Guru i Wielka Bestia: przeświadczenie Timothy’ego Leary’ego, że był kontynuacją Aleistera Crowleya

W 1972 roku Timothy złapał zbiór zaprojektowanych przez Aleistera Crowleya kart tarota i zadał im pytanie. „Kim jestem i jakie jest moje przeznaczenie?”. Przerwał wtedy ciąg kart i znalazł Asa Dysków – kartę, która jak wierzył Crowley, reprezentowała jego samego. As Dysków zawiera greckie słowa To Mega Therion lub „Wielka Bestia”, będące imieniem przyjętym przez Crowleya. Przekonało to Leary’ego  o czymś, co ostatnio zaczął podejrzewać; o tym jakoby był „kontynuuacją” Aleistera Crowleya, oraz o tym, że jego rolą w życiu była kontynuacja „Wielkiego Dzieła” Crowleya, mianowicie dzieła sprowadzenia fundamentalnej zmiany w ludzkiej świadomości.

Timothy Leary roku 1972 był bardzo odmiennym facetem od Timothy’ego Leary’ego z okresu „Lata Miłości” roku 1967, gdzie był u szczytu sławy. Leary był ex-harwardowskim profesorem, który głosił ludziom pokój i miłość, zaadaptował mantrę „dostrój się, włącz i odpadnij” (‘tune in, turn on and drop out’) – oraz poprowadził eksplodujący ruch psychodeliczny. W przeciągu następnych 5 lat był wielokrotnie aresztowany, zniewalany, jak również uciekał z więzienia, został przeszmuglowany poza Amerykę przez terrorystów, porwany przez rewolucjonistów w Afryce Północnej, uciekł ponownie,  zbiegł do Szwajcarii, gdzie trafił do szwajcarskiego aresztu śledczego, a aktualnie wiódł nomadyczne życie, wędrując między różnymi Szwajcarskimi kantonami pod ochroną wygnanego francuskiego handlarza bronią. Nixon nazwał go „najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce” i wysłał Johna Mitchella, swojego głównego prawnika do Szwajcarii, aby próbował doprowadzić do ekstradycji Leary’ego. Życie Leary’ego rozgrywało się na tak wielkiej, niebezpiecznej skali, że kuszące było uwierzenie, iż został w jakiś sposób wybrany przez historię, oraz że można się po nim spodziewać wielkich czynów.

Jego identyfikacja z Crowleyem rozpoczęła się poważnie wraz z tym, jak Leary wespół z angielskim beatnikiem i pisarzem Brianem Barrittem odbyli kwasowego tripa na Saharze. Barritt był, słowami Leary’ego, „pieprzonym geniuszem”. „Brian jest Nietykalnym Anglikiem” – napisał w roku 1971. „Jego cień padający wprost na ścieżkę klasy średniej wystarczy, aby skontaminować dwadzieścia życiorysów. Jest wysoce toksyczny. Brian jest starożytny, ale nie stary. Przez 36 lat przepuścił przez swoje ciało tak wiele narkotyków, jak to możliwe, a jest obscenicznie zdrowy, diabolicznie zamożny i wygląda na dwudziestolatka. Zamierza utrzymać ten stan przez bezterminowy okres. Nie zamierza umrzeć: będą musieli go zabić.”

Brian-Barritt
Brian Barrit, w r. 1974 (z lewa) i 2001 (po prawej)

Leary i Barrit wpierw tripowali razem nocą z wielkanocnej soboty na niedzielę roku 1971. Pojechali z wybrzeża Algierii do miejsca zwanego Bou Saada, na skraju Sahary. „Bou Saada” znaczy „Miasto Szczęścia” i mawiano, że to bardzo magiczne miejsce. Leary musiał zgarnąć różne manatki z Hotelu Caid, gdzie pomieszkiwał wcześniej ze swoją żoną, Rosemary. Zaliczał się do nich wstęp napisany do jednej z książek Barritta i część ubrań jego żony. To w tych ostatnich byli najbardziej zainteresowani, gdyż były tam zaszyte kartony Sunshine LSD i wysokiej jakości afgański haszysz w obcasach butów.

Zjedli kwasa, zapalili haszu i wyjechali ku niezliczonym wydmom, aż znaleźli wyschnięte łożysko rzeki. Tam usiedli na wiecznie przemieszczającym się piasku i obserwowali zachód słońca, czekając na załadunek kwasa. Wzeszedł księżyc pełni. Nad pustynią zapadła noc.

„Niebiosa płonęły” – tak później Barrit opisał tripa, który nastąpił. „Potężne statki galaktyczne rozbłyskiwały w istnienie, złote naczynia z twarzami bogów egipskich na dziobach, ślizgające się między życiem, a śmiercią. […] Cudowne miasta przemykały, zbudowane z jeszcze nieodkrytych materiałów, wieże wygięte ku niebiosom. Poprzez okno kobieta o twarzy anioła i ciele pająka gawędziła do mnie swoimi oczami . . .” Leary, w międzyczasie, wydawał się wykonywać rodzaj ceremonii, krocząc w górę i w dół i recytując alchemiczną formułę solve et coagula.

Nawet wg standardów Leary’ego i Barritta, była to wyjątkowa noc. Lecz trip zawierał kilka synchroniczności, indukujących, że było w tym coś więcej, niż tylko szereg wyimaginowanych halucynacji. Na początku tripu Barritta spostrzegł zakapturzonego człowieka pośrodku diabelskiego pyłu lub powietrznej trąby piasku. Barritt miał przy sobie zwój lub manuskrypt, który wydawał się istotny, powiązany z elizabetiańskim magikiem i alchemikiem Dr. Johnem Dee.

Dr. Dee był jednym z głównych uczonych swoich czasów, człowiekiem który odegrał wiodącą rolę w rozwoju nauki nawigacji. Był także dworskim astrologiem Królowy Elżbiety I i użył jej horoskopu do wyboru dnia jej koronacji w 1558 r. Posiadał jak wierzono największą bibliotekę w Brytanii, zanim lokalni mieszkańcy, uznający go za złego czarnoksiężnika, jej nie spalili. Był również szpiegiem Korony, wysyłanym na misje wywiadowcze do różnych innych krajów europejskich. Wydaje się zatem na miejscu, że podpisywał dokumenty kodem „007”.

Dee był również alchemikiem głęboko zaangażowanym w studia okultystyczne, nawet pomimo tego, że takie praktyki były ekstremalnie niebezpieczne politycznie w religijnym rozgardiaszu jego czasów. Zaangażował się we współpracę ze złodziejem (w tym grobów) Edwardem Kellym, wierząc, że Kelly miał zdolność słyszenia duchów i demonów. W trakcie wielu miesięcy Dee spisywał informacje skierowane „poprzez” Kelly’ego, a rezultatem był materiał pracy magicznej, zawierający anielski język, znany jako Magia Enochiańska.

Rok po podróży do Bou Saada, Leary i Brian odkryli, że w roku 1909, Aleister Crowley i poeta Victor Neuber odprawili ceremonię magiczną dokładnie w tym samym łożysku rzeki na wydmach poza Bou Saada, gdzie wzięli LSD. Crowley i Neuberg przyzywali demony inwokując dziewiętnaście „wezwań” zaczerpniętych od doktora Johna Dee i Edwarda Kelly’ego. Magia Enochiańska była integralną częścią systemu magicznego Crowleya i to anielski skrypt Dee i Kelly’ego Crowley inwokował w Bou Saada.

Praca zajęła kilka tygodni, jako że inwokowali jeden „klucz” manuskryptu dziennie, wzywając szereg aniołów i demonów do pojawienia się wewnątrz magicznego trójkąta, zaznaczonego w piasku. Wykorzystywali meskalinę i magiję seksualną, z Neubergiem dymającym Crowleya na ołtarzu w prowizorycznym kręgu kamieni, dedykując akt dla bożka Pana. Kiedy nadszedł dzień inwokacji Choronzona, demona chaosu i otchłani, Crowley nie pozostał na zewnątrz magicznego trójkąta. Zamiast tego rozmyślnie usiadł wewnątrz. Para musiała stanowić nie lada widok, jak wykonywali swoje dziwne akty wśród przemieszczających się saharyjskich wydm. Crowley był ubrany w długą, czarną, zakapturzoną szatę z rewolwerem u pasa. Neuberg, z dwoma kitami ufarbowanych włosów wygiętych w rogi, obserwował siedząc w magicznym kręgu stworzonym dla jego ochrony i robił notatki. Crowley poinstruował Neuberga, że cokolwiek się stanie, musi się przeciwstawić każdej próbie demona, aby się wyzwolić. Inwokacja dobiegła końca, złożono w ofierze trzy gołębie i, wg relacji Neuberga i Crowleya, Choronzon się ukazał. Opętał Crowleya i zaczął szydzić z Neuberga, błagając aby go uwolnił. Później twierdzili, że Crowley/Choronzon zaczął zmieniać kształt, ukazując się Neubergowi w szeregu form, w skład których wchodził jego stary kochanek oraz wąż z ludzką twarzą. Błagał poetę o łyk wody i obiecywał, że spocznie u jego stóp i będzie mu posłuszny, jeśli go uwolni. Gdy Neuberg był roztargniony olśniewającymi obrazami materializującymi mu się przed oczami, demon stopniowo przesuwał piasek na krąg magiczny, powoli go wymazując. Wtedy byt, który opętał Crowleya runął na Neuberga i wg Wyznań Aleistera Crowleya „rzucił go na ziemię i próbował rozerwać mu gardło pieniącymi się szponami.”. Na szczęście Neuberg był uzbrojony w konsekrowany magiczny sztylet i udało mu się odeprzeć bestię. Choronzon został odegnany, pozostawiając Crowleya leżącego nago na piasku. Po zakończeniu ceremonii, magiczny krąg i trójkąt zostały wymazane oraz rozpalono ogień, aby oczyścić miejsce.

Leary i Barritt byli zdumieni, gdy odkryli to, rok po ich pustynnym tripie. Fakt, że przebywali u tego samego łożyska rzeki był już sam w sobie synchronicznością, ale zakapturzona postać wewnątrz diabelskiego pyłu, którą Barritt ujrzał pasowała do crowleyowskiego opisu jego opętanego ja. Crowley, który nosił czarną, zakapturzoną szatę, opisał opętującego go demona jako koagulację form, które wirowały bezrozumnie w chaotycznych zwłach jak diabelskie pyły”. Dodatkowo fakt, że używali manuskryptu doktora Dee, który również ukazał się Barrittowi, popchnął wydarzenie daleko poza przypadkowość.

Było wiele zbieżności pomiędzy Timothym Learym i Aleisterem Crowleyem, co w tamtych czasach nie pozostało niezauważone. Dla przykładu Andy Warhol udzielił komentarza w tej sprawie.

Obydwaj wyrośli z podłoża represyjnej klasy średniej i obydwaj odrzucili te wartości, aby założyć wyzwolone i hedonistyczne sekty. Obydwaj przykładali ogromną wartość do seksu i dragów i są silne paralele pomiędzy komuną Millbrook Leary’ego i crowleyowskim Opactwem Thelemy na Sycylii. Crowley za swojego życia został nazwany „najbardziej nikczemnym człowiekiem na świecie”, zaś Leary „najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce” przez prezydenta Nixona. Przykazanie Crowleya „Czyń swoją Wolę niechaj będzie całym Prawem” ma podobne libertyńskie wartości do przykazań Ligi Rozwoju Duchowego, „religią osobistą” wynalezioną przez Leary’ego, choć ta została złagodzona do braku przyzwolenia na kontrolowanie innych. Obydwaj napisali reinterpretacje Tao Te Ching. To indykator podobnego rozmiaru ich ego, jako że Tao Te Ching jest zapewne jednym z najbardziej kompletnych kawałków tekstu, jakie kiedykolwiek napisano, i nieliczni są ci, co wierzą, że mogą to poprawić. Jak zademonstrował Roberta Anton Wilson w Kosmicznym spuście, jest wiele paraleli pomiędzy „Transmisjami Gwiezdnego Nasienia”, informacjami uzyskanymi podczas eksperymentów Leary’ego z przekazywaniem, za odsiadki w więzieniu Folsom, a Księgą Prawa Crowleya. Są również podobieństwa pomiędzy starością każdego z nich, i względem luzi, takich jak John Lennon, na których obydwaj wpłynęli. Obydwaj mieli też żony imieniem Rosemary.

Saint_Timothy_by_CorpusCallosum
“Święty Timothy”, il. aut. Corpus Callosum

Leary zaczął myśleć o sobie jako o ‘kontynuacji’ Crowleya, w przeciwieństwie do ‘reinkarnacji’ w normalnym sensie. Były silne podobieństwa pomiędzy Dee, a Kellym, Crowleyem i Neubergiem oraz Learym i Barrittem, a Leary spostrzegł siebie jako część linii czarowników powracających wskroś historię. Było to coś, czego Crowley zdawał się być świadomy, choć wierzył, że był reinkarnacją Kelly’ego prędzej niż Dee. Leary wierzył, że odgrywał „skrypt” dla stałego, transformacyjnego nurtu, który powtarzał się w czasie. Te ‘skrypty’ istniały w podobny sposób do piosenki. Piosenka istnieje tylko w czasie, nie w przestrzeni, ale jednak istnieje wystarczająco, aby wykrywalne były wzorce, harmonia i znaczenie. Zaiste, ‘czas’ był tu kluczem, albo raczej zmiana w jego jakościach, możliwa do wykrycia pod wpływem LSD. Leary wierzył, że w trakcie tripa były momenty, w których jego świadomość przerastała normalny, niezatrzymujący się, linearny upływ czasu. Koniec końców, tak jak dwu-wymiarowy rysunek może być właściwie obserwowany tylko z trzech wymiarów, tak też czas, czwarty wymiar, powinien mieć sens tylko z piątego lub wyższego wymiaru. Poszerzona za sprawą LSD świadomość wydawała się okazjonalnie oferować taką wyższą perspektywę. Z tego miejsca ujawniały się w inny sposób niewidoczne wzorce i nurty w historii. Wierzenie Leary’ego, że jego świadomość przekroczyła linearny upływ czasu tak naprawdę nie jest tak absurdalne, jak może się wydawać przy pierwszym zerknięciu. Wśród naukowców jest rosnący konsensus, że podczas gdy czas sam w sobie jest prawdziwy, postrzegany wprzód marsz czasu jest iluzją. Jak Einstein onegdaj słynnie napisał do przyjaciela, „przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są tylko iluzjami, nawet jeśli uporczywymi.” Pisząc w The Scientific American (Vol. 15 No. 3 2005 s. 82) Paul Davies konkluduje, że „upływ czasu jest prawdopodobnie iluzją. Świadomość może zawierać termodynamiczne lub kwantowe procesy, które prowadzą do wrażenia życia z chwili na chwilę.” Wtedy przechodzi do uwagi, że „możliwe jest wyobrażenie sobie dragów, które zawieszają wrażenie podmiotu, że czas upływa.”

Podczas tego okresu Leary pisał książkę o swojej ucieczce z więzienia, pt. Już pora, a później miał zakończyć swoją autobiografię dokładnie tymi samymi słowami. Książka została później przemianowana w bezpośrednim hołdzie dla Crowleya, opublikowana pod tytułem Wyznania Maniaka Nadziei, tytuł wybrany jako świadome odniesienie do crowleyowskiego Dziennika Maniaka Dragów oraz Wyznań Aleistera Crowleya.

Wkrótce później Leary został porwany w trakcie strzelaniny w Afganistanie, sprowadzony z powrotem do Ameryki i umieszczony w osobnej celi w więzieniu Folsom. Po zawarciu umowy z FBI, która zrujnowała jego reputację wśród wielu hipisowskich wyznawców, został ewangelistą komputerów osobistych i internetu. Umarł na raka 31 maja 1996 roku. Według Williama Burroughsa „Tim zmienił świat. Może upłynąć kolejny wiek, zanim przyzna mu się jego prawomocną renomę. Niech jego oszczercy kręcą głowami o sto lat od teraz.

Jest niewątpliwie prawdziwe, że ponowne oszacowanie idei Leary’ego i jego wpływu na naszą kulturę jest znacznie opóźnione. Są tacy, co wierzą, że Leary odniósł sukces i sprowadził fundamentalną i trwającą zmianę w ludzkiej świadomości milionów ludzi. Są też inni, wierzący, że powinien wziąć na siebie winę za problemy i rozczarowanie, które zakończyły sen lat sześćdziesiątych. Ale jedna rzecz jest oczywista: nie ma żadnej postaci z drugiej połowy XX w., która ma lepsze roszczenie do kontynuacji „Wielkiego Dzieła” Crowleya, niż Dr Timothy Leary.

Zaadaptowane z „I Have America Surrounded: The Life of Timothy Leary” autorstwa Johna Higgsa. Źródło: Daily Grail. Tłum. <|Vv \ not

Advertisements

Kosmiczny dywersantyzm

river guerrero
il. River Guerrero

Niestworzony głos wzywa nas by zbudzić ze snu życia
wzywa wężowe ziarno Chaosu do rozkwitu.

Tyfonie, namaść nas krwią olbrzyma i niech spłyną
na nas niezliczone wyzwania i granice do przekroczenia.
Kainie, Zstąpiliśmy w ten żywot uśpieni, ale obudził nas Twój szept
Śmiech i krzyk, kołaczący o wieka ludzkich świątyń.

Ty, co zawracasz bieg kosmicznych rzek energii ku Ziemi
i wydrapujesz spod skóry twarzy ego, co wykute
przed zrodzeniem człowieka, naczynie istnienia, szaty wygnańca,
krętą ścieżką Transgresji, drogą poza drogi
Prowadź nas do komunii z nieskończonością

tyfon1

:Vv :
Patrzaj i bacz
Jego zstąpienia z powyżej ku poniżej
Poza czerń i biel
Wiru rozrywającego z zachodu
na wschód czas na strzępy
I strzeż się mocy wędrowca
On powstaje ku bogom
Aby zerwać owoc zemsty
i kwiat wybaczenia

Bo rozkwita jak nowonarodzone słońce
Karmi swą jaźnią ciemność do syta
A jego płomienie będą lśniły dość jasno
By oślepić złorzeczących Woli
A jednak gorące jego plemię
Wydziela życie poprzez śmierć
Ile zatraty w scaleniu
Z każdym parzącym, gniewnym spojrzeniem

– przemiana liryki “Sun to Scorch” Malign

<|Vv i Emisariusz Otchłani

Ram Dass – Pułapka doświadczeń haju

“Raj jest więzieniem mędrca tak, jak świat jest więźniem wierzącego”
– Yahja b. Mu’adh al-Razi

Dla wielu z nas, którzy dotarli do medytacji poprzez psychodeliki, przyjętym modelem do zmiany świadomości zostało wejście w haj. Odepchnęliśmy nasz normalny stan przebudzenia w celu objęcia stanu euforii, harmonii, błogości, pokoju, lub ekstazy. Wielu z nas spędziło długie przedziały czasu wchodząc w i schodząc z haju. Było to jak biblijna przypowieść o gościu weselnym, który przybył na wesele bez stosownego odzienia, więc został wyrzucony. Mój guru, mówiąc o psychodelikach, rzekł “Te leki pozwolą Ci przyjść i odwiedzić Chrystusa, ale możesz zostać tam tylko na dwie godziny. Wtedy musisz znów wrócić. Lepiej stać się Chrystusem, niż go odwiedzić – ale nawet odwiedzenie świętego jest użyteczne.” Wtedy dodał, “lecz najpotężniejszym lekiem jest miłość.” Bo miłość powoli przemienia w to, czego psychodeliki dają tylko przebłysk.

Kiedy reflektowałem w świetle jego słów na swoje tripy z LSD i innymi psychodelikami, ujrzałem, że po przebłysku możliwości transcendencji, kontyuowałem tripowanie tylko aby się upewnić, że możliwość wciąż tam jest. Dostrzeganie możliwości jest zaiste inne niż bycie nią. Wcześniej lub później musisz oczyścić i przerobić swój umysł, serce i ciało, tak, by wszystko, co ściąga cię w dół z twoich doświadczeń straciło nad tobą władzę.
Psychodeliki mogły dokonać chemicznego nadpisania (zastąpienia) wzorców myślowych w twoim mózgu, tak że jesteś otwarty na chwilę, ale gdy substancja traci swą siłę stare wzorce nawyków przejmują znów władzę. Wraz z nimi nadchodzi subtelna rozpacz, jakobyś bez substancji był więźniem swoich myśli.
Pułapka doświadczeń haju, jakkolwiek zachodzą, polega na tym, że stajesz się przywiązany do ich wspomnienia i próbujesz je odtworzyć. Te wspomnienia nakłaniają cię do próby odtworzenia haju.

Ostatecznie łapią cię w pułapkę, gdyż zgrzytają z twoim doświadczeniem chwili obecnej. W medytacji musisz być tu i teraz, odpuszczając wszystkich porównań i wspomnień. Jeśli haj był zbyt silny w porównaniu do reszty twojego życia, zastępuje on teraźniejszość i utrzymuje cię w skupieniu nad przeszłością. Paradoksem jest oczywiście to, że gdybyś miał odpuścić się przeszłości jak szczebla drabiny, odnalazłbyś w chwili teraźniejszej tą samą jakość, jaką kiedyś poznałeś. Bo starając się powtórzyć przeszłość tracisz teraźniejszość.

Jak wiele razy czułeś moment doskonałości – tylko aby rozdarłby on następny moment świadomością przemijalności?

Ile razy będziesz próbował wejść w haj z nadzieją, że to tym razem to nie nastąpi – aż już będziesz wiedział, że skoro zaczynasz iść w górę, to będziesz musiał zejść w dół? Dół jest częścią haju. Kiedy w medytacji kusi cię kolejny smak miodu, twoje wspomnienie skończoności tych momentów kiełzna twoje pragnienie. Więcej błogości, więcej zachwytu, więcej ekstazy – to tylko kawałki przemijającego show. Chwila teraźniejsza w swojej pełni zawiera zarówno górę, jak i dół, jak również jest poza nimi obydwoma.

– Ram Dass

źródło wersji anglojęzycznej: ramdass.org / tłum. zredaktur not

Szturmując bramy psychodeli: naukowcy podejmują współpracę w obliczu kapitalistycznej rywalizacji

Wszyscy mówią o psychodelikach. Gospodarz późno-nocnego showu TV Chelsea Handler pije ceremonialny wywar ayahuaski na Netflixie. W ostatnim tygodniu, konserwatywny ex-Spiker Izby Reprezentantów, John Boehner, onegdaj „nienaruszalnie przeciwny” legalizacji konopii – stweetował oświadczenie, że dołącza do komisji mega-inwestora pączkującego legalnego przemysłu konopnego.  Autor bestsellerów Michael Pollan pisze o psychodelikach w „Jak zmienić swój umysł”, a mikrodozowanie LSD jest propagowane przez herosów przedsiębiorczości Jamie Wheala i Stevena Kotlera w Wykradaniu Ognia.

Co kiedyś zostało nazwane „psychodelicznym renesansem” – ruch prowadzony przez grzywiastych myślicieli, łotrowskich naukowców, psychonautów i wyrzutków – nieprzerwanie wywoskowuje się we w pełni odpaloną erę. Stopniowa akceptacja psychodelików i substancji psychoaktywnych przez mainstream jest powodem do celebracji dla rodowodu adwokatów, którzy toczyli pod górę bitwy o wolności religijną i „wolność poznawczą”: prawo zmiany stanu własnej świadomości. Wyzwolenie potencjału medycznego roślin i molekuł syntetycznych, będące z dawien dawna marzeniem szamanów, wyrzutków-naukowców i antropologów, w końcu materializuje się w rzeczywistości.

Ale jak psychodeliki rozwijają się z ezoterycznych, podziemnych krain w oświetlony dniem, legalny „mainstream”, jak zmienia się wiedza nt. i ekonomiczna przemiana tych substancji?

Leki (dozwolone lub nie) z uznaną wartością użytkową (medyczną lub inną) są z reguły utowarowiane, regulowane i opodatkowane. Widzieliśmy to w 1986 roku, gdy amerykański przedsiębiorca Loren Miller podjął próbę opatentowania i sprywatyzowania odmiany Bansiteriopsis caapi, kluczowego składnika ayahuaski, ceremonialnego wywaru społeczności lasów amazońskich.

Dzisiaj legalna produkcja konopii przysparza interesantom wysokich zysków, podczas gdy drobni handlarze pozostają zamknięci za posiadanie. Biały sok z makówek (Papaver somniferum) zawiera alkaloidy morfiny, produkowane teraz agresywnie przez przedsiębiorstwa jak Purdue Pharmaceuticals i sprzedawane do wytwarzania syntetycznych opiatów – szacowanych za odpowiedzialne za miliony zgonów – dla celów zysku.

Problemem jest, że służba zdrowia w Ameryce istnieje w obrębie konkurencyjnej ekonomii rynkowej, napędzanej nienasyconą pogonią za wzrostem ekonomicznym. Prywatyzacja środkami patentowania lub kradzieży często doprowadza do procesu odnoszenia zysku. Oznacza to ograniczenie dostępu do zasobów wspólnej puli (tj. stawianie płotu wokół pola konopii w celu jej sprzedaży, lub opatentowania rośliny).  W przypadku kompanii służby zdrowia, których ostatecznym celem jest maksymalizacja zysków dla interesantów, prywatyzowanie i patentowanie wiedzy i zasobów jest murowaną drogą do sukcesu. To zaś zgrzyta ze zwierzchnikami otwartego dostępu i współpracy, czyli naukowcami, badaczami, praktykami i adwokatami, których celem jest zapewnienie otwartego dostępu do terapeutycznych i duchowych narzędzi, jakimi są psychodeliki.

Przyszłość społeczności badaczy narkotyków pozostaje niepewna. Co się stanie z tradycyjnymi zasadami współpracy psychodelicznych naukowców po konfrontacji z matrycą komodyfikacji, rywalizacji i prywatyzacji?

Oświadczenie od Społeczności Psychodelicznej

W odpowiedzi na te pojawiające się napięcia, chacruna.net opublikowała Oświadczenie dot. otwartej nauki i otwartej praktyki z psylocybiną, MDMA i podobnymi substancjami, podpisane przez szereg badaczy, naukowców, mediatorów integracji, praktyków, filantropów i przywódców na tym polu. Oświadczenie zostało zaaranżowane przez Roberta Jesse’go, instrumentalną postać w ponownym otwarciu badań nad psylocybiną na Uniwersytecie Johna Hopkinsa.

Do podpisanych zaliczają się psychodeliczne awatary jak łotrowski profesor Harvardu przemieniony w guru Ram Dass, matrona molekuł Ann Shulgin, Amanda Fielding z Fundacji Beckley, Dennis McKenna i Roland Griffiths: wszystkie te osoby pomogły dramatycznie zmienić popularny dyskurs i wiedzę o psychoaktywnych dragach. Podpisały się również NGO, grupy adwokackie i instytucje z całego świata.

Według chacruna.net, dokument został opracowany w szczególności „w odpowiedzi na obawy, że w miarę jak psylocybina i MDMA przechodzą testy kliniczne, dając nadzieję jako leki, uformują się komercyjne przedsiębiorstwa na sposób motywujący do nie dzielenia się materiałami ani wiedzą, do spriorytetyzowania zysków, albo zachowania się kompletnie przeciw innym.” 

Z oświadczenia:

„Od pokoleń praktyków i badaczy przed nami, otrzymaliśmy wiedzę o tych substancjach, ich ryzykach i konstruktywnych sposobach ich wykorzystania. My z kolei akceptujemy wezwanie do wykorzystania tej wiedzy dla wspólnego dobra i swobodnego dzielenia się tym, jakkolwiek powiązaną wiedzą możemy odkryć lub rozwinąć.”

Prywatyzacja dostępu do zmienionych stanów świadomości

Spójrzmy na grzyby psylocybinowe, słynne jako sakrament kultury Mazateku w Meksyku. W pierwszych testach klinicznych, psylocybina ukazała nadzieję na stanie się terapeutycznym narzędziem do ulżenia niepokoju schyłku życia, depresji i uzależnienia od nikotyny. Aby spełnić wymogi standardów Praktyki Dobrego Wytwarzania Jedzenia i Leków Stanów Zjednoczonych (US Food and Drug Administration’s Good Manufacturing Practice – GMP), badacze używają oczyszczonej psylocybiny, białego, organicznie skonstruowanego proszku, zamiast preparacji grzybów. Wyprodukowanie tego medycznej klasy proszku jest kosztowną procedurą.

W roku 2017 Compass Pathways, kampania z centralą w Wielkiej Brytanii, wsparta przez bilionerów jak prawicowy Peter Thiel i wilk Wall Streetu Michael Novogratz, wleciała na scenę, wyprodukowując największą kiedykolwiek zrobioną dostawę medycznej klasy psylocybiny i obecnie przygotowują się do testów klinicznych u schyłku 2018. Compass Pathways pracuje z Fisher Pharmaceuticals aby pakować i dystrybuować psylocybinę do badaczy w instytucjach takich jak Imperialny Colledge Londynu za znacznie niższe ceny niż poprzednio, tj. około £20,000 (~100,000 zł – sic! – dop. tłum) za test na 50-ciu pacjentach.

Rozpoczęcie działalności jest poświęcone „rozwinięciu pacjenckich ścieżek i terapii do poprawy opieki nad zdrowiem umysłowym” poprzez działanie jako pośrednicy (dealerzy) pomiędzy producentami farmaceutycznymi, a badaczami, oraz sami przeprowadzając testy. „Opublikujemy wszelkie dane, pozytywne i negatywne, w otwarty i przejrzysty sposób, uznając i stosownie przypisując kontrybucje organizacji partnerskich i indywiduów, z którymi pracowaliśmy”, głosi ich otwierające oświadczenie.

Ale ceny medycznej klasy leków jak psylocybina (lub MDMA, LSD i ayahuaska) nie są głównym kłopotem badaczy. Bardziej kłopotliwa jest niepewność wokół wyłączności kontraktów pomiędzy badaczami, Compass Pathways, a producentami leku. Czy badacze nabywający psylocybinę od Compass Pathways mogą używać narzędzi i modeli leczenia innych niż Compass’owe? Czy kontrakty pomiędzy badaczami, producentami i Compassem są wyłączne? I czy wyłączne kontrakty – narzędzia rywalizacji rynkowej – naprawdę odzwierciedlają reklamowany etos współpracy kampanii?

 „Niestety badanie kliniczne jest drogie, i brak dużych kampanii równoważących rachunki”, wyjaśnia Julie Holland, psychofarmakolog i redaktor „Extasy – Kompletny przewonik – wyczerpujące spojrzenie na ryzyka i korzyści MDMA”, oraz „Księga Zioła: Kompletny przewodnik do konopii”. Testy kliniczne fazy trzeciej mogą kosztować do dziesiątków milionów dolarów: cen, z jakimi badacze bez pomocy przedsiębiorczego kapitału nie są w stanie się zmierzyć. Ale, jak wykazał Multidyscyplinarny Związek Nauk Psychodelicznych (Multidisciplinary Association of Psychedelic Sciences – MAPS), testy fazy 3 mogą być kompletnie sfinansowane przez dary charytatywne.

W międzyczasie, pewne duże kampanie równoważą rachunki aby nawodnić zieleńsze pastwiska. W Stanach Zjednoczonych osiem stanów zatwierdziło opodatkowanie i regulację legalnej marihuany (z ich większą ilością w drodze).

Wielcy napastnicy jak Acerage Holdings, nowy inwestorzy w przemyśle legalnych konopii, są tworzeni przez drużynę all-star „weteranów przemysłu”, od firm jak Goldman Sachs, Blackstone i Schroders Investment Management. Ostatnim uzupełnieniem drużyny jest konserwatywny uprzedni Spiker Izby Reprezentantów John Boehner, którego perspektywa konopii „wyewoluowała” wkrótce potem, jak Grupa Brightfield oszacowała, że sieć przemysłowa wkrótce osiągnie wartość 31 bilionów dolarów.

Jak ta nowa fala przedsiębiorców i inwestorów wypada w oczach podziemnych społeczności konopnych? Cóż, niezbyt imponująco. Ale jak to ujął pisarz, aktywista i autor High Times David Beinenstock, „konopie powinny przetransformować kapitalizm, a nie na odwrót.” W wywiadzie dla Herb magazine, sugeruje on,

„Powinniśmy nieść ze sobą wartości autentycznej kultury konopnej, w miarę jak wynosimy się z Prohibicji, i nie pozwolić temu przemysłowi – a co istotniejsze, naszemu ruchowi, aby został skooptowany i opanowany poprzez wartości Wall Streetu i korporacyjnej Ameryki.”

Nastawiony na zysk system opieki zdrowotnej, wbudowany w ekonomię nieskończonego przyrostu stale wymaga nowego materiału do komercjalizacji aby się zatankować. Oznacza to konstruowanie i produkowanie nowych, zyskownych farmaceutyków. Lecz oznacza to także poznawanie nowych, uprzednio podziemnych substancji, włączając zakazane krainy psychoaktywnych dragów.

Nagle prohibicyjne wartości prawicowych konserwatystów jak Rebekah Mercer, która ofiarowała jeden milion dolarów dla MAPS, Peter Theil inwestujący w dystrybucję psylocybiny i John Boehner – wszyscy zwolennicy prezydenta, który sugerował rozstrzeliwanie narkotykowych dealerów – są przebijane atutem obietnicy zysku.  

Współpraca teraz lub nigdy!

Co teraz? Psycholog Geoff Bathje nalega,

„Nie możemy zwyczajnie stworzyć legalnych ścieżek biegnących naprzód i zignorować błędy przeszłości. Potrzebujemy kurującej sprawiedliwości dla tych, którzy zostali nacelowani i skrzywdzeni przez Wojnę z Narkotykami, a którymi byli głównie Afroamerykanie i ludzie niższego pochodzenia.”

Przywódcy profesjonalnej psychodelicznej społeczności badawczej zebrali się w celu obrony swojego dziedzictwa współpracy i zajęcia pozycji pierwszej linii frontu wobec sprawiedliwości społecznej. Podpisujący zobowiązali się podtrzymać następujące zasady:

  1. Intelektualna i naukowa integralność: „Zaręczamy, że mówimy o prawdzie takiej, jaką odnajdujemy, nie zaś takiej, jaką my lub inni mogliby preferować, aby była odnaleziona.”
  2. W służbie: „Jesteśmy wezwani do tej pracy w duchu służby.”
  3. Otwarta nauka i praktyka: „Nie będziemy powstrzymywać, ani wymagać tego od innych, materiałów ani wiedzy (doświadczeń, obserwacji, odkryć, metod, najlepszych praktyk itp.) dla komercyjnych korzyści.”
  4. Nie-ingerencyjność: „Będziemy dążyć do umiejscowienia naszych odkryć w domenie publicznej dla zysku wszystkich.” (To oznacza, że odkrycia nie będą patentowane ani prywatyzowane.)

Przyszłość legalizacji psychodelików jest wielopostaciowa: z jednej strony, uznajemy i celebrujemy owoce pracy adwokatów; z drugiej, etos solidarności i współpracy społeczności, wzmocniony przez dekady ostracyzacji, kryminalizacji i więzienia będzie poddany testowi.

„Głosiłam przezroczystości i współpracę nad rywalizacją przez długi czas. Nie wiem co teraz myśleć”, mówi Holland. „To potencjalnie zmiana paradygmatu i nie namyśliłam się jeszcze w pełni co do tego.”

Jak zmieni się struktura psychodelicznej społeczności badawczej, gdy zaangażują się zorientowani na zysk inwestorzy? Więcej niż krytyczna perspektywa, podtrzymująca wartości współpracy, otwartej praktyki i poświęcenia będzie wymagała kreatywności.  Ale koniec końców, jeśli to nie psychonauci i psychodeliczni naukowcy mogą, jak to popularnie ujął Timothy Leary – „kwestionować autorytet”, kto to zrobi?

Sophia Rokhlin dla chacruna.net

Z angielskiego przełożył katastrof

31958246_2020095654973949_432785489137762304_o

Aleksandr Dugin – Ludzkie społeczeństwo po kryzysie: Piekło na ziemi poprzez szkła socjologii głębi

[To ostateczna wersja przekładu całości. Dokonałem korekty na uprzednio przełożonych fragmentach i usuwam posty z nimi. Namawiam do wykrzesania z siebie skupienia potrzebnego do lektury całości – wzbogaci. K/VV]

Socjologia głębi

Konkretne (fenomenologicznie rzecz biorąc) społeczeństwo zawsze składa się z dwóch części – nadziemnej i podziemnej. Nadziemna część jest tym, co normalnie nazywamy terminem „społeczeństwa”, co oznacza sferę racjonalnej aktywności, gdzie przeważa logos (λόγος). To domena rzeczy „codziennych”. Część podziemna jest ciemną, podwodną wyspą nieświadomości zbiorowej, regionem nocy społecznej (nokturnu), gdzie włada mit  (μύθος).

Przez pewien czas, progresywistyczna nauka wierzyła, że te dwie części są położone w porządku diachronicznym. W czasach starożytnych (wśród ludów „prymitywnych”, nieszczęsnych „rezydentów” czasów starożytnych) mit miał pierwszyznę dominacji.  Ale progres cywilizacji stopniowo wyparł mitologiczny ład i zastąpił go porządkiem opartym na logosie. Społeczność, lub Gemeinschaft, zostaje zastąpione przez społeczeństwo lub Gesellschaft (F. Tönnies). Lecz to optymistyczne wyniesienie nie przetrwało długo. Podczas gdy ślepa wiara w rzekomy postęp władała niemal niekwestionowalnie w Zachodniej Europie XVIII-XIX wieku, podświadomość, gdzie dominują wieczne i niezmienne prawa mitu, została odkryta na początku XX wieku.

Opracowania Junga rozwinęły teorię Freuda i ustanowiły nową topologię ludzkiej psychologii. Freud już pokazał, że w dodatku do „Ja” („ego”) aktywnie działa w człowieku niewidzialne i represjonowane „To” (niemieckie „es”, łacińskie „id”). Jung udowodnił, że podwalina tego „To” jest zakorzeniona w specjalnej rzeczywistości wspólnej wszystkim ludziom. Zbiorowa nieświadomość jest jedna dla wszystkich.

Zwolennik Junga, francuski socjolog G. Durand, opierając się na jungowskiej teorii zbiorowej nieświadomości i jej archetypów, dopełnił psychoanalityczną topologię tą socjologiczną, kładąc fundamenty pod „socjologię głębin”, „głęboką socjologię” lub „socjologię wyobraźni”. Zatem druga, podziemna cześć społeczeństwa, w sercu której spoczywa mit, została odkryta, przestudiowana i opatrzona opisem.

Zwykli socjolodzy tacy jak Weber, Sombart, Durkheim, Moss, Sorokin itd., częściej opisywali nadziemne, dzienne społeczeństwo i jego właściwości, tj. socjalny logos. Z drugiej strony socjolodzy głębin, tacy jak G. Durand czy M. Maffessoli, zaangażowali się w eksplorację społecznych mitów, rozwijając rodzaj socjologii mitu.

Studium międzypołączeniowości (interconnectedness) pomiędzy dwoma głównymi poziomami topologii, tj. między logosem, a mitem, już na pierwszym etapie pogrzebało koncept racjonalności i pojęcie „postępu”. Według G. Duranda, okazuje się, że ostatnie nie są niczym innym niż racjonalizacją mitu Prometeusza. Następnym krokiem było odkrycie samego Logosu, jako że osiowe przeznaczenie kultury zachodnio-europejskiej (od Platona poprzez Kartezjusza po pozytywizm) było szczególną edycją mitu („wzrastającego mitu” w teorii G. Bachelarda lub „reżimu codzienności”, „le diurne” w teorii Duranda). Jest to odkrycie głębokiej socjologii (socjologii wyobraźni) oparte na strukturalizmie C. Leviego-Straussa, historii religii (H. Corben, M. Eliade), psychoanalizie (C.G. Jung), refleksologii (M. Bekhterev), współczesnej fizyce i matematyce (R. Tohm, V. Pauli etc.). Ujawniło to kompletnie nowy widok esencji, zawartości, znaczenia, natury i jakości procesów społecznych. Klasyczna socjologia, która wykryła, że niezliczone porażki logosu w społeczeństwie (dla przykładu, zasada „heterotelii”– socjologicznego prawa, które twierdzi, że procesy społeczne prawie zawsze osiągają cele inne, niż te, w które są wymierzone na początku, wywracając w ten sposób logikę przyczynowo-skutkową, w którą ojcowie założycielscy socjologii – pozytywista Kant i Durkheim – tak zawzięcie wierzyli) w świetle głębokiej socjologii formują zwarty i semantycznie kompletny system.

Ogromny materiał metodologiczny i dokumentacyjny zebrany przez socjologów klasycznych zaczął być interpretowany w całkowicie odmienny sposób.

Zatem wraz z końcem XX wieku, ustanowiona została „dwu-poziomowa socjologia”, w której badania nad logosem społecznym zostały sparalelowane badaniami „społecznego podziemia” („społecznego lochu”) i „mitu społecznego”. Innymi słowy, odkryto „społeczną nieświadomość”.

screen_shot_2017-06-11_at_20.01.42.png

Społeczny logos

Poprzez swój zawód socjolog jest wzywany do patrzenia ponad „opinią publiczną”, „wspólnymi ideami” i „wspólnym sensem”, tj. tymi ideami, które krążą wśród mas w ich „większości” i tworzą zrąb „konwencjonalnej mądrości”. „Opinia publiczna” nigdy nie odbija całego obrazu. Jej naturalne miejsce jest położone w przestrzeni pomiędzy prawdą naukową, a tym co jest czystą chimerą, lub niczym. Nawet Platon w Republice zdefiniował „opinię” (δόξα) jako pokazywanie nam czegoś, ukrywając w tym samym czasie przed nami coś innego, we wszystkich przypadkach ujawniając nam nie to, co leży na powierzchni przekazu, lecz gdzieś indziej, zatem zawsze nas oszukując. Bardziej bezpośredni amerykańscy eksperci spekulacji finansowych i giełd sformułowali to samo prawo w surowszy sposób: „większość zawsze się myli”.

W analizowaniu „opinii”, socjologowie wyprowadzają z takowych  na wpół zamanifestowane i na poły ukryte prawdy, a w ten sposób wyjaśniają mechanizm i – z kolei – semantyczną strukturę kłamstw (ciszę, eufemizmy, projekcje, przestawienia i inne tropy retoryczne). Zatem to suma wyodrębnionych naukowych prawd, wykładni i etiologii błędnych przekonań i kłamstw – zawartości logosu społecznego – stanowi obiekt klasycznej socjologii.

Pesymizm klasycznych socjologów: Logos na progu katastrofy

Większość głównych rekonstrukcji („wielkich teorii”) klasycznych socjologów zostało naznaczonych przez niepokojącą naturę procesów społecznych XX w. Sama idea „postępu”, która stała się czymś przyjętym w „opinii publicznej”, została w pewnym momencie rozpoznana jako eufemizm zaprojektowany aby odpędzić przeczucia nieuchronnie zbliżającej się katastrofy.

Większość socjologów, a zwłaszcza Pitirim Sorokin, jednomyślnie kładli nacisk na hedonistyczną, materialistyczną i zmysłową naturę współczesnej cywilizacji Zachodu, zaś ta jakość coraz głębiej wpływała na „społeczny logos” na przestrzeni XX w. Materialne wartości, wiążące ze sobą „obsesję ekonomii”, poszukiwanie egoistycznej, materialnej wolności i przyjemności, wyszły na przód i podkopały, przeżarły strukturę racjonalnej organizacji społecznej. Niemal wszyscy socjologowie przeczuwali, że społecznemu logosowi Zachodu i – wszystkich cywilizacji świata pod decydującym jego wpływem – w ten czy inny sposób zagraża klęska.

To uczucie zintensyfikowało się szczególnie w erze postmodernistycznej, gdy wielu zaczęło mówić o „społeczeństwie spektaklu” (G. Debord), „władzy symulakrów” (J. Baudrillard), lub o „końcu historii” (F. Fukuyama). Zaiste, Fukuyama mówił o „społeczeństwie szczelin”, wzmagającym „fragmentację więzi społecznych”, itp. Logos społeczny zdezintegrował się przed naszymi własnymi oczami, przemieniając się w coś innego, ustalonego tylko z wielką trudnością i wymagającego nowych metod socjologicznych dla zrozumienia i wyjaśnienia.

Niektórzy, tacy jak Castells, bojaźliwie sugerowali, że logos nie umiera, lecz jako sieć przemieszcza się w stronę nowej formy istnienia. Ale to nie zabrzmiało i nie brzmi zbyt przekonująco. W każdym razie, począwszy od końca XX w., klasyczne społeczeństwo stało na progu – jak to mówią optymiści – fundamentalnej, jakościowej przemiany, lub – jak podejrzewali pesymiści (tacy jak Spengler) – upadku.

noc

Moment społeczny poprzez oczy socjologów głębi: Osuwanie się w noc

Bardziej jeszcze zaalarmowani przemęczeniem współczesności są socjologowie głębi, którzy z zasady wierzyli, że ponowne oszacowanie logosu z perspektywy mitu równa się katastrofie, która z definicji i od samego początku jest pełna napięcia od upadku i kolosalnej inflacji logosu. Nie będąc oponentami logosu, wskazują oni tylko, że gigantyczny wysiłek ponownego oszacowania połowy społeczeństwa (dziennej połowy) wiąże się z pełną napięcia możliwością nagłego regresu i upadku w przeciwstawną skrajność, regiony nieświadomości, z brakiem jakichkolwiek stanów ułatwiających, czy też pośrednich. Słusznie rozpoznali, że europejskie totalitaryzmy XX wieku były tak nagłym zrzutem ku mitowi, tj. reżim nazistowski (ze swoim „Mitem XX wieku”, który wprawdzie jest raczej bladą i żałosną parodią mitu samego w sobie) oraz ZSRR ze swoją chiliastyczną próbą zbudowania „raju na ziemi” (diachroniczny-trynitarny mit Joachima de Flory przeskoczony przez Hegla, a zwłaszcza rosyjski, kultowy mesjanizm).

Jednak inflacja logosu nie zaprzestała rosnąć wraz ze zwycięstwem nad faszyzmem, ani po końcu komunizmu. W latach 90-tych powstała tymczasowa iluzja, że logos społeczny w końcu znalazł swoją ostateczną inkarnację w liberalno-demokratycznym paradygmacie amerykańskim (stąd globalizm i „koniec historii”), który miałby trwać wiecznie (jak to amerykańskie neokonserwy próbowały ustanowić z „Projektem Nowego Amerykańskiego Wieku” i teoriami o „dobrotliwej hegemonii” oraz „dobrotliwym imperium”). W pierwszej dekadzie XXI wieku wszystko to stawało się coraz bardziej wątpliwe. Kiedy uderzył kryzys finansowy roku 2009, a czarny demokrata Barack Obama doszedł do władzy w USA, stało się wyraźne, że poprzedzająca runda nie była ustanowieniem „nowego porządku światowego”, ale ostateczną agonią Zachodnio-centrycznego logosu.

Z punktu widzenia socjologów głębi, w zasięgu ręki była kolizja dwu mitów, które przez trzy wieki działały w „podziemiu” społeczeństw Europy Zachodniej (jak i tych, które znalazły się pod ich wpływem).

Era nowożytna i Oświecenie odzwierciedliły powstanie mitu Prometeusza, który zainspirował zarówno racjonalistów, jak romantyków, ludzi dnia i poetów nocy. Olbrzym, spryciarz, oszust bogów (noc), Prometeusz, działający jako Faust i Lucyfer, przynosi ludziom ogień i wiedzę (dzień). Schelling, Hugo, Hegel, Marks oraz zarówno liberałowie, jak  socjaliści, zostali zainspirowani przez mit Prometeusza. Nawet w faszyzmie, poprzez nietzscheańskie szkła „Nadczłowieka” i Wagneryzm, Prometeusz odnalazł osobliwą ekspresję.

Ale z końcem XIX w., Prometeusz zaczął ustępować mitowi Dionizjusza. Emanując z dekadenckich salonów, spenetrował kulturę, a następnie stał się głównym mitem ludzi zaangażowanych w media (i z reguły odszczepieńców, pijaków, ludzi perwersyjnych i narkomanów, jak trafnie zanotował Durand), kino, a później telewizję, intelektualistów i artystów – typowych ludzi nocy w praktycznie wszystkich społeczeństwach. Stopniowo przepełnione indywitualistyczno-hedonistycznym stylem „dziennikarzy”, zadawnionych sceptyków i przeciwników wszelkiej racjonalnej organizacji (wrogów logosu społecznego), społeczeństwo stało się społeczeństwem rozrywki i zadowolenia, „społeczeństwem spektaklu”.

Dionizjusz zastąpił Prometeusza, koniec mitu którego jest opisany w zdumiewającej, ironicznej książce Andre Gide’a, Prometeusz źle spętany. Ale i sam Dionizjusz stopniowo stracił urok, rozmach i energię, tak jak dekadenckie perwersje elity, niosąc coś stylistycznie atrakcyjnego, zamieniły się w odrażający smród gnijących mas, osuwających się w noc. Plebejskie parady gejowskie odwróciły wyrafinowaną atmosferę salonów Oscara Wilde’go, solarne obłąkanie Arthura Rambo i poetyczną gestykulację Apollo Kuzmina w plebejski kicz (jeszcze kolejny przykład znaczenia sformułowania „nie rzucaj pereł przed wieprze”). Mit Dionizusza z kolei osiągnął punkt nasycenia i stał się jednym ze źródeł świeżości stojącego, stymfalijskiego bagna.

Cykl kultury zachodniej dotarł do kresu. Postmodernizm ze swoimi epifenomenami jest przekonującym zobrazowaniem tego.

W każdym razie socjologowie głębi oczekują nowego mitu (być może żywiąc nadzieję, że będzie to zrównoważony i integracyjny mit Hermesa – tak jak grupa Eranos, w którą włączali się Jung, Eliade, Bachelard, Corben, Dumezil, Scholem i Durand), ale przejrzyśnie dostrzegają, że europejski logos wkrótce ma się ostatecznie osunąć w noc. Mówiąc wprost, wydaje mi się raczej wątpliwe, aby ci wspaniali ludzie, neo-Hermetycy, mieli zdołać powstrzymać to, co upada, czy w mniejszym stopniu przesunąć ten upadek.

Topologia Junga

Poprzedzające obserwacje były konieczne, abyśmy dotarli do głównego tematu, tj. naszej próby pojęcia tego, co czeka ludzkość, gdy postmoderna w końcu dotrze do swojego, a logos społeczny ostatecznie przepadnie w nocy mitu. Innymi słowy, jesteśmy zainteresowani rekonstrukcją rysunku nieuchronnie zbliżającego się socjologicznego obrazu, uwzględniającego te strukturalne, semantyczne znaczenia, które musimy (lub nie) przetrwać (lub nie). Na podstawie socjologicznej rekonstrukcji klasycznych i nie-klasycznych teorii, możemy skontruować różne modele przyszłości, opierając się na psychoanalitycznej topologii Junga, którego pochłaniał los człowieka i który próbował tak bezstronnie, jak to możliwe, opisać pełnię ludzkiego czynnika w jego różnych wymiarach i na różnych etapach. Zanim „namalujemy” „socjologię Apokalipsy” „pędzlem Junga”, przypomnijmy główne parametry jego topologii.

Według Junga, ludzkie istnienie jest złożonym systemem składającym się z kilku obszarów, z których główne to „ego”, „persona”, „anima/animus”, „cień” i Selbst („jaźń”). W imię kompletności dodajmy freudowskie „superego”.

drako
C.G. Jung – Das Rote Buch

Moje „Ja” i moja maska

Człowiek jest uznawany za racjonalną jednostkę, nazywającą się „Ja”. W psychoanalizie ta funkcja jest oznaczana łacińskim terminem „ego”, którego właściwościami są intelekt, zdolność do operacji umysłowych, posiadanie struktur logicznych (lub „proktologicznych” jak w wielu tzw. plemionach i u „dzikusów”), zdolność do autorefleksji i wyraźnego oddzielenia siebie („ego”) od zewnętrznego świata, „innych” i „innego.”

Uogólniony logos społeczny to zbiorowa projekcja „ego”, którą Freud nazywał „superego” i „super-ja”. „Ego” zawsze koreluje z „superego”, które zaś daje początek systemowi norm społecznych i determinuje zatem znaczną część bycia „ja”.

W odniesieniu do innych społecznych „ja” i zebranego logosu społecznego (superego), ego działa jako persona, osobowość lub maska. Istnieje szczelina pomiędzy ego, a osobowością, która składa się z „ego”, mającego inny wymiar, odwrócony w siebie, odróżniający je od osobowości lub „persony” poprzez zupełnie wyczerpującą funkcję socjologiczną. Ego ma psychikę, podczas gdy persona jej nie posiada (takowa jest starannie ukryta i ignorowana). Psychika ego ujawnia się tylko wtedy, gdy persona zaczyna się zachowywać lub czuć niewłaściwie w społeczeństwie lub wobec superego, danego jako standard w moralności i w regułach myślenia (choroba umysłowa).

„Ja” zazwyczaj ukazuje się samotne w wyniku odbicia logosu na fizycznej oddzielności ludzkiego ciała. Ale Jung podkreśla, że to niekonieczne. Deformacja struktur logicznych, obniżenie poziomu umysłowego (abaissement du niveau mental) lub po prostu śnienie może łatwo rozmyć pojedynczość „ja”, jego tożsamość i rozproszyć w różne frakcje „alter-ego”. W pewnych przypadkach psychozy, objawia się to poprzez głosy, widzenie, a nawet poprzez wizje siebie samego. W niektórych przypadkach, różne „ego” mogą ukształtować całkiem stabilną formę tożsamości (jak w Dr. Jekyllu i Mr. Hyde Stevensona).

„Ja” Junga nie jest stałe raz na zawsze, lecz różnorakie. Czasem Jung mówi o ego jako jednej z części złożonej psychiki obok innych „kompleksów”.

Kraina zbiorowej nieświadomości i Jaźń

Wewnątrz „ego” zaczyna się przestrzeń psychiki, zawierająca różne warstwy, niektóre bardzo bliskie „ego” (takie jak pamięć, subiektywne oszacowanie działań i „inwazja” z poniżej) oraz te dalsze od niego, takie jak nieświadomość.

Freud nazywał nieświadomość „ed” albo „id.” Sam ograniczał nieświadomość do indywidualnych uczuć i instynktów ukształtowanych jako reguła w trakcie okresu niemowlęcego, a nawet prenatalnego. W słynnym śnie Junga z 1909 roku, w którym podróżował przez Atlantyk okrętem wraz ze swoim nauczycielem, ujrzał że w nieświadomości jest nawet głębszy poziom, który przestaje być indywidualny i staje się zbiorowy. Kraina zbiorowej nieświadomości jest centrum skonceptualizowanej topologii Junga.

Według Junga zbiorowa nieświadomość jest jest jedna dla wszystkich, a powściągana jest poprzez wieczne mity i archetypy. Tą zbiorową nieświadomość wyjaśnia się stałymi osnowami pewnych snów (wielkich snów), mitów, historii, opowieści ludowych, wizji religijnych i prac artystycznych. Ta należycie postrzegana, integrowana, obejmowana, przyjęta i święcie wywyższona zbiorowa nieświadomość skierowana jest powyżej, ku światłu na powierzchni tego, co w języku Junga oznacza Selbst lub „jaźń.”

Animus/anima i mroczny bliźniak

Ponadto, pomiędzy ego, a zbiorową nieświadomością istnieją dwie z głównych pośredniczących instancji: animus/anima (dusza którą Jung dzieli pod kątem płci) oraz „cień” (umbra, Die Schatten).

Animus/anima (jak Serafit i Serafita Balzaca) jest obrazem zbiorowej nieświadomości ukazującym się w czystej postaci w męskim lub kobiecym ego. W trakcie swoich badań (do których zaliczają się studia klinicze), Jung zanotował, że mężczyźni stale wyobrażają „nieświadome” („es” i „id”) jako kobiece (stąd „anima”, kobieca dusza), podczas gdy kobiety wyobrażają sobie to jako męskie (skąd „animus”, dusza męska). Kuszące by było w języku rosyjskim zastosowanie pokrewnych słów dusha („dusza”) i dukh („duch”), mają one jednak stale odmienne znaczenie (jakkolwiek ktoś mógłby zapytać: czy którekolwiek z nich ma dzisiaj jeszcze jakiekolwiek znaczenie?).

Jest również „cień” przedstawiający mrocznego bliźniaka ego, składającego się z negatywnych produktów dialogu pomiędzy ego, a zbiorową nieświadomością. Codzienny umysł spycha to wszystko, tłamsi, cenzuruje i nie poznaje impulsów powstających w nieświadomych głębinach, podrabiając „cień”, ukształtowując jego strukturę na swego rodzaju „anty-personę” (symetrycznie przeciwstawną personie). Diabeł jest uogólnioną formą cienia.

Indywiduacja jako realizacja Selbst

Ogromnie ważny w pracach Junga jest temat „indywiduacji”. „Indywiduacja jet harmonijnym, zba-lansowanym, przyrastającym i wyważonym przeniesieniem struktur zbiorowej nieświadomości aż do poziomu logosu.” Właściwie zorientowane ludzkie życie jest realizacją jaźni, Selbst, tj. indywidu-acją. Tylko w tym przypadku, ego służy zadaniu wypuszczenia tego, co spoczywa na poziomie mitu ku krainie logosu.

Jung wyjaśnił stosunek między danymi instancjami w swojej topologii, omówił niuanse, wytłuma-czył szczegóły i rozwiązał puzzle ich dialektycznych relacji.  Wyznaczył dialektykę tej struktury na swoich pacjentach i na dziełach sztuki, doktrynach religijnych, teoriach filozoficznych, słynnych biografiach oraz na przesądach przeciętnych obywateli. Praktycznie całość jego kreatywnej pracy była temu poświęcona.

65008ea9e0720898664d0dea9b3dd092
C. G. Jung – Das Rote Buch

Socjologia wyobraźni

Zastosowanie jungowskiej topologii do społeczeństwa (z pewnymi dodatkami) podporządkowane jest socjologii głębi lub socjologii wyobraźni, rozwiniętej głównie przez R.Bastide’a i G.Duranda. Logos społeczny („publiczna świadomość” Durkheima) jest zgeneralizowanym ego (superego). Na drugim skraju jest zbiorowa nieświadomość (lub społeczna nieświadomość). Pomiędzy nimi zaś jest ludzkie ego, stawiające czoła społeczeństwu swoją osobowością (persona) oraz zbiorowej nieświadomości (nocna kraina mitu) poprzez swoją psychikę i jej postaci (anima, animus i cień).

Pomiędzy świadomością zbiorową, a nieświadomością zbiorową istnieje dynamika, tak dalece jak rezonują pewne zagadnienia i są homologiczne, podczas gdy w pewnych przypadkach popadają w niezgodę i konflikt.

Wynika to z kinetyki społecznej (włączając mobilność) i głębokiej treści procesów społecznych. Jednostka lub człowiek jest punktem w tej złożonej dwustopniowej dialektyce nocy i dnia, codzien-nego i nokturnalnego.

Trójpodzielny model topologii społecznej Pitirima Sorokina, który rozróżnia pomiędzy trzema ty-pami społeczeństw i struktur społecznych (ideową, idealistyczną i zmysłową) na bazie czysto heu-restycznego podejścia, uzyskuje pewien grunt w trzech archetypowych strukturach Duranda – „heroicznej”, „cyklicznej” i „mistycznej”, które są dokładnym mitologicznym homologiem socjologicznych konstruktów Sorokina. Szkoła Duranda, the Center for Reaserch on the Imaginary (Centrum Badań Teoretycznych – dop. tłum.), przez 50 lat swojego istnienia wyprodukowała ogromną ilość hermeneutycznej pracy nad „mito-analizowaniem” systemów socjologicznych i „mito-krytycyzmem” prac literackich lub zapisów historycznych.

sniac
C.G. Jung – Das Rote Buch

Śniąc świat

Przejdźmy teraz do kryzysu ekonomicznego. Powyżej powiedzieliśmy, że bardzo prawdopobnym jest to, że obecny kryzys finansowy jest wyrazem znacznie głębszego procesu, tj. upadku logosu społecznego, rozmytego lub przesyconego momentami zmysłowymi (a la Sorokin), czy też dionizyj-skiego mitu, który został przejęty przez wahadełkowe masy (a la Durand). W systemie Junga pro-ces ten może być ujrzany jako „obniżenie poziomu umysłowego (abaissement du niveau mental). Przypuśćmy, że logiczne struktury ego i superego miały się skruszyć na progu krytycznym – co jest bardzo możliwe, jeśli weźmiemy pod uwagę obserwacje społeczeństwa rosyjskiego, które gwałtownie zdegradowao się w sensie intelektualnym i moralnym, jak również procesy zachodzące w zachodniej kulturze i polityce. W takim razie, powinniśmy się spodziewać, że ludzkość runie głową naprzód w reżim nocy.

W jungowskiej topologii, oznacza to, że nie zstąpiliśmy ku zbiorowej nieświadomości. To nie jest po prostu nihilizm. Sam koncept niczego, lub nihil, przynależy do struktur logicznych zdolnych do abs-trakcyjnej reprezentacji czystej negatywności w kontraście do czystej obecności. Ale tak dalece jak logika jest osłabiona, krystalicznie czysta nicość logicznego nihilizmu ukazuje się nam nie jako pu-sta, lecz przepełniona nieuchwytnymi znaczeniami, obrazkami bez związku i zaaranżowanymi nie-harmonijnie kakofonicznymi dźwiękami. Nihilizm nocy jest pełen dźwięków, kolorów i kształtów, ale tylko ze stanowiska dnia. To jest nicość.

Zaczniemy dostrzegać odliczone poniżej punkty krytyczne w ciemności. Koniec końców, zawsze są obiekty ciemniejsze od innych. To tu dotarliśmy do jungowskiej wersji post-kryzysowej futurologii.

Logos społeczny upadł. Pomimo tego, że z sukcesem pokonał wszystkich swoich logicznych i ideologicznych współzawodników (teokrację, monarchię, faszyzm i komunizm), liberalizm jeszcze nie zmierzył się z ciężarem logosu społecznego, tj. zdany sam na siebie jest niezdolny do obrony ładu dnia wobec nocy zaciągającej z każdej strony, jak z wnętrza. Ostatnią taką próbą była imperialna przygoda amerykańskich neokonserwatystów. W międzyczasie, poprzednie logoi są zostawione beznadziejnie odrzucone i załamane.

Dzienny charakter liberalizmu jest relatywny. Być może wygrał dokładnie dlatego, że proponował najłagodniejszy rodzaj ładu, najmniej natrętny logos, najbardziej kompromisowy i tolerancyjny in-strument dziennej represji nokturnalnej nieświadomości. Ale teraz został siłą rzeczy pozostawiony sam na sam w twarz z chaosem – dokładnie tym samym chaosem, na którym polegał wcześniej.

Jeśli obecny kryzys ekonomiczny (dla cywilizacji liberalnej ekonomia jest substytutem ładu i logo-su) okaże się być ostatnim, wtedy nastąpi fundamentalne „obniżenie poziomu umysłowego ludzko-ści”. Świat pogrąży się we śnie.

Tylko jaki będzie to sen?

Nowi aktorzy post-antropologii

Złomowanie „ego” i „superego”, ich przewrót w ciemną mgłę psychozy prowadzi do pojawienia się na przodzie nowych aktorów. Ci aktorzy nie będą ani klasami (jak w komunizmie), ani rasami (jak w Narodowym Socjalizmie), ani nawet jednostkami (jak w liberalizmie) – wszystkie te ideologie społeczne zostały założone na specyficznych systemach logicznych i pararelnie do nich, na mitach, których struktura jest raczej zauważalnie nokturnalna. Ci aktorzy będą kształtami nieświadomości pozostałej z epoki świetlistej dominacji logosu.

Główne figury w relacji pomiędzy ego, a nieświadomością, uzyskają autonomię i staną się substytutem ego. Ludzkość będzie słyszała „głosy”.

Fakt, że ego człowieka współczesnego stanie się dynamiczne, różnorakie, gro-podobne i przypadkowe, może być już dostrzeżony wszędzie – w ciągłych zmianach zawodów, przeprowadzkach (no-wy nomadyzm), zmianie płci, nick-name’ów, pokazywaniu się sobowtórów i klonów (wpierw w literaturze, filmach i grach komputerowych, ale jutro w praktyce). Stanie się to oklepane, jako że życie uzyska bardziej ironiczną, gro-podobną naturę. Cykl zaniknie gdy rodziny, partnerzy, przyjaciele, kraje i zawody będą zmieniane z prędkością kalejdoskopową. Ludzie coraz częściej będą zmieniać płeć, a operacje do tego prowadzące staną się czymś niejednorazowym – ktoś jest kobietą, ma dość, staje się mężczyzną, wtedy ponownie kobietą itd. Ale w pewnym momencie – z trudem to dostrzeżemy – sam czynnik indywidualnej tożsamości zaniknie, a zasada wolności przeżre rdzą „totaliarne kajdanki” indywidualności. W człowieku zostaną odkryte oddzielne komponenty atomu – elektrony, protony, kwarki, a wszystkie zażądają dla siebie „nowych wolności” (jak belgijski pisarz Jean Ray przewidywał w swojej The Hand of Götz von Berlichingen.

W tym momencie ujrzymy serie bardzo interesujących zjawisk i nadejść, które zdefiniują panoramę krajobrazu post-antropologicznego.

drako2
C.G. Jung – Das Rote Buch

Nadejście cienia

„Cień” będzie jednym z głównych aktorów „jungowskiej Apokalipsy”. Fantazje o żyjących cieniach (w baśniach Andersena i bajkach ludowych) to słynna opowieść, powtarzalnie przejawiająca się w literaturze, teatrze i operze. „Cień” jest synonimem diabła, a my możemy dodać, że to ten obraz koincyduje z rozległymi i różnorakimi opisami Antychrysta czy „nadejścia Szatana”. Perspektywa Junga różni się od religijnych, czy teologicznych zapatrywań na ten temat, w którym bada on figurę diabła – w duchu „Apocatastasis” Orygena Adamantiusza – jako relatywnie negatywną.

Według Junga w „diable-cieniu” akumuluje się wszystko, co było zaniechane przez ego na kursie nie sukcesywnej indywiduacji, tj. w trakcie translacji zbiorowej nieświadomości i jej archetypów w sfe-rze logosu. Zatem, diabeł nie jest niezależny ani pierwotny, ale jedynie symbolizuje totalność ludz-kich porażek i następstw tarcia z „superego”, które z kolei jest związane nie tylez indywidualnymi błędami, co z dysonansem i konfliktem społecznego logosu (włączając w to aspekty religijne i moralne) z mitologicznym kompleksem spoczywającym pod fundamentami społeczeństwa. Cień to przegrana Selbst. Koniec końców, diabeł był onegdaj aniołem światła, który upadł…

Cień, który ujawni się w bliskiej przyszłości niekoniecznie musi być postrzegany jedynie jako „dia-beł” religii chrześcijańskiej. W pojęciach społecznych i psychoanalitycznych, będzie to po prostu „rezydent”, jakiś rodzaj surogatu lub znikającego „ja”, a w obliczu niezróżnicowanej zbiorowej nie-świadomości, ta postać będzie raczej niczym „posiłek zbawienny”, który, co odnosi się do jego iden-tyfikacji, będzie wyżej niż mitologiczny chaos pływający daleko w dole. Zatem „cień”, jako obraz zachowany ze straconego „ego”, będzie stanowił dla post-ludzkości rodzaj pokusy. Cień nie będzie działał jako wróg ludzkości (zwłaszcza skoro ludzie w tym czasie ustąpią post-ludziom). Raczej bę-dzie działał jako wróg niezróżnicowanej otchłani nierozróżnialnych snów.

Czym będzie ten „cień” w swoim nadejściu? Jest to ciężkie do wyobrażenia, skoro społeczny krajobraz znacząco się zmieni. Upadek logosu nie zatrzyma nauki, czy precyzyjniej – technologii, stąd rozwiązanie indywiduum może być siłą inercji połączone z kontynuacją procesu technologicznego. Tak więc cień nadejdzie w świcie maszyn i urządzeń. Ale nie będzie to pojedyncza ludzka istota, ani ich grupa. Będzie to coś przypominającego chmurę, mgłę, myślącą nebulę, mogącą przyjmować różne tożsamości, imiona i typy. Te obrazy będą cokolwiek niewyraźne, jakby pokryte mgłą. Cień raczej niż w formie potworów pokaże się w postaci wspomnień i ociężałych, gęstych snów.

To jest jeden biegun.

Operacja Alraune

Kolejną postacią jungowskiej Apokalipsy będzie bezcielesna żeńska anima. Nie będzie to ludzka kobieta, ale kobiecość w swoim zbiorowym, widmowym aspekcie.

Warto tu bardziej szczegółowo zatrzymać się nad ideą animy w pracach Junga. Jego anima nie jest obrazem kobiety opartym na zwierzęcym instynkcie, ani pożądliwej obserwacji płci kobiecej, ani nawet na pamięci genetycznej freudyzmu, czy współczesnej psychologii materialistycznej. To kreacja czysto męskiego ego, które poprzez animę nadaje strukturę zarówno samemu sobie i relacjom z wewnętrznym innym (będącym tym samym), postępując do projekcji tej relacji na zewnątrz na inne i samego siebie wewnątrz ram formy – to kobieta w sensie socjalno-płciowym.

Męskie ego nie wie nic o kobiecym, i nie chce ani nie może niczego o nim wiedzieć. Zaledwie projektuje żyjący obraz, w którym odwołuje się doń zbiorowa nieświadomość  („es”), na otaczającą materię socjo-biologiczną. Wewnętrzna anima i zewnętrzna kobieta są dla męskiego ego (logosu) dokładnie jednym i tym samym. Anima jest prymarna, a to, co nie idzie w parze z animą w kobiecie jest albo niedostrzegane, odrzucane, cenzurowane, albo nienawidzone przez męskie ego. Wszystko to psychoanalitycy zaobserwowali w milionach przykładów.

Jeśli męska anima jest przyciągana przez postać Meluzyny (zamieszkującą wodę kobietę-wróżkę-rybę z ogonem i bez genitaliów), zatem mezalians w zewnętrznej kobiecie, w odniesieniu do tego standardu będzie przedstawiony jako ich wina, a nie wina obrazu (w którym po prawdzie nie ma nic patologicznego – koniec końców, jest to harmonicznie i ściśle wplecione w święty leksykon wspaniałych snów).

Paralelne badanie zostało przeprowadzone przez Leviego-Straussa nad strukturą związku. W mitach wielu plemion amerykańskich, jak również innych ludów Afryki i Melanezji, albo – szerzej –całego świata – powracający jest motyw „należytej skali małżeństwa”. Aby pokazać, co jest właściwe, mit pokazuje, co takim nie jest.  Są niezliczone, stałe motywy dotyczące zaślubin ze zwierzętami (Masha i niedźwiedź etc.), demonów z aniołami, obiektami, potworami i tak dalej. Są one także krewnymi związków, co oznacza, że ego wykolebało się zbyt daleko wskroś horyzontów nieświadomości i – jako reguła – legendy ostrzegają, że nic dobrego z tego nie wynika.

Nadmierna bliskość związku jest przedstawiana przez kazirodztwo, tabu, które leży u serca wszystkich znanych struktur społecznych, z najrzadszymi wyjątkami (tj. zaratusztrianizm, który legalizował kazirodztwo, a nawet wyjął spod prawa; albo w praktyce żydowskich sekt sabbatycznch w Turcji – patrz M. Maffesoli). W odniesieniu do animy, oznacza to, że ego zbliżyło się zanadto do zbiorowej nieświadomości, co jest pełne napięcia rozpadu, albo mogłoby w miejsce takowego wprowadzić własne „egotystyczne” projekcje, prowadzące do bezpłodności albo generacji potworów, tj. do spłynięcia w krainę cienia. Cień jest totalnością tych tabu, których przekroczenie kusiło człowieka.

I tu powstaje pytanie: skąd nadeszło męskie ego? Różni socjologowie, filozofowie i psycholodzy oferowali różne odpowiedzi. Marksistowski socjolog Bourdieu, dla przykładu­, wierzy że płeć jest czysto społecznym zjawiskiem, tj. że ego wyłącznie przez społeczeństwo zostaje ufundowane z męską jakością – dyktaturę „superego” – a w praktyce poprzez edukację i strukturyzowanie relacji rodzinnych. Według Bourdieu, jeśli chłopiec zostaje wychowany i jest traktowany jako dziewczynka, będzie dziewczynką, a jego ego i persona będą w pełni opierzone żeńsko w osobowości. Na tym jest oparta współczesna „tolerancja płciowa” i zachodnia interpretacja praw człowieka, w której człowiek (jak zaręczył klasyk liberalizmu, Locke) jest tabula rasa, na której społeczeństwo pisze cokolwiek chce. Marks również tak myślał.

W każdym razie może zostać przyjęte, że to nie od płci duszy (anima-animus) zależy, czy ego jest męskie, czy żeńskie, ale przeciwnie – płeć duszy poprzez logikę konwersacji determinuje tożsamość płciową ego. Anima prowadzi do ego będącego męskim, w celu uczynienia procesu indywiduacji harmonicznym, tj. jego nadejścia w światło logosu. I odwrotnie, animus ekstrapoluje siebie w regionie logicznym poprzez żeńskie ego w celu wyćwiczenia całej, samej indywiduacji. Zauważmy, że wszystkie te rozważania dotyczą tylko teorii Junga, według której dusza ma płeć.

W każdym razie, pojęcie szczególnej auotonomii duszy nasyconej płcią pozwala nam zwizualizować postać Animy, którą prawdopodobnie spotkamy na kursie globalnego kryzysu finansowego. Ta kobiecość „bez kobiet” lub „osobno od kobiet” może równie dobrze ukazać się poprzez serię archetypów, które diachronicznie lub synchronicznie zamanifestują się w postaci gigantycznych figur kobiecych, mrocznych, ohydnych i starych kobiet, wróżek, Ondyn, nimf i salamander, albo w postaci żeńskich żywiołów takich jak woda i ziemia. Plastikowa fantazja gnijącego logosu społecznego ustępuje postaciom technicznym lub wirtualnym. Jednakże jest nieistotne, czy te postaci Animy ukażą się poprzez dysfunkcję w procesie klonowania, czy też jako rezultat rozwoju wizualnych iluzji na totalitarnym ekranie. Najważniejsza w tym nie jest technologia fenomenu Animy, lecz jego filozoficzne znaczenie. Logos społeczny w ostatnim wieku był przeważająco męski. W rozkładzie wypluje ostateczną żeńską fanazję zupełnie jak, według legend, nasienie wydalone przez wisielca wydaje z siebie mandragorę lub Alraune (patrz cudowna nowela Hannsa Heinza Ewersa, Alraune).

Kiedy myślimy o kobiecości bez kobiet, chcemy podkreślić to, jak anima jest powiązana z męskim ego, a to oznacza że post-antropologiczny obszar animy będzie prawdopodobnie powiązany z zanikiem mężczyzn i ich tonącym „ja” prędzej niż kobiet, które z logicznego punktu widzenia, zostaną relegowane do specyficznej niszy egzystencjalnej. Powinniśmy teraz rozważyć jakiego rodzaju to będzie nisza.

Animus

Jeśli anima jest produktem czysto męskiego ego, wtedy animus jest produktem czysto żeńskiego. Mężczyzna, który ustanawia kobiecy sen, i.e. męska forma „es”, nigdy nie istniał i nie istnieje. To nie męskie ego, lecz coś całkiem innego. Czarujący książę, szlachetny rycerz, bohater – kobieta daje im życie i zapełnia nimi kulturę. Kobieta stworzyła mężczyznę. W dosłownym sensie, urodziła go. Figuratywnie, wynalazła go. Mężczyzna został pomyślany przez kobietę w trzech formach – jako niemowlę, bohater i stary, mądry nauczyciel. Są to trzy instancje nieświadomości. Puer luden, homunkuls, Liliput, bawiące i śmiejące się dziecko – są to oznaki nieświadomości, które żeńskie ego jest zdolne objąć, zrozumieć i ogarnąć. Heroiczny mąż jest nieświadomym, w formie poprzez którą egzystencjalna bitwa może zostać stoczona na stawkę ich istnienia (skoro prawdziwi mężczyźni, którzy by na to zasługiwali zwyczajnie nie istnieją). Ostatecznie, starszy nauczyciel jest nieświadomym w postaci śmierci, która pojmuje dynamikę kobiecego ego i zamraża je w lodzie wieczności. Tacy mężczyźni żyją tylko w psychice kobiet i stąd ukazuję się w dziełach sztuki. Utalentowani sfeminizowani artyści odczytują cienkie fałdy kobiecych snów i sprowadzają je w kulturę. I tylko tam, jako wzory, przybierają swoje męskie ego, totalnie odmienne w strukturze i stylu, dostosowujące się do norm społecznych, dyktatury „superego” i uzyskują status persony.

Osłabienie nacisku kultury prowadzi do mężczyzn zamieniających się w to, co widzimy dziś dookoła siebie, od czego kobiece ego odwraca się w obrzydzeniu. To dzisiejsze zasmarkane, wrzaskliwe dzieciaki, wieprze, paskudni (w najlepszym razie), tchórzliwi i chciwi mężczyźni, oraz starzy i niemili, którzy przez całe życie zgromadzili tylko waśnie i złe nawyki. Społeczne projekcje żeńskiego ducha wcześniej utkały ze sobą obrazy heroicznych mężów i ustanowiły takowe jako standard. Kiedy ta praca została osłabiona w segmencie logosu społecznego, za który były odpowiedzialne żeńskie osobowości w erze patriarchatu, wtedy wszystko się zachwiało. Pozostały tylko dziwne i niechluje istoty o nie-tradycjonalnych orientacjach – świry i nudziarze. Patriarchat był produktem ekstrapolacji żeńskiej fantazji.

Zatem kim będzie Animus bez mężczyzn? Będzie to produkt ostatecznego uwolnienia kobiecej energii, solarny bohater, „nadczłowiek” – niewinny jak dziecko, okrutny jak mężczyzna i mądry jak starzec. Żeński dialog z nieświadomością przyniesie ostatni wolej energii erotycznej w latającej, złotej figurze. Będzie ona efemeryczna i szybko się rozpłynie, jako że w danej absencji ładu społecznego (na powierzchni którego pozostałości będą pływać wg upodobań policji drogowej, która z łatwością przetrwa zanik sensu i logiki w rzeczach), Animus nie będzie miał nic, poprzez co mógłby zabezpieczyć swoją wolę mocy. Będzie to przebłyskiem absolutnego świtu metafizycznego „faszyzmu”, który pojawi się na horyzoncie tylko po to, by rozpuścić się w błysku w nadciągającej nocy.

Jednakże kto wie, można nawet chwilowa kontemplacja narodzin i zniknięcia Animusa będzie spektaklem, który w iluzoryczny sposób, zaspokoi wielkie kobiece oczekiwania.

Radykalny Podmiot

Jeszcze jedna postać zajmie swoje miejsce w post-kryzysowej (anty)utopii. Tym razem ta osobistość nie pochodzi z arsenału jungowskiej topologii, lecz z post-filozoficznych instytucji „nowej metafizyki”. Jest to to Radykalny Podmiot opisany schematycznie w moich książkach Filozofia Tradycjonalizmu, Post-Filozofia oraz Radykalny Podmiot i jego Bliźniak.” Nie będąc postacią Jungowską, może być mimo to opisany pojęciami „jungowskiej Apokalipsy.”

Radykalny Podmiot jest urzeczywistnieniem porywu archetypów zbiorowej nieświadomości w światło dnia, wraz z modelem odbiegającym od tego ze społecznego i kulturalnego logosu, co zdominowało cykl znanej ludzkiej cywilizacji. Radykalny Podmiot to alternatywny logos (albo dokładniej, logos potencjalnie niosący liczbę logoi), dzielący z dotychczas znanym logosem jego dzienną naturę, ale na inny sposób należący do zbiorowej nieświadomości i mitologicznych fundamentów społeczeństwa (kultury, cywilizacji). W porównaniu do tego, geneza uprzedniego (starego) logosu z mitu była wątpliwa od samego początku, jeśli nie fatalnie błędna.

Z filozoficznego punktu widzenia, teoria najbliższa temu modelowi do heidegerrowska „Ereignis”, którą rozwinął od 1936 do 1944 roku.

Radykalny Podmiot jest zdolny do indywiduacji pod wszelkimi warunkami, tak dalece jak operuje logosem nie jako faktycznym stanem rzeczy, ale logosem jako potencjalnością, i.e. w sferze, która leży pomiędzy zbiorową nieświadomością (mitem), a jej koncentracją nad rzeczywistością logosu – zanim ta koncentracja staje się nieodwracalna.

Jest to rozpuszczony logos, proto-logos. Radykalny Podmiot jest realizacją Selbst w jej bezwarunkowej postaci, wolnej od wszelkich okoliczności, zaś psyche nie bierze udziału w takiej realizacji, skoro zajmujemy się (według Junga i Otta) tajemniczymi horyzontami ducha w czystej postaci, poza wodami psychicznymi, rodzajem „suchej ścieżki.”

jung1
C.G. Jung – Das Rote Buch

Ostateczna kompozycja

Pisarz Mamleev raz napisał w tytule jednej ze swoich powieści: „Jesteśmy gotowi na Drugie Nadejście”. To prawda.

Jaka będzie kombinacja obszarów post-antropologii?

Teoretycznie, i według formalnych symetryczności, będą cztery dynamiczne post-tożsamości, które są relatywnie autonomiczne – cień, anima, animus i Radykalny Podmiot. Można przypuścić, że „cień-diabeł” będzie probówał poszerzyć swoje pole to maksymalnego dostępnego stopnia, i.e. wbrew animie, animusowi i Radykalnemu Podmiotowi.

Tak jak nastąpi podwojenie Radykalnego Podmiotu, i.e. ustanowienie jego diabolicznego symulakra – co próbowałem opisać w swojej książce „Radykalny Podmiot i jego Bliźniak”, w której poprzez „bliźniaka” mamy na myśli dokładnie to, do czego Jung odnosił się jako do „cienia”, tylko że w apokaliptycznej i socjologicznej perspektywie, którą teraz egzaminujemy – cień makrokosmosu, nie zaś mikro-psychologii. Aby podsumować tą książkę w jednej frazie: odróżnienie Radykalnego Podmiotu od jego bliźniaka będzie ciężki, co spoczywa w metafizycznym nerwie całego dramatu świata (świat został stworzony w świetle telosu tej ostatecznej roztropności).

Walencyjność związku pomiędzy cieniem, a Radykalnym Podmiotem pośród innych rzeczy użyczy cieniowi wartość metafizyczną, a z tego inercyjna pozostałość rozproszonego logosu zamieni to w „społecznie” znaczącą postać. Tutaj nawiasem mówiąc całkiem celny jest teologiczny model rozumienia diabła, który w odróżnieniu od psychologicznego pragmatyzmu Junga (i jego zaufaniu Gnostykom) formuje w odniesieniu do tego charakteru jego właściwe proporcje reakcji, walki i przelotu (jeśli w takim miejscu ktokolwiek wciąż się „namyśla”, zatem ich umysł nie jest już zwyczajnie ich, ale znika zupełnie jak dym).

Złoty Animus, wychodząc z peryferiów żeńskiego horyzontu w blasku absolutnego (nigdy uprzednio) faszyzmu, nie będzie miał prawdopodobnie żadnej relacji z Animą, lub cieniem. Cień jest mu niedostępny, jako że w nim żeńskie ego jest uwalniane od siebie, jego własnego grzechu, jego własnego cienia. Kobiece ego jest cieniem. Ale czym zatem jest męskie ego? Być może tylko nieporozumieniem? Nie jest jeszcze jasne jak Radykalny Podmiot odnosi się do bezcielesnego Animusa. I czy to kiedykolwiek będzie miało jakieś znaczenie?

Teraz cień zdecydowanie próbuje pochwycić płynną Animę, włączyć ją w swoją strukturę, być może poprzez inercję pamięci. Jak wiedzą współcześni fizycy, nawet substancje materialne mają pamięć. Cień ujrzy post-antropologiczną symetrię z jej kobiecym ego znikającym donikąd.

Jeszcze inny, piąty element będzie w tle. Może być on opisany tylko jako „powrót starożytnych bogów” (sformułowanie Heideggera), powstanie zbiorowej nieświadomości lub piekła w jego formie etymologicznej, jako niewidzialne (Hades) staje się widzialnym (ideą, formą). W absencji tłumiącego logosu wszystkie mity powstaną razem bez jakiejkolwiek diachronicznej kontroli i bez ładu (Ordnung). Chrześcijańska świadomość może również zostać do tego bezpiecznie odniesiona, tak jak żąda tego religia. W sensie moralnym, ściśle religijnym, pokusa nie powinna mieć żadnej siły ani moc nad ocalonym człowiekiem, jeśli zło w jednej chwili nie przyjmie wieloznacznych cech, które tworzą duchowy i moralny wybór – jako że rozpoznanie duchów jest naprawdę heroicznym wyzwaniem i wielkim wyczynem – i nie biorącym siebie za gwarant, jak społeczno-kulturalna banalność. Kiedy zło przychodzi pod postacią zła, nie jest takie trudne do odrzucenia. Kiedy nadchodzi jako coś niezrozumiałego i przytłaczającego jednocześnie, wtedy zajęcie surowej pozycji jest znacznie trudniejsze. Takie jest krzepkie i efektywne zło.

Czy to nastąpi?

Koniecznie tak, skoro z jednej ręki, taki scenariusz w ogólnikach został spisany w świętych tekstach ludzkości, podczas gdy z drugiej współczesna socjologia, badania kulturalne, filozofia i psychologia analityczna mają swoje własne języki i terminologie doszły do mniej lub bardziej podobnego poglądu. Z pewnością tak będzie, dokładnie jak to zostało opisane. Pytanie brzmi dokładnie kiedy?

Każda porażka w historii cywilizacji, każda wielka wojna, katastrofa naturalna, krwawa rewolucja i szalony cykl kulturalnego, politycznego, społecznego, ekonomicznego i technologicznego rozwoju może potencjalnie oznaczać upadek logosu społecznego, który w jasny sposób i wystarczająco dawno temu osiągnął swój punkt nasycenia i przebył główne etapy swojej podróży. Logos społeczny już się „narodził, ożenił i umarł.” Stało się to oczywiste za czasów Nietzschego. Heidegger, Spengler i w szerszym sensie większość konserwatywnych rewolucjonistów Niemiec z lat 1920-30 żyło wyłącznie z przeczuciem tego końca.

Rewolucja Rosyjska ujeżdżała dokładnie tą samą falę, przy najmniej w rozumieniu poetów, filozofów i artystów Srebrnego Wieku (a oni byli jedynymi, którzy rozumieli ją poprawnie). Propozycja, aby proletariat rozpoznał siebie jako tożsamość klasową (zwłaszcza w latach 20-tych)., literatura A. Platanowa, i poezja Klujewa, Błoka oraz Majakowskiego antycypowały już post-antropologiczny ruch rozczłonkowanych, odczłowieczonych energii. Rus-Sofia Błoka to Anima. Klujew opisał geografię zbiorowej nieświadomości w szczegółach i z dokładnością niemieckiego zoologa lub geodety. Majakowki stworzył poetycką ontologię bytów klasowych. Platanow wyjaśnił jak byt żyje i racuje poprzez świetlne komuny, jak jego bohaterzy jedzą ziemię (jak postać Chevegura, który nazywa siebie „Bogiem”), transformuje się w Dostojewskiego i opustoszale i zmysłowo krzywdzi rzeczywistość Róży Luksemburg i światowej rewolucji.

­Jeśli przyjrzymy się głębiej historii, wtedy nawet Ruś żyjąca poprzez wiek schizmy oraz Europa podczas Reformacji mogą być równie dobrze wpisane w tą samą kategorię. Świat się zakończył, logos społeczny pękł i się wywrócił, a z pod rumowiska wypełzły giganty niepohamowanej nieświadomości.

Nie było kilku powtórzeń obecnego kryzysu i ludzkość jest kulturalnie gotowa na takowe. Szwindel, który nazywamy „nowoczesnością” ze swoimi chimerami i pustką skończy się prędzej lub później. Zatem wszystko nastąpi, niedługo i dokładnie tak. Pewnie, nie opisaliśmy ja, bo widzimy wszystko jako otwarte i przygotowujące się do wzięcia udziału.

I wciąż jest prawdopodobieństwo, że ta pękająca bańka nie jest ostatnią (albo uprzednią od ostatniej). Heidegger metafizycznie rozmyślał: „Żyjemy blisko punktu północy – nie, jak się wydaje jeszcze nie – zawsze wieczyste ‘jeszcze nie’”…

Lecz nieważne jak sfrustrowane mogą być oczekiwania szybkiego rozwiązania, nie oznacza to, że nigdy nie będzie końca. Może być opóźniony, ale rozejrzyjcie się wokół. Wszystko nosi jego znaki. Być może zostanie ponownie odroczony, przycichnie, a bydło jeszcze raz się uraduje i zabełta, czując, że tym razem wciąż jest „jeszcze nie…” Moglibyśmy na to pozwolić, ale wtedy znów, może nie będzie odroczony. Nawet gdyby był, trzeba żyć – już dziś – jakby nie był odroczony. A gdy będziemy prawdziwie żyć, skupieni na post-antropologicznym rezultacie, żyjąc wewnątrz niego i być może przewidując jego wydarzenia, wtedy wszystko nastąpi.

Tak, tak koniecznie się stanie.

Na angielski przełożył Jafe Arnold na potrzeby geopolitica.ru

a z angielskiego Katastrof /\/rzywąż

Ewangelia Kaina

[Przedstawiam przekład apokryficznej ewangelii”będącej raczej godnym fundamentem do konkretniejszych, dalej wychodzących nauk i rozważań. W przyszłości postaram się dostarczyć więcej przekładów z tej zacnej książki – K/VV]

I gdy stało się tak, że Kapitan Niebios zrzucił Władcę Światła z tronu Słońca, zstąpił on i jego liczone w setkach zastępy, zaś klejnot jego korony, kamień płomienistego szmaragdu, zapadł się głęboko w przepastną Górę Świata; nadeszły, te Dzieci Niebios na Ziemię, i przed Potopem znaleźli sobie żony ze śmiertelnego chowu.

Zaś Anioł z Trzeciego Nieba zstąpił w ciało z Czerwonej Gliny i stał się Adamem: Anioł z Drugiego Nieba wstąpił w Glinę i stał się Ewą: mieszkali w Ogrodzie Eden.

I stało się tak, że Obserwator Niebios, Azzael Qarnayn, obdarzył Ewę Nasieniem Podstępu, a ona porodziła dzieci; Potężnych, królów i czarowników z rodowodu Tajemnego Ognia.

Krwawa Matka Wróżek, Dama Lilith, wzięła tajemną wydzielinę Adama i poczęła elfi ród na pustkowiach. Zatem potomstwo Świętych stało się ucieleśnione, jako że Niebiosa objęły Ziemię, tak by Wiedźmia Krew mogła zostać zamanifestowana, a Przymierze przypieczętowane.

tubalq

Kiedy Wielki Wąż, Lucyfer – Zamael, Ojciec wszelkiego Czarnoksięstwa, spłodził Kaina z Ewą, Matka wszystkiego, co Żyje urodziła wężookie dziecko, krewnego Nefilim. Zaś Naamah, słodkie krewne sów, również zostały zrodzone, a z ich kazirodztwa wykwitły Dzieci Mrocznych Aniołów.

Kain urósł i zgładził swojego brata, Abla Pasterza, gliniany majak ignorancji, i wyruszył Drogą Ognia do krainy Nod, na wschód od Edenu. Nosząc Znamię Kaina na czole podróżował ku sadybie Gwiazdy Zarannej, królestwa jego ojca, Pana Lucyfera. Zaś Znamię Kaina to Czerwony Wąż owinięty wokół Złotego Drzewa Tau Boskiej Wiedzy.

Kain powstał w ekwinokcjum i ukoronowany trykami złotych rogów, wzniósł wiecznie-obracający się Miecz Płomienia ku bramie orientu, przechodząc poprzez oczyszczający Ogień Gnozy. Tak zatem udoskonalił się w ognistej kuźni Tubala, a czyste złoto zrodziło się w tyglu Sztuki.

Skoro Kain jest Czerwonym Słońcem Wiedźmiego Ognia i Pierwszym Ukształtowującym. jest zatem jaźnią czarownika, Penetrującym Ogniem. Zaś Naamah jet Białym Księżycem Wiedźmiej Mgły, Pierwszą Tkaczką i Pierwszą Rozplatającą Wszystkiego, Graalową Matką Wiedźmiej Mgły.

I stąd zstąpiło wszelkie Czarostwo, od nich jest dziedziczona wszelka Moc; ich jest dar, Krew Elfame, Przymierze zawarte na Sabbatycznej Górze o wiecznej Północy Czasu.

N.A.J.

Źródło anglojęzycznego oryginału: Nigel Jackson, Michael Howard – The Pillars of Tubal – Cain, Appendix V, 269 s., wyd. Capal Bann

Przetł. K/VV

Boyd Rice – Dziatwa Lucyfera: Rodowód Graala i potomkowie Kaina

Powszechnie przyjęta wiedza głosi, że rodowód Graala jest święty, ponieważ pochodzi od Chrystusa, człowieka wciąż uważanego przez znaczną część świata za prawdziwego syna Boga. A jednak wywodząca się z tego rodowodu dynastia królów była znana jako czarownicy-królowie, spośród których pewni sugerowali, lub nawet wprost twierdzili, że tak naprawdę są potomkami Lucyfera. Pewna ilość autorów utrzymuje, że ta teza jest prawdziwa, ale to przeważnie zatwardziali chrześcijańscy teoretycy spiskowi, powstrzymujący się przed wyjaśnieniem, czemu w to wierzą, lub przed okazaniem jakichkolwiek namacalnych szczegółów, które by dowiodły ich twierdzeń. Jeden z nich powiada: „Potomkowie Merowingów w typowy gnostycki sposób utrzymują, że mają w swoich żyłach zarówno krew Chrystusa, jak i Szatana.” Zważywszy na to, że ta osnowa (lub jej wariacja) powtarza się z pewną regularnością, i biorąc pod uwagę, że okazałaby się spójna z rodzajem dwoistego klimatu, przesiąkającego sagę tego rodowodu, zacząłem dumać, czy mogą istnieć jakieś tradycje, z których taki pogląd mógłby wziąć początek. Wdając się w szczegóły, kilka zostało odkrytych.

Po pierwsze, pamiętajmy że ten rodowód wywiódł się z postaci, która równa się biblijnemu Kainowi. W pewnej rabinicznej nauce spotykamy się z bardzo interesującym poglądem, że Kain nie był synem Adama, lecz Samaela. Uznano, że kiedy Samael ukazał się Ewie jako wąż, uwiódł ją. Owocem tej unii był Kain. Samael był zaś upadłym aniołem, zasadniczo judaistycznym Lucyferem. Jeśli Merowingowie znali tą wersję historii (jak bez wątpienia było) i wierzyli w to, mogło to stanowić podstawę ich przypuszczalnego twierdzenia, że posiedli krew zarówno Chrystusa, jak i Lucyfera.

Alternatywna wersja sagi Kaina, po równi lucyferyczna w swoich konotacjach, mówi że był synem pierwszej żony Adama, Lilith. Była ona towarzyszką Boga przed zstąpieniem na Ziemię jako upadły anioł. Pełne detale jej historii są prawdopodobnie zbyt dobrze znane, aby je tutaj przytaczać, ale ciekawe, że obydwie alternatywne tradycje odnoszące się do rodzicielstwa Kaina zawierają rodowód lucyferycznych Nephilim. Ciekawy jest także fakt, że lilia jak wiadomo wzięła swoje imię od „Lilith”, zaś heraldyczne emblematyczne godło tego rodowodu to fleur-de-lys (powszechnie uznawany za symbol lilii). Czy ten symbol, widziany w tym kontekście, nie może być tak naprawdę „Kwiatem Lilith”?

Koneksja Lilith/Samael jest także istotna w odniesieniu do sagi Graala, tak dalece jak ta dwójka ma własnego syna, który zdaje się odgrywać kluczową rolę w całym micie: Asmodeusza. Nie tylko jest on dominującym obrazem (ukazanym odzwierciedlając Chrystusa) w Rennes-le-Chateau, odgrywa on też centralną rolę w budynku Świątyni Salomona, gmachu od którego Templariusze wzięli swoją nazwę. Powtarzanie się tej dziwnej postaci w tradycji Graala długo wprawiało obserwatorów w zakłopotanie, a jednak okazuje się, że zarówno on, jak i potomkowie Kaina mogli tak naprawdę dzielić pokrewnych przodków. W pewnych tradycjach jest nawet powiedziane, że Mojżesz wzywał właśnie Asmodeusza, aby rozdzielić Morze Czerwone, nie zaś Boga. Choć obrazowany jako demon lub diabelska postać, jego imię ujawnia, że mógł nie zawsze być tak postrzegany, gdyż Asmodeusz oznacza zwyczajnie Pana Boga (Ashma = Pan, i Deus = Bóg).

lilith
Lilith

Inna prawdopodobna idea lucyferycznego rodowodu mogła wziąć swój początek od Elohim, którzy w Biblii powiadają: „Uczyńmy człowieka na nasze podobieństwo.” Elohim są generalnie uważani za liczbę mnogą od Boga, lub za „bogów”. Ale powszechnie wierzy się, że oznaczają Nephilim, upadłe anioły znane jako Obserwatorzy z Księgi Enocha. Wierzy się, że słowo „Elohim” pochodzi od znacznie bardziej starożytnego babilońskiego słowa „Ellu” oznaczającego „Świetlistych”. Ta fraza ma wyraziście lucyferyczną konotację, ponieważ imię „Lucyfer” dosłownie oznacza „niosącego światło”. A potomkowie Kaina, którzy byli ubóstwianymi królami Sumerii, nosili tytuł „Ari”, zwrot który oznaczał także „Świetlistych”. Sumeryjski piktogram dla „Ari” to odwrócony pentagram, symbol z dawien dawna utożsamiany z Lucyferem. Zaś fraza „Świetliści” byłaby bardzo trafnym opisem potomków upadłych aniołów Enocha, którzy jak głoszono mieli włosy białe jak śnieg, blade oczy i bladą skórę, która zdawała się dosłownie świecić i napełniać pomieszczenie światłem.

Sumeryjscy Ari są prawie zawsze obrazowani jako noszący korony z rogami, a niektórzy z ich potomków mieli faktycznie posiadać rogi. Dla przykładu najbardziej słynny posąg Mojżesza (ten Michała Anioła) przedstawia go z rogami na czole, co nie jest całkiem niestosowne dla kogoś, kto może być spokrewniony z Asmodeuszem. Teologowie protestują, że to nie rogi, a zaledwie promienie światła. Ale nawet te sugerują lucyferyczny podtekst. Aleksander Wielki ogłosił się synem Boga, a on również miał posiadać rogi. Po dziś dzień jeśli zagadniesz ludzi na ulicach Iranu (pamiętających inwazję tak jakby miała miejsce w ubiegłym tygodniu), faktycznie powiedzą ci z całą powagą, że historycznym faktem jest, że Aleksander miał rogi, które zakrywał długimi włosami.

Podsumowując, odnotowujemy fakt, że Kain jak wydaje się zrodził własną tradycję, czego dowodzi dziwna gnostyczna sekta Kainitów. Podobnie jak Karpokracjusze, Kainici wierzyli, że nikt nie dostąpi zbawienia inaczej niż „odbywając podróż poprzez wszystko”. Epifaniusz opisuje ich jako grupę „konsekrującą… lubieżne lub nielegalne akty wobec różnych niebiańskich bytów” jako rodzaj sakramentu. Co ciekawe, wielu uczonych porównuje ich do… satanistów.

Stopień, w jakim Merowingowie znali te alternatywne tradycje jest niepewny. Jeszcze bardziej niepewne jest, czy wierzyli w nie, czy też nie, lecz wydaje się prawdopodobne, że wiedzieli o nich i traktowali je całkiem poważnie. Do dzisiejszego dnia, tarcza herbowa merowińskiego imperium, Stenay, nosi obraz Diabła. Zaś pierwotną nazwą Stenay było „Satanicum”.

Boyd Rice20 X. 2004
tłum. ktstrf

 

‘Wszechświat nie powinien istnieć’, rzecze Laboratorium Nuklearne z maskotką Shivą

Trzymajcie się pośladków.

Nasi teoretyczni, miażdzący na cząstki przyjaciele z CERN, Europejskiej Organizacji ds. Badań Nuklearnych, których maskotką jest Lord Shiva Niszczyciel i Bóg Śmierci, ogłosili, że Wszechświat (a zatem, rzeczywistość sama w sobie) gwoli prawdy nie powinien istnieć.

dancing-shiva-resin
Shiva, Tańczący na Burzy

Jak dotąd nie padło ani słowa na temat, czy dekadenccy Szwajcarzy, którzy prali pieniądze zarówno dla Nazistów, jak i CIA (i którzy również zapewniają ochronę prywatną dla Papieża i Banku Watykańskiego!) planują jakiekolwiek bezpośrednie działanie, które mogłoby (ahem) doprowadzić tą Globalną Wioskę bezużytecznych zjadaczy do schludnej, uporządkowanej spolegliwości wobec ich wysoce racjonalnych konkluzji.

Powiedzmy, że nie odpuściłbym tym słodkim czekoladkowym bękartom próby, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak mózgo-miażdżący i dziwaczno-kruszący stał się cały dotknięty porażeniem czteronkończynowym, kwadratowy taniec Uzgodnionej Rzeczywistości, od czasów – powiedzmy – Apokalipsy Majów.

Lecz dywaguję.

Jak to generalnie w przypadku CERN, nic co mówią nie ma sensu. Na kursie ich niezdolności do odróżnienia Czegoś! – Wszystkiego! – Czegokolwiek! od Totalnej-Pieprzonej-Pustki-O’-Nicości w jakże istotnej wyprawie po satysfakcjonujące odpowiedzi na abstrakcyjne pytania, ten lepki kolektyw śmigających koniak Osobowości Typu-A obmyślił parę mgliście-zdefiniowanych (i najwyraźniej niewidzialnych?) magnetycznych pułapek zbiorczych dla bardzo, bardzo destruktywnych cząstek antymaterii, napchał nimi pudełko pringelsów (poważnie, nie możesz podrobić tego szmelcu) i spędził następne 405 dni… uh, mierząc je.

A zatem tutaj sedno, zgodnie ze standardowym modelem Wszechświata.

Jest materia, a następnie antymateria. W teorii są biegunowymi przeciwieństwami. Nie łączy ich nic wspólnego. A jednak, kiedy zostały pomierzone w nuklearnej puszce pringelsów, okazały się być doskonale symetryczne. To jest, nie było między nimi żadnej dostrzegalnej różnicy. Położone w perspektywnie, jest to porównywalne do jakiegoś biednego irlandzkiego mnicha w klasztorze, który nagle – po latach zagorzałych badań – odkrywa, że Jezus Chrystus i Antychryst są tym samym pieprzonym kolesiem. Mogło to, co zrozumiałe, odpalić kryzys egzystancjalny… zgodnie ze standardowym modelem Chrześcijańskiej kosmologii.

See what I did there?

Kiedy materia spotyka antymaterię, wielkim (teoretycznym) następstwem jest wzajemna anihilacja.

A skoro (teoretyczny) Wielki Wybuch uwolnił równe ilości materii i antymaterii w momencie, gdy Wszechświat (teoretycznie) ejakulował się w istnienie, powinien (teoretycznie) zniszczyć sam siebie jak tylko się urodził, co jest powodem, z uwagi na który – zgodnie z doktorem Christiannem Smorrą z CERNu, „Wszechświat nie powinien w gruncie rzeczy istnieć.”

[słyszalne westchnięcie]

Wszechświat po prawdzie nie powinien istnieć.

Shivo, tak mi przykro. W imieniu Homo sapiens sapiens (małpy tak mądrej, że nazwaliśmy ją podwójnie!) proszę, niech zaoferuję swoje kondolencje. Nawet Tyfon, ani Tiamat, ani pieprzony Fenrir nie mieliby tupetu, aby wyrazić cokolwiek tak haniebnego, odrażającego, tak wrednego, tak bezwstydnie nihilistycznego. Mógłbym nawet pójść tak dalece, aby zasugerować, że to niedorzeczne przypuszczenie reprezentuje orzeszek sworzeniogłowej pompatyczności wewnątrz dziwnej, plugawej historii Drogi Mlecznej samej w sobie.

Z reguły nie stosuję hiperboli, ale w czasach takie jak te, mój umysł odlatuje do kafeterii Parku Jurajskiego. Wiecie, ta scena, gdzie Jeff, uh, Goldblum powiada: „Widzisz… brak pokory…wobec natury… obecny tutaj, um… wprawia mnie w osłupienie.”

Niezależnie od tego, czy matematyka działa, czy też nie, życie i tak znajdzie swoją ścieżkę.

Widzicie, oto dokładnie, co tutaj mamy. Brak pokory.

Fizycy z CERNu są tak pewni, że Standardowy Model Wszećhświata jest absolutnie, niezbicie, 100% słuszny, że wolą przyjąć wyraźnie fałszywe pojęcie, że nic „nie ma żadnego interesu” w istnieniu, przeciwstawnie do podjęcia najmniejszego wysiłku kontemplacji pojęcia, że być może, po prostu być może, cały ich program nauczania, kontekst i rama odniesień postrzegania i świadomości może być maleńka, cieniutka, i ciut niekompletna. Albo, że ktoś-gdzieś, mógł popierdolić obliczenia matematyczne. Nawet tylko troszkę.

Jeśli dopracujesz intelektualnie świętobliwy Standardowy Model Wszechświata w najmniejszym możliwym ułamku procenta, ta Wielka Zagwozdka napotyka ścianę i rozbija się jak każda inna niewidzialna napędzona cząsteczka.

Serio, nie mogę sobie wyobrazić bardziej odrażającego światopoglądu, niż twierdzenie, że Wszechświat naprawdę nie powinien istnieć. Oczywiście, że powinien kurwa istnieć! To Wszechświat! I to jest to, co robi! Ustalmy to, raz i na zawsze: teoria Wielkiego Wybuchu to bzdura. Czysta i całkowita bzdura. Coś nie może, pod żadnymi postrzegalnymi warunkami, nagle wytrysnąć z Niczego, nie ważne jak wiele (teoretycznego) nacisku lub zwartości zostało (teoretycznie) skompresowane w próżni pustki dokładnie 13.7 biliona lat temu. Ze swojej własnej natury, Nic może być zdefiniowane tylko jako absencja wszelkiej potencjalności, która musiałaby (co oczywiste) zawierać potencjał by…wiecie… zrobić Coś z Jego pieprzonego Ja.

Poeci to łapią! Buddyści i Taoiści, z ich głębią rozsądku graniczącą z absurdem, oni to też łapią! Łapie to każdy, kto kiedykolwiek jadł magiczne grzyby. Pasterze, chłopi, bednarze, szewcy, rzeźnicy, piekarze i wyrabiacze świeczek… wszyscy to kurde łapią! Nie stanowi to dla nich problemu! Ale fizycy nuklearni? Niemożliwe!!!

Nie wpasowuje się to przyjemnie w ich przyjęte z góry, konspiracyjnie uzgodnione granice nieuchwytnych abstrakcji, biorących początek w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych (lecz z pewnością siebie racjonalnych) ludzkich umysłów, zatem nie może być to możliwie prawdziwe. Nie ma mowy, Jose.

Jednak oto zagwozdka: nieuchwytne abstrakcje zakorzenione w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych ludzkich umysłów są perfekcyjnie akceptowalne jako fundament dla percepcji i wierzeń, tak długo jak przyciągają konsensus wystarczająco dużego wycinka podobnych, samozwańczo „racjonalnych” umysłów.

Innym sposobem ujęcia tego byłoby: Trzoda nigdy się nie myli. Alternatywne sugestie są wykluczane albo jako w najlepszym wypadku prymitywne przesądy, albo w najgorszym – jako irracjonalne brednie. To ta sama choroba, którą lubię nazywać poznawczym pochlebstwem, pozwalającym na wyraźnie nielogiczną akceptację twierdzenia, że Jakieś Coś i Każde Coś spontanicznie wytrysnęło z Niczego Zupełnie, tylko dlatego, że przypadkiem „działa” to w kontekście przyjętego z góry sposobu pojmowania (czy raczej, uzgodnionej konspiracji) Wieży Słoniowej Elity Mędrców, siwogłowych i etatowych z całą swoją pedantyczną Pompą i Chwałą, która w tym przypadku, okazuje się być bardzo, bardzo dużym Bang (wybuchem). Nie, sir. Nie ma w tym nic prymitywnego.

Esencją każdego obrazu jest rama. Zamień (albo przynajmniej, spróbuj zrekonfigurować) tą ramkę i możesz uświadczyć zdruzgotania przytulnego, odruchowego kontekstu samozadowolenia. Poprzez który rozumiem żałosne, opłakane lenistwo intelektualne.

Nie jest to Nauką, nieważne jak wielu „równych rangą” recenzuje ją i popiera.

Śmierdzi to miast tego Ortodoksją. Zmorą Wszelkiej Wolności Natury.

Zaś zgodnie z moimi kalkulacjami.

Z ortodoksji bierze się dogmat. Z dogmatu bierze się autorytet. Z autorytetu bierze się Policja Myśli. Z Policji Myśli bierze się Tyrania Wyobraźni.

A w tym punkcie, strzeż się.

Bądź bardzo, bardzo uważny.

universe-bad

POSŁOWIE

Rozważ następujący cytat z Pana Isaaca Newtona, notowanego Alchemika:

„Że jedno ciało może oddziaływać na inne z odległości poprzez pustkę, bez pośrednictwa czegokolwiek więcej, poprzez co jego akcja i siła może być przekazana z jednego na drugie, jest dla mnie tak wielką absurdalnością, że wierzę, iż żaden człowiek, który ma kompetentną zdolność rozumowania w kwestiach filozoficznych, nie mógłby w nią nigdy popaść.”

Przeskroluj listę zwycięzców Nagrody Nobla w kategorii Fizyki, a będziesz zakłopotany znalezieniem czegokolwiek celebrującego odkrycie departamentu magnetyzmu.

A to dlatego, że to jeszcze nie nastąpiło.

J.B. Turnstone (turnstonecreations.blogspot.com/)

przekład za disinfo.com – katastrof wrzywąż

 

Ray Brassier – Umieranie jako niemożliwość śmierci

ZAŁAMANIE FENOMENOLOGII: LEVINAS

Przywodzi to oczywiście na myśl kluczowy trop Lévinasowskiej fenomenologii absolutnej inności, w której radykalna pasywność przypisywana odwiecznemu śladowi „innego we mnie” wiąże się z „niemożliwością możliwości” uniemożliwiającą ogląd intencjonalny i ekstatyczną projekcję. „Słoneczna katastrofa” Lyotarda stanowi w istocie p r z e k ł a d Lévinasowskiej, teologicznie zabarwionej kategorii „niemożliwości możliwości” na język bliższy naukom przyrodniczym. Nie śmierć Innego jest tym, co pozbawia świadomość nadrzędnej pozycji, lecz zagłada słońca. Znamienne, że przekład ten pojawił się w okresie, gdy pewne elementy naukowego obrazu świata zaczęły przenikać do tych dyskursów filozoficznych, które badały granice naturalnego obrazu – mowa rzecz jasna o dyskursach postkantowskiej filozofii kontynentalnej – generując coraz bardziej skomplikowane dysonanse w jego obrębie. O ile bowiem fenomen śmierci wskazuje na anomalie w tkance pojęciowej obrazu – stanowiąc punkt, w którym nasze codzienne pojęcia i kategorie zaczynają się załamywać (dlatego właśnie śmierć jest tak ciekawym tematem dla filozofów badających granice naturalnego obrazu), o tyle, i dokładnie z tego samego powodu, pojęcie zagłady stanowi aberrację dla dyskursu fenomenologicznego, który usiłuje transcendentalizować siatkę pojęciową naturalnego obrazu świata po to, by uchronić ten obraz przed zagrożeniem ze strony pozytywizmu i naturalizmu. Skoro pojęcie zagłady wyraża napięcie między naturalnym a naukowym obrazem świata, to nie mogło ono powstać na gruncie tego drugiego; narodziło się za sprawą zastosowania najbardziej wyrafinowanych zasobów pojęciowych naturalnego obrazu (w połączeniu z pewnymi elementami dyskursu naukowego) przeciwko właściwemu temu obrazowi fenomenologicznemu samorozumieniu. W tym szczególnym okresie filozofia nie powinna ulegać pokusie, by poprzestać na którymś z rywalizujących obrazów, podobnie jak nie powinna podejmować wymuszanego na niej wyboru między reakcyjnym autorytaryzmem naturalnego normatywizmu a metafizycznym konserwatyzmem naukowego naturalizmu. Filozofia powinna raczej wykorzystać mobilność – jedną z niewielu korzyści, jakie daje abstrakcja – by za jej pomocą przemieszczać się pomiędzy jednym obrazem a drugim, ustanawiając warunki możliwości nie ich syntezy, lecz przechodzenia między nimi: od spekulatywnych anomalii pojawiających się w obszarze fenomenalnych przedstawień do metafizycznych dylematów związanych z wyzwaniem, jakie nauki rzuciły naturalnemu obrazowi. Pojęcie zagłady musi więc z istoty być dwuznaczne w tej mierze, w jakiej dotyczy przenikania się dwóch dyskursów. Odpowiedniość między egzystencjalno-fenomenologicznym opisem śmierci a naukowym zjawiskiem zagłady powraca we wzajemnej odwracalności fenomenologii traumy i zagłady fenomenologii. Zagłada ma katastrofalny charakter, miesza początek z końcem, to, co empiryczne, z tym, co transcendentalne, właśnie dlatego, że jest zarazem n a t u r a l i z a c j ą   e s c h a t o l o g i i   i   t e o l o g i z a c j ą   k o s m o l o g i i . To właśnie dyskurs fenomenologii najlepiej potrafi oddać traumę poprzedzającą unicestwienie naturalnego obrazu.

22291363_1964258010511784_6123949268784266686_o
zdj. GvS

Dlatego hiperboliczna fenomenologia Lévinasa dostarcza doskonałego słownika pozwalającego opisać zagładę jako traumatyczne z a ł a m a n i e s i ę fenomenologii. Hiperboliczna emfaza dyskursu Lévinasa wynika stąd, że próbuje on wydobyć meta-ontologiczne i meta-pojęciowe znaczenie transcendencji znajdującej się poza istnieniem. Lévinas pragnie ją odczytywać poprzez znaczące tropy, które, jak twierdzi, pojawiają się już w koncepcji pre-ontologicznego rozumienia istnienia sformułowanej przez wczesnego Heideggera:

Emfaza oznacza zarazem figurę retoryczną, nadmiar ekspresji, przesadę i sposób ukazywania się. Słowo jest bardzo dobre, podobnie jako słowo „hiperbola”: hiperbole są tam, gdzie pojęcia się przeobrażają. Opis tych przeobrażeń to także usprawianie fenomenologii. Przesada (l’exaspération) jako metoda filozoficzna.

Metoda fenomenologiczna Lévinasa polega więc na e m f a t y c z n e j   p r z e s a d z i e. Uważa on, że tylko w ten sposób można wyrazić enigmatyczny i epifenomenalny „sens sensów” zawarty w radykalnie nieontologicznej transcendencji, przypisywanej przez niego temu, co „całkowicie inne”. Jedynym fenoenologicznym rejestrem, który odpowiada karzącej inności związanej z nieskończoną transcendencją, jest wymiat pogwałcenia. Ściśle mówiąc, Lévinas stosuje w swej fenomenologii emfatyczną przesadę, by tym lepiej opisać źródłowy, etyczny sens fenomenu traumy. A zatem nieskończona inność zostaje określona jako „zranienie” czy też „krwawienie” podmiotowości, podobnie jak podmiot etyczny opisywany jest jako „zakładnik”, „traumatyzowany” czy też „prześladowany” przez Innego („podatność na zranienie” stanowi bowiem dla Lévinasa trop etyczny par excellence). „Niemożliwość możliwości”, będąca sygnaturą całkiem innego, w dziele Lévinasa jest zarówno niemożliwością s a m e g o istnienia, jak i niemożliwością w o b r ę b i e istnienia. Umieranie jako niemożliwość śmierci jest niemożliwością s a m e g o istnienia, jeżeli to ostatnie pojmujemy jako pozaczasowe i anonimowe dudnienie il y a (stanowiącego przewrotną dezinterpretację Heideggerowskiego Es gibt) – od którego nie ma ucieczki. Umieranie jest jednak zarazem niemożliwością w obrębie istnienia w tym sensie, w jakim wskazuje na nieznośny nadmiar pasywnego cierpienia, które sprawia, że jesteśmy wewani do odpowiedzialności przez nieskończenie Innego. To właśnie owo traumatyczne wezwanie nie pozwala nam upierać się przy własnym istnieniu. Oba znaczenia niemożliwości – niemożliwość, by przestać istnieć, i niemożliwość, by zacząć istnieć – są dla Lévinasa całkowicie różne, a jednak nierozdzielne. To, co absolutnie inne, jest traumatyczne właśnie dlatego, że łączy zgrozę sensu ze zgrozą bezsensu; oznacza ono zarówno zgrozę bezsensu wiecznego upierania się przy istnieniu, bez możliwości ucieczki (il y a), jak i zgrozę sensu, pojmowaną jako trwające w nieskończoność etyczne przerywanie istnienia, odsuwanie w przyszłość naszej zdolności do istnienia, jako raniąca transcendencja o n o ś c i . W rezultacie pradziejowa podziejowość będąca odpowiednikiem niemożliwości możliwości prowadzi do traumatycznego impasu: nie możemy ani zacząć, ani przestać istnieć. Podmiotowość jest sparaliżowana przez inność, która zawsze „już z góry” wywłaszcza podmiot z jego substancji, inność jest wepchnięta „pod skórę” podmiotu, któremu „jest źle we własnej skórze”:

[podmiot] przepełniony samym sobą, duszący się pod sobą, niewystarczająco otwarty, zmuszony do rozłączenia się ze sobą, do wzięcia głębszego oddechu, do końca, do wy-właszczenia się aż po zatracenie siebie. Czy kresem tego zatracenia jest pustka, punkt zero oraz spokój cmentarzy, jak gdyby podmiotowość podmiotu nic nie znaczyła?

Z siódmego, ostatniego rozdziału ksiązki Ray’a Bassier’a „Nihil Unbound”, 2007,     przeł. Marcin Rychter i Mikołaj Wiśniewski

przedruk za: Kronos 1/2011