie, 100% słuszny, że wolą przyjąć wyraźnie fałszywe pojęcie, że nic „nie ma żadnego interesu” w istnieniu, przeciwstawnie do podjęcia najmniejszego wysiłku kontemplacji pojęcia, że być może, po prostu być może, cały ich program nauczania, kontekst i rama odniesień postrzegania i świadomości może być maleńka, cieniutka, i ciut niekompletna. Albo, że ktoś-gdzieś, mógł popierdolić obliczenia matematyczne. Nawet tylko troszkę.

Jeśli dopracujesz intelektualnie świętobliwy Standardowy Model Wszechświata w najmniejszym możliwym ułamku procenta, ta Wielka Zagwozdka napotyka ścianę i rozbija się jak każda inna niewidzialna napędzona cząsteczka.

Serio, nie mogę sobie wyobrazić bardziej odrażającego światopoglądu, niż twierdzenie, że Wszechświat naprawdę nie powinien istnieć. Oczywiście, że powinien kurwa istnieć! To Wszechświat! I to jest to, co robi! Ustalmy to, raz i na zawsze: teoria Wielkiego Wybuchu to bzdura. Czysta i całkowita bzdura. Coś nie może, pod żadnymi postrzegalnymi warunkami, nagle wytrysnąć z Niczego, nie ważne jak wiele (teoretycznego) nacisku lub zwartości zostało (teoretycznie) skompresowane w próżni pustki dokładnie 13.7 biliona lat temu. Ze swojej własnej natury, Nic może być zdefiniowane tylko jako absencja wszelkiej potencjalności, która musiałaby (co oczywiste) zawierać potencjał by…wiecie… zrobić Coś z Jego pieprzonego Ja.

Poeci to łapią! Buddyści i Taoiści, z ich głębią rozsądku graniczącą z absurdem, oni to też łapią! Łapie to każdy, kto kiedykolwiek jadł magiczne grzyby. Pasterze, chłopi, bednarze, szewcy, rzeźnicy, piekarze i wyrabiacze świeczek… wszyscy to kurde łapią! Nie stanowi to dla nich problemu! Ale fizycy nuklearni? Niemożliwe!!!

Nie wpasowuje się to przyjemnie w ich przyjęte z góry, konspiracyjnie uzgodnione granice nieuchwytnych abstrakcji, biorących początek w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych (lecz z pewnością siebie racjonalnych) ludzkich umysłów, zatem nie może być to możliwie prawdziwe. Nie ma mowy, Jose.

Jednak oto zagwozdka: nieuchwytne abstrakcje zakorzenione w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych ludzkich umysłów są perfekcyjnie akceptowalne jako fundament dla percepcji i wierzeń, tak długo jak przyciągają konsensus wystarczająco dużego wycinka podobnych, samozwańczo „racjonalnych” umysłów.

Innym sposobem ujęcia tego byłoby: Trzoda nigdy się nie myli. Alternatywne sugestie są wykluczane albo jako w najlepszym wypadku prymitywne przesądy, albo w najgorszym – jako irracjonalne brednie. To ta sama choroba, którą lubię nazywać poznawczym pochlebstwem, pozwalającym na wyraźnie nielogiczną akceptację twierdzenia, że Jakieś Coś i Każde Coś spontanicznie wytrysnęło z Niczego Zupełnie, tylko dlatego, że przypadkiem „działa” to w kontekście przyjętego z góry sposobu pojmowania (czy raczej, uzgodnionej konspiracji) Wieży Słoniowej Elity Mędrców, siwogłowych i etatowych z całą swoją pedantyczną Pompą i Chwałą, która w tym przypadku, okazuje się być bardzo, bardzo dużym Bang (wybuchem). Nie, sir. Nie ma w tym nic prymitywnego.

Esencją każdego obrazu jest rama. Zamień (albo przynajmniej, spróbuj zrekonfigurować) tą ramkę i możesz uświadczyć zdruzgotania przytulnego, odruchowego kontekstu samozadowolenia. Poprzez który rozumiem żałosne, opłakane lenistwo intelektualne.

Nie jest to Nauką, nieważne jak wielu „równych rangą” recenzuje ją i popiera.

Śmierdzi to miast tego Ortodoksją. Zmorą Wszelkiej Wolności Natury.

Zaś zgodnie z moimi kalkulacjami.

Z ortodoksji bierze się dogmat. Z dogmatu bierze się autorytet. Z autorytetu bierze się Policja Myśli. Z Policji Myśli bierze się Tyrania Wyobraźni.

A w tym punkcie, strzeż się.

Bądź bardzo, bardzo uważny.

universe-bad

POSŁOWIE

Rozważ następujący cytat z Pana Isaaca Newtona, notowanego Alchemika:

„Że jedno ciało może oddziaływać na inne z odległości poprzez pustkę, bez pośrednictwa czegokolwiek więcej, poprzez co jego akcja i siła może być przekazana z jednego na drugie, jest dla mnie tak wielką absurdalnością, że wierzę, iż żaden człowiek, który ma kompetentną zdolność rozumowania w kwestiach filozoficznych, nie mógłby w nią nigdy popaść.”

Przeskroluj listę zwycięzców Nagrody Nobla w kategorii Fizyki, a będziesz zakłopotany znalezieniem czegokolwiek celebrującego odkrycie departamentu magnetyzmu.

A to dlatego, że to jeszcze nie nastąpiło.

J.B. Turnstone (turnstonecreations.blogspot.com/)

przekład za disinfo.com – katastrof wrzywąż

 

Ray Brassier – Umieranie jako niemożliwość śmierci

ZAŁAMANIE FENOMENOLOGII: LEVINAS

Przywodzi to oczywiście na myśl kluczowy trop Lévinasowskiej fenomenologii absolutnej inności, w której radykalna pasywność przypisywana odwiecznemu śladowi „innego we mnie” wiąże się z „niemożliwością możliwości” uniemożliwiającą ogląd intencjonalny i ekstatyczną projekcję. „Słoneczna katastrofa” Lyotarda stanowi w istocie p r z e k ł a d Lévinasowskiej, teologicznie zabarwionej kategorii „niemożliwości możliwości” na język bliższy naukom przyrodniczym. Nie śmierć Innego jest tym, co pozbawia świadomość nadrzędnej pozycji, lecz zagłada słońca. Znamienne, że przekład ten pojawił się w okresie, gdy pewne elementy naukowego obrazu świata zaczęły przenikać do tych dyskursów filozoficznych, które badały granice naturalnego obrazu – mowa rzecz jasna o dyskursach postkantowskiej filozofii kontynentalnej – generując coraz bardziej skomplikowane dysonanse w jego obrębie. O ile bowiem fenomen śmierci wskazuje na anomalie w tkance pojęciowej obrazu – stanowiąc punkt, w którym nasze codzienne pojęcia i kategorie zaczynają się załamywać (dlatego właśnie śmierć jest tak ciekawym tematem dla filozofów badających granice naturalnego obrazu), o tyle, i dokładnie z tego samego powodu, pojęcie zagłady stanowi aberrację dla dyskursu fenomenologicznego, który usiłuje transcendentalizować siatkę pojęciową naturalnego obrazu świata po to, by uchronić ten obraz przed zagrożeniem ze strony pozytywizmu i naturalizmu. Skoro pojęcie zagłady wyraża napięcie między naturalnym a naukowym obrazem świata, to nie mogło ono powstać na gruncie tego drugiego; narodziło się za sprawą zastosowania najbardziej wyrafinowanych zasobów pojęciowych naturalnego obrazu (w połączeniu z pewnymi elementami dyskursu naukowego) przeciwko właściwemu temu obrazowi fenomenologicznemu samorozumieniu. W tym szczególnym okresie filozofia nie powinna ulegać pokusie, by poprzestać na którymś z rywalizujących obrazów, podobnie jak nie powinna podejmować wymuszanego na niej wyboru między reakcyjnym autorytaryzmem naturalnego normatywizmu a metafizycznym konserwatyzmem naukowego naturalizmu. Filozofia powinna raczej wykorzystać mobilność – jedną z niewielu korzyści, jakie daje abstrakcja – by za jej pomocą przemieszczać się pomiędzy jednym obrazem a drugim, ustanawiając warunki możliwości nie ich syntezy, lecz przechodzenia między nimi: od spekulatywnych anomalii pojawiających się w obszarze fenomenalnych przedstawień do metafizycznych dylematów związanych z wyzwaniem, jakie nauki rzuciły naturalnemu obrazowi. Pojęcie zagłady musi więc z istoty być dwuznaczne w tej mierze, w jakiej dotyczy przenikania się dwóch dyskursów. Odpowiedniość między egzystencjalno-fenomenologicznym opisem śmierci a naukowym zjawiskiem zagłady powraca we wzajemnej odwracalności fenomenologii traumy i zagłady fenomenologii. Zagłada ma katastrofalny charakter, miesza początek z końcem, to, co empiryczne, z tym, co transcendentalne, właśnie dlatego, że jest zarazem n a t u r a l i z a c j ą   e s c h a t o l o g i i   i   t e o l o g i z a c j ą   k o s m o l o g i i . To właśnie dyskurs fenomenologii najlepiej potrafi oddać traumę poprzedzającą unicestwienie naturalnego obrazu.

22291363_1964258010511784_6123949268784266686_o
zdj. GvS

Dlatego hiperboliczna fenomenologia Lévinasa dostarcza doskonałego słownika pozwalającego opisać zagładę jako traumatyczne z a ł a m a n i e s i ę fenomenologii. Hiperboliczna emfaza dyskursu Lévinasa wynika stąd, że próbuje on wydobyć meta-ontologiczne i meta-pojęciowe znaczenie transcendencji znajdującej się poza istnieniem. Lévinas pragnie ją odczytywać poprzez znaczące tropy, które, jak twierdzi, pojawiają się już w koncepcji pre-ontologicznego rozumienia istnienia sformułowanej przez wczesnego Heideggera:

Emfaza oznacza zarazem figurę retoryczną, nadmiar ekspresji, przesadę i sposób ukazywania się. Słowo jest bardzo dobre, podobnie jako słowo „hiperbola”: hiperbole są tam, gdzie pojęcia się przeobrażają. Opis tych przeobrażeń to także usprawianie fenomenologii. Przesada (l’exaspération) jako metoda filozoficzna.

Metoda fenomenologiczna Lévinasa polega więc na e m f a t y c z n e j   p r z e s a d z i e. Uważa on, że tylko w ten sposób można wyrazić enigmatyczny i epifenomenalny „sens sensów” zawarty w radykalnie nieontologicznej transcendencji, przypisywanej przez niego temu, co „całkowicie inne”. Jedynym fenoenologicznym rejestrem, który odpowiada karzącej inności związanej z nieskończoną transcendencją, jest wymiat pogwałcenia. Ściśle mówiąc, Lévinas stosuje w swej fenomenologii emfatyczną przesadę, by tym lepiej opisać źródłowy, etyczny sens fenomenu traumy. A zatem nieskończona inność zostaje określona jako „zranienie” czy też „krwawienie” podmiotowości, podobnie jak podmiot etyczny opisywany jest jako „zakładnik”, „traumatyzowany” czy też „prześladowany” przez Innego („podatność na zranienie” stanowi bowiem dla Lévinasa trop etyczny par excellence). „Niemożliwość możliwości”, będąca sygnaturą całkiem innego, w dziele Lévinasa jest zarówno niemożliwością s a m e g o istnienia, jak i niemożliwością w o b r ę b i e istnienia. Umieranie jako niemożliwość śmierci jest niemożliwością s a m e g o istnienia, jeżeli to ostatnie pojmujemy jako pozaczasowe i anonimowe dudnienie il y a (stanowiącego przewrotną dezinterpretację Heideggerowskiego Es gibt) – od którego nie ma ucieczki. Umieranie jest jednak zarazem niemożliwością w obrębie istnienia w tym sensie, w jakim wskazuje na nieznośny nadmiar pasywnego cierpienia, które sprawia, że jesteśmy wewani do odpowiedzialności przez nieskończenie Innego. To właśnie owo traumatyczne wezwanie nie pozwala nam upierać się przy własnym istnieniu. Oba znaczenia niemożliwości – niemożliwość, by przestać istnieć, i niemożliwość, by zacząć istnieć – są dla Lévinasa całkowicie różne, a jednak nierozdzielne. To, co absolutnie inne, jest traumatyczne właśnie dlatego, że łączy zgrozę sensu ze zgrozą bezsensu; oznacza ono zarówno zgrozę bezsensu wiecznego upierania się przy istnieniu, bez możliwości ucieczki (il y a), jak i zgrozę sensu, pojmowaną jako trwające w nieskończoność etyczne przerywanie istnienia, odsuwanie w przyszłość naszej zdolności do istnienia, jako raniąca transcendencja o n o ś c i . W rezultacie pradziejowa podziejowość będąca odpowiednikiem niemożliwości możliwości prowadzi do traumatycznego impasu: nie możemy ani zacząć, ani przestać istnieć. Podmiotowość jest sparaliżowana przez inność, która zawsze „już z góry” wywłaszcza podmiot z jego substancji, inność jest wepchnięta „pod skórę” podmiotu, któremu „jest źle we własnej skórze”:

[podmiot] przepełniony samym sobą, duszący się pod sobą, niewystarczająco otwarty, zmuszony do rozłączenia się ze sobą, do wzięcia głębszego oddechu, do końca, do wy-właszczenia się aż po zatracenie siebie. Czy kresem tego zatracenia jest pustka, punkt zero oraz spokój cmentarzy, jak gdyby podmiotowość podmiotu nic nie znaczyła?

Z siódmego, ostatniego rozdziału ksiązki Ray’a Bassier’a „Nihil Unbound”, 2007,     przeł. Marcin Rychter i Mikołaj Wiśniewski

przedruk za: Kronos 1/2011