Polacken Tango lub Wilcze Kły tj. pozycja wyjściowa do zażalenia demiurgicznych roszczeń wobec ducha ludzkiego

03__North_Pole_Wolf
Mechaniczne Imadło

/ 2?3 /

To jak “bóg zapłać” za surowe w środku kluski z jogurtem. Nadziałem się na ucieleśnienie choroby polackiej. Na poczie, kurwa. Zachodzę styrany i obolały, a tu mnie recepcjonistka zagaduje: – a teraz odsyłamy, co? Nie wyczułem w tym sygnału aktywującego śmierdzące czułki Kontroli. Na gębę wyszła kobiecie cała niepojęta wredota. To ma być ktoś, z kim jestem jakkolwiek spokrewniony? Rodak, Polak? Pojęcie narodu jako wyznacznik wartości to najbardziej chybiony z wyborów. Z poślizgiem nogi na osnowie Ładu odparłem, że i owszem, bez przesady. Nie po to zakładałem rodzinę i kończyłem staż z podjęciem pracy, aby mnie teraz pozbawiali pracy za kradzież produktów spożywczych na wysokość 60 zł, którą dokonałem przed tym, czym jest faktyczna resocjalizacja. Ten lemur zaczął swoją mikrotyradę: to dobrze, że w kraju prawo funkcjonuje. Musi być jakaś sprawiedliwość. – Gdzie tu widać sprawiedliwość. To wyrządzanie szkody społecznej, a nie przyrządzanie pożytku społecznego, tak funkcjonujące prawo jest swoim zaprzeczeniem – No ale przyznaje się pan do kradzieży? Ręce, te moje styrane, pokaleczone ręce mi opadły. Cudem nie wybuchłem i zachowałem względny spokój, choć w środku wszystko chciało by wulkan wypluł lawę. Będę sobie pluł w brodę, że nie zjechałem tego robactwa walcem. Wyszedłem zachowując nieruchomą twarz. Po kiego czorta? Aby nie robić ekscesu, nie używać przemocy; bo słowa bywają nieme. Wydawało mi się, w tym kraju da się żyć, ale oto po raz kolejny wydaje mi się odwrotnie.

/\/\/

Wystarczyło mi uporczywości na ból fizyczny, ale na sprostanie wszystkim konwenansom kulturowym niekoniecznie. Społeczeństwo próbuje mnie musztrować poprzez swoje organy prawne. Ale to nie w wyniku tego, a swojej kapryśnej karmy, przyszło mi trafić ten uraz w pracy. Przez dobre 20 minut znosiłem intensywny ból od rany ciętej na 1 cm głębokości na dłoni, co nastąpiło po pokryciu jej antybakteryjną maścią. Z powodu zatrucia “lekiem” przeciw uzależnieniom, jak również innych czyników, o których nie wspomnę, stawiłem dzisiaj czoła napięciu nerwowemu najbardziej intensywnie w życiu.

wir ulvhel rufen deine wulfaz
wir ulvhel rufen deine wulfaz

/\/\/

Że nie reaguję w sposób, w którym mógłbym wyciągnąć ostateczną konsekwencję z tego, co czuję – to jest wielkie szczęście.

/\/\/

Połowicznie zapadłem na łagodny rodzaj schizofrenii, będący następstwem tyleż bycia Polakiem, co osobą niedostosowaną do życia we współczesnym społeczeństwie. Na skutek kryzysu psychicznego, który nastąpił jako owoc moich zachowań i nie upatruję tu winy u najbliższych – którzy to byli mi wówczas najdalsi, jako że siedziałem wtedy w Zakładzie Karnym, – wmontowała mi się mocno obawa, że mogę stracić wszystko, co cenię i stanowi grunt dla korzeni mojej woli życia. System postrzegania odnalazł z pomocą psychogennej używki tj. klefedronu, upostaciowienie tej obawy w lęku, że ktoś z ludzi żyjących niepodal ani chybi jest gównofonem (tj. bujaczem na uchu) szukającym tylko powodu, aby aktywować tryb konfidenta policyjnego; przy jednoczesnym kontynuowaniu zachowań wykraczających poza wąski zakres tolerancji polskiego prawa. Rzygam tym serdecznie, jakkolwiek mam wciąż na tyle zaufania do swojego systemu zmysłowego, że nie potrafię sobie wmówić ot tak, że wszystkie moje schizy były chybione, i nie można w nich sę doszukać kropli intuicji. Przejebane jak za podążanie na kompromis własnym słabościom, czy też chcąc ułatwić sobie utrudnione ponad miarę “zaburzeniami osobowości” życie, człowiek doprasza się o zstąpienie biedy na swój łeb. Bo jeśli doprasza się o zstąpienie piekieł to ulega deluzji i pewnie codziennie wciąga tfu-anetę. Nie to ma być jednak konkluzją. W konkluzji zapytam, kto niby ma prawo zabraniać białemu człowiekowi realizowania swoich naturalnych intynktów i odbierać mu przestrzeń życiową, mieć czelność go musztrować? Nikt nie ma takiego Prawa. Prawem niechaj będzie Miłość podług Woli.

Advertisements

Dariusz Regulski – Ewka – fragmenty

„Od pewnego czasu nęka mnie nieodparte pragnienie zgłębienia tajemnicy życia”.
– dziennik Szczypiora

Fragment 1:

Zanim Malinowska odgryzła sobie język, mówiła dużo o Bogu. O miłości Boga do Niej i odwrotnie. Jednak to nie miłość boża doprowadziła ją do tego miejsca, ale miłość księżowska. Zbyt wielka i mocna. Ksiądz zrobił z Malinowską to, co chciał, a potem powrócił na łono Kościoła, udając, że Malinowskiej wcale nie znał i wcale z Malinowską nie spał. I wcale nie zrobił Malinowskiej dziecka. Dziecko nie przyszło na świat, bo rodzice Malinowskiej kazali się pozbyć tego zgniłego owocu miłości.

— No to sobie narobiła — powiedział Wójcik do Szczypiora w gabinecie lekarskim.
— Raczej to jej narobił…
— Trzeba było do księdza nie startować. Tylu jest porządnych facetów na świecie.
— Miłość jest ślepa — tłumaczył Szczypior.
— I nie ma języka — dodał kolega po fachu.

— Przepraszam Cię za to, co powiedziałem tam w parku. Rozumiesz, nerwowe życie.
— Co się dzieje?
— A co ma się dziać? Stara zatruwa mi życie.
— Coś o tym wiem.
— Rozwodu chce, kurwa mać. Po dwudziestu latach godnego i dobrego pożycia małżeńskiego!
— Rozwód…
— Ja rozumiem, że czasem się ludzie rozchodzą, bo nie pasowali do siebie i tak dalej… ale przez dwadzieścia lat człowiek przywiązał się do drugiego.
— No to może czas się odwiązać — powiedział Szczypior — Może powinieneś zabić swoją żonę i zbiec na Kostarykę?
— Bardzo śmieszne! Myślisz, że lepiej będzie uciąć jej łeb siekierą, czy oblać benzyną i podpalić?
— Ja swoją zastrzelę.

Szczypior przypomniał sobie malinowo — mleczny zapach skóry Ewy.

„Jeszcze wszystko można odwrócić. Wszystko zmienić można. Na pewno można. Strzała zegara cofa się. Samolot czeka. Możemy jeszcze razem polecieć na Kostarykę. Jeszcze dziś tam być”.

Ewa pachnąca truskawkami. Szczypior zaciągnął się truskawkową wonią ciała. Lecz nagle Ewa ulotniła się w powietrzu. Para wodna. Trzask otwieranej puszki. Śledź pospolity.

— Może się poczęstujesz śledzikiem, Szczypior — powiedział Wójcik — Co masz taką kwaśną minę?
— Truskawki może masz?
— Skąd ja Ci wezmę truskawki o tej porze? — zapytał poirytowany Wójcik — Sezon na truskawki się skończył.
— Życie się skończyło.
— Co mówisz?
— Mówię, że mamy piękną pogodę!
— To jest racja. Pogoda się udała wyjątkowo.

Godzina 13. W Radiu Mało Fajnym serwis informacyjny. Wójcik przekręcił gałkę z napisem „volume” w prawo. Głośniej. Spiker przejęty mówił z radia:

— Kolejny zamach w sercu Europy. Grupa czterech zamachowców — samobójców zdetonowała ładunki wybuchowe na lotnisku w Brukseli. Zginęło 30 osób, a 235 jest rannych. Liczba ofiar może się powiększyć. A teraz przenosimy się pod Sejm, gdzie Komitet Obrony Dobrobytu zorganizował manifestację przeciwko Partii Indoktrynacji Społecznej…

— Skurwysyny — wycedził przez zęby wściekły Wójcik.
— Niedawno Paryż, a dzisiaj…

Szczypiora ogarnął niezrozumiały dreszcz. Uczucie. jakby świat drżał i tracił krew. Czarnym flamastrem na kartce napisał:

Świat umiera
W radiu ostatnie
Agonalne jęki
Drgawki przedśmiertne 
Nie wiem czy go dobić
Czy zadzwonić po karetkę

Słysząc słynny przebój młodzieżowy „I fuck you in my car” pomieszany ze smarkaniem i kichaniem Wójcika, zdawało mu się że świat dostał biegunki.

24115419_2040507156183270_1883137219_o

Fragment 2

Chory z pokoju 326 był szamanem. Leżał na brzuchu, nieruchomo, mrugając co chwilę i krzycząc „Mania przebiła moje lustra na wylot!”.

— Antropolodzy uważają, że szamani byli pierwszymi kapłanami. Uzdrawiali chorych, brali na siebie grzechy świata. Ponoć pierwszy szaman wymyślił seks. Nazwał go, tym, który doprowadza do szaleństwa.
— A więc wszyscy, którzy uprawiają seks są świrami — stwierdził Szczypior.

Wójcik uważnie obejrzał plecy szamana.

— Co robisz?
— Eksplozja — stwierdza — Dokonała się eksplozja.
— Jak to?
— Szamani posiadają w sobie ukryte, niezliczone pokłady energii. Często szamani nie wiedzą, że nimi są. Otóż u szamana energia budzi się w nerkach, wzrasta, przechodzi przez kręgosłup, aby eksplodować w głowie. Ta energia może nawet przebić na wylot czaszkę…
— Mania przebiła moje lustra na wylot!
— Szamani muszą uważać, bo przy eksplozji może nastąpić oczyszczenie albo…
— Można dostać pierdolca — dokończył Szczypior.
— No i niestety. Pan Szaman dostał pierdolca.
— Neuroza? — zapytał Szczypior.
— A co to takiego?
— Wszczepienie elektrody szczęścia powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu.
— Tak… a czy pojmujesz, co znaczy zabić samego siebie?
— Może kiedyś spróbuję…

Wójcik odszedł, ale Szczypior usiadł naprzeciw Szamana i przyglądał się mu przez dłuższy czas. Obserwował niespokojne ruchy szaleńca.

— Co Ty, Szczypior, zakochałeś się? — niecierpliwy głos Wójcika wybił go z ciągu myśli — Chcesz zostać szamanem?

Szczypior pochylił się nad szaleńcem. Odczuł, że jest on mu chyba najbliższy ze wszystkich ludzi na świecie.

— A czy Ty… mógłbyś mnie uzdrowić? Mógłbyś wziąć na siebie grzechy mojego świata? A może uczynisz mnie swym uczniem?
— Mania przebiła moje lustra na wylot! — odpowiedział szaman.
— Naprawdę, szczęśliwy człowiek!

Fragment 3

Tego dnia, jak zwykle po pracy udał się do »Violette« na kawę i ciastko. Siedział i patrzył na hipnotyzujące, fioletowe lampki, które wprawiały go w dziwny rodzaj melancholii. Czasem patrząc w blask owych światełek czuł, jak gdyby miał zostać tu, w tym lokalu, przy tym samym stoliku, od kilku lat stałym, ulubionym miejscu (dla Szczypiora ważne były takie detale) już na zawsze i tak patrząc, nie myśleć o niczym a tylko czuć melancholię, która przecież zła w zbyt dużych ilościach, czasem niezbędna jest, aby nie zwariować.

— Pobrudził się Pan! — miękki, dziewczęcy głos wyrwał go z Wielkiego Fioletu, lecz nie tak brutalnie, jak głos żony wyrywał z błogiego snu. To wyrwanie było zgoła inne. Już oburzony wykrzyczeć miał „Jak śmiesz?!”, gdy zobaczył przed sobą tę najpiękniejszą kelnerkę ze wszystkich kelnerek, która wszystko zrozumie, wszystko wybaczy i całą tragedię świata obróci w żart. Przez chwilę jednak nie zrozumiał niczego, co Chantal powiedziała.

— Może Pani nieco rozjaśnić?
— Tego chyba tak dosłownie nie potrafię. Chciałam tylko powiedzieć Panu, że Pan się pobrudził kremem z ptysia.
— Ach, no tak! — powiedział z ulgą i zaczął wycierać twarz, z nieukrywanym wstydem, bo zawsze niezdarny był przy kobietach — Widzi Pani, tak to już jest, że nie można tak zupełnie być czystym. Zawsze się trzeba pobrudzić.
— Pan to tak filozoficznie powiedział — wyrzekła zarumieniona — Pan jest pewnie pisarzem, albo aktorem?

Szczypior po chwili zastanowienia odpowiedział:

— W życiu przeczytałem mnóstwo książek, a napisałem tylko jedną, króciutką. Na szczęście nikt jej nie przeczyta, a jej autor nie zostanie pod żadnym względem zapamiętany. Być może tak, jak wielu z tych obiecujących pisarzy, którzy nazbyt przejmują się opinią społeczeństwa. Aktorami natomiast jesteśmy wszyscy. Pani też.

Popatrzył na Chantal. Wstydliwie opuściła wzrok i wtedy właśnie zrozumiał, że wprawił ją w niemałe zakłopotanie.

Byli sami w restauracji. Mogli więc swobodnie rozmawiać.

— A więc kim Pan właściwie jest?
— Już mówiłem. Aktorem.
— Chodziło mi bardziej, czym Pan się zajmuje.
— Ukrywam się.
— Da się z tego wyżyć?
— Przeżyć. To wystarczy.
— Na jak długo?
— Póki co, idzie mi nie najgorzej. Już czterdzieści jeden lat. A Pani?
— Dwadzieścia jeden. Prawie tak stara, jak Pan!

Szczypior uśmiechnął się łagodnie.

— A więc oczko.
— Oczko? — zapytała rozbawiona.
— Black jack, oczko, dwadzieścia jeden. Taka gra karciana. Hazard.
— Jest Pan hazardzistą?
— Żeby być hazardzistą — odpowiedział Szczypior — trzeba ryzykować. O swoim życiu mogę powiedzieć wszystko, oprócz tego, że było w nim jakieś ryzyko.
— Może to i dobrze, że nie jest Pan hazardzistą — stwierdziła Chantal — Kiedy się gra o wysokie stawki, to można dużo stracić. A nawet wszystko.

Szczypior uśmiechnął się raz jeszcze, lecz teraz gorzko i tym razem nic na to nie odpowiedział.

— Ja coś może źle powiedziałam? — zlękła się Chantal i natychmiast, jakby chcąc naprawić swój błąd wyrzekła — Widzę Pana od roku, od kiedy tu pracuję i podaję Panu kawę. Wybiera Pan zawsze ten sam stolik. Ten sam i siedzi Pan tak długo, nie spieszy się Pan, czeka na kogoś. Ale ten ktoś spóźnia się, albo nie może przyjść. Niby nic to mnie nie może obchodzić i jestem smarkula, ale za każdym razem sobie myślę, że coś bym chciała zrobić, żeby Pan nie był smutny. Gdybym znała tego kogoś, kto ma przyjść, a nie przychodzi, to bym go… ją znalazła i przyprowadziła.
— Naprawdę? — Szczypior poderwał się gwałtownie, rażony palącą myślą — Zrobiłaby to Pani?
— Tak.
— Przyprowadziłaby Pani?
— Tak.
— I Pani to wszystko mówi z pełnym przekonaniem? Z pełną wiarą?
— Staram się.

Szczypior wstał nagle, ujął drobną dłoń Chantal, a ona jej nie wyrwała, a on ucałował ją z namaszczeniem. A kiedy usta dotknęły jej skóry, to tak jakby umierający z pragnienia na pustyni dostał się do źródła chłodnej, krystalicznej wody. A w tym ucałowaniu była cała istota desperackiej chęci życia i żeby ktoś pomógł utwierdzić w przekonaniu, że warto naprawdę.

— Warto! Pani rozjaśniła wszystko!
— Pan jest naprawdę wariat kompletny!
— Poczytuję to sobie jako pochwałę!

24167290_2040507216183264_1655798052_oKontakt z autorem: regulski-dariusz@wp.pl

Całość książki można nabyć pod adresem: https://ridero.eu/pl/books/ewka/

Zamieszki na globalnym sportowym zlocie dla zdolnych inaczej

g17.6-P

W Biblii czytamy: „Do męża, który idzie za nakazem kontroli, nie należy nawet jego pluskwa”.
ROK 2017 rozpoczął się od zgoła mogilnie ponurego ogłoszenia podanego przez naukowców. W styczniu grupa mogących wyrządzić ogromne fikołki finansowe badaczy oznajmiła, że świat niebezpiecznie zbliżył się do największej katastrofy w historii. Totalna bunoferia centusiowatych burżujów, mających czelność zabierać głos w tym, co w narodzie jest przedstawiane jako wartość to przyczynek do chęci wzniecenia płomieni w umysłach. Prędzej niż do traktowania polskości jako burżuazyjnej kato-błazenady, bo to, będąc tym właśnie NIEfałszywym chrześcijaninem boli, a nie śmieszy.  W Indoeuropejskim niezainfekowanym społeczeństwie rozmowa szlachcica z żebrakiem była czymś normalnym, i patrzył mu w oczy jak człowiek, bo szlachic rozumiał istnienie, a nie był wyznawcą durnych dogmatów ideologicznych. Między innymi to doprowadziło do niebezpiecznego przestawienia wskazówki minutowej świętego Zegara Zagłady o 33 sekundy do przodu. Zegar ten ma pośrodku tarczy złotą bombę atomową jak piłkę rugby i wskazuje teraz tylko 2 min 30 sek do północy, co oznacza, że jesteśmy bliżej globalnej katastrofy niż kiedykolwiek w ciągu minionych 44 lat!

W roku 2018 naukowcy przebadali plan aktualności tych doniosłych potrzeb ponurego ogłoszenia. Czy Zegar Omni Fellatum będzie wskazywał północ i bezprecedensową katastrofę, coś porównywalnego do ejakulatu wulkanu na małej wysepce na skalę planetarną? Możliwe, że nawet panu prezesowi trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. W końcu nawet specjaliści nie są co do tego zgodni. Wcale nie wszyscy ludzie wierzą w szerzące się domieszki o jaszczurowartych humanoidach, za to dają im wiarę wyznawcy objawień fatimskich.

Tak naprawdę miliony ludzi patrzą w przyszłość optymistycznie. Ich zdaniem istnieją dowody na to, że ludzkość i nasza planeta będą trwać wiecznie i że jakość naszego życia się poprawi. Ich dowody są bezapelacyjnie wiarygodne, zupełnie jak ortodoksyjna wykładnia Pisma Świętego, albo jawnie protorasistowski przekaz świętej księgi bystrouchego narodu – Tory. Czy więc świat wymknął się spod kontroli?

„Zegar Zagłady to międzynarodowy symbol pokazujący, jak blisko jesteśmy zniszczenia cywilizacji przy użyciu stworzonych przez nas niebezpiecznych technologii. Wśród nich na pierwszym miejscu znajduje się broń nuklearna, ale zagrożeniem są też technologie parapsychiczne, wirusy w rodzaju choroby chrystusiej, przegrywającej ostatnio sromotnie z chorobą mamonią – choroby mogące wpływać na zmianę zdrowego oglądu świata liczy się w tysiącach – oraz wpełzające człowiekowi przez oczy i uszy mikroelektroniczne robaczki, które zostawiają plombeczkę w korze mózgowej, rozwijające z powodu błędu w obliczeniach lub na skutek przypadku, ludzi o wynaturzonych, śmierdzących ja — a tacy mogą wiele zmienić na naszej planecie czy nieodwracalnie zmienić nasz styl życia” (Bulletin of the Atomic Scientists).

Przekaz z tybetańskich krypt

.:.

podpalić gwiazdy flag
spopielić mieszczański świat
kopać, drążyć, wykrajać
aż po zmarłych kości

żyć gorączkowo, suwerennie
i znakiem Kaina bez litości
szanować, kultywować
czym się prajaszczury odurzali
jaźni swe płomiennie poznawali

tako rzecze czarny kot:
trzodo wieczna!
trzodo w tył zwrot!

bo wasz komfort, w stagnacji trwanie
wasze konta bankowe, wikt i pasza
wasze hipermarketowe przystanie
trafi ogniem diabeł,

ogniem, co nasyca sam siebie
jedynym słusznym głodem

jego
Oko

23561644_2008059909427891_3653056122096703905_n.jpg
Ziarno przemiany iskrą świadomości. Próba sigilizacji wizji wężowego szwu rzeczywistości doznanego w psychodelicznym stanie umysłu.

Maciej Filipek – Ogień podkładany pod fundamenty.

Sam o sobie: piszę wolno, żyję szybko.

 

FUNKCJE SĄ ŹLE PRZYPORZĄDKOWANE

Gmach starego teatru pozostawił się po sobie
ukruszoną formą budynku, płatami wstającej farby,
wyburzoną ścianą działową, zapachem stęchlizny i pleśni.

Rzędy wypłowiałych foteli. Rampa rzucająca cień.
Scenografia w rozkładzie, larwy robaków
w resztkach pożywienia po bezdomnych.
Przez sen pisali scenariusz snu.
Zostawili zegarki, więc na pewno wrócą o czasie.

Aktor zdjął z siebie skórę i zapomniał tekstu.
Aktor przypomniał sobie słowa, ale nie było już skóry.
Znalazła się skóra, to zniknął aktor. Widziano go,
tekst zaniemówił. Powiedziano kwestię,
przymierzono skórę. I tak bez końca.
Garderobiana przygotowuje strój nieudolności.

Sprzysięgło się. Sufler za kurtyną zdrzemnął się na krześle,
oparł zmęczone plecy o oparcie krzesła.

Widzowie powinni czekać na ostateczną scenę
rozpadającego się szkieletu montażysty.
Kiedy to nastąpi opuszczą teatr. Nie przyszli.

Na deskach stąpały kroki, przetaczała się kula światła,
podnosił kurz w blasku, mienił jak drobinki śliny
reżysera ciągle niezadowolonego z gry podległych dublerów.

Nikt nie mógł zagwarantować przedstawienia na odpowiednio
wysokim poziomie, gdyby odtwórcy głównych ról zachorowali,
a co najgorsze umarli. Miałem rację, mówiąc o wieczności.
Rekwizytor rozdaje przedmioty, powietrze, wodę, oddech,
a ogień podkłada pod fundamenty.

 

pożar.jpg
Surtr Ferr Sunnam!

STREET VIEW

Na mapie oznaczyłem miejsce.
Łezka na zrzucie ekranu podpowie mi,
gdzie był najbardziej obfity wysyp.
Sprzedam tę informację na tajnych kompletach miłośników zbieractwa.

Zapytałem grzybiarza, gdzie zbiera się największe okazy.
Wskazał kierunek, więc odbiłem w przeciwny. Wiedziałem, że kłamie.

Zapisałem współrzędne odosobnienia.
Wszedłem w jego przezroczysty kokon
i śniłem, że mnie nie ma. Dojrzewałem do formy teraźniejszej.

Zapisałem współrzędne miejsca, gdzie przelewała się łąka,
jednostajne brzęczenie owadów.
Odbiłem się od ścianek w szklanych bańkach dźwięków.

Zapisałem współrzędne tego rykoszetu.
Przyleciały ptaki, zapisałem współrzędne miejsca żerowania.
Zaniosły mnie do gniazd, ale wiatr je rozniósł. Gniazda, nie ptaki.

Wróciłem na miejsce odosobnienia,
lecz w kokonie dojrzewał już ktoś inny.
Wracałem po bezdrożach, za mną ktoś szedł po drodze.
Sygnał nawigacji zanikał, wyprowadziłem się w pole.

Czarna ziemia. Tłusta od deszczu, ciężka.
Ten, który szedł za mną został i czeka na zasięg.
Wróciłem do wyjścia. Ktoś przychodzi i zostawia nam chleb.

Czy to jeden człowiek rozprowadza siebie?
Co z chlebem, który nie ma zdolności dzielenia się chlebem?

 

ścieżka.jpg
il. k-wrzywąż

 

SZEŚCIOKĄTNY KAMIEŃ A KWESTIA ŚLIZGU NA WODZIE

Tak długo trwa napisanie frazy o wojnie,
bo każde słowo z tej frazy trzeba oglądać
kilkukrotnie jak ostatni grosz. Ze wszystkich stron

opukiwać je, ważyć i pieścić jakby wybuch wojny miał zależeć od ciebie,
a czuły dotyk sprawi, że rozwścieczone zwierzę będzie ułaskawione.
Ułoży się pod nogami, wydasz mu komendę.

Słyszysz nakładające się na siebie ptasie głosy.
Z gniazda wypada pisklę, które bierzesz za znak przeciwko sobie
i stawiasz jeszcze bardziej ostrożne kroki.

Kto na kogo więc wpadł?

Jeśli ty martwy na siebie żywego,
to dlaczego nie czujesz.
Jeśli ty żywy na martwego siebie,
to dlaczego czujesz.
Jeśli czujesz, to dlaczego – słowo
– jesteś martwe wobec cierpienia,
a podziwiasz radość, jeśli mówię tobą o radości.

 

acephale
rysunek z okładki pisma redagowanego przez Georegesa Bataille’a

 

ANTRESOLA

Dopiero ciemność powiadamia o istnieniu równoległych światów.
Otworzyłem drzwi i w oknie odbiło się wejście do korytarza,
ale jakby zawieszone za szybą. Pielęgniarki, które nie pozwalają
nazywać siebie siostrami, chociaż wszystko wskazuje
na wyraźne związki krwi, wychodzą z pustymi strzykawkami,
a wracają z substancją wyciągniętą z wypłowiałych łodyg.
Rośliny usychają i kruszą się pod dotykiem własnej materii.

Pielęgniarki wstrzykują płyn do naczynia, podpalają palenisko,
gałązki naniesione na gniazda są gniazdom odebrane. Warzy się.
Użyją najcieńszych igieł, takich którymi bezboleśnie wkłują się
w sny pacjentów i zamieszają w nich tak jak ja, który wkładam rękę
w szklaną kulę osłaniającą żarówkę nad wejściem i wybieram światło.
Ożywają suszki much, komary, pszczoły i ciemki.

Od tej pory wszystko wydaje się zakurzone jak stary,
do tego zmurszały fotel z niestniejącego już teatru.
Pada śnieg. W śniegu sypie się popiół. Dość powiedzieć,
że przed gmachem stoi jeszcze kolejka. Widzowie
wymachują biletami i złorzeczą. Sztuka ma się nie odbyć,
a mimo to bileterka wciąż przyjmuje pieniądze i knuje.
Sufler domawia jej kwestie. Dziękuję, przedstawienie
jest skończone, chociaż jeszcze się nie zaczęło.
Za każdym razem akcent pada na inną sylabę,
stąd to nieporozumienie i niedomyślność ulicy.
Z limuzyny wysiada jedyna aktorka i wypada
z niej szkielet, lecz nikt jej nie zauważa.
To mogłoby wzbudzić panikę, przezroczysta
zwaliłaby się gwałtownie na mnie żywego.

Nie powiedzieć, że na parapecie siada wróbel, to nie za mało.
Ptak okazuje się być napuchniętą kroplą. Więc pęka
w nim cząsteczka śpiewu rozpisana na dwugłos,
z którego ten pierwszy dopiero szuka przynależności do dźwięku,
a drugi dobywa się z mojego gardła. Przy czym śpiewam
tak cicho, że niczego nie można poznać po samym ruchu warg.

Jeśli korytarz odbił się w szybie, to musi się to powielać.
Postanowiono o jeszcze jednym oknie i jeszcze jednych drzwiach,
które po otwarciu rzucą jeszcze jeden blask i wszystko rozświetlą.

Ktoś otwiera drzwi i szpital staje się nieskończenie nieskończony.
Nie rozumiem, dlaczego odmówiono przyjęcia kilkuletniego chłopca.
Jego matka wyciera łzy przed głównym wejściem,
dzwoni dzwonek jej serca na antrakt.

 

sercecierniowe

 

CANCER

Do znajomych przyjąłem
Oziębłość Seksualną i Najlepsze Horrory.
Biorę udział w pranku.

Pasterz prowadzi owce.
Popęd i lęki.

Biegnę. Mam sen jak w lesie
depczę po kostkach.
Zwapniała ściółka i pleśń na roślinach.
Pękają krople, słychać trzask gałęzi.
Igły robią hałas na moją prośbę: zróbcie hałas.

Miasto nie ma zbyt wielu punktów zaczepnych,
są za to umiejętnie rozstawione.
Chorzy na raka ciągną za sobą chorych.
Zatraceni w szaleństwie ciągną do zatraconych.
Mądrzy trzymają z mądrymi, głupcy szukają głupców.

Stoję wykluczony na przejściu dla pieszych
i pies z kulawą nogą. Co nam mówi skrót.
Jaki jest kod językowy, że nie rozumiesz
osamotnienia, o którym wyraziłem się jasno.

Z jaką częstotliwością drży czerwone,
że z całą pewnością bierzesz je za jednostajnie świecące.
Na zdjęciu rentgenowskim płuco
przysłonięte niemowlęcą piąstką.
Na płucu ptak odrywa się od ciebie.
Śmierć cały czas w nas gaworzy i potrząsa grzechotką.

 

TIARA

W kontakcie radarowym twoje inicjały i dzisiejsza data
są indeksem, po którym cię wywołujemy.
Zapraszam do relacji na żywo z katastrofy ludzkości,
z podciętymi skrzydłami runęła ku ziemi.

Zostaw ślad kciukiem, serduszkiem lub emotikoną Wow!
albo wyłącz z aktualności i udawaj, że ludzkość nie istnieje.
W korespondencji radiowej słychać tylko trzaski.
Ktoś idzie po wirtualnym lesie i kruszy gałęzie.

Fala elektromagnetyczna prostuje się.
Stada widoków są aktualnie w wędrówce,
pochylają się na brzegu i piją z poidła.
Mrówcza praca ludzi zmniejszonych do rozmiaru ziarna.

Mapa zniknięć jest rozłożona. Pulsują i przechadzają się kroki zaginionych,
uchwyt umarłych na wskazówkach mojego zegara nie wytrzymał.
Ześlizgnęły się palce. Na łodzi, którą z tej odległości nie sposób wyłuskać,
płyną ludzie. W punkcie na niebieskiej łące zmieszanej z głosami.

Motyl usiadł na antenie, przepływa przez niego częstotliwość.
Komu jesteś przeznaczony w mikrokosmosie
sygnałku z pyłem na wielkich skrzydłach?

twentythree.jpg
liczba sygnifikująca synchroniczność, znaki i przemianę
naglovv.jpg
autor niezidentyfikowany

Enteogeny

obudziłam się bez powiek.
usiadłam na brzegu naszej małej wanny
i płakałam.

sen pełen był ciernistych krzewów,
przez które przedzieraliśmy się
by dotrzeć na cmentarz
pełen nagrobków porośniętych mchem,
upstrzonych odchodami ptactwa.

zgubiłam cię tam,
zniknąłeś mi z widoku jak na taśmie w markecie
znika światło po zeskanowaniu
kodu z towaru.

odnalazłeś się, ale nie wiem,
czy przybrałeś postać trupa,
czy zjawy już będącej poza mną.
za daleko.

krzyże pokryte pajęczyną
migotały od czasu do czasu
w stroboskopie, rozpływając się,
tak jak ty przed chwilą,
przed wiecznością;
te rozbłyski mówiły mi,
że jednak jesteś, musisz żyć,
albo odrodzić
gdzieś głębiej i we mnie.

obudziłam się bez powiek
które widziałyby ciebie po staremu.
nastąpił ciąg odtworzeń, retrospektyw,
widm, pamiątek, czy upamiętnienia.
pamiętałam, by upamiętnić i ją.

czy to jest miłość, którą odprawiłeś?
to były dwie miłości,
które spoczywają teraz blisko siebie
w pokoju wiecznych wskrzeszeń.

z filmu, który oglądaliśmy,
kiedy jeszcze miałam powieki
i mogłam je zmrużyć, kiedy padły zdania:
didn’t she understand? there IS only life.
death doesn’t exist. –
zapamiętałam. prekluzja wzruszeń.

płacz w środku nocy.
– śnij dalej. tak już może być.

ciągle nie mam powiek.
cieknę.
to ogniwo pośrednie.
liczę spokój na minuty, godziny, miesiące.
poczułam się nowa i bezbronna jak embrion.
cały czas zajmuje mi wzrastanie, kształtowanie,
ból przyjścia na świat.

obudziłeś się, przy papierosie powiedziałeś,
że mnie kochasz. cieknę, choć powieka odrosła
i drży w swej pamięci

co czuła,
jakbyś wziął ze mną nie śmierć, a ślub.

GvS

a
źródło niewiadome

Bystra krew płynie wbrew

Łaska Bogów, a raczej pewnego konkretnego, o którym pospólstwu mówić nie należy (a którego wysłannikami było Trzech Króli), może być rozpoznana po tym, że każdy dzień na nowo zachwyca, uczy i wynagradza, każdego dnia przybywa się w istnienie, to jest poszerza się zakres swojej świadomości. – k-wrzywąż

3

Zły Demiurg – kolaż Gertrudy v S. Ciężarek na szyi, zgryzota a nie źródło jaźni.

dździernik

Gorejący różaniec

Matko Boska Bolesna, łkamy ku Tobie iskrami z głodnych, żarliwych, zmęczonych oczu. Czy poczuł ból Ten, co świat począł? My z innego ojca rozkrzewiamy w sobie ziarno, a Wiedzą jego miano.

draśnięciegłębiej

nie dotykając rękoma tego, co poza, nigdy się nie pokaleczysz

wykonano 5 IX, poprawki 4 X

Processed with VSCO with m3 preset

Czy jeśli płatki Róży byłyby łuskami, Bóg zapłakałby nad człowiekiem ognistymi łzami?

Processed with VSCO with t1 preset

Autorzy. Według wskazań naukowych wysokofunkcjonujący autyści, transgresujący socjopatię. 93/93

4

Oto jest światło, oto jest studnia. Cień zza pleców jej szepnął, że z nienasycenia zrodzeni Nasyceni będą zbawieni.

Miejcie na uwadze nasi mili, ażebyście nie przekminili: nie ma to być wszystko żadna wyrocznia, a raczej od nich wszystkich odskocznia.

.93:33.

zWiedzony

mówisz
że ludzkim jest ścierpienie
plagiatów własnych
cierpień?

co jest ludzkie
w błędzie
w pojedynczym sposobie jego popełnienia
w jego mnogości powtarzanej rytualnie

słudzy boży
ZJEDLI BOGA
o pomyłce wiedzą wszystko
wiedzą wszystko o mnie
siarczystym beknięciem w kuchni plebana
ciało boże się trawi

a mnie dziś nawiedził anioł pański co zwiastował bestię
bestia w tym pokoju przybrała mój rozmiar moją postać
widziałem wyraźnie kształty języków ognia na ścianie
nie zląkłem się
nie ugiąłem kolan nawet
a anioł wysunął podwójny swój język
i mówił czerwienią, kolorem rdzenia
pojęcia wszystkiego
jak gdyby słowa były splunięcami boskiej krwi

– dramat popełnienia błędu jest odchodem anioła

błąd
– powiedział anioł do człowieka
choć gównem padało mu spod ogona
– błąd
to wytrych do krain wyższego rzędu

ciąg dalszy nastąpi
w nie do końca przewidywalnym
biegu wypadków

historia nie negocjuje pomyłek
spodziewaj się wielkiego udziału w tym dziele

dopilnuj
by się powtarzały
powtarzały się narastająco

bestia będąca mną ziewnęła i poczułem smród
zwiastujący ulgę

 

patronka wersów wyklętych

Gertruda v S

draco
Róża Alpha Draconis, wyhodowana przez GvS, ugwieździł K-wrzywąż

Gennadiy Nikolaevich Aygi – Cisza

Wiersze tego poety pochodzenia czuwaskiego, których prezentujemy tu pierwsze polskie przekłady, zostały już przetłumaczone na ponad 20 języków i otrzymały niezliczone nominacje do Nagrody Nobla. Obrazuje to czujność polskich wydawców promujących gówna pokroju xyz, a ślepych na rosyjskiego Bukowskiego. Polski przemysł poetycki smyra starej lochy cycki!

 

Cisza

1

w niewidzialnym blasku
startej w proch melancholii
znam bezużyteczność tak jak biedni znają swój ostatni skrawek odzienia
i stare przybory
i wiem, że ta bezużyteczność
jest tym, czego kraj ode mnie potrzebuje
niezawodna niczym sekretny pakt:
milczenie jako życie
zaiste przez całe moje życie

2

milczenie jest hołdem – ale cisza jest dla mnie

3

wzrastając w przyzwyczajeniu do ciszy
jak bicie czyjegoś serca
jak życie
niczym dobrze znane tam miejsce
i czyżby to ja jestem – jak Poezja jest
i wiem
że moja praca jest zarazem ciężka i ku samej sobie
niby bezsenność nocnego stróża
na miejskim cmentarzu

1

XIX
A we mgle
zielony dąb
nie ma nic mocniejszego niż gałąź
czym by śpiewać mógł

XX
Te ręce i ta głowa
pozostaną z tymi, którzy zginęli na obcej ziemi-
dym z lokomotywy uderza nas w twarze
aby okraść nas z pamięci raz i na zawsze

XXI
A i wtem – spokój, jakbym
był sam na świecie
I burza za oknem, burza w ogrodzie
i burza w ogrodzie, burza na polach

XXII
A dzień zapadł cicho, jakby coś
znaczącego w nim umarło,
a lis śpi na wzgórzach
pokryty swoim czerwonym ogonem.

 

Cisza

1

odkąd pamiętam cokolwiek
wiem
poprzez ból w moich oczach
gdzie i czym co dmie
nasza cisza jest oświecona
a reminiscencje wystarczają
tutaj gdzie łomoczą przebudzenia

2

i ci, od których zaczął się czas na dojrzenie światła Pana
po raz pierwszy przybyli aby odróżnić
czerń od bieli
i pogrążeni w zadumie pośpieszali do kontaktu
więc to jest – biel
a to czerń

3

więc wybuchnąwszy
w wizje innych odmian
i w wycia co poprzez lata
wdepnęły we mnie szukam
połączeń jak strugi
napierających pokrytych kpiną
niczym łopianem
gdzieś w jarze
sam
(lub też jak to było
od czasu do czasu
samotnie i czysto
nikt poza mną i polem
cały świat)

1955—1956

2

Wracając do Baudelaire’a

nie wygasanie
(z papieru
ku światu)-

pan
jakby
gdzieśkolwiek
obecny:

twarz
niby boska – w popiołach – uchwycona:
nie – „ja” umysłu
trzaskająca – płomieniem!… –

w oblicze tego wiatru
jasne światło nieczłowieczeństwa

1967

 

Dla Maxa Ernsta: Bliźniacza Róża

wepchnięta przez – nie jak w światło dnia
lecz w światło Idei
wepchnięta przez – i usadowiona
bliźniacza róża: niczym myśl w pokoju

1969

 

fot. Gertruda von S 2014, tłum. katastrof wrzywąż i GvS