Przekaz z tybetańskich krypt

.:.

podpalić gwiazdy flag
spopielić mieszczański świat
kopać, drążyć, wykrajać
aż po zmarłych kości

żyć gorączkowo, suwerennie
i znakiem Kaina bez litości
szanować, kultywować
czym się prajaszczury odurzali
jaźni swe płomiennie poznawali

tako rzecze czarny kot:
trzodo wieczna!
trzodo w tył zwrot!

bo wasz komfort, w stagnacji trwanie
i wasze konta bankowe i pasza
wasze hipermarketowe przystanie
trafi ogniem diabeł,

ogniem, co nasyca sam siebie
jedynym słusznym głodem

jego
Oko

23561644_2008059909427891_3653056122096703905_n.jpg
Ziarno przemiany iskrą świadomości. Próba sigilizacji wizji wężowego szwu rzeczywistości doznanego w psychodelicznym stanie umysłu.
Advertisements

Maciej Filipek – Ogień podkładany pod fundamenty.

Sam o sobie: piszę wolno, żyję szybko.

 

FUNKCJE SĄ ŹLE PRZYPORZĄDKOWANE

Gmach starego teatru pozostawił się po sobie
ukruszoną formą budynku, płatami wstającej farby,
wyburzoną ścianą działową, zapachem stęchlizny i pleśni.

Rzędy wypłowiałych foteli. Rampa rzucająca cień.
Scenografia w rozkładzie, larwy robaków
w resztkach pożywienia po bezdomnych.
Przez sen pisali scenariusz snu.
Zostawili zegarki, więc na pewno wrócą o czasie.

Aktor zdjął z siebie skórę i zapomniał tekstu.
Aktor przypomniał sobie słowa, ale nie było już skóry.
Znalazła się skóra, to zniknął aktor. Widziano go,
tekst zaniemówił. Powiedziano kwestię,
przymierzono skórę. I tak bez końca.
Garderobiana przygotowuje strój nieudolności.

Sprzysięgło się. Sufler za kurtyną zdrzemnął się na krześle,
oparł zmęczone plecy o oparcie krzesła.

Widzowie powinni czekać na ostateczną scenę
rozpadającego się szkieletu montażysty.
Kiedy to nastąpi opuszczą teatr. Nie przyszli.

Na deskach stąpały kroki, przetaczała się kula światła,
podnosił kurz w blasku, mienił jak drobinki śliny
reżysera ciągle niezadowolonego z gry podległych dublerów.

Nikt nie mógł zagwarantować przedstawienia na odpowiednio
wysokim poziomie, gdyby odtwórcy głównych ról zachorowali,
a co najgorsze umarli. Miałem rację, mówiąc o wieczności.
Rekwizytor rozdaje przedmioty, powietrze, wodę, oddech,
a ogień podkłada pod fundamenty.

 

pożar.jpg
Surtr Ferr Sunnam!

STREET VIEW

Na mapie oznaczyłem miejsce.
Łezka na zrzucie ekranu podpowie mi,
gdzie był najbardziej obfity wysyp.
Sprzedam tę informację na tajnych kompletach miłośników zbieractwa.

Zapytałem grzybiarza, gdzie zbiera się największe okazy.
Wskazał kierunek, więc odbiłem w przeciwny. Wiedziałem, że kłamie.

Zapisałem współrzędne odosobnienia.
Wszedłem w jego przezroczysty kokon
i śniłem, że mnie nie ma. Dojrzewałem do formy teraźniejszej.

Zapisałem współrzędne miejsca, gdzie przelewała się łąka,
jednostajne brzęczenie owadów.
Odbiłem się od ścianek w szklanych bańkach dźwięków.

Zapisałem współrzędne tego rykoszetu.
Przyleciały ptaki, zapisałem współrzędne miejsca żerowania.
Zaniosły mnie do gniazd, ale wiatr je rozniósł. Gniazda, nie ptaki.

Wróciłem na miejsce odosobnienia,
lecz w kokonie dojrzewał już ktoś inny.
Wracałem po bezdrożach, za mną ktoś szedł po drodze.
Sygnał nawigacji zanikał, wyprowadziłem się w pole.

Czarna ziemia. Tłusta od deszczu, ciężka.
Ten, który szedł za mną został i czeka na zasięg.
Wróciłem do wyjścia. Ktoś przychodzi i zostawia nam chleb.

Czy to jeden człowiek rozprowadza siebie?
Co z chlebem, który nie ma zdolności dzielenia się chlebem?

 

ścieżka.jpg
il. k-wrzywąż

 

SZEŚCIOKĄTNY KAMIEŃ A KWESTIA ŚLIZGU NA WODZIE

Tak długo trwa napisanie frazy o wojnie,
bo każde słowo z tej frazy trzeba oglądać
kilkukrotnie jak ostatni grosz. Ze wszystkich stron

opukiwać je, ważyć i pieścić jakby wybuch wojny miał zależeć od ciebie,
a czuły dotyk sprawi, że rozwścieczone zwierzę będzie ułaskawione.
Ułoży się pod nogami, wydasz mu komendę.

Słyszysz nakładające się na siebie ptasie głosy.
Z gniazda wypada pisklę, które bierzesz za znak przeciwko sobie
i stawiasz jeszcze bardziej ostrożne kroki.

Kto na kogo więc wpadł?

Jeśli ty martwy na siebie żywego,
to dlaczego nie czujesz.
Jeśli ty żywy na martwego siebie,
to dlaczego czujesz.
Jeśli czujesz, to dlaczego – słowo
– jesteś martwe wobec cierpienia,
a podziwiasz radość, jeśli mówię tobą o radości.

 

acephale
rysunek z okładki pisma redagowanego przez Georegesa Bataille’a

 

ANTRESOLA

Dopiero ciemność powiadamia o istnieniu równoległych światów.
Otworzyłem drzwi i w oknie odbiło się wejście do korytarza,
ale jakby zawieszone za szybą. Pielęgniarki, które nie pozwalają
nazywać siebie siostrami, chociaż wszystko wskazuje
na wyraźne związki krwi, wychodzą z pustymi strzykawkami,
a wracają z substancją wyciągniętą z wypłowiałych łodyg.
Rośliny usychają i kruszą się pod dotykiem własnej materii.

Pielęgniarki wstrzykują płyn do naczynia, podpalają palenisko,
gałązki naniesione na gniazda są gniazdom odebrane. Warzy się.
Użyją najcieńszych igieł, takich którymi bezboleśnie wkłują się
w sny pacjentów i zamieszają w nich tak jak ja, który wkładam rękę
w szklaną kulę osłaniającą żarówkę nad wejściem i wybieram światło.
Ożywają suszki much, komary, pszczoły i ciemki.

Od tej pory wszystko wydaje się zakurzone jak stary,
do tego zmurszały fotel z niestniejącego już teatru.
Pada śnieg. W śniegu sypie się popiół. Dość powiedzieć,
że przed gmachem stoi jeszcze kolejka. Widzowie
wymachują biletami i złorzeczą. Sztuka ma się nie odbyć,
a mimo to bileterka wciąż przyjmuje pieniądze i knuje.
Sufler domawia jej kwestie. Dziękuję, przedstawienie
jest skończone, chociaż jeszcze się nie zaczęło.
Za każdym razem akcent pada na inną sylabę,
stąd to nieporozumienie i niedomyślność ulicy.
Z limuzyny wysiada jedyna aktorka i wypada
z niej szkielet, lecz nikt jej nie zauważa.
To mogłoby wzbudzić panikę, przezroczysta
zwaliłaby się gwałtownie na mnie żywego.

Nie powiedzieć, że na parapecie siada wróbel, to nie za mało.
Ptak okazuje się być napuchniętą kroplą. Więc pęka
w nim cząsteczka śpiewu rozpisana na dwugłos,
z którego ten pierwszy dopiero szuka przynależności do dźwięku,
a drugi dobywa się z mojego gardła. Przy czym śpiewam
tak cicho, że niczego nie można poznać po samym ruchu warg.

Jeśli korytarz odbił się w szybie, to musi się to powielać.
Postanowiono o jeszcze jednym oknie i jeszcze jednych drzwiach,
które po otwarciu rzucą jeszcze jeden blask i wszystko rozświetlą.

Ktoś otwiera drzwi i szpital staje się nieskończenie nieskończony.
Nie rozumiem, dlaczego odmówiono przyjęcia kilkuletniego chłopca.
Jego matka wyciera łzy przed głównym wejściem,
dzwoni dzwonek jej serca na antrakt.

 

sercecierniowe

 

CANCER

Do znajomych przyjąłem
Oziębłość Seksualną i Najlepsze Horrory.
Biorę udział w pranku.

Pasterz prowadzi owce.
Popęd i lęki.

Biegnę. Mam sen jak w lesie
depczę po kostkach.
Zwapniała ściółka i pleśń na roślinach.
Pękają krople, słychać trzask gałęzi.
Igły robią hałas na moją prośbę: zróbcie hałas.

Miasto nie ma zbyt wielu punktów zaczepnych,
są za to umiejętnie rozstawione.
Chorzy na raka ciągną za sobą chorych.
Zatraceni w szaleństwie ciągną do zatraconych.
Mądrzy trzymają z mądrymi, głupcy szukają głupców.

Stoję wykluczony na przejściu dla pieszych
i pies z kulawą nogą. Co nam mówi skrót.
Jaki jest kod językowy, że nie rozumiesz
osamotnienia, o którym wyraziłem się jasno.

Z jaką częstotliwością drży czerwone,
że z całą pewnością bierzesz je za jednostajnie świecące.
Na zdjęciu rentgenowskim płuco
przysłonięte niemowlęcą piąstką.
Na płucu ptak odrywa się od ciebie.
Śmierć cały czas w nas gaworzy i potrząsa grzechotką.

 

TIARA

W kontakcie radarowym twoje inicjały i dzisiejsza data
są indeksem, po którym cię wywołujemy.
Zapraszam do relacji na żywo z katastrofy ludzkości,
z podciętymi skrzydłami runęła ku ziemi.

Zostaw ślad kciukiem, serduszkiem lub emotikoną Wow!
albo wyłącz z aktualności i udawaj, że ludzkość nie istnieje.
W korespondencji radiowej słychać tylko trzaski.
Ktoś idzie po wirtualnym lesie i kruszy gałęzie.

Fala elektromagnetyczna prostuje się.
Stada widoków są aktualnie w wędrówce,
pochylają się na brzegu i piją z poidła.
Mrówcza praca ludzi zmniejszonych do rozmiaru ziarna.

Mapa zniknięć jest rozłożona. Pulsują i przechadzają się kroki zaginionych,
uchwyt umarłych na wskazówkach mojego zegara nie wytrzymał.
Ześlizgnęły się palce. Na łodzi, którą z tej odległości nie sposób wyłuskać,
płyną ludzie. W punkcie na niebieskiej łące zmieszanej z głosami.

Motyl usiadł na antenie, przepływa przez niego częstotliwość.
Komu jesteś przeznaczony w mikrokosmosie
sygnałku z pyłem na wielkich skrzydłach?

twentythree.jpg
liczba sygnifikująca synchroniczność, znaki i przemianę
naglovv.jpg
autor niezidentyfikowany

Enteogeny

obudziłam się bez powiek.
usiadłam na brzegu naszej małej wanny
i płakałam.

sen pełen był ciernistych krzewów,
przez które przedzieraliśmy się
by dotrzeć na cmentarz
pełen nagrobków porośniętych mchem,
upstrzonych odchodami ptactwa.

zgubiłam cię tam,
zniknąłeś mi z widoku jak na taśmie w markecie
znika światło po zeskanowaniu
kodu z towaru.

odnalazłeś się, ale nie wiem,
czy przybrałeś postać trupa,
czy zjawy już będącej poza mną.
za daleko.

krzyże pokryte pajęczyną
migotały od czasu do czasu
w stroboskopie, rozpływając się,
tak jak ty przed chwilą,
przed wiecznością;
te rozbłyski mówiły mi,
że jednak jesteś, musisz żyć,
albo odrodzić
gdzieś głębiej i we mnie.

obudziłam się bez powiek
które widziałyby ciebie po staremu.
nastąpił ciąg odtworzeń, retrospektyw,
widm, pamiątek, czy upamiętnienia.
pamiętałam, by upamiętnić i ją.

czy to jest miłość, którą odprawiłeś?
to były dwie miłości,
które spoczywają teraz blisko siebie
w pokoju wiecznych wskrzeszeń.

z filmu, który oglądaliśmy,
kiedy jeszcze miałam powieki
i mogłam je zmrużyć, kiedy padły zdania:
didn’t she understand? there IS only life.
death doesn’t exist. –
zapamiętałam. prekluzja wzruszeń.

płacz w środku nocy.
– śnij dalej. tak już może być.

ciągle nie mam powiek.
cieknę.
to ogniwo pośrednie.
liczę spokój na minuty, godziny, miesiące.
poczułam się nowa i bezbronna jak embrion.
cały czas zajmuje mi wzrastanie, kształtowanie,
ból przyjścia na świat.

obudziłeś się, przy papierosie powiedziałeś,
że mnie kochasz. cieknę, choć powieka odrosła
i drży w swej pamięci

co czuła,
jakbyś wziął ze mną nie śmierć, a ślub.

GvS

a
źródło niewiadome

.93:33.

zWiedzony

mówisz
że ludzkim jest ścierpienie
plagiatów własnych
cierpień?

co jest ludzkie
w błędzie
w pojedynczym sposobie jego popełnienia
w jego mnogości powtarzanej rytualnie

słudzy boży
ZJEDLI BOGA
o pomyłce wiedzą wszystko
wiedzą wszystko o mnie
siarczystym beknięciem w kuchni plebana
ciało boże się trawi

a mnie dziś nawiedził anioł pański co zwiastował bestię
bestia w tym pokoju przybrała mój rozmiar moją postać
widziałem wyraźnie kształty języków ognia na ścianie
nie zląkłem się
nie ugiąłem kolan nawet
a anioł wysunął podwójny swój język
i mówił czerwienią, kolorem rdzenia
pojęcia wszystkiego
jak gdyby słowa były splunięcami boskiej krwi

– dramat popełnienia błędu jest odchodem anioła

błąd
– powiedział anioł do człowieka
choć gównem padało mu spod ogona
– błąd
to wytrych do krain wyższego rzędu

ciąg dalszy nastąpi
w nie do końca przewidywalnym
biegu wypadków

historia nie negocjuje pomyłek
spodziewaj się wielkiego udziału w tym dziele

dopilnuj
by się powtarzały
powtarzały się narastająco

bestia będąca mną ziewnęła i poczułem smród
zwiastujący ulgę

 

patronka wersów wyklętych

Gertruda v S

draco
Róża Alpha Draconis, wyhodowana przez GvS, ugwieździł K-wrzywąż

Gennadiy Nikolaevich Aygi – Cisza

Wiersze tego poety pochodzenia czuwaskiego, których prezentujemy tu pierwsze polskie przekłady, zostały już przetłumaczone na ponad 20 języków i otrzymały niezliczone nominacje do Nagrody Nobla. Obrazuje to czujność polskich wydawców promujących gówna pokroju xyz, a ślepych na rosyjskiego Bukowskiego. Polski przemysł poetycki smyra starej lochy cycki!

 

Cisza

1

w niewidzialnym blasku
startej w proch melancholii
znam bezużyteczność tak jak biedni znają swój ostatni skrawek odzienia
i stare przybory
i wiem, że ta bezużyteczność
jest tym, czego kraj ode mnie potrzebuje
niezawodna niczym sekretny pakt:
milczenie jako życie
zaiste przez całe moje życie

2

milczenie jest hołdem – ale cisza jest dla mnie

3

wzrastając w przyzwyczajeniu do ciszy
jak bicie czyjegoś serca
jak życie
niczym dobrze znane tam miejsce
i czyżby to ja jestem – jak Poezja jest
i wiem
że moja praca jest zarazem ciężka i ku samej sobie
niby bezsenność nocnego stróża
na miejskim cmentarzu

1

XIX
A we mgle
zielony dąb
nie ma nic mocniejszego niż gałąź
czym by śpiewać mógł

XX
Te ręce i ta głowa
pozostaną z tymi, którzy zginęli na obcej ziemi-
dym z lokomotywy uderza nas w twarze
aby okraść nas z pamięci raz i na zawsze

XXI
A i wtem – spokój, jakbym
był sam na świecie
I burza za oknem, burza w ogrodzie
i burza w ogrodzie, burza na polach

XXII
A dzień zapadł cicho, jakby coś
znaczącego w nim umarło,
a lis śpi na wzgórzach
pokryty swoim czerwonym ogonem.

 

Cisza

1

odkąd pamiętam cokolwiek
wiem
poprzez ból w moich oczach
gdzie i czym co dmie
nasza cisza jest oświecona
a reminiscencje wystarczają
tutaj gdzie łomoczą przebudzenia

2

i ci, od których zaczął się czas na dojrzenie światła Pana
po raz pierwszy przybyli aby odróżnić
czerń od bieli
i pogrążeni w zadumie pośpieszali do kontaktu
więc to jest – biel
a to czerń

3

więc wybuchnąwszy
w wizje innych odmian
i w wycia co poprzez lata
wdepnęły we mnie szukam
połączeń jak strugi
napierających pokrytych kpiną
niczym łopianem
gdzieś w jarze
sam
(lub też jak to było
od czasu do czasu
samotnie i czysto
nikt poza mną i polem
cały świat)

1955—1956

2

Wracając do Baudelaire’a

nie wygasanie
(z papieru
ku światu)-

pan
jakby
gdzieśkolwiek
obecny:

twarz
niby boska – w popiołach – uchwycona:
nie – „ja” umysłu
trzaskająca – płomieniem!… –

w oblicze tego wiatru
jasne światło nieczłowieczeństwa

1967

 

Dla Maxa Ernsta: Bliźniacza Róża

wepchnięta przez – nie jak w światło dnia
lecz w światło Idei
wepchnięta przez – i usadowiona
bliźniacza róża: niczym myśl w pokoju

1969

 

fot. Gertruda von S 2014, tłum. katastrof wrzywąż i GvS

 

 

Jaźni / Dem Selbst

zygota – zgryzota jaźni
okrążona promieniami neuronów
jak Czarne Słońce siewców zamętu
i przemiany rzuca chorobliwe światło
na odartą facjatę materii na manekiny
wegetujące wśród scenografii z tektury i gipsu

I dręczy mnie
majączące zatratą ja przebudzenie
w fabryce istot pod różnym ciśnieniem
i amperarzem przygniecionych, przyspawanych ziemskim Snem

K-VV

grzybowysabat
fot. nagłówka – GvS, fotomanipul. K.W.

 

pewność kotów jest wytworem piekieł

[Przywracam posty usunięte w związku z daremnym wysłaniem wierszyków na konkurs im. Marka Hłaski. Jesteśmy dalecy od uznawania się za wybitnych poetów, jak również od uznawania własnych zapisków za bezwartościowe. Jakkolwiek nie dziwota, że tak nasączona wglądem w Chaos apołezja nie znajduje poklasku w tym kraju. W każdym razie, w zw. z ponownym wrzutem wskakują jako nowe posty. Nadrobimy to wkrótce nowymi materiałami / k]

 

Szept płomienia

Mówię: zgiń przepadnij
Głosowi zatrutego umysłu
i przyzywam bękarty okaleczonych
aniołów by spojrzały w oczy pełni
upadku świata ładu i czasu
jak igła nawlekana przez oko śmierci
w morzu horyzontu zdarzeń
wpada się w sieć diabła
i dostrzega się przepaść
której dno znika wśród chmur
przepaść otwiera się w otchłań
w niej to, co jest powyżej
jest tym, co jest poniżej
upadek z krzykiem
przechodzi niespostrzeżenie
we wzlot ze śmiechem
skóra człowieka moim przebraniem
Instynkt łowi woń twojego strachu

  • k-tstr-f

 wir

PEWNOŚĆ KOTÓW JEST WYTWOREM PIEKIEŁ

to było dawno
jeszcze młoda twoja twarz
iskrzyła w światłach ulic
zasypanych śniegiem
i między latarniami
w ciemności
mrużyłeś swoje diamentowo
wyszlifowane oczy
niewinne jak u kocięcia –
ale w kotach jest przecie tyle życia
(aż dziewięć)
a Ty
młodzieniec
poprzez wyludnione miasto
pochyloną głowę niosłeś
i sobą całym
to życie swoje jedyne
życie bez oznak życia
jak cień wlokłeś

gdzieś w tym samym mieście
podobnie zgarbiona
szła odgradzając się
ściśniętymi w płaczu
spuchniętymi powiekami
od słońc gwiazd
i wszelkich
choćby nawet diamentowych
spojrzeń młodych oczu chłopca
odgrodzona murem
a mur tkwił w jej twarzy
co nawet ojciec nie umiał przezeń pięścią przebić
dziewczyna z jedynym swym
ciągniętym na plecach
życiem bez oznak życia
szła

z diabelską pomocą
doszli do siebie w końcu
nawet nie zdziwieni

że śmierć ma jego
że śmierć ma jej

twarz

tumblr_oman99ecta1tm5ooho1_540

* * *
Znów się otwiera przepaść
wobec której stoję jak bezradne dziecię
Śnieg gwiaździsty z moich oczu pada
zima oddycha we mnie nierówno i niepewnie.

Daleko tak odchodzę
ku temu, co Wygasło
kroki moje dręczą, kalają każdą z dróg wszechświata
I donikąd, donikąd – wita mnie choroba
czarny szlak wskazuje bym znikła potajemnie.

Głuchy mrok i przyzywam cię na próżno Bracie
kosmos drwiący zapomnieć każe o świetle powrotów
Odbicie skrzydeł Stróża jak martwe półksiężyce
w rogi zła układa się nad ma czaszką palące.

I wstręt gdy dotyk czuje i hańbę brunatnego znamienia
ruchliwego zgnilizną i łzy mieniące się jego jadem
Czy już nie oczyszczę swoją gwiazdą twoich zranień?
Nie przebaczą mi śmierci twe włosy posiwiałe.

Lecz nagle miłość jak szadź na szubienicy snu cicho zawisa
wahadło groźne, czujny ciężar kładzie ciała twego
w mój koszmar o tym, ze przeszłam cało piekło
Przebudza mnie gorączką straszliwa i słodka
kiedyś zawołał trwożnie moje imię.

obcyelement

* * *
nocne nawoływanie lisicy
nieuleczalnie żywe
choć w ogrójcu
zgubione zasypane śniegiem tropy
przyjdź królestwo twoje
żeby choć raz pozwolono coś mieć
kochać co przepadło nieszczęśliwie nienasyciwszy
zabrakło nazwy na to co sercu ubyło
stóg gwiazd wysyła płomienie
pożogę którąśmy się zajęli
by odnaleźć
ziejący oczodół lasu w którym nas
nie ma

ale jesteśmy
wszędzie we śnie – jak motto mallarmé’a
mimo że niespełnieni nieosiągalni
jak w klątwie
z którejśmy syjamsko wystąpili jak z mięsa jednej matki
ale nie jestem ni twą siostrą ni kobietą
patrz
zwierzęciem które stoi w polarnym śniegu
pokryte srebrzystym szronem
i promienność twoja stojąca w sferze mego cienia
i głóg rozwierający członki
a więc życie jeszcze
bądź wola twoja

bo tylko z mojej winy
wtórnej cechy strachu
wyrok już zapadł
księżyc schylił łeb we wnętrzności moje
i śliną znaczy tropy
delikatną materię królestwa
moja wina jest nie z tego świata

jako w niebie
tak i w tym piekle
nieszczęsny mój
przypadliśmy w udziale

  • GvS

Polski zapluty zalodzony beton

Ogień czarnej Woli prowadzi me dłonie.

”… to jednakże, jest przypadek…
…………………………………………………
…….. to, obecnie, ani przez moją
nieobecność i mnie, śmierć i światło –
lekki śmiech budzi się we mnie
niczym morze, zapełnia całkowicie
nieobecność. Wszystko co jest – JEST
ZA BARDZO.”

-Georges Bataille “Doświadczenie wewnętrzne”

 

img_20161211_0205121
rys. ktstrf

O wychodzeniu z wpraw

Pod ziemią, w ciemności niebieskawych jaskiń
Ogień łączy się skrzydłami w okręgi

Bogato, złoto inkrustowany oczodół lub studnia
wiodące ku kompletnie czarnemu tunelowi, gadzie oko

Lis zwietrzył przedsmak rozdroży

Nie jestem wart Twoich łez
A płaczesz z bólu powstałego
z zażyłości z moim chorym ja,
i tego nie mogę Ci odebrać,
choćbym chciał, oh jakże bym chciał.

 

Kolaż – Gertruda von Sroka

 

Ciężka lekcja

Krew z Twoich drobnych dłoni, z siatki delikatnych żył
– przebitych, stanów zapalnych
lub doktorskich, precyzyjnych podań
musi odejść w zapomnienie

zagryzany pasek, kapsel, łyżka i denko od puszki
pompki i kolki i cały ten proch
po którym nie czuliśmy się już tak wyręczeni
muszą odejść w zapomnienie
za czerwoną kotarę na czarnej scenie

Grzanie jest powtarzalne
powtarzalnością zaćmień słońca
Tylko jak na nie patrzysz to oślepniesz

Pod groźbą zostania zaszczutym
zdeptanym butem nadzorcy jak szkodnik

Pod groźbą złotego strzału
Zmieniam się. Rzekłem.

Przejmuję kontrolę.
Odwirusowany darem 93
Moim Panem Tyfon-Set

 

Kolaż aut. Gertrudy von Sroki

 

Przygwożdżę dłonie władcy lalek

po 13 stukotów każdą
wytrącony mentalnie
na inne układy stereoidalne

wyszydzę system, bo w mojej krwi
wpisany wężowym namaszczeniem
Żart z ładu

 

Kolaż Gertrudy von Sroki

 

Człowiek wykrojony

Wykroiło mnie, to nie sekret
Życie, Bóg lub Karma
– czy można mnie wkleić
Z powrotem do kliszy filmu
Z której wypadłem
Taśma plącze się na szpuli

Na białą płachtę wylewam kielich krwi
Odpalam czarną, czerwoną i fioletową świecę
I modlę się o Poznanie

KATASTROF

 

Kukułeczce

śpij
i nie czuj
jak bardzo nie mam tu Tobie
niczego do zaoferowania
te ręce co piszą
te ręce które przykładam do brzucha
całe w drobnym maczku
ukąszeń jak od węża
powinny Ci napisać
kołysankę powitalną
ale zamykam oczy i widzę tylko
jak we troje leżymy w ogrodzie graniczącym z lasem
żyłki dzikiej winorośli splatają nasze ciała
i zostajemy tu unieruchomieni na zawsze
nasłuchując dobiegającego z lisiej nory
rzewnego kwilenia
opuszczonego malca

GvS

 

Potrójna diagnoza & milczące luki życia

belt233

Milczące Luki Życia

można zachorować
od samego oddychania
tym samym powietrzem co ty
coś jest w nim bezkresnie popsute
uległo zniszczeniu
nasze baśniowe dopasowanie kółek zębatych
w machinerii świata
zostało zachwiane
może utracone
a jeśli tak
to co jest we mnie
co ciebie zatrzymało
w obecnym wcieleniu
cóż to za rozziew
źe nie przemieniamy się z powrotem
we wspólny sen
który nas śnił
bo jeśli byliśmy jak jedno kolektywne serce
bezbronnie biorąc w objęcia
luki życia
pozostałości rozdzielonych dzieciństw
czemu śnieg
wciąż to bezradnie zmieniał się w wodę
na moich powiekach
więc coś jest we mnie
cóż to takiego
co ciebie zatrzymuje w obecnym wcieleniu
odpowiedź:
milczenie
czemu wciąż
milczymy
we wspólnym kierunku

~~~~~~~/~~~~~~~/~~~~~~~

srokenplaczen93

O P E R A C J A

próbują mi przeszczepić zwątpienie
dzielnie opluwam jak flegmę
zrośnięte z organami
słowa
wszystkie znajome
cały słownik ułożony alfabetycznie
wszystkie oprócz najbardziej znajomego
– ty
łagodnie bez konwulsji
usprawiedliwia mnie krzyk
słowo którym mnie całym wypełniasz
które chcieliby, by umarło na rękach
jesteś po każdą krawędź ciała
zrośnięty z dłonią lewą
dłonią prawą
musieliby amputować wszystko
obracam cię w ustach
najświętszy sakramencie
modlitwo
przeszczep odrzucony
w głosie co z ciała zwodzi i prowadzi
z ciała, z rozlanej wspólnej krwi
najbliższy mój
zawsze pielęgnuj tę ranę
w kształcie serca
którą zadali by zrobić z nas
ludzi
i polegli

Gertruda Sroka von Lisia Czapa

~~~~~~~/~~~~~~~/~~~~~~~

IMG0031A

Duchowy piroman

I skoro zdarza mi się

Słyszeć głosy podszywające się pod moje myśli

Słyszeć je głosem wewnętrznego umysłu

Jednak tętniące fioletową aurą psychozy

Skoro projektują mi taśmę przeklętego filmu

W którego scenariuszu usiłują mnie zamknąć

Wymykam się psotliwie i nieomal szyderczo

Bo rozgorzał we mnie Rudo-Czarny Płomień

oko

POTRÓJNA DIAGNOZA

wydeptuję ścieżki w kolczastych krzakach
czeszę neurony cierniami
iskrami spopielam możliwości
którym pisane niespełnienie
karmię Ogień sprzed wnętrza

przekraczam, przeczę i czmyham
przed parapsychiczną grawitacją
nie-życia i nieżywych
wiodę drogą, którą zdążają zdradliwi
i najbardziej Wierni

szyfr znaczący haki

wyryte pokrytym krwią i prochem ostrzem

Usłaną cierniami ścieżką wygnańca

Thurisaz
blizny ah blizny
na krętej wężowej drodze
Ku kolebce i do grobu

A raczej do smoczego jaja

~/~katastrof

 jajosmoka243