Outside the Great Circle – rec. filmu

Outside The Great Circle” to dzieło rumuńskiego artysty-eksperymentatora Costina Chioreanu, stanowiące kilkunastominutową próbę ujęcia w formie audiowizualnej głównych koncepcji gnostyckich, a przede wszystkim zaś wizję duchowego upadku w świat i wzlotu ku Źródłu. Krótkometrażowy film, przywodzący czasem na myśl tzw. kino magiczne takich tuz alternatywnej kinematografii jak Kenneth Anger czy Alejandro Jodorowski, łączy w sobie trzy współgrające elementy: ilustrację, animację oraz muzykę.

otgc

Technika, w której został wykonany ma w sobie coś z kolażu – lwią część filmu stanowią alegoryczne kompozycje “wyciętych” ilustracji, niekiedy animowanych, oraz ekspresyjnego tła – także dźwiękowego. Warstwie muzycznej warto przyjrzeć się bliżej, bowiem wykonanie swoich kompozycji Chioreanu powierzył grupie weteranów sceny awangardowej, zapraszając do współpracy Attilę Csihara [m.in. Mayhem, Sunn O)))] i Davida Tibeta (Current 93) w roli wokalistów; pieczę nad syntezatorami oraz klawiszami objął członek japońskiej formacji awangardowo-blackmetalowej Sigh – Mirai Kawashima; zaś znany z psych-folkowego Hexvessel Fin Kimmo Helen zajął się skrzypcami i efektami dźwiękowymi. “OTGC” stanowi mroczną, melancholijną wizję rozwoju duszy “upadłej w materię”, świat cierpienia i lęku. Uczucia te potęgują dominujące w trakcie pierwszych minut filmu gitarowe drony, ich niskie tony świetnie współgrają z nieludzko ponurym wokalem Csihara oraz infernalnym surrealizmem warstwy wizualnej.

otgc2

Świat materialny przedstawiono tu jako masową mogiłę dusz, i choć zgodnie z doktryną hermetyzmu jest on uporządkowany boskim Logosem, to cierpienie nadal stanowi jego fundament. Boska iskra zostaje wcielona w materię, ale poprzez poznanie może przypomnieć sobie własną nieśmiertelną naturę – i o tym właśnie zdaje się przypominać swoim dziełem rumuński reżyser, co akcentują finalne momenty filmu, okraszone charyzmatycznym, pełnym straceńczej nadziei głosem Tibeta.

Blaga

Advertisements

OM – Advaitic Songs

om

Zabierając się za recenzję dzieła tak obfitego w zarówno duchową i artystyczną jakość wypadałoby na początku przybliżyć, choćby pokrótce, przyświecające mu idee. Tytuł Advaitic Songs odnosi się do hinduskiej adwaity, poglądu stojącego w opozycji do dwaity (dwójni), głoszącego że jedyną rzeczywistość stanowi Brahman, który jest tożsamy ze wszystkimi żywymi istotami. W adwaicie świat materialny reprezentuje maja pojmowana jako iluzja rozdzielności pomiędzy Atmanem-Jaźnią, a Brahmanem-Absolutem. Wyznawcy adwajtawedanty nie poszukują zbawienia poprzez miłosierdzie boże, mesjaszy czy posłuszeństwo; wręcz przeciwnie dążą do samozbawienia przez gnozę, wyrwania się z sideł fałszywego dualizmu i odnalezienia w sobie jedności z bezprzyczynową boskością. Cytując Swamiego Wiwekanandę, dziewiętnastowiecznego propagatora hinduizmu na Zachodzie:

Poza całą naturą jest coś wolnego. Kiedy znajdziemy to, co wymyka się wszelkiemu prawu, zdobędziemy wolność, a wolność jest zbawieniem. Dualizm jest stopniem, fazą, adwaityzm wiedzie aż do kresu. Najkrótszą drogą do wyzwolenia jest oczyszczenie się. Należy do nas tylko to, co sami zdobyliśmy. Nie zbawi nas żaden autorytet, ani żadne wierzenie.

om2

Tyle o duchowości stojącej za Advaitic Songs, pora na muzykę. Album rozpoczyna Addis, sześciominutowa mantra z damskim wokalem i pięknie brzmiącą wiolonczelą, okraszona wyrazistym dudnieniem bębnów i brzmiącymi co najmniej majestatycznie pomrukami pulsującego basu. Wszystkie te elementy, prócz kobiecego głosu, towarzyszą słuchaczowi aż do końca albumu, akompaniując ciężkim, acz nieco stonowanym i schodzącym często na drugi plan doom-metalowym riffom. Na Advaitic Songs Cisneros i Amos postawili w dużej mierze na różnorodność brzmienia, aczkolwiek nie brak tu monotonnych dronów rodem z hinduskich rag i wyciszonej kontemplacji. Dźwiękowe inspiracje muzyków są oczywiste – Advaitic Songs to pieśni ducha Bliskiego i Środkowego Wschodu, psalmy spalonej słońcem pustyni i monumentalny lament bizantyjskich chórów. Al Cisneros jednostajnym głosem, jak gdyby pogrążony w głębokiej modlitwie recytuje teksty utworów, sprawiając, że każdego z nich słucha się jak medytacyjnej mantry. Piąty, ostatni kawałek Haqq al-Yaqin odwołujący się do tradycji muzułmańskiej – to najdłuższa i moim zdaniem najciekawsza z kompozycji zawartych na krążku. Monotonny, transowy rytm wybijany na hinduskiej tabli, podniosły lament smyczków, ascetyczne aranże wokalne Cisnerosa wszystko to kreuje niesamowicie mistyczny klimat; całość zaś wieńczy przepiękna wariacja zagrana na nieprzesterowanej gitarze. Po paru chmurach ściągniętych przy tym numerze można niemal poczuć na własnej skórze prażące niemiłosiernie słońce pustyni, rozżarzony piach i intensywną woń płonącego kadzidła. Pieśni Adwaityczne to dla mnie ścisła czołówka albumów 2012 roku, koniec kropka.

~blaga

Nagrobki – Lękajcie się i Stan Prac

Otwierający demówkę kawałek “Lękajcie się” to jak kołysanka i kpina zarazem, kpina z represyjności polakatolickiej moralności, ale również z siebie samych i tu propsy panom za samodystans. Parodia mszy świętej w wersji wszelako poczciwej, a w każdym razie żartobliwej. Dalej już ruszamy z grubszej rury. Ten kawałek brzmi dużo lepiej na “Stanie Prac” ale i tak idzie docenić tą wersję. “Zapadła mi w pamięć Twa wczorajsza wypowiedź. Bardzo jest mi źle, wciąż myślę o Tobie, nic zrobić nie mogę. Śmierć! Śmierć! Śmierć Zapomniałem! Ciągle widzę oczy Twe! Tylko Ciebie chcę!” Osobiście pofolgowałbym tu wyobraźni w kwestii interpretacji. Dalej mamy coś co brzmi jak polskie Those Poor Bastards, czyli “Jak mu dewastuję grób“. Urzeka mnie sampel walenia młotem, domyślnie o nagrobek. o “Róża, córka sąsiada” nie mam zbyt wiele do napisania, bo ten kawałek wydaje mi się mało zakamuflowanym manifestem dorosłych onanistów,`a nie sądzę aby któryś z panów musiał spędzić dłuższy czas za murami Zakładu Karnego. Ratuje go bas i perkusja. I to ratuje nie byle jak. Noise-rockowa końcówka in plus. “Nekropolo” z “Jakoś tak się przyzwyczaiłem, że własny zgon przegapiłem” to rodzaj celebracji poczucia wewnętrznej martwoty (emocjonalnej na pewno nie). I na tym kończy się ta demówka, a raczej debiutancka epka Nagrobków, na niebrzydkiej gitarowo-syntezatorowej solówce.

Intro do “Stanu Prac” to próba udźwiękowienia zaklęcia, które mogłoby wyjść z Czarnej Chaty. Wnet uderza antypolska “Niedziela”, przepełniona wstrętem do polakatolickiej rytualizacji tygodnia. “Chciałbym, żeby jutrzejsza niedziela była już tą ostatnią! Już tą ostatnią!”

“Blady świt!” to materiał na przebój, na tyle wpada w ucho i wdrąża się w głowę. “Dziękuję Ci mamo za ten dar życia. Dziękuję Ci tato, że mnie zrobiłeś! Następnym razem mogłabyś się zapytać.., mnie! Następnym razem weź zastanów się chwilę!” – Szarmanckie podziękowania, z tym, że panowie zdają się być nieświadomi, że to nie nasi szanowni spłodziciele (za Johnem Bhalancem przypominam, że powinniśmy być im wdzięczny zwłaszcza za brokuły) są odpowiedzialni za to, że to akurat nasze dusze z – chyba mogę to powiedzieć – w imieniu swoim, jak i muzyków – ciężką karmą – inkarnują się w spompowanych przez nich płodach.

“Zaraza” to najbardziej mainstreamowy kawałek z płyty, kojarzy mi się niezdrowo z jakimś CKOD i tu kciuk w dół i wyrd na drogę. Nie grajcie tak więcej. “Ja” niesie już znaczący skok w górę na mojej skali przyswajalności w mocno nie ukrywajmy to zawirusowanym tunelu rzeczywistości. “Boisz się mego, boję się twego JA” i pomrukiwanie (chyba) basu, acz zachodzę w głowę jak go wykorzystano, aby osiągnąć taki dźwięk. Następnie przeróbka dziecięcej piosenki, ale nie będę zdradzał zbyt dużo. Jak już wspominałem “Na śmierć zapomniałem 2015” w nowej wersji zyskało dużo siły wyrazu. Idzie poznać rolę dobrego masteringu, ale i wykonania. Znienacka w kawałek wkrada się długie spowolnione interludium, z trąbką (obecną zresztą na całym materiale, verfluchte), a może próba wyrazu stanu umysłu, który uprzednio został wyrażony z bardziej natężoną siłą ekspresji. Na koniec powrót pierwotnego motywu, wokal jest – dopiero o tym napomykam – a to tyczy się całej płyty – na wksroś przekonujący i wystarczy, że tyle napiszę na ten temat.

“Jesteśmy martwi” to kolejny skoczny dyskotekowy przebój dla przedszkolaków albo raczej pacjentów szpitala psychiatrycznego – ba, chciałbym przemycić do psychiatryka lsd i dolać pacjentom do wody i włączyć ten utwór na pełen wolumen. “Jesteśmy martwi! Nic nas nie powstrzyma! Żadna policja ani żadna głupia siła! Spotkanie z nami oznacza śmierć! Powiedz, czy ty też masz na nią dziś chęć!”

“Nie mam ci nic do powiedzenia” to swoisty manifest socjopatii, dosyć już przytoczyłem liryk, lepiej byłoby w ogóle gdybym nie pozbawiał słuchacza zapoznania ich bezpośrednio z muzyką, ale być może powyższe bardziej nakłoni do zrobienia takiego kroku”. Gitary są post-punk noise-rockowe, czyli to co koty lubią jak upolowanie sikorki, odgryzienie jej głowy i pozostawienie jej przed drzwiami domostwa z ciągnącym się nerwem centralnym.

“Dla Grzesia” to grubsza sprawa, utwór jak mniemam powstały w hołdzie dla przyjaciela muzyków, który wybrał przedwczesne Wypierdalać wobec życia. Godny to hołd i tym dotkliwiej od mnie przemawia, że sam straciłem dwa duchy. Jakkolwiek nie dźwigam już żadnego kaprawego krzyża. Odżyłem. I po chuj o tym wspominać? Bez odbioru na ok. 2 miesiące.

Z ostatniej chwili. Wieść grozi, że to rock garażowy. Zabawne, że ostatnio ktoś mi zaproponował, że jak się nie ogarnę to zrobi mi z dupy garaż, respons: ogłoszenie drobne, chętnie poczęstuję lutą w lutym kandydata do zrobienia mi z dupy garażu (żart, pozdro KRW).

pod powyższym linkiem cały “Stan Prac” do odsłuchu.

raport: katastrof

King Dude – Sex

Czyli gangsterska romantyka diabelskim rockiem podlanego neofolku. “Kto chce żyć i skonać tej nocy? Kto pragnie ujrzeć drugą stronę? Z kryształów, które jak robactwo biegną przez twe żyły. Oszalałeś!” – oto zaproszenie do tego swoistego (ideowo) miszmaszu Lautreamonta z Iluminatami Thanaterosa, muzycznie zaś – balladowo-folk-rockowego klangu noir.

Kontynuując tradycję niespodzianych dywinacji wskroś dobrego pana Lucyfera, King Dude momentami wykrystalizował tu i dopracował swój styl do poziomu analogicznemu świeżo wyrwanemu sercu kozła zastawiającemu stół biesiadny Niosącego Czarne światło, a momentami pogubił się w eksperymentalnych niewypałach bez wyrazu— i konfrontuje słuchacza z eksploracją tematu seksualności.

“Nie chcę żyć wiecznie kotku, nie obawiam się umrzeć” śpiewane straceńczym tonem i podkolorowane pysznie wpasowanym samplem (czego wcześniej w muzyce tegoż nie uświadczyliśmy) znamionują szlagier “I wanna die at 69”, przy którym wymiękają nawet co mniej zglątwione pieśni Baina Wolfkinda. “Our Love will carry on” – romantyczna ballada – stanowi nostalgiczny łącznik z wczesnym okresem twórczości Cowgilla z okolic lp “Love”(2011).

Chwilę później TJ uderza kontrastowo z innej mańki wraz z krótkim, blackowym “Sex Dungeon”. W takich momentach album ujawnia swoją niespójność, stanowiącą główny zgrzyt ku nazwaniu “Sex” choćby komfortową przystanią w dyskografii K.D.

Tętniące czarnym humorem “The Leather One” gładko zaciera złe wrażenie. “Swedish boys” brak nieco intensywności, aby wywiązali się ze swej roli. Sinusoida znów rusza w górę wraz z ciekawym, eklektycznym “Prisoners” gdzie Koleś, jak na każdego dobrego kolesia przystało, rapuje.

“No one knows the girls” popada w kabaretowe gorzko-słodkie nuty. Następnie szczere, otwarte i smutne, wieńczące album “Shine your light”, niestety wypadające cokolwiek skamląco jak na takiego diabelskiego knura jak Dude, King Dude.

Podsumowując, kawałki promocyjne okazały się pokazaniem asów przed rozegraniem partii, wespół z oprawą wizualną płyty aut. Ellen Rodgers zaostrzyły apetyt. Na co? Na pstro na czczo. Za mało krwistego, ezoterycznego neofolku, za dużo americany, country i inszych eksperymentalnych niedoformowanych płodów. Gdyby całość trzymała poziom “Our Love will carry on” czy “I wanna die at 69”, czy chociażby nawet instrumentalnego “Conflict & climax” bylibyśmy bliscy zachwytu, tymczasem… borem lasem. Rzecz broni się nomen omen jedynie dzięki diabelskiej psocie “The Leather One”. Do następnego, dude!

Wyd: NJRM // Van Records

ktstrf wyklucznik

wędrowcy~tułacze~zbiegi – Światu jest wszystko jedno

a2453044032_10

Równe kroki perkusji i oto “witaj nam jutrzenko” – zimne, gęste ciary. To materiał nierówny, ale nawet w swych nizinach niesmacznie wysoko ponadprzeciętny. Jak dla mnie polska płyta roku. Coś na miarę “Imperium” Arkony anno 2016. Post-nihilistyczne, bataille’owskie (w czem – zapewne nieskromnie – podejrzewam pokątną inspirację Ulvhela) zacięcie zdominowało cały materiał i jest to zacięcie istotowe, nie przejawiające się w gołosłownych, a górnolotnych deklaracjach, lecz ucieleśnione dźwiękiem i słowem. I tak baśniowej narracji rozmarzonych strun “wędrca” nie umniejsza, lecz kontrastowo uwypukla wzmianka o “czarnej dupie nocy”. Muzyczna nowatorskość “światu jest wszystko jedno” zasadza się na obecności trąbki, wspaniale odegranej przez niejakiego Ścierę; ale kompozytorska wybitność jest wszechobecna, choć być może tak ją określam przez koloryt, który nadają jej przenikliwe, poetyckie liryki. Przebojowość tego albumu sprawia, że ma się ochotę słuchać go raz po raz, do znudzenia, a o te niełatwo, przychodzi ono być może dopiero wraz z emocjonalną nadeksploatacją, a o tą każdemu niejednakowo łatwo/trudno. I w zasadzie podług ładunku i spektrum emocji powstających w konflikcie ze światem można by podzielić słuchaczy wędrowców, tułaczy, a zbiegów, acz ja się zarysu tego czy inszego podziału nie podejmę, bo po kiego grzyba. W “kanonady ducha grzmot” pojawia się lekko woniejący patos, a w każdym razie pycha. Grzech to nam nieobcy, prawda li? I w takiej samej mierze wespół z nadmierną, choć przenikliwą autokrytyką konstytuujący. Wspaniała, introwertyczna, bajońska wręcz refleksyjność “Przebijacza gór” płynie ku nam wraz ze śpiewem i szeptem. Piosenkarzy dwóch – Stawrogina i von Rittera – rozróżniam dopiero po zwróceniu uwagi na ich dwoistość, na tyle podobne mają głosy, w obu przypadkach szlachetne – rzadkością jest to wszelako, aby w muzyce jakkolwiek powiązanej z blek metalem można było komuś bez ocierania się o śmieszność przypisać takie miano; a tu można i ba, na wędrowców bez wahania oddałbym głos za 4,44 esemesym na poczet polskiej eurowizji. Całości dopełnia perkusja bezbłędnie odegrana przez mości Szturpaka. Nie uświadczyłem jeszcze bodaj na polskiej scenie płyty o takim poziomie intelektualnym, a patronat w tym aspekcie sprawuje znany poniekąd z łam onego pisma Gac. “Nieba błękit zakrwawiony / jucha gęsta leci z chmur / naród w końcu poświęcony / zmywa gówna cierpki smród” – to są wersy co nie lada, ukonstytuowane transgresją, a okraszone Muzyką co się zowie. Wzajemna uzupełnialność czystego tonu ducha i gęstej kupy, co leci z chmur mówią o byciu umiłowanym przez Diabła, a w przypadku autorów tego dzieła nie są to czcze słowa i zapewne ku pokrewnym jest ono adresowane. Czuję się tak niemile połechtany tym wszystkim i spędzonymi przy tej płycie porankami, a odczutymi przy niej ciarami, że aż po wypracowanej w pocie czoła wypłacie pozwolę sobie na zbytek zaopaczenia się w limitowany winyl wskroś devoted art propaganda. Zatem; do Djabła!

[bandcamp]

Swans – The Glowing Man

swanstgm2

2x cd / 3x lp 2016

Śmiem twierdzić, że The Glowing Man to najbardziej „dojrzały” / spoisty / swoisty album Swans od czasu reaktywacji (2010), najdosadniejszy i najgłębiej częszący beret, czy też sięgający czarnego ognia żarzącego się w sercach. Bo, jak wiemy z Aleistera Crowleya „Każdy kobieta i mężczyzna są gwiazdą” i w tym kontekście należałoby odczytywać tytuł tego albumu.

Najbardziej mnie ekscytuje granie nowych rzeczy, szukanie w muzyce intensywności, która sprawia, że czuję się, jakbym miał za chwilę dostać zapaści. To uczucie, którego potrzebuję (…)” – są to słowa prawdziwego wirtuozera transgresyjnej sztuki, diabelskiego grajka wysoce ponad miarę XXI wieku, Michaela Giry, tworzącego alternatywny rock od 36 lat i wciąż potrafiącego swoją twórczością zadziwić świat, ba, doprowadzić do bliskiego zapaści oniemienia.

Jest to muzyka tak bardzo antywspółczesna w swojej naturze, że bardziej być już by nie mogła – wymagająca, owszem, ale wynagradzająca każdą jednostkę natężenia koncentracji poświęconej jej odbiorowi w trójnasób – antywspółczesna, bo nie nastawiona na niesienie płytkiej rozrywki, lecz wywołanie katartycznego doświadczenia wewnętrznego; muzyka rytualna co się zowie, choć równie dobrze można ją skategoryzować jako awangardowy rock. Przestrzenność wokaliz i wspaniały przeplot licznych instrumentów tworzą monolit – obawiam się – nie do przebicia, rzecz bezkonkurencyjną. Znajdziemy tu zarówno melancholię, kontemplację, jak i skowyt smaganej biczami traumatycznych doświadczeń psyche, zarówno zachwyt, ekstazę, jak i ból; wszystko to podane w postaci transowej, nieomal mantrycznej, a zarazem – paradoksalnie – częstokroć chwytliwej czyt. wpadającej w ucho. W The Glowing Man jest nieco mniej agresji niż w poprzednikach, wciąż jednak laik odebrałby muzykę Swans jako agresywną, tymczasem „To co robię na scenie jest szczerym aktem miłości i oddania. Oddaję wszystko co mam”.

I jak tu odczytać pojawiającą się, wprost po zarysowaniu świata jako wrogiego, obcego otoczenia, w trzecim utworze, The World Looks Red / The World Looks Black odezwę: „Pogrzeb mój umysł, pogrzeb mój umysł. Podążaj za Śpiącym Człowiekiem, podążaj za Tworzącym Człowiekiem, Podążaj za Stróżującym Człowiekiem, Podążaj za Opuszczającym Człowiekiem, Podążaj za Śpiącym Człowiekiem (x4)” – jeśli nie jako głęboką jungowską odezwę sięgającą ku podświadomości i prowadzącą w zamyśle do zrealizowania naszej prawdziwej tożsamości? Utwór kończy się chóralnym wznoszącym oczyszczeniem. Dalej załącza się najbardziej bodaj prosta i piosenkowa kompozycja na The Glowing Man, People Like Us, kończąca się słowy: „Ludzie jak my, potrzebujemy snu aby uciec; ludzie jak my, potrzebujemy śnić, aby się obudzić.

swanstgm3

Piąty kawałek, Frankie M. poprzedza długie instrumentalne intro, ilustrujące w moim odbiorze zbiór doświadczeń człowieka prowadzącego życie w zażyłości z substancjami psychoaktywnymi, jak padające w liryce, heroina, opium, metadryna (metamafetamina), MDMA (ecstasy); po rzeczonym intrze mamy już dosyć przebojową piosenkę o tytułowym narkomanie, człowieku kroczącym po krawędzi – „Oczyść wzrok, jest znak, jest jakiś czas, oczyść swój umysł”, dalej Gira śpiewa nazwy narkotyków niczym w znanym przeboju piosenki polskiej „Hera Koka Hasz LSD”, z tym że tu kontekst jest dokładnie przeciwstawny” – „Motyl, motyl, nie umieraj teraz, nie umieraj teraz, Frankie czemu?” – proroctwo śmierci z przedawkowania. When Will I Return? to utwór napisany przez Michaela do zaśpiewania przez jego żonę o doświadczeniu, gdy została zaatakowana seksualnie. Tytuł sam w sobie jest znaczący i myślę, że zaśpiewanie tego przez Jennifer ma przybliżyć ją do powrotu do całości, która uległa uszkodzeniu wskutek doznanej traumy.

Tytułowy utwór to obraz pewnego typu ludzkiego, którym zidentyfikowałbym z charakterystyką człowieka Seta. „Jest prawdziwie tym, który zdobywa, łamie serca i rozbija czaszki / Jest prawdziwie nikczemnym stróżem, jest prawdziwie głębokim nauczycielem” (swobodny przekład pierwszych pięciu wersów) i na koniec „Jestem Świecącym jestem rosnącym, Świecącym człowiekiem, jestem człowiekiem niczego; czym jest jest jest jest jest co?” zestawmy bowiem z przekładem z najpewniej pra-egipskiej Księgi Snów: „Bóg w nim to Seth… Jest rozwiązły sercem w dniu sądu… rozgoryczenie w jego sercu. Jeśli pije piwo, pije je aby wywołać konflikt i niepokój. Jest tym, który pije to, czego nie cierpi. Jest umiłowany przez kobiety poprzez ogrom swojej ku nim miłości” (z: Don Webb: Siedem obliczy ciemności) – czy nie dostrzegasz tu zbieżności? Dynamika i mantryczność tego utworu przywodzą mi na myśl dokonania Aluk Todolo, a nawet (momentami) Deathspell Omega.

Doświadczenie samo w sobie jest dla mnie najważniejsze. O nic innego mi nie chodzi, niczego innego nie szukam” i „(…) mnie bezpieczeństwo nie jest do niczego potrzebne. Wyzwanie i ryzyko są bardziej oczyszczające” – te słowa przedstawiają Girę jako Człowieka bataille’owskiego Doświadczenia Wewnętrznego, a zatem człowieka bliskiego pełni człowieczeństwa i suwerenności. Niczego innego nie dowodzi ten album, w mojej skromnej opinii godzien miana arcydzieła muzyki poszukującej i transgresyjnej.

Cytaty pochodzą z wywiadu w Noise Magazine nr 9, lipiec 2016

Katastrof

Iceage – Plowing Into the Field of Love

Youthful nihilism

00-iceage-plowing_into_the_field_of_love-2014

Escho 2014

Jestem ciekawa reakcji Nicka Cave’a na tę płytę, a strzelam, iż wysłuchałby albumu z przyjemnością. To w zasadzie wystarczyłoby za całą rekomendację, ale ja nie z tych, co to po najniższej linii oporu idą. “Plowing…” od pierwszego utworu porusza coś nieodwracalnie w człowieku i to nie tylko wychowanym  na Złych Nasionach. Teksty głęboko przesiąknięte romantyzmem i mizantropią (i o ile zdaję sobie sprawę, że nie każdemu podejdzie to tak sparowane/spreparowane, jako i wódka nie podchodzi czasem inaczej niźli czysta) ostrzegam i nakazuję, iż warto. Już na wejściu dostajemy solidną acz wyważoną (przez co – mam wrażenie – dojrzałą) dawkę słów mądrych, mroźnych, szorstkich i momentami tak dzikich, jak na poprzednich wydawnictwach, przy tym imponująco, piekielnie inteligentnych jak na kogoś, czyim ojczystym językiem angielski nie jest. Ten hipnotyczny, pijacki liryzm towarzyszy nam (na różnym poziomie, trzeba przyznać) od początku do końca i o ile ktoś osłuchał się miszcza Cave’a, po wstępnym przesłuchaniu “Plowing…” może dojść do wniosku: cóż za gówniarski nihilizm! Nuda! Czyżby nastąpiło znużenie dotychczasową konwencją, a nie daj bogowie, wyczerpanie poprzednimi energicznymi, punkowymi materiałami? W jakimś wywiadzie czy recenzji spotkałam się z wypowiedzią: Graliśmy punk? No chyba nie myśleliście, że na serio! Elias miał taki głos, że co innego mieliśmy grać? I te słowa są moim zdaniem kwintesencją pozwalająca rozwiać wszelkie (jeśli kto miał takowe) wątpliwości – progres, panie i panowie, mistrzowsko zaplanowany – i pozwalającą odsłuchać album raz jeszcze. I jeszcze raz. Znowu. Przyznam, że momentami na dźwięk słów Eliasa “I refuse”, “I don’t care”, wyobrażam sobie siedzącego na murku w wysokich sznurowanych butach straceńca, kamień i tulipan w dłoni a na ustach śpiew podkręcony urokiem tego ptaka co to przyleciał łapać równowagę w jego palcach, na wyraźną prośbę podmiotu lirycznego come, come, come. Bunt nie istnieje, nie ma prawa istnieć sam dla siebie pielęgnowany wewnątrz, musi zaistnieć choćby ten ptak o wrogich skrzydłach które przełupiesz tulipanem, kamieniem, zrywając tym samym własne kajdany i ograniczenia, zadziwiony i oszołomiony aktem zbawienia tak najprostszym, prymitywnym, po którym z radości tańczysz, uzdrowiony i czysty jak dziecko. Drugi utwór przynosi nam niejako kontynuację zagadnienia – cały album zresztą jest zadziwiająco spójny, i nie chodzi mi tylko o zabiegi kosmetyczne i gardłowy wokal Eliasa Rønnenfelta który przez cały czas brzmi jak gdyby pijany wszedł do baru karaoke, wyrwał komuś mikrofon i ze szczerego serca postanowił NIE zaśpiewać i zaimprowizować “jak”, a być tego wieczoru Nickiem Cave’m. Gwiazdą. Tyle, że w genialnym oderwaniu, po swojemu, tożsamość prawdziwa i własna, realnie i boleśnie własna – w blaskach reflektorów świdrujących pory skóry i prześwietlających aż do płytek krwi – DNA. I tak, jak ów łańcuch na pewnym poziomie definiuje człowieka, tak w tych dwunastu hitach, jak w niciach Mojr zawieramy definicję ludzkiego, miotającego i żarzącego się w ogniu żywota i jego nieubłaganych praw, przędziemy, udzielamy i nie odwracamy znaków, słów ani czasu. Już właściwie w utworze otwierającym mamy tej Bad Seed’owej mizantropii (jedną z lepszych) próbkę: I don’t care whose house is on fire / As long as I can warm myself at the blaze. Przejdziesz obojętnie: to niby nic, czegośmy wcześniej nie uświadczyli, a jednak, w tych kilku słowach zawieszono pomost, spinacz, klucz – moment przejściowy pomiędzy brutalnością i czułością; ponurą i jednocześnie buńczuczną i pełną odwagi autoagresję-autorefleksję. Odwagi, ta przyda się nam… Sikamy wbrew księżycowi, oczyma wyobraźni widzimy świetlistą aureolę szczyn otaczająca satelitę jak ciężkie chmury zgęstniałe wokół w mroźny dzień, aureolę maleńkich sopli, kryształków z których każdy działa jak pryzmat. Fizjologiczne halo, fizjologiczna potrzeba miłości ale i wygody gdy zbieg ma tendencję powracać do domu. Ty! Będziesz się kajał, żałował? Szczamy tu i teraz, ze zwykłej potrzeby szczania, tu nie potrzeba filozofii i nadinterpretacji. Bierz kutasa, za zwyczajną ludzką potrzebą skończ co potrzeba i znikaj, zabierz swoje, nieruchomo własne w zamarzniętym pożółkłym krysztale, tańcz do upadku Kosmosu, rozbicia i spojenia DNA. Z nią na dodatek. Cokolwiek nie zrobicie. Do not repent. I w dalszej części albumu, radosne i energiczne come here and be gorgeous for me now, proste i szczere przesłanie: miłość, obojętne jaką by nie była, jeśli przypadła ci w udziale – nie martw nic – wygrałeś. W tej prostocie nie narazimy siebie i świata na niebezpieczeństwo. Kluczem jest upraszczać, nie komplikować. Dalej pełne treści, przepiękne w swej chaotycznej strukturze How many, mimo okropnego pianina i wokalu brzmiącego tak, jakby twój podpity świadek winszował ci na cały regulator na weselu. Niesamowite, nieco żałobne trąbki z Glassy Eyes, Dormant And Veiled,

/rec. niedokończona/

Lisia Czapa

Ernst Jünger – Promieniowania (rec.)

Pierwszy dziennik paryski. Zapiski kaukaskie. Drugi dziennik paryski.
wyd. Czytelnik 2004 r, 670 s.

Na wstępie zaznaczę, że jest to relacja z lektury zanotowana dooobrych parę lat temu, jakkolwiek pozostaje bodaj jedną z sensowniejszych “recenzji” książkowych, jakie skrobnąłem. Zaniedbałem lektury “Narkotyków i upojenia” tegoż autora, co wszelako nadrobię.

Pod tytułem “Strahlungen” (Promieniowania) w Niemczech wydano zbiór sześciu dzienników autora, poczynając od “Ogrodów i dróg” aż po “Przeminęła siedemdziesiątka V” (1997). Polscy czytelnicy mają dostęp do trzech z nich.
Najważniejszym rysem pisarstwa Jüngera (notabene przyjaciela Alberta Hoffmana i jednego z pierwszych testerów LSD) była zdolność dostrzegania magii, niejako dodatkowy zmysł, pozwalający skanować rzeczywistość promieniami ducha, by uchwycić w niej to, co niewidoczne zwykłemu wzrokowi. Tytułowe promieniowania to emanacje przedmiotów, istot i ponadosobowych mocy, których obserwatorem jest pisarz.

Jedną z pasji Jüngera było zbieranie owadów. Przy każdej sposobności by poszerzyć swoje zbiory udawał się na – jak to określał – subtelne łowy. W zasadzie można te określenie przenieść na całe jego życie, był łowcą promieniowania, które często było jego promieniami w odbiciu, gdyż w swoich poszukiwaniach zapuszczał się na ciemne pustkowia (okultyzm, narkotyki). Diariusze Jüngera są protokołem codzienności nastrojonym na wychwytywanie tego, co niecodzenne, a nawet bezczasowe.

Tak więc te trzy dzienniki z okresu II WŚ spełniają ważniejszą rolę niż tylko dokumentu historycznego. Niemniej jednak ci, którzy sięgną po lekturę tego tomu z uwagi na jego wartość historyczną, znajdą tu bogaty zapis przeszłości postrzeganej oczami człowieka, który wszystko ocenia z dystansu, stojąc obok i nie dając się porwać destruktywnym żądzom, targającym otaczającymi go ludźmi. Taka perspektywa sprawia, że mamy tu bardzo wyraźny zapis katastrofy nowoczesnego świata, jakim była II WŚ. Katastrofy, której miernikiem nie jest jedynie liczba trupów i ruin, lecz również -i przede wszystkim- upadek ludzkiego ducha. Wojna, którą autor jako jeden z najdzielniejszych niemieckich żołnierzy I WŚ – i (specyficzny) nacjonalista – waloryzował, tu okazuje się żywiołem nie tyle kontrolowanym, co rozniecanym i to nie przez wojowników, lecz przez techników. Jest to tylko egzekucja zniszczenia, do którego dojrzał świat. Konserwatyzm autora stał się w tym okresie jeszcze bardziej antynowoczesny, bo wręcz ugruntowany teologicznie.
Mimo mistrzostwa w zagłębianiu się w marzeniach, snach, obrazach, widokach i lekturach, Jünger nie był całkowicie niezależny psychicznie od szalejącego na zewnątrz maelstormu, stąd pojawiały się u niego stany depresyjne i zabarwione tęsknotą myśli o śmierci. A jednak zarysowuje się tutaj wyraźna różnica między jego stanem umysłu, a tym, którego wyrazem bywa Ulvhel, albowiem Jünger był zbyt dojrzały, stabilny, harmonijny aby sięgać ku takiemu natężeniu negatywności. Dlatego też na kartach diariusza wielokrotnie pojawiają się krytyczne uwagi względem nihilizmu i nihilistów.

Choć odnosił się do innego znaczenia tych pojęć niż my tu z reguły czynimy, z konieczności mają one rys wspólny. I tak Niemiec gardził motłochem, ale pęd do zabijania uważał za przejaw zwierzęcości; był również na tyle przywiązany do resztek tradycji – tego co prawdziwie Europejskie, że nie porywał go żywioł niszczenia. Los ojczyzny i Europy napełniał go bólem, łagodzonym przez estetyczną kontemplację, której przedmiotem było także i zniszczenie, przez co późniejsi krytycy oskarżali go o niemoralność. Ale cóż lepiej niż zestawienie egzekucji i bombardowań z poszukiwaniem chrząszczy, roślin i starych książek pokazuje, że kategoria winy obowiązuje tylko wśród tych, którzy nie są w stanie sięgnąć wyżej niż kanony moralne? Dla kogoś pokroju autora tych dzienników moralność to coś wynikającego z wrodzonej szlachetności, a nie normy społecznej. Całą twórczość Jüngera jest właśnie wykroczeniem poza świat ciasnych mózgów, przykutych do materii i jej praw, lecz jej wartość nie polega na wywyższaniu się, ale na odkrywaniu i ukazywaniu wewnętrznych promieni, które przy mądrym postępowaniu mogą odbijać się w świecie jak we wnętrzu kryształu.
Podsumowując – każdy “subtelny łowca” znajdzie w tej książce połączenie magii, poezji i metafizyki z zapisem upadku.

Dekoder (1984) – rec. filmowa

Decoder_1984_poster

Zdecydowanie bardziej niż dla Bitników, obraz ten stanowi swoisty trybut dla sceny industrialnej. To undergroundowy, kontrkulturowy eksperyment filmowy, kontestujący chorobę duchowej nędzy Zachodu podług instynktu wspólnego obydwu wspomnianym wykwitom kultury niepokornej. Wizje Williama Burroughsa oraz Genesisa P. Orridge’a odciskają znacznie większe piętno na ogólnej aurze i wymowie filmu, niż ich przelotna w nim obecność. Zresztą odtwórcą głównej roli – antysystemowego rozrabiaki – jest F.M. Einheit, znany szerzej z Einstürzende Neubauten (nie zabrakło tu również innego muzyka tego zespołu – Alexandra Hackego).

Ruch, wśród którego ikon obok w/w należy postawić SPK, stajnię Broken Flag, ale przede wszystkim Throbbing Griste/Psychick TV/The Temple of Psychick Youth, był w dużej mierze inspirowany twórczością Beat Generation – głównie pisarstwem Williama S. Burroughsa, a nie reszty spółki. Już pierwsze sceny Dekodera ujawniają, czyja twórczość najmocniej wpłynęła na scenariusz i jego wizualizację.

WSB obsesyjnie nagrywał, odsłuchiwał, miksował, mieszał nagrania dźwiękowe i filmowe. Wokół podobnych operacji kluczy znaczna część tego obrazu, a najbardziej oczywistym przeniesienem motywu z książek WSB są w scenariuszu Dekodera zamieszki wywołane odtwarzaniem przez młodych wykolejeńców subwersywnego noise’u w fast-foodach, tych świątynkach konsumpcjonizmu.

Z drugiej strony lustra pojawia się „Dream Machine” Briona Gysina, ale trzeba ograniczyć spoilery..

Chłód perspektywy, sposób pracy kamery nie pozostawiają cienia wątpliwości, że Dekoder wpasowuje się w specyfikę alternatywnego niemieckiego kina z lat 80-tych. Filmowi blisko również do takich tytułów, jak Hardware, czy cronenbergerowskiego Wideodromu, ale Dekoder tylko ociera się o granice cyberpunku. Można się spierać w tej kwestii, ale nawet jeśli weźmiemy pod uwagę dominującą kolorystykę i lekko futurystyczny klimat, zbieżność z cyberpunkiem zachodzi tu nieomal wyłącznie na płaszczyźnie wizualnej.

Decoder (Muscha, 1984)

Zresztą barwy, którymi twórcy Dekodera traktują widzów po oczach – z przewagą błękitu, fioletu i czerwieni – intensyfikują stosowane środki wyrazu i przekazywane treści, stanowiąc jeden z głównych atutów filmu. Inną techniką poświadczająca o jego artyzmie, czy eksperymentalności, jest wizualny sampling obrazów z różnych źródeł – nagrań z kamer monitoringowych, archiwalnych nagrań z zamieszek, urywków animacji, pastiszów reklam, sekwencji z peepshow – a wszystko transmitowane przeważnie na falach industrialnej elektroniki.

Na początku filmu cokolwiek widmowa postać w szarym płaszczu przemierza aseptyczne korytarze, mija pojedynczych pracowników zagadkowego podziemnego kompleksu, w drodze do chronionego pomieszczenia, skąd monitorowane są nagrania z kamer rozmieszczonych w przestrzeni miejskiej. To swego rodzaju centrum operacyjne nie jest wcieleniem Studio Reality, ale jest mu bliskie, zwłaszcza gdy przyjrzymy się oferowanym przez niego możliwościom identyfikacji i kontrolowania obywateli. Te ostatnie nie wbijają na obszar znany z 9 żywotów Thomasa Katza, ale ten tytuł to nieco inny gatunek kota w butach, nawet jeśli stężenie absurdu i czarnego humoru w Dekoderze aktywuje stosowne receptory.

Mimo braku wysoce utytułowanej i wykwalifikowanej kadry, Dekoder jest udanym eksperymentem. Gra aktorska jest utrzymana na przyzwoitym poziomie, a przynajmniej w przypadku ważniejszych postaci. Rola przewodniej „lali” przypadła na przykład Christiane F., autorce Dzieci z Dworca Zoo. Nie zamierzam tknąć tej książki, ale Krystyna dodaje filmowi powabu. Oniryczna sekwencja z WSB nie jest jedyną sceną, w której się przewija i jego wpływ na całokształt tego dziełka znacznie przekracza rangę drugoplanowej roli.

Osobiście, lekko rozczarowałem się epizodem z Genesisem P-Orridgem, i jeśli jakaś niezdarność ukuła mnie w oczy, to właśnie w tej scenie. Nie zmienia to jednak tego, że Dekoder, na przekór swej niszowości, niskiego budżetu i pomniejszych technicznych niedopracowań, w moich oczach pozostaje jednym z ciekawszych i donośniejszych filmowych wyrazów zdecydowanej, niebanalnej krytki konsumpcyjnej zgnilizny zachodniej demokracji. A że krytyka ta wykorzystuje przenikliwą burroughsowską metodykę i piętnuje Kontrolę, dezinformację i inne tegesy – trudno się dziwić, że film został zmarginalizowany, zaś jego reżyser – Muscha – nie nakręcił już niczego więcej.