Wulkanaz – Paralys

wulka3.jpg
wyd. Helter Skelter 2017

Intro jest zbudowane z przesterowanego basu, który brzmi jak trąby zapowiadające dzień sądu i proto-perkusji. Ten pierwszy niekiedy rezonuje akustyką jak po ścianach opuszczonego klasztoru. Zaratustra czy jakiś mniej godzien szacunku prawdziwy rytualny kloszard rzekłby, że to cokolwiek Urfaustowskie, a i z bożkiem Panem ma 23 grosze wspólnego.

Nazad już mamy szturm proto-germańskiego blek metle, z niezwykłą w porównaniu do poprzednich materiałów dynamiką i perfekcyjnym, acz nie klarownym – jak kazanie twojego księdza brzmieniem. Hof I kojarzy mi się z ewokacją burzy i tumanów ciemnych chmur przeprowadzoną ze szczytu góry.
Tempel zaczyna się okrzykiem kojarzącym się z co smaczniejszymi akcentami Woods of Infinity – zespołu, który zszedł na psy, ale swego czasu był najlepszym co obok Wulkanaz wyrosło jak te czerwone kapelutki w Sverige. I tu jest jeszcze mocniej i sięrmiężniej, to black metal do którego chciałoby się rozbijać czaszki niższych plemion toporami. Ale w połowie kawałka wchodzi refleksyjny riff, który dopełnia tego wszystkiego wyższym znaczeniem. Vikernes, shame on you!

Hof II charakteryzuje nadzwyczaj chłodne jak na Wulkanaz brzmienie, no i te riffy, w których czuć barbarzyńskiego ducha wyznawców Loptra-Lokiego. Dynamika nowego nagrania Wulkanaz uzyskała płynność, której wcześniej jej brakowało i teraz osławione Arckanum znalazło konkretnego konkurenta, o ile o czymś takim jak konkurencja może być mowa na polu garstki poszukujących korzeni wiary północy wykluczeńców.
Upphören to najszybszy numer na płycie, bębny dudnią jak na pochodzie bynajmniej nie pielgrzymkowym, bliżej hufców kroczących z pochodniami w stronę Watykanu – ale to brednie, bo już nie ma czego spalać, wypaliło się samo, choć Polska ostoją Szanownego Karol-Josefo-Wojtyłowego Koleżko-Jezusie ideogramu.
Blodskrud jest wprost cudowne za sprawą wirtuozerskich zgrzytów na strunach i berserkerskiego gniewu. Myrkraverk zwei. Gdybym był w stanie pojąć pisane w staro-nordyckim liryki, z pewnością napisałbym na temat tej płyty znacznie więcej, ale tak, cóż.

wulka4.jpg

Hägrans Sköte zaczyna się parusekundową spokojną melodią, która przechodzi w kołyszący jak sztorm i równie agresywny i rasowo czysty konglomerat zajebistych gitar z bębnami, które zaliczyłbym do najlepiej zagranych w tym gatunku od paru lat.
I Hvilogravens Mörker nie przynosi boge a prawdo nic nowego, tego numeru mogłoby tu nie być, ale lepiej 2 minuty 6 sekund Wulkanazowskiego wulkanu niż mniej.
Du Timliga Groning rozkręca się ok. 23 sekundy i tu prym wiodą wokale, o których do tej pory omyłkowo nie wspomniałem, a które są unikalne i bezpretensjonalne. Mniej więcej w połowie kawałka pojawia się riff zasługujący na Antypapieską Tiarę.
Outro to szamański ryt, muscymolowe trąby i perkusja, zapowiadające erupcję Chaosu, brzask Nowego Eonu i co tam Panie Nasz Kryste Secie-Tyfonie Waruno Tubalu-Kainie chcesz jeszcze, jakkolwiek szkoda, że nie rozwija się bardziej.
Podsumuscymulowując, Wulkanaz z nowym atakiem przeciw światu nie rozczarowuje ani grama, ale też nie odkręca żarówki oświecającej zapluty kosmos.

 

Advertisements

Me and That Man – Songs of Love & Death

r1
okładka autorstwa Bartka Rogalewicza (ROGI)

Co się odjaniepawla w tym kraju to nawet Karol Josef Wojtyła nie. Nergal vel Adam Darski, sprzedajdupa co sobie usuczył Dodełę i był uprzednio obiektem szkalowania przez ortodoksyjnych blek metalowców, niczym Euronymous przez wiernych Vikernesowi, nagrywa wespół z Johnem Porterem coś, co zamiata większość muzyki wydanej w tym roku pod dywan Alibaby. Blues, folk, country czy americana w wersji noir.
Ta płyta to świadectwo mężczyzn świadomych, że ich dusze nie przynależą do Jezusa i pogodzonych z tym faktem; ludzi, którzy poznali swoją tożsamość i nie zamierzają przepraszać za grzechy. Mainstream wita podziemie. Czymś, czego nie powstydziłby się posłuchać Charles Bukowski, czy nawet Bruno K. Oijer. Black Heart Procession spotyka się tu z Leonardem Cohenem w wersji nieobrzezanej, czy raczej z kawałkiem Nicka Cave’a i Warrena Ellisa z OST do True Detective. W nasze uszy wpada trochę dojrzalszy i równiejszy King Dude, ale to nie pitu pitu do fety, czy tam innej koki i wódy jak w/w. Tak by grali straceńcy z Those Poor Bastards, gdyby pozbawić to gotycko-szyderczej pretensjonalności.

John Porter, pierwszy czy tam drugi z wokalistów i gitarzystów tego duetu, stoi co najmniej za połową jakości tego dzieła. I tak to on nagrał “Of sirens, vampires and lovers“, będące świadectwem doświadczenia prawdziwej Miłości Podług Woli. Ale już następny kawałek to wyraz tęsknoty za tym doświadczeniem, a w nim dominuje Nergal nad Porterem. “One Day” to utwór celebrujący świadomość tego, że autorów czeka – jak wszystkich – śmierć i radosny manifest uzmysłowienia sobie tego, że ta śmierć nie będzie byle jaka i nie jest nazbyt bliska. I niech tak będzie, bo liczę jeszcze na 2-3 zajebiste płyty. Nergal dał świadectwo tego, że wyznawał Thelemę dosyć opacznie, ale może wreszcie (niedoczekanie!) się odnalazł.
Pieśni Miłości i Śmierci jawią mi się jako tętniące od wewnętrznej wolności wynikającej z kroczenia rzeczoną ścieżką (“Czyń swą Wolę niechaj będzie całym Prawem”). Ostatni utwór to jeden z hajlajtów płyty – “Ain’t much loving” to dojrzałe pożegnanie z rodzicami, wynikające z realizacji wewnętrznego spaczenia (nothing can fix my broken soul so I hit an empty road). Gdy ja się tak pożegnałem z rodzicami, ci załatwili mi nomen omen rok odsiadki za paręnaście sadzonek konopii i pizdosłowie mojej byłej na komendzie (udzielenie). Dosyć jednak prywaty i offtopu, zatem nie pozostaje mi nic innego niż być może nieco zbyt opieszałe zaproszenie do delektowania się płytą.

cd/lp 2017, Cooking Vinyl

rec. katastrof

Recenzja – Alien: Covenant (2017)

ACHTUNK! SPOILERY! Czytaj jednak, do cholery, bo Pan rzekł: nie oglądaj nadaremno.

Nowy film Ridleya Scotta to prawdziwe arcydzieło (przez duże A) gatunku komediowego science-fiction. Przebija nawet olśniewająco zabawnego, nagrodzonego wieloma uniesionymi pisiorami Prometeusza. Dajemy 9 gwiazdek na kurwa 93. Od 5 minuty przez pierwsze dwa kwadranse można spokojnie poczytać Gościa Niedzielnego lub spalić blanta – lepsza opcja, inaczej można chrapać niczym stary niedźwiedź do końca seansu.

Alien-Covenant-1

Pierwsze sceny niosą ze sobą utęskniony zapach Blade Runner’a, jeśli jednak ktoś liczy na to, że Ridley Scott powrócił do źródła swoich sił twórczych, czeka go starotestamentowe rozczarowanie. Być może tak bardzo skupił się na nakręceniu remake’u rzeczonego diamentu kinematografii s-f, że wykonanie Alien Covenant miało być zapchajdziurą i nabijkabzą. Herr Scott, kręć waść sobie kontynuację, ale jak mamy to obejrzeć to załatw nam 23 deko zielonych pomidorów.

Na cholerę ci głupi Amerykanie strzelają do Obcych? Powinni sprowadzić ich na ziemię! Przeszkoleni pod każdym możliwym względem i przygotowani na każde zagrożenie quasi nałkowcy-kosmonałci-żołnierze [?] nie umiejo nawet sprawnie posługiwać się swoją śmieszną ludzką bronią. Ich nieudolność rozpierdala przeciętnego zjadacza kartofli, niestety na razie nie wiemy, jakiego komentarza na ten temat udzieliłby Hardkorowy Koksu (jak nieoficjalnie domyśla się nasz reporter – zapewne, że żarli za mało stejków). Obcy skacze ci z drugiego końca pomieszczenia, a ty łapiesz za giwerę i nawet wycelować zdążyć nie umisz, tylko wypierdalasz się na kałuży krwi, japę drzesz i zaraz pozwalasz się zagryźć. Przecie Obcy pod względem drapieżności jawią się tu jako rasa prawdziwych Panów, zdecydowanie lepsza rasa – jeszcze raz postuluję za tym, by przy dźwiękach trąb hymnów wszystkich zjednowypaczonych krajów sprowadzić Obcych i pozwolić im zaludnić Ziemię! Wszak człowiek też jest paskudnym drapieżcą, ale zarazem szkodnikiem z tą całą swoją pseudohumanitarną szkodniczą wspakulturą. Nie promujemy korzystania z substancji narkotyzujących, jakkolwiek członkom ekspedycji na pewno by się one przydały, jak niemieckim żołnierzom w rosyjskiej zimie i na pustyniach Afryki. Obejrzelibyśmy ten film z wypiekami, gdyby załogę stanowili żołnierze gotowi ginąć z honorem, wiernością i poświęceniem, tak jak Huzarzy Śmierci.

Trzeba jednak przyznać, że film nie tylko bawi, ale i poprzez zabawę uczy tak bezużytecznych umiejętności, jak gra na flecie. Chyba, że masz ambicje na zostanie ulicznym grajkiem w przejściu warszawskiego metra.

maxresdefault12

Coś koło 01:06 słyszymy słowa: Nie powinniśmy tu przybywać – drogi Widzu, jeśli masz odrobinę szacunku dla siebie, nie powinieneś tego oglądać. Scena masowej infekcji, mimo, iż nakręcona z należytym rozmachem, doesn’t impress me much. Pomór Żydów oglądałoby się ciekawiej. Ridleje Scottełe, przeproś za Jedwabnełe!

Około 01:13: Nie po to opuściliśmy Ziemię – ano właśnie, mówiliśmy: zasiedlić planetę rasą panów! Raus!

W dialogach można znaleźć parę perełek w tym całym gnojowisku, vide: Spotkałem szatana, gdy byłem mały i nigdy tego nie zapomniałem, co jednak rozbija bzdurne: Bezczynne ręce stanowią narzędzie szatana – większej głupoty dawno nie słyszeliśmy, wszak to źródłowy Bóg przeinaczony przez Hebrajów z Seta na Szatana był patronem poszerzenia świadomości i kreatywności. W tej plecionce można było zawrzeć transgresyjną prawdę, niestety nitki poplątały się w beznadziejny supeł.

Najważniejsza jest cierpliwość – zaiste, cierpliwość nie tylko przyda się do przebrnięcia do końca filmu, ale być może Bogowie (tutaj niewykluczone, że w postaci Androidów) sprawią, iż doczekamy się pomoru człowieka i władania obcych – gdyż nawet najbardziej pozytywna i sympatyczna postać ekranizacji, android Dawid, ujrzał w tychże istotach coś lepszego, wyższego i wznioślejszego i przejrzał, że człowiek jest bytem niedoskonałym.

Film propaguje bzdurny pogląd na teorię ewolucji, twierdzący, że kultura powstała poprzez zwabienie grą na trzcinie dzieci do jaskini (acz jakie to poetycko urocze, nieprawdaż). Annuaki, plemię Dogonów, Thursowie, Olbrzymy wszystkich mitologii, czy nawet zakichane upadłe anioły ze Starego Testamentu zadają temu taki kłam, że aj waj!

I kiedy myślisz, że dwa geje to już szczyt wszystkiego, nagła i niespodziewana (czyżby) zdrada w postaci śmiercionośnego pocałunku każe ci kwiczeć z zachwytu nad reżyserskim kunsztem zwrotów akcji. Oddając (cytcyt) sprawzjadliwość Ridlejowi, trzeba przyznać, że parokrotnie potrafi zaskoczyć widza. W dalszej części niepotrzebna i idiotyczna zupełnie walka androidów, tak jakby mało było eliminacji obcy vs ludzie; sztucznointeligentni bracia powinni trzymać sztamę i zapobiec kaastrofie, którą niechybnie sprowadzają na świat przedstawiony w “Obcym” amerykańce. Rozczarowanie sięgnęłoby zenitu a może i Valhalli, gdyż jedyne postaci, w których upatrywaliśmy ratunku od bluźnierczego pogromu niewinnych, wysoce bardziej zaawansowanych ewolucyjnie istot prowadzą wydumane sprzeczki – out, po prostu do wycięcia z kliszy, jak zresztą 2/3 materiału.

Jedna ze scen bliskich finałowi filmu dostarcza kolejnej okazji do zasmarkania się ze śmiechu. Oto ciapaty CZŁONEK załogi dobiera się pod prysznicem do oh jakże poczciwej rassenschunde, gdy zamiast siusiaka spomiędzy nóg wychodzi mu ogon obcego.

Nużą te same znane od dekad sceny ganiania za obcym po zakamarkach statku (rada: wróć do Gościa Niedzielnego), ileż można. Cóż, konsumenci wspakultury lubują się w odgrzewanych płodach.

Przypuszczalnie jedynym naprawdę ciekawym artystycznym zabiegiem w filmie są wstawki obrazu widzianego oczami obcych, którzy to mają wizję niczym ostro skwaszone, wysoko rozwinięte pod kątem świadomości psychotyczne jednostki. Jak można unicestwić coś takiego?!

W końcowych scenach duma z pozbycia się obcego z pokładu wypisana na twarzach ocalonych to niczym duma z wywieszenia amerykańskiej flagi na plaży imitującej księżyc w studiu filmowym w Holiłud. Dalej wszystko będzie dobrze, kolorowych snów, śnij o chatce nad jeziorem. I jak zwykle przewidywalny (ale i doniosły w swej słuszności) zamach sztucznej inteligencji na wrogą (głupią) rasę. Brawo Dawidzie! Idź i bądź płodny!

Mając to wszystko na uwadze, należy przyznać, że tę amerykańską kupę Ridley Scott nakręcił nie urągając swojemu warsztatowi reżyserskiemu. Nomen omen, w filmie pada jedna jedyna zbyt mądra jak na poopkulturę myśl: Nie zostałem stworzony, by służyć. I na tym poprzestańmy.

alien-covenant-crew
ostatnia wieczerza hamerykańskich fajtłapów

Bóg zapłacz, za cenę obrzydliwego niewyspania recenzję wspólnymi bezsiłami sknocili:

GvS i katastrof

Black Magick SS – Kaleidoscope Dreams

black magick ss - kaleidoscope dreams 2017
wyd. 3 marca 2017 przez Infinite Wisdom

Wyznawcy sloganów “sprawiedliwości społecznej” (wtf?) paszoł won! Jak można wierzyć w takie bałwany, to nawet Jehowasz nie.
W skrócie mikrodozującym, zawarta tu muzyka to jak połączenie norweskich ostępów oszczanych moczem renifera i nakapanych muchomorami cezarskimi z psychodelicznym rockiem i thelemicznym ekscesem, takie tam kwasiarskie gestapo (rotfl). Kompozycje gitarowe, okraszone organo-podobnymi klawiszami, dodającymi lekki zapaszek sacrum, są niezwykle żywe, witalne i najwyraźniej nagrane przez ludzi, którym nie brakuje w mózgach hoffmanowskiego uwolnienia serotoniny oraz świadomego postrzegania tzw. rzeczywistości kulturowej, czy społecznej. To taki kryptożart, czy raczej jego antonim, bo zarazem szydera ze współczesnej kultury, ale nie szydera czcza, lecz przepełniona wewnętrzną treścią i oznakami przebudzenia. Wokale dzielą się na konkretne: tradycyjne blackowe i folkowo-hipisowskie/volksistowskie zaśpiewy czystym głosem. Perkusja dudni jak przykazuje motto wyryte na bagnetach pewnej formacji co przepadła w śniegach Stalingradu, aczkolwiek brzmi trochę zbyt płasko w mixie czy tam masteringu, o ile te nagranie było w ogóle temu zabiegowi poddawane. Jeśli nie, to brzmi zaskakująco dobrze i dowodzi umiejętności muzyków, które zdecydowanie wzrosły od debiutanckich materiałów. Brzmienie gitary elektrycznej niestety troszkę zalatuje Drowning the Light, ale jest zdecydowanie mniej okrojone w swoim spektrum dźwiękowym. Nasuwa się na myśl porównanie z nieodżałowanym fińskim Armanenschaft (“Psychedelic Winter”), lecz zdecydowanie mniej tu pierwotnej barbarzyńskiej berserkerowej furii i rytualizmu. Charakter tej płyty jest bardziej swobodny, a słuchanie jej przynosi relaks i skok samopoczucia.
Najlepszym kawałkiem na EPce jest zdecydowanie “Tåget” za sprawą zajebistej czystej linii wokalnej, w której słychać głos ducha żyjącego podług Prawdziwej Woli. W następnej kolejności polecam przykuć uwagę do zamykającego epkę “Eclipse”.
Gwoli wyjaśnienia, Ulvhel odcina się od jakichkolwiek konotacji z politycznym nazizmem, a już kompletnie od kultu jego Wodza, który, jakkolwiek był Wielkim Siewcą Pożogi, to nie przyniósł światu dobra, lecz porażkę i powinien być uśmiercony w którymś z licznych zamachów, gdy jeszcze nie było za późno dla cywilizacji Europejskiej. Nie wierzymy w żadną ideologię, bo ideologia to śmierć inteligencji (Robert Anton Wilson), a kultura to nie Twój kumpel, koleżko (Terence McKenna).

katastrof wrzywąż

Dope Smoker – Legalize it

dopes.jpg

Stoner doom to nie moja para kaloszy, ale stoner o płucach przepełnionych konopijnym dymem już co innego. Ta płyta to manifest mający na celu uświadomienie konieczności globalnego (choć w tym przypadku obejmującego terytorium Wysp Brytyjskich – autorzy są Walijczykami i mają obsesję nad co bardziej szlachetnymi odmianami kannabis, morzem i surfowaniem) odblokowania pokurwionych regulacji prawnych, które zakazują IndoAriom palenia suszu rośliny, kultywowanego od tysiącleci i to przez naszych przodków, którzy mieli znacznie twardszy i bardziej charakterny stosunek do życia niż nasze współczesne telewizyjne barany.

Muzycznie sporo w tym groove’u, mogą się nasunąć skojarzenia ze zjaranym Black Sabbath z większą domieszką fuzzu. Do tego mocno przesterowany bas i tupiące bębny rodem z ciężkiego rocka, uzupełnione mantrycznymi wokalami, z których jedne to widmowe zawodzenia, a drugie to krzepkie robotnicze komendy. Liryki są oszczędne, minimalistyczne i dotyczą głównie zalegalizowania kultywowanego jarosława (nie, nie tego zacietrzewionego pokurcza), lub traktują o miłości do tego rodzaju komunii z Naturą, i częściowo są wyrażone poprzez nieomal gregoriańskie hymny. Muzycy eksperymentują też z ambientalną atmosferą, co doskonale dopełnia całości jak liścia. Szamańsko hipnotyczne “NASA” i ” Singing whatever / We should probably make a start / Was thinking whatever / It doesn’t matter anymore!  – co w moim odbiorze sygnalizuje akceptację warunków myślotoku twórczego, który następuje zapaliwszy – a akceptacja ta oznacza głodną ciekawość nowych strumieni myśli i nowych doświadczeń.

Licho – Podnoszenie Czarów

logo_lho
okładka

Nie przyłożyłem uwagi do reakcji na Lichowski “Pogrzeb w karczmie”, ale z tego, co wiem wzbudził ten album sporo kontrowersji. Dziki, nieokrzesany i -dla niektórych- zanadto źródło-polski, “grotowski” black metal. Gdyby nie fakt, że chcąc nie chcąc i mi się zdarzyło robić zamachy w nihilizmie z alkoholem i polską butą, rzekłbym, że ten element “Pogrzebu” zasługuje na zapomnienie. Zapomnienie to być może nadchodzi z nowym uderzeniem Licha. Otóż hola psubraty, Licho zerwało z romantyzmem wódczano-afirmującym negację, a miast tego afirmuje element ludzki, co jest zdolny znieść życie i stratę. Dzielna to bowiem i męska w swoim charakterze muzyka.ksPoczątkowe riffy tuż po intrze są na tyle odczytywalnie tożsame z falą twórczą Licha, że pierwszym, co zapala iskierkę w głowie jest zmiana wokalu. I z uwagi na to w moim odczuciu najmocniejszym fragmentem “Podnosienia Czarów” jest utwór “Z wycia” z wyrazistą liryką, również i za sprawą kompozycji, bez których te byłyby pozbawione nośnika. “na wylot pójdź z nami / nieś rydel i łopatę/ na wylot idź z nami / znieś życie i stratę /w dół / w którym śmierć / rozdarła” – i taka właśnie jest poetyka Lichowska, czy jak ktoś woli – grotowska. Wyrazista i mężna. Drugim wyindywiduowanym fragmentem jest gitarowy początek “Siania”, który może się skojarzyć z udźwiękowieniem odczucia procesu uwalniania się dopaminy. Trzecim zaś – “Drang!”, który ujawnia wieloobliczowość Licha wraz z zalatującym transgresją wokalem Szturpaka, ale też z zapadającą w pamięć frazą: “kogo biją dzwony? boga biją w słabe!”, która mogłaby paść w “Doświadczeniu wewnętrznym” Bataille’a. Brzmienie jest bardzo organiczne i intuicyjne, na tyle na ile może być w black metalu. Perkusja brzmi pierwszoklasowo. Licho jednak stoi wciąż w znacznej mierze na gitarach i niech tak tymczasem pozostanie.

Wraz z “Podnoszeniem czarów” Licho doznało transgresji ku odzwierciedlaniu czy opowieści o większej pełni ludzkiego doświadczenia i świadomości.

http://sklep.malignantvoices.com

https://grotowskibm.bandcamp.com

GNOD – Just Say No to the Psycho Right-Wing Capitalist Fascist Industrial Death Machine

tumblr_ono3bytqz31qfucnro1_1280
Rocket Recordings 2017

Mało kogo stać na tak dosadną deklarację jak psychoanutów z Gnod, czy to w kwestii tytułu, czy też w odniesieniu do konstytuującej go muzyki – ostrej, ciętej, rewolucyjonistycznej i częszącej neurony. Just Say No to akt rebelii.

Od strony dronowo-psychodeliczno-rockowych improwizacji panowie podążyli tu ku bardziej zwartemu wykwitowi, łączącemu hałaśliwy punk rock z domieszką psychodelii, nabuzowanego agresją i protestatycyjnymi lirykami, eksplorującymi pewne aspekty prawdziwego, twardego życia, w opozycji do trzody zahipnotyzowanej zachodnią propagandą. Sonic Youth nigdy nie zbliżyło się nawet do nagrania czegoś równie bezprawnego, a jakichkolwiek koneksji dopatruję się z wczesnym Swans (tzw. No Wave), z okresu Filth / Cop / Greed – choć również można dopatrzeć się pokrewieństwa z co bardziej prymitywnymi, agresywnymi partiami nowszych płyt Giry i spółki, czy może też (momentami) wczesnym Godflesh. Niekiedy brzmi to wręcz troszkę pod Skullflower wykonujący covery anarchomanckich hymnów. Song pt. People składa się z oczyszczającej chaosem ścieżki gitar i podłożonego sampla rozmawiających mężczyzn, a przy tym można spróbować telepatycznie wychwycić, co oni mówią, na przykład przy zastosowaniu konopii, i to, co jest powiedziane kontrastuje z wymazującym to piorunem gitar.

Ta muzyka może pomóc w reprogramacji mózgu, demaskując wirusy psychiczne dominujące nad aktualną sytuacją społeczno-polityczną, a w każdym razie przyczynić się do zdarcia choć kilku składających się na nie zasłon kłamstw. A jeśli nie, to stanowi kawał nonkonformistycznego, kontentującego, dynamicznego i dosadnego łomotu i to bodaj najskromniejsze zdanie, jakie można napisać nt. tego materiału Gnod. Poglądy muzyków są zdecydowanie antyglobalistyczne i antysystemowe, ale w jakiej mierze lewackie? „Wydaje się, że wkraczamy w jeszcze bardziej nieprzyjazne czasy, niż te, w które już wkraczamy. Rok 2016 stanowi początek czegoś, co postrzegam jako systematyczne zniszczenie ze strony establiszmentu liberalizmu i równości, w reakcji na ogólną utratę wiary ludu w ich system”. Jeśli kogoś interesują tu tego typu niuanse ideologiczne, ja tam do nich nie należę. Wiem, że rad bym szedł i niszczył, gdy wybije czas. I to przede wszystkim ten instynkt, a nie (zapewne w mniejszej lub większej mierze skażona humanitaryzmem) ideologia napędza ten materiał – bojówkarsko nieustępliwa żarliwość. Spora to rewolucja nawet jak na specyfikę GNOD, nigdy nie pomieszkującego w jednolitej stylistyce zbyt długo.

katastrof

 > BANDCAMP <

> TUMBLR <

 

.:. A B R A H A D A B R A .:.

ro1

Rodney Orpheus “Abrahadabra

Wprowadzenie do Magiji Thelemy Aleistera Crowleya / recenzja

Jak to jest, że przeciętna książka cofa mnie do wspomnień z młodości? Przypominam sobie czasy kiedy przeczytałem “Magiję w teorii i w praktyce” Aleistera Crowleya i nic z niej kompletnie nie zrozumiałem. Miałem wrażenie, że studiuję kolejne wypociny i usilne próby podzielenia włosa na czworo w kwestii, w której jako eklektyczny wiccanin miałem swoje zdanie i nie widziałem sensu utrudniania sobie życia. Może dobrze, może źle? Diabli wiedzą. Przez wiele lat thelema była dla mnie niejasną ścieżką, na szczęście kilka wykładów Krzysztofa Azarewicza, kilka spotkań z jej przedstawicielami pozwoliły mi odnaleźć drogę we mgle. Przynajmniej poznałem główny sekret, co się z czym je!

I teraz nie wiem – zostać przy starym zdaniu czy przy nowym? Czuję, że przestudiowany materiał wprowadza mnie do filozoficznej świątyni dumania. Chyba literatura działa na mnie mocniej niż się tego spodziewałem.

“Abrahadabra. Wprowadzenie do magiji thelemy Aleistera Crowleya” Rodneya Orpheusa to doskonały GPS dla zagubionych dusz, starających się przynajmniej zrozumieć sens praktyk i nauk wspomnianego proroka Nowego Eonu. Wreszcie kawa na ławę – teologia, filozofia, praktyka. Wszystko jak trzeba. Po kolei.

Z pewnymi naukami zawartymi w tej pracy muszę przyznać – już się kiedyś spotkałem. Kiedy wiccoeklektyzowałem swoją potępioną przez Kościół duszę (w sumie chyba każdy Kościół mnie potępi może za wyjątkiem tego Liberalnego Katolickiego) czytałem co w rękę wpadło. Opisany thelemiczny system otarł mi się już o wzrok. Pewne nauki z tej szkoły włączyłem do swojego ówczesnego sposobu widzenia świata. Niestety jak to bywało w tego typu podręcznikach magii – pewne sprawy opisywano ze szczegółami, ale nie wyjaśniano skąd konkretnie pochodzą, co powodowało totalny chaos. Podobnie jak z wieloma praktykami i źródłami przedstawionymi przez Orpheusa spotkałem się będąc na drodze wicca tradycyjnej. Jakież to wszystko znajome? Jaki ten świat jest mały? To, że wicca sięga pewnymi gałęziami thelemy nie od dziś wiadomo. Ale, że aż tak mocno? …

Opisy rytuałów, medytacji, praktyk magicznych (może powinno się to napisać “magijnych”?). Jest to bardzo dobre wprowadzenie do tematu i zdecydowanie jedno z przystępniejszych. Dopiero po przeczytaniu tej publikacji należałoby się zabrać za klasykę gatunku jaką są prace Crowleya. W każdym razie nie spotkałem lepszej introdukcji. Literaturę o tym systemie i jego przedstawicielach miałem okazję kilka razy przewertować, ale nawet w biografii Lona Milo duQuette’a nie jest to wszystko aż tak precyzyjnie zaserwowane.

Kultowa praca, której nie powinno zabraknąć sympatykom tematu magii (no dobrze, magiji) z wyższej półki.

93!

Silinez @ Przenikanie światów

Dop.red. – liznąłem zaledwie tej lektury, ale odczucia entuzajstyczne. To działa! (po psychoanutycznej weryfikacji).

kup via Lashtal Press

magija chaosu – teoria i praktyka – studium

Paweł Zaborowski “Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowerecenzja

okladka-magia-chaosuFormat A5, 286 stron, oprawa miękka, klejona.

Nie ukrywam, że było mi dane w życiu poznać kilku zadeklarowanych “magów chaosu”. Niestety owi przedstawiciele nie zrobili na mnie najlepszego wrażenia – zapamiętałem ich jako skończonych idiotów, którym się wydawało, że posiedli wiedzę o wszechświecie, a przy okazji myśleli, że są nieźle wyluzowani… Ale mniejsza z tym.

Natrafiłem na rzetelne opracowanie tematu, które wyszło z rąk religioznawcy Pawła Zaborowskiego. “Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowe” to kolejne dzieło, którego możliwość podziwiania zawdzięczamy wydawnictwu Black Antlers. Zaczyna się klasycznym syndromem prac XXI w., autor omawia wszystkie możliwe definicje znanych terminów. Potem przechodzi do kwintesencji tematu; przedstawia szczegółowo historię, doktrynę magii chaosu, strukturę organizacyjną Zakonu Iluminatów Thanaterosa i rytualne praktyki. W końcu główny temat przemielony zostaje przez kwestie, które umownie zaliczyć należy do obszaru badań socjologii religii. Tutaj przeplata się m.in. wątek New Age, nowej duchowości, scjentyzacji nauki etc.

W moim odczuciu Zaborowski rozpracował cały problem od każdej możliwej strony; wyczerpująca ilość zagadnień, definicji, nazwisk nie pozostawia żadnych złudzeń; od psychologii po dominującą w rzeczonej pracy socjologię. Praca pisana jest przystępnym językiem, wszystko co trzeba punkt po punkcie. Dokładne przedstawienie założeń magii chaosu sprawia, że temat ten wydaje się bardzo czytelny.

W zasadzie książka mogłaby być swoistego rodzaju podręcznikiem dla adeptów. Przedstawiając pewne kluczowe aspekty tego systemu w świetle badań religioznawczych wiele zarówno “tajemnic” jak i zagadnień czy praktyk staje się jasnych nawet dla osób niewtajemniczonych. Choć nie jest to żadna “Liber Al …” mniemam, że dla studiującego temat magii i okultyzmu czarownika znającego tylko podstawy magii chaosu jest to dobre kompendium rozwijające wiedzę w tym zakresie także o dodatkowe ciekawostki.

Pozycja wyczerpująca i wiele wyjaśniająca, jak można ją podsumować. Zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Gorąco polecam!

Autor: Siliniez

black – antlers . com