Wulkanaz – HaglaNaudizEisaz

cover

LP, Ætergap Productions, 2012

No i doczekali my się – kamrat Kumulonimbus, znany poniektórym z Tomhet, w końcu uraczył nas długograjem. Szwedzki wyziew wyłonił się z Chaosu cztery lata temu, od tego czasu solowy projekt wyżej wymienionego zdążył zatruć eter kilkoma nad wyraz zacnymi wydawnictwami, m.in. prześwietnym demem Kwetwan jah Dreuzaz, stanowiącym kwintesencję prymitywnej sieczki ku chwale Lokiego z bezkompromisowym, rokendrolowym zadziorem. Jak zatem prezentuje się album? Na wstępie słuchacz zostaje potraktowany króciutkim, klimatycznym intrem zawierającym rytualne zawodzenie ad maiorem chaos gloriam i kilkuminutową skandynawską przytupają, dając czas na otwarcie browara, wrzucenie paru muchomorów (achtunk! minister propagandy ostrzega: spożywanie amanity muskarii grozi potyczką z Choronzonem i wybiciem kosmicznych zębów) i nastrojenie psychicznych czułków na odbiór sygnałów od mateczki Gullveig, bowiem srogość jest blisko i nie bierze jeńców. Od trzeciego numeru możemy być pewni, że nalepka “zawiera dark germanic heathenism” jest całkiem na serio, już pierwsze dźwięki chłostają surowym brzmieniem, piwniczną perkusją i wkurwionymi wokalizami. Szybkie tempo utrzymane jest niemal przez całość albumu, zwalniając gdzieniegdzie by wpleść w kompozycje atmosferyczne wstawki – wycie wiatru, akustyczne przygrywki i ambientowe plumkanie do złudzenia przypominające niektóre wybryki wujaszka Varga. W przeciwieństwie do wielu kapel, które nieudolnie silą się na „atmosferyczność”, serwując absolutnie niestrawną papkę syntezatorów i klawiszy, stosunek klimatu do obłędnej rąbanki został na HNI doskonale zbalansowany – płyta nie nudzi i nie męczy słuchacza, wprowadzając go w berserkerski trans na bite trzydzieści jeden minut. Znakiem charakterystycznym tegoż wydawnictwa, jak i muzyki Wulkanaz w ogóle, jest nieokiełznana wściekłość, która wypełnia nawet przestrzeń między dźwiękami – to zew pierwotnej natury, dzikiej i przerażającej, z którą dane było słuchaczom obcować m.in. poprzez takie twory jak Arckanum czy Armagedda. Wulkanaz kontynuuje (nie)chlubną tradycję niszczenia kosmicznego ładu i robi to nad wyraz zajebiście, nie dając odbiorcy czasu na zastanowienie – tu nie ma miejsca na “JA” i jego igraszki, tu się napierdala.

Chaos reigns, i oby tak dalej.

~blaga

Advertisements

Plaga – Magia Gwiezdnej Entropii

plaga

cd 2013 Societas Oculorum Arcanorum

Pojedyncze są przypadki, kiedy tytuł płyty tak doskonale oddaje charakter jej treści i soniczną aurę. Najbardziej do tej pory epickie i melodyjne dzieło Plagi to- zaryzykuję- najwznioślejsza polska emanacja nurtu, którego insygnia dały się już poznać w takich formach jak (żeby poprzestać na tych zbliżonych muzycznie) szwedzkie Kaos Sacramentum, czy Svartrit. Tutaj wypada uprzedzić, że recenzję pisałem pod wpływem pierwszego zachwytu i w zw. z tym jest cokolwiek subiektywna.

Plaga pozostaje plagą jedyną w swoim rodzaju, pomimo zmiany stylu kompozytorskiego, specyfika dynamiki utworów czy po prostu siły rażenia, jest ta sama; a przecież ich poprzednie dzieła nie miały takiego stopnia pokrewieństwa z „Reinkaos” Dissection, czy może nawet… psychodelicznym rockiem.

Nie przypadkiem niejednokrotnie pojawia się tu inwokacja ZAZAS ZAZAS NASATANADA ZAZAS, co mówi chyba wszystko, a w każdym razie niezbędne minimum względem intencji stojącej za tą audialną mszą. Znaczna ilość wybornych solówek i generalnie wysoki stopień melodyjności kompozycji wywołują skojarzenie z niemieckim Chaos Invocation. Przestałem być wiernym słuchaczem Watain, ale bez cienia wątpienia diablim bękartom z obu ekip jest cokolwiek po drodze, zarówno ideowo, jak i muzycznie. Czytelność (przeważnie) polskich liryk i autentyzm, przekonanie w ich wykonaniu, stawiają „M.G.E” obok kultowego „Imperium” Arkony. Ideowo Plaga dalece transcenduje wspomniany tytuł – diabolicznie kompetentna muzyczna proklamacja antykosmicznego satanizmu.

~nichtig