Gnostyk epoki “narkomanii”: William S. Burroughs + 7 technik miażdżenia rzeczywistości

William Seward Burroughs, zapytany pewnego nieistotnego dnia o orientację religijną, bez wahania odparł: gnostyk, manichejczyk. Taka deklaracja na swój sposób ośmiesza całe zmonopolizowane pojęcie „orientacji religijnej”. Antyteza dogmatyzmu i odmowa asymilacji nowomowy, która w takiej czy innej postaci zawsze jest wtłaczana ludzkiej trzodzie, jakkolwiek wzdłuż procesu historii intensywność przeinaczenia wzrasta…

Żeby się jednak nie zapędzać, punkty wyjściowe to świat stworzony i homo sap, dysponujący jakoby – za sprawą ewolucji czy bożej łaski – zdolnością do odróżniania prawdy od źródłowego braku takowej. W gnostyckim ujęciu to ostatnie – wybrakowanie – jest bodaj podstawową charakterystyką Stworzenia; miejsca zakotwiczenia dla duchów nawykłych do nieskrępowanej żeglugi, jak również tych odnajdujących harmonię w bezrefleksyjnym trwaniu… Co jednak jeśli cała ta przereklamowana Prawda nie istnieje i jest wiele światów i wymiarów?

Prędzej niż na takich „kulturowych wytworach”, jak orientacja religijna, czy światopogląd, gnoza bazuje na zasadniczym instynkcie umysłowym. Gnostyk w każdym gnostyku tkwi od – a raczej sprzed – narodzin; gnostycy różnią się ciałami, naczyniami, fakturą powierzchni, innymi słowy – uciążliwością wpisanych w ich dany konstrukt przeszkód, które stoją na drodze wykiełkowaniu wewnętrznej zasadzie; pozaświatowej iskrze¹.

wsb23
kolaż aut. Eda Constantine, Panthermodern23 @ tumblr

WSB jako 4-letni dzieciak, w zrobionym przez siebie domku-zabawce po wczesnej pobudce ujrzał małego szarego człowieka: Nie poczułem strachu, jedynie spokój i zdumienie. Burroughs nie uważał tego rodzaju doświadczeń za halucynacje, lecz przesunięcie wizji, tj. znalezienie się percepcji w miejscu pozwalającym na ich dostrzeżenie. Konstrukt ludzki w dużej mierze polega na zamknięciu się – czy wręcz obwarowaniu wobec tego typu postrzegania. Odbywa się to biernie, bo wystarczy zaakceptować tzw. rzeczywistość, pierwotne poręczenie o Porządku rzeczy.

W kontraście do tego, gnoza tj. poznanie nadchodzące „spoza” – z zewnątrz psychiki, świata, czy materii, to głos mogący przybierać dowolną postać, przy czym dla jego recepcji specyficzne jest poczucie obcości, czy zakłócenia w bezrefleksyjności bytu. I tak np. WSB pisał o przekonaniu, że ludzkość jest regularnie infekowana przez wrogie inteligencje:
„Kiedy zagłębiam się w swojej psychice, w pewnym momencie napotykam bardzo wrogą i mocną siłę. (…) Gdy tylko zbliżasz się do czegoś ważnego, właśnie wtedy odczuwasz inwazję i w ten sposób wiesz, że coś jest na rzeczy.

Poczułem się jak owieczka idąca na rzeź. To nie ja byłem u steru (…) Są nieskończone stopnie opętania. To dzieje się bez przerwy. Musisz stawić temu czoła. A to możesz uczynić tylko, gdy wymieciesz słowa. Nie kłócisz się (…) Musisz pozwolić temu przepłynąć. To trudne, szalenie trudne; ale powiem wam jedno: Zamiast prób oporu odrywasz się i pozwalasz temu przepłynąć.” (z: A Report From the Bunker).

Prawdziwie, stanowiąco ludzkie jest więc stawienie czoła temu, co stanowi wewnętrzne zanieczyszczenie i zmierzanie do oczyszczenia postrzegania (w hermetyzmie przy pomocy nous – „umysłu” – cząstki boskiego intelektu).

Studio Rzeczywistość, ten zakamuflowany, opaczny labirynt kłamstwa, przez współczesnych Burroughsowi myślicieli i pisarzy – częściej przywoływanych, bo mniej niebezpiecznych – jak np. George’a Orwella czy Aldousa Huxleya, nie został zdekamuflowany tak źródłowo i dogłębnie. Wizje Orwella i Huxleya były zakrojonymi na szeroką skalę utopiami, roszczącymi sobie jednak pretensje do rzetelności naukowej. Tymczasem WSB nie potrzebował uciekać się do tworzenia zwartych struktur i usystematyzowanych opracowań. Zamiast tego, z pomocą irracjonalnego chaosu swej eksperymentalnej prozy, podmywał fundamenty wiary w odgórnie narzucaną wersję światowego „porządku”.

wsbchaos
Chaos Triumphant, ręcznie wyk. kolaż aut. Eda Constantine – tumblr

 

Władza, Kontrola; Burroughs zawsze miał ją na oku, nie nabierając się na jej kamuflaż, preparowany coraz bardziej pokrętnymi środkami, stosownie do intensywności zamroczenia postrzegania jej “podopiecznych”. Z metodyką i precyzją wykwalifikowanego medyka, przeprowadzał metafizyczną sekcję politycznego Frankensteina nowoczesności. Poprzez organy ku tkankom, nie pomijając prawideł metabolizmu tego tworu; któżby jednak chciał znać wyniki intelektualnej autopsji, skoro uczciwe zastosowanie się do takowych implikowałoby odstępstwo od wszelkich rzucanych przez Kontrolę ochłapów?

Prace WSB o specyfice utopijnej (The Wild Boys, 1971 i Cities of the Red Night, 1981) wykluczają szanse powodzenia realizacji utopijnego ładu w formie innej niż odizolowana oaza, co Hakim Bay nazwałby “tymczasową strefą autonomiczną”. Kolonia Libertacja – znana z ostatniej książki autora – Cienia szansy – odseparowana zona, której mieszkańcy są wolni od ingerencyjnego nadzoru struktur społecznych, obrazuje libertariańską „moralność” WSB, opartą na przysposobionym przez niego za młodu charakterologicznym pojęciu Johnsona (zawartym w autobiografii Jacka Blacka pt. You Can’t Win, 1926). Tak oto skrótowo opisywał ten typ człowieka:

Dobry wałkoń i złodziejaszek (jako sposób bycia); wypełnia swoje zobowiązania, jego świat jest dobry, a on jest solidnym partnerem w interesach. Pilnuje własnego interesu. Nie należy od ludzi węszących, samowładnych i problematycznych. Udzieli pomocy, kiedy takowa jest potrzebna.

Czy na indywiduach tego rodzaju Burroughs oparłby swą tymczasową strefę autonomiczną? Gnostyczne praźródło autonomii, suwerenności samej w sobie to „pneuma” tj. tkwiąca w człowieku iskra nieskończoności. W zależności od jej stężenia, gnostyk koncentruje się na duchowym postępie, nie odrzucając możliwości zewnętrznej pomocy, ale nie zdając się wyłącznie na łaskę odgórnego zbawcy.

Zjawisko gnostycyzmu, oparte na esencjonalnym stosunku do egzystencji, przybierało przeróżne formy, wśród których doniosłością historyczną i naciskiem na dualizm² wyróżnił się manicheizm. Nawet jeśli nie mylić dualizmu z moralnością, jak go pogodzić z takimi aspektami życia Burroughsa, jak (przypadkowe) zastrzelenie żony, jego politoksykomania (z naciskiem na opiaty), homoseksualizm, eksperymenty z yage, czy fascynacją nieortodoksyjnymi teoriami Wilhelma Reicha nt. energii orgonu?

Wszystkie te „tegesy” są często redukcjonistycznie stosowane do kwestionowania znaczenia twórczości WSB. Działa tu ta sama, intelektualnie niemęska zasada, poprzez którą np. niektórzy deprecjonują myśl Fryderyka Nietzschego, przywołując co pikantniejsze szczegóły z przebiegu jego choroby psychicznej.

Dopatrywanie się jakiejkolwiek niekonsekwencji w diagnozie gnostycyzmu myśli Burroughsa to zajęcie godne płytkich moralizatorskich umysłów. Fakt, że gnostycyzm w pewnym sensie uległ żydowskiej transmutacji w chrześcijaństwo w żaden sposób nie przemawia bowiem za judeochrześcijańską naturą jego wskazań moralnych (a o ile o takowych w przypadku gnostycyzmu może być mowa, to tylko w warstwie egzoterycznej, która najsilniej uobecniła się wraz z ekspansją manicheizmu).

wsbkolarz1
kolaż WSB z Brionem Gysinem

Dobro i Zło / Światło i Ciemność w gnostycyzmie nie znajdują prostych definicji, ani przekładni na hierarchię sposobów „prowadzenia się”. Wszystkie aspekty życia Burroughsa, podpadające pod kategorie odstępstwa i „grzechu”, gryzą się ze światopoglądem ludzi nie mających pojęciach o ezoterycznej gnozie, rzeczona bowiem popiera wszelkie rodzaje aktywności duszy, ciała i umysłu, które prowadzą do poznawania własnej natury.

Tożsamość gnostyka przekracza pojęcie i granice jednostkowej osobowości, zupełnie jak przekracza całą późniejszą myśl chrześcijańską, jak i wszelkie pokraczne budowle wyrosłe na jej gruncie, który wszak stał się fundamentem Kontroli. I tak centralną osnową wszystkich noweli Burroughsa nigdy nie jest określona osobowość, lecz właśnie nieustanna wojna pomiędzy Wolnością, a Kontrolą; Chaosem, a stagnacją materii – i dopiero tu można dopatrywać się analogów „dobra i zła”.

Manichejczyk wierzy w faktyczną walkę dobra ze złem, która to utarczka nie jest wieczna, jako że jedna ze stron prędzej czy później na tym szczególnym obszarze zwycięży. Wraz z chrześcijanami oczywiście nastąpiła potworna inwersja wartości, gdzie najobrzydliwsi z ludzi są wypychani jako wzór cnoty do naśladowania przez każdego… (wypowiedź WSB z wywiadu przeprowadzonego przez Gregory’ego Corso)

Manichejska koncepcja świata jako ofiary poniesionej podczas prekosmicznego kataklizmu, posiadającej funkcję alchemicznego tygla, w którym następuje proces oddzielania dwóch przeciwstawnych esencji (notabene na przekór terminologii opracowań naukowych, Materia i Chaos wydają się tu znacznie ściślejszymi terminami niż Zło <> Dobro, jednak to już podejście okultystyczne, a nie akademickie), akcentując aspekt kotła i przemieszania, znajduje doskonałe odzwierciedlenie w sposobie ukazywania świata w twórczości WSB. Zło udaje dobro i vice versa.

W gestalcie burroughsowskiej prozy armię Archontów – zarządców kosmicznego więzenia – tworzą monoteiści i ich politykierzy. Tymczasem gnostycy to błąkające się bandy przestępców i złodziejów. Wizjonerzy, ci, którzy osiągnęli pierwotną gnozę, potrafią przejrzeć iluzje utkane przez Kontrolę, rozpoznać twarz wroga i dążyć do prawdziwej wolności. Notorycznie stosują nieortodoksyjne i pozornie obłąkane metody zrzucania hipnotycznych kajdan kontroli.

Wśród metod, czy narzędzi przydatnych w osiągnięciu tego celu, można wymienić: zmianę stanu świadomości poprzez środki psychoaktywne, energię orgonu, analityczną i rekonfiguratywną metodę cut-up, i wreszcie magię. Magia to najstarsza technika transcendowania przyczynowo-skutkowej szarej maszynowni; to nader problematyczny termin, zwłaszcza w czasach… w czasach.

Tytułem dookreślenia, pasuje w tym miejscu zwrot magia hermetyczna, tyleż samo jednak, co jej nowożytna transmutacja, czyli magia chaosu. Oto niektóre z narzędzi gnostyka dwudziestego wieku. Za ich pośrednictwem można dążyć do ustanowienia autonomicznej strefy, czerpiąc frajdę z „bystrzenia znaków”, parafrazując kluczową sentencję trzeciego rozdziału Nova Express: I możesz dojrzeć bystrzejące znaki (the marks wising up), gromadzące się w ponurych grupkach, których szemranie narasta.

Archonci uobecniają się na Ziemi pod postacią zainfekowanych przez pasożyty świrów kontroli, których Burroughs trafnie nazywa „shitsami”: “Twierdzę, że zło całkiem dosłownie jest wirusowym pasożytem zajmującym pewien obszar mózgu, który możemy nazwać PRAWYM centrum. Oznaką typowego shitsa jest to, że musi mieć rację (prawo).”
Shitsowie mają obsesję na punkcie wtryniania się w cudze sprawy. To typ społeczniaka – księdza, prawnika; niezdolni do obrania honorowej ścieżki jadem das seine. Wszelkimi środkami dążą do zapobiegnięcia próbom „rozbudzenia znaków”.

I tak oto w Nova Express Operacja Totalnej Ekspozycji jest próbą odsłonięcia iluzorycznej kurtyny, która zapobiega obnażeniu zainfekowanego pasożytami Studia Rzeczywistości. W pierwszym rozdziale inspektor J. Lee przemawia do ludu: Co was tak wystraszyło, że wpadliście w czas? W ciało? W gówno? Powiem wam: “słowo”. Obce Słowo “ten” (“the”). Słowo Obcego Wroga, “ten” zniewala was (“thee”) w Czasie. W Ciele. W Gównie. Więźniu, wyjdź. Wielkie niebiosa stoją otworem.

Wprawne oko Burroughsa dualistycznie cyzeluje jeszcze jedno diametralne rozróżnienie w naturze ludzkiej – coś tak banalnego jak podział na płci (wg gnostyków będący następstwem upadku pierwotnego nadludzkiego androgyna) również sprzyja knowaniom Archontów:
Burroughs przypisuje polaryzacji energii reprodukcyjnej strukturę binarnej opozycji, która prowadzi dwie niekompatybilne płci do ciągłego konfliktu, który z kolei przekłada się na wsiąkanie energii twórczej w ślepy zaułek pasożytniczej ekonomii opartej na władzy i własności. (Lydenberg – Literary Form and Theory in the Radical Writings of William S. Burroughs)

Człowiek jest zaiste produktem finalnym. Nie dlatego, że homo sap stanowi apogeum perfekcji, przed którym sam Bóg sapie z trwogą – „Nie mogę zrobić nic więcej!” – lecz dlatego, że Człowiek jest nieudanym eksperymentem, który utkwił w ślepym biologicznym zaułku i nieubłaganie zmierza do wymarcia” (Zachodnia kraina – przekł. wł.)

WSB podzielał również gnostycką wiarę w reinkarnację oraz przeświadczenie, że narodziny to najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić; coś, czemu należałoby zapobiec.
Drzwi zamykają się za tobą i zaczynasz sobie uświadamiać, gdzie jesteś. Ta planeta jest Obozem Śmierci… Drugiej i Ostatecznej Śmierci. (Zachodnia kraina, j/w) Czy są drogi wyjścia z tej fatalnej sytuacji, gdzie nawet Apokalipsa wydaje się niekulturalnie spóźniać? Prace WSB są przede wszystkim wołaniem o przebudzenie.

Rozdział drugi Nova Express: Więźniowe, wyjdźcie, jest otwartym listem do „ziemian”, podpisanym przez inspektora Lee. Z waszą pomocą możemy przejąć Studio Rzeczywistość, a więc ich uniwersum Strachu, Śmierci i Monopolu. Jedyną drogą ucieczki dla ludzkości ma być biologiczna mutacja, ewolucyjny skok w nieznane. Problem nie może zostać rozwiązany swoimi własnymi środkami. Ludzki problem nie może zostać rozwiązany ludzkimi środkami. (Zachodnia kraina)

wsb2014_31
WSB i Brion Gysin w trakcie odprawiania rytuału w Maroku

W Third Mind – kolaboracji z Brionem Gysinem, Burroughs opisuje demiurgiczną postać Mr Bradly’ego – Mr Martina, przewodzącą Nova Mob (czyli shitsowej tłuszczy przeciwstawnej johnsonowej Nova Police), przydając jej otwarcie gnostyczną charakterystykę: W mojej mitologii jest to Bóg, który zawiódł, Bóg dwuczęściowego konfliktu, stworzonego, aby utrzymać na scenie stary, zużyty show, Bóg Arbitralnej Władzy i Ograniczenia, Zniewolenia i Presji; potrzebujący poddanych, potrzebujący tych, których określa „swoimi ludzkimi psami”, traktując ich z pogardą oszusta wobec swojej ofiary – Jednak pomnij, że oszust potrzebuje Znaku, zaś Znak nie potrzebuje oszusta – Mr Bradly-Mr Martin potrzebuje swoich „psów”, „chłopców na wysyłki”, swoich „ludzkich zwierząt” – potrzebuje ich, bo jest literalnie ślepy. Oni natomiast go nie potrzebują. W moim systemie mitologicznym Mr Bradly-Mr Martin zostaje obalony poprzez rewolucję swoich „psów”.”

W Zachodniej krainie z łatwością natrafiamy na kolejny dowód gnostycznego rdzenia prac Burroughsa, w tym przypadku (zupełnie jw.) wyraźnej implementacji idei demiurga, będący wyrazem skrajnego odrzucenia starotestamentowego boga (określanego przez gnostyków mianem Ialdaboath): “Weźmy pod uwagę Jednego Boga – Wszechświat (One God Universe: OGU). (…) Wszechmocny i wszechwiedzący, może zrobić wszystko, więc nie może zrobić nic, jako że akt działania wymaga opozycji. On wie wszystko, więc nie pozostało Mu nic do poznania. Nigdzie nie może podążyć, jako że jest kurewsko wszędzie, niczym krowie gówno w Kalkucie.

OGU jest nagraniem wszechświata, którego On jest nagrywającym. To płaskie, termodynamiczne uniwersum, jako że z definicji nie ma w nim żadnego tarcia. Wytwarza ona zatem takowe: konflikt, ból, strach, choroby, wojny, starość i Śmierć.”

W kontraście do powyższego, Burroughs zarysowuje wizję Magicznego Uniwersum – Uniwersum wielu bogów, często tkwiących w konflikcie. Paradoks wszechmocnego, wszechwiedzącego Boga, który dopuszcza obecność cierpienia, zła i śmierci, nie ma tu miejsca (My Purpose Is to Write for the Space Age, str. 268)

Zupełnie jak gnostycy, Burroughs postuluje, że poprzez wejście w kontakt z tym magicznym uniwersum, można oswobodzić się od OGU / Kontroli; zaś poprzez praktyki odwirusowania jaźni, można przygotować się do wysiłków mających na celu samoprzebóstwienie (notabene najwyższy cel praktykantów LHP – Ścieżki Lewej Ręki).

Jednakże wstąpienie do gnostyckiego Królestwa (Pleromy), w żadnej mierze nie jest gwarantem – wiedzie ku temu najbardziej niebezpieczna ze wszystkich podróży. Bogowie zatrzymali wszystkie klucze i dopuszczają tylko faworyzowanych śmiertelników (The Place of Dead Roads, str. 171) – zupełnie jak w egipskim systemie Księgi Umarłych. Metaforyczny klucz nie otwiera wrót do jednego li tylko objawienia. Jak tylko znajdziesz klucz, przed tobą będzie nie jeden ogród, lecz wiele ogrodów, ich nieskończoność.

Kto jednak w ogóle natrafi na trop tej ścieżki, dopóki nie wywalczy sobie choć osobistej autonomii od zatęchłego lochu Kontroli? Inspektor Lee przez całe „Nova Express” ostrzega przed najbardziej zdradliwymi narzędziami Motłochu: Ich narkotyki są trucizną zaprojektowaną by transmitować ku Orgazmicznej Śmierci i Piecom Nova – Trzymajcie się z dala Ogrodu Rozkoszy – To ludożerna pułapka, przetwarzająca na zieloną maź – Odrzućcie ich ersatzową Nieśmiertelność – Rozpadnie się zanim wydostaniecie się z Wielkiej Składnicy – Przepłukiwanie się ich narkotykiem spycha do rynsztoka – Zatruwają i monopolizują halucynogeny – nauczcie się je robić bez żadnego chemicznego ziarna – Jedyne, co oferują, to ekran przesłaniający drogę ucieczki z kolonii, którą tak haniebnie zarządzają.

EPSON MFP image
The Universe wants to play, ręcznie wyk. kolaż, aut. Ed Constantine – tumblr

Rola substancji psychoaktywnych jest tu trudna do przecenienia. Należy mimo to zwrócić uwagę na jej dwojaki charakter; nałóg – zwłaszcza opiatowy (choć doniosłość owego w życiu Burroughsa już jest uzależniona od specyfiki narkomanii panującej za czasów jego największej aktywności, jak również predyspozycji charakterologicznych) – jest potencjalną pułapką, pochłaniającą co prawda w różnym tempie – ale i możliwą do przezwyciężenia przy ogromnym wysiłku siły woli.

Nie przypadkiem takie rewolucyjne – z uwagi na skuteczność – formy terapii uzależnienia od opiatów/opioidów – jak chociażby zachwalana przez Burroughsa terapia apomorfinowa, są przemilczane i tłamszone. Dzieje się to za sprawą tych samych politycznych nacisków, które zapobiegły zrewolucjonizowaniu całej psychiatrii, wykluczając (na przekór ich udokumentowanej naukowo skuteczności terapeutycznej) wykorzystanie takich środków, jak DMT, LSD-25, czy MDMA; podobnie jak z ibogainą, stanowiącą najprawdopodobniej najskuteczniejszy dostępny obecnie środek leczący z uzależnień.

Jedną z najperwotniejszych gnostycznych metafor jest ta mówiąca, że diament nie może ulec zanieczyszczeniu poprzez błoto. Ze wstępu do Nagiego lunchu: Nie kąpałem się od roku, nie zmieniałem odzieży, ani nie zdejmowałem jej, chyba żeby wbić igłę w szare, drewniane, włókniste ciało, co powtarzało się co godzina. Nigdy nie porządkowałem ani nie odkurzałem pokoju. Puste pudełka po ampułkach i śmieci sięgały aż do sufitu.

Totalna degrengolada? Dorobek twórczy WSB z wglądem w jego życiorys wskazują, że – choćby i zanieczyszczony – pokarm bogów znalazł jednak godnego adresata, a dawka trucizny nie okazała się zbyt wielka. Inspektor Lee bowiem, podobnie jak chociażby Aleister Crowley, posiadał niesamowitą duchową żywotność; być może to jakiś paradoksalny atawizm androgynicznej nieśmiertelności: trucizny nie infekowały rdzenia, a jaźń nomen omen wzbogacała się podczas chemicznie napędzanych wypraw poza granice ludzkiego postrzegania.

Mimo że „(opiatowy – dop. n.) narkoman żyje w krainie, gdzie nie ma bólu, seksu ani czasu” (List Mistrza Narkomanii) narkotyki jako takie nie niosą gnozy per se. Jak czytamy w „10 głównych zasadach gnostycznego objawienia” Philipa K. Dicka: Każdy z nas ma nieupadły boski odpowiednik, który może wyciągnąć ku nam dłoń, aby nas obudzić.

Prawdopodobieństwo nawiązania tego kontaktu wzrasta po pierwsze poprzez „odczucie” tego wołania, a dopiero po któreś-tam, via narkotyki – z naciskiem na halucynogeny. Na horyzoncie zdarzeń jest ujrzenie przebłysku Pleromy, Chaosu, innych światów i wymiarów, dalej – wysnucie wniosków, pozyskanie inspiracji, przekonfigurowanie postrzegania itd. Reprogramowaniu świadomości obok halucynogenów sprzyjają techniki szamanistyczne.

Padło odniesienie do tekstu P. K. Dicka, a że w przypadku obu pisarzy na podstawie ich książek można powziąć przeświadczenie, że byli zapalonymi praktykantami halucynogennych tripów, warto wspomnieć, że Philip raptem parokrotnie zażył LSD, a jego przedmiotem jego głównego psychoaktywnego romansu była amfetamina; zaś WSB egzystował głównie w opiatowo-haszyszowej krainie, a jego halucynogenne wyprawy pozostawały na dalszym planie, przynajmniej w sensie ilościowym.

Choć „dyktator o żelaznej woli to archaizm”, nie jesteśmy po prostu ofiarami demokratycznej tyranii; świat współczesny jest konstruktem nastawionym na wyeksterminowanie wolności myśli. Mylenie starego typu władzy z obecnym obłąkaniem Kontroli to jak poczytywanie eksplodującego nowotworu za zanikającą narośl.

W poniższym fragmencie zarysowuje się paradoksalny konserwatyzm Burroughsa, jego ponadczasowa, esencjonalna, metapolityczna – nazwijmy to… duchowość, transcendująca ideologie ogółem, czy ich poszczególne aspekty, jak np. prymitywny rasizm i inne tego typu operatywy współczesnej pseudoprawicy (co jest notabene kolejnym wskaźnikiem na stopień przemieszania w manichejskim tyglu świata stworzonego, o czym ciekawie pisał inny nowożytny gnostyk, a przy okazji tzw. narodowy bolszewik – Aleksander Dugin³).

Podstawowy mechanizm novy jest bardzo prosty: zawsze wytwarzać tak wiele nierozwiązywalnych konfliktów, jak to tylko możliwe i zawsze wzmagać istniejące już konflikty – Odbywa się to poprzez składowanie na tej samej planecie form życiowych o niekompatybilnych warunkach bytowych – Oczywiście nie ma nic „niewłaściwego” w jakiejkolwiek dowolnej formie życia, jako że „niewłaściwość” znajduje odniesienie tylko do konfliktów z innymi formami życia – Sęk w tym, że te formy nie powinny przebywać na tej samej planecie – Ich warunki życia w obecnej postaci czasowej są zasadniczo niekompatybilne, zaś robota Motłochu Novy polega dokładnie na tym, aby utrzymać ten stan rzeczy, tworzyć i rozjątrzać konflikty, które prowadzą do eksplozji planety (…)

– W dowolnym danym czasie aparatura nagraniowa przerabia naturę absolutnej potrzeby i dyktuje stosowanie broni totalnych – Takich jak ta: Wziąć dwie przeciwstawne grupy nacisku – Nagrać najbardziej brutalne i odgrażające się stanowiska jednej grupy względem drugiej i odtworzyć to tej ostatniej – Nagrać odpowiedź i dostarczyć ją z powrotem pierwszej grupie – W tył i naprzód pomiędzy przeciwstawnymi grupami nacisku – Ten proces jest znany jako „feedback” – Możesz dostrzec jego działanie w każdej zadymiastej spelunie – a ściślej rzecz biorąc w każdym konflikcie – (…) W całym moim doświadczeniu oficera policyjnego na żadnej planecie nie widziałem tak totalnego strachu i degradacji – Zamierzamy aresztować tych kryminalistów i przekazać ich Wydziałowi Biologicznemu do wskazanych przeróbek.

EPSON MFP image
Choronzon, ręcznie wyk. kolaż aut. Ed Constantine, tumblr

W powyższych treściach można z powodzeniem upatrywać wartości satyrycznych, metaforycznych, czy literackich, w swej istocie kryją one jednak kod, pod którym kryje się nie jakaś tam ostygła prawda, ale samo poznanie (gnosis) jako trajektoria promienia przeszywającego kłamstwa „rzeczywistości”. Czy jest zatem coś mniej fikcyjnego w swych metafizycznych wskazówkach, niż „eksperymentalne science fiction” Burroughsa?

Pomimo sukcesywnego intoksykowania swojej psyche wysokimi dawkami środków otwierających wrota do zmienionych stanów świadomości, jak również pomimo jego wieloletniej zażyłości z opiatami, która każdego z takich nieszczęśników prędzej czy później prowadzi poprzez rozpadliny własnego ja, umysł WSB pozostał czysty, przenikliwy i nade wszystko twórczy aż do późnej starości. Nałóg opiatowy jest najlepszym testem na jakość człowieczeństwa i WSB go zdał na medal (tymczasem autor tego tekstu wziął rozbrat z rzeczonymi procederami, od kiedy kapnął się, że ma dla kogo żyć i się zmieniać).

Zatem odczytywanie prac WSB w takim czy innym kontekście: jako nowatorskiej literatury, spaczonego science fiction, czy nawet interpretowanie ich na tym samym, powierzchownym poziomie, ale przy innym kolorycie wartościującym, udowadnia zwyczajnie niedostatki przenikliwości interpretatora. Twórczość Williama Sewarda Burroughsa to bowiem XX-wieczny analog gnostyckich apokryfów.

nichtig / wyklucznik / katastrof / panoramix / levvyatan

Przypisy:

1/ „(..)to, czym naprawdę jesteśmy, poza naszym dowodem tożsamości, nawet poza naszym własnym obrazem samego siebie  – jest małym, ognistym fragmentem naszego prawdziwego Wyższego Ducha.” (Proces inicjacji, Oryginał angielski © 2000 Romero Lorenço da Cunha, źródło: http://franzbardon.pl/procesinicjacji.php)
2/ Zauważmy tu – chociażby za Krzysztofem Matysem – iż w przypadku gnostycyzmu może być mowa – w przeciwieństwie do religii o korzeniach semickich – tylko o dualiźmie antykosmicznym. „Gnostycki Bóg przeciwstawiony został światu. Jego natura jest inna niż natura kosmosu. Bóg nie odpowiada za powstanie świata i nie sprawuje nad nim zwierzchnictwa. Świat materii jest dziełem bytów niższych (Archontów). W kosmosie to one dzierżą władze. Bóg gnostyków jest pozaświatowy, jest oddzielony i ukryty.” – za: Gnostycyzm. Próba definicji – K. Matys, gnoza.pl 2006
3/ Np. esej „Gnostyk” (http://www.legitymizm.org/mlodziez_imperium/MI006/zasoby/32.html), czy „Od świętej geografii do geopolityki” – tłum. z ang. KS – Reakcjonista nr IV (tradycjonalizm.net) – zwł. podrozdziały „Ludzie Północy” i „Ludzie Południa”. Niespecjalnie zapowiada się na to, aby prędko ukazał się polski przekład jakiejkolwiek książkowej publikacji Dugina, choć ostatnio dało się zauważyć taki paradoks, jak obecność fragmentu jego wykładu nt. przyszłości geopolitycznej Ukrainy w „Angorze”.

Bibliografia:

Eseje:
1/ William S. Burroughs: 20th Century Gnostic Visionary – Robert Guffey – New Dawn Magazine No.99 (XI/XII 2006) – http://www.newdawnmagazine.com/articles/william-s-burroughs-20th-century-gnostic-visionary
2/ Burroughs-ian Gnosticism: In His Own Words – Sven Davisson – Ashé Journal, Vol 4, Issue 3, s.469-483, 2005 – http://ashejournal.com/index.php?id=32

WSB:
Nova Express
The Western Lands (Zachodnia Kraina, pol. Przekład P. Lipszyc, wyd. Świat Książki 2009)
The Place of Dead Roads (Miejsce Martwych Dróg, dotychczasowo niewydane w III Rzeczy)
Third Mind (wyraz z Brionem Gysinem)
The Wild Boys (1971) (Dzicy chłopcy, dotychczasowo niewydane w III Rzeczy
Cities of the Red Night (1981) (Miasta czerwonej nocy, dotychczasowo niewydane w III Rzeczy)

wsBURROUGHS-PHOTO-1-facebook

! .:. BONUS .:. !

7 okultystycznych technik WSB miażdżących rzeczywistość

Technika #1 – Rób łatwo

Najbardziej wypróbowaną techniką Burroughsa była praktyka “Robienia łatwo”, to jest, przetrenowania twojego mózgu to wykonywania wszystkiego w najmniejszej liczbie kroków. Jak to ujął Burroughs, “[robienie łatwo] zwyczajnie oznacza robienie cokolwiek robisz w najłatwiejszy, najbardziej zrelaksowany sposób, jaki możesz uzyskać, będący zarazem najszybszym i najbardziej wydajnym sposobem.

Dla najprostszego sposobu przyswojenia tego istotnego okultystycznego konceptu, sprawdź krótki film Gusa Van Santa wyjaśniający dyscyplinę Czynienia Łatwo, poniżej. Może Ci to zaoszczędzić lat życia!

Technika #2 – Kontrola Snów

Burroughs napisał dziesiątki powieści, a wszystkie z nich są przepełnione niesamowitymi, halucynacyjnymi obrazami, która wystawia większość mainstreamowych pisarzy science fiction na wstyd.

Część jego symboliki była najpewniej zaczerpnięta z eksperymentów narkotycznych, zwłaszcza z Ayahuaską. Ale wiele z niej było zaczerpnięte z jego snów – Burroughs wiernie prowadził dziennik snów i wykorzystywał materiał z niego jako benzynę pisarską.

W filmie powyżej William wyjaśnia sztukę kontroli snów.

Technika #3 – Cut-up

Czymś kluczowym dla życia Williama S. Burroughsa, jego magii i światopoglądu był cut-up, technika stworzona przez jego przyjaciela i współpracownika Briona Gysina.
Cut-upy są sztuką cięcia tekstu i obrazów, a wtedy przestawiania ich aby stworzyć nowe, niespodziewane układy. Robiąc tak, Burroughs czuł, że może zdestabilizować język i dotrzeć bliżej prawdy. Ta technika magiji chaosu pozwalała Burroughsowi i Gysinowi patrzeć w kod źródłowy rzeczywistości, co przez wieki było wyzwaniem magików i alchemików. Technika ta została zaadaptowana później przez ludzi takich jak David Bowie, Iggy Pop i pisarz William Gibson – po prawdzie, cut-up był wykorzystywany przez niezliczonych artystów wszelkich profesji, aby obudzić masywną kreatywność, gdy bili głową o ścianę.

Obadaj niesamowity film Burroughsa i Gysina z 1966 roku – Cut-upy, który dosłownie demonstruje rzecz /powyżej.

Technika #4 – Maszyna snów

Kolejnym wynalazkiem Gysina, który został zaadaptowany i opanowany do mistrzostwa przez Burroughsa była Maszyna Snów, obracający się cylinder światła, który może indukować niesamowite wizje.
Burroughs często pisał o Maszynie Snów w swoich praca i używał jej efektów, aby wygenerować większość ejdetycznej symboliki, która wypełnia jego powieści. Brion Gysin miał nadzieję na wypromowanie swojego wynalazku w hipermarketach i umieszczenie go w każdym amerykańskim domu zamiast telewizora. Szlachetny pomysł, ale nigdy nie wypalił (koniec końców nie da się nadawać reklam w Maszynie Snów) – jednakże w następnych latach i dekadach, Maszyna Snów pozyskała kult wyznawców. Nawet Kurt Cobain się do nich zaliczał.

Za niewielką kwotę pieniędzy możesz zbudować własną Maszynę, działającą zupełnie tak, jak profesjonalnie wykonany model. Sprawdź nasz >poradnik< jak taką zbudować.

Technika #5 – akumulacja energii orgonowej

Kolejną z fascynacji Williama była energia orgonowa Wilhelma Reicha i jej akumulatory. Reich, student-renegat Zygmunta Freuda, wierzył, że odkrył jak kontrolować i zaprzęgać energię seksualną, lub „orgonową”, która stanowiła cząstki energii seksualnej nazwane „bionami”.
Reicha prześladowano w latach pięćdziesiątych, jego laboratorium zostało zniszczone przez rząd USA i ostatecznie został wtrącony do puchy (gdzie zszedł). Burroughs później odkrył i opanował pracę Reicha, wybudowując nawet własne pudło akumulatorowe – w którym spędzał wiele czasu, siedząc i paląc kif, lub skrystalizowane THC, pisząc. Burroughs zaprzysiągł orgonowi i wykorzystywał go w swoich powieściach jako metaforę przełamywania antyseksualnych kontrolerskich mocy społeczeństwa.

Technika #6 – Totalne Skupienie na Zdestabilizowaniu Kontroli

Burroughs łączył wszystkie swoje eksperymenty w imię centralnego zadania: destabilizacji i zniszczeniu kontroli.
Jak Gnostycy, Burroughs postrzegał świat jako zasadniczo mechanizm kontroli, lub pułapkę. Widział swój cel, jako kompletne złamanie i zniszczenie tego systemu kontroli. Poprzez kontrolę, Burroughs miał na myśli naturę rzeczywistości samą w sobie, i razem ze swym współpracownikiem Gysinem, nie zaakceptowaliby nic poza jej kompletną destabilizacją i zniszczeniem. Poprzez to jest jednym z jawnych dziadków magiji chaosu.

Wideo powyżej zawiera utwór z albumu DJ’a Spooky’ego Rhythm Science, z uczestnictwem Scannera, znanego też jako Robin Rimbaud. Sampluje Williama opisującego swoje pięć kroków do zmiażdzenia rzeczywistości. Są to:
1. Ogłoś nową erę i rozpocznij nowy kalendarz.
2. Zamień obcy język.
3. Zniszcz lub zneutralizuj obcych bogów.
4. Zniszcz obcą maszynerię kontroli rządowej.
5. Odbij dobra i ziemie od poszczególnych obcych.

Technika #7 – Magija Chaosu

Burroughs był nie tylko jednym z przodków magiji chaosu, ale także poważnie praktykował jej dyscypliny w latach osiemdziesiątych, zagłębiając się w prace Petera Carrolla, dołączając do jego zakonu Illuminatów Thanaterosa (Burroughs został pochowany z pierścieniem z gwiazdą chaosu otrzymanym od zakonu), oraz robiąc regularne i zdyscyplinowane eksperymenty z technikami Carrolla. Poruszył te eksperymenty w swoich późniejszych powieściach, zwłaszcza w swojej ostatecznej trylogii, złożonej z Miejsca Martwych Dróg, Miast Czerwonej Nocy i Zachodniej Krainy.
Fascynacja WSB magiją chaosu wzięła się z jego uprzednich eksperymentów z Gysinem w Tangierze w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych oraz jego zainteresowaniu wykorzystaniem technik buddystycznej medytacji, których nauczył się od tybetańskiego nauczyciela Chögyama Trungpa w latach siedemdziesiątych. W latach osiemdziesiątych Burroughs odkrył magiję chaosu i odkrył w niej wymodelowaną dyscyplinę, która połączyła jego poprzednie eksperymenty.

Za: Ultraculture

tłum. katastrof

004-william-burroughs-theredlist

Advertisements

Zaspa

/wersja rozszerzona, niepublikowana/

przez: wyklucznik, luty 2014

Te wypisy z jazgotu głowy, czy głów politoksykomańskiej hydry, zamkniętej przejściowo w cyrku otrzeźwienia tożsamości, a oskarżonej w procesie fermentacji wspomnień, zostały zarejestrowane. Jak niewskazane jest mierzenie igłą w krwioobieg, a również i po połknięciu szkodliwe, i w przyjęciu wziewnym, tak odradza się – to, co poniżej.

I

Wszystko sprowadzone do pojedynczego „żegnaj” za coś blisko 365 prahebrajskich nominałów grzechu, przekazywane szybciej niż w okamgnieniu spod lady na szemranej loterii losów.

Rachityczny pomyleniec i jego chybotliwy cień z nieochrzczonym jeszcze chemicznie, świeżym dowodem tożsamości, pokracznie sunęli stromą, starą drogą w kierunku położonego na wzgórzach lasu.  Podzwanianie butelek taniego wina w plecaku tłumił materiał splotów przemycanej ofiary. Syczenie górskich węży, na podniebieniu dłoni gorycz po odkręceniu zaworu do kanałów podświadomości, rojących się od śliskich uskoków oraz zróżnicowanych jak miejskie neony kałuż ekskrementów. Z kaszlem umysłu przetoczyły się już chmury, sny i mary noszące piętno powagi. Kto błaznuje temu jednemu typowi zaślubin, idzie do Diabła; kto spostrzega kiedy dzwon rozbija zmurszałe komory serca? Ściemniło się zanim na dobre nastał zmierzch.

Stosy liści wyschniętych jak popioły, w których żaden chemik nie będzie szukał śladów atramentu.  Zapominać się nieregularnie często. Taniec idioty pod gałęzią jak stworzoną, udekorowaną żartobliwą pętlą liny, z którą się nosił jak linoskoczek, aż nie wszedł i nie zszedł z wiedźmiej góry, by się zdysocjować nieostatecznie, choć nieopodal. Pijana konsternacja trzeszcząca jak ledwie wytrzymujący napięcie transformator, a wróżby ślepców nad okrzyki niemych.

Zawsze za wcześnie lub za późno, choć nieregularne zapomnienie zgodnie z niepoznanymi prognozami miało zyskiwać na częstotliwości; sztormy, prześwietlające erupcje przedawkowań, syberyjskie niże i globalne przesmażenie półkuli. Powrót odpalony z widokiem świateł ludzkiego mrowiska, ku brzęczeniu jarzeniówek i wygasaniu upartego, żrącego ognia w oczach. Sumienie to brudny biznes. Ten żart miał wkrótce przestać być śmieszny i śmieszyć do utraty tchu. Na krzesełkach w świetlicy bezzębni klaszczą jęzorami; jednemu zabrakło śliny, udławił się niespostrzeżenie.

Przebity włócznią bok bękarta Seta-Tyfona krwawi czarną karmą. Strumienie myśli milkną, gdy ich ścieżki zarasta warstwa mułu, w którym roją się bakterie rzeczywistości, zawsze mogące liczyć na schronienie w psychicznych jelitach ludzkiego stworu. Tak więc z usług klifotycznego solarium zdarzało się korzystać przeważnie klientom obarczonym astralną skazą. Pretrumna dysolucji, wieko zamyka się bezgłośnie, chłodno i swobodnie, jak powiewa cienki materiał na lekkim wietrze.

Umysł pacjenta przechodzi etap potocznie zwany szmerami. Badana jest odporność na pierwotny lęk oraz różne natężenia i konfiguracje wirusów psychicznych. W głuchej ciemni rozkwitają obce barwy i chaotyczne frekwencje. Zintensyfikowanie seansu do zdarcia skorup zaprzeszłych i obecnych ego, z odsłonięciem prześwitu na prekosmiczną zupę – stosowane jest to za wzajemnym, usankcjonowanym czarną pieczęcią nieporozumieniem.

Przy przeglądzie ludzkich próbek sprawdzane są one pod kątem zdatności, czy może potencjału istoty, która może się z danej próbki wykluć. Pod dotykiem światła skanera czytnik na wieczku próbek odpowiada iskrzeniem. Zatem być może to, że niektóre nie iskrzą, jest tylko wskazówką na bliskość przebudzenia i dojrzałość ku transfiguracji, jakkolwiek nie wyklucza się jeszcze tego, że akurat tą ścieżką, która w danym przypadku znajdzie zastosowanie, jest śmierć. Pod przesłonami, wewnątrz oszukanych, oszukujących się oszustów, poniżej, szepcze o  tym jej spiętrzona obecność w komnatach podświadomości. Zimno, którym promieniuje, jest starsze niż ziemia.

Nie zapominaj, że ludzie, którzy zdają się zmierzać w tym, co ty kierunku, są zainfekowani wirusem wspólnym dla wszystkich, którzy ugrzęźli w kanałach czasu. Pozór pokrewieństwa niesie ryzyko utraty czujności, usypia radar układu odpornościowego. O ile w zamiarze opuszczenia fasad materii dysponujemy jakimkolwiek kompasem, wśród najskuteczniej rozstrajających go procesów dominują te śmierdzące beztroską niczym katolicka moralność nie wysianym tam gdzie trzeba nasieniem.

Wszystko to brednie. Jak bardzo jest się człowiekiem? Nie odkrywszy jeszcze gołębich odchodów na swoich jakże osobistych i drogich sentymentach, ku którym wiodą wybrukowane i dziurawe ścieżki w alejach wspomnień. Ciągle jeszcze. Nadmierne skupienie na daremnym szukaniu rozwianych, pajęczych nici snów, brak uwagi i wiedzy, które pozwalałyby wybaczyć, przestać, póki nie jest za późno.

Bo zawsze było. Jak pierwszy rozbity promień dziennego światła docierający do zamglonych neuronów, tego typu zakłócenia niekiedy zauważa się dopiero w momencie, gdy dezorientacja odsłania swoje oblicze spod przegniłych kotar nadziei.

Zatem proszę nie łudzić się, że przędzący tą sieć pająk wyciąga wnioski. Z piskiem w uchu jak nieodebranym telepatycznym połączeniem, ile to razy żadne spojrzenie nie naznaczało już tym podobnych wybrakowanych jednostek w ich prywatnych ślepych zaułkach, z odpakowaną jak list z prokuratury, kolejną nauczką noszącą bezbarwę pierwotnej skazy, ślady bezcielesnej blizny… Twarz, która udziela pouczenia jest zawsze ta sama, ma podłe, tępe spojrzenie i oczekuje szacunku i pokory do tzw. Tu i Teraz, które dla niektórych nigdy nie będą przystanią. Głód zapomnienia wydaje kolejne zatrute kwiaty i tylko zdaje się, że daleko do rejonów, gdzie z ich nasion mogłoby wyrosnąć poznanie. Wydawało się im, wam… zbyt wiele nie wystarcza, a coraz bardziej znaczy coraz mniej.

– Sprafćmy!

chaos23b

II

Niedoczytany „Zmierzch Zachodu” Spenglera gdzieś w zapuszczonej graciarni szwankującego umysłu. Nieoficjalnie przodujący w jednostkach przepływu wychodek na tej zjadanej powolutku falami powierzchni gnijącego zewłoku – zbutwiała zatłoczona tratwa, uważaj kurwa na łokcie. Obustronny obieg – „z dupy do ryja” – bydlęca racja, racja nasza pospolita. Stąd to metafizyczna kanalizacja rozprowadza fekalia podludzi, pardon, perfumy multikulturalizmu, wgłąb całego wyspiarskiego kikuta postarzałej kurwy, której niegdyś przysługiwało miano Europy. Pantarhei, terminy ewoluują, różnokolorowe manekiny rzucają banknoty na tekturową scenę gry, w której rzekomo gra się o wszystko, ale zwłaszcza o czas, o czas, który naturalnie poświęci się dalszej grze. Zafoliowane apetycznie marzenia na szklanej wystawie.

– Halo, halo, proszę tu podejść, czy pan jest stąd?

– Jakiekolwiek miejsce ma pani na myśli, obawiam się, że zaszła pomyłka.

– Nie Żadna Pomyłka (NŻP), tylko to najwyraźniej Nie Miejsce dla Pana (NMP).

Kobieta zerknęła nerwowo w stronę szafki z lekami.

– Wytłumaczyć się natychmiast, albo wezwę ochronę.

– …proszę zrozumieć, jestem ofiarą fatalnego nieporozumienia, które miało miejsce zanim cokolwiek uzyskało miejsce. I zapewne właśnie dlatego odpowiednie służby jeszcze nie zdołały mnie namierzyć. Ale powoli do mnie docierają, bóg mi świadkiem, gdzieś tu zawieruszył mi się skalpel.

Ocknął się jak pod wpływem – grzebiąc w kieszeni szpitalnego szlafroka, na wszelki wypadek sprawdzono też bieliznę. Później zadzwoniono na obiad, szurające kapcie, papier ścierny skóry i rozdrabniające pokarm szczęki, całość w narastającym spowolnieniu, marmolada, czasem lepiej bez noża i widelca, zastrzyki w pośladek na dyscyplinę, w spowolnieniu detoksykacja neuroleptykami i wskazówkami zegarów, w których tłuste palce podmieniają baterie.

– Houston? To coś niesamowitego, co nam się przydarzyło. Za bardzo chcieć zniknąć.

– Nie będę płakał.

Smaczne, gorzkie, a zdrowe pigułki w samolocie, z recepty na pieska; cóś znów zgubione, przechyla się ramię wagi.

Franz z werwą wykładał koleżce jego małość. Kantygerd zezował ze swojego kąta podłej nory. Franciszkowi nie chodziło nawet o jego upośledzone zdolności adaptacyjne, których awaria była funkcją oderwania. Rozgrywało się o brak uwagi. Brak zbieżności z taśmą produkcyjną. Oczy mu się rozjeżdżały przed czytnikiem, miesiące zamglone odurzeniem, ze sporadycznym stroboskopem obsesyjnych wspomnień i fantasmagorycznych urojeń.

Ten rozstrojony schizoid miał kłopot z wykonywaniem odpowiedniej liczby ruchów na minutę. Ze słowami i z rzeczami. Z przykładaniem wysokiej wagi do słów, cudzych i własnych. Wyżej cenił lokalną heroinę, a za taką wycenę ponosi się koszta; jakość, ilość, immanentna podłość, uniwersalne parcie Porządku na Chaos. Przyj, Magdaleno, może coś się urodzi, jak to dobrze że mogło coś powstać, budzik telefonu jak donośny pierd współlokatora o 6-tej nad ranem; a może by tak poczekać chwilę na tej ławce, może coś dziś się przydarzy…

No bo tak – biel i czerń, czerwień w koło, czerń krzyżuje, łamie krzyże, w oczach dłoni nóż, krzyż połamany o banknoty, palce kusi skun, braun, banknoty z rąk do rąk jak nóż, jak pierwsza szpryca helupy, z rąk do rąk w głowie; brak oddechu z ust do ust, co zastąpił nie wezwaną karetkę, gdy ktoś tracił dech i gdy on się garbił na łóżku lub na cmentarzu. Nonkonformizm w zapomnieniu, lub bezkompromisowość betonu na moście, na którym przychodziło się żebrać na działkę… Could you spare me this change, sir? Ominięcie szerokim łukiem.

Ani chybi przypadek partycypujący w nowej, nieoficjalnej klasie społecznej, tj. white trash, z akcentem mniej czy bardziej drętwym, z lepszą, czy gorszą dostępnością żył.

– Szeregowi Chińskie Kanabinole Wystąp! Ramiona okaż! Lina produkcyjna nr…

– Panie Pakusie, ten pracownik śmierdział czymś palonym i na pewno to nie był tytoń.

– Pani Asiu, nie paliłem wtedy trawy, ale dziś kupię sobie heroinę.

Głupca śmiech. Kantygerd ze swoim jakże umiłowanym środkiem na odlepienie mózgu od tablicy ratio, przyczyny i skutku, wracał szybkim krokiem przez park, próbując złapać oddech jesieni. Teraz przez moment faktycznie można by ulec złudzeniu, że oto idzie osoba posiadająca cel w życiu. „Egoizm zwycięży”?

– Jednak ego…

Tłuste muchy padają na podłogi i parapety pod uderzeniami kleistej packi. 2 ml nieostygłego jeszcze płynu o barwie obsesji, w używanej już obsesyjnie kilkanaście razy pompce. Tępa igła ponownie ze zgrzytem aktywuje najszerszą drogę dojazdową do zionącego ślepą ciemnią serca.

Bilet wstępu do czarnego konfesjonału. Choć ciągle tańczy tam płomień, wewnątrz jest pusto, ciemno i zimno, ale ten chłód nie przenika ciała tego, kto je zrzuca. Nieobecność? Niewiara w obecność, jarzmo obecności, nahaj czasu. Chwil, w których ich nie ma, nie odmierzają wskazówki.  Ciało nie spłaszcza już swoją grawitacją myśli, a myśli nie przeceniają słów.

Tak naprawdę nigdy mu to nie wychodziło. Tam, gdzie już chciałby przestać powracać, w zamputowanej przyszłości, zawiedzione, odbarwione twarze odwracają spojrzenia. W cichej, błogiej trumnie rozkwita czarne ziarno maku… jeśli dobrze poszukać, znajdzie się nawet jego numerek w rejestrze korzystających z programu wymiany igieł.

– Widziałem, że coś przygotowałeś sobie. Powinieneś się cieszyć, że jeszcze w mordę nie dostałeś.

Szczury obgryzające dłonie, nie złożone do modlitwy, ale zawodzące w realizacji zapoznania czyjejś gęby z chodnikiem. Zgryzu nie odpuszczaj, a odpuszczone ci będzie. Nieupolowany jeszcze pobiegł za polującym, a tam początek nowej drogi życia. Wpierw szwy, gdzieś jeszcze hen w drodze nakaz sądowny, cóż więcej – wiadomo, kolejny pewny sufit do wnikliwego przestudiowania, regulamin dla rozregulowanych, składki ZUSu, kilka PITów, tak z 5 ośrodków, kiedyś może kryminał, albo nawet orzeczenie o odporności na tradycyjne metody leczenia narkomanii.

– Ale on chciał mnie zabić!

Rozbite naczynie, kałuże krwi na dywanie i korytarzu.

– Jezusie nazarejski, że to ja będę musiała zmywać podłogę?!

Buty widmowych przechodniów terkoczą jak zepsute budziki.

Latarką po oczach.

– Nie odechciało się jeszcze wykolejeńczej narko-martyrologii, co? Ile tych gierek żeby tylko strzelić sobie w kabel, co? Wbrew monopolowi Instytucji Chrystusiej? Proponujemy pracę przy kopaniu rowów. Pan nie jest. Obywatelem, proszę pani, pokłuty jak świniak.

– Zabrać to stąd.

– Nie kojarzysz, takiej znajomej się zmarło, kurczę, wykonać telefon…

– Nieee, ona miała DWA koty. Wdepnęłam w psią kupę.

– Bywa. Nie oglądaj się za siebie.

– Lepiej się witać niż żegnać.

– Zabrać to stąd!

Aniołki – chórem: Ja ci życzę jak najlepiej! /Zakazuje się wprowadzania psów, rowerów i narkomanów/

Zanim oskarżonego wprowadzono na salę, sędzia splunął skrzętnie w chusteczkę, drogi oddechowe, kanałowe, przelewowe, grzebyk, kołnierzyk.

– Ścisła abstynencja, w imadło, zresocjalizować, ścisnąć w imadle kalendarza mocno, przykręcić śruby, przestroić odbiornik, od tego jest regulamin, od tego instytucje społeczne, by formować głowy, ziemia jest kulista i pion być musi, jak umiar, wymiar, racja bytu.

– Magnifencjo, dorzuć się na działkę.

joker23c

Tak… Co prawda zawsze można spróbować wyczerpać swój zapas drobniaków, miedź czasu jest do zbycia na skupie, ubytki w linearnej osnowie. Gdzieś w zaułkach, którymi się przemykano, aby nie zapamiętać, wiatr rozwiewa kartki ze starego testamentu, rozklejonego jak stara kurwa. Kompot z bonusowym HCV’em przelewany z pompki do pompki…

To planeta Ziemia, tu wszyscy są trafieni. Buteleczka krzyży po złoty pięćdziesiąt per 2 jednostki zapominalskie, toczy się ospale między kurz a cień w oczach, na dworcu – w piaskownicy odległy szum morza i znaki – przypuszczalnie Neandertalczyków – pisane palcem po piasku. Co tym razem – pogrzebacz, czy upośledzacz?

– Po prostu dwubiegunowo uciekam od patologii.

– Dobra jazda, niech Ci dalej narta nie zakantuje.

– Oby ci żyłka nie pękła, krzyżyk na drogę, ale nie ten, nie tamtędy, jak nie to poszedł w czorty!

Kondomy z przydziału z szuflady, sąsiadującej z szufladą ze sprzętem do iniekcji dla zaufanych grzejniczków; zaufanie państwa zyskuje się latami… wzdłuż muru psychiatryka, procesja chromatych w stronę słońca… zachodzącego. A ten parchaty lis, ryj jakby umoczony, wpadka, te szramy i zagaszone przed laty na skórze papierosy, trzęsące się palce, badania moczu, odznaczyć w aktach, wszystkie argumenty w dwu czy ośmiu lewych rękach wypadają naraz z jednej, prawej dłoni, wraz z wykorzystaną haniebnie strzykawką, co się sekundę turla po podłodze i zatrzymuje przy kubku w z fusami po kawie i rozmokłymi petami… pogryziony pasek od portek szczeka sprzączką, zużyty użytkownik osuwa się na barłóg… znajome ulice mgliście przelatują pod powiekami… aż coś jebnie w głowie. Czas na tramwaj do syropu, nieuwaga, w tem: graffiti polskie – „oczyśćmy Katwszawice z Podwszonego Ścierwa” – i stuk, puk, pirogen potrafi solidnie wytrząść.

– Twoja choroba stawia życie małżeńskie dzielnicę dalej pod groźbą psychiatryka, niedobze, idź już sobie.

– Panie Boże, poodkurzałem przynajmniej jak człowiek, a nie jakieś bydlę… po sobie.

Wstecz, wsteczny, wspak, prześwietlona taśma. Skrzypliwa stancja i zakłopotane, zniesmaczone spojrzenie Matki Polki nr seryjny …4195732, emerytura, hostia, suczka się oszczeniła, krzyżówki i dobre, tanie konserwy.

– Przecież mówiłam o tym pół godziny temu.

– O jezusmaryja, jak dawno się tak nie zgrzałem.

…Co? To była niedziela, tak bywa, jeszcze wtedy nie wiedział nic o skręcie, za to dzwony pobliskiego kościoła już- choć ledwo – łomotały poprzez beton, szkło i poprzez rezonans telewizornio-odbiornika, odpalonego na częstotliwości śpiewów regionalnego kółka młodzieży katolickiej. Osobowość, te chore bydlę, w trakcie powolnego zlepiania się na powrót do powszedniego kształtu, z jakimś chrobotem, czymś jakby zgrzyt kruszonego pod podeszwą szkła, choć niekiedy brzmiało to bardziej pod nutę obiegu wody w rurach grzewczych.  Etc.

To już było, będzie znów, nie patrz przez ramię, wykręca w lewo, prawie zawsze w drodze powrotnej z lasu. Na przejściu przez jezdnię stanął jak zacięty robot, nie mogąc stwierdzić, ile w zasadzie mija go aut i które są widmowe. W stronę dusznej ciszy, skrzypkowie na gałęziach. Spowolnione zbliżenie kamery w oczach na korę starego grabu, miast tego widać gęstą czarną skórę, jak przez półprzezroczystą szklaną przesłonę. Brak wskazówek co do garbnika.

Coś zalega społeczeństwu w gardle, coś zalega w kompostowniku,  nowa seria bakterii wspomagających metafizyczne bakterie gnilne jest w rządowym przygotowaniu.

III

Okolice gęsto zainfekowane człowieczeństwem, postrzegane jako organizmy, generalnie rzecz biorąc mają to do siebie, że patrzą, węszą i mniej lub bardziej sprawnie wyławiają obcych; na przykład tych igrających z ogniem i beztroskich, lekkomyślnie nieprzytomnych na własnej ścieżce ku zatracie, czy może po prostu mających problem z podłapaniem i zastosowaniem się do szeroko pojętych ludzkich norm. Tacy odstępcy w swojej ślepocie nie potrafią uszanować wszelkiego rodzaju kodeksów Moralności; ani też z wiernie pochylonym czołem uznać autorytetu Prawa i pomyłki Konceptu. One to sprawują nadzór i pod ich nadzór z ulgą oddają się wszyscy ci, którym pisana jest Przynależność.

Są jeszcze jednak osoby mądre i roztropne.

– Bycie narkomanem polega przede wszystkim na czekaniu. Ja chcę tylko spać.

Wraz z gryzącym dymem i skrzeczeniem sadzy, pod naporem gaszącego światło ciśnienia, dogasa wciąż zdolność ulegania podszeptom kolejnych obliczy jednej i tej samej iluzji. Ludzkie życie rzadko bywa przerzucaniem slajdów w osobistym projektorze. Co kto ma za osobę? Pilnuj bytu swego, koleżanko i kolego. Kto przerzuca slajdy, kto kieruje nagraniem i jakim sposobem wkraść się w to może błogosławiona klątwa zakłócenia?

Proces był w zaawansowanym stadium i gdy pacjent nie zakłócał częstotliwości za pomocą transgresorów świadomości, cała ta pożałowana godna sprawa zaczęła się dopraszać o konkluzję. Który to już raz… Zramolała ukraińska babuszka próbuje ponownie policzyć swoje zmutowane kartofle z worka niepamięci. Nihil novi? Naturalnie, ale gdy zbyt dobrze poznać wędrówkę tym tunelem, aby wątpić w to, że pozna się go bardziej… cokolwiek wątpliwe tylko, czy aż do tej bramy, za którą Otchłań jest mikrobem.

– Stefek, pierdolę ten proszek, pomyliłem żebra z ramionami, głowa spadła mi w okolice kolan i urosła do rozmiarów aeroplanu… a do tego nie chciał mi stanąć. Czekasz i nic się nie dzieje.

W wewnętrznej i bezkształtnej ciemni umysłu, razem – jednym chórem schorzałych ego, naprzemiennie głuchych, losowo oślepłych – uroili sobie znak przypisujący do bękarciego rodu błaznów i wyrzutków. Znamię Kaina powstaje na skutek prześwietlenia pochodnią Niosącego Światło. Te błogosławieństwo jest znacznie okrutniejsze niż uchwycenie spojrzenia bazyliszka.

Postrzeganie wymaga wtedy innych oczu – doprasza się o nie podświadomie petryfikującym głodem… o oczy, które nie podlegają ułudom tej domeny upośledzonego tyrana. Zewnętrzna względem planu materii i bezgraniczna energia chaosu, w tych czasach, które wielu uważa za własne, zdaje się drzemać pod powierzchnią bezpiecznej pieczęci logiki; niektórzy zaś wyławiają wskazówki zapowiadające przebudzenie, blask katastrofy.

Sztuczka jednak zawsze była ta sama, a wartość Rozumu, z narzędzia przekształconego w największą kurwę wśród bożków, od zbyt dawna była zainfekowana i ślepa na swój stan. Jednym z głównych enzymów, który bierze udział w deformowaniu schorzałej tkanki człowieczeństwa jest koncept grzechu, winy… choć jeśli by tak obejrzeć wybrane losowo wiadomości z kilku kanałów i różnych dni roku, tak łatwo uznać, że coś się tu przeterminowało.

Coś przeterminowanego w kolejce po wątpliwą receptę. Padaczka na zamówienie… sam zaprojektuj sobie nowotwór.

– Co tak śmierdzi, czy to czasem nie Twoja zarobaczona dusza, drogi kolego?

Czy to trzeźwość poniża tych, których los wymyka się jej zwierzchnictwu? Czy też po pierwsze i od początku wrzucenie ducha w kukłę organizmu jest już poniżeniem i bydlęcym piętnem? Obelżywa banalność, twój-swój zasmarkany stan ontologiczny

oraz moja bardzo wielka wina

z zespołem Patologiczne Wymówki

wczoraj w sąsiedzkiej piwnicy, zgaś światło.

– Dzień dobry, Klinika. Wszyscy mamy dziś niewyraźną gębę, mam i ja, do odpracowania.

IV

Dla pewnych rzeczy nie ma usprawiedliwienia i szukając usprawiedliwień w momencie, gdy wszystko rusza z posad, tracąc ugruntowanie w jakiejkolwiek możliwej rzeczywistości (jakby którakolwiek była możliwa) od pewnego etapu widać tą tzw. uczciwą część siebie pod postacią jakby starego lunatyka, opowiadającemu ścianom o zapomnianych językach.

Gdy we własnym spojrzeniu jest się owadem wbitym na szpilkę (a to dziwne bydlę), czas zaprowadzić porządek na strychu niepamięci. No wypadałoby tu posprzątać. Pomyśleć o tym całym chłodzie i przestrzeni, które będą, które zawsze były, tam gdzie i kiedy nie było Orzeczenia. Orzeczenie o Istnieniu szukane gdzieś w fałdach barłogu pełnego powypalanych dziur…

O czwartej nad rzekomym, ale nie wchodzącym w grę porankiem, wiatr skrzypliwie owionął uliczną latarnię na rozdrożu. Irlandczyk rzekł:

– If you won’t quit drugs, you’re getting nowhere.

To się źle składało, jak brzydkie, poczerniałe puzzle, bo roztropek celował w odlotach do nikąd. Za mało alkoholu dolanego pod stolikiem do kawy z automatu, zbyt oczywiste odpowiedzi w nagrodę za bezsenną tułaczkę i wrażenie nie umoczonego ryja. Drzewo rodu Ci usycha, umyj uszy.

– Tak, pamiętam dziadka Leszka, po szklance ramolił te swoje opowieści na stryszku.

– Ale co się w zasadzie z nim stało?

– Czekaj, czy to nie był fotel?

– Fotel był zaś drzewem, a czym ja byłem? A tak, tak, nie byłem, przepraszam, to tutaj się zgubiłem.

~~~Jednostki prenatalnie uszkodzone i podlegające grawitacji błądzenia.~~~

– No doprawdy, ja rozumiem różne rzeczy, ale co do tego chłopaka to nie, umywam ręce.

– Ot, jeszcze jeden, co puścił swoją przyszłość jak dzieciak papierowy okręt nurtem wiosennego ścieku.

<W pełni mobilny automat ze zniczami i z toaletą, pełniący wartę przy nagrobku Twoim i rodziny już za 33 zł za dobę!> Zajęczo-żuczo-wronia plaga na cmentarzach… Emeryci są przerażeni, a przy bramie sprzedają odstraszające trąbki i zaostrzone patyki. W dodatku ktoś po nocy chodzi pętlami w kółko i mówi, że czas się skończył. Rozbuchane źrenice, panie posterunkowy, wytrąbić się diabła nie da, ale coś z tym zrobić trzeba, psy ujadają.

– Nie wyglądało jakbyś miał zamiar zejść z tamtych torów. Kazałeś mi się zawrócić, byłeś kulturalny, ale… pić trzeba umieć.

– Siooostrooo, szpryyyycaaaaa!

– Zacznijmy od tego, że zgubiłeś wątek. Literatura ocala, a tam gdzie jej nie ma, nie potrzeba ocalenia. Ruszaj się! Raz, dwa, trzy! Musisz złapać rytm, a potem idzie już górki. Głuchoniemych i innych cichociemnych trzymamy w starym dworze.

Stary dwór miał aurę tanich detergentów, przeznaczonych jednakże do działania na obiekty psychiczne. Detergenty oraz insektycydy parapsychiczne to działka wyżej postawionych agentów, którzy od bliżej niesprecyzowanej demiurgicznej korporacji otrzymują niekiedy misje – takie, do wykonania których przydatne jest założenie rękawiczek.

To była doprawdy świąteczna wizytacja, ale gdy personel zaczął przestawiać meble i pacjentów, stwierdzono że nie ma obiektu odnotowanego na karcie jako legitymujący się nr. ___ dowodu osobistego.

– Halo? prosiłam o dowód, a co mi pan tu z tym podrobionym aktem zgonu jak psu z gęby!? Mam wezwać policję? A tą receptę zatrzymam!

– Nie ma potrzeby, już prawie go dopadli.

– Mieliśmy śmiecia w garści, już widziałem te rozkwitające siniaki.

– Panie funkcjonariuszu, ale proszę sobie przypomnieć – w którym dokładnie momencie stracił pan podejrzanego ostatni raz z widoku?

– O zobacz Lusia, a tu, widzisz, miał 9 latek i no spójrz jaki był słodki.

Gdy wszedł diler, Kantygerd zgodnie z poleceniem Popielnika skitrał się za ścianą.

– It’s because you’re Polish.

– A ty kim jesteś?

– Sądząc po tym jak brzmiał, cieszę się, że go nie widziałem.

Heroina z crackiem w ciasnej kuchni; tym razem bez towarzystwa dwulatka na rękach taty, czy gościa wyglądającego na regularnego pijaczka, co przy lepszym zapoznaniu okazał się dysponować iniekcyjną dostępnością li jedynie pachwinówki… buh! Nie zdążając zagrodzić trasy przepływu strumyka krwi po ręce, oparł się o ścianę, osunął na brudny dywan, aż wszyscy święci brzechnęli.

– Pamiętaj, przyjaźń na całe życie; – jednak nie lubię go na tyle, abym chciał, żeby został, ale to hańba, co mu się przydarzyło.

Ostatniej nocy odnotowano nagły wzrost śmiertelności wśród cukrzyków. Podejrzewa się stado dzików, ale służby drogowe zostały przytłoczone siarczystością tej zimy i pan leśniczy tłumaczył się, że na tej butelce nie było etykiety, nie wspominając już o trupiej czaszce, która w zamierzchłych czasach tak dobrze prezentowała się na czapkach, pierścieniach i naramiennikach pewnej formacji, którą być może pamiętały Stalingradzkie śniegi, nie w mniejszym stopniu zeszłowieczne. They Walked in Line… wzdłuż muru psychiatryka – w stronę chromatego słońca… coś zdrapuje aluminium z nieba.

– Panowie, ja chciałem widzieć podejrzanego, a co wy mi tu bałwana w celi pokazujecie?

– Ale no pod śniegiem, bóg mi świadkiem.

– Nareszcie rozumiem. Ukrył się pod śniegiem, skurwiel!

Zmiana tożsamości pomogła tymczasowo, miał kieszenie pełne niedopałków i cały plecak zerwanych i zgubionych wątków. Długo włóczył się po nieznanej sobie okolicy i rozwlekał te czarne taśmy po krzakach. Obijając się pomiędzy momentami i substancjami, gdy zapominał o sobie, zacinało się coś w nim coraz gorzej i coraz gorzej szukał wymówek do zmiany adresu, tak aby móc schwycić list od nieznanego nadawcy. Przestał w momencie, gdy zrozumiał, że zapomniano o nadaniu tego listu. Że oni sami cały czas go pisali.

Spalił tą pocztówkę. Przeładowanie wagonu. Następna stacja… następne życie.

– Przepraszamy za opóźnienia w podróży.

V

Pseudo-oświecenia dojrzewające poprzez sukcesywne gwałcenie świadomości nieodpartą ulgą, rozkoszą ślepą na rozkład, jak umysł ślepca przepełnia głucha toń. Psychoaktywne rytuały upadku. Mężczyzna, który jest sobą, więc każdym i nikim, przez rozżarzoną matrycę instynktów,  w czarną noc oddaje hołd łonu starej nierządnicy i wiedźmy. Ryt. Młoda kobieta, splamiona poprzez magnetyzm destruktywnego pożądania, zasypia odurzona i śni w czystym źródle niewinności.

Z księgi, którą cisza objęła na lata, przeklęta dłoń wydobywa szelest.

Rozpędzenie w zapomnieniu. Przeciąg, aż od drzwi odpada klamka. Brak gruntu. Karłowaty, cuchnący olejem silnikowym maszynista brutalnie szarpie awaryjny hamulec. A gdy więzień zamierał i gdy nie widział, przylazł on, widmowy komornik – zabił wadliwe drzwi dechami. Plomba.

Spomiędzy wymiarów, z opóźnieniem nadchodzi szarpnięcie pobudki. Jest ciemno i tak rażąco trzeźwo. Ze zgryzoty nie myślał nawet o szukaniu łomu. Po krótkiej szamotaninie duszącego bezruchu zaczął szarpać szorstkie deski zniszczonymi dłońmi i pokaleczył palce, ale bez tej zapalczywości, którą ożywiała w nim intoksykacja.

Zdziera skórzaną powłokę z głowy, odrywając włosy i strupy.

Czy to dlatego, że widywałeś ufność, albo obietnice w oczach innych, wydaje ci się, że ciągle jesteś czymś więcej niż tylko widmem, które sadystycznie, z oficjalnym milczeniem, zapomina się egzorcyzmować?

Luki w systemie uniwersalnego braku. To pułapka, w której tkwisz i nadzieja, która cię ożywia. Pozwalasz się nabrać, ale postrzegasz to, jakbyś sam był zwycięskim oszustem, przyczajonym aby wyczarować lukę w systemie, otworzyć w świetlicy klapę i po drabinie wyjść na zewnątrz, poza, gdzie powietrze jest rześko zimne i wietrzne prądy mówią o przewadze przestrzeni nad czasem.

Ale zawsze odzywa się smycz. Im bardziej, głębiej, żarliwiej kultywowałeś eskapizm – tym bardziej (po interwale nieobecności) odnajdywałeś swoje łachy zbrukane, ten organizm, który zrzuciłbyś jak kokon. Ale poczekaj, przepalone styki rejestrują błękit żył i tym razem się śmiejesz, bezgłośnie i okrutnie, jak gad.

Tryumf woli, bydlę, nad-pod-od-człowieku, diabli bękarcie błazna, purpurowy kłamco; będziesz cierpiał, krzyczał, śmiał się bardziej, bo ta przepaść nie ma dna i jak powyżej, tak poniżej.

A teraz: pokora. Tyk, tyk…