Licho – Podnoszenie Czarów

logo_lho
okładka

Nie przyłożyłem uwagi do reakcji na Lichowski “Pogrzeb w karczmie”, ale z tego, co wiem wzbudził ten album sporo kontrowersji. Dziki, nieokrzesany i -dla niektórych- zanadto źródło-polski, “grotowski” black metal. Gdyby nie fakt, że chcąc nie chcąc i mi się zdarzyło robić zamachy w nihilizmie z alkoholem i polską butą, rzekłbym, że ten element “Pogrzebu” zasługuje na zapomnienie. Zapomnienie to być może nadchodzi z nowym uderzeniem Licha. Otóż hola psubraty, Licho zerwało z romantyzmem wódczano-afirmującym negację, a miast tego afirmuje element ludzki, co jest zdolny znieść życie i stratę. Dzielna to bowiem i męska w swoim charakterze muzyka.ksPoczątkowe riffy tuż po intrze są na tyle odczytywalnie tożsame z falą twórczą Licha, że pierwszym, co zapala iskierkę w głowie jest zmiana wokalu. I z uwagi na to w moim odczuciu najmocniejszym fragmentem “Podnosienia Czarów” jest utwór “Z wycia” z wyrazistą liryką, również i za sprawą kompozycji, bez których te byłyby pozbawione nośnika. “na wylot pójdź z nami / nieś rydel i łopatę/ na wylot idź z nami / znieś życie i stratę /w dół / w którym śmierć / rozdarła” – i taka właśnie jest poetyka Lichowska, czy jak ktoś woli – grotowska. Wyrazista i mężna. Drugim wyindywiduowanym fragmentem jest gitarowy początek “Siania”, który może się skojarzyć z udźwiękowieniem odczucia procesu uwalniania się dopaminy. Trzecim zaś – “Drang!”, który ujawnia wieloobliczowość Licha wraz z zalatującym transgresją wokalem Szturpaka, ale też z zapadającą w pamięć frazą: “kogo biją dzwony? boga biją w słabe!”, która mogłaby paść w “Doświadczeniu wewnętrznym” Bataille’a. Brzmienie jest bardzo organiczne i intuicyjne, na tyle na ile może być w black metalu. Perkusja brzmi pierwszoklasowo. Licho jednak stoi wciąż w znacznej mierze na gitarach i niech tak tymczasem pozostanie.

Wraz z “Podnoszeniem czarów” Licho doznało transgresji ku odzwierciedlaniu czy opowieści o większej pełni ludzkiego doświadczenia i świadomości.

http://sklep.malignantvoices.com

https://grotowskibm.bandcamp.com

GNOD – Just Say No to the Psycho Right-Wing Capitalist Fascist Industrial Death Machine

tumblr_ono3bytqz31qfucnro1_1280
Rocket Recordings 2017

Mało kogo stać na tak dosadną deklarację jak psychoanutów z Gnod, czy to w kwestii tytułu, czy też w odniesieniu do konstytuującej go muzyki – ostrej, ciętej, rewolucyjonistycznej i częszącej neurony. Just Say No to akt rebelii.

Od strony dronowo-psychodeliczno-rockowych improwizacji panowie podążyli tu ku bardziej zwartemu wykwitowi, łączącemu hałaśliwy punk rock z domieszką psychodelii, nabuzowanego agresją i protestatycyjnymi lirykami, eksplorującymi pewne aspekty prawdziwego, twardego życia, w opozycji do trzody zahipnotyzowanej zachodnią propagandą. Sonic Youth nigdy nie zbliżyło się nawet do nagrania czegoś równie bezprawnego, a jakichkolwiek koneksji dopatruję się z wczesnym Swans (tzw. No Wave), z okresu Filth / Cop / Greed – choć również można dopatrzeć się pokrewieństwa z co bardziej prymitywnymi, agresywnymi partiami nowszych płyt Giry i spółki, czy może też (momentami) wczesnym Godflesh. Niekiedy brzmi to wręcz troszkę pod Skullflower wykonujący covery anarchomanckich hymnów. Song pt. People składa się z oczyszczającej chaosem ścieżki gitar i podłożonego sampla rozmawiających mężczyzn, a przy tym można spróbować telepatycznie wychwycić, co oni mówią, na przykład przy zastosowaniu konopii, i to, co jest powiedziane kontrastuje z wymazującym to piorunem gitar.

Ta muzyka może pomóc w reprogramacji mózgu, demaskując wirusy psychiczne dominujące nad aktualną sytuacją społeczno-polityczną, a w każdym razie przyczynić się do zdarcia choć kilku składających się na nie zasłon kłamstw. A jeśli nie, to stanowi kawał nonkonformistycznego, kontentującego, dynamicznego i dosadnego łomotu i to bodaj najskromniejsze zdanie, jakie można napisać nt. tego materiału Gnod. Poglądy muzyków są zdecydowanie antyglobalistyczne i antysystemowe, ale w jakiej mierze lewackie? „Wydaje się, że wkraczamy w jeszcze bardziej nieprzyjazne czasy, niż te, w które już wkraczamy. Rok 2016 stanowi początek czegoś, co postrzegam jako systematyczne zniszczenie ze strony establiszmentu liberalizmu i równości, w reakcji na ogólną utratę wiary ludu w ich system”. Jeśli kogoś interesują tu tego typu niuanse ideologiczne, ja tam do nich nie należę. Wiem, że rad bym szedł i niszczył, gdy wybije czas. I to przede wszystkim ten instynkt, a nie (zapewne w mniejszej lub większej mierze skażona humanitaryzmem) ideologia napędza ten materiał – bojówkarsko nieustępliwa żarliwość. Spora to rewolucja nawet jak na specyfikę GNOD, nigdy nie pomieszkującego w jednolitej stylistyce zbyt długo.

katastrof

 > BANDCAMP <

> TUMBLR <

 

.:. A B R A H A D A B R A .:.

ro1

Rodney Orpheus “Abrahadabra

Wprowadzenie do Magiji Thelemy Aleistera Crowleya / recenzja

Jak to jest, że przeciętna książka cofa mnie do wspomnień z młodości? Przypominam sobie czasy kiedy przeczytałem “Magiję w teorii i w praktyce” Aleistera Crowleya i nic z niej kompletnie nie zrozumiałem. Miałem wrażenie, że studiuję kolejne wypociny i usilne próby podzielenia włosa na czworo w kwestii, w której jako eklektyczny wiccanin miałem swoje zdanie i nie widziałem sensu utrudniania sobie życia. Może dobrze, może źle? Diabli wiedzą. Przez wiele lat thelema była dla mnie niejasną ścieżką, na szczęście kilka wykładów Krzysztofa Azarewicza, kilka spotkań z jej przedstawicielami pozwoliły mi odnaleźć drogę we mgle. Przynajmniej poznałem główny sekret, co się z czym je!

I teraz nie wiem – zostać przy starym zdaniu czy przy nowym? Czuję, że przestudiowany materiał wprowadza mnie do filozoficznej świątyni dumania. Chyba literatura działa na mnie mocniej niż się tego spodziewałem.

“Abrahadabra. Wprowadzenie do magiji thelemy Aleistera Crowleya” Rodneya Orpheusa to doskonały GPS dla zagubionych dusz, starających się przynajmniej zrozumieć sens praktyk i nauk wspomnianego proroka Nowego Eonu. Wreszcie kawa na ławę – teologia, filozofia, praktyka. Wszystko jak trzeba. Po kolei.

Z pewnymi naukami zawartymi w tej pracy muszę przyznać – już się kiedyś spotkałem. Kiedy wiccoeklektyzowałem swoją potępioną przez Kościół duszę (w sumie chyba każdy Kościół mnie potępi może za wyjątkiem tego Liberalnego Katolickiego) czytałem co w rękę wpadło. Opisany thelemiczny system otarł mi się już o wzrok. Pewne nauki z tej szkoły włączyłem do swojego ówczesnego sposobu widzenia świata. Niestety jak to bywało w tego typu podręcznikach magii – pewne sprawy opisywano ze szczegółami, ale nie wyjaśniano skąd konkretnie pochodzą, co powodowało totalny chaos. Podobnie jak z wieloma praktykami i źródłami przedstawionymi przez Orpheusa spotkałem się będąc na drodze wicca tradycyjnej. Jakież to wszystko znajome? Jaki ten świat jest mały? To, że wicca sięga pewnymi gałęziami thelemy nie od dziś wiadomo. Ale, że aż tak mocno? …

Opisy rytuałów, medytacji, praktyk magicznych (może powinno się to napisać “magijnych”?). Jest to bardzo dobre wprowadzenie do tematu i zdecydowanie jedno z przystępniejszych. Dopiero po przeczytaniu tej publikacji należałoby się zabrać za klasykę gatunku jaką są prace Crowleya. W każdym razie nie spotkałem lepszej introdukcji. Literaturę o tym systemie i jego przedstawicielach miałem okazję kilka razy przewertować, ale nawet w biografii Lona Milo duQuette’a nie jest to wszystko aż tak precyzyjnie zaserwowane.

Kultowa praca, której nie powinno zabraknąć sympatykom tematu magii (no dobrze, magiji) z wyższej półki.

93!

Silinez @ Przenikanie światów

Dop.red. – liznąłem zaledwie tej lektury, ale odczucia entuzajstyczne. To działa! (po psychoanutycznej weryfikacji).

kup via Lashtal Press

magija chaosu – teoria i praktyka – studium

Paweł Zaborowski “Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowerecenzja

okladka-magia-chaosuFormat A5, 286 stron, oprawa miękka, klejona.

Nie ukrywam, że było mi dane w życiu poznać kilku zadeklarowanych “magów chaosu”. Niestety owi przedstawiciele nie zrobili na mnie najlepszego wrażenia – zapamiętałem ich jako skończonych idiotów, którym się wydawało, że posiedli wiedzę o wszechświecie, a przy okazji myśleli, że są nieźle wyluzowani… Ale mniejsza z tym.

Natrafiłem na rzetelne opracowanie tematu, które wyszło z rąk religioznawcy Pawła Zaborowskiego. “Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowe” to kolejne dzieło, którego możliwość podziwiania zawdzięczamy wydawnictwu Black Antlers. Zaczyna się klasycznym syndromem prac XXI w., autor omawia wszystkie możliwe definicje znanych terminów. Potem przechodzi do kwintesencji tematu; przedstawia szczegółowo historię, doktrynę magii chaosu, strukturę organizacyjną Zakonu Iluminatów Thanaterosa i rytualne praktyki. W końcu główny temat przemielony zostaje przez kwestie, które umownie zaliczyć należy do obszaru badań socjologii religii. Tutaj przeplata się m.in. wątek New Age, nowej duchowości, scjentyzacji nauki etc.

W moim odczuciu Zaborowski rozpracował cały problem od każdej możliwej strony; wyczerpująca ilość zagadnień, definicji, nazwisk nie pozostawia żadnych złudzeń; od psychologii po dominującą w rzeczonej pracy socjologię. Praca pisana jest przystępnym językiem, wszystko co trzeba punkt po punkcie. Dokładne przedstawienie założeń magii chaosu sprawia, że temat ten wydaje się bardzo czytelny.

W zasadzie książka mogłaby być swoistego rodzaju podręcznikiem dla adeptów. Przedstawiając pewne kluczowe aspekty tego systemu w świetle badań religioznawczych wiele zarówno “tajemnic” jak i zagadnień czy praktyk staje się jasnych nawet dla osób niewtajemniczonych. Choć nie jest to żadna “Liber Al …” mniemam, że dla studiującego temat magii i okultyzmu czarownika znającego tylko podstawy magii chaosu jest to dobre kompendium rozwijające wiedzę w tym zakresie także o dodatkowe ciekawostki.

Pozycja wyczerpująca i wiele wyjaśniająca, jak można ją podsumować. Zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Gorąco polecam!

Autor: Siliniez

black – antlers . com

Outside the Great Circle – rec. filmu

Outside The Great Circle” to dzieło rumuńskiego artysty-eksperymentatora Costina Chioreanu, stanowiące kilkunastominutową próbę ujęcia w formie audiowizualnej głównych koncepcji gnostyckich, a przede wszystkim zaś wizję duchowego upadku w świat i wzlotu ku Źródłu. Krótkometrażowy film, przywodzący czasem na myśl tzw. kino magiczne takich tuz alternatywnej kinematografii jak Kenneth Anger czy Alejandro Jodorowski, łączy w sobie trzy współgrające elementy: ilustrację, animację oraz muzykę.

otgc

Technika, w której został wykonany ma w sobie coś z kolażu – lwią część filmu stanowią alegoryczne kompozycje “wyciętych” ilustracji, niekiedy animowanych, oraz ekspresyjnego tła – także dźwiękowego. Warstwie muzycznej warto przyjrzeć się bliżej, bowiem wykonanie swoich kompozycji Chioreanu powierzył grupie weteranów sceny awangardowej, zapraszając do współpracy Attilę Csihara [m.in. Mayhem, Sunn O)))] i Davida Tibeta (Current 93) w roli wokalistów; pieczę nad syntezatorami oraz klawiszami objął członek japońskiej formacji awangardowo-blackmetalowej Sigh – Mirai Kawashima; zaś znany z psych-folkowego Hexvessel Fin Kimmo Helen zajął się skrzypcami i efektami dźwiękowymi. “OTGC” stanowi mroczną, melancholijną wizję rozwoju duszy “upadłej w materię”, świat cierpienia i lęku. Uczucia te potęgują dominujące w trakcie pierwszych minut filmu gitarowe drony, ich niskie tony świetnie współgrają z nieludzko ponurym wokalem Csihara oraz infernalnym surrealizmem warstwy wizualnej.

otgc2

Świat materialny przedstawiono tu jako masową mogiłę dusz, i choć zgodnie z doktryną hermetyzmu jest on uporządkowany boskim Logosem, to cierpienie nadal stanowi jego fundament. Boska iskra zostaje wcielona w materię, ale poprzez poznanie może przypomnieć sobie własną nieśmiertelną naturę – i o tym właśnie zdaje się przypominać swoim dziełem rumuński reżyser, co akcentują finalne momenty filmu, okraszone charyzmatycznym, pełnym straceńczej nadziei głosem Tibeta.

Blaga

OM – Advaitic Songs

om

Zabierając się za recenzję dzieła tak obfitego w zarówno duchową i artystyczną jakość wypadałoby na początku przybliżyć, choćby pokrótce, przyświecające mu idee. Tytuł Advaitic Songs odnosi się do hinduskiej adwaity, poglądu stojącego w opozycji do dwaity (dwójni), głoszącego że jedyną rzeczywistość stanowi Brahman, który jest tożsamy ze wszystkimi żywymi istotami. W adwaicie świat materialny reprezentuje maja pojmowana jako iluzja rozdzielności pomiędzy Atmanem-Jaźnią, a Brahmanem-Absolutem. Wyznawcy adwajtawedanty nie poszukują zbawienia poprzez miłosierdzie boże, mesjaszy czy posłuszeństwo; wręcz przeciwnie dążą do samozbawienia przez gnozę, wyrwania się z sideł fałszywego dualizmu i odnalezienia w sobie jedności z bezprzyczynową boskością. Cytując Swamiego Wiwekanandę, dziewiętnastowiecznego propagatora hinduizmu na Zachodzie:

Poza całą naturą jest coś wolnego. Kiedy znajdziemy to, co wymyka się wszelkiemu prawu, zdobędziemy wolność, a wolność jest zbawieniem. Dualizm jest stopniem, fazą, adwaityzm wiedzie aż do kresu. Najkrótszą drogą do wyzwolenia jest oczyszczenie się. Należy do nas tylko to, co sami zdobyliśmy. Nie zbawi nas żaden autorytet, ani żadne wierzenie.

om2

Tyle o duchowości stojącej za Advaitic Songs, pora na muzykę. Album rozpoczyna Addis, sześciominutowa mantra z damskim wokalem i pięknie brzmiącą wiolonczelą, okraszona wyrazistym dudnieniem bębnów i brzmiącymi co najmniej majestatycznie pomrukami pulsującego basu. Wszystkie te elementy, prócz kobiecego głosu, towarzyszą słuchaczowi aż do końca albumu, akompaniując ciężkim, acz nieco stonowanym i schodzącym często na drugi plan doom-metalowym riffom. Na Advaitic Songs Cisneros i Amos postawili w dużej mierze na różnorodność brzmienia, aczkolwiek nie brak tu monotonnych dronów rodem z hinduskich rag i wyciszonej kontemplacji. Dźwiękowe inspiracje muzyków są oczywiste – Advaitic Songs to pieśni ducha Bliskiego i Środkowego Wschodu, psalmy spalonej słońcem pustyni i monumentalny lament bizantyjskich chórów. Al Cisneros jednostajnym głosem, jak gdyby pogrążony w głębokiej modlitwie recytuje teksty utworów, sprawiając, że każdego z nich słucha się jak medytacyjnej mantry. Piąty, ostatni kawałek Haqq al-Yaqin odwołujący się do tradycji muzułmańskiej – to najdłuższa i moim zdaniem najciekawsza z kompozycji zawartych na krążku. Monotonny, transowy rytm wybijany na hinduskiej tabli, podniosły lament smyczków, ascetyczne aranże wokalne Cisnerosa wszystko to kreuje niesamowicie mistyczny klimat; całość zaś wieńczy przepiękna wariacja zagrana na nieprzesterowanej gitarze. Po paru chmurach ściągniętych przy tym numerze można niemal poczuć na własnej skórze prażące niemiłosiernie słońce pustyni, rozżarzony piach i intensywną woń płonącego kadzidła. Pieśni Adwaityczne to dla mnie ścisła czołówka albumów 2012 roku, koniec kropka.

~blaga

Nagrobki – Lękajcie się i Stan Prac

Otwierający demówkę kawałek “Lękajcie się” to jak kołysanka i kpina zarazem, kpina z represyjności polakatolickiej moralności, ale również z siebie samych i tu propsy panom za samodystans. Parodia mszy świętej w wersji wszelako poczciwej, a w każdym razie żartobliwej. Dalej już ruszamy z grubszej rury. Ten kawałek brzmi dużo lepiej na “Stanie Prac” ale i tak idzie docenić tą wersję. “Zapadła mi w pamięć Twa wczorajsza wypowiedź. Bardzo jest mi źle, wciąż myślę o Tobie, nic zrobić nie mogę. Śmierć! Śmierć! Śmierć Zapomniałem! Ciągle widzę oczy Twe! Tylko Ciebie chcę!” Osobiście pofolgowałbym tu wyobraźni w kwestii interpretacji. Dalej mamy coś co brzmi jak polskie Those Poor Bastards, czyli “Jak mu dewastuję grób“. Urzeka mnie sampel walenia młotem, domyślnie o nagrobek. o “Róża, córka sąsiada” nie mam zbyt wiele do napisania, bo ten kawałek wydaje mi się mało zakamuflowanym manifestem dorosłych onanistów,`a nie sądzę aby któryś z panów musiał spędzić dłuższy czas za murami Zakładu Karnego. Ratuje go bas i perkusja. I to ratuje nie byle jak. Noise-rockowa końcówka in plus. “Nekropolo” z “Jakoś tak się przyzwyczaiłem, że własny zgon przegapiłem” to rodzaj celebracji poczucia wewnętrznej martwoty (emocjonalnej na pewno nie). I na tym kończy się ta demówka, a raczej debiutancka epka Nagrobków, na niebrzydkiej gitarowo-syntezatorowej solówce.

Intro do “Stanu Prac” to próba udźwiękowienia zaklęcia, które mogłoby wyjść z Czarnej Chaty. Wnet uderza antypolska “Niedziela”, przepełniona wstrętem do polakatolickiej rytualizacji tygodnia. “Chciałbym, żeby jutrzejsza niedziela była już tą ostatnią! Już tą ostatnią!”

“Blady świt!” to materiał na przebój, na tyle wpada w ucho i wdrąża się w głowę. “Dziękuję Ci mamo za ten dar życia. Dziękuję Ci tato, że mnie zrobiłeś! Następnym razem mogłabyś się zapytać.., mnie! Następnym razem weź zastanów się chwilę!” – Szarmanckie podziękowania, z tym, że panowie zdają się być nieświadomi, że to nie nasi szanowni spłodziciele (za Johnem Bhalancem przypominam, że powinniśmy być im wdzięczny zwłaszcza za brokuły) są odpowiedzialni za to, że to akurat nasze dusze z – chyba mogę to powiedzieć – w imieniu swoim, jak i muzyków – ciężką karmą – inkarnują się w spompowanych przez nich płodach.

“Zaraza” to najbardziej mainstreamowy kawałek z płyty, kojarzy mi się niezdrowo z jakimś CKOD i tu kciuk w dół i wyrd na drogę. Nie grajcie tak więcej. “Ja” niesie już znaczący skok w górę na mojej skali przyswajalności w mocno nie ukrywajmy to zawirusowanym tunelu rzeczywistości. “Boisz się mego, boję się twego JA” i pomrukiwanie (chyba) basu, acz zachodzę w głowę jak go wykorzystano, aby osiągnąć taki dźwięk. Następnie przeróbka dziecięcej piosenki, ale nie będę zdradzał zbyt dużo. Jak już wspominałem “Na śmierć zapomniałem 2015” w nowej wersji zyskało dużo siły wyrazu. Idzie poznać rolę dobrego masteringu, ale i wykonania. Znienacka w kawałek wkrada się długie spowolnione interludium, z trąbką (obecną zresztą na całym materiale, verfluchte), a może próba wyrazu stanu umysłu, który uprzednio został wyrażony z bardziej natężoną siłą ekspresji. Na koniec powrót pierwotnego motywu, wokal jest – dopiero o tym napomykam – a to tyczy się całej płyty – na wksroś przekonujący i wystarczy, że tyle napiszę na ten temat.

“Jesteśmy martwi” to kolejny skoczny dyskotekowy przebój dla przedszkolaków albo raczej pacjentów szpitala psychiatrycznego – ba, chciałbym przemycić do psychiatryka lsd i dolać pacjentom do wody i włączyć ten utwór na pełen wolumen. “Jesteśmy martwi! Nic nas nie powstrzyma! Żadna policja ani żadna głupia siła! Spotkanie z nami oznacza śmierć! Powiedz, czy ty też masz na nią dziś chęć!”

“Nie mam ci nic do powiedzenia” to swoisty manifest socjopatii, dosyć już przytoczyłem liryk, lepiej byłoby w ogóle gdybym nie pozbawiał słuchacza zapoznania ich bezpośrednio z muzyką, ale być może powyższe bardziej nakłoni do zrobienia takiego kroku”. Gitary są post-punk noise-rockowe, czyli to co koty lubią jak upolowanie sikorki, odgryzienie jej głowy i pozostawienie jej przed drzwiami domostwa z ciągnącym się nerwem centralnym.

“Dla Grzesia” to grubsza sprawa, utwór jak mniemam powstały w hołdzie dla przyjaciela muzyków, który wybrał przedwczesne Wypierdalać wobec życia. Godny to hołd i tym dotkliwiej od mnie przemawia, że sam straciłem dwa duchy. Jakkolwiek nie dźwigam już żadnego kaprawego krzyża. Odżyłem. I po chuj o tym wspominać? Bez odbioru na ok. 2 miesiące.

Z ostatniej chwili. Wieść grozi, że to rock garażowy. Zabawne, że ostatnio ktoś mi zaproponował, że jak się nie ogarnę to zrobi mi z dupy garaż, respons: ogłoszenie drobne, chętnie poczęstuję lutą w lutym kandydata do zrobienia mi z dupy garażu (żart, pozdro KRW).

pod powyższym linkiem cały “Stan Prac” do odsłuchu.

raport: katastrof

King Dude – Sex

Czyli gangsterska romantyka diabelskim rockiem podlanego neofolku. “Kto chce żyć i skonać tej nocy? Kto pragnie ujrzeć drugą stronę? Z kryształów, które jak robactwo biegną przez twe żyły. Oszalałeś!” – oto zaproszenie do tego swoistego (ideowo) miszmaszu Lautreamonta z Iluminatami Thanaterosa, muzycznie zaś – balladowo-folk-rockowego klangu noir.

Kontynuując tradycję niespodzianych dywinacji wskroś dobrego pana Lucyfera, King Dude momentami wykrystalizował tu i dopracował swój styl do poziomu analogicznemu świeżo wyrwanemu sercu kozła zastawiającemu stół biesiadny Niosącego Czarne światło, a momentami pogubił się w eksperymentalnych niewypałach bez wyrazu— i konfrontuje słuchacza z eksploracją tematu seksualności.

“Nie chcę żyć wiecznie kotku, nie obawiam się umrzeć” śpiewane straceńczym tonem i podkolorowane pysznie wpasowanym samplem (czego wcześniej w muzyce tegoż nie uświadczyliśmy) znamionują szlagier “I wanna die at 69”, przy którym wymiękają nawet co mniej zglątwione pieśni Baina Wolfkinda. “Our Love will carry on” – romantyczna ballada – stanowi nostalgiczny łącznik z wczesnym okresem twórczości Cowgilla z okolic lp “Love”(2011).

Chwilę później TJ uderza kontrastowo z innej mańki wraz z krótkim, blackowym “Sex Dungeon”. W takich momentach album ujawnia swoją niespójność, stanowiącą główny zgrzyt ku nazwaniu “Sex” choćby komfortową przystanią w dyskografii K.D.

Tętniące czarnym humorem “The Leather One” gładko zaciera złe wrażenie. “Swedish boys” brak nieco intensywności, aby wywiązali się ze swej roli. Sinusoida znów rusza w górę wraz z ciekawym, eklektycznym “Prisoners” gdzie Koleś, jak na każdego dobrego kolesia przystało, rapuje.

“No one knows the girls” popada w kabaretowe gorzko-słodkie nuty. Następnie szczere, otwarte i smutne, wieńczące album “Shine your light”, niestety wypadające cokolwiek skamląco jak na takiego diabelskiego knura jak Dude, King Dude.

Podsumowując, kawałki promocyjne okazały się pokazaniem asów przed rozegraniem partii, wespół z oprawą wizualną płyty aut. Ellen Rodgers zaostrzyły apetyt. Na co? Na pstro na czczo. Za mało krwistego, ezoterycznego neofolku, za dużo americany, country i inszych eksperymentalnych niedoformowanych płodów. Gdyby całość trzymała poziom “Our Love will carry on” czy “I wanna die at 69”, czy chociażby nawet instrumentalnego “Conflict & climax” bylibyśmy bliscy zachwytu, tymczasem… borem lasem. Rzecz broni się nomen omen jedynie dzięki diabelskiej psocie “The Leather One”. Do następnego, dude!

Wyd: NJRM // Van Records

ktstrf wyklucznik

wędrowcy~tułacze~zbiegi – Światu jest wszystko jedno

a2453044032_10

Równe kroki perkusji i oto “witaj nam jutrzenko” – zimne, gęste ciary. To materiał nierówny, ale nawet w swych nizinach niesmacznie wysoko ponadprzeciętny. Jak dla mnie polska płyta roku. Coś na miarę “Imperium” Arkony anno 2016. Post-nihilistyczne, bataille’owskie (w czem – zapewne nieskromnie – podejrzewam pokątną inspirację Ulvhela) zacięcie zdominowało cały materiał i jest to zacięcie istotowe, nie przejawiające się w gołosłownych, a górnolotnych deklaracjach, lecz ucieleśnione dźwiękiem i słowem. I tak baśniowej narracji rozmarzonych strun “wędrca” nie umniejsza, lecz kontrastowo uwypukla wzmianka o “czarnej dupie nocy”. Muzyczna nowatorskość “światu jest wszystko jedno” zasadza się na obecności trąbki, wspaniale odegranej przez niejakiego Ścierę; ale kompozytorska wybitność jest wszechobecna, choć być może tak ją określam przez koloryt, który nadają jej przenikliwe, poetyckie liryki. Przebojowość tego albumu sprawia, że ma się ochotę słuchać go raz po raz, do znudzenia, a o te niełatwo, przychodzi ono być może dopiero wraz z emocjonalną nadeksploatacją, a o tą każdemu niejednakowo łatwo/trudno. I w zasadzie podług ładunku i spektrum emocji powstających w konflikcie ze światem można by podzielić słuchaczy wędrowców, tułaczy, a zbiegów, acz ja się zarysu tego czy inszego podziału nie podejmę, bo po kiego grzyba. W “kanonady ducha grzmot” pojawia się lekko woniejący patos, a w każdym razie pycha. Grzech to nam nieobcy, prawda li? I w takiej samej mierze wespół z nadmierną, choć przenikliwą autokrytyką konstytuujący. Wspaniała, introwertyczna, bajońska wręcz refleksyjność “Przebijacza gór” płynie ku nam wraz ze śpiewem i szeptem. Piosenkarzy dwóch – Stawrogina i von Rittera – rozróżniam dopiero po zwróceniu uwagi na ich dwoistość, na tyle podobne mają głosy, w obu przypadkach szlachetne – rzadkością jest to wszelako, aby w muzyce jakkolwiek powiązanej z blek metalem można było komuś bez ocierania się o śmieszność przypisać takie miano; a tu można i ba, na wędrowców bez wahania oddałbym głos za 4,44 esemesym na poczet polskiej eurowizji. Całości dopełnia perkusja bezbłędnie odegrana przez mości Szturpaka. Nie uświadczyłem jeszcze bodaj na polskiej scenie płyty o takim poziomie intelektualnym, a patronat w tym aspekcie sprawuje znany poniekąd z łam onego pisma Gac. “Nieba błękit zakrwawiony / jucha gęsta leci z chmur / naród w końcu poświęcony / zmywa gówna cierpki smród” – to są wersy co nie lada, ukonstytuowane transgresją, a okraszone Muzyką co się zowie. Wzajemna uzupełnialność czystego tonu ducha i gęstej kupy, co leci z chmur mówią o byciu umiłowanym przez Diabła, a w przypadku autorów tego dzieła nie są to czcze słowa i zapewne ku pokrewnym jest ono adresowane. Czuję się tak niemile połechtany tym wszystkim i spędzonymi przy tej płycie porankami, a odczutymi przy niej ciarami, że aż po wypracowanej w pocie czoła wypłacie pozwolę sobie na zbytek zaopaczenia się w limitowany winyl wskroś devoted art propaganda. Zatem; do Djabła!

[bandcamp]