Piotr Misiorowski – TAJEMNICA JEST WSZYSTKIM

Oddaj mi Czarną Gwiazdę, panie Diable.jpg
Oddaj mi Czarną Gwiazdę, panie Diable

Wyznajesz Lucyfera?

Nie, ja jestem nihilistą w duchu U.G. Krishnamurtiego. Lucyfer to mój patron jako artysty, bo wg. niektórych jego alternatywne dzieło stworzenia to utopia, nie-rzeczywistość do której można uciec przed realnym światem a więc i sztuka wchodzi w ten zakres. Zaczął się u mnie pojawiać jako Androgyn i zastanawiałem się nad znaczeniem jego obecności. Aż kiedyś posłuchałem wykładu Prokopiuka i BĘC!, ułożyło mi się to w ciekawe wyjaśnienie. Nieźle mnie za niego prześladowali chrześcijanie i jeden Żyd w necie. 😛

Trzymam przed sobą nadgryzioną zębem czasu ksiażeczkę, to jest znany w wielu kręgach zbiór rysunków i szkiców poetyckich Witkacego. Nie powiem, ta pozycja potrafi człowiekowi poprawić humor. Jaki masz stosunek do w/w Pana? Nie sądzisz, że w Twoich pracach występuje pewne podobieństwo? Mam na myśli – momentami – podobną technikę rysunku.

Tak sobie przeglądam jego prace… Dawno temu miałem album Witkacego, ale to było tak dalekie od moich ówczesnych umiejętności, że nawet nie próbowałem wtedy się na nim wzorować. Co ciekawe, dziś widzę w jego pracach wiele wspólnych cech z A. O. Spare’m, do którego bym się porównał o wiele szybciej i chętniej, chociaż podstawą mojego stylu są komiksy, jakie dostępne były w latach 80-tych i 90-tych – Rosiński, Manara, Loisel. Potem uczyłem się koloru podpatrując Balthusa i Hoppera. A.O.S. pojawił się dużo później i stanowił dla mnie duże zaskoczenie – odnalazłem podobne zanurzenie w nie-światach, ukazywanie tego, co staje się ze świadomością, gdy ta się rozpływa jak dym. Witkacy, by uzyskać stan rozpadu realności, używał narkotyków, gdy ja używam bardziej surrealistycznych technik: rysunku i pisma automatycznego, rozpraszania uwagi (rysując podczas oglądania ciekawych filmów), rysowania z zamkniętymi oczami, lewą ręką, w zaciemnionym pokoju, itd.

Odsłonięcie
Odsłonięcie

Czym lub kim są zmysłowe, nagie… no właśnie, boginie? sukkubice? anioły? Przeważają one w Twoich pracach i zwykle przedstawiane są na pierwszym planie, niczym divy pełniące główną rolę w przedstawieniu. Kiedy zacząłeś je rysować? Dlaczego poświęcasz im tyle uwagi?

Dla mnie sztuka jest albo zapisywaniem i przekazywaniem energii psychicznych autora bądź energii idei (wtedy twórca staje się medium), albo badaniem piękna. W tym drugim przypadku wytworzyłem własny kanon ukazywania kobiecego ciała, bo uważam je za najmocniej zamieszane w sferę piękna. Te postacie są więc kroplami drążącymi skałę rzeczywistości, by rozsadzić ją i zwyciężyć. Jednak dążenie do przedstawienia idealnego piękna nigdy się nie kończy, ponieważ jako istota niedoskonała nie mam kompetencji, by dokonać takiego wyczynu. Tym niemniej machina się kręci i powstają kolejne wizje pełne uwielbienia dla Bogini (nieco religijnie rzecz ujmując).

Wobec tego czy za Boginię uznajesz Babalon? To by się nie zgadzało z wizerunkami na Twoich obrazach, bo ta zwykle bywa przedstawiana inaczej, a w każdym razie gęste płomieniste włosy są tu kanonem.

Nie podchodzę do tego dogmatycznie. To jest po prostu kobiecość ubóstwiona. Można uznać te rysunki za pewną formę modlitwy, rozmowy z tym, co wyższe. Nie jest to jednak jakiś konkretny nurt – Thelema, Wicca albo kult Kali, choć w nich ten rodzaj fascynacji kobiecością jest obecny i stąd pojawianie się pewnych motywów z tych rejonów w moich pracach. Moja wyobraźnia, czy może raczej podświadomość, przypomina wielki mikser, w którym wszystko miesza się ze sobą, dlatego moje rysunki są ucieczką od konkretów w rejony nieoznaczonego, niejednoznacznego, nierealistycznego.

SAA HETET ARV
SAA HETET ARV

Czy praktykowałeś kiedyś magiję, tj. czy wykorzystywałeś sigile w sposób inny niż umiejscawiając je na rysunkach, lub też odprawiałeś jakiekolwiek rytuały?

Frater Achad to był mag – ja nigdy nie uważałem się za takowego, raczej inni tak o mnie myśleli czy też myślą, co wynika z mojej słabości do ukazywania w mojej sztuce magicznej wizji świata. Dla mnie to jest jak wielka misa z cukierkami, w której mieszam i wyciągam kolejne smakołyki. A właściwie to one same wyskakują, bowiem moje rysunki w większości przypadków nie są planowane, ja zasadniczo stawiam kreski a to, co z nich powstaje, jest dla mnie tajemnicą póki nie ukończę transu. Czasem czuję się jak medium. Najmocniej widoczne to było w komiksach Labirynt i Himalandramandoni, gdzie bardzo mocno czuć energię Nurtu 93. Dużo czytałem wówczas thelemicznych tekstów, ale nie w celu zostania thelemitą czy magiem, ale właśnie, by poczuć i pozwolić tej energii zamanifestować się w tych pracach. Mówiąc prościej – szukałem inspiracji.
Tylko raz zrobiłem coś, co można by nazwać działaniem magicznym – gdy stworzyłem sigil, który miał mnie uzdrowić. Wówczas było już ze mną raczej kiepsko, nie jadłem, ledwo miałem siły wstać z łóżka i nagrywać głupie piosenki (w tamtym czasie zajmowałem się głównie byciem klaunem). No i wkrótce potem w jakiejś szmatławej gazecie przeczytałem artykuł, który pozwolił mi zdiagnozować siebie, przejść na dietę i żyć następne 15 lat, tym razem jako grubas. Gdyby nie to, pożyłbym może ze dwa lata. Do dziś się zastanawiam, na ile to był przypadek a na ile zaktywizowałem owym sigilem moją intuicję. Poza tym wyjątkiem, uzasadnionym autentyczną potrzebą, nie zwykłem uprawiać magii ani rytuałów i nie nazwałbym siebie osobą zaangażowaną w magię. Raczej staram się wygaszać pragnienia niż je afirmować, przekonany jestem bowiem o daremności oraz iluzoryczności wszystkiego, co mogę nazwać i poczuć. Rysowanie pozwala mi nie tyle wzmagać pragnienia, co je rozwiewać, gdyż wchodzę wówczas w trans, obszar pomiędzy świadomością i nieświadomością. Twórczość jest dla mnie balansowaniem pomiędzy tymi stanami. Ale robię to zazwyczaj by się oswobodzić z myśli i pragnień, nie by je spełniać.

W tych ostatnich słowach wypisz-wymaluj zawarłeś esencję podążania ścieżką Prawdziwej Woli. Nie zajmujesz się więc stricte praktykowaniem, ale całym swoim życiem (i twórczością) dajesz dowód temu, że jednak doktryną – w sposób być może nieświadomy – przesiąkłeś, przy tym kontekst Twojej sztuki sam się narzuca. Czy nie uważasz jednak, że przy odpowiednim natężeniu woli potrzebnym do aktualnej praktyki, mógłbyś uzyskać w życiu i sztuce jeszcze lepsze rezultaty?

Nie wiem, szczerze mówiąc. Artyści słabo się nadają do takich rzeczy. Zaraz im odbija. Za cienka kolumna. Wysoka, ale cienka.

13307400_1221633271210131_1043507487947022575_n

W rozmowie prywatnej powiedziałeś, że jesteś zwyczajny. Czy to nie nadmierna skromność? “Zwyczajni” ludzie nie mają pasji, nie mówiąc już o talentach takich, jak Ty. Czym przejawia się ta Twoja “zwyczajność”? Co robisz, kiedy nie zajmujesz się tworzeniem?

No właśnie poza rysowaniem nic szczególnego nie robię. Oglądam filmy, gram w Tetrisa, złorzeczę światu.

Jakie preferujesz zatem filmy? Muzykę? Czy dają Ci inspirację do tworzenia czy traktujesz je bardziej jako odskocznię, po to, by się “wyczilować”?

Lubię filmy, które kreują alternatywne światy i wciągają w nie umysł widza. Wszystko, co pozwala oderwać się od rzeczywistości. Klasyki takie jak “Siedem”, “Ojciec chrzestny”, “Chłopcy z ferajny”, “Gwiezdne wojny”, “Dziecko Rosemary” a ostatnio obie części “Obecności”,  1 sezon “True Detective” i “Brawl in Cell Block 99”. Często jednocześnie rysuję i oglądam, co daje ciekawe efekty, gdy mózg musi dzielić uwagę jednocześnie na bycie odbiorcą i twórcą.

Sukkubus.jpg
Sukkubus

Winszuję gustu. “True Detective” to zaiste obowiązkowa pozycja. Ścieżka dźwiękowa do tegoż również robi robotę. Czy oglądałeś coś Lyncha? Miałeś styczność z kultowym “Miasteczkiem Twin Peaks”? Serial powrócił po 20 latach z nowym, 3 sezonem i moim skromnym zdaniem wymiata całą kinematografię XXI wieku, także radziłabym się jednak zapoznać.

Pamiętam, że początkowo byłem wielkim fanem Miasteczka, ale potem mnie wkurzał nadmiar wątków i zbyt odlotowe motywy. Ale wtedy chodziłem do podstawówki. Nowych sezonów nie oglądałem, może kiedyś się za nie zabiorę.

Znasz malarstwo Hansa Bellmera, współpracownika i przyjaciela Georgesa Bataillle’a? Pytam, bo “Sukkubus” pokazuje, że sprawdziłbyś się też w takiej rozbuchanej “erotycznej” kresce.

Idealnie trafiłeś, on na mnie wywarł nawet większy wpływ, niż AOS, bo podobieństwa do tego drugiego odkryłem dopiero po fakcie – wcześniej Spare`a jakoś go unikałem i właściwie nie znałem jego twórczości. Natomiast rysunki Bellmera uwielbiam, przy czym jego erotyczne obsesje mało mnie obchodzą, zawsze liczyła się dla mnie jego kreska – piękna, wyszukana, niemal idealna.

Myślę, że pod jego wpływem zacząłem stosować przenikanie się postaci, jakiś taki rozpad form, wychodzenie poza ramy przedstawiania ciał kreskami – zaczęły się przenikać z innymi strukturami, nie wiadomo, czy tłem, czy istotami ze snu, z symbolicznym lub automatycznym pismem. W końcu wszystko stało się pismem – np. w komiksie Himalandramandoni kilka pierwszych plansz przedstawia postać Oramisa, którego ciało układa się w słowo KRICCA. Wtedy było ono dla mnie istotne, o ile pamiętam. Ciągle wymyślałem sobie dziwne słowa, które w kółko powtarzałem.
tutaj widać literkę K.

Czy kiedykolwiek próbowałeś tworzyć pod wpływem substancji zmieniających świadomość?

Nie, bo nawet picie wina zakłóca mechanizm, który wypracowałem przez kilkadziesiąt lat zajmowania się sztuką. Myślę, że sekret polega na przeskakiwaniu z nieświadomości w świadomość. To jest jak ciągłe wchodzenie w krótkie stany transu, pozwalanie, by kreski i motywy jakie tworzą, pojawiały się niejako same a potem – już w stanie zwiększonej świadomości, dokonywanie osądu i korekcji – nadawanie kierunku, w którym zmierza przedstawienie. Tylko, że u mnie dzieje się to naturalnie. Oszałamianie się jakimikolwiek substancjami uniemożliwia wykorzystywanie logiki, więc musiałbym potem czekać, aż mózg by wrócił do normy, aby sensownie ocenić sytuację. U mnie się to nie sprawdza, zaś alternatywne do używek sposoby postępowania opisałem już przy pytaniu o Witkacego.

Kot łowny marsjański
Kot łowny marsjański

Czy kiedykolwiek rozważałeś współpracę z pismem Transwizje?

Jeśli chodzi o jakąkolwiek współpracę, to ja jestem bardzo trudny w tym sensie, że nie robię prac na zlecenie – to automatycznie zabija we mnie kreatywność i cały mechanizm tworzenia mi się zacina. Oczywiście mowa o rysowaniu, jakiekolwiek moje pisanie nie ma sensu – na to jestem po prostu za głupi. Ale jeśli Transwizje chciałyby użyć jakichś moich prac już powstałych, to oczywiście nie widzę przeciwwskazań. Jedynym problemem może być odnalezienie prac w dużej rozdzielczości – mam ich tysiące na dyskach i ciężko się szuka konkretnego rysunku. Inna rzecz to moja aspołeczność – to nie są czcze przechwałki, naprawdę taki jestem. Nienawidzę się wyświetlać, udostępniam moje prace niejako wbrew sobie, bo uważam, że zasługują na to, by ludzie mogli je oglądać. Jestem im to winien. Tzn. pracom, nie ludziom, ale co jakiś czas po prostu znikam, by już zupełnie z nikim nie gadać. Ten wywiad to wyżyny mojej społecznej aktywności. Bycie aspołecznym fobikiem jest jednocześnie koszmarne i zabawne. Trzeba widzieć, co ja wyczyniam karmiąc kota, żeby uniknąć dotykania go, gdy ten za wszelką cenę chce się o mnie ocierać.

Czy malując stymulujesz się w jakiś sposób muzyką, czy też preferujesz transowe stany uzyskiwane w ciszy? I czy malarski trans poprzedzasz medytacją/wizualizacją? Na Twoim profilu widzę linki do twórczości Davida Tibeta z C93. Jest to dla Ciebie nośnik inspiracji, tematyka poruszana przez Davida jest bliska Twojej ideologii, a może po prostu słuchasz bo Current to Current i zaiste dobry jest?

Uwielbiam D. Tibeta i C93. Nikt nie ma takiego głosu jak on. Muzyki częściej słucham już po zeskanowaniu rysunku, podczas opracowywania kolorów na Photoshopie. Może to być cokolwiek, bylebym lubił: Jane`s Addiction, The Mars Volta, Graham Bond, Led Zeppelin, Current 93, Death in June, Dissection, Fiona Apple, The Tea Party, Wendy Rule, Rush… Ostatnio najczęściej rysuję oglądając filmy. Często po charakterze kreski widać czy akurat oglądałem horror czy komedię. Lubię też słuchać wtedy audiobooków, np. kanału Tchnienie Grozy na UT. Bardzo lubię ciszę, ale dziś cisza jest towarem luksusowym. Temat wizualizacji czy po prostu marzeń, wyświetlania sobie w głowie własnych filmów, to oddzielna sprawa. Zazwyczaj rysowanie samo w sobie jest dla mnie wystarczająco transogenne, zaczynam kreskować i już po minucie jestem w innym stanie świadomości. Wizualizacje zajmują mi o wiele więcej czasu i są łatwiejsze, tzn. widzę miasto czy fantastyczne krajobrazy, bo tak sobie życzę, natomiast pokazać to w formie rysunku oznacza długą i mozolną pracę, nie zawsze zakończoną sukcesem. Dlatego bardzo rzadko rysuję wiedząc, co rysuję. Są to pewne kanony postaci, motywy, które się powtarzają, ale to wszystko jest tajemnicą aż do końca rysowania. Więc to raczej odkrywanie a nie przedstawianie tego, co już widziałem.

Czerwony Kapturek.jpg
Czerwony kapturek

Czy zawartym na rysunkach sigilach nadajesz określoną intencję, bo raczej ich nie aktywizujesz?

Rzadko sigile, które zamieszczam w pracach są, jak napisałaś, “aktywne”. Nazywam je często pseudosigilami, bo powstają na zasadzie pisma automatycznego, stanowiąc tajemniczy język, którego treści nie znam, a Tajemnica jest wszystkim.

tumblr_nz1wc5eCqs1rlfkvbo1_1280
Kto pszczółkom miodek podkrada?

Więcej prac na profilu artysty: misior.tumblr.com / Misior Cudak FB

komiksy P.M.: Himalandramandoni | Labirynt

wywiad przeprowadziła GvS z pomocą katastrofa

Advertisements

vyviad z Krvavym

krv avatar.png
Logo – aut. Krvavy

1. Niewątpliwie jesteś poszukiwaczem Poznania. Czy znasz heretyckie, gnostyczne lub magiczne doktryny (jak Thelema czy Temple of Set), ktore odwołują sie do konkretnych dawców Poznania? W razie co chętnie podziele się lekturą.

Zdecydowanie wątpliwie, bo niczego pewny nie jestem. I z tym Poznaniem to ciężko, bo w zasadzie to nigdy w nim nie byłem- ale skoro wiem, gdzie leży na mapie, to cóż by to były za poszukiwania? Poszukiwacz-oszukiwacz, a ja tu bardziej ten wędrowiec-tułacz (ewentualnie tamłacz, bo tam jest tu i tak).

Nie znam żadnych doktryn, to zupełnie nie moja bajka. Z bajań interesowały mnie zawsze księgi źródła jak Pismo Święte, którego interpretacji uczyli mnie jeszcze liczni ewangeliczni.

Poza tym to miłe, że w Poznaniu jest tylu dawców. Wersja antynatalistyczna: a tak naprawdę to nie.

2. Kiedy posłuchamy całego Tragikosmosu?

Całego to nie wiem, pewnie nigdy, ale moja część będzie gotowa, gdy się spożyje przedpokój. Nadejdzie pora.

3. Jaki jest Twój stosunek do wielkiego Polaka JP2 i katastrofy smoleńskiej?

Umarł. Umarli.

Szkic Kościelnica
rys. Krvavy – Szkic Kościelnica

4. Moim zdaniem Twoje liryki świadczą o tym, że przynajmniej od czasu do czasu poszerzasz sobie świadomość. Nie mylę się aby?

Poszerzam głównie biceps i triceps, bo ciężko bez tego wspinać się na szczyty rozpaczy. Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach, więc gonię te wektory. Góra, dół. Szczyt, depresja. Czyt. presja. Nie znam się na alchemii. Kiedy ktoś mówi, ze trzeba w życiu wszystkiego spróbować, myślę raczej o fizyce kwantowej albo pierwszym wejściu na Rysy zimą, nago i z rowerem na plecach.

Otchlań
Otchłań – aut. Krvavy

5. Nie poruszasz – w przeciwieństwie do 303 – takiej tematyki w tekstach, zatem pytanie: Jak zapatrujesz się na kwestie społeczno-polityczne? Czyżbyś też rad ujrzał, jak obecny system trawią płomienie?

Zgadza się, nie poruszam. Czasem w czasie przeszłym.

W kwestiach społecznych często się poszarzam, acz nie radykalizowałbym się, wszak Trzygław. Ale jest to jakiś ważny pierwiastek w osobistej tablicy Mendelejewa.

Co do kwestii politycznych to zapewne bliżej mi do fiordów, choć z chęcią poszedłbym oczyścić umysł i ciało w saunie. A poza tym to państwo polskie istnieje tylko teoretycznie.

6. Zapewne znasz się z 303. Również jestem pod dużym wrażeniem jego szorstkich, socjopatycznych konstatacji. Powiesz coś o nim jako o osobie?

Jego twórczość była dla mnie szczególnie ważna, gdy byłem bardziej biorcą, niż dawcą. Potem zaczęliśmy razem grać koncerty, a co za tym idzie, spędzać wiele czasu na knowaniach przeciwko światu, aż wreszcie proporcje się wyrównały i staliśmy się dla siebie równorzędnymi partnerami w muzyce i rozmowie. Myślę, że ten moment jest widoczny w naszej twórczości, gdy pewne elementy zaczęły się przenikać.

Nie była to często łatwa relacja, ale czego oczekiwać po osobie, która tworzy tak trudną muzykę. Prawdopodobnie wielość negatywnych opinii na jego temat wynika z błędnych, początkowych wyobrażeń i założeń dotyczących jego osoby, tak jakby ludzie nie potrafili wyciągnąć wniosków z muzyki i jego własnych słów.

U mnie bywa podobnie, co bawi i irytuje zarazem- ludzie oczekują łatwości w odbiorze, tak jakby nigdy naprawdę nie słuchali tej muzyki.

To bardzo ciekawy człowiek, który często w życiu się gubił, ale wychodzi na to, że zdołał się już odnaleźć i życzę mu pozostania w takim stanie.

7. W Vyrh muszę się wsłuchać przez słuchawki, ale to mnóstwo interesujący projekt. Planujesz jeszcze jakoś go rozwinąć?

Zależy co masz na myśli, ale projekt ten w różne drogi prowadzi. Majestat był muzyczną ilustracją tragedii górskich, Alpinihilizm nadętą, pełną patosu parodią samego siebie, a przede wszystkim świetną zabawą muzyczną. Przy żadnym projekcie nie spędziłem wcześniej tak wiele czasu, co zaowocowało jabłkiem z drzewa pierworodnego. Zima zaś jest hipnagogiczną opowieścią, wspartą dźwiękowo przez jedno dno z moich największych odkryć, jakim jest ASMR. Każda płyta jest czymś zupełnie innym i nie wiem czy to rozwój, ale na pewno jakieś zakładanie śladu.

Projekt traktuję zupełnie inaczej niż Krvavego, więc mam tutaj tak naprawdę nieco większe pole do nocnych manewrów. Krvavy zaczął sam siebie bardzo ograniczać, a jego idea została mocno wyeksploatowana. Planuję kontynuować to, co działo się w Majestacie, pod roboczym tytułem “Zawał skalny i mięśnia sercowego”.

Baranek Boży Apokalipsa
Baranek Boży Apokalipsa – aut. Krvavy

8. Transgresujesz dalece etos rapu ludzi ulicy. Ale jesteś tego rzecz jasna świadomy, więc żadne to pytanie.

Ciekawie ujęte w sidła znaczeń.

9. Na ile bliska jest Ci myśl Emila Ciorana? Osobiście kiedyś byłem nieomal jej wyznawcą, tymczasem obecnie śmieszy mnie i brzydzi ciut jego skrajne czarnowidztwo.

Zależy która myśl. Trochę ich miał. Jeśli chodzi o ogólną filozofię to tak, jest mi dość bliska, ale oczywiście nie w pełni (w pustni). Tak się nie da i nie ma co popadać w fanatyzm wyznawczy.

10. Czyżbyś był zwolennikiem Straight Edge?

*aplikuje taurynę i melatoninę* co?

Tak jak mówiłem- nie popadajmy w skrajności. Prócz czerni i bieli mamy niezwykle szerokie spektrum szarości. Poza tym- po co od razu wszystko wkładać w pudełko definicji, klasyfikacji.

krvdnogory

11. Czy w jakiejkolwiek mierze inspiruje Cię kino? Jacy są Twoi ulubieni reżyserowie, poza – jak mniemam – Larsem von Trierem (chyba, że to pochopne mniemanie)?

Zależy do czego inspiruje. W tekstach mam wiele odniesień kulturowych, w tym do kinematografii, a więc utwory same odpowiadają na te pytanie. Czy te  odniesienia znajdziesz (znajdziecie), czy też nie- to wasza sprawa.

Ciężko mi mówić o lubieniu całej twórczości danego reżysera, bo niektórzy są dla mnie ‘reżyserami jednego filmu’ jak na przykład Nicolas Winding Refn (Valhalla Rising) lub Antti-Jussi Annila (Sauna). Lars Von Trier broni się Dogmą i wyrobionym, wręcz do przesady, stylem. Yorgos Lanthimos nie zaliczył chyba jak dotąd żadnego słabszego filmu, ale to też kwestia tego, że nie nakręcił ich wiele.  Wtopy zdarzały się nawet mistrzowi Adriejowi Tarkowskiemu (Stalker, Nostalgia, Zwierciadło)- mowa tu oczywiście o Solaris, o który tak wadzili się z Lemem. A skoro jesteśmy już w Polsce to z twórców ojczystych- Krzysztof Zanussi (bo Spirala, bo Constans), Witold Leszczyński (Siekierezada, Konopielka), Jerzy Kawalerowicz (Matka Joanna od Aniołów, Pociąg), Tadeusz Konwicki (Salto), Andrzej Żuławski (Diabeł, Trzecia część nocy), Piotr Szulkin (Golem, Obi-Oba: Koniec cywilizacji, Ga-Ga: Chwała bohaterom). No i Jerzy Surdel (Trylogia Tatrzańska).

12 (?). Co do Refna, to mocna jest też trylogia Pusher. Dzięki za masę tytułów wartych obadania. Diabeł i 3cia część nocy kvlt. Od siebie poleciłbym starsze dzieła Herzoga, filmy Gaspara Noego, “Teoremat” Pasoliniego, kino Jorga Buttgereita, czy “Clean, Shaven”.

Pusher to już nie moje ‘klimaty’. Do Herzoga miałem kilka podejść i mam dużo trudności.

13. Pozwolę sobie zapytać jak się do tego odniesiesz: W chwilach wytrącenia z równowagi jawi mi się, że moja natura w konflikcie z zabierającymi przestrzeń życiową mięsożercami, zgrzyta jak wytrącony pociąg na szynach, albo kosa Exu – bowiem postrzegana jest niby bycie szkodnikiem; tak są zmumifikowani przez katolicką pokutliwość i wiernopoddańczość nakazom moralnym ślepca.

Odniosę talerz do zlewu. I kubek, bo zostały fusy z herbaty na dnie.

https://www.instagram.com/krvavyrh/

http://krvavyrap.8merch.com/

KRVAVY 27.IV.2017 – pyt. katastrof

Vomit Orchestra (Nod, ex-Vrolok) – wywiad

unnamed (2)

/ENGLISH VERSION OF THE INTERVIEW BELOVV the polish one/

/Minęło doprawdy sporo czasu od aktywności muzycznej D., jak również przeprowadzenia wywiadu, do publikacji, ale było warto – to najlepszy wywiad, w jakim miałem przyjemność przysłowiowo maczać palce. Angielska wersja powinna zostać opublikowana na Santa Sangre magazine, w międzyczasie zaś dodano kilka dodatkowych pytań koncentrujących się raczej na muzyce samej w sobie, niż wszelakich ideach i inszych pierdoletach.

Muzyka Vomit Orchestra była mi osobiście bardzo częstym towarzyszem przez lata, w różnych stanach psyche i świadomości – pod tym względem z Eptirconvellere mam jeszcze masę do nadrobienia i prędzej czy później to nastąpi, bo album jest bliski niesamowitości, o czym radzę się przekonać – bądź zwyczajnie nabrać zdania – samemu. Tymczasem zapraszam do lektury i zaręczam, że nie będzie należeć do przewidywalnych, ani nudnych. /

WEWNĘTRZNE ŚWIATY

I. Jakie substancje najmocniej wpłynęły na Twoje życie i twórczość? Czy zgodzisz się zarysować proporcje lub charakter pozytywnego i negatywnego wpływu tychże?

Przypuszczam, że dragiem, który wywarł największy wpływ na moje życie jest alkohol, w tym sensie że jest bardzo destrukcyjną substancją – nie posiada niemal żadnej cechy oferującej rodzaj odkupienia.  Jeśli chodzi ci o sens pozytywny,  podzieliłbym go na „ery”.

Za swoich lat młodzieńczych paliłem dużo marihuany, która oferowała mi fantastyczne pomysły i z pewnością wpłynęła na znaczną część starego materiału V.O. (w tym przypadku więc całej mojej muzyki nagranej jako nastolatek). Z trawą słyszałem muzykę czyściej i odnajdywałem w niej różne nastroje, zjarany do upadłego wśród obszernych lasów. Negatywna strona marihuany powinna być oczywista – po pewnym czasie zamienia ludzi w letargicznych kretynów.

 Jakoś mniej więcej wtedy zacząłem używać amfetaminy, która pomagała mi zachować koncentrację podczas nagrywania. Większość z mojej obecnej wiedzy odnośnie technik rejestrowania dźwięku pozyskałem pod wpływem amfetamin. Zawsze będę wdzięczny za ten aspekt. Negatyw? Amfetaminy po kilku miesiącach zażywania stają się okropnym gównem i zniszczą twoją kreatywność, zmuszając do skupienia się na najbardziej przyziemnych, pozbawionych znaczenia szczegółach. Kiedy to czynisz, wypalasz się i zatrzymujesz. Amfetaminy są powodem, z uwagi na który nie było żadnych materiałów Vomit Orchestra po roku 2007; wypaliłem się i potrwało to lata, nawet po tym jak rzuciłem ten nałóg, zanim ponownie zacząłem nagrywać muzykę. Musiałem zaczynać znów od początku (nagrywanie na 4 ścieżki) i wypracowywać swoją drogę ku digitalnym środkom nagrywania, jakby to był jakiś rodzaj dziwacznego odrodzenia. Stąd swój początek wziął projekt Nod (który przedyskutuję później).

Benzodiazepiny są interesujące w tym, że z jednej strony zabijają obawy, które mogą nadejść np. wraz z próbą skomponowania nowego kawałka, lecz jeśli – będąc pod ich wpływem – nie spiszesz tego,  co skomponowałeś, lub też tego nie nagrasz, nie będziesz tego ni cholery pamiętał!

“Negatywna strona marihuany powinna być oczywista – po pewnym czasie zamienia ludzi w letargicznych kretynów.”

LSD jest wspaniałym dragiem dla kreatywności, lecz prawdopodobnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie nagrania czegokolwiek pod jego wpływem. Cokolwiek robisz pod wpływem ma sens sprawia wrażenie posiadającego sens, ale brzmiałoby niesłychanie nudnie, gdy już otrzeźwiejesz. Mam jedno nagranie poczynione na LSD, gdzie gram na perkusji, a znajomy na flecie. Choć jest bardzo interesujące, jednocześnie jest kompletnie bezużyteczne i dziwaczne, w porównaniu do tego jak sobie wyobrażaliśmy jego brzmienie w trakcie nagrywania.

Opiaty to jedyne dragi warte czegokolwiek, kiedy chodzi o kreatywność, a to po prostu stąd, że nie wydają się mieć wiele wspólnego z tworzeniem – po prostu pomagają mi zechcieć ruszyć tyłek i być „kreatywnym”, zatem spełniają rolę paliwa. Cały album Eptirconvellere został nagrany i zmiksowany pod wpływem opiatów z recepty uzyskanej po pobycie w szpitalu. Negatywny aspekt to ich oczywista własność uzależniająca – zniszczą twoje życie jeśli pozwolisz sobie na zostanie opiatowym ćpunem. Od tego punktu, nie dostrzegam w nich już żadnej „paliwo” podobnej funkcji. Po prostu robią z ciebie przegrańca.

“Opiaty (…) po prostu pomagają mi zechcieć ruszyć tyłek i być “kreatywnym”(…). Negatywny aspekt to ich oczywista wartość uzależniająca – zniszczą twoje życie jeśli pozwolisz sobie na zostanie opiatowym ćpunem.”

Muszę jednak z naciskiem powiedzieć, że największy wpływ na moją kreatywność bierze się z faktu, że w naturalny sposób jestem osobą ciekawską i twórczą.  Jeśli w ogóle cokolwiek, to w pewnym momencie mojego życia ćpanie przyhamowało moją pracę twórczą. Vomit Orchestra nie zostało założone jako „narko kapela”, i choć jestem pewien, że narkotyki wpłynęły na wiele z tego, co zdziałałem w sensie muzycznym, szerszy obraz pokazuje, że były tylko jednym spośród wielu doświadczeń życiowych, które ukształtowały to, kim jestem i jak podchodzę do sztuki. Jeśli wyjmiesz dragi z tego równania, wciąż pozostanie cała reszta tego, co wpływało na moje życie i podejście do tworzenia muzyki.

vo antecrux inlay pg 8-9

II. Jeden z Twoich nowych utworów ma tytuł Lorazepam. Leżąc w ciemności i wijąc się z bólu (pirogen po zastrzyku) pomyślałem, aby zapytać Cię w związku z tym pierwszym o parę rzeczy. Jaką rolę substancje psychoaktywne odgrywają w Twoim życiu? Czy kiedykolwiek przeszedłeś wywołaną dragami psychozę i byłeś hospitalizowany? Jak byś porównał cierpienie, które mogą spowodować dragi do tego, jakie zadają sobie ludzie psychicznie i fizycznie?

Cóż, używałem narkotyków z różnymi stopniami częstotliwości przez ponad połowę mojego życia. Zawsze było to hobby, nie zaś uzależnienie. Kiedykolwiek zauważałem, że staje się to potencjalnym problemem, zwyczajnie przestawałem na pewien czas. Jednakże moje zainteresowanie i częstotliwość zażywania miały swój szczyt ok. 7 lub 8 lat temu. Doświadczyłem efektów większości narkotyków z wystarczającą regularnością, aby odczuwać je obecnie jako nudne i nieciekawe. Większość dragów, których obecnie używam, pozyskuję z prawomocnych recept na udokumentowane dolegliwości i zwyczajnie czerpię z nich przyjemność, kiedy są w moim posiadaniu. Na ten przykład utwór Lorazepam nosi taki tytuł, ponieważ w szpitalu wstrzyknięto mi potężny strzał dokładnie tej substancji, co ocaliło moje życie podczas serii ataków (padaczkowych, jak pozwala wnioskować dalsza cz. Wyw. – dop. Red.) w trakcie tygodnia przed nagraniem tego utworu. W zasadzie cały album Eptirconvellere traktuje o tym wydarzeniu.

Nigdy nie byłem hospitalizowany z powodu powiązanej z dragami psychozy, za to dragi indukowały we mnie rodzaj psychozy, gdy byłem w szpitalu. Gdy byłem młodszy miałem dosyć ostrą bezsenność. W pewnym momencie prawie nic nie spałem przez szereg dni, co sprawiało mi poważne problemy. Więc zostałem przyjęty do szpitala. Kiedy przybyłem, dostałem iniekcję benzodiazepiny, której nazwy nie pamiętam. Dawka musiała być całkiem wysoka, bo w szpitalnym łóżku zacząłem mieć bardzo wyraźne halucynacje. Widziałem energię wychodzącą z gniazdek elektrycznych, część z niej bezpośrednio ku mojej twarzy. W korytarzu były te nieważkie, kwadratowe sieci złożone z „białej energii” i „czarnej energii”, jedne goniące drugie w jedną stronę i z powrotem wzdłuż korytarza, jakby pchane przez powietrze jak meduzy, lub liście niesione w górę wiatrem w jesienny dzień. Nieco później, wszystkie zmierzały w jedną stronę, wzdłuż korytarza w lewo, a z prawej strony nadeszła postać, która była oplątana tymi sieciami, lecz o swego rodzaju ciemno szarym odcieniu, nie bieli lub czerni. Jej twarz ciągle zmieniała kształty, zawsze ukazując się jako coś rodem ze starożytnego rzymskiego popiersia i choć nie spojrzałaby na mnie, poczułem, że mnie rozpoznała. Natychmiastowo zdałem sobie sprawę z tego, że była to Śmierć, przemierzająca korytarze szpitala. Gdy przeszła w lewo, kilka ostatnich „sieci energii” podążyło za nią i wtedy cała halucynacja ustała. Była to bez wątpienia najbardziej wyraźna halucynacja jaką kiedykolwiek miałem i nie wystąpiła na żadnym psychodeliku. Przypuszczam, że było to spowodowane bezsennością nałożoną na substancję, która pogłębiła moje wyczerpanie. (Nie wiem czy rozumiem ostatnią część twojego pytania)

“Doświadczyłem efektów większości narkotyków z wystarczającą regularnością, aby odczuwać je obecnie jako nudne i nieciekawe.”

/Ostatnia część mojego pytania może się wydawać niejasna. Chodzi tylko o fizyczny ból doświadczany przez ćpuna gdy np. ma zespół odstawienny opiatów i o to, jak można to porównać do naszego normalnego, codziennego bólu (np. dzieciak gwałcony przez orangutana albo gwałcony umysłowo przez własną babcię). – dop. red./

iii. Doświadczenie otchłani i odmiennych stanów świadomości nie jest Ci obce. Czy uważasz się za politeistę, okultystę, heretyka, czy nic z tych rzeczy?

Interesują mnie własne doświadczenia i o to w tym chodzi. W typowy sposób nie potrafię przypisać temu słów. Dla przykładu jestem epileptykiem – a doświadczenie napadu padaczkowego przez kilka godzin przed i po jego wystąpieniu jest dla mnie bardzo surrealistyczne i nieomal duchowe. Jaką nazwę powinienem temu przyporządkować? Jak mogę to wytłumaczyć „normalnej” osobie, która nigdy nie doznała przedtem aury padaczkowej? Nie mogę. Jest to coś dalece bardziej realnego i opartego na empirycznej obserwacji niż mambo-dżambo jakiejkolwiek księgarni ezoterycznej i byłbym skłonny się założyć, w oparciu o wszystkie starożytne poglądy na epileptyków, dalece potężniejsze duchowe narzędzie. Jest powód, ze względu na który tak wielu z nas dokonało tak wiele na płaszczyźnie zarówno duchowości, jak sztuki.

Więc nie, naprawdę brak mi zainteresowania do studiowania okultyzmu, choć od czasu do czasu z filozoficznego punktu widzenia ciekawi mnie studium różnych religii. Kiedyś byłem bardzo zainteresowany okultyzmem, lecz filozofia sama w sobie jest dla mnie dużo bardziej interesująca, beż potrzeby jakiegokolwiek rodzaju rytualizacji. Jeśli jest ona niezbędna niektórym ludziom do skupienia myśli i rozwoju umysłu, to wspaniale. Dla mnie nie jest to konieczne.

iv. Co sądzisz o kierunku, w którym poszła muzyka Twojego dawnego współpracownika z Emit? Czy nadal utrzymujecie znajomość?

Emit zawsze będzie jednym z moich ulubionych projektów dźwiękowych. Bardzo nieliczne rzeczy są tak unikalne, w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki – i naprawdę mam to na myśli. Po usłyszeniu 10 sekund dowolnego nagrania jestem w stanie stwierdzić, czy Michael był w nie zaanagażowany. To rzadkie u artysty i pokazuje jego poziom umiejętności. W żadnym razie nie jest byłym wspólnikiem muzycznym, jako że wciąż utrzymujemy kontakt i dzielimy się ideami, planujemy kolaboracje, etc. Spośród kontaktów, które pozyskałem na „scenie muzycznej”, jest moim najdłużej trwającym kontaktem i – doprawdy – przyjacielem.10697252_1568465800034750_8755257074629987366_o

v. A propos skrzypiec, proszę abyś odniósł się do spostrzeżenia z recenzji (Co do wykorzystania tych ostatnich, co świadczy – było nie było – o połączeniu elektroniki z muzyką klasyczną, efekt moim skromnym zdaniem przeskakuje orkiestralne A Winged Victory for the Sullen. Nie bez powodu, fenenomenologicznie jest skrajnie inne – Eptirconvellere to miejsce, gdzie to, co bliskie sacrum w muzyce zostaje zestawione z destrukcyjnym, transgresyjnym obliczem informite, ciągłości) – czy dobrze słucham?

Cóż, nie ma właściwego, ani złego sposobu odsłuchu, jako że od słuchacza zależy decyzja za samego siebie, co to oznacza i dlaczego istnieje. Naprawdę nie mogę podjąć tej decyzji za ciebie. Po prawdzie, nie jestem nawet pewien czy jako twórca w ogóle mogę mieć na ten temat opinię.

vi. Jak nawiązaliście współpracę z sb, odpowiedzialnym za skrzypce na Eptirconvellere? Zacne i unikalne połączenie muzyczne, wręcz powiedziałbym, że takie fortepianowe Peaceful Snow Di6 i Miro Snejdra to przy tej kolaboracji bieda.

Dziękuję za komplement. W rzeczywistości SB jest kobietą, ale jestem pewien że doceniłaby twoją komplementację jej gry. Ja wyznaczyłem nastrój grze skrzypiec, lecz ona zaimprowizowała moje pomysły nad nagraniem, więc to naprawdę był jej „feeling”. Poznałem ją poprzez moją żonę, jako że są wieloletnimi przyjaciółkami. Mam nadzieję, że możemy nagrać razem inne rzeczy, ale nigdy tak do końca nie wiem jak będą wyglądać moje kolaboracje – albo czy w ogóle jakieś będą. To naprawdę zależy od tego, czego wymaga kawałek. Dla przykładu nie potrafię sobie wyobrazić skrzypiec na innych utworach z albumu. Wypróbowaliśmy parę i zwyczajnie zupełnie nie pasowały. W przyszłości, jeśli będą potrzebne skrzypce chętnie poproszę ją ponownie o pomoc, a jeśli nie, zapytam gdzie indziej.

vii. Co jest grane z Twoim projektem NOD? Czy jest na wstrzymaniu? Mam nadzieję, że nie. Może epka „Iokanaan”, którą masz wkrótce wydać w swoim Static Grief Industry, zawiera materiał pierwotnie nagrany pod szyldem NOD?

Jest wiele konfuzji względem tego, czym był Nod. A nie był tak do końca solową rzeczą, ani też wyłącznie sposobem na rozwinięcie możliwości nagraniowych, po tym jak zaprzestałem nagrywania w 2007 roku. Z uwagi na to, Nod był tak naprawdę nisko progową wersją Vomit Orchestra, sposobem robienia materiału w charakterystyce V.O. bez żadnych oczekiwań i przy sporej liczbie kolaboracji. Pierwotnie nikt nie miał o tym wiedzieć, poza bliskimi kontaktami. Jednak popełniłem błąd gadania na ten temat, a wtedy uznałem, że równie dobrze mogę po prostu pokazać ludziom, co zrobiłem. Zostało to nagrane z dokładnie takim samym wyposażeniem jak materiały Vomit Orchestra. W rzeczywistości pierwsze trzy taśmy były po prostu podpisane V.O. Więc dla wszystkich celów i intencji, Nod jest Vomit Orchestra – tylko że nie pod tą nazwą. Całość tego materiału zostanie prawdopodobnie wydana publicznie.

Co do Iokanaan, jest jak przypuszczam na swój sposób podobne do starych demosów i EP „The Aura of Saints”…. Które to same są podobne do Nod.

(Nowa EP VO pt. Iokanaan jest niemal ukończona. Dwa kawałki, oryginalny i cover, razem blisko 20 minut. Zostanie to wydane przez mój własny „label” Static Grief Industry w limitowanym nakładzie kaset, a później gdzie indziej, gdy te się rozejdą. Iokanaan zostało nagrane, zmiksowane, zmasterowane i skopiowane w pełni analogowo.)

viii. Jak uważasz, czy dożyjemy krachu i upadku obecnego zgniłego systemu Zachodu?

Myślę, że kultura zachodnia jest czymś, co nieustannie ewoluuje; nie może zatem upaść. „Upadek” sam w sobie byłby tylko nową twarzą zachodniej kultury! Pogląd osoby na zgon kultury jest kwestią tego, gdzie – wciąż w obrębie tej kultury – umiejscawia swoje wartości. Np. III Rzesza dostrzegała rozpad społeczeństwa Zachodu w oznakach, po których Stany Zjednoczone dostrzegały jego rozkwit – w dokładnie tym samym momencie historii. Co do pesymizmu, powiedziałbym, że jestem optymistą. Ludzie wokół zupełnie nie zgodziliby się ze mną (moja żona wyśmiała mnie, gdy zapytałem czy myślała, że jestem optymistyczny…), ale widzę, że w całej mojej skrajnej negatywności tkwi dziwaczny rodzaj cynicznego optymizmu.   

ix. Co do Vrolok, dwa twoje kawałki miały dla mnie szczególne znaczenie – „Nightfall” i „The Funeral” (cover Dark Pestilence z kasetowego reha Melancholy). Może to nie najlepszy sposób pytania o takie rzeczy, ale proszę sypnij słówko o tym, jak może się twoja artystyczna ewolucja potoczyć w nadchodzących miesiącach i latach.

Naprawdę ciężko powiedzieć. Nie jest to coś, co bezwzględnie planuję. Największym wpływem na moje podejście do sztuki jest ciekawość dźwięków, różnych klimatów i tego jak mogę przełożyć atmosferę, którą mam w głowię na taśmę. Poprzez Vomit Orchestra zawsze próbuję i stawiam sobie wyzwania stworzenia nowych brzmień, patentów i ewokowania różnych, dziwniejszych emocji. Odczuć, które nie są natychmiastowo rozpoznawalne, a nawet rzeczy, które istnieją pomiędzy innymi emocjami, bardziej obskurnych uczuć. Z Vrolok chodziło zupełnie o coś innego. Nie jestem pewien, czy cokolwiek z tego zespołu jeszcze we mnie pozostało, jako że nie byłem w tej kwestii nadmiernie używający wyobraźni. Vrolok był napędzany czystą filozofią, a ja nie mam nic, co chciałbym powiedzieć poprzez moją muzykę, jako że powiedziałem wszystko, co potrzebowałem. Chcę jedynie pokazywać ludziom emocje i uczucia, dźwięki, krainy wewnątrz ich samych, o których istnieniu nie wiedzieli. Cokolwiek poza tym jest, szczerze mówiąc, bardzo dla mnie nudne. Czy zmieni się to w przyszłości? Być może, bo nie mogę wiedzieć na pewno. Jednak przynajmniej na ten moment, to wszystko co chcę robić.

“Chcę jedynie pokazywać ludziom emocje i uczucia, dźwięki, krainy wewnątrz ich samych, o których istnieniu nie wiedzieli.”

Poza tym coś, co wyjawię, jako że minęło 12 lat – Dark Pestilence był w rzeczywistości projektem Vomit Orchestra. Chciałbym wciąż mieć ten materiał, ale został utracony.

X. Powiedziałeś, że nie jesteś pewień, czy pozostało w Tobie jeszcze coś z Vrolok, co z kolei wywołało we mnie zastanowienie, czy też w ogóle jeszcze wracasz do black metalu jako słuchacz, nawet od czasu do czasu? Co w prosty sposób pociąga za sobą pytanie, czego słuchasz tymi dniami?

Vrolok to dla mnie bardzo specyficzny feeling i „wydarzenie” i tak naprawdę nie potrafię się do tego autentycznie odnieść w obecnych dniach. Nie wiem czy ulegnie to zmianie w przyszłości, ale z pewnością byłoby z mojej strony nieautentyczne, aby udawać, że jakkolwiek obecnie wpasowuję się w ten kontekst. Sposób,w jaki widzę Vrolok jest tego rodzaju, w jaki mógłbym widzieć ulubioną parę starych dżinsów, które już na mnie nie pasują, ale zarazem wyrzucenie ich odpada. Wciąż mam nadzieję, że będą pasować – lecz z wiekiem staje się to coraz mniej prawdopodobne. Chyba że załapię się na AIDS czy coś.

Wciąż słucham black metalu więcej niż jakiegokolwiek innego rodzaju muzyki. Nie potrafię sobie wyobrazić, aby kiedykolwiek miało to ulec zmianie. Samo to, że nie widzę siebie  wpasowanego w kontekst starej kapeli, nie oznacza że przestałem czcić rodzaj muzyki, który ten zespół wykonywał. Poza tym słucham szerokiej gamy rzeczy. Jeśli chodzi o nowsze/aktywne kapele, sporo ostatnio słuchałem Triangle & Rhino, Christmas, and Russian Tsarlag. No i wreszcie rzecz jasna oddaję hołd ołtarzowi Popol Vuh i Tangerine Dream (ich okres sprzed lat 80-tych), więc te nagrania ustawicznie goszczą w moim odtwarzaczu.

Xi. O co chodzi z kasetowym splitem Vrolok / Relique, jak wieść głosi limitowanym do 23 sztuk – czy takie wydawnictwo w ogóle istnieje?

W rzeczywistości był limitowany do 46 kopii, ale tak – istnieje. Split Vrolok/Relique był nagraniem stworzonym ze współudziałem pewnych członków live bandu Vrolok w 2012 roku. Napisaliśmy kilka nowych kawałków celem zaprezentowania ich na żywo, chcąć zarejestrować je dla potomnych. W tym samym czasie, paru kolesi z naszego kręgu znajomych (jak również goście, którzy grali na gitarze rytmicznej i basie we Vrolok) założyło kapelę Relique, celem zagrania jednego koncertu i nagrania pojedynczej Epki. Tak więc zamieściliśmy obydwa nagrania na taśmie i wypuściliśmy je każdorazowo na pierwszym gigu danej kapeli w limicie do 23 sztuk – tyleż na pierwszym koncercie Vrolok w Nowym Jorku i analogicznie na pierwszym show Relique w Pittsburghu (tym razem z żółtą okładką). Nie mogę się wypowiedzieć względem strony Relique, ale strona Vrolok najpewniej nie doczeka się reedycji. Została wydana wyłącznie dla widzów tego gigu.

Xii. Ktoś mógłby powiedzieć, że twoja muzyka wciąż jest dosyć minimalistyczna, na co bym odparł że ostatni lp ukazuje V.O. bardziej dopracowane niż kiedykolwiek. Czy kiedykolwiek myślałeś o ponownym nagraniu któregoś ze starszych utworów, tak jak uczyniłeś z „Dying”? Powiedziałbym, że wiele z nich skorzystałoby na nowych aranżacjach i świeżym spojrzeniu.

Nie do końca. Vomit Orchestra posiada rodzaj trwałej ewolucji, nie jest to jednak ewolucja, w której coś minimalistycznego nabiera „większego” podejścia. Nie działa to w ten sposób. Bardziej uwarstwione dźwięki to po prostu coś, o co wołał nowy album. Nic nie przemawia za tym, że następna płyta nie będzie bliższa Antecrux, które było znacznie bardziej oszczędne. Nic też nie przemawia za tym, że nie wykorzystam orkiestry symfonicznej. Wszystko opiera się na zachowaniu smaku w określonym kontekście i pozostaniu autentycznym względem czegokolwiek, co zainspirowało twórczą iskrę. Wiele utworów na Antecrux opierało się na jednej lub dwóch ścieżkach gitarowych, z pewnymi dźwiękami tła stworzonymi na bazie zapętlonych efektów – to nie mogło zdać egzaminu na Eptirconvellere. Podobnie jak zastosowanie perkusji, więszkej ilości istrumentów, usunięcie elementów elektroniki etc. Nie mogłoby zdać egzaminu na Antecrux.

“Wszystko opiera się na zachowaniu smaku w określonym vobbkontekście i pozostaniu autentycznym względem czegokolwiek, co zainspirowało twórczą iskrę.”

“Dying” zostało ponownie nagrane, ponieważ oryginalny kawałek (na eksperymentalnej epce Bridges Burnt) był dźwiękowym eksperymentem, mającym na celu odtworzenie melodii i dźwięku, który usłyszałem we śnie o tonięciu, wykorzystując puszczone od tyłu gitary i elektronikę. Ponowne nagranie zostało poczynione, gdyż chciałem sprawdzić, czy będę w stanie odtworzyć coś z tego używając instrumentacji na żywo, a jako że rezultat pasował do konceptu albumu… Był to zatem rzadki wyjątek.

Xiii. Zatem pod względem muzycznym robisz wszystko w pełni analogowo, nie wykorzystując software’u, który jak przypuszczam, używa większość nowych twórców muzyki elektronicznej? Jak trudno jest zdobyć konieczną ku temu wiedzę i umiejętności?

Część materiału nagrywam analogowo (jak np. ostatnie kilka EP i wszystkie demówki VO), lecz Eptirconvellere zostało nagrane digitalnie. Jednakże zostało nagrane organicznie – co oznacza, że w  trackie post-produkcji nie podlegało żadnym efektom, jak również że nie używałem syntezatorowego software’u celem uwydatnienia nagrania.

Jest właściwy czas i miejsce do zabawy z elektroniką (i nie mam z tym generalnie żadnego problemu), lecz gdy ludzie zaczynają używać programów komputerowych, aby ukryć fakt, że nie potrafią używać prawdziwych instrumentów – z tym mam już problem. To tanie, bezwysiłkowe i plastikowe. Ci sami ludzie będą pieprzyć o tym jak to muzyka pop jest pozbawiona smaku, co jest doprawdy ironiczne. Potrzebowałem skrzypiec na tym albumie, więc wiecie co zrobiłem? Poszukałem i znalazłem skrzypaczkę! Potrzebowałem też organów Hammonda na kilku utworach. Czy ściągałem programy z torrentów? No, poszedłem i kupiłem pieprzone organy Hammonda, po czym nauczyłem się wykorzystywać je wystarczająco dobrze, aby nagrać potrzebne fragmenty. Zbudowałem również syntetyzator, zamiast manipulowania samplami na komputerze. Włożyłem w to faktyczny wysiłek, tak jak prawdziwy muzyk powinien.

Wszelkimi środkami, gnijcie dźwięki, bawcie się rzeczami, czyńcie tak wiele nojzu za pomocą kompa jak tylko chcecie, jeśli taką macie intencję (choć może spróbujcie wpierw bez komputera, jako że wszystko to da się osiągnąć z odpowiednim wyposażeniem) – bylebyście nie programowali syntetycznych smyczków i próbowali komuś wcisnąć, że nagrał je instrumentalista.

 XIV. Porównując Cię do innego „samotnego wilka” (post) black metalowej sceny, mianowicie Wresta z Leviathan / Lurker of Chalice, wy dwaj – przynajmniej w moich oczach – wyrośliście na największe indywidua na tych peryferiach muzycznych zza drugiej strony Oceanu – co z kolei sprawia, że jakakolwiek kolaboracja z Waszej strony byłaby czymś niesamowitym do wysłuchania – i – jak przypuszczam – bardzo mało prawdopodobna?

Cóż, myślę że z samego startu byłoby to bardzo trudne, jako że nie znam faceta. Mamy bliskich wspólnych znajomych, ale nigdy się nie spotkaliśmy, ani nie rozmawialiśmy. Nie jestem zaznajomiony z muzyką Lurker of Chalice, ale lubię te materiały Leviathan, które słyszałem. Nagrałem intro na stronę Krieg do ich splitu z Leviathan, co skończyło jako moje ulubione wydawnictwo 2014 roku. Utwór Leviathan był naprawdę dobry. Rzecz polega na tym, że od lat słyszałem porównania naszych kapel z ust rozmaitych ludzi, co jak podejrzewam powstrzymywało mnie od bliższego wsłuchania się w jego dyskografię. To swego rodzaju mechanizm potłuczonego zwieńczenia ego. Jestem bardzo niedojrzały pod tym względem.

 xv. „Dying” z „E.” jest zdecydowanie najbardziej „nojzowym” twoim kawałkiem na tym LP, ale „Hypodermic” idzie krok w krok za nim. Noise jako gatunek muzyczny wydaje się dla mnie dosyć pretensjonalny, nie licząc tego, nad czym pracują tacy twórcy jak chociażby Kevin Drumm, to jest transcendowanie niemal wszelkich granic gatunków muzycznych. Jaka jest Twoja opinia o tym „gatunku” (anty)muzyki?

Naprawdę nie mam określonej opinii, jako że zazwyczaj nie słucham zbyt wiele tego rodzaju rzeczy. Mam obsesję na punkcie dźwięków, w gruncie rzeczy wszelkich dźwięków, ale bardziej interesują mnie dźwięki, które mogę stworzyć używając wzmacniaczy i wyposażenia w wolnym pomieszczeniu mojego domu, niż odsłuchanie kasety, którą nagrał ktoś inny. Postrzegam to jako dalece bardziej fascynujące – ujrzenie jakiego rodzaju dźwięki mogę wyciągnąć z różnych źródeł – i właśnie to mnie jara. Mam tony niewydanych materiałów stworzonych na bazie akwarium, efektów, odgłosów odśnieżania mojego sąsiada, a wszystko to przepuszczone przez różne części hardware’u, do stopnia w którym są nierozpoznawalne. Większość ludzi nie byłoby zainteresowanych takim zajęciem i raczej słuchałoby tego, co nagrał ktoś inny. Moje własne bardziej nojzowe nagrania EP, przykładowo swoich słuchaczy i jest to nieco odmienne grono od tego, które ceni sobie długograje. Jestem bardzo za to wdzięczny.

W odniesieniu do wspomnianych kawałków z Eptirconvellere, aktualnie nie odbieram „Dying” ani „Hypodermic” jako nojzowych, no ale to z kolei pokazuje jak moje intencje są odmiennie odczytywane przez innych. Co jest zawsze fascynujące, nieprawdaż?

Ale wracając do pytania, to oczywiste że nieomal każdy jest w stanie stworzyć „nagrania noise” na najbardziej podstawowym poziomie, ale znowóż każdy jest w stanie malować – czyż nie? Pretensjonalność może odgrywać w tym pewną rolę, ale jeśli bierze się to z autentycznego miejsca, nie sądzę aby w ogóle można było określić to pretensjonalnym.

from Antecrux booklet / inlay
from Antecrux booklet / inlay

/INNER WORLDS/

i & ii. What drugs had the strongest impact on your life and creativity? What would the proportion of their negative and positive effects?

I suppose the drug that has had the strongest impact on my life would be alcohol, in the sense that it is a very destructive drug with little to no redeeming value. If you mean in a positive sense, it would be broken down into “eras”.
I used a lot of marijuana when I was younger, which gave me fantastical ideas and surely influenced large amounts of the old Vomit Orchestra material (all of my music recorded as a teenager, for that matter). I could hear music clearer, and I found other moods and atmospheres while stoned off my ass in the middle of the woods for hours on end. The negative side of marijuana should be obvious- it turns people into lethargic morons after a while.

Somewhere along the line I started taking amphetamines, which helped me stay focused while recording, and much of what I now know about recording techniques I learned while on amphetamines. I’ll always be thankful for that aspect. The negative? Amphetamines are absolute shit after you’ve been on them for a few months, and will destroy your creativity by forcing you to focus on the most mundane, meaningless details imaginable. When you do that, you get burnt out, and you stop. Amphetamines are the reason there weren’t any Vomit Orchestra releases from 2007-onward; I had burnt myself out, and it took years, even after I’d quit, to want to record music again. I had to start from the beginning again (four-track recordings) and work my way back into the digital realm, like some sort of bizarre rebirth. That’s where the Nod project came from (which I’ll discuss later).

“The negative side of marijuana should be obvious- it turns people into lethargic morons after a while.”

Benzodiazepines are an interesting one, in that on one hand they kill the anxiety that might come along with trying to compose a new song, but if you don’t write down what you wrote, or record it, you aren’t going to fucking remember it!
LSD is a great drug for creativity, but I cannot possibly imagine recording anything of use on it. It seems like the sort of thing where whatever you are doing makes sense under the influence, but would sound incredibly dull and useless after you sober up. I have one recording that I made on LSD, where I played drums and a friend played flute. While it is very interesting, it’s also entirely useless and bizarre, when compared to how we thought it sounded at the time.
Opiates are the only drug worth a shit when it comes to creativity, and that’s only because they don’t seem to have a lot to do with it one way or another- they just help me want to get off my ass and “be creative”, so they serve as a fuel. The entire Eptirconvellere album was recorded and mixed under the influence of an opiate prescription after a hospital stay. The negative aspect there is that they are clearly addictive and will destroy your life if you let yourself become an addict. At that point, I can’t imagine they serve any “fuel” type function. They just make you a loser.

on opiates “(…)they just help me want to get off my ass and “be creative”, so they serve as a fuel.(…) The negative aspect there is that they are clearly addictive and will destroy your life if you let yourself become an addict”

I need to stress, though, that the biggest thing that has affected my creativity has been the fact that I am naturally a creative and curious person. If anything, drug use hindered my creative outlet at a certain point in my life. Vomit Orchestra wasn’t formed as a “drug band”, and while I’m sure drugs have affected a lot of what I’ve done musically, the bigger picture here is that drugs were just one of a multitude of life experiences I’ve had that have shaped who I am and how I approach art. If you take drugs out of the equation, the rest of what influenced my life and how I make music would still be there.

III. One of your new compositions is titled Lorazepam (i’m on it atm, haha). While i was lying in the dark, convolving in pain (pirogenic injection), I came to think so to ask you about a couple of things. What kind of a role do the psychoactive substances play in your life? Have you ever experienced drug induced psychosis and was hospitalized? How would you compare the suffering, which can be brought with drug use, to physical and psychical sufferings, which people inflict upon one another?

Well, I have been a drug user with varying degrees of frequency for over half my life. It’s always been a hobby, not an addiction. Any time I saw it becoming a potential problem, I simply stopped for a while. My interest and use peaked about seven or eight years ago, however. I have experienced enough drugs with enough regularity to find them generally dull and uninteresting these days. Most of the drugs I use now are prescribed to me for a legitimate ailment, and I simply enjoy them while I have them. The song Lorazepam, for instance, is called as such because I was given a massive shot of that particular drug in the hospital to save my life during a series of seizures a week or so before recording the song. The entire Eptirconvellere album is about that event.
I have never been hospitalized for drug-related psychosis, but I have had drugs induce a sort of psychosis in me while being hospitalized. When I was younger, I had pretty severe insomnia. At one point I hadn’t slept much in days, and it was causing me serious problems. So I was taken to the hospital. When I arrived I was injected with a benzodiazepine, the name of which I cannot remember. The dosage must have been fairly high, because I began having very vivid hallucinations while laying in the hospital bed. I saw energy coming out of the electrical sockets, some of it directly at my face. In the hallway, there were these weightless, square nets consisting of “white energy” and “black energy”, one chasing the other back and forth down the hallway, sort of pulled through the air like jellyfish, or leaves blowing upward during an Autumn day. A bit later, they all went the same way, down the hall to the left, and from the right side a figure appeared who was wrapped up in these nets, but in a sort of dark grey shade, not black or white. It’s face kept changing shapes, always appearing as some sort of ancient Roman bust, and although it wouldn’t look at me, I recognized that it acknowledged me. I immediately realized that this was Death, and it walked the halls of the hospital. As it passed to the left, a couple last “energy nets” followed behind it, and then the hallucination stopped. It was without a doubt the most vivid hallucination I’ve ever had, and it didn’t occur on any psychedelic drug. My guess is that it was caused by my insomnia coupled with a substance that furthered my exhaustion.
(I don’t know if I understand the last part of your question.)

Last part of my question may seem unclear, all it was about is the physical pain experienced by junky while withdrawing heroin for instance, and how is it comparable to our normal everyday common pain (kid raped by a baboon, or kid brain-raped by his own grandma etc.)

iii. You’re not unfamiliar with experiencing the abbyss / altered states of consciossness. Do you consider yourself as a politeist, occultist, heretic or no such “things” make any sense to you?

I’m interested in my own experiences, and that’s about it. I cannot put words to it, typically. I’m an epileptic, for instance- and the experience of a seizure is a very surreal, almost spiritual experience for me prior to and immediately after it occurs. What name shall I put on that? How can I explain that to a “normal” person who has never experienced an aura before? I cannot. It’s something far more real and grounded in empirical observation than any occult bookstore mumbo jumbo, and I’m willing to bet, based on all ancient views of epileptics, much more powerful of a spiritual tool. There’s a reason so many of us have done so much in the realm of both spirituality and art.
So no, I’m really not interested in studying the occult, although I do find the study of different religions interesting from time to time from a philosophical standpoint. At one point I was very interested in the occult, but philosophy by itself is far more interesting to me without the need for any sort of ritualization. If that’s necessary for some people to focus their thoughts and better their minds, then that is great. It’s not necessary for me.

 iv. If you’re actually a practicing occultist / Chaos magus, how long did it take to move from the assimilation of theoretical principle to acting itself? What would be your advise for a novice in occult realm?

My advice, based on what I said before, would simply be to base all views and actions on your own perceptions of reality, forgoing the structures and rigors of any set of guidelines. It’s far more rewarding and far more grounded in reality- your reality.

v. What’s your opinion on the direction in which went your former co-musician Emit? Are you two still in touch?

Emit will always be one of my favorite recording projects. Very few things are so unique, in any artform- and I truly mean that. I can hear 10 seconds of any recording and know immediately if Michael was involved or not. That is rare in an artist, and shows his skill level. He is by no means a former co-musician, as we are still in touch and still share ideas, plan collaborations, etc. He’s my longest-running contact, and friend really, that I made in the “music scene”.

vi. A propos the use of violin on your latest LP, or more specifically, conjoining electronic music with classical instruments – the effect, in my humble opinion, transgresses orchestral A Winged Victory for the Sullen, for instance. Not without a reason, both projects are phenomenologically extremely different – Eptirconvellere is like a place, where that, which is music-wisce close to Sacrum meets the destructive, transgressive face of what G.Bataille named informite. Am i listeninig to Eptirconvellere correctly?

Well, there is no right or wrong way to listen to it, as it’s down to the listener to decide for his or herself what it means and why it exists. I really cannot make that decision for you. In fact, I’m not sure that I’m even allowed to have an opinion on the matter, as the creator.

 vii. How did you came to cooperation, you and sb (the man responsive for violin on E.)? Truely unique music conjunction, I’d even light handedly say, that such piano album as Peacful Snow by DiJ & Miro Snejdr, is simply miserable in comparition to what you two just did.  

Thank you for the compliment. Actually, “SB” is a female, but I’m sure she would appreciate your complimenting her playing. I directed the mood of the violin piece, but she improvised my ideas over top of the recording, so it was really her “feel”. I met her through my wife, as they have been friends for many years. I hope we can do other things together, but I never really know what my collaborations will look like- or if there will be collaborations at all. It really depends on what the song calls for. For instance, I cannot imagine violin on any of the other songs on the album. We tried a few, and it simply did not fit at all. In the future, if violin is required I’d gladly ask for her help again, and if not, I’d ask somewhere else.

viii. What’s the situation with you solo project NOD – has it been put on hold? I hope not. Maybe the “Iokanaan” ep you’re about to issue via your Static Grief Industry, incorporates what was primarily designed under NOD moniker?

There’s a lot of confusion on what Nod was. It wasn’t really a solo thing, as much as it was a way to develop my recording abilities again after I had quit in 2007.
For that matter, Nod was really just a low-key version of Vomit Orchestra, a way of doing Vomit Orchestra-type material without any expectations, and with a lot of collaborations. No one was originally supposed to know about it, other than close contacts. Those tapes were recorded just for friends when I was starting to record music again, to show them what I was doing. But I made the mistake of talking about it, and then decided that I might as well just show people what was done. It was recorded with all of the same equipment as the Vomit Orchestra material in the exact same way. In fact, the first three tapes were originally called VO. So for all intents and purposes, Nod is Vomit Orchestra- just not in name. All of that material will probably get re-released in public form eventually.

As for Iokanaan, it is sort of similar to the old demos and The Aura of Saints EP, I suppose… which themselves are similar to Nod. 

ix. How do you think – shall we live long enough so to experience the collapse of the rotten system of what is left from Western culture? Or maybe you’re not that pessimistic as one could think?

I think western culture is an ever-evolving thing; it cannot collapse, therefore. The “collapse” itself would just be the new face of western culture! A person’s view of a culture’s demise is matter of where their values are placed within that culture. The Third Reich saw western society crumbling in a way that the United States saw it thriving, for instance, at the exact same point in history.
As for pessimism, I would say that I’m an optimist. People around me would completely disagree with me (my wife laughed at me when I asked her if she thought I was optimistic…), but I find that within my extreme negativity, there’s a bizarre sort of cynical optimism.

“The Third Reich saw western society crumbling in a way that the United States saw it thriving, for instance, at the exact same point in history.”

x. Concerning Vrolok, two of your songs were of particular meaning to me – Nightfall and The Funeral (Dark Pestilence cover from the Melancholy reh. Tape). Maybe it’s not best way to ask about such things, but please say a word on how can your artistical evolution develop/regress in the months and years to come.

It’s really hard to say. I don’t necessarily plan that sort of thing out. The biggest influence in how I approach art is just a curiosity for sounds, for different atmospheres, and how I can put the atmosphere I’ve created in my head onto tape. I always try and challenge myself with Vomit Orchestra to create new tones, patterns, and evoke different, weirder emotions. Emotions that aren’t immediately recognizable, even- things that exist between other emotions, more obscure feelings.
With Vrolok, it was a whole other thing. I’m not sure I have any of that band left in me, as it wasn’t very imaginative in that regard. It was purely philosophy-driven, and I no longer have anything I want to say through my music, as I said all I needed to say. I just want to show people emotions and feelings, sounds, realms within themselves they didn’t know existed. Anything out side of that is, frankly, very boring to me. Will that change in the future? Possibly, as I can’t know for sure. But at least for the time being, this is all that I want to do.
Also, something that I’ll acknowledge, as it’s been 12 years now- Dark Pestilence was a actually a Vomit Orchestra project. I wish I still had that material, but it’s been lost.

 XI. You said that you’re not sure if you still have any of Vrolok left in you, and that made me wonder – do you keep returning to black metal music, even from time to time? Which simply follows a question, what you’re listening to these days?

Vrolok is a very specific feeling and “event” for me, and I can’t put myself into that authentically these days. I don’t know if that will change in the future, but it would certainly be inauthentic of me to pretend that I somehow fit that context right now. The way I see Vrolok is sort of how I might see an old pair of favorite jeans that don’t fit anymore- they are full of holes, they no longer fit, but it’s impossible to throw them away. I keep hoping they fit- but with age, it just seems less and less likely. Unless I get AIDS or something.
I still listen to black metal more than any other sort of music. I cannot imagine that ever changing. Just because I cannot see myself fitting into the context of an old band, doesn’t mean I don’t still worship the sort of music that band played. Other than that, I listen to a very wide variety of things. When it comes to newer/active bands, I’ve been listening to a lot of Triangle & Rhino, Christmas, and Russian Tsarlag lately. Then of course I worship at the altar of Popol Vuh and pre-80s Tangerine Dream, so those records get spun constantly.

I still listen to black metal more than any other sort of music. I cannot imagine that ever changing.”

XII. What’s the thing with Vrolok / Relique split CS lim. 23 copies, as mentioned on metal-archives – does such realease even exists?

It was actually limited to 46 copies, but yes, it exists. The Vrolok/Relique split was a recording with some of the members of the 2012 Vrolok live band. We had written a couple of new songs to include in the live set, and wanted to put them down for posterity. At the same time, a few other people in our circle of friends (as well as the guys who played rhythm guitar and bass in Vrolok) started a band called Relique, in order to play one show and record one EP. So, we put the two recordings onto a tape, and released them at each band’s first live show- 23 copies at the first Vrolok show in New York City (using a white cover), and 23 copies at the first Relique show in Pittsburgh (using a yellow cover). I can’t speak for the Relique side, but the Vrolok side will probably never be reissued. It was put out exclusively for people at those two shows.

XIII. Someone could say your music is still rather minimalistic, but then I’d say your recent lp reveals V.O. more refined than ever – complex and expanded. Have you ever thought to re-record any from your older songs, apart from what you did with „Dying”? I’d say they could use some additional arrangements and a fresh glance.  

Not really. Vomit Orchestra has a sort of constant evolution, but it’s not really an evolution where something minimal later takes on a “bigger” approach. It doesn’t work like that. A more layered sound is just what the new album, Eptirconvellere, called for. Nothing says that the next album won’t be closer to Antecrux, which was far more sparse. Nothing says it won’t incorporate a symphony orchestra, either. It’s all about being tasteful to the context, and being authentic to whatever inspired the artistic spark to begin with. A lot of songs on Antecrux consisted of one or two guitar tracks with some background sounds created with effects loops- that could not have worked on Eptirconvellere. Just as including drums, more instrumentation, removing the electronic elements, etc would not have worked on Antecrux. Dying was re-recorded because the original song (on the experimental Bridges Burnt EP) was a sonic experiment, to create a melody and sound that I heard in a dream about drowning using backwards guitars and electronics. The re-recording was made because I wanted to see if I could recreate some of that using live instrumentation, and because it fit the theme of the album. It was a rare exception, therefore.

xiv. So you do everything music-wise fully analog, not using any of the software which – as I suppose – most of newer electronic music makers exploit? How hard is it to obtain necessary knowledge and skills? 

I record some material analog (such as the last bunch of EPs and all of the VO demos), but Eptirconvellere was recorded digitally. It was recorded organically, however- meaning that it wasn’t altered with effects in post-production, and I didn’t use synthesizer software to enhance the recording. There’s a time and a place for messing around with electronics (and I have no problem with that in general), but when people start using software to mask the fact that they aren’t using real instruments, I have a problem with it. It’s cheap, it’s effortless, and it’s plastic. The same people will bitch about pop music being vapid, which is really ironic. I needed violin on this album, so do you know what I did? I went and found a violin player! I also needed a Hammond organ on a couple of tracks. Did I torrent software? No, I went and bought a fucking Hammond organ, and learned to play it well enough that I could record the parts where it was needed. I also built a synthesizer instead of manipulating samples on a computer. I put in actual effort, as an actual musician should. 
By all means, warp sounds, mess with things, make as much noise with a computer as you want, if that’s what your intention is (maybe try it without a computer first, though, as all of those things can be done with proper equipment)- but don’t program a synth cello and try and get away with saying it’s a cellist.

xv. As compared to one other „lonely wolf” of (post) black metal scene, namely Wrest of Leviathan / Lurker of Chalice (espacially the latter), you two – at least in my eyes – have grown into biggest individualities on these outskirts of music and from other side of the ocean – and that’s why any collaboration would be more than great to hear, and – as I suppose – highly unlikely to come?

Well, I think that would be pretty difficult right out of the gate, because I don’t know the guy. We have close mutual friends, but we’ve never met or spoken. I’m not familiar with Lurker of Chalice, but I like the Leviathan material I have heard. I recorded the intro to the Krieg side of the Krieg/Leviathan split, and that ended up being my favorite release of 2014. The Leviathan track was really good. The thing is, I’ve heard comparisons of our bands from people for years and years, which I think has kept me from looking closer into his discography. It’s sort of a bruised ego coping mechanism. I’m very juvenile in that sense. 

XVi. „Dying” from „E.” is certailny most „noisy” your track out there, but „Hypoderminc” walks hand in hand. Noise as a music genre seems preety much pretensional for me, apart from what such people as Kevin Drumm are working on, that is – transcending nearly all muscial genre borders. What’s your opinion on this „genre” of (anti)music?

I really don’t have much of an opinion, as I don’t typically listen to much of that sort of thing. I’m obsessed with sounds, all sounds in fact, but I’m more interested in the sounds I can create using amps and equipment in the spare room in my house than I am in a cassette tape someone else recorded. I find it way more fascinating to see what sort of sounds I can pull from different sources- that’s what grabs me. I have tons of unreleased recordings made with my fish tank, effects, the sound of my neighbor shoveling snow, all manipulated with various pieces of hardware to where they are unrecognizable from their original form. Some people wouldn’t be interested in doing that, though, and would rather listen to what someone else does. My own noisier EP recordings, for instance- those have an audience, and it’s a somewhat different audience from the people who like the full-lengths. I’m very grateful for that. In regards to the Eptirconvellere tracks mentioned, I actually don’t see “Dying” or “Hypodermic” as noisy, but then I guess that shows my intention versus how it’s perceived by others. Always fascinating, isn’t it?
But to the question, it seems obvious that anyone can pretty much make “noise recordings” at the most basic level, but then anyone can paint, too- right? Pretentiousness might play a part in some of it, but if it’s coming from a genuine place, I don’t think it can be called pretentious at all.

Questions by nichtig; Answers by D., conducted 11.01.-02.02.2015 AYPS 

Wywiad z designerem metoksetaminy

Zdjęcie-0003

ODROBACZANIE MÓZGU CHAOSEM Z MXE

Istnieją medyczni chemicy pracujący po niewidocznej stronie przemysłu farmaceutycznego. Tak jak ich prawnie zatwierdzeni odpowiednicy, syntetyzują leki z nadzieją na wytworzenie efektów terapeutycznych. Nie mają jednak pokaźnego budżetu, ani agencji reklamowych. Tworzenie tych substancji wymaga niezwykłej interdyscyplinarności; częstokroć wszyscy – farmakolog, chemik, posolog, toksykolog i zwierzę laboratoryjne – mieszczą się w jednej istocie ludzkiej. W ten właśnie sposób dokonywał się farmaceutyczny postęp od początku historii medycyny – i dopiero w ostatnich czasach praktyka samo-eksperymentowania uległa stygmatyzacji, wobec czego eksperymentatorzy, jak M, muszą pozostać okryci tajemnicą.  M jest jednym z najbardziej szanowanych chemików na tym podziemnym polu. W pojedynkę spopularyzował i odkrył szereg nowoczesnych dragów na potrzeby szarorynkowej dystrybucji. Jego ostatnie badania nad ketaminą i jej chemicznymi wariacjami zaowocowały syntezą nowego dysocjatywnego anestetyka – metoksetaminy. Niedawno znalazła ona drogę do ust, nozdrzy i anusów (a w przypadku bardziej zaciętych zawodników, mięśni lub żył – dop.red.) mnóstwa eksperymentatorów na całym świecie. Poniżej możecie się zapoznać z bioetycznymi dylematami podziemnego chemika.

W jaki sposób zainteresowałeś się chemią dysocjantów?

M.: Cóż, gdy byłem młodym chłopakiem, lat 13, zostałem mocno poszkodowany w wyniku bombardowania IRA w Londynie. Po eksplozji moja lewa ręka musiała zostać amputowana i wiem, że przetrwałem stres psychologiczny, którego większość ludzi nie mogłaby nawet sobie wyobrazić. Zdecydowanie powiedziałbym, że właśnie to wywołało moje zainteresowanie odmiennymi stanami świadomości. Kiedy tracisz kończynę jest znacząca szansa, że w następstwie tego będziesz cierpiał na kończynę fantomową.

Tak, leczenie kończyny fantomowej jest jedną z największych zagadek neurobiologii. Czy próbowałeś terapii lustrzanej Ramachandrana?

O tak, przeczytałem Fantomy w Mózgu i próbowałem okropnej liczby metod. Ta przypadłość w leczeniu jest zupełnym skurwielem. Bóg raczy wiedzieć ile wypisywano mi leków. Antydepresanty, leki przeciwpadaczkowe, czy rozluźniające mięśnie – żadne z nich tak naprawdę nie działały. Największe ekscesy bólu kończyny fantomowej pozostają poza zasięgiem tradycyjnych środków przeciwbólowych, jak opiaty. Równie dobrze można się nimi nie kłopotać. Przepisano mi wysokie dawki petydyny (znanej również jako Demerol), lecz zwróciłem buteleczkę doktorowi, jako że lek nie przynosił mi żadnego pożytku. Lekarz zareagował z przejęciem. Powiedział, “nikt nie zwraca petydyny!” Ból może być tak nieznośny, że skutecznie odcina umysł od konsensusu z rzeczywistością. Bez adekwatnego znieczulenia skończyłem wyglądając jak pacjent psychiatryka, kołyszący się w przód i w tył, niezdolny do zrobienia czegokolwiek, co czasem trwało dłużej niż cały dzień. Biorąc to wszystko pod uwagę, cokolwiek działa na te dolegliwości jest prawdziwym darem bożym.

 Co zaś działa?

Dawno temu odkryłem, że ketamina i kannabinoidy pomagają na moją kończynę fantomową. Jestem całkiem przekonany, że działają poprzez na tyle surowe zniekształcenie obrazu ciała, że odcinasz się od wyzwalaczy bólu. Po domięśniowej iniekcji PCP doświadczyłem głębokich proprioceptywnych zniekształceń, jak gdyby całe moje ciało było proporcjonalnym modelem obdarzonego zmysłami homunkulusa. Ale w pewnym sensie to, co czuję nie jest halucynacją ani zniekształceniem – właściwie odbieram dysocjanty jako korekcyjne, tzn. sprawiające, że fantom znika. Nie jest to z mojej strony idiosynkretyczna odpowiedź; istnieją co najmniej trzy opublikowane artykuły nt. skuteczności ketaminy w leczeniu bólu kończyny fantomowej. Ketamina jest serwowana przez brytyjskie kliniki leczenia bólu wyłącznie na potrzeby leczenia tej przypadłości, jednak w formie wywołującego mdłości syropu. Szkoda gadać, sporo tego przyjmuję poprzez wlew do tyłka, byle ominąć kubki smakowe, ale nawet to ma swoje wady… jak lepkie, ocukrzone pośladki!

Fascynujące. Nigdy nie brałem pod uwagę możliwości, że efekt terapeutyczny ketaminy na kończynę fantomową jest psychogenno-podobny, jak proprioceptywna antyhalucynacja. Ostatnio przeprowadzono eksperyment z ketaminą i złudzeniem gumowej ręki. Badani pow wpływem ketaminy byli w stanie poczuć rytmiczne dotknięcia motoryzowanego pędzla na gumowej ręce w ich polu widzenia, tak jakby gumowa ręka była ich prawdziwą. Więc ketamina może zarówno usuwać i ucieleśniać iluzoryczny dodatek. Masz doświadczenie w farmakologii głównego nurtu, badałeś analogi fenmetrazyny, czy to się zgadza?

Tak, po otrzymaniu stopnia naukowego w biochemii pracowałem nad magistrem w neurofarmakologii. Zsyntezowałem szereg analogów fenmetrazyny i szacowałem ich potencjał jako anorektyki. Ale w celu wykonania tych eksperymentów musisz zabijać szczury. Szkolą ciebie abyś używał zacnych słów, jak ofiara, ale tak po prawdzie zlecają tylko technikowi laboratoryjnemu, aby rozwalił mózg szczura, albo przekroił go na pół parą nożyc. Moje sumienie nie mogło tego zhackować. Tak więc zostałem nauczycielem.

Co robiłeś?

Uczyłem neurobiologii w ramach mojego doktoratu. Ale wtedy przeszedłem z uniwersytetu w rodzaj niezależnych badań, które prowadzę obecnie.

Byłeś pierwszą osobą, która zrelacjonowała efekty syntetycznych kannabinoidów w rodzaju JWH-018, na długo przed Spice Gold, oraz pierwszym, kto skomentował desoxypipradrol, 1-ethynylcyclohexanol, 5-APB oraz metoksetaminę. Przyłożyłeś palec do wielu ciastek… że tak się wyrażę.

Po otrzymaniu stopnia naukowego po prostu rozmawiałem z ludźmi o podobnych zainteresowaniach i poznałem wiele osób posiadających ekspertyzę organiczno-chemiczną. Niejednokrotnie poszukiwali kogoś z wykształceniem farmakologicznym, aby zasugerował obiecujące leki i tak to się wszystko zaczęło. Co do moich syntez chemicznych, już dawno temu odstawiłem kondenser Leibiga w związku z wizytami policyjnymi i galopującą paranoją, ale – co najważniejsze – obiecałem mojej byłej partnerce, że pozostawię to życie za sobą, zanim się do nas przywalą. Jest toksykologiem klinicznym, więc aż za dobrze zdaje sobie sprawę z tego jakie szkody mogą wywołać takie lekkomyślne zachowania.

8hex

Definitywnie istnieje zapotrzebowanie na farmakologów, którzy mogą zasugerować nowoczesne struktury. Niektóre vendory research chemicals trzymają grupę doktorów farmakologii pod ręką, jako doradców w wyborze i syntezie nowych dragów.

Cóż, prowadziłem prace badawcze nad związkami i sugerowałem te, które byłyby prawdopodobnie interesujące do syntezy dla określonej kompanii. Uczestniczyłem w dochodzeniu nad związkami aktywności struktur całego szeregu arylcykloheksamin, na ten sam sposób co grupa badawcza Alexandra Shulgina – i wszystko szło płynnie. Koncentrowałem myśli nad arylowymi i aminowymi zamiennikami PCP i ketamino-podobnych dysocjantów, spośród których część jest bardzo, bardzo obiecująca.

Które dokładnie?

3-MeO-PCP i 3-MeO-PCE są po prostu niesamowitymi substancjami. Mają prawdziwą zdolność leczenia, jako że grupa 3-methoxy wykazuje powinowactwo do receptora µ-opioidowego1 i usuwa maniakalne ciśnienie myśli, które może uczynić z PCP dosyć niepokojący i nieprzyjemny narkotyk. Z 3-methoxy jest niewiarygodny śmiech i nieograniczona energia seksualna. 3-MeO-PCP wytwarza wewnętrzy spokój, jakby całe gderanie podświadomości zostało zupełnie zagłuszone. Przy 15mg poczułem, że 3-MeO-PCP jest być może najbardziej zdumiewającym dragiem, jaki kiedykolwiek zażyłem, a 3-MeO-PCE wydawało się mieć pełen potencjał do zostania następcą LSD. To beczka śmiechu, bez chaotycznego słaniania się ketaminy. Czułem się jakbym był Peterem Sellersem jako Inspektor Clouseau w świecie desperacko zmagających się Charlie’ch Chaplinów. Śmiałem się, aż łzy potoczyły mi się ku udom! Arylcykloheksaminy mają ogromny potencjał terapeutyczny, ale również potencjał do nadużywania.

Tak, wydawałoby się, że metoksetamina została już powitana z otwartymi ramionami.

 Molekuła metoksetaminy to coś, co chodziło mi po głowie przez około 3 lata. Po prostu wiedziałem, że musi być czymś fantastycznym; zawiera każdą konieczną grupę funkcyjną, aby stworzyć doskonały dysocjant. Czułem, że będzie niczym wolna od stresu wersja ketaminy. Ostatecznie znalazłem kogoś, kto był zainteresowany i zrobiłem małą porcję, a gdy ją przetestowałem… zmiotło mnie. Bez wątpienia ma wielki potencjał jako antydepresant. Wendor się zainteresował i zsyntezował porcję do dystrybucji publicznej, która prędko się zeszła. Obecnie w sprzedaży są wszelkiego rodzaju fałszywe wariacje, analogi tiletaminy2 i co jeszcze. Popularność nie była zaskoczeniem, lecz zaskoczyła mnie chęć syntezowania tego przez chińskie laboratoria. Kilka lat temu chińskie laboratoria nie wytwarzałyby arylcykloheksamin pod żadnym warunkiem. W Chinach podejrzani o handel dużymi ilościami ketaminy są egzekutowani.

W Singapurze dilerzy ketaminy muszą znieść 15 razów wymierzonych nasączonymi solanką trzcinami ratanu na gołe pośladki… zapewne przed egzekucją. Ryzykowny biznes. Kiedy pracowałeś nad tymi rzeczami miałeś jakiegoś rodzaju epizod psychotyczny – co dokładnie się stało?

 Czułem, że moim obowiązkiem jest przetestowanie tych chemikaliów pod kątem toksyczności w dużej rozpiętości dawkowej. Wręczenie innym ludziom nieprzetestowanych dragów jest po prostu nieetyczne – to ekwiwalent wrzucania nieznanej substancji w testy klinicznej IV fazy. Byłem zupełnie świadomy, że te arylcykloheksaminy miały potencjał stania się skrajnie popularnymi. Przez pewien okres używałem też metoksetaminy codziennie na swój ból kończyny fantomowej, co zamgliło mój osąd. Wreszcie, byłem w ciężkim miejscu, jako że mój ukochany kot, Nesbitt, chowaniec, którego miałem przez całe dorosłe życie, właśnie umarł. Miał 22 lata i wiedziałem, że to się zbliża, jednak wpłynęło na mnie naprawdę źle. Angażowałem się w wiele samodestrukcyjnych zachowań bez zdawania sobie z tego sprawy, więc przetestowałem 50 mg 3-MeO-PCP domięśniowo, i cóż, skończyłem w czymś, co jak mi powiedziano było stanem katatonicznym.

Śmierć ukochanego zwierzaka jest zawsze bardzo trudna.

Moja partnerka wróciła do domu i mnie znalazła, a przynajmniej mój umysł gdzieś za Alfą Centauri. Pierwszą rzeczą, którą pamiętam jest jazda karetką i przepytywanie przez sanitariuszy, co to było i jak wiele zażyłem. W ich opinii byłem cymbałem. Jak później odkryłem myśleli też, że próbowałem popełnić samobójstwo – kierowali się przy tym znaleziskiem pewnych wydrukowanych stron, pełnych zjadliwych tyrad, które leżały w szufladzie przy moim komputerze. Potrwało cholerne wieki, zanim uwierzyli, że te deklamacje zostały napisane lata temu jako forma terapii, w której pisząc wyrzucasz z siebie uczucia, aby je odgonić. Dopiero po trzech tygodniach przekonałem ich, że nie jestem suicydalnym maniakiem, ale raczej farmakologiem badającym związki między strukturami chemicznymi, a aktywnością arylcykloheksamin… To było coś czego wcześniej nie słyszeli.

Więc dlaczego trzymali cię na oddziale przez pełne trzy tygodnie?

Na początku byłem troszkę, cóż, niezbyt obecny z powodu efektów ubocznych. Myślę, że spojrzeli też na raporty medyczne, zobaczyli PCP i pomyśleli “o mój Boże!” Ale podczas leczenia zaczęli zauważać, że nie zachowuję się jak reszta pacjentów i w końcu doszli do wniosku, że może nie jest ze mną aż tak źle. Czułem się trochę jak Randle McMurphy. Pozwól mi sobie powiedzieć, że jeśli kiedykolwiek zaczniesz myśleć, że zaczynasz szaleć, spróbuj spędzić 2 tygodnie na zamkniętym oddziale psychiatrycznym! Napotkałem tam prawdziwych wariatów, w porównaniu z którymi jestem tylko berbeciowatym ekscentrykiem.

I co się stało gdy cię wypuścili?

Dla mojej partnetki było to kroplą przepełniającą kielich. Powiedziała, że nie będzie daremnie siedzieć obok i obserwować mojej samodestrukcji. Gdy wróciłem do domu jej już nie było, Nesbitt wciąż był martwy, a całość arylcykloheksamin, nad którymi pracowałem, została skonfiskowana i zniszczona.

To naprawdę okropne. Alexander Shulgin zawsze czuł, że dysocjanty nie znajdą zastosowania jako leki psychoterapeutyczne, a John Lilly odkrył, że nawet gdy myślisz, że działanie ketaminy ustąpiło, wciąż utrzymuje się podkład dysocjacji, który zapobiega  powrotowi do stanu sprzed.

Pomimo faktu, że wiedziałem o tym wszystkim, wciąż ingnorowałem to, co powinno wskazywać, że się mylę. Arylcykloheksaminy zapalają zbyt wiele systemów nagrody w mózgu, jako inhibitory zwrotnego wychwytu dopaminy, antagonizmem NMDA i powinowactwem do µ-opioidowego receptora. Skłaniają do nadużycia i ucieczki w fantazję. Zwykłem odnajdywać się majaczącego o chemikaliach, których spróbowałem zaledwie raz lub dwa, mówiąc że są huxleyowską somą lub mokshą, albo Nepenthe Polidammy. Zdałem sobie sprawę z tego, że dysocjanty mają w sobie naprawdę mroczną stronę, której nie posiadają klasyczne serotoninonergiczne psychodeliki.

Jak radziłbyś podążać ludziom eksperymentującym z metoksetaminą?

Gdyby ludzie mieli odpowiedzialność, to by wystarczało, ale niektórzy po prostu nie znają znaczenia słowa odpowiedzialny i można zauważyć, że stłuczki pociągów zdarzają się nieustannie. Były już hospitalizacje ludzi, którzy przedawkowali metoksetaminę, ale też dziewczyna, która poszła do bloku swojego chłopa, wzięła pakiet z nienzanym proszkiem i zdecydowała się zabić z jego pomocą, nie wiedząc że to metoksetamina. Nie poniosła trwałej szkody, ale sprawa wylądowała w gazetach. I wiesz co, całkiem niedawno widziałem, że w Szwecji ktoś dożylnie wstrzyknął sobie metoksetaminą z MDAI i umarł.

Moment, co to było?

Ktoś w Szwecji zrobił sobie zastrzyk ze 100 mg metoksetaminy i 400 mg MDAI.

I ta osoba umarła?

Ta, były problemy sercowe i osoba zmarła. Wiedząc, że gdyby nie moje zaangażowanie, metoksetamina nigdy nie weszła by na rynek… pozostawia to coś więcej niż przykry smak w ustach. Niewiele da się zrobić, żeby nie pomyśleć „po pierwsze gdybym nie otworzył ust, to nigdy by się nie stało.” Ale ludzie kontaktowali się ze mną, żeby podziękować, ponieważ metoksetamina im pomogła. Wiem, że niektórzy znaleźli w niej ulgę od depresji, której nic wcześniej nie zaoferowało.

Przeciwdepresyjny efekt metoksetaminy jest natychmiastowy i diabelnie długotrwały. Mogłaby wygnać z ludzkich żyć uwiąd emocjonalny i ma wystarczająco niską dawkę, aby nie uszkodzić pęcherza moczowego jak ketamina. Ma silną stronę pozytywną, lecz gdy wydarzy się coś negatywnego, jak przedawkowanie, w kontekście całej rzeczy trudno nie poczuć się jak kupa.

Zapytałem chemika Davida Nicholsa jak się poczuł wobec śmierci i amputacji powiązanych z 4-MTA i Bromo-Dragonfly, na co odpowiedział, że był “głęboko wstrząśnięty.”

Musisz być wstrząśnięty, chyba że masz jakiś rys psychotyczny w swojej osobowości. Zwyczajnie wiem, że to spowodowałem: jestem odpowiedzialny za ludzką śmierć. Na swój sposób jest to ciężar do taszczenia przez każdego, kto wprowadza lek na rynek. W sensie, pomyśl o talidomidzie. Wciąż bywa używany do leczenia trądu, czy też choroby Hansena, jak to się chyba obecnie nazywa. Założę się, że jeśli chemik Wilhelm Kunz wciąż żyje, do tej pory ma koszmary o wszystkich defektach porodów, które nastąpiły w latach 60-tych, niezależnie od tego ile dobrego ten lek przyniósł trędowatym. To rzeczy, które karmią koszmary.

Nigdy nie wiesz. Chemik Louis Fieser nie odczuwał żadnej winy z tytułu wynalezienia napalmu.

Ta, ale wtedy z kolei jeden procent populacji ma psychotyczne zaburzenia osobowości – nie odczuwają empatii, ani winy i mogą robić takie rzeczy. Tak jak powiedziałem względem badań policencjackich, zabijanie zwierząt było ponad moje siły.

Nie powinieneś się obwiniać; wszystkie innowacje technologiczne posiadają zdolność krzywdzenia ludzi.

Cóż, to moja dobra katolicka wina. Możesz wyrwać chłopaka z katolicyzmu, ale nie możesz wyrwać katolicyzmu z chłopaka, a ja czasami po prostu szukam powodów do poczucia winy. Możesz wyrwać chłopaka z 3-metoksylowanych-arylcykloheksamin, ale nie możesz wyrwać 3-metoksylowanych arylcykloheksamin z chłopaka, powiadają… Aj, miejmy nadzieję, że to nieprawda.

Przypisy:

  1. Receptor µ-opioidowy uważa się za wywołujący euforyczne, pokrzepiające efekty heroiny i pokrewnych. Niedawne opracowanie autorstwa J.V. Wallacha nt. farmakologii 3-MeO-PCP wykazało, że substancja ta ma właściwie nieznaczne powinowactwo do µ-opidowego receptora, co sugerowałoby, że metoksetamina również jest nieznacznym opioidem. Nie żeby nie była uzależniająca czy niosąca przyjemność, po prostu najpewniej produkuje rzeczone efekty poprzez inny mechanizm farmakologiczny.
  2. Tiletamina jest głównym składnikiem Telazolu, weterenyrajnego środka uspokajającego, który jest używany do znieczulania niedźwiedzi polarnych, łosi i morsów. Jej efekty są często opisywane jako “zimne i kliniczne”, co jednak nie powstrzymało wielu weterynarzy od stosowania jej na sobie bez żadnego umiaru.

przekład z Vice

Servile Sect |TRVTH| wywiad ’11

R-4845470-1377304349-5435

Zapoznawszy się z tym wywiadem na lurkerspath.com stwierdziłem, że świetnie się wpasuje w transgresyjny wektor Ulvhel, toteż uknułem propozycję wymiany, oferując wywiad z Non Opus Dei. Minęły 3 lata, przez ten czas SS wydało następny długograj Svrrender oraz epkę Glowing. Wywiad przez to nie stracił na wartości, a wręcz przeciwnie, o ile zachęci czytelnika do sięgnięcia po muzykę, to wybór jest szerszy.

Servile Sect wymyka się gatunkowemu zaszufladkowaniu i wysoko stawia poprzeczkę zakusom spłycającej interpretacji. Przekraczając specyfikę ambientu, noise, drone i black metalu, przeplata ze sobą wpływ psychodelików i wolności myśli, tworząc muzykę hipnotyczną, euforyczną i agresywną. Nowy album – Trvth, celebracją którego jest poniższy wywiad, ukazał się dzięki Handmade Birds. Jak się okazuje mentalność twórców Servile Sect pod względem wyjątkowości nie ustępuje pola ich muzyce. ~ nichtig

 

– Po pierwsze chciałbym zapytać w jaki sposób doszło do tej współpracy na odległość 3000 mil. Jaki był proces komponowanialnagrywania “Trvth”?

Cóż, nie zawsze dzieliła nas tak znaczna odległość fizyczna. Servile Sect zaczeło sie W 2005 roku, kiedy obaj mieszkaliśmy w Phoenix w Arizonie (obecnie żyjemy kolejno w Humboldt, Californii i w Brooklynie w Nowym Jorku). Jakoś w ’95 czy ’96 skejtowaliśmy razem z dwoma innymi gośćmi, którzy malowali odwrócone krzyże i bafomety na swoich deskorolkach. Non-stop skejtowaliśmy igadaliśmy o metalu. Pewnego dnia spotkaliśmy sie u Nhate’a, a ten miał w piwnicy chropowaty plakat “Live in Leipzig” Mayhem. Kiedy zdaliśmy sobie sprawe z tego, ze obaj łapiemy Mayhem,natychmiastowo załozyliśmy metalową kapele. Od tej pory dwóch z nas się spiknęło i konsekwentnie nagrywa ciężką muzykę.

(Luke) Proces komponowania/nagrywania TRVTH był cokolwiek daleki. To była kolaboracja poprzez odległość znacznie przekraczającą 3,000 mil – raczej nawet 8,000! Spędziłem około kwartał w Nepalu i miałem na tyle szczęścia, aby posiadać porządne łącze internetowe, pozwalające wymieniać dźwięki z Nhate’m. Miałem interfejs nagraniowy, gównianą gitarę, sequencer, laptop i trochę innego drobnego sprzętu. Zanim wyjechałem, Nhate i ja złożyliśmy wspólnie dźwiękową bibliotekę sampli i nagrań “noise”. Miałem możliwość uzbierania mnóstwa znaczących field recordingów, gdy tam przebywałem, więc mieliśmy wręcz naddatek materiału do obróbki. Co pomyślne, znaczna liczba hinduistycznych Nepalijczyków wierzy, że marihuana/haszysz jest godną szacunku i rzetelną “ścieżką ku Bogu”, tak więc moje kieszenie były zawsze przepełnione stuffem. Idee rozkwitału pomiędzy tym, a ekstremalnym doświadczeniem, jakim jest codzienne życie w Nepalu. Po nagraniu pierwszej połowy TRVTH, udałem się do Rishikesh w Indiach. Każdego dnia przez parę tygodni włóczyłem się po terenie Maharishi Ashram (to niesamowicie klimatyczne miejsce, gdzie przebywali Beatlesi, studiując transcedentną medytację, a przy tym korzystając z mnóstwa narkotyków). Podczas ich pobytu w Rishikesh, John Lennon powiedział: “Wspólnie nagraliśmy około trzydziestu nowych kawałków. Paul zrobił z tuzin, George mówi, że ma sześć,a ja skomponowałem piętnaście.” To cokolwiek niesamowite miejsce. Tam też zmiksowałem pierwszą połowę TRVTH na swoim laptopie, paląc spliffa za spliffem pod starym drzewem z epickim widokiem na Ganges. Całkiem błogie.

Druga połowa TRVTH została nagrana W lutym 2011, pomiędzy Nowym Jorkiem, a Humboldt. Nasz stary przyjaciel, Robert Nelson (którego znaliśmy jeszcze z Arizony) nagrał parę ścieżek perkusji. Joshua Convey (z ITHI) wniósł z kolei parę partii gitary basowej. James Plotkin zmasterował całość i faktycznie sprawił, że miksy brzmią świetnie.

Servile+Sect+sxswadds_0459

– Czy zechcielibyście spróbować wyjaśnić naszym czytelnikom muzykę Servile Sect?

Obaj wyrośliśmy słuchając opętańczych ilości black/death metalu, tak więc te dżwięki wylały się z nas w sposób naturalny. Andee z Aquarius Records określił je jako “Psychedelic Alien Black Metal“. Podoba nam się to i wydaje się dobrze pasować.

– Czy w Servile Sect działa jakaś fundamentalna ideologia… Raison d’être do tworzenia tej unikalnej odmiany muzyki?

Zawsze byliśmy przyciągani przez metal, z uwagi na wartości, względem których przejawia tendencję bycia siedliskiem i którym się poświęca. Od bardzo wczesnych lat gardziliśmy kapitalizmem, religią i wszystkimi systemami psującymi zabawę i zniewalającymi ludzkość, zakazując niezależnej myśli i czyniąc życie mamym. Nasza muzyka zawsze była bezpośrednią reakcją na nasz światopogląd i niezdolność do współuczestnictwa w tej kolektywnej rzeczywistości. Oczywiście kwestię ugruntowują także nasze osobiste doświadczenia z psychodelikami, jak również nasze obsesję wokół wszystkiego powiązanego z UFO.

– Artwork “Trvth” przywołuje tyleż pytań, co odpowiedzi. Czy to intencjonalne?

To absolutnie intencjonalne. Obydwaj (SS i K.G.Y.) wspólnie czujemy, że artwork jest prawdziwym wizualnym poszerzeniem ogólnej percepcji albumu. Powinien sprawić, że odbiorca będziezadawał sobie pytania i potencjalnie sięgał ku odpowiedziom, W oparciu o swoje indywidualne postrzeganie. Namysł nad artworkiem / opakowaniem był produktem nieskrępowanej inwencji Kevina Gan Yuena (Viraloptic.com, Sutekh Hexen), artysty mieszkającego W San Francisco. Wstępnie dostarczyliśmy Kevinowi pewne koncepcje tematyczne, on zaś spędził trochę czasu na burzy mózgu z własnymi ideami, a po kilku tygodniach rozwalił nam mózgi. Nie moglibyśmy być bardziej zadowoleni zrezultatu. *To* jest W tym na pewno!

– To oczywiste, że czerpaliście inspirację z obszarów pozamuzycznych. Zechcielibyście opowiedzieć chociaż o części filmów/książek/doświadczeń, które wpłynęły na kształt projektu?

Ogromnym wpływem był Terence Mckenna! Jego przenikliwość jest niezrównana, a jego zdolność do przełożenia niemożliwych-do-zdzierżenia myśli na język nigdy nie zostanie pobita. Koleś wykładał przez 12 godzin, bez żadnych notatek ani przerw! Obydwaj dostaliśmy też niezłego kopa od książek Carlosa Castendy. On W naprawdę monumentalny sposób współtworzył własną rzeczywistość i miał tony świetnych pomysłów, w które się naprawdę wczuliśmy. Rzecz jasna tkwimy też mocno w oldschoolowym sci-fi… Zaadaptowany cykl Kronik Marsjańskich Raya Bradbury’ego jest kurewsko zajebisty! Dead Man (Truposz) Jima Jarmuscha zawsze był faworytem, no i oczywiście The Holy Mountain (Święta Góra) Alejandro Jodorowskiego.

– Nazwa Servile Sect: obserwacja socjologiczna? Ukryty odnośnik? Ekspresja pozbawionego złudzeń mizantropa?!

Swobodnie, tak po prostu się czuliśmy, kiedy zaczęliśmy ten projekt – usidleni przez 9 do 5 robót firmowych, których nie mogliśmy znieść. Harując w imię snu, W którym nie uczestniczyliśmy. Spikując się na parę nocy W tygodniu, aby robić nasz sort muzyki i ignorować pułapki, w których byliśmy utkwieni. Na szczęście obydwaj po większej mierze przemieściliśmy się już z tego etapu W naszych życiorysach, ale nazwa Servile Sect wciąż ucieleśnia nasze sfrustrowanie życiem, wiedzę o naszych pułapkach i nasze plany ucieczki.

(pow. zdaje się nowy track S.S. z wysoką domieszką drone i noise)

 

Zopiniujcie następujące:

2001: Odyseja Kosmiczna:

Paralele pomiędzy “Monolitem”, a psychodelikami są naprawdę klawe. Idea czegoś będącego krańcowo niepoznawalnym, jednak wciąż ,,będącym”. Psychodeliki na wiele sposobów są właśnie takie… Aczkolwiek ścieżka dźwiękowa do 2001 jest absolutnie bolesna. Istnieje wersja z muzyką autorstwa Spiritualized, znacznie bardziej zadowalająca.

Wiara:

Wiara nie jest czymś, pod czym którykolwiek z nas mógłby się podpisać. Bezpośrednie osobiste doświadczenie? Fakty? W tym sęk. Brat Terrence’a Mckenna – Dennis – dobrze to ujął, “Myślenie krytyczne nie jest pobudzane, ani też zadawanie pytań. Wszystko się streszcza do: ‘Oto jest doktryna imusisz ją zaakceptować, i musisz zaakceptować ją na wiarę ‘. Jeśli nie masz wiary, jesteś stracony, wiesz? I to tyle – wiara esencjonalnie jest nagabywaniem kogoś, aby zaakceptował przesłankę, albo zespół idei, lub coś bez żadnego dowodu – bez zadawania zbyt wielu kłopotliwych pytań.

Carl Sagan:

Koleś sklecił fajny Ateizm, pomyśleć że Chrześcijaństwo było kompletnie absurdalnymi i zacofanymi, prastarymi obcymi teoriami. 4 kciuki W górę!

Prawda obiektywna:

Takość, jest-ność, czyste-bycie – to, co się tu i teraz rzeczywiście dzieje, niezależnie od świadomości, opinii, osądu lub percepcji. Pozostaje kompletnie nieporuszone przez prawdę subiektywną, ponieważ jest Prawdą, a Prawda po prostu jest.

H.G. Wells:

Swoimi opowieściami i ideami wstrząsnął ludzkością W krytycznej koniunkturze naszego rozwoju. Wierzył w ,,wyłaniającą się nową świadomość”, która poprowadziłaby ludzkość do nowego, przepełnionego spokojem, utopijnego świata. Był wizjonerem w podobny sposób, co George Orwell, czy Aldous Huxley. W swoich proroctwach był tak akuratny, że ludzie nazwali go “człowiekiem, który wynalazł jutro”. CZAD!

Tutaj super słodki i bardzo istotny fragment “An Open Conspiracy” (Otwartej Konspiracji) H. G. Wellsa:

“Wydawało mi się, że na całym świecie inteligentni ludzie budzą się, by spostrzec zniewagę i absurd podlegania zagrożeniu, ubezwłasnowolnieniu i zubożeniu, poprzez samą bezkrytyczną adhezję do tradycyjnych rządów, tradycyjnych idei życia ekonomicznego i tradycyjnych form zachowania, oraz że ci budzący się inteligentni ludzie muszą po pierwsze powziąć protest, a następnie stawić twórczy opór wobec inercji, która nas dławi i zastrasza. Ludzie ci, jak sobie wyobraziłem, wpierw powiedzieliby: ,,Dryfujemy,’ nie robimy niczego wartościowego z naszym życiem. Nasze życie jest nudne, głupie i niewystarczające dobre. ” Następnie dodaliby, Co mamy zrobić z naszym życiem? – a wówczas, ,,Połączmy się z innymi ludźmi naszego rodzaju i zróbmy ze świata wielką światową cywilizację, która umożliwi nam urzeczywistnienie obietnic i uniknięcie zagrożeń tych nowych czasów”. Wydawało mi się, że właśnie to byśmy mówili, budząc się jeden po drugim. Równało się to protestowi, wpierw mentalnemu, a następnie praktycznemu, równało się swego rodzaju uprzednio nie obmyślonej i niezorganizowanej konspiracji przeciw fragmentarycznym i nieodpowiednim rządom oraz powszechnej chciwości, przywłaszczeniom, niezdarności i marnotrawstwu, które mają obecnie miejsce. Jednak w przeciwieństwie do konspiracji ogółem, ten rozszerzający się protest i konspiracja przeciw panującym rzeczom, z samej swojej natury rozwijałyby się w świetle dziennym, gotowe na zaakceptowanie współuczestnictwa i pomocy z dowolnej strony. Rzeczywiście stałoby się to „Otwartą Konspiracją”, niezbędną, naturalnie ewoluującą konspiracją, przystosowaną do naszego zwichniętego świata. ”