Enteogeny

obudziłam się bez powiek.
usiadłam na brzegu naszej małej wanny
i płakałam.

sen pełen był ciernistych krzewów,
przez które przedzieraliśmy się
by dotrzeć na cmentarz
pełen nagrobków porośniętych mchem,
upstrzonych odchodami ptactwa.

zgubiłam cię tam,
zniknąłeś mi z widoku jak na taśmie w markecie
znika światło po zeskanowaniu
kodu z towaru.

odnalazłeś się, ale nie wiem,
czy przybrałeś postać trupa,
czy zjawy już będącej poza mną.
za daleko.

krzyże pokryte pajęczyną
migotały od czasu do czasu
w stroboskopie, rozpływając się,
tak jak ty przed chwilą,
przed wiecznością;
te rozbłyski mówiły mi,
że jednak jesteś, musisz żyć,
albo odrodzić
gdzieś głębiej i we mnie.

obudziłam się bez powiek
które widziałyby ciebie po staremu.
nastąpił ciąg odtworzeń, retrospektyw,
widm, pamiątek, czy upamiętnienia.
pamiętałam, by upamiętnić i ją.

czy to jest miłość, którą odprawiłeś?
to były dwie miłości,
które spoczywają teraz blisko siebie
w pokoju wiecznych wskrzeszeń.

z filmu, który oglądaliśmy,
kiedy jeszcze miałam powieki
i mogłam je zmrużyć, kiedy padły zdania:
didn’t she understand? there IS only life.
death doesn’t exist. –
zapamiętałam. prekluzja wzruszeń.

płacz w środku nocy.
– śnij dalej. tak już może być.

ciągle nie mam powiek.
cieknę.
to ogniwo pośrednie.
liczę spokój na minuty, godziny, miesiące.
poczułam się nowa i bezbronna jak embrion.
cały czas zajmuje mi wzrastanie, kształtowanie,
ból przyjścia na świat.

obudziłeś się, przy papierosie powiedziałeś,
że mnie kochasz. cieknę, choć powieka odrosła
i drży w swej pamięci

co czuła,
jakbyś wziął ze mną nie śmierć, a ślub.

GvS

a
źródło niewiadome
Advertisements

Jak muchomory zaniosły mnie do Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej – Leon Drzeftschyk

Ziemska matka namówiła. Pojechałem z nią do lasu. Ma tam fajny domek (nawet dwa) wokół którego rosną grzyby. Również święte grzyby. Postanowiła zebrać wszystkie, profańskie zjeść, a święte eksterminować. Próbowałem dzwonić po pomoc, ale nie odpowiedziano. W końcu 4 surowe kapelusze uratowały się w moim żołądku. Z począku nic. Gdy matka wróciła, poczułem się śpiący. Potem bełt, sen i pobudzenie na wieczór. Skłamałem, że to nie wina amanita muscaria, lecz russula emetica (Co byś na moim miejscu zrobił, Bravario? Nie ćpał, nie pił, nie kłamał, słuchał wszelkich wuac i liczył na „(s)EXTAZE” od Jezusa. A nie, to wg cb chyba też pogańtfo)

Drugie podejście. Amanita muscaria przemycona w koszyku między grzybami profańskimi. Ukryta na noc w szufladzie, rano przesuszona w 75 C, potem gotowana we wrzątku przez pół godźny. Po odcedzeniu otrzymujemy starożytną, lechicką zupę. Wypijam. Smak podoba się językowi, żołądkowi mniej. Ciało spoczywa na materacu, na zakurzonej podłodze, na warszafskim kwadracie, dusza zaś leci… na Plac Kim Ir Sena w Pyongyangu.

Tam, żołty kolektyw, robi miejsce dla swojego Wodza. Wódz jedzie w kilometrowej LeeMurzynie. Druga LeeMurzyna wiezie pulchną Trumpflę. Wszyscy śmieją się, cieszą, wogle hcą śę nafed zamieniść miejscami. Panóje Pokooy i Miuoość. Niestety wizja się kończy, a dusza wraca do ciała na kwadracie. Smutna Warszafka, smutna pogoda. Ale uświadamian sobie jedno – MIAŁEM WIZJĘ. WIZJĘ PRZYSZŁOŚCI! W TVN, po moim przebudzeniu, gadają o groźbach Trumpfli wobec Ludu Pracującego Korei. Może Trupmfla opamięta się? Inaczej może przyjść Haar-megidon ❤ Albo nie, katolstwo zapowiada że to jeszcze nie koniec, że teraz ma być Nowe Szurowiecze – tzw. Królestwo Maryi. Tak jak Pan Jezus powiedział.

korea23
il. katastrof wrzywąż

Narkoturystyka

Zapis uchwyconych klisz z przeplotu percepcji niekiedy dwojga-trojga politoxykomanów. Trzeci ten, co leci. Rzycie kaleczy, ale odurzenie nie leczy, 0t- zalecza, zamraża, ogrzewa. Paczcie, bo nie widzicie i lękajcie się nie!

Strona będzie stopniowo wzbogacana.

10897132_1582772978623255_3212771069909634976_n

kiedy anioły w dzień ostatni zadmą w trąby…

pompazgreda

pompka z krwią a’la koktajl truskawkowy, pozostawiona przez starego narkomana i włamywacza, posiadającego obsesję, że po strzale jego krew śmierdzi jak spalone szmaty

 

 

 

10641007_1516327158638207_4504742404789983796_n

próba uchwycenia efektów wizualnych 5-meo-mipt na przykładzie ściany w kiblu prlowskiego hostelu na nowej hótcie

tumblr_nihv2dkbph1tm5ooho1_540

POLSKA REPUBLIKA LUDOWA WIECZNIE RZYWA W ZWARZYWNIONYCH MÓZGACH, NA SŁUPACH, TRANZYSTORNIACH, BRUKACH, POMYJACH, SPOJRZENIACH – Pion Moralny

ksionrz

Murek przy kropelkach tj. punkcie poboru codziennego znieczulenia, państwowo reglamentowanego, państwowo podłego, udekorowany w zgodzie z hobby starej gwardii pacjentów programu, czyli traktowania się piwerkiem marki Ksionsz 9%

ludzkie kategorycznie szczury, z tym w związku zabrania się tuczenia wieprza

wsiąść w pociąg byle donikąd

1517429_1516304818640441_9108731141963293929_n

przemyślane logo, kto nie wjeban nigdy w makową zatratę, nie pojmie

decyzje, których nie było

Czy pod tą 2gą warstwą kryje się reptilianin? Wodzu, ah wodzu, gdzież ty? Mój litewski pradziad strzelał do księdza w obronie honoru marszałka Józefa, a Ty, Januszu, zakleszczyłeś się?

gazowania3

Zdj. strzelone z dachu gazowni w stolicy po uprzednim włamie – autor anonimowo skreślił pokrótki tekst to X U., kontakt zerwany

Wróżka ta cudna ratuje kościsty tyłek i moce żywotne, twórcze, fermento-siejcze, wszelakie, waszego nieszanownego redaktora.

szuk

 W poszukiwaniu farmacji czynnej 24/7; misja wykonana

pp

przygrzew czyni wygrzew

gzyp

Gzyp – psylocyb? Z aureolą do tego. Wszelako tym podobnych najwięcej uświadczy się w pewnym przykrym mieście polski klasy B/C.

 

KoMEndy braknąć nie może. Czem Polska stoi? Gnój we łbach, krajan krajana gnojem gnoi.

jaskinia

kontrast kontrastowi nierówny; wnętrze naszej jaskini

1517460_1522308081373448_7895926790800243783_n

Szpital Rydygiera nocą, czy jak w Das Riget von Triera fundamenty postawione na przeklętej ziemi? Wiary w to nie daję.

SOR nocą, śmiech synaps gdy z przemocą wyświetlają obraz na siatkówce oka

tumblr_ni95qfvByt1tm5ooho1_r1_1280

Montowanie – jak to jest się najlepszym w życiu w tym, co społeczeństfo uważa za najgorsze..

krew w wosku gorzeje fioletem

okien kolor taki, że aż oczy mniej bolą

Któż by pogardził drugim Czarnobylem?

Świąteczne choinki strojenie przez Frau Srokę

Amanitowa instalacja koło enceku w śniegu i w psychodelo-percepcji FrauS

(maurycy co muchomory na kształt szprycy, aż z głowy gomułki wysunęły się czułki)

10917374_1532879596982963_2498106230186745438_n

Wprawki do sztuki kolażu. Daj Pan kwasa, lufka pusta, korek po wódce już nie ciepły, że co w żyłach płynie tak ulotne bywa, o kwasa przeto wniosek ślę tam gdzie trzeba. “Wola niebios była taka, by zneuroreprogramować w nich co czas zepsował.”

Surtr Ferr Sunnam!

incipit abdukcja per spiritus psilocybum

j/w, tramvvaj nr 23

tumblr_nid3doHdSX1tm5ooho1_1280

większość z tzw. lewej ręki, sprzedam po złej woli, mózgopsujstwo czystego spirytu

10926400_1531337223803867_792869766205707774_n

w rozedgranych dłoniach głód /lub; ćpak co zazwycz na tak i za niego fstyd bo bydzie dyt

tryputeasyrider

w skromnym trybucie dla cmentarnej sceny w Easy Rider

Wyjaw!

Yule, ciule

pocztufka

Czasy ostatniemi rzyciem redaktur utrudzon, walka z systemem co to eteru jaźni oddanych duszę dyabłu zaprzedałych gnoi, depcze, mandatełe i karałe borze nieborze, zomo niewiadomo, wszelako zapewniam że pismo odżyje, a ja się wywinę, z pomocą Tyfona Seta i Wężowych Oczu, 23/93

P/S/S w międzybezczas możeta zerknąć oka kątem na tumblrełe co to z lubą prowadzim o tututu

Trzynastokrotny upadek wskroś dziewięciu grzybów

amanity

Znalazło mi się niedawno zasuszony kapelutek podczas remamentu piwnicy, stąd też i pomysł, aby przypomnieć relację z mojego najmocniejszego jak dotąd muchomorzenia; relacja jest dosyć sucha i rzeczowa, jednak – poprzez to wszystko co spamiętane między wierszami – mieści dla mnie w sobie ładunek nieopisywalnej niesamowitości. Rzecz działa się 4 lata temu, choć wrażenie jest jakby to było w poprzednim wcieleniu.

Wiąże się z tym poczucie odpowiedzialności. Tamtego roku razem z ś.p. lubą poczyniliśmy ogromne zbiory amanit. Pierwotnie przygotowywaliśmy wywary z niewielkich ilości zasuszonych uprzednio grzybów (ok. 3 sztuki na osobę). Było zimno i wilgotno, odcięto nam prąd, trunek indoariów przy blasku kradzionych zniczy przynosił błogość, wewnętrzne ciepło, subtelną dysocjację, w której paradoksalnie wzmagała się pozasłowna empatia. Pewnego razu jednak, gdy nie spędzałem nocy w domu, moja ś.p. połowica, powodowana kryzysem psychicznym i potrzebą introspekcji, sama skosztowała większej dawki, nie powiadamiając mnie o tym, ze świadomością że bym się na to nie zgodził. Doznała m.in. wizji wilków, z których gonitwy odczytała, że aby spełniło się moje „szczęście”, ona będzie musiała odejść w zaświaty. Nie przeceniam, ani nie bagatelizuję roli tego wydarzenia w późniejszej tragedii. Pragnę tu jedynie ostrzec przed częstowaniem muchomorowym suszem osób z tzw. zaburzeniami psychicznymi – jakkolwiek to, co się często określa tym mianem, jest właśnie czymś predysponującym do poszukiwania tego rodzaju doświadczeń. Rzecz się o tyle komplikuje, że tacy ludzie w obecnych czasach, choć dysponujący odpowiednimi potrzebami poznawczymi i instynktem, częstokrość są „uszkodzeni” dotychczasowym życiorysem i bez gruntownej, wytrwałej pracy wewnętrznej, intensywniejsza muchomorowa podróż mimo najlepszych intencji może się okazać raczej destruktywna, niż budująca.

Nie zmienia to faktu, że – choć tej jesieni nie będzie mi to dane (za parę dni instytucjonalizacja) – każdego następnego Samhainu, do końca mojego życia zamierzam komunikować się z duchami z pomocą muchomorowego wywaru.

uix

Czas przejść do właściwego zapisu podróży.

9 ususzonych naturalnie muchomorów czerwonych spożyłem samotnie w lesie. Początkowe efekty takie jak przy wywarach z mniejszej ilości suszu tj. dysocjatywna poprawa humoru, wyostrzenie zmysłów, zastrzyk energii, oraz naturalnie mdłości – choć ku mojemu zdziwieniu bez spawania. Już po ok. 20 minutach pierwsza halucynacja słuchowa – wzmocniony odgłos przytłumionego bicia serca dobiegający jakby spod ziemi. Równie dobrze mógłbym to opisać jako dźwięk podziemnego bębna, głębokie łupnięcie odczuwalne zarazem z wewnątrz. To był pierwszy raz, kiedy je usłyszałem, z czasem wróciło do mnie w paru innych magicznych momentach, na innych enteogenach, ale również na trzeźwo – zawsze intuicyjne odbierałem to jako oznakę obecności powiązanych ze mną duchów / demonów. Z czasem następowało coraz większe oddzielenie od więzi z własną osobą, jak również zanik tego podłego posmaku związanego ze świadomością bycia zamkniętym w tzw. rzeczywistości – przechodząc w coś na kształt wrażenia znajdowania się na polu jakiejś pozbawionej praw zabawy.

Pobyt na leśnej ambonie, spotkanie z jakimś furiatem w lesie (facet stał na skraju wycinki z flaszką w ręku i furiacko miotał przekleństwa), wyjście na pole, czołganie się w gęstwie młodnika sosnowego za kolejnymi kapeluszami. Następnie napad senności, położyłem się wśród drzew, ale w zaśnięciu skutecznie przeszkadzało mi zimno. Po jakimś czasie zerwałem się na dźwięk kroków jakiejś grzybiarki.

am2

Od tej pory było już intensywniej – przy zamkniętych oczach “widziałem” szybko przybliżającą się ciemność, tudzież jakbym pędził wgłąb ciemności. Gdy szedłem z opuszczonymi powiekami, chód plątał mi się do stopnia stawiającego pod znakiem zapytania skuteczność dalszego marszu. Szedłem nie jak pijany, ale spiralną trasą. Jeszcze leżąc miałem lekkie hipnagogi (obrazy pojawiają się jako mignięcia), z których wynikał wyraźny nakaz podążenia dokądś, gdzie możliwe będzie zaśnięcie. Było już ciemno, więc zrezygnowałem z prób rozpalenia ogniska i z lekkimi wątpliwościami, co do słuszności tego zamiaru (obiecałem sobie nie wylądować na szpitalnym płukaniu żołądka) podążyłem w stronę miasta. Widok pierwszego przechodnia był cokolwiek ciężki w odczuciu, z uwagi na przekonanie o stanowieniu obcego gatunku, ale jeszcze jako tako się trzymałem. Po drodze na przystanek parokrotnie upuściłem papierosa (paliłem dużo i mechanicznie – nie czułem prawie tytoniu, ale pomagało się to skupić) – co miało się powtarzać aż do końca tripu.

Usiadłem na końcu prawie że pustego autobusu, nie mogłem skojarzyć ulic i od tej pory zacząłem doświadczać powtarzających się co chwilę sekundowych impulsów, które fizycznie objawiały się drgnięciem, a mentalnie – dziurami w świadomości, depersonalizacją, utratą samolokalizacji w czasie i przestrzeni. Do tego wpadłem w tok myślowy, który polegał na stopniowaniu słowa “jestem” – wyprowadzałem je od dowolnego orzeczenia i podnosiłem do kwadratu. W momencie gdy orzeczeniem stałem się ja sam, poczułem mrówki na mózgu, bo dopiero w pełni odczułem, co oznacza solipsystyczna idea bycia kimś przez samego siebie ustanowionym i wymyślonym. Krótko potem zagubiłem się całkowicie i ocknąłem się w autobusie stojącym na przystanku końcowym.

Wszystkie drzwi były zamknięte. Przeszedłem do kierowcy, a ten wypuścił mnie z jakimś brzydkim komentarzem. Okazało się, że przejechałem dwukrotnie całą
trasę empeka. Spróbowałem się więc jakoś skupić na tzw. rzeczywistości i po dłuższym czasie z trudem dotarłem do mieszkania. Tu impulsy objawiały się już szybkimi ruchami rękoma, tak że upuszczałem cokolwiek schwyciłem.

Partnerka, zauważywszy w jakim znajduję się stanie, w popłochu opuściłą mieszkanie. Gdy się położyłem, senność była już słabsza niż poprzednio, za to hipnagogi intensywniejsze. Tym razem reguły zabawy, w której byłem obiektem żartów amanit, polegały na przekazaniu mi feralności podwójnej trzynastki (przed wyprawą wyszedłem na empek o 13:13). Widziałem raz po raz spadającego w ciemności osobnika, który uderzał dłonią w określone punkty przestrzeni. Tych punktów było trzy i wszystkie znajdowały się na czarnej posadzce kuchni. Byłem tak kompletnie zaabsorbowany tą głupotą, że uznałem to za określony rytuał, który znajdzie dopełnienie tylko jeśli dopilnuję szczegółów i pozaznaczam te punkty trzynastokrotnie na podłodze. Czułem nawet pieczenie dłoni na skutek teoretycznego trzynastokrotnego upadku. Jednocześnie, choć połowicznie utożsamiałem się z tym, kto spadał, wiedziałem, że to zarazem ktoś inny, i że jeśli rytuał się dopełni, ten ktoś umrze. Im bardziej się na tym skupiałem, tym silniejsze robiły się mdłości, w wyniku czego puściłem dwa malownicze pawie przez balkon (po 4 h od zażycia). Potem już popadałem z powrotem w tzw. rzeczywistość, jak i w rezygnację związaną z przeświadczeniem, że pomyliłem coś w rytuale. Wypiłem piwo, próbowałem coś poklikać (sprawne pisanie na klawiaturze było niewykonalne). Nie pamiętam kiedy zasnąłem.

Summa sumarum, moim zdaniem nie ma sensu sięgać po większe dawki amanit bez odpowiedniego zewnętrznego i wewnętrznego przygotowania, w przeciwnym razie kończy się to ciekawym, ale głupawym delirium, a nie “mistyczną wyprawą na drugą stronę”. Nie mam póki co kompetencji, by udzielać wskazówek względem takowego przygotowania, ale bez wątpienia pomocne będą praktyki z kręgu buddyzmu/tantry/szamanizmu.