Sny w ultrafiolecie

Wniosek z ostatniej psychozy. Psychotyczne zaburzenie osobowości to albo coś, co się realizuje / przekształca w schizofrenię, albo rezultuje poniesieniem śmierci w wyniku nie przeciwstawienia się ryzyka, albo też coś, z czego się wyrasta.

Na psychozę złożył się dobrze już poznany czynnik indukowalny, a do ponownej jego indukcji na pewno nie prowadził żaden proces racjonalny, poza lekkomyślnym przyzwoleniem na zagłuszenie głodu psychicznego lubej, nie wchodziło tu też raczej w grę – przynajmniej do momentu przed samą indukcją – świadome zaigranie z ogniem / niebezpieczeństwem, celem penetracji potencjalności szaleństwa. Szaleństwo to wcale jednak nie pachnie zniesieniem ograniczeń, a wręcz przeciwnie, narzuceniem jednego nader obelżywego, a gdy już jego podszepty zaczynają milknąć nie niesie ze sobą nic poza struciem, samo-obrzydzeniem i totalnym wypłukaniem mózgu z serotoniny i jako takie przypieczętowuje kres przygód autorów z /oh niestety/ 4-cmc. W międzyczasie przekonują się, że 3-cmc jest o piekło lepsze i że lęk o stratę wszystkiego, na czym w życiu im zależy, może zostać paranoicznie wyprojektowany aż do postaci urojeń wizualnych i uobecnić się w skowycie dobywającym się z rozwartej klapy w umyśle, poprzez którą jazgoczą w głowie myśli jak najgorsze, złośliwie ucieleśniające największe zarzuty wobec siebie, jakie byliby sobie w stanie postawić. Strudzony tym wszystkim do upadłego, zdołałem jednak następnej nocy odnotować następujący sen…

radosc

Przyszłość – wycieczka krajoznawcza emerytów z Niemiec przez Podlasie. Jadą rowerami przez pole przecinające rozległe lasy za miastem, w stronę obwodnicy wiodącej do jednego z hipermarketów. Tam jedna z babć będzie usiłowała przemycić przez kasę alkohol przelany do butelki po wodzie z cytryną. Obok na taśmie zapiszczy islamistyczna ulotka, na co kasjer – eunuch zwróci uwagę ochroniarzowi – eunuchowi, a ten – sam ciapaty – odpowie, że to do cholery nie jest żaden produkt, ani próba dywersji, ani nawet orzeczenie o niepełnosprawności, które – w dni takie jak ten – pozwoliłoby dotrzeć do jakiejkolwiek poszczególnej osoby (bowiem w dniach tych przewalać się miało przez podlaskie hipermarkety już od zajebania islamistów). Następnie ochroniarz wyciąga zapalniczkę i podpala ulotkę, na co robi zbliżenie białym narzędziem kamerzysta z tefałenu.

Wtem przeskok w dwa miejsca jednocześnie, połączone wspólną akcją i osobami, acz nie wszystkimi – operator od kamery, czarnoskórzy siwoocy fakirowie – mistrzowie tantry i farmakolog – etnobotanik – religioznawca, zarazem w oświetlonej zimnym blaskiem ognisk czarno-skalistej jaskini, jak i w wypełnionym niczym kontener śmierciami po brzegi wnętrzu sklepu ze sprzętem elektronicznym, po kolei: operator – kręci dokument, czarni fakirzy – medytują śpiewając gardłowe mantry, wydmuchują odurzający dym i spalają sobie krzaczaste, siwe włosy na brwiach i sutkach, zaś etnobotanik-farmakolog spożywa rytualnie, w towarzystwie współwystępującego z tą naroślą dziwacznego stworzenia – gdzieś między pająkiem, skorpionem, a wężem – nowo odkryty halucynogen w postaci wywaru z kępek fosforyzującego mchu lub grzybni.

Pod wpływem tegoż zapada w długi, wizyjny trans, zbliżony niemal do jaskiniowej hibernacji, w trakcie której objawia mu się, że jest kim innym i bierze udział w tajnym rządowym projekcie badawczym, podczas którego wchodzi w kontakt z kosmiczną istotą, sprawującą władzę nad prądem i ogniem, ukazującą mu się jako umaszczony czarno, wężoskóry, ponad 3-metrowy białowłosy i lodowato-niebieskooki anioł, który w trakcie spotkania ukazuje mu sekret zmiennokształtności i wygina prądem w indukcji elektrycznej ciało człowieka tak, że nad głową zastyga mu twarda niczym z metalu, półokrągła obręcz. Po wybudzeniu naukowiec doznaje rozdwojenia jaźni i wydaje mu się, że jego alter-ego ze snu usiłuje wykraść mu jego odkrycia.

Myśli odklęte

Uważam, że w chwili śmierci życie człowieka wyświetla mu się w formie klatek/klisz, jakby jechał w przyspieszeniu pociągiem w tył scenariusza swojego życiorysu i obserwował pourywane sceny przez przyciemniającą lekko obraz szybę.

Rozsądek jest cechą zachowawczą, a nie poznawczą. Elementem niezbędnym do zbierania maksymalnej ilości świadomych doświadczeń bywa lekkomyślna odwaga.

Być może najlepszą miarą jakości człowieka, jest to, w jakiej mierze Poznanie może nasączyć go Obłędem, nie prowadząc do krachu maszyny psychicznej i utraty zdolności utrzymania się na powierzchni zastanego świata.
Teza ta ma charakter spekulatywny, a nie krytyczny i nie powinna być rozpatrywana jako jakakolwiek wskazówka a propos ścieżki życiowej.

kolarzerz
kolaż wykonany na Oddziale Chorób Wątroby, aut. – katastrof

Każdy tunel rzeczywistości jest jak pole teatru, matryca, usnuta z pól jak na szachownicy, a pola te są wszystkie jak kwadratowe sceny odcięte od siebie kurtynami. Ultymatywnie, postrzeganie takie wiąże się z dostrzeżeniem władzy bezwładu, do przejęcia sterów przez Chaos, a gdy rozpozna się tożsamość jego płomienia w sobie z tym powodującym Stawanie się wszechświata, gdy wejdzie się z Nim w harmonię, można uzyskać potencjalnie kompletne Poznanie tego, co się dzieje na świecie i w człowieku.

Być może wchodząc sukcesywnie – poprzez medytację, trans, rytuał i / lub zastosowanie psychodelika – w stany świadomości, w których wszystko jest ze sobą połączone i wszystko jest jednym, gdy uzyskuje się wgląd w ukrytą naturę rzeczy i można odczytać większe z mniejszego oraz dalsze z bliższego i przyszłe z obecnego, dostępuje się możliwości uchwycenia lub zapisania tego wglądu, tak, aby jego podszepty były słyszalne nawet już na trzeźwo, po opuszczeniu tego stanu. Zachodzi tu jednak duże ryzyko ułudy i trzeba – posługując się intuicją – wiedzieć, kiedy należy tych podszeptów słuchać, kierując się postulatem skupienia na Teraz.

Wilczaste gryfy, każdy rosły jak kilkudziesięcioletni dąb, zrywają hakami roślinność ze wzgórz, demaskując skały. Gromadzą się hordy. Gdzie pójdą tacy jak wy, o tym pomyślimy my.
Ludzka, blada, owłosiona głowa o rozwartej szczęce w kształcie wykręconej kostki rubika rodzi węże.
Byłem zahibernowany w kokonie, ciągnięty na wózku ciemnym tunelem przez dostrzeganą zza okrywającej mnie powłoki jaszczurowatą, człekokształtną istotę.
Płynąłem astralnym prądem elipsami w dół i w przód, wyginany wgłąb, aż znalazłem się wśród schronów przeciwpancernych z wieżyczkami jak kurhany z płyt z czarnego metalu, obmywanych przez nocny wiatr.

Xeper, czasownik, oznacza poszerzenie egzystencji na dalszy poziom istnienia

Fraszka pożegnalna

Brunatna heroina
w zanadrzu ręki finał
ale brunatna heroina
to już nie moja dziewczyna
Studnio maku! Nie napiję się
już z ciebie, bo zbyt poznałem siebie
Choćby SzataniAnieli wołali wgłąb topieli
Wykluwam się, minąwszy rozpadliny swego
ja – obliczu Bogów powiem tak! do cna
i Nocy Płomieni, gdy się przejawi
niezmiennie zmienny wąż niemiłosierny
Żegnaj maku! Za pan brat, acz
swoim widmem mnie już nie strasz.

tiamt

Jedwabiste Poznanie

Migający niebieski język płomienia
a wokół niego tęczowe halo

Postulat bycia sobą, procesowania tożsamości
bywa zawirusowany urojeniami
Należy je odsiać jak połów z sieci Diabła

Należy nie tracić skupienia
na ogniskowej zmiany w hierarchii dążeń
I bez litości transcendować granice
zaprzeszłego, schorzałego ja

Miłość podług Woli nie może
zostać zakryta czerwoną kurtyną
Bo to ona świeci wskroś diamentowych
oczu pradawnego Smoka
Dawcy Poznania

fierySnake

Płonięcie

Jest człowiek, który gdy znajduje szczęście
nie przestaje wciąż szukać
bo jest ogień, który nie gaśnie,
gdy się nasyci

Był włóczęga, który poznał ciemność
I dostrzegł czarny płomień w swojej duszy
Nie przestawał szukać i błądzić,
transgresować
tworzyć, niszczyć i deptać
Zadawać cierpienie i dawać jadowitą miłość

Skończył się, gdy przy ognisku
za drutem kolczastym, w leśnych chaszczach
Pod powiekami ujrzał Tyfona-Seta, płomień w kotle Tubal Kaina,
a poczęty wtedy Syn zrodził się z jego Matki

Są ludzie jak puste naczynia, odwieczna trzoda
Im i podług nich są dyktowane prawa
Ale nie ma Prawa ponad czyń swą Prawdziwą Wolę

Gdy na długo przed świtem gasną płomienie
i wilgotna ziemia pragnie nas połknąć
Płoń na naszych czołach, cudowny Wężu!

Regresja do przeszłych wcieleń – raport z próby

Wpierw doktor Gutowski zbeształ mnie za opublikowanie cytatu z Crowleya z okazji narodzin syna:
Drżyj radością życia i śmierci! Ah! Twoja śmierć będzie śliczna. Ktokolwiek ją ujrzy będzie rad. Twoja śmierć niech będzie pieczęcią obietnicy naszej długowiecznej miłości. Chodź! Unieś swe serce i raduj się!” Rozumiem jego reakcję, jednak uznałem w tamtym momencie te słowa za stosowne, mając na uwadze to, że sprowadzając żywą istotę na świat, niejako wydałem ją na śmierć, choć chyba przeceniam tu swoje siły sprawcze, bo prędzej to on wybrał te życie, tak jak każdy z nas – nie ważne jak by nie próbował tego negować – swoje. Śmierć jest źródłem życia, a destrukcja jest przyczyną zmiany, a więc tworzenia.
Położyłem się na wyścielonym płachtą białego ręcznika łóżku, wyciszyłem myśli, wyrównałem oddech i zapadłem w medytację, wsłuchując się w instrukcje doktora, który wpierw kolejno kazał mi przypominać sobie wydarzenia z różnych okresów życia, coraz bardziej w tył, z naciskiem na te, w których czułem się komfortowo, lub podejmowałem właściwe decyzje. Od 5 lat w tył przeszedł do mojego pobytu w matczynym brzuchu. Gdy zapytał gdzie jestem, odpowiedziałem, że w płomienistej kuli światła. Polecał mi cofać się wciąż wstecz.

Wtedy ujrzałem chudego, wysokiego, bladego i zarośniętego mężczyznę w szarej szacie, z kosturem w dłoni, stojącego w sandałach obok studni u stóp drzewa, na którego gałęzi siedział kruk. Doktor zapytał mnie, co mam na nogach, próbując zlokalizować okres dziejów – stare sandały wskazywały by na ciemne wieki, jak mniemam. Na pytanie czym się zajmowałem, odparłem, że poznaniem i wróżeniem oraz że byłem pustelnikiem. Nie jestem pewien na ile było to autentyczne doznanie hipnotyczne, a na ile coś podyktowanego wyobraźnią, czy ego. Ale gdy dr polecił mi się cofnąć dalej ujrzałem palenisko z wysokim płomieniem na pustyni i stojącego u jego stóp zielonoskórego humanoida o gadzich oczach, w stroju pilota. Zza jego pleców nadciągnął kosmiczny mrok nocy, w którym spadały gwiazdy. Następnie spostrzegłem siebie zakutego w kajdany w ciemnym lochu, gdzie przez wąskie zakratowane okienko w kamiennej/ceglastej ścianie wpadał wąski promyk światła. Kolejną inkarnacją, która mi się objawiła, był żywot kata. Stałem na podium, znacznie potężniej zbudowany niż kiedykolwiek w tym życiu, nagi od pasa w górę, poza czarnym trójkątnym kapturem/maską na głowie, z okrwawionym toporem w dłoniach, przy pieńku, obok którego leżała w kałuży jucha ścięta głowa. W międzyczasie widziałem też lecącego na tle nieba, ciemnego dinozaura. Ostatnie z wcieleń, jakie mi się wyświetliło był to konający od rany postrzałowej na piersi żołnierz, zapewne Afrikakorps, wyrzucony z rozbitego samochodu pancernego na pustynię. – Co robisz? – Umieram. – Wróć teraz do łona matki, co widzisz? – Dostrzegłem okrągły, fioletowy obłok lub źrenicę, otoczoną czerwoną energią. Promieniowało z niej na mnie światło, tak że miałem wrażenie, że dostaję oczopląsu. Było to doświadczenie, które przypomniało mi moją nieudaną próbę przebicia się po 5 g. suszonych grzybów psylocybinowych. Nie byłem wtedy gotowy, zbyt schorzały od politoksykomanii.
W dalszym etapie sesji doktor polecił mi się zastanowić, w którym momencie obecnego życia zbłądziłem oraz jaką mam misję. – Być dobrym ojcem – I mężem – skwitował. – Wydaje mi się, że moim zadaniem jest budzenie w ludziach iskierki Chaosu – ale masz też obowiązki. Co do momentu zbłądzenia rzekłem, że nastąpiło to kiedy otworzyłem sobie zbyt wiele kanałów i w mój umysł wkradł się demon (jego oblicze ukazało się raz na pokrytej krwią mojej ś.p. konkubiny klapie od sedesu). Doktor kazał mi go sobie zwizualizować i przywołać. Ujrzałem smoczą, ciemno-krwisto-czerwoną istotę o z grubsza ludzkim kształcie, o zrogowaciałej skórze zbudowanej z łusek, z długimi szponami i rogami wychodzącymi z łokci, stóp i kolan, oraz o głowie zakończonej czymś w rodzaju zakręconej jak płomień korony. Jej oczy lśniły niesamowitym, lodowatym, lazurowym, gwiezdnym światłem. – Czy mówi coś do ciebie? – Nie, tylko się patrzy. – No to skoro on nie potrafi gadać po ludzku, to będziesz z nim gadał dupą. Potrafisz go powiększyć i zmniejszyć? – Tak. – To zmniejsz go do rozmiarów znaczka pocztowego. – Tak. – Przyklej go na wewnętrzną stronę muszli klozetowej. – Tak. – Weź głęboki wdech, przytrzymaj, odlej się, spuść wodę i zamknij klapę i wypuść całe powietrze.

tyfonset23
fotomanipulacja na bazie zdjęcia chmur wyk. w okolicy Krakowa

I tak to mniej więcej wyglądało. Doktor stwierdził, że nauczył mnie metody oczyszczania i radził blokować myśli, ilekroć usłyszę, że wkrada mi się w nie demon, lub gdy zaczną wędrować w złym kierunku (powiedziałem, że te momenty poprzedza niepokój). Jednak od kiedy wstałem z posłania, czułem lęk w klatce piersiowej, a wkrótce potem rozbolał mnie brzuch.
Później trzeba było iść do roboty, ale miałem kilka refleksji, w tym, że być może nie jestem nawiedzony, a obecność demonicznego elementu we mnie nie jest wynikiem jakiejś intruzji, tylko zostania złowionym na wędkę przez wytrawnego rybaka, jakim jest Set-Tyfon. Przyczynił się on w jakiejś mierze do śmierci onegdaj najbliższej mi osoby i wystawił mnie na liczne skrajne doświadczenia, w tym wielokrotne otarcie się o śmierć. Definitywnie nie potrzebuję już takich przygód, ale potrzeba poznania zawsze pozostanie konstytuująca dla mojego charakteru. Czas jednak poznać życie od strony, która do tej pory była przeze mnie (z powodu pychy, pasji i głupoty) wzgardzana, tj. od strony odpowiedzialnego człowieka, a nie kierowanego niezrównoważonym głodem zmienionych stanów świadomości lekkoducha i socjopaty. Inna nauka, którą wyniosłem dzięki doktorowi, to że każdy z nas wybiera, jakich myśli ze swojego strumienia świadomości słucha i za jakimi podąża, a więc także co czyni; jak odbiera i jest odbierany przez świat. Zauważam, że makrokosmos w końcu zaczyna mi sprzyjać, być może dlatego że jeśli jeszcze nie rozpoznałem, to jestem bliski poznania swojej Prawdziwej Woli.

Iluminacje budzących się z Czarnej Nocy Duszy

GvS:

Rzędy gęsto rosnących drzew zamieniających się w trumny, stojące jedna za drugą aż po horyzont. Maleńka trumienka dla niemowlęcia. Uczucie strachu.

Jak mnie całujesz, widzę cały Kosmos.

Fale Bałtyku i nisko nad nimi posztormowe chmury i słońce przebijające się przez nie białymi promieniami.

Jaskółka na żelaznej, ozdobnej w różne wzory bramie.

Jezioro w lesie otoczone sitowiem, na jego brzegu wyrzucone przez wodę ludzkie kości.

Spadające w ciemności gwiazdki śniegu o wyraźnie zarysowanych kształtach; zmieniają kolory niczym zorza polarna.

Opuszczona chata pustelnika w głębokim lesie, podczas śnieżycy. Staram się dobrnąć do niej przez zaspy i rozpalić ogień, trzymam naręcze chrustu, drugą ręką trzymam się za brzuch. W tej chacie przyjdzie mi urodzić. Jest noc i słychać z oddali wycie wilków. Księżyc świeci srebrzysto-białym światłem, nienaturalnie wielki i o nienaturalnej jasności. Drzewa uginają się pod ciężarem śniegu, głównie wielkie świerki. Z trudem otwieram drzwi chaty, w środku panuje ciemność, przez małe okienko wpada pojedynczy promień księżyca. Rozpalam chrust i drewniane meble (stołek, jakąś ławeczkę), kładę się na klepisku i rysuję palcem w brudzie okrąg wokół siebie. Słyszę wycie wilków. W tej chwili rodzę syna.

Człowiek z głową sępa podnosi złotą laskę zakończoną wężowym pyskiem i błogosławi mnie.

Stara świątynia w lesie, katakumby.

Dwie sroki na zamarzniętej tafli jeziora; jedna leży martwa, druga wydaje się, jakby pełniła nad tą martwą straż. Wszystko skąpane w ostrym słońcu, tafla jeziora lśni pokryta lodem i śniegiem, mienią się tęczowo pióra srok.

fraus23
GvS, fotomanipul. aut. ktrstr

Domek na drzewie w lesie, mały chłopiec w czerwonym ubranku wspinający się na drabinkę, wiewiórka wspinająca się równolegle z nim po korze drzewa. Domek ma nad wejściem wymalowaną Gwiazdę Thelemy, chłopiec to mój syn, budował ten domek wspólnie ze swoim ojcem.

Planeta ziemia widziana z kosmosu za xxxx lat, kontynenty poprzesuwały się i połączyły tak, że tworzą wzór trupiej czaszki.

Fioletowo migoczące fraktale na granatowym tle; zmieniają się w płatki śniegu na tle granatowo-fioletowego nieba, widać na nim zarys stojącej bokiem postaci w kapturze.

Gęsty zagajnik, lisia jama wykopana w ziemi.

Rozbłyskujące fraktale.

Antyczny, zarośnięty ogród (lub cmentarz) z kolumnami pokrytymi bluszczem u wejścia do niewielkiej świątyni.

Wybuch bomby atomowej, wszędzie jest oślepiająco biało jakby padał śnieg.

Obraz przy otwartych oczach: droga, śnieg, mróz, pole na niewielkim pagórku na którym rośnie jedno drzewo. Do tego drzewa chcę żeby K. mnie przykuł i żebym […] żywota. […] spala papierosa a potem zbliża się do brzegu, a woda obmywa mi stopy.

Niespokojne, wzburzone morze w nocy w świetle księżyca, wyrzucające na brzeg wrak starego statku, jest drewniany, nie ma masztu i wygląda jak zabaweczka, brzeg jest skalisty i fale na pewno rozbiją go na drobne kawałeczki.

Dróżka w nocy w lesie w śniegu pod świecącym księżycem, po bokach ośnieżone świerki. Idę z dzieckiem w ramionach aż dochodzę do kamiennego ołtarza gdzie je kładę, przewijam i całuję.

Patrzę w górę, ponad czubkami drzew ciemne, rozgwieżdżone niebo.

Gniazdo z wężycą pilnującą swoich jaj.

Piwnica lub lochy w jakimś zamku, wszystkie cele pootwierane i puste, pochodnie płoną na kamiennych ścianach.

Uśpione w wózku niemowlę w czerwonej czapeczce w białe kropki.

Dywan z wyhaftowanym pomarańczowo-czarnym kotem.

Stada motyli frunące na łące za moim rodzinnym domem.

Oko cyklonu z którego zstępują na ziemię w zastępach bogowie i demony (apokalipsa?).Złoty rydwan zaprzężony w hybrydy smoków i lwów, siedzi w nim bóg Chaosu i wskazuje na mnie złotym berłem zakończonym Ouroborosem pośrodku którego płonie serce otoczone cierniami.

K., K., K., K., K., K., K., K., K., K., K., K., jego piękna twarz i oczy wpatrzone we mnie, ujmuje mnie za ręce i skaczemy z wysokiego klifu do morza, cały czas patrzymy sobie w oczy, cały czas trzymamy je otwarte aż do zderzenia z wodą.

Nasz Syn jest moim oczkiem w głowie, chcę mu wynagrodzić to, co przeżył, kiedy był w moim brzuchu.

Obozowisko Wikingów otoczone wysokim murem z drewnianych pali, unosi się zza niego dym.

Różne kształty, takie jak: gołąb, obrączka, serce, obracają się i świecą fluoryzująco w ciemności jak hologramy.

Idziemy z synem na pierwszy spacer do lasu. Jest zafascynowany. Przyklęka przy wielu grzybach i roślinach jakby składał im hołd.

Trzy róże wyrzeźbione w kamiennym łuku nad drzwiami prowadzącymi do świątyni.

Niebo całe w złotych gwiazdach, wygląda jak malowidło, fresk. Stoję na peronie i czekam na K. i na pociąg jadący nad morze. Jest to jakaś maleńka stacyjka na odludziu, nie wiem, skąd się tam wzięliśmy. Mówię do K., że z podróży ze mną się nigdy nie wraca. Uśmiecha się.

Mój, mój, mój, mój, całkiem nagi, jest przykuty łańcuchem w ciemnym lochu, przez niewielkie okienko wpada światło księżyca i widzę, że jego skóra ma lekko fioletowo-siną poświatę i gdzieniegdzie rosną mu łuski. Kiedy otwiera usta na mój widok, widzę język węża. Oczy też ma jak wąż, zmieniają szybko barwę, w tej chwili tęczówki są intensywnie jasnozielone. Pomyślałam, że trzeba go zanieść do terrarium lub inkubatora ale w tej samej chwili on się budzi, wyrywa z kamienia łańcuchy, podchodzi skulony i mnie przytula. „Chodźmy stąd, już nigdy nie będziesz musiała tu być” – mówi i ujmuje moją dłoń. Mówi, że wie, gdzie jest statek (kosmiczny) którym opuścimy ten padół łez. Zaczynam ewoluować podobnie jak on, wyrastają mi łuski, zmieniają się oczy.

Szkielet odziany w szkarłatny płaszcz, trzymający złote berło na którym jest globus, obracająca się planeta Ziemia.

x

Sowa pohukująca w nocy z dzwonnicy kościelnej. Kościół tonie we mgle, otoczony jest wysokimi, srebrzystymi w świetle księżyca drzewami. Wszędzie zdaje się unosić dziwna poświata / aura mijania, rozkładu i śmierci.

Ośnieżony las i widoczne szczyty górskie dookoła. Wyczuwam obecność stworzeń z nordyckich mitologii i baśni.

Mnóstwo powycinanych z gazet oczu, ich krawędzie palą się jaskrawym płomieniem, wszystkie są we mnie wpatrzone.

Śnieżnobiały lis na śniegu, wokół niego okręg ze śladów krwi.

Rozwijające się w przyspieszonym tempie pąki egzotycznych kwiatów o wydłużonych kielichach.

Zarys opalizującej niebiesko czaszki kruka, wygląda jak wyrzeźbiona z lodu.

Orzeł z rozpostartymi skrzydłami i w aureoli niczym duch święty.

Leżę w lesie na mchu, nade mną korony drzew i rozgwieżdżone niebo.

Krople krwi wyciekające z rany.

Właz do podziemnego bunkru.

Inwazja szkodników w ogrodzie pełnym pięknych kwiatów.

Noc, ułożony w lesie z ogromnych białych głazów ołtarz z powykłuwanymi runami, na nim palenisko do składania ofiar, mała rynienka z boku wielkiego blatu z której zapewne ścieka krew ofiar do dołu przypominającego miniaturową studnię, przy której stoi gablotka z kielichami, pucharami i misami, by można było tej krwi zaczerpnąć i w trakcie rytuału zakosztować. Za ołtarzem znajduje się czerwona kotara rozwieszona na pobliskich świerkach. Za nią znajduje się wejście do kamiennej groty, gdzie na ścianach suszą się rośliny psychodeliczne i grzyby a półki skalne zapełnione są zapasami w wielkich słojach lub wysuszonych wiszących warkoczach roślin. Na jednej ze skalnych półek znajdują się też terraria z gatunkami zwierząt wydzielających albo śmiertelny jad (np. skorpiony, węże) albo substancje psychodeliczne (np. żaby). Terraria są jasno oświetlone lampami czerpiącymi prąd z akumulatora w ścianie. Dalej prowadzi wydrążony w skale korytarz, wygląda, jakby kiedyś była tu kopalnia czy coś podobnego. Ze ścian i sufitu wystają ogromne, ostro zakończone lodowe sople. Jaskinia w niektórych miejscach się rozwidla i droga prowadzi do różnych pomieszczeń, np. biblioteki, sypialni, sali obrad, sali modlitewnej, kostnicy i czegoś w rodzaju grobowca, w którym stoją szklane inkubatory – urny podłączone do mocno zaawansowanej aparatury. W owych kapsułach śnią od wielu, wielu lat jacyś ludzie (flashback DXM). Są oni wybrani, ale tam, gdzie przebywają ich śmiertelne ciała i umysły nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Każdy ma misję, drogi niektórych na tamtym świecie się przetną, co będzie komplikować ich życie, ale każdy Uśpiony wróci stamtąd Zwycięzcą. Na ścianie w szklanej gablotce podświetlonej w ciemności wiązką ultrafioletu wiszą czekające na nich medale. Każdy z nich przedstawia orła z rozpostartymi skrzydłami w którego szponach znajduje się skrzyżowany kwiat maku i piszczel. Na szkarłatnej, wyszywanej złotą nicią szarfie, która wisi w gablotce nad orderami widnieją słowa: WIR KAPITULIEREN NIEMALS! Przy każdym z medali doczepiona jest wstążka – od koloru granatowego po jasnoniebieski, kolory te symbolizować mają stopnie trudności poszczególnych misji i ilość poświęceń / osobistego bólu / wysiłku / i zaangażowania by jednak misję ukończyć.

Wulkan u podnóża którego jakieś plemię odprawia magiczny rytuał; ubrani są w skóry zwierząt a w dłoniach mają laski zakończone ludzkimi czaszkami.

Szaroniebieskie oko cyklonu jako przejście do innego wymiaru, obraca się i migocze srebrzystą łuną.

Otoczony fosą zamek, wojska wrogich żołnierzy gromadzą się przed nim ale nie sposób sforsować bramy. Nurkują by sprawdzić, jakiego rodzaju siłą tak stoi. Zamek leży tuż na klifie w bardzo bliskim położeniu morza.

Cały dom od środka porośnięty pnącymi różami i bluszczem. Zasłaniają one okna, panuje półmrok. Wtem nadchodzi sztorm, wiatr wyrywa drzwi i wybija szyby w oknach, woda olbrzymimi falami wlewa się do wnętrza, spieniona i ciemnogranatowo-zielona, zalewając poszczególne pomieszczenia zdaje się jednak przezroczysta. Pnącza róż i bluszczu unoszą się w wodzie jak glony. Lekkie meble, przedmioty codziennego użytku i książki unoszą się na wodzie pod sufit. Fale wypychają z następnego z pomieszczeń białą dziecięcą kołyskę. Nurkuję i zaglądam do tego pokoiku: na ścianach ma wymalowane wysokie pod sufit konwalie, kępki mchu, gałązki krzewów owoców leśnych i skupisko dorodnych muchomorów. Tylko dwie przylegające do siebie ściany są tak pomalowane, dwie pozostałe mają bardzo jasny, rozbielono-zielony kolor. Na ścianie w rameczce ozdobionej glinianymi ptaszkami znajduje się fotografia Naszego Dziecka. Trzyma się na jednym gwoździu i gdy woda zalewa dokładnie pokój, odrywa się od ściany i również płynie w górę.

Na pokład statku wlewają się fale, zapas paliwa w beczkach wybucha i zajmuje go płomieniami. Podpływają krokodyle i rekiny ale nie uważam ich za niebezpieczne.

Będziemy mieć trumienkę wyłożoną czerwonym aksamitem, z rogami i wąskimi żółtymi ślepiami.

023093
fotomanipul. aut. ktstrf

Katastrof:

Pajęczyna utkana w spirale.

Kokpit operacyjny jakiegoś samolotu albo vrila.

Przez chwilę widziałem gościa o kompletnie białej skórze, uśmiechał się, wszystkie jego zęby były ostro zakończone, tęczówki miał czerwone a na głowie koronę.

Widzę jakąś mapę, pokazuje wyspy i morze, spomiędzy fal wyłania się olbrzymi niebieski wąż.

Podziemne laboratorium ze szklanymi gablotami, w jednej z nich zamknięta jest biała sowa. W innych są głównie jaszczurki.

Widzę cylinder wzrostu człowieka zakończony czerwonym spiczastym dachem. Z boku ma panel operacyjny.

Wchodzę do Czerwonej Świątyni, drzwi są metalowe i fioletowe. Trzeba wpisać kod na czarnym domofonie. Wpisuję „2393” i drzwi się uchylają, ale tylko na tyle aby niziutki, starszy, siwiejący mężczyzna zerknął na mnie przenikliwie zza okularów swoimi lazurowymi oczami o gadzich źrenicach. Wpuszcza mnie do środka. Podłoga jest kafelkowana, kafle ułożone są w czarno-białe zygzaki. Na ołtarzu jest księga a po bokach ołtarza ustawione są ogromne metalowe paleniska.

(rys.). Ołtarz obsypany jest różami a za nim na ścianie znajduje się witraż przedstawiający rudowłosego błazna o wężowych łuskach. Ma spiralnie podwinięte końcówki butów i jest zobrazowany w pozycji jakby tańczył, prawa noga uniesiona i obrócona w lewo, odkopuje jajo (złote) wokół którego owinięty jest zielony wąż. W paszczy trzyma purpurowe jabłko (rys.).

Skrzyżowanie smoka z białym orłem w złotej koronie, z otwartą paszczą i wystającym rozdwojonym wężowym czerwono-fioletowym językiem.

Widzę chimerę o gadzich, prostych nogach zakończonych pazurami, w tym pazurem na pięcie. Górna część ciała jest ptasia. Jest upierzony na rudo-biało a na głowie ma jakby pióropusz z płomieniście zakręconych piór. Paszczę ma gadzią, ze skrzydeł wyłaniają się dłonie, jedna trzyma węża a druga puchar, do którego skapuje jego jad. Postać stoi u niewielkiego lecz wysokiego na kilka metrów ogniska przy stromym klifie nad morzem.

Zegarki, okna, budynki, skrzynki pocztowe, kłódki na łańcuchach, lampy uliczne, rury biegnące pod tym wszystkim.

Ciemność utkana haftem zawierającym w sobie kształty kości, kwiatów i sieci.

Platforma wiertnicza gdzieś na dalekim północnym morzu.

Boczna nawa kościoła, po bokach stoją wazony z czerwonymi różami i metalowe rzeźby kotów. Na środku jest obraz przedstawiający fioletową humanoidalną postać. Jego aura jest obrysowana żółtym, czerwonym, zielonym, pomarańczowym i karmazynowym.

Naga kobieta siedząca na złotym tronie do którego wiedzie biały dywan; trzyma w dłoni doskonałe jabłko.

Gość w kominiarce szykuje się na zamach, pakuje broń do walizki, zamyka bagażnik i rusza. O 4:00 nad ranem wdrapuje się na wieżę białego kościoła, czai się tam ze snajperką na wizytę kogoś bardzo ważnego.

Grunt wyłożony ciemnozielonymi grubymi marmurowymi płytami. Jedna z płytek jest uchylona do góry, odsłania okrągłe wyżłobione w odwrócone swastyki zejście po drabince do tunelu – wiodącego w głąb, żłobionego dookoła w swastyczną mozaikę. Z tunelu wychodzę do pomieszczenia: ma szare, piwniczne, nieotynkowane ściany. Zza ściany wystaje wysunięte z szuflady metaliczne łoże. W miejscu gdzie delikwent miałby głowę gdyby położył się nogami do szuflady jest zaczepiony czarny gumowy kabel do duszenia go. Od spodu ten kabel przechodzi przez łóżko i jedna z jego końcówek jest ozdobiona otwartą paszczą węża.

Stojący w jaskini reptilianin w czarnym habicie z purpurową przepaską. Ramiona ma podniesione, zgięte w łokciach pod kątem prostym i w obu dłoniach trzyma pochodnie, z których jedna płonie ciemnofioletowym a druga ciemnozielonym ogniem.

Jaskinia w sklepieniu której jest tunel, z którego zwisa łańcuch i na nim można się wspiąć na szczyt ośnieżonej góry.

Skrzaty w zielonych mundurach z długimi brodami, przepychają szlaban graniczny jak Niemcy na początku II WŚ.

Zielony człowiek, zamiast brwi ma czterolistne koniczyny, z nosa wyrasta mu mech, ma wąsy z fiołków a z ust wystaje mu długi prążkowany rozdwojony język. Na głowie ma finezyjne rogi, na końcówkach zawinięte w spiralę.

Szara powierzchnia jakby skały ale podzielona na siatkę heksagramów, w każdym z nich znajduje się hieroglif przedstawiający jakieś zwierzę, rośliny i bogów.

Posesja jakiegoś szlachcica, która ma kształt trójkąta przy czym na dachu są uskoki. Nad wejściem jest wyrzeźbiona twarz białego człowieka z rogami jelenia. Śmieje się.

Idę najpierw ścieżką wśród mchów i traw przez drewniany mostek nad górskim strumieniem, wspinam się coraz wyżej, wchodzę na zalodzony, zaśnieżony płaskowyż pośrodku którego niby wychodek stoi budka stróża. W środku jest skórzany fotel obity ćwiekami i biurko. Na biurku leży drewniana figurka chłopca z odłamaną głową. Stoi tam również telefon, mały stary telewizor wektry, w którym leci jakaś pokurwiona komedia i muskularny facet w masce z ogromnymi króliczymi uszami podnosi ramiona. Podnoszę słuchawkę i widzę czarno-szarego wilkołaka o fioletowych oczach i fioletowym języku. Z oddali dostrzegam postać majaczącą pod gałęzią samotnego drzewa. On zapewne tutaj rezydował. Schodzę z tego płaskowyżu w dół, w bukowy las, gdzie pojawiają się stare, ciemne świerki i powykręcane dęby. Docieram do półokrągłego muru obronnego twierdzy. Okna dla strzelców na górze mają kształt muchomorów. Całej twierdzy już dawno nie ma, w jej miejscu stoi wiedźmia chata.

Widzę kwiaty, kobierce kwiatów układające się na wzór mozaiki.

Gwiazdozbiory przesłonięte czerwoną łuną wśród której zaczęła się wyłaniać aztecka fraktalna struktura z jaszczuroludzkim demonem w zbroi pośrodku. Stał jakby u wyjścia jakiejś twierdzy.

Szeroka świątynia z białej cegły z zaśniedziałym zieloną rdzą dachem i zaśniedziałymi niebiesko-szaro-zielonymi drzwiami. Nad wejściem jest podtrzymywany przez cztery kolumny okap / sklepienie w kształcie A a na nim w okręgu z przodu jest narysowane kozie oko. Wchodzę do środka. Po boku, po lewej stoi manekin kobiecy i mówi z nagrania przez usta „Gutenmorgen, w czym mogę pomóc?”. W głębi pomieszczenia jest […] a w zasadzie dwa modlitewniki. Przy tym po lewej klęczy dziewczyna o rudych włosach i zielonych oczach. […] w pomieszczeniu jest podparta kolumnami.

Dworek otoczony wysokimi tujami i świerkami, ma osobny ogród.

Pomarańczowo-żółte zwoje grubego kabla zgięte w spiralę.

Gołąb zamknięty w ouroborosie.

Wrażenie jakbym leżał pod wypolerowanym, drewnianym wiekiem.

Wnętrze świątyni o ciemnofioletowych cegłach w kształcie łusek.

Na tle poziomych linii śnieżących i różnobarwnych jak w TV nastawionym na nieistniejący kanał widać cień postaci. Być może jest to mój cień i powinienem go w siebie wchłonąć.

Okrągłe wyjście z kanałów na powierzchnię, stoję we wnętrzu tunelu, którego środkiem płyną ścieki. Przede mną jest wgłębienie w ścianie, z którego zwisa miedziany dzwon.

Postać, która jest złożona z różnobarwnych rombów, jest ciemna, tylko lekko podświetlona jak hologram.

Otwarta paszcza jakby niedźwiedzia o ciemnoniebieskich wargach, pełna okrwawionych kłów. Wokół niej rozrasta się oko o tęczówce złożonej z warstw okularów.

Fabryka z ogromnym metalowym kołem z dźwignią przymocowaną do podłogi i szybem windy, którą w górę jadą szare metalowe szafki, w których śpią Uśpieni.

Niebieski zarys kozła, a następnie kobiety lub figurki kobiety.

Przedramię i dłoń szarego wężowego człowieka. Ma czarne pazury.

Jezus przybity do Algiza, brzuch ma opasany z frontu czaszką ze skrzyżowanymi piszczelami, wygląda jak ta z czapek Huzarów Śmierci.

kristurweb

Tunel w szaro-niebiesko szachownicę, biegnący w dal i wciągający mnie, na jego końcu okrąg czerni o krawędzi jak ostrze piły zębatej, tyle że ostrza mają kształt płomieni, a odeń odcina się postać gnostycznego kapłana w czarnym habicie z kapturem; rękoma wykonuje magiczne gesty.

Czerwony, holograficznie lśniący wizjer w fioletowo – szarym hełmie o skomplikowanej konstrukcji, przypominającej te znane z niektórych prastarych indiańskich płaskorzeźb (rys.)

Ciemno-szare kształty płatków śniegu ułożone ze świerkowych gałązek.

Na zawieszonego Jezusa spogląda z gałęzi płomienno oka sowa.

Ciemno – czerwona, świecąca nieludzko gadzia źrenica otoczona ciemno-niebiesko-zieloną obwódką, a wokół ornament szronu, dębowych liści, kwiatów maku oraz róży.

Obustronny, zakrwawiony topór kata rozebranego do pasa, w czarnej, płóciennej masce. Wokół jego stóp pełzają węże a przed nim stoi pieniek u którego podnóża leży jasnowłosa głowa. W masce ma wycięte tylko dziurki na oczy a pod nią jakiegoś gogle. Na umięśnionym brzuchu ma olbrzymią bliznę w kształcie (rys.).

Fraktale wśród których widzę niebieskie szkielety dwóch leżących na boku, odwróconych twarzami do siebie ludzi.

Fioletowy okrąg z czarną promienistą otoczką, odbija się, leci w górę i zmniejsza.

Teraz mam wrażenie, że Twoje wargi są fioletowe.

Kształt małego dinozaura który dopiero co się wykluł z jaja.

Otoczona tujami biała kolumna na której szczycie w złotym palenisku płonie ogień. Fioletowy dym wzbija się w niebo.

Widzę niebieskie dwuletnie dziecko ze spiczastymi uszami i ostrymi zębami.

Czarownik w czerwonym habicie przewiniętym w pasie kremowym sznurem. Trzyma kostur na którego czubku jest okrągła lampa symbolizująca księżyc. Jednak pali się tylko jej brzeg jak w księżycu w nowiu. Czarownik idzie ziemną drogą przez piękny, zielony, wzgórzysty krajobraz. Zanurza się w las u podnóża góry i podchodzi do drzewa na którym jest umocowany domek dla ptaka. W środku siedzi kruk. Czarownik otwiera domek a kruk wskakuje mu na wyciągniętą rękę i siada na ramieniu. Wspinają się na wzgórze, wtem jakieś 600km stamtąd spada bomba atomowa. Niebo zapala się łuną i uderzenie wiatru łamie drzewa. Grzyb atomowy kształtem przypomina dąb. Czarownik czyni gesty rękoma i wypowiada zaklęcie co powoduje wyczarowanie tarczy, która chroni go przed uderzeniem. Czarownik zbliża się do zielonych drzwi do sejfu z okrągłym pokrętłem, a na ścianie jest duże narzędzie z kodem do wbicia, na górze ma rząd cyfr na czarnych, metalowych kółkach. Kruk zlatuje mu z ramienia i siada na barierce a Czarownik wklepuje kod i odkręca koło. Otwiera drzwi i wchodzi do małej, ciemnej świątyni z posągiem wysokiej postaci w fioletowej koronie na głowie przyozdobionej rubinami w kształcie rombów. Ten posąg przedstawia Setha który w ręku trzyma kostur zakończony głową kobry a lewą ręką przyciska do biodra grubą czerwoną księgę ze złotymi tłoczeniami na okładce. Za posągiem jest właz w podłodze, Czarownik podnosi go i schodzi po drabinie do katakumb, gdzie półki są wypełnione ludzkimi i zwierzęcymi szkieletami.

Teraz jestem pod ziemią na metalowej platformie. Spod spodu zionie ciemność, jakby była tam jakaś przepaść.

Widzę twierdzę z trzema wieżami zakończonymi krużgankami. Na każdej wieży jest maszt z flagą. Jeden przedstawia wygięte w okrąg maki, z których główek wychodzą wężowe języki. Inny przedstawia purpurową różę w białym okręgu na czerwonym tle. W środku róży jest Gwiazda Thelemy. Trzeci przedstawia vrila z odwróconymi runami SS. Na podwórzu między murami twierdzy stoi wysoka drewniana chata z wieżyczką przypominająca kościół. W środku po bokach stoją ławy a na ołtarzu jest posąg pokrytej szaro-żółto-zielonymi łuskami postaci, która zamiast nóg ma dwa węże ogony zawinięte w ósemkę. Ma rude włosy i brodę i gra na flecie a z głowy wyrastają mu niewielkie rogi. Za nim, we wgłębieniu ściany jest obraz przedstawiający zabójstwo Abla przez Kaina. Niebo na nim jest lazurowe a chmury różowe. Jeden z witraży przedstawia Jezusa powieszonego na Algizie, opisanego wcześniej, z tym, że ma przebity bok i kruk wydziobuje mu wnętrzności. Na ramieniu siedzi mu wiewiórka i próbuje podać w łapkach Jezusowi do ust orzech. Obficie krwawi od cierniowej korony. Prawe oko ma zamknięte, a lewe otwarte.

IMG_20161230_130811.jpg
kolaż aut. GvS

Przybita w lochu ogromna tarcza zegara którą przesłania półprzezroczysty hologram głowy płomiennookiej sowy. Gwóźdź na którym zawieszony jest zegar jest czarny i kapie z niego smoła. Wszystkie klatki są puste za wyjątkiem ostatniej, gdzie siedzę ja jako nastolatek, a naprzeciwko ja jako starzec. Wtem wchodzi mój syn, nagi poza czerwoną przepaską na biodrach, z pękiem kluczy. Starzec siedzi w pozycji jogina i medytuje a ja jako nastolatek siedzę pod ścianą z podkulonymi kolanami. Mój syn otwiera klatkę, w której siedzi młodzieniec, podnosi go za dłoń i wymierza mu siarczystego liścia w twarz. Nastolatek spluwa krwią i zaczyna się śmiać. Klęka przed synem i całuje mu stopę. Wtedy ten kładzie mu rękę na głowie, rozchyla usta i wlewa do gardła zawartość fiolki, którą miał zatkniętą za pasem. Sztyletem przecina więzy, którymi młodzieniec ma skrępowane ręce i nogi, narzuca na niego habit i daje świecę, każąc iść za sobą. W stróżówce siedzi prawdziwy potwór. Ma długi pysk, prążkowane, czarne wargi, czarne oczy, uszy osła i krzywe rogi na głowie. Mój syn wrzuca do naczynia przed nim kilka monet i wyprowadza mnie jako młodzieńca dalej. Bierze pochodnię ze ściany i wchodzimy schodami na górę. Młodzieniec podąża za nim gęsiego, trzymając świecę w dłoniach. Otwieramy drzwi i trafiamy do sali głównej zamku. Na sali jest ustawiony olbrzymi stół na czerwonym podłużnym dywanie prowadzącym do schodów które prowadzą z kolei do wyżej położonych komnat. Na końcu stołu siedzi okropnie stary król oblany winem i piwem, ślina mu cieknie z ust, chrapie. Mój syn wyciąga lewą dłoń a prawą posypuje proszkiem i wtedy na tej lewej dłoni zapala się płomień. Podpala królowi brodę i włosy, ten się ocyka i zaczyna jęczeć. Wtedy młodzieniec odrzuca świecę w stronę firan, zdejmuje królowi koronę z głowy i wciska ją ostro zakończonymi rogami w jego twarz, wyłupując oczy. Wtem w bocznym przejściu migocze światło pochodni i słychać szczęk zbroi i mieczy. Jedna z firan podpaliła się od świecy. Seth bierze sól ze stołu i wysypuje nią na posadzce okrąg w centrum którego usypuje Aegishjalmur. Strażnicy nadbiegają i widzą króla. Wpierw machinalnie wyciągają miecze, jednak gdy najśmielszy z nich próbuje się zamachnąć na Setha, jego miecz napotyka opór na wysokości krawędzi okręgu w którego środku stoi Seth razem ze mną. Wtem jeden ze strażników – brodaty Nordyk, zdejmuje hełm, podchodzi do tronu i przewraca go kopnięciem. Wojownicy patrzą po sobie, ustawiają się w równy szereg przed Sethem, klękają na jedno kolano i wyciągają miecze klingami w jego stronę.

Globus, na którym spoczywa czerwono-skóra dłoń o granatowych pazurach.

Jestem w ciemności podziemi rozległej hali. Jezioro faluje pod moimi stopami, a ja dostrzegam jaśniejszy prostokąt stalowych drzwi. To winda, naciskam czerwony przycisk i drzwi się rozsuwają bezszelestnie. Na całej przeciwległej ścianie jest wizerunek Boga Pana, z rudawymi kręconymi włosami, kozią brodą, szeroko uśmiechniętymi ustami, odsłaniającymi okrwawione, ostre zęby; w oczach ma obłęd, a na głowie dwa rogi. Mimo nich mieści się na niej również wydziergana na drutach Mikołajewska czapka w białe kropki. W środkowej kropce jest gwiazda Thelemy. Czapka zakończona jest pomponem w kształcie jabłka. Postać jest przedstawiona na tle żywopłotowego labiryntu. Gdzieś w pobliżu unosi się płomień i w ciemnoniebieskie niebo wzbija się słup czerniawego dymu. Bożek trzyma gołębia przybitego do równoramiennego krzyża z konarów.

Fioletowe kształty profili różnych postaci – psychiatry, szamana. Jan Paweł II wygrawerowany na czarnej skrzynce pocztowej. Z głowy wyrastają mu czułki w kształcie halucynków.

Widzę insektoida o olbrzymich jak u muchy czerwonych oczach, ciało ma szaro-zielonkawe, a z głowy wychodzi mu czerwona, zawinięta w dół w spiralę jak u motyla „trąbka”. Z głowy wystają mu czułki opierzone jak u pawia.

Na ścianie jaskini malunki Neandertalczyków, wśród nich mandale i bindruny oraz sylwetka postaci z ogonem i skrzydłami.

Ciężkie, szarozielone, łuskowate powieki i głęboko błękitna tęczówka ze źrenicą tworzącą lewoskrętną spiralę.

Ujrzałem pyzatego ok. 10-letniego blondynka w czerwonym napoleońskim kubraczku, z oczami przewiązanymi zakrwawionym bandażem, w pantalonach i kozaczkach, z ręką na temblaku. Zza niego z ziemi wyłania się wychudły, blady kapłan w szaroniebieskiej szacie, z kosturem zakończonym głową kobry. Przywiązuje chłopca do pala, buciorem zakreśla wokół niego okrąg (podwójny) i sztyletem podrzyna mu gardło, by ten wykrwawił się jak świnia. Pierwszy kruk zeskakuje z ramienia szamana i rozpoczyna żer. Pal obgryziony praktycznie do samych kości zostaje spalony, a ciemny słup dymu staje się kolumną łączącą podziemie z niebem.

Justyna Koronkiewicz – Słowa, które przeistoczą krew

Z zaszczytem prezentujemy subiektywny wybór wierszy prawdziwej poetki, mieszkającej w górskiej chatce, której tomik pt. “Szamanka” można zamówić ze strony: http://justynakoronkiewicz.pl/ ; twórczość to silna tożsamością i mądrością natury.

 

Słowo też rozpada się w pył

pamiętam twój głos
trzy razy głębszy od studni z której
czerpałaś wodę
zapadałam się w nim jak w wielkiej puchowej kołdrze
uszytej dla mnie na dobry sen

kiedy opowiadałaś bajki dziwiłam się
że szept to też ty
z niedowierzania zapominałam zamknąć oczy
żeby nie przegapić chwili gdy zamieniasz się w kota
bo tylko koty mruczą tak czule
aż do zmrużenia powiek

najpiękniejsza byłaś w modlitwie
z westchnieniem schowanym w dłoniach
jakbyś składała się tylko z oddechu
i białych anielskich włosów

w takie dni jak ten
wracasz do mnie ciszą
która niczym sól na otwartej ranie

boli

 

Portret

To tylko błysk. Światło
wchodzi w ciebie. Przenika tkanki.
Świeci na ostrzu rzęsy.
Po drugiej stronie nie ma
głupich min, dziubków
starannie studiowanych przed lustrem.

Prawda jest naga,
pozbawiona filtrów,
czarno – biała.
Prześwietlona skóra zwija się w papier.
Twoja twarz – sieć receptorów, które wchłonęły
czas. Flesz jak ultrafiolet
wydobywa z ukrycia niewidzialne.

 

Przesilenie / W zapachu werbeny/

niebo przyzywa jasną łunę
noc wzrasta w siłę nasyca się światłem
bóg ciemności tańczy on jest zwycięzcą

księżycową ścieżką biegną gwiazdy
jutro będzie krótsze o kilka promieni
naga wchodzę w słońce

jeden raz w roku ogień jest kochankiem wody
moje biodra rozkołysane płomieniami
przyjmują deszcz

zanurzona w bezmiarze wszechświata
przecieram powieki nasionami paproci
zakładam wilczą skórę

uwodzi mnie pełnia niebieskiego księżyca

 

/ Oddech Feniksa /

noc dojrzewa. osiada na powiekach
niczym sadza. nie pozwala otworzyć oczu,
spojrzeć w gwiazdy. mami
oddechem zapalonej świecy.

pamiętam słowa które przepłynęły przeze mnie
jak ognista rzeka.
rozpaliły każdą komórkę ciała.
jaskrawy płomień miał twoje imię. był wyzwoleniem.
kluczem do drzwi, za którymi błękit
przechodzi w czerwień, usta
odbierają ustom oddech,
a każde wyznanie wrasta
świetlistymi literami w skórę.

w porze odwiedzin księżyca pęcznieję
od pragnień.
rozcieram w palcach popiół,
przywołuję ognistego ptaka. czekam
na płonący deszcz, rozchylone
usta, na słowa,
które przeistoczą krew,
wypełnią ogniem
żyły.

 

/ Uzewnętrznienie /

Jesteś mi bliższa o otwartą ranę
Szczelinę w słowie do której codziennie wkładasz palec
Żeby sprawdzić czy jeszcze istniejesz
Boli Cię ślad stopy odciśnięty na piasku jego ulotne trwanie
Pustka która zostaje po ciepłym dotyku
Szukasz mostów przejścia na drugą stronę
Samotności
Zostawiasz znaki wiersze klucze do drzwi
Które nie zamykają i nie otwierają niczego

 

 

//// fanpage

// blog autora ilustracji

Widziałem Śmierć.

Widziałem Śmierć. Znalazłem się pod ścianą. Sprawa przed sądem ma się ku końcowi – wyrok jest do przewidzenia. Studia, które miały być dla mnie wielką radością, wręcz powodem do życia, nie są ani łatwe, ani przyjemne. Zbliża się 11 listopada, a ja skłócony z narodowymi idiotami. Wybrali drogę pokojowej gry w ramach demokracji, czyli kurestwa. Mnie mają za nic nie wartego auty styka. Żadnej miłości nie widać na horyzoncie. Plany podboju świata na dobre poszły się jebać. Więc naćpam się. Wyemigruję do innego świata, na złość tym głupim chujom. Naćpam się, ale czym? Szczurów chłopaki nie chcieli. Dobrej trawy podobno nie było. Był hasz. Przy transakcji okazało się, że to czarny afgan (zapewne syntetyczny).
Syntetyczne kannabinoidy, wymieszane z alkoholem etylowym, powaliły na ziemię. Rzygałem, charczałem, wrzeszczałem jak opętany. Serce rozsadzało klatę. Świadomość rozpadła się. Runęły wszystkie dogmaty, prawa i zasady. Ujrzałem moje Ja. Dźwięk mojego imienia, to czym byłem i co robiłem – wszystko przepływało mi przed oczami. Rzucałem się, zarówno ciałem jak i duszą, palony przez niewidzialny ogień. Więc tak wygląda Śmierć. Organizm przestaje funkcjonować. Dusza opuszcza ciało. Próbowałem prosić Boga o litość. Lecz płomienie paliły mnie nieustannie, bezlitośnie. Straciłem wszelką przypisaną sobie dumę – zostało tylko obrzydliwe Ja, równocześnie będące mną i oglądane przeze mnie z zewnątrz. Więc tak wygląda Śmierć… Czy naprawdę każdego z nas czeka krzyk, rozpadający się umysł, tarzanie się we własnych wydzielinach? Bezwładność, bezwolność, bezbronność? Zredukowanie poniżej poziomu zwierząt? To już nawet nie reifikacja. Wiele osób pewnie na to zasługuje. Ja również.

Anonim

ikona / ilustracja: screen z filmu “Der Todesking” (1990)

Wizje upadłych

WIZJE ONEGO:

Hotelowe mieszkanie artysty malarza.  Nad kominkiem wisi wizerunek istoty będącej skrzyżowaniem Abraxasa i Seta-Tyfona, ściany w tym pokoju są żółte.
Otwarta łupina ogromnego owocu w którym roi się od dużych owoców niby gadzich jaj.
Kat zbijający szafot.
Żółty nóż.
Wśród chmur widzę czaszkę, prawy oczodół jest pusty i duży a lewe oko zakryte bielmem. Przy późniejszych podaniach widywałem czaszkę ciasno powleczoną zieloną skórą, bez warg, skrytą w cieniu, ze spiralą w jednym oczodole.

Równoramienny krzyż w okręgu na tle fioletowo-zielonych kulistych plam.

Jaszczurza twarz Seta (?/ reptilianina) widziana w mroku splątanym trasami obrysów łusek. Później w migoczącym świetle jak w kalejdoskopie, albo na krześle elektrycznym błyskają twarze wszystkich, którzy go ujrzeli. Krzesło sędziego. Na podziemnej ścianie płaskorzeźba pentagramu w okręgu z cierniowych gałązek. Przydałaby się pochodnia Niosącego Światło, aby oświetlić tą jaskinię, jednak ten skrył się w cieniach.
Rury grzewcze powyginane jak robale albo węże. Przeświadczenie znajdowania się w podziemnej pieczarze kanalizacji.

Jaśniejące halo tęczowej źrenicy.
Orzeł trzymający w dziobie sztylet.
Dłoń o długich palcach powtórzona kilkudziesięciokrotnie, jakby w ruchu rozbitym na klatki.

Wciągający tunel utworzony z zawiniętej, fosforyzującej psychodelicznie szachownicy. Bursztynowe oczy sowy. Grobowiec, którego ściana jest pokryta wyżłobionymi krzyżami w okręgach. Spiralnie utkana pajęczyna.

Zielone obłoki, z których na zielonej wypustce zwisa zielony skrzat.
Czarna dłoń machająca przez czerwoną przesłonę.
Spiralne słoje asfaltu.
Podczas pocałunku: spirale i kwiaty.

Strażnica na szczycie góry z czerwoną chorągwią.
Człowiek o zielonej skórze i czaszce ciasno powleczonej skórą, bez warg; ma niebiesko-fioletowe oczy, kryje się w mroku.

2roseiii
Czarny ołtarz na którym leżą zaplecione w okrąg róże. Na ścianie wisi obraz w złoconej ramie, przedstawia Kapłana stojącego na pustyni w nocy w czarnej szacie, ma władzę nad wężami, piorunami i wulkanami, a w dłoni trzyma jarzące się na purpurowo serce.
Dłoń G. pokryta bliznami od okaleczeń, na palcu ma pierścień zaręczynowy.
Ciemne burzowe chmury nad dębami.
Zielony człowiek, z zębów cieknie mu krew. Stąpa w świątyni po posadzce ułożonej na kształt łusek, widać jego oko z ciemnozieloną podłużną źrenicą i fioletową tęczówką.
Mysz upolowana przez kota, odgryza jej głowę, a z truchła ciągnie się rdzeń kręgowy.
Czerwona makówka z kwiatami układającymi się w koronę.
Ogromne podziemne hale przemysłowe, na środku jest wejście do windy ale tak naprawdę to grobowiec, wszedłem do środka, zjeżdżam w dół i wysiadam w oceanie gwiazd.

Kapłan o twarzy żaby, w kapturze, z ogonem, stoi nad stawem i trzyma pochodnię. Wtem z daleka nadpływają okręty egipskie. Sterują nimi ludzie odziani w maski zwierząt. Kapłan przechadza się po ich okręcie z odurzającym kadzidłem. On nauczył ich połowu ryb i wykuwania metali.
Widzę ścianę świątyni pomalowaną we freski przedstawiające walczących indiańskich wojowników, pantery i krokodyle. Wódz Indian jest odziany w tygrysie futro. Bramę świątyni u szczytu zdobi wyszczerzona twarz demona.

twarzdemona

Wewnątrz płonie Wieczny Ogień. Po bokach wejścia stoją gryfy z halabardami i żółto-niebieskimi chorągwiami.
Piwnica pełna starego wina. Jest w niej ciemno, roi się od pajęczyn a okna są zakratowane.

Starowiktoriański kredens z zegarem i stół na 7 osób z purpurowym obrusem. Gospodarz nosi czarny kapelusz z czerwoną wstążką. Pamięta dinozaury.

Kot z frędzlowatymi uszami, który leży na grubym dywanie przed ścianą ozdobioną symetryczną, okrągłą, niebiesko-czerwoną głową z sardonicznym uśmiechem, czerwonymi oczami, długimi zębami, rozdwojonym językiem i włosami układającymi się płomieniście wokół głowy.
Jaskinia z namalowanymi czerwoną farbą zarysami żab, jaszczurek i spirali.
Lecimy razem ze G. samolotem, trzymam ją za dłoń i czuję, że nic nie stanie na przeszkodzie w wykonaniu naszej Prawdziwej Woli.
Tańczący szkielet w kukiełkowym teatrze, do kości ma przywiązane sznurki. Na scenie rośnie kwiecisty trawnik. Z traw wynurza się zając trzymający w zębach jeszcze bijące, ludzkie serce. Ludzie na widowni zaczynają się szaleńczo śmiać, a następnie rzucają krzesłami, rozbierają się i realizują orgię. Wtem wpada specnaz / brygada antyterrorystyczna i wytruwa ich fentanylem.

Pięknie zdobiony, pokryty żelaznymi ornamentami czerwony lichtarz, coś mi mówi, że stoi on nieopodal naszego grobu. Jest słoneczny dzień, powietrze jest rześkie i śpiewają ptaki. Na cmentarzu lis wykopał sobie norę. Wielobarwne opadłe liście zaścielają nasz nagrobek. Po bokach schodów doń wiodących rosną drzewa o kwadratowych pniach i ciemnoczerwonej korze. Na gałęzi tego po lewej owinął się wąż, a na tym po prawej siedzi sroka. Kute, metalowe, rzeźbione drzwi do kaplicy. Przedstawiają groźną postać stróża z przetrąconymi skrzydłami. Gdy zapada zmrok, wrony i gawrony gęsto obsiadają ramiona krzyża. Nasz syn przynosi nam kadzidła i polewa ziemię przed nagrobkiem absyntem.

Stroboskop.
Czaszka z różą w zębach, jeden oczodół pusty, w drugim jest kwiat róży.
Wąż zawinięty w ósemkę.

tumblr_ogulduyoud1tm5ooho1_400
Zamknięte drzwi z drewna, mają rudy kolor i dobrze widać poszczególne słoje. W drzwiach jest wizjer, jak pukam to przez ten wizjer widzę kompletnie czarne oko.
Widzę jak wózkiem ręcznym wypakowują ogromną przyczepę.
Niebieski okrąg który się skurczył i zamienił w owada.
Żółte, gadzie oko z czarną źrenicą i otoczone bladoszarymi łuskami.
Widzę reklamę dopalaczy, jest to plakat zawieszony na tablicy i napis głosi: MAMY CIĘ!
Żelazny, pomalowany na zielono płot, za nim rosną sosny i zasłaniają kompletnie czarny dom.
Na tle fioletowej ściany widzę odwrócony krzyż a w kadzielnicy jest krew.

Ciemna powierzchnia przetykana siatką lub czerwonymi liniami, na nią zachodzą fioletowo-granatowe chmury od których odcina się czarny cień Obcego.
W kompletnej ciemności widzę zielonkawą plamę, która na moment się rozjaśnia i przeradza w upiorną twarz, wykrzywioną w sardonicznym uśmiechu.

Fraktale.
Widzę czarne okręgi wypełnione fioletem które się oddalają.
Krzewy bzu.
Przystanek przy cmentarzu Rakowickim. Na cmentarzu rosną ogromne dęby, a czarnej, żelaznej bramy strzeże Lucyfer z pochodnią nasączoną smołą. Ma zaprzęg huskich i dwa bicze.
Puste niebieskie krzesła na widowni kina, ekran jest przesłonięty czarną kotarą, po bokach rosną paprocie a za krzakiem dzikiej róży czai się lis.
Obskurne polskie blokowisko z zadrapanymi ścianami budynków.
Przez chwilę zdawało mi się, że byliśmy na cmentarzu Rakowickim na działkach i że G. kazała mi sobie założyć buty i nie mogłem ich znaleźć.
Poszliśmy grzać w krzaki ale nie mieliśmy papieru ani wacików i zapytałem przechodzącą panią z zakupami która bardzo chętnie mi je dała.

Zielone baraki otoczone drutem kolczastym.
Labirynt z czerwonymi ścianami.
Wiata z fioletowo-żółtej blachy.
Wspinam się na wieżę ciśnieniową aby oglądać upadek systemu, sam się do niego przyłączam.

Widzę coś nie do opisania. W ciemności widzę okno zakryte czarną zasłoną w kratkę przesłaniającą odrobinę światła.
Bezdomny z żółtą gitarą.
Idziemy peronem wśród liści. Schodzimy na trawę i docieramy do studni.
Przepływające chmury na tle nieba złożonego z łusek. Chmury są fioletowe.
W fioletowo-zielonym mroku błyskają diamentowe oczy smoka.
Cień obrysu twarzy Lokiego.
Skrzyżowanie kota ze szczurem.
Blade dłonie o bardzo długich palcach i długich paznokciach czynią magiczne znaki nad płonącym w kulistym zbiorniku ogniem.

v6b
herr K., fot. Gertruda

Widzę nasz płód i wiem, że jeżeli nie zawiodę, będzie to człowiek o ogromnym przeznaczeniu.
Spiczasta broda zawinięta jak półksiężyc, ciemnofioletowe usta i duże, kompletnie czarne oczy.
Nieświęte serce obraca się wśród fioletowych chmur.
Szczęki humanoidalnego jaszczura spomiędzy których wystaje rozdwojony język. Czarne oko o obrzeżonej srebrnie szaro-zielonej gadziej źrenicy.
Wśród ciemnej przestrzeni wypełnionej łuskami wyłania się półprzezroczysta twarz. Wygląda jak zza drugiej strony lustra.
Wśród fioletowych chmur cień małego człowieczka, myślę, że to nasze dziecko.

Widzę jakbym leżał w grobowcu i patrzył na niskie, popękane sklepienie.
Fioletowe chmury układają się w kształt złączonych dłoni.
W prześwicie ciemności widzę diamenty.
Fioletowy zarys postaci z rogami.
Demoniczna trupia blada twarz i jasnoszare tęczówki oczu.
Widzę wielkie kocie oko. U góry tańczy fioletowa mgła. Układa się w rozwartą paszczę jakiegoś mitycznego potwora.
Fioletowe chmury się rozwiewają, odsłaniają zieloną powierzchnię pokrytą ciemnymi plamami, jakby rdzy.
Plama przez którą przepływają kolory od czarnego, przez zielono-szary, po fioletowy. Jak jest zielona, wygląda jak stary, okopcony sufit.
W fioletowej chmurze robi się dziura a w niej widać ciemnozielone wieko grobu.
Teraz wszystko zaczyna stroboskopowo mrugać.
Szaro-fioletowy dym który się rozwiewa, przyjmuje różne kształty i zostaje zasłoniony cieniem.
Ornament płatków śniegu wśród których widać zastygłe w krzyku ludzkie twarze.

v3b

Groteskowa twarz kosmity z ogromnymi oczami. Jego czaszka jest najszersza u góry a u dołu wąska, ma fioletowe usta.
Jezus stojący z pochyloną głową świecący się fioletowo-czerwoną poświatą. Aura jego włosów ma kolor niebieski.
Sroka przez sekundę. Twoja twarz odbija się w lustrze, którego większość wypełnia powierzchnia przetkana bardzo gęstą siatką koncentrycznie otaczającą okrąg.
Ornament na czerwonym tle na którym są jasnożółte zdobienia jakby naniesione gwiazdkami lodu.
Zamyślone, zasępione brodate twarze.

Zielony lewitujący eliptyczny kształt porównywalny do waginy.
Puste fiolki po krysztale.
Drzewo wyrastające ze studni, jest to jesion albo dąb.
Skrzat który wystaje z wiadra.
Strzykawki i zakrwawione waciki.
Aptekarska butelka z brązowego szkła. Płyn w niej ma strukturę łusek.
Gruba liturgiczna świeca wokół której jest owinięty cienki wąż, jego język jest płomieniem.
Kryształowy kielich pełen ciemnej krwi. Stoi na ołtarzu przybranym na niebiesko.
Czerwono-różowy kształt obok którego jest szaro-zielona hala.
Właz prowadzący z piwnicy na górę albo na dach.
Znowu czerwono-różowy kształt układający się jak witraż. Zrobił się szaro-niebiesko-zielony. Coś mi podpowiada, że to jest Nieświęte Serce.
Teraz widzę inną istotę (rysunek wkrótce).

Różowe serce na tle obrazu namalowanego przez lód zastygły na szybie.
Kwiaty i gwiazdy.
Zielony okrąg – w nim wąż ouroboros.
Kwiat róży lub kropla krwi.
Twarz olbrzyma złożona z dużej liczby kamieni na tle nocnej puszczy.
Jasność pełna fraktali i kwiatowych ornamentów.
Cztery diamenty w koronie Lucyfera.
Czerwone okno do innego wymiaru.
Czerwone chmury na nocnym niebie i wędrowiec w niebieskim płaszczu. Chodzi z kosturem wśród wysokich grabów i brzóz. Las rośnie na pofałdowanym terenie. Na mchu leży obrazek święty Jezusa z sercem otoczonym cierniami. Na polanie rośnie gigantyczny grzyb, wyższy od posążku jakiejś świętej. Kostur wędrowca jest ozdobiony u góry nazistowskim orłem. W mchu zauważam leżące wśród jagód butelki po lekach, brązowe z żółtymi etykietami. Wtem wędrowiec dociera do rodzaju kamiennego amfiteatru. W jego centrum stoi kamienny ołtarz splamiony krwią.
Przez otwarte drzwi górskiej chaty widzę zamglone szczyty. U wejścia wiszą wachlarze z biało-szaro-brązowych piór. Wewnątrz roi się od ziół i przetworów z maku i konopii. Nie wiedzie tam żadna droga.
Teraz patrzę jak żuki chodzą po uschniętych kwiatach.

luski7v
próba ilustracji dominującej podczas wizji tekstury

WIZJE ONEJ:

Migawki z Fromborka (hotel i Zalew Wiślany).
Ołtarz na którym stoi złoty kielich z którego unosi się czarny dym.
Kotara którą ktoś od drugiej strony rozcina nożem.
Płomień (złoto-biały) unoszący się w przestrzeni.
Ktoś strzelający z bicza a bicz okazuje się być wężem.
Grób M.
Tunel drzew prowadzący do jakiegoś grobowca, na grobowcu wyryto runy i najrozmaitsze święte i magiczne znaki.
Patrząc na K. stojącego ze świecą w dłoni mam wrażenie, że widzę jego aurę i widzę płomień w nim.
Smok o trzech szyjach i pyskach węży.
Wchodzę do ciemnej świątyni gdzie za srebrno-szarą kotarą siedzą bogowie, kotara jednak nie odsuwa się, mam jedynie świadomość ich obecności, pole widzenia trochę jakby z góry.
K. szczęśliwy, tulący w rękach dziecko.
Czerwono-złote błyskawice będące wszędzie.
Drewniany domek w lesie, przeświadczenie, że jest nasz.
Zasłona ciemności rozdziera się ukazując pustkę, ziejącą wielką kosmiczną czerń.
Dwa rysie pod ogromnymi drzewami sosen.
Pada deszcz i wydaje mi się, że nie słyszę go, a widzę, migotaniem tysięcy srebrno-złotych kropel. Widziałam piorun za oknem, wydał mi się kulisty i niebieski. Za oknem dalej pioruny, są piękne, chciałabym, żeby świat zawsze był oświetlony ich światłem.
Deszcz zdaje mi się płakać nad nami.
Teraz gdy zamykam oczy mam pod powiekami tylko jego.

Widzę naszą trójkę (K., nasze dziecko i ja) jak idziemy trzymając się za ręce przez las.
Rośliny do których mówię i rosną.
Noc poślubna we Fromborku.
Widok ze szczytu górskiego na inne ośnieżone szczyty pokryte mgłą a na dole pośród skał jezioro.
Świeca na łóżku promieniuje światłem i blaskiem i mam wrażenie, że tak samo promieniuje moje serce.
K. z zabandażowanymi rękoma (? vide sen o tym, jak sobie uszkodził dłoń – sprzed paru tygodni).
Policja zabezpieczająca teren po tym jak dostałam zapaści oddechowej i umarłam.
K. piszący dla mnie wiersz.
Diabelska szopka; coś jak szopki krakowskie na Boże Narodzenie tylko z samymi sprośnościami i diabłami.
Jaskinia pełna stalaktytów i stalagmitów (pośrodku jezioro).
Czyjeś nogi stojące na posadzce skąpanej we krwi.
Dwójka przerażonych dzieci będąca ofiarami porwania do tego świata (K. i ja).
Robię zdjęcie buteleczki piwa które ma lisa na etykiecie.
Czytam jakiś list z więzienia.
Ręce ponad powierzchnią spienionej wody wykonujące jakiś zmysłowy taniec, pod wodą jest syrena.
Jak Alicja w Krainie Czarów, otoczona “dziwnością” świata i nie rozumiejąca jego reguł.
Dolina otoczona wzniesieniami, skarpami, urwiskami, wysoko rosną drzewa, wszystko w intensywnej zieleni.
W płomieniu świecy, w drganiach jej światła wyczuwam rytm bicia serca K., jego serce jest Wiecznym Płomieniem.
Kłębowisko węży i żmij; zielono-czarne łuski i połyskujące czerwono-żółto oczy.
Rozlatujący się mały kościółek który chcę odnowić i w nim zamieszkać, zostawić ołtarz do sobie znanych celów.
Pęknięcia na ścianach, pełzające larwy.
Stroboskopowe światła.
Szatan który się do mnie uśmiecha co poczytywać mam za znak, iż “jestem na dobrej drodze” by wywiązać się z tego, co podpisałam w cyrografie…
Morze rozbijające się o ogromne przybrzeżne skały – kolor wody holograficzny – od zieleni, przez niebieski, po fiolet.

morze
Zaspy skrzącego śniegu.

Dłoń z której wyrastają gałęzie.
Tunel pod ziemią prowadzący do ścieków.
Las z powalonymi przez burzę drzewami.
Stoję na szczycie górskim w środku zimy, wszystko skąpane w śniegu.
Krzesła w poczekalni; ta poczekalnia to Czyściec.
Podczas pocałunku widzę ciemnogranatowe burzowe niebo.
Trzciny poruszające się na wietrze.
Kot pijący wodę ze strumienia, po wypiciu zaczyna sobie myć futerko.
Świątynia, coś jak bazylika watykańska, rozświetlona tysiącem świec, przy ołtarzu trony na których siedzą Abraxas i Set-Tyfon.

Kościół w którym ludzie rzucają kwiaty obchodząc jakąś ceremonię, ja i K. trzymamy się za ręce.
Wchodzę z K. do pustego kościoła i znów kochamy się w konfesjonale.
Dziewczynka bawiąca się truchłem psa, m.in. dźga go patykami, otwiera mu oczy itp.
Wyszczerzona twarz szefa, który mówi: “trzeba umieć rozdzielać obowiązki osobiste od zawodowych!”.
Cmentarz w R., na którym pierwszy raz długo rozmawiałam telefonicznie z K., ołtarz polowy przybrany jest na czerwień i złoto. Nie ma mszy, ale stoją na nim wszystkie liturgiczne parafernalia i chcę je wziąć do domu i się nimi bawić.
Kruki wokół grobu mojego dziadka, wyglądają jakby trzymały straż.
Podpalam przydrożną kapliczkę z figurką Matki Boskiej.
Moje niedoskonałe ciało którego mi wstyd i któremu chętnie bym wyrządziła krzywdę.
Kąpiel i zastrzyk morfiny w wannie, tak jak to praktykowałam przez parę lat.
Występuję w programie dla dzieci, wychodzę z trumny i mam udzielać odpowiedzi na pytania dotyczące życia pozagrobowego.
Rozbity termometr, rtęć w małych kuleczkach które zbieram celowo ażeby się otruć.
K. jest Aniołem i każde piórko które spotykam na swej drodze jest jego zgubą, należy do niego; myślę o tym w ten sposób, że przemierza jako Stróż wszystkie moje ścieżki; gdzie on, tam ja.

1wrzes033
Czuję jakby moje serce miało formę kwiatu który rozkwita tylko przy nim, w pozostałych przypadkach jest zwinięte w pączek i nikt nie ma doń dostępu.
Świątynia pełna postaci w czarnych płaszczach i kapturach; niosą płonące lichtarze, cienie liżą ściany na których widnieją czerwono-czarno-złote freski.

Krew na palcu, na którym nosiłam pierścionek zaręczynowy.
Ciasna komórka z zakratowanymi oknami, jakieś 2,5×2,5 m, łóżko, stolik i nic ponad tym. Mam w tej celi spędzić 10 lat.
Syriusz który obiecuje mi być moim kosmicznym przewodnikiem.

K. w czarne cętki, jak tygrys.
Ścieżka wśród drzew, pośrodku stoi zakapturzona postać.
Opustoszała świątynia, podchodzę do ołtarza i rozpoczynam po swojemu nabożeństwo.
Niedźwiedzica i małe niedźwiedziątka na leśnej polanie.
Powalone w czasie burzy drzewo, które utworzyło kładkę nad rwącym górskim potokiem.
K. siedzący samotnie w lesie na ściętym pniu drzewa, jest młodszy niż w rzeczywistości, wydaje mi się, że rozważa samobójstwo.
Dwa pochłaniające się wzajemnie języki ognia, czerwony i żółty.
Schody prowadzące do wejścia do świątyni w stylu greckim, oprócz dwóch kolumn przy wejściu nie ma żadnych architektonicznych ozdób, cała jest z litego szarego kamienia.
Tygrys w obręczy splecionej z róż.
Algiz i Thurisaz wyryte na dziobie drewnianej łodzi.
Znajduję w lesie ludzkie szczątki, jest to dobrze zachowany szkielet z uniesionymi ku czaszce rękami, wygląda, jakby krzyczał.

Kamienna brama wyglądająca jak Łuk Triumfalny – wejście do ruin świątyni w sercu lasu.
Wiatr rozsypujący płatki kwiatów na wietrze, najwięcej róż.
Wiewiórka, która przemknęła po konarze olbrzymiego drzewa jak podczas naszego ostatniego spaceru, skacze z drzewa na drzewo i w ten sposób pokazuje nam, byśmy za nią tym szlakiem poszli.
Ogromna cisza na pustej plaży tuż przed tym, jak ma nadejść sztorm.
Papierki po dopalaczach i rozbite butelki leżące na terenie Szpitala Babińskiego.
K. zrywający mi do wiązanki ślubnej róże i polne kwiaty.
Barwy z obrazu autorstwa Tomasza Babierackiego, który wisi nad naszym łóżkiem, zdają się spływać kaskadami, być w nieustannym ruchu.
Naga kobieta z tatuażami (Babalon): wieńcem z róż opasującym biodra i podbrzusze, księżycem i słońcem na dekolcie, ptasimi piórami na ramionach i plecach i dwoma pucharami z których wychylają głowy węże na udach, strzeże bramy prowadzącej do sekretnego zakonu, obok wejścia stoją dyby i studnia a kobieta trzyma w ręku łańcuch z kluczami do nich.

Czarno-biały film wyświetlany z podniszczonej kliszy, duże ziarno, szumy. Ciężko rozróżnić jakieś kształty.
Tor wyścigów konnych, wszystkie konie są białe, tylko jeden czarny.
Leśna polana skąpana w świetle księżyca i gwiazd. Na powalonym pniu drzewa siedzi starzec z długą siwą brodą, trzyma lampion w jednej ręce a pięknie rzeźbiony kostur w drugiej.
Muzeum archeologiczne i niebiesko podświetlone krypty.
Jagniątko ssące mleko owcy.
Mieniący się granatowo-zielono (jak pawie pióro) język ognia.

vsss
herr K., fot. Gertruda

Drabina naszpikowana odłamkami szkła. Wychodzenie z dna boli.
Wierzby płaczące w polach za domem rodzinnym w W. Zwieszają gałązki nad płytkim polnym strumieniem. Witki nurzają się w wodzie powodując powstawanie małych wirów, spiralnie uformowanych błyszczących na srebrno tuneli.
Drewniana chatka w lesie, nad kominkiem wisi strzelba, w kuchni na stole leży niewypatroszona dzika zwierzyna.
Pole maków, rośliny zamiast makówek zakończone są głowami węży.
Vril nad krajobrazem skutym lodem, w zorzy polarnej.

Zielone wagoniki karuzeli.
Domek na klifie morskim. U dołu z hukiem woda rozbryzguje się o skały.
My jako dzieci, huśtamy się na huśtawce.
Siatka żył na ciele K., jakby stał pod czymś w rodzaju rentgena.
Tarot, na wierzchu karta z Wisielcem.
Złoty lichtarz z płonącą świecą. Ołtarz przybrany na czerwono.
Koty bawiące się z wężami.
Trzy nagie boginie o jaskraworudych włosach.
Zawieja śnieżna, wszystko błyszczy w świetle ulicznych lamp. Widzę powroty do domu na Dobczycką z K.

Wzburzone ciemne morze, statek płynący nocą wśród gwiazd.
Las i koszyk pełen muchomorów.
Cmentarz w Święto Zmarłych, wszędzie mnóstwo zniczy.
Zastygła w bezruchu na leśnej polanie sarna wlepiająca we mnie wzrok.
Stada mew w porcie rybackim.
K. zrywający dla mnie róże i kaleczący sobie dłonie.

Tęczowy most zrobiony jakby z kwarcu. Łączy ze sobą dwie podobne Ziemi planety.
Lisica w legowisku z młodymi. Jej zęby błyskają czerwono a oczy szmaragdowo.
Betonowy bunkier. Wejście / właz do niego jest gdzieś ukryte.
Morze wyrzucające na brzeg ciało topielca. Jest ciemne i wzburzone a niebo szare jakby zapowiadało się na sztorm. Na piasku jest mnóstwo piór, wyrzuconych wodorostów, muszli i meduz.
Zakapturzona postać siedząca w pieczarze w górach. Na ścianach suszą się rośliny i grzyby, wszędzie są szkielety i kości rozmaitych leśnych zwierząt, pośrodku palenisko z buchającym na pomarańczowo-czerwono-złoto ogniem.

v16
skromne palenisko ze spaloną różą, fot. Gertruda

Diamentowo migocząca powierzchnia na tle której wirują róże.
Porośnięte mchem skały w górach, tworzące labirynty / szlaki jak w Górach Stołowych. Zapada zmierzch, nadlatują sowy. Czysta górska woda wycieka spomiędzy skał, w mroku wygląda jak mieniąca się, gęsta, pryzmatycznie rozszczepiająca światło smoła.
Polana w lesie skąpana w porannym słońcu. W koronach drzew szumi czysty, łagodny wiatr. Na horyzoncie na linii drzew widać słup dymu.
Szkarłatna kotara za którą stoi szklana gablota skrywająca serce zatopione w bursztynie. W innym bursztynie jaszczurka i węże jaja.

v15b-copy
rozkuwanie kłódki psyche

Opuszczony cmentarz i zrujnowana kaplica do której wiatr przywiał liści. Na belkach pod sklepieniem siedzą uśpione ptaki. Kładziemy się z K. pod samym ołtarzem i przyglądamy się wyblakłemu malowidłu na suficie. Kontury i kolory zatarte przez czas, ale chyba przedstawia walkę aniołów ze zbuntowanymi aniołami.
Wnętrze grobowca do którego wpadają smużki światła – zielone, fioletowe blaski kładą się po ścianach wnętrza. Chciałabym już stamtąd nie wychodzić.
Moje włosy mokre od roztapiającego się śniegu. Stoję na tle pomnika z krzyżem w lesie i wycinam sobie nożem jakiś skomplikowany symbol na nadgarstku – wiem, że jest jak płatek śniegu, nie ma drugiego takiego samego.
Feniks płonący pryzmatycznie rozszczepionymi barwami, najwięcej lśnią jego pióra zielenią, fioletem i czernią, sprawiają wrażenie jakby były z diamentów.

Herr Katastrof i Frau Gertruda

Felieton socjopatyczny lub dlaczego plwam na Polskę

“Odzyskaj swój umysł i wyrwij go z łap inżynierów społecznych, którzy usiłują zamienić cię we na wpół-usmażonego idiotę konsumującego cały ten śmieć, który zostaje wyprodukowany z kości umierającego świata.”

– Terence McKenna

W życiu (a)społecznego wykluczeńca, a żaden profil osobowościowy jak socjopatia / zespół aspergera i schizotypowe oraz psychotyczne zaburzenia osobowości (już nie daj boże pogłębione politoksykomanią), nie predysponują w takiej mierze do zostania punktem ogniskowym represyjności polskiego zaplutego – na poły materialistycznego, a na poły skatoliczonego społeczeństfa – zdarzają się sytuacje niezwykłe, dające wgląd w coś co określiłbym jako całościowy obraz tegoż społeczeństfa z naciskiem na aspekty nietolerancji, nieufności i lęku. Tak oto postanowiliśmy zilustrować obraz, jaki się wyłania z szeregu zebranych przez nas doświadczeń.

N. i G. od około 2 miesięcy utrzymują się z drobnych kradzieży produktów spożywczych, sprzedawanych następnie po połowie ceny. Na początku bywało bardziej drastycznie, gdyż N. po przyjeździe do grodu spotkał starego kamrata – złodzieja, który pokazał mu dostęp do kryształu – narkotyku o potencjale uzależniającym większym od heroiny, wsysającym w okamgnieniu i odbierającym resztki zdrowego rozsądku. W sytuacji, gdy G. zadzwoniła z pracy do N. z informacją, żeby nie pokazywał jej się na oczy bez następnej działki, N. zachował się tyleż brawurowo co idiotycznie, bo podał sobie ten cały rzekomy mefedron (Abraxas raczy wiedzieć co naprawdę wchodzi w skład tego specyfiku, w każdym razie zawiera składnik halucynogenny, który podziałał na N. jak robal na diabelskiej wędce), usiłował skraść jednego dnia alkohol na wartość ok. 1000 zł, niestety został wychwycony na monitoringu i skończyło się trzepaniem na komendzie. Od tamtej pory N. zwiedził zdecydowaną większość lokalnych komend. Przy czym pragnąłby zwrócić uwagę na skuteczność tzw. resocjalizacji w odniesieniu do osób z podwójną diagnozą (uzależnienie psychoaktywne ze współwystępującymi zaburzeniami / chorobami psychicznymi, a są to zaburzenia wczesnodziecięce i uprzednie względem nałogu), ale nie tylko. Po wyjściu na obrożę po pół roku na oddziale terapii od środków psychoaktywnych w Rawiczu N. poczynił pierwsze kroki na drodze, która przywiodła go do zostania złodziejem – i w tamtych okolicznościach alkoholikiem zarazem. Dalsze 4 miesiące odsiadki nie przyniosły żadnej korzyści, bo jaką korzyść można wyciągnąć z izolacji w warunkach uwłaczających godności ludzkiej i przebywania z patologicznym elementem społecznego marginesu.

Po opuszczeniu ZK w Hajnouce 27 marca b.r. próbował ze wszystkich sił uzyskać uczciwe źródło zatrudnienia, jednak z każdego miejsca zostawał przepędzony po kilku dniach (firmy zajmujące się zakładaniem ogrodów, stolarnia) i to obiektywnie rzecz biorąc nie z powodu niskiej wydajności w pracy, lecz z powodów osobistych, a ściśle rzecz biorąc niezrozumienia i wrogości wobec człowieka z wysokofunkcjonującym autyzmem. Do zostania złodziejem doprowadziły N. 3 czynniki: nałóg, wrogość ze strony społeczeństwa i marginalizacja z jego strony, brak wsparcia ze strony rodziny. Nie przeceniałbym tu wagi żadnego z poszczególnych czynników.

Niedawno N. podjął się pracy na magazynie odzieżowym, już na rozmowie kwalifikacyjnej informując szefa, że jest pacjentem programu suboxonowego, w zw. z czym nie może pracować w standardowych godzinach – od 7 do 17- musi bowiem codziennie od 7.15 do 16 pojawić się celem pobrania leku hamującego głód narkotyczny. Szef mimo to zdecydował się na zatrudnienie go. N. był rozradowany widząc, że spokojnie wyrabia się z wykonywaniem powierzonych obowiązków, i pod wpływem farmakologii na tyle rozluźniony, że wśród młodych współpracowników popełnił karygodny błąd zdradzenia na swój temat paru faktów, które powinien zachować w sferze tabu. W rezultacie narobiło się szumu wokół nowego pracownika i na drugi dzień szefuńcio podziękował mu; na pytanie, czy tu czasem nie chodzi o względy osobiste odpowiadając, że nie może udzielić odpowiedzi. N. wobec tego poczuł się potraktowany przez rzycie kolejny raz butem po twarzy, bowiem mocno zależało mu na tej pracy, zwłaszcza że z partnerką spodziewa się potkomka. Poczuł się jakby wśród ludzkiej / polskiej trzody, gdziekolwiek nie postara się o pozyskanie środków na życie, zawsze ale to zawsze znalazł się jakiś dupek – konfident, uniemożliwiający mu to; wypustka nadzorczego systemu. Odreagował to z kryształem, kalecząc się niby z przypadku. Rana okazała się na tyle szeroka, że jucha buchnęła na całą dłoń. Wymazał sobie runę Thurisaz na czole i rozebrany do pasa wszedł do kościoła, gdzie narysował odwrócony fyrfos pod czaszką ze skrzyżowanymi piszczelami i zaznaczył to plamą swojej krwi, podobnie czyniąc z ołtarzem. Być może w ten sposób ściągnął na siebie uwagę zarządcy porządku tego śfjata, gdyż wkrótce potem N. uległ szeregowi nieszczęsnych przypadków.

Otóż N. i G. stali się ofiarami perfidnej co się zowie kradzieży. Siedząc na schodkach przy placówce Monaru zostali zaczepieni przez siwego ekscentryka z bródką, który zapytał, czy może chmurę. W odpowiedzi posłyszawszy, że palimy tytoń, a nie sensi, zapytał czy chcemy zapalić trawy. N. na to naiwnie odparł tak. Przeszliśmy parę przecznic. Typ poprosił o 30 zł i po chwili wrócił z pakietem czegoś, co nie przyjrzawszy się z bliska mogło uchodzić za naturalne palenie. Usiedli na ławce przy ul. Dietla, lucyferyczny gość, który po drodze sprawiał wrażenie zachwyconego poznaniem ciekawych osobników – anarchistów nowego pokolenia i przedstawił się jako Szymon z Zespołu Dauna oraz zapraszał do siebie celem spalenia się i posłuchania dobrej muzyki, wymieszał zawartość pakietu ze sporą ilością tytoniu, co już powinno wzbudzić podejrzliwość N. Ten jednak, standardowo lekkomyślny, przyjął nabitą lufkę, nie przyglądając się zawartości i wziął głębokiego bucha, oddając lufę swojej połowicy. N. pluje sobie w brodę za tą czystą głupotę, bowiem palenie okazało się amnezyjnym dupalaczem, po którym mieli dziurę w pamięci i wrócili do domu bez plecaka z dokumentami, telefonu i pieniędzy. N. ma tylko pojedynczą kliszę w pamięci, jak typ macha mu na pożegnanie okręcając się diabelsko na nóżce. Być może zaprosił ich do siebie i być może wyszli po coś, w międzyczasie zapominając kompletnie wszystko, ale bardziej prawdopodobne, że była to celowa zagrywka i N. nie mieści się w głowie podłość tego człowieczka, jak również podłość producentów jarania z dupalaczy, które najwyraźniej faktycznie jest podlewane muchozolem czy innym ścierwem, bo żaden syntetyczny kannabinoid sam w sobie nie wywołuje takich efektów.

13096138_1756912694542615_3830790110774388302_n

Innym razem N. i G. wyczerpały się leki przyjmowane na diagnozę wspomnianą na wstępie, mianowicie alprazolam. Mimo, że doktor wg. etykiety na drzwiach przyjmuje do 19-tej, tego dnia z powodu braku pacjentów poszedł wcześniej do domu, a było lekko po 18-tej.
Skserowali dokumentację leczenia i za radą sekretarki podążyli na SOR, gdzie skierowano ich do całodobowej opieki lekarskiej z twierdzeniem, że lekarz pierwszego kontaktu ma obowiązek w takiej sytuacji wypisać receptę na jedno opakowanie, zwł. że nagłe odstawienie w/w leków prowadzi do zespołu abstynencyjnego, objawiającego się socjofobią, w porywach do objawów schizofrenii paranoidalnej. Lekarki rodzinne odmówiły wypisania recepty, uzasadniając to tym, że “zespół Aspergera jest chorobą przewlekłą”, na co N. je zrugał, mówiąc że pluje na “pani katolicką moralność, odmawiającą chorym i uzależnionym prawa do ulgi”. Jakiś miesiąc wcześniej przytrafiła się im podobna sytuacja – dyżurna psychiatra odmówiła wypisania recepty, twierdząc, że się spieszy do swojego bachora na komunię śfjętą. Na to usłyszała od G., że i tak jej córka zostanie służebnicą Diabła.

Tak pokątnie nadmienię, że N. za gówniarza był pełen naiwnego instynktu prawackiego. Gorąco pragnął zidentyfikowania z ponadosobową tożsamością narodową, czy etniczną. Wyleczyło go z tego skrajne sparzenie się postawą rodaków-robaków w UK, w wyniku którego mało co nie stracił oka i został bezdomny, a znalazł sobie akurat tuż przedtem dobrą fuchę. Te całe wykolejenie uniemożliwiło mu pozyskanie zawodu leśnika. W rezultacie wielostronnego wykolejenia stał się tym, co praworządny obywatel określa mianem degenerata.

W następstwie odeagowania frustracji i agresji wezbranej w N. w skutek zwolnienia z pracy, rozpoczął się *ostatni* 40-h ciąg na krysztale. W rezultacie tegoż, zmoknięcia na deszczu w środku nocy, jak również być może wieloletniej narkomanii, zwł. N. doprowadził do rozjebania sobie systemu immunologicznego i w wyniku nie zaleczenia zakażonego skaleczenia dostał infekcji ropnej, objawiającej się pojawianiem wrzodów ropnych na twarzy i nabieganiem nawet starych, zagojonych ran ropą, po wypłynięciu której zostały otwarte rany. W międzyczasie G. nabawiła się z winy N. stanu zapalnego dłoni po iniekcji, w trakcie której cienka żyła uległa przebiciu i wobec krwi wciąż pojawiającej się w kontrolce zastrzyk z zolpidemu został podany w całości. Obydwie przypadłości doprowadziły ich na SOR, gdzie N. usłyszał od lekarza, że “usiłował pan doprowadzić swój organizm do końca, ale się nie udało – kolejna szansa od Boga”. Przed opuszczeniem szpitala N. i G. stali się świadkami groteskowej sytuacji – na SOR został bowiem przewieziony starszy mężczyzna brutalnie pobity przez policję, który zadzwonił z policji na policję, zgłaszając uszkodzenie nosa, klatki piersiowej i czort raczy wiedzieć jeszcze czego. Siedział w kajdankach z zakrwawioną twarzą, pilnowany przez dwóch milicjantów.

tumblr_oadgkdtlzi1tm5ooho1_500

W następstwie odreagowania frustracji i agresji wezbranej w N. w skutek zwolnienia z pracy, rozpoczął się *ostatni* 40-h ciąg na krysztale. W rezultacie tegoż, zmoknięcia na deszczu w środku nocy, jak również być może wieloletniej narkomanii, zwł. N. doprowadził do rozjebania sobie systemu immunologicznego i w wyniku nie zaleczenia zakażonego skaleczenia dostał infekcji ropnej, objawiającej się pojawianiem wrzodów ropnych na twarzy i nabieganiem nawet starych, zagojonych ran ropą, po wypłynięciu której zostały otwarte rany. W międzyczasie G. nabawiła się z winy N. stanu zapalnego dłoni po iniekcji, w trakcie której cienka żyła uległa przebiciu i wobec krwi wciąż pojawiającej się w kontrolce zastrzyk z zolpidemu został podany w całości. Obydwie przypadłości doprowadziły ich na SOR, gdzie N. usłyszał od lekarza, że “usiłował pan doprowadzić swój organizm do końca, ale się nie udało – kolejna szansa od Boga”. Przed opuszczeniem szpitala N. i G. stali się świadkami groteskowej sytuacji – na SOR został bowiem przewieziony starszy mężczyzna brutalnie pobity przez policję, który zadzwonił z policji na policję, zgłaszając uszkodzenie nosa, klatki piersiowej i czort raczy wiedzieć jeszcze czego. Siedział w kajdankach z zakrwawioną twarzą, pilnowany przez dwóch milicjantów.

tumblr_mv9jtxmnaw1qe31lco1_500
Esencja polskosci einz

N. i G. wyszli stamtąd o 4-tej nad ranem z receptami na antybiotyki, których nie byliby w stanie wykupić, gdyby minionego wieczoru nie żebrali pod kościołem przy ul. św. Anny, gdzie zapoznali się z kolejnym charakterystycznym zjawiskiem dającym wgląd w obraz współczesnego społeczeństwa polskiego, mianowicie hierarchią sępów kościelnych. Okazuje się, że niektóre parafie przydzielają swego rodzaju licencje na żebranie, a wszystkie inne hieny są bezlitośnie przeganiane. Choć zaczepiła ich chytra babuszka, dopytując o to i owo i życząc powodzenia w zebraniu kasy; jednak gdy zobaczyła, że gromadzą znaczną część plonu, szczuła na nich żebraczą kuternogę, aby ich przegonił; “nie wiesz jak – kulą w łeb i po sprawie”. Za zgromadzone pieniądze udało im się wykupić antybiotyki, a za skrojone nazajutrz kawy dokonać kupna telefonu, paru tabletek i 2 centów metadonu na nieznośny ból dłoni G. Przed kupnem telefonu usiłowali kulturalnie i uprzejmie wyprosić przechodniów o pozwolenie na skorzystanie z telefonu na 2 minuty, celem umówienia się po realizację dogadanego geszeftu. Każdy po kolei im odmawiał, a było tych osób ok. 10 – N. zaczął się zastanawiać, czy swoim wyglądem wzbudza strach, w każdym razie jedyne uzasadnienia jakie uzyskali głosiły, że “nie ufamy ludziom i boimy się, że nie odzyskamy tego telefonu”. Na koniec N. zapytał brodacza siedzącego naprzeciw w tramwaju, po odmownej odpowiedzi pytając dlaczego? – Po prostu, proszę spytać kogoś innego. – Kiedy pytałem już 10 osób i każdy jak leci mi odmawia, czy ja mam wypisane jakieś zło na twarzy? – nie dam panu telefonu – jest pan tchórzem; po tym responsie jegomość nawet nie odważył spojrzeć mu się w oczy i siedział cicho jak myszka do końca podróży. N. naszedł pomysł, aby wyrwać mu jego cennego smartfonika z łap i wypierdolić go przez otwarte okno tramwaju, ale mogłoby to mieć nieciekawe konsekwencje, a N. ma już wystarczająco na pieńku z pokurwionym prawem tego państfa. G. siedząc przy tym tchórzu rzuciła głośno komentarz, że to są jebani materialiści i życzy im – a to nie jest złe życzenie – aby zaznali kiedyś biedy w życiu, bo to ich czegoś nauczy.

tumblr_o5f64nfmdx1tm5ooho1_1280
Esencja polskosci zwei, fot. Gertruda von Sroka

Gdzieś w tych dniach N. wracał samopas z Ronda Mogilskiego, gdzie udał się po odbiór gieta czystego palenia. W tramwaju standardowo próbował narysować taga, na co przypruł się do niego młody indyczek. N. wyprowadzony z równowagi groźbami wezwania policji powiedział, że nie spuści mu wpierdol tylko dlatego, że jest zjarany, na co ten odparł: “masz coś przy sobie? – możesz szybko skończyć na komendzie”. N. pokazał mu wydruk swojej grafiki, mówiąc: “szczujesz człowieka, który jest w stanie ujrzeć i zobrazować takie rzeczy” – “nie obchodzi mnie to” – “pozostawiam cię zatem w twoim okrojonym postrzeganiu, w którym dostrzegasz tylko wątły ułamek prawdziwej rzeczywistości” i wykonawszy gest strzelania palcem pożegnał się z wysiadającą parą. Zdążając z placu centralnego w kierunku swojego osiedla zauważył 4-osobową grupę dresów, wśród których dostrzegł złodzieja, z którym nawiązał znajomość nocą z 2 tyg. temu, gdy malował finezyjnego taga na trzech kontenerach. Zapytał go wtedy, czy nie ma mu się dorzucić do piwa. Typ wyjął otwartą kosę, gmerał w portfelu, z trzęsących się ze strachu dłoni wypadł mu nóż, zapalniczka i pięć złoty – nie zabieraj mi, to moja ostatnia piątka! Ostatecznie dorzucił się 84 grosze do piwa i chciał sprzedać N. swój telefon za 50 zł, choć warty więcej. Umówili się na następny wieczór, jednak pizda stchórzyła i się nie pojawiła. Widząc go z grupą znajomych N. zawołał za nim: “hej, czemu nie przyszedłeś, kupiłbym od ciebie ten telefon” – “a masz pięć dych” – nie – “no to o czym tu rozmowa”. Zaciągnęli go za sobą pod budynek szkoły, gdzie gadka-szmatka, N. powiedział, otwierając zapalniczką piwo, że za każdym razem podczas tej czynności krzywi się z bólu, po tym jak się skaleczył i wymazał sobie krwią twarz, przestraszywszy parę osób. Na to jeden z trepów się obruszył i z przestrachem i potępieniem zarazem wyzwał N. od psychopatów. Drugi wręczył mu 20 zł i wysłał do sklepu po papierosy. Jakie? – “najlepsze, viceroye 100tki”. Wróciwszy z czerwonymi wickami został rozpoznany jako nielokalny, bowiem kibole wisły (?) palą niebieskie viceroye. Wskutek tego rozległy się jakieś spruty w jego kierunku, wobec czego postanowił opuścić towarzystwo. Znajoma pizda pobiegła za nim i wyrwała mu plecak; zaczął się z nim szarpać – “nie będziesz mnie tu kroił kurwiu” – “chcesz to rozpierdolę ci batonem ryja, nie żartuję” – rzekł, wyciągając z tylnej kieszeni dżinsów pałkę teleskopową lub długą kosę sprężynową. N. mógł go wtedy zaatakować, a jego ziomale ujrzawszy, jak sprowadza go na chodnik i napierdala po kłach, mogliby stchórzyć, jednak po raz kolejny się nie przełamał, z obawy że tamtych trzech – stojących 10 m dalej przybiegnie i go przekopie. Cwel wyrwał mu hajs, z czego N. zdołał zachować 10 zł a tamten biegiem wrócił do swoich panów. Na odchodne zawołał, aby N. więcej nie pojawiał się w tej okolicy. Ma jednak inne plany, poszuka go i jak tylko dopadnie samego, nawet nóż czy pałka teleskopowa nie przeszkodzą mu w złojeniu mu jego psiej mordy.

1454745_1582832611950625_6504261095095061889_n

N. i G. nie mogą liczyć na żadne finansowe wsparcie ze strony rodziny, poza opłaceniem czynszu za pokój, pod warunkiem że w przeciągu niecałych 2 tygodni obydwoje znajdą pracę. N. przejadł się polskością, tym całym skatoliczałym-materialistycznym smrodem i brakiem poszanowania dla odmienności osób z zaburzeniami psychicznymi, ciężko doświadczonych przez życie. Jak tylko podpisze jakąkolwiek umowę, bierze chwilówkę na maksymalną kwotę i robią wypad – poprzez agencję pracy zagranicznej lub nie – do Norge, czy też ścieku multikulti – GB, aby tam wyuczyć się norweskiego. I tyle tu ich widzieli, bo w Polsce nie Europa, tylko żopa. o robacy – polacy. Na pohybel!

Katastrof, korekta i wtręty Gertrudy von Sroki