Polacken Tango lub Wilcze Kły tj. pozycja wyjściowa do zażalenia demiurgicznych roszczeń wobec ducha ludzkiego

03__North_Pole_Wolf
Mechaniczne Imadło

/ 2?3 /

To jak “bóg zapłać” za surowe w środku kluski z jogurtem. Nadziałem się na ucieleśnienie choroby polackiej. Na poczie, kurwa. Zachodzę styrany i obolały, a tu mnie recepcjonistka zagaduje: – a teraz odsyłamy, co? Nie wyczułem w tym sygnału aktywującego śmierdzące czułki Kontroli. Na gębę wyszła kobiecie cała niepojęta wredota. To ma być ktoś, z kim jestem jakkolwiek spokrewniony? Rodak, Polak? Pojęcie narodu jako wyznacznik wartości to najbardziej chybiony z wyborów. Z poślizgiem nogi na osnowie Ładu odparłem, że i owszem, bez przesady. Nie po to zakładałem rodzinę i kończyłem staż z podjęciem pracy, aby mnie teraz pozbawiali pracy za kradzież produktów spożywczych na wysokość 60 zł, którą dokonałem przed tym, czym jest faktyczna resocjalizacja. Ten lemur zaczął swoją mikrotyradę: to dobrze, że w kraju prawo funkcjonuje. Musi być jakaś sprawiedliwość. – Gdzie tu widać sprawiedliwość. To wyrządzanie szkody społecznej, a nie przyrządzanie pożytku społecznego, tak funkcjonujące prawo jest swoim zaprzeczeniem – No ale przyznaje się pan do kradzieży? Ręce, te moje styrane, pokaleczone ręce mi opadły. Cudem nie wybuchłem i zachowałem względny spokój, choć w środku wszystko chciało by wulkan wypluł lawę. Będę sobie pluł w brodę, że nie zjechałem tego robactwa walcem. Wyszedłem zachowując nieruchomą twarz. Po kiego czorta? Aby nie robić ekscesu, nie używać przemocy; bo słowa bywają nieme. Wydawało mi się, w tym kraju da się żyć, ale oto po raz kolejny wydaje mi się odwrotnie.

/\/\/

Wystarczyło mi uporczywości na ból fizyczny, ale na sprostanie wszystkim konwenansom kulturowym niekoniecznie. Społeczeństwo próbuje mnie musztrować poprzez swoje organy prawne. Ale to nie w wyniku tego, a swojej kapryśnej karmy, przyszło mi trafić ten uraz w pracy. Przez dobre 20 minut znosiłem intensywny ból od rany ciętej na 1 cm głębokości na dłoni, co nastąpiło po pokryciu jej antybakteryjną maścią. Z powodu zatrucia “lekiem” przeciw uzależnieniom, jak również innych czyników, o których nie wspomnę, stawiłem dzisiaj czoła napięciu nerwowemu najbardziej intensywnie w życiu.

wir ulvhel rufen deine wulfaz
wir ulvhel rufen deine wulfaz

/\/\/

Że nie reaguję w sposób, w którym mógłbym wyciągnąć ostateczną konsekwencję z tego, co czuję – to jest wielkie szczęście.

/\/\/

Połowicznie zapadłem na łagodny rodzaj schizofrenii, będący następstwem tyleż bycia Polakiem, co osobą niedostosowaną do życia we współczesnym społeczeństwie. Na skutek kryzysu psychicznego, który nastąpił jako owoc moich zachowań i nie upatruję tu winy u najbliższych – którzy to byli mi wówczas najdalsi, jako że siedziałem wtedy w Zakładzie Karnym, – wmontowała mi się mocno obawa, że mogę stracić wszystko, co cenię i stanowi grunt dla korzeni mojej woli życia. System postrzegania odnalazł z pomocą psychogennej używki tj. klefedronu, upostaciowienie tej obawy w lęku, że ktoś z ludzi żyjących niepodal ani chybi jest gównofonem (tj. bujaczem na uchu) szukającym tylko powodu, aby aktywować tryb konfidenta policyjnego; przy jednoczesnym kontynuowaniu zachowań wykraczających poza wąski zakres tolerancji polskiego prawa. Rzygam tym serdecznie, jakkolwiek mam wciąż na tyle zaufania do swojego systemu zmysłowego, że nie potrafię sobie wmówić ot tak, że wszystkie moje schizy były chybione, i nie można w nich sę doszukać kropli intuicji. Przejebane jak za podążanie na kompromis własnym słabościom, czy też chcąc ułatwić sobie utrudnione ponad miarę “zaburzeniami osobowości” życie, człowiek doprasza się o zstąpienie biedy na swój łeb. Bo jeśli doprasza się o zstąpienie piekieł to ulega deluzji i pewnie codziennie wciąga tfu-anetę. Nie to ma być jednak konkluzją. W konkluzji zapytam, kto niby ma prawo zabraniać białemu człowiekowi realizowania swoich naturalnych intynktów i odbierać mu przestrzeń życiową, mieć czelność go musztrować? Nikt nie ma takiego Prawa. Prawem niechaj będzie Miłość podług Woli.

Advertisements

Zamieszki na globalnym sportowym zlocie dla zdolnych inaczej

g17.6-P

W Biblii czytamy: „Do męża, który idzie za nakazem kontroli, nie należy nawet jego pluskwa”.
ROK 2017 rozpoczął się od zgoła mogilnie ponurego ogłoszenia podanego przez naukowców. W styczniu grupa mogących wyrządzić ogromne fikołki finansowe badaczy oznajmiła, że świat niebezpiecznie zbliżył się do największej katastrofy w historii. Totalna bunoferia centusiowatych burżujów, mających czelność zabierać głos w tym, co w narodzie jest przedstawiane jako wartość to przyczynek do chęci wzniecenia płomieni w umysłach. Prędzej niż do traktowania polskości jako burżuazyjnej kato-błazenady, bo to, będąc tym właśnie NIEfałszywym chrześcijaninem boli, a nie śmieszy.  W Indoeuropejskim niezainfekowanym społeczeństwie rozmowa szlachcica z żebrakiem była czymś normalnym, i patrzył mu w oczy jak człowiek, bo szlachic rozumiał istnienie, a nie był wyznawcą durnych dogmatów ideologicznych. Między innymi to doprowadziło do niebezpiecznego przestawienia wskazówki minutowej świętego Zegara Zagłady o 33 sekundy do przodu. Zegar ten ma pośrodku tarczy złotą bombę atomową jak piłkę rugby i wskazuje teraz tylko 2 min 30 sek do północy, co oznacza, że jesteśmy bliżej globalnej katastrofy niż kiedykolwiek w ciągu minionych 44 lat!

W roku 2018 naukowcy przebadali plan aktualności tych doniosłych potrzeb ponurego ogłoszenia. Czy Zegar Omni Fellatum będzie wskazywał północ i bezprecedensową katastrofę, coś porównywalnego do ejakulatu wulkanu na małej wysepce na skalę planetarną? Możliwe, że nawet panu prezesowi trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. W końcu nawet specjaliści nie są co do tego zgodni. Wcale nie wszyscy ludzie wierzą w szerzące się domieszki o jaszczurowartych humanoidach, za to dają im wiarę wyznawcy objawień fatimskich.

Tak naprawdę miliony ludzi patrzą w przyszłość optymistycznie. Ich zdaniem istnieją dowody na to, że ludzkość i nasza planeta będą trwać wiecznie i że jakość naszego życia się poprawi. Ich dowody są bezapelacyjnie wiarygodne, zupełnie jak ortodoksyjna wykładnia Pisma Świętego, albo jawnie protorasistowski przekaz świętej księgi bystrouchego narodu – Tory. Czy więc świat wymknął się spod kontroli?

„Zegar Zagłady to międzynarodowy symbol pokazujący, jak blisko jesteśmy zniszczenia cywilizacji przy użyciu stworzonych przez nas niebezpiecznych technologii. Wśród nich na pierwszym miejscu znajduje się broń nuklearna, ale zagrożeniem są też technologie parapsychiczne, wirusy w rodzaju choroby chrystusiej, przegrywającej ostatnio sromotnie z chorobą mamonią – choroby mogące wpływać na zmianę zdrowego oglądu świata liczy się w tysiącach – oraz wpełzające człowiekowi przez oczy i uszy mikroelektroniczne robaczki, które zostawiają plombeczkę w korze mózgowej, rozwijające z powodu błędu w obliczeniach lub na skutek przypadku, ludzi o wynaturzonych, śmierdzących ja — a tacy mogą wiele zmienić na naszej planecie czy nieodwracalnie zmienić nasz styl życia” (Bulletin of the Atomic Scientists).

‘Wszechświat nie powinien istnieć’, rzecze Laboratorium Nuklearne z maskotką Shivą

Trzymajcie się pośladków.

Nasi teoretyczni, miażdzący na cząstki przyjaciele z CERN, Europejskiej Organizacji ds. Badań Nuklearnych, których maskotką jest Lord Shiva Niszczyciel i Bóg Śmierci, ogłosili, że Wszechświat (a zatem, rzeczywistość sama w sobie) gwoli prawdy nie powinien istnieć.

dancing-shiva-resin
Shiva, Tańczący na Burzy

Jak dotąd nie padło ani słowa na temat, czy dekadenccy Szwajcarzy, którzy prali pieniądze zarówno dla Nazistów, jak i CIA (i którzy również zapewniają ochronę prywatną dla Papieża i Banku Watykańskiego!) planują jakiekolwiek bezpośrednie działanie, które mogłoby (ahem) doprowadzić tą Globalną Wioskę bezużytecznych zjadaczy do schludnej, uporządkowanej spolegliwości wobec ich wysoce racjonalnych konkluzji.

Powiedzmy, że nie odpuściłbym tym słodkim czekoladkowym bękartom próby, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak mózgo-miażdżący i dziwaczno-kruszący stał się cały dotknięty porażeniem czteronkończynowym, kwadratowy taniec Uzgodnionej Rzeczywistości, od czasów – powiedzmy – Apokalipsy Majów.

Lecz dywaguję.

Jak to generalnie w przypadku CERN, nic co mówią nie ma sensu. Na kursie ich niezdolności do odróżnienia Czegoś! – Wszystkiego! – Czegokolwiek! od Totalnej-Pieprzonej-Pustki-O’-Nicości w jakże istotnej wyprawie po satysfakcjonujące odpowiedzi na abstrakcyjne pytania, ten lepki kolektyw śmigających koniak Osobowości Typu-A obmyślił parę mgliście-zdefiniowanych (i najwyraźniej niewidzialnych?) magnetycznych pułapek zbiorczych dla bardzo, bardzo destruktywnych cząstek antymaterii, napchał nimi pudełko pringelsów (poważnie, nie możesz podrobić tego szmelcu) i spędził następne 405 dni… uh, mierząc je.

A zatem tutaj sedno, zgodnie ze standardowym modelem Wszechświata.

Jest materia, a następnie antymateria. W teorii są biegunowymi przeciwieństwami. Nie łączy ich nic wspólnego. A jednak, kiedy zostały pomierzone w nuklearnej puszce pringelsów, okazały się być doskonale symetryczne. To jest, nie było między nimi żadnej dostrzegalnej różnicy. Położone w perspektywnie, jest to porównywalne do jakiegoś biednego irlandzkiego mnicha w klasztorze, który nagle – po latach zagorzałych badań – odkrywa, że Jezus Chrystus i Antychryst są tym samym pieprzonym kolesiem. Mogło to, co zrozumiałe, odpalić kryzys egzystancjalny… zgodnie ze standardowym modelem Chrześcijańskiej kosmologii.

See what I did there?

Kiedy materia spotyka antymaterię, wielkim (teoretycznym) następstwem jest wzajemna anihilacja.

A skoro (teoretyczny) Wielki Wybuch uwolnił równe ilości materii i antymaterii w momencie, gdy Wszechświat (teoretycznie) ejakulował się w istnienie, powinien (teoretycznie) zniszczyć sam siebie jak tylko się urodził, co jest powodem, z uwagi na który – zgodnie z doktorem Christiannem Smorrą z CERNu, „Wszechświat nie powinien w gruncie rzeczy istnieć.”

[słyszalne westchnięcie]

Wszechświat po prawdzie nie powinien istnieć.

Shivo, tak mi przykro. W imieniu Homo sapiens sapiens (małpy tak mądrej, że nazwaliśmy ją podwójnie!) proszę, niech zaoferuję swoje kondolencje. Nawet Tyfon, ani Tiamat, ani pieprzony Fenrir nie mieliby tupetu, aby wyrazić cokolwiek tak haniebnego, odrażającego, tak wrednego, tak bezwstydnie nihilistycznego. Mógłbym nawet pójść tak dalece, aby zasugerować, że to niedorzeczne przypuszczenie reprezentuje orzeszek sworzeniogłowej pompatyczności wewnątrz dziwnej, plugawej historii Drogi Mlecznej samej w sobie.

Z reguły nie stosuję hiperboli, ale w czasach takie jak te, mój umysł odlatuje do kafeterii Parku Jurajskiego. Wiecie, ta scena, gdzie Jeff, uh, Goldblum powiada: „Widzisz… brak pokory…wobec natury… obecny tutaj, um… wprawia mnie w osłupienie.”

Niezależnie od tego, czy matematyka działa, czy też nie, życie i tak znajdzie swoją ścieżkę.

Widzicie, oto dokładnie, co tutaj mamy. Brak pokory.

Fizycy z CERNu są tak pewni, że Standardowy Model Wszećhświata jest absolutnie, niezbicie, 100% słuszny, że wolą przyjąć wyraźnie fałszywe pojęcie, że nic „nie ma żadnego interesu” w istnieniu, przeciwstawnie do podjęcia najmniejszego wysiłku kontemplacji pojęcia, że być może, po prostu być może, cały ich program nauczania, kontekst i rama odniesień postrzegania i świadomości może być maleńka, cieniutka, i ciut niekompletna. Albo, że ktoś-gdzieś, mógł popierdolić obliczenia matematyczne. Nawet tylko troszkę.

Jeśli dopracujesz intelektualnie świętobliwy Standardowy Model Wszechświata w najmniejszym możliwym ułamku procenta, ta Wielka Zagwozdka napotyka ścianę i rozbija się jak każda inna niewidzialna napędzona cząsteczka.

Serio, nie mogę sobie wyobrazić bardziej odrażającego światopoglądu, niż twierdzenie, że Wszechświat naprawdę nie powinien istnieć. Oczywiście, że powinien kurwa istnieć! To Wszechświat! I to jest to, co robi! Ustalmy to, raz i na zawsze: teoria Wielkiego Wybuchu to bzdura. Czysta i całkowita bzdura. Coś nie może, pod żadnymi postrzegalnymi warunkami, nagle wytrysnąć z Niczego, nie ważne jak wiele (teoretycznego) nacisku lub zwartości zostało (teoretycznie) skompresowane w próżni pustki dokładnie 13.7 biliona lat temu. Ze swojej własnej natury, Nic może być zdefiniowane tylko jako absencja wszelkiej potencjalności, która musiałaby (co oczywiste) zawierać potencjał by…wiecie… zrobić Coś z Jego pieprzonego Ja.

Poeci to łapią! Buddyści i Taoiści, z ich głębią rozsądku graniczącą z absurdem, oni to też łapią! Łapie to każdy, kto kiedykolwiek jadł magiczne grzyby. Pasterze, chłopi, bednarze, szewcy, rzeźnicy, piekarze i wyrabiacze świeczek… wszyscy to kurde łapią! Nie stanowi to dla nich problemu! Ale fizycy nuklearni? Niemożliwe!!!

Nie wpasowuje się to przyjemnie w ich przyjęte z góry, konspiracyjnie uzgodnione granice nieuchwytnych abstrakcji, biorących początek w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych (lecz z pewnością siebie racjonalnych) ludzkich umysłów, zatem nie może być to możliwie prawdziwe. Nie ma mowy, Jose.

Jednak oto zagwozdka: nieuchwytne abstrakcje zakorzenione w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych ludzkich umysłów są perfekcyjnie akceptowalne jako fundament dla percepcji i wierzeń, tak długo jak przyciągają konsensus wystarczająco dużego wycinka podobnych, samozwańczo „racjonalnych” umysłów.

Innym sposobem ujęcia tego byłoby: Trzoda nigdy się nie myli. Alternatywne sugestie są wykluczane albo jako w najlepszym wypadku prymitywne przesądy, albo w najgorszym – jako irracjonalne brednie. To ta sama choroba, którą lubię nazywać poznawczym pochlebstwem, pozwalającym na wyraźnie nielogiczną akceptację twierdzenia, że Jakieś Coś i Każde Coś spontanicznie wytrysnęło z Niczego Zupełnie, tylko dlatego, że przypadkiem „działa” to w kontekście przyjętego z góry sposobu pojmowania (czy raczej, uzgodnionej konspiracji) Wieży Słoniowej Elity Mędrców, siwogłowych i etatowych z całą swoją pedantyczną Pompą i Chwałą, która w tym przypadku, okazuje się być bardzo, bardzo dużym Bang (wybuchem). Nie, sir. Nie ma w tym nic prymitywnego.

Esencją każdego obrazu jest rama. Zamień (albo przynajmniej, spróbuj zrekonfigurować) tą ramkę i możesz uświadczyć zdruzgotania przytulnego, odruchowego kontekstu samozadowolenia. Poprzez który rozumiem żałosne, opłakane lenistwo intelektualne.

Nie jest to Nauką, nieważne jak wielu „równych rangą” recenzuje ją i popiera.

Śmierdzi to miast tego Ortodoksją. Zmorą Wszelkiej Wolności Natury.

Zaś zgodnie z moimi kalkulacjami.

Z ortodoksji bierze się dogmat. Z dogmatu bierze się autorytet. Z autorytetu bierze się Policja Myśli. Z Policji Myśli bierze się Tyrania Wyobraźni.

A w tym punkcie, strzeż się.

Bądź bardzo, bardzo uważny.

universe-bad

POSŁOWIE

Rozważ następujący cytat z Pana Isaaca Newtona, notowanego Alchemika:

„Że jedno ciało może oddziaływać na inne z odległości poprzez pustkę, bez pośrednictwa czegokolwiek więcej, poprzez co jego akcja i siła może być przekazana z jednego na drugie, jest dla mnie tak wielką absurdalnością, że wierzę, iż żaden człowiek, który ma kompetentną zdolność rozumowania w kwestiach filozoficznych, nie mógłby w nią nigdy popaść.”

Przeskroluj listę zwycięzców Nagrody Nobla w kategorii Fizyki, a będziesz zakłopotany znalezieniem czegokolwiek celebrującego odkrycie departamentu magnetyzmu.

A to dlatego, że to jeszcze nie nastąpiło.

J.B. Turnstone (turnstonecreations.blogspot.com/)

przekład za disinfo.com – katastrof wrzywąż

 

Ray Brassier – Umieranie jako niemożliwość śmierci

ZAŁAMANIE FENOMENOLOGII: LEVINAS

Przywodzi to oczywiście na myśl kluczowy trop Lévinasowskiej fenomenologii absolutnej inności, w której radykalna pasywność przypisywana odwiecznemu śladowi „innego we mnie” wiąże się z „niemożliwością możliwości” uniemożliwiającą ogląd intencjonalny i ekstatyczną projekcję. „Słoneczna katastrofa” Lyotarda stanowi w istocie p r z e k ł a d Lévinasowskiej, teologicznie zabarwionej kategorii „niemożliwości możliwości” na język bliższy naukom przyrodniczym. Nie śmierć Innego jest tym, co pozbawia świadomość nadrzędnej pozycji, lecz zagłada słońca. Znamienne, że przekład ten pojawił się w okresie, gdy pewne elementy naukowego obrazu świata zaczęły przenikać do tych dyskursów filozoficznych, które badały granice naturalnego obrazu – mowa rzecz jasna o dyskursach postkantowskiej filozofii kontynentalnej – generując coraz bardziej skomplikowane dysonanse w jego obrębie. O ile bowiem fenomen śmierci wskazuje na anomalie w tkance pojęciowej obrazu – stanowiąc punkt, w którym nasze codzienne pojęcia i kategorie zaczynają się załamywać (dlatego właśnie śmierć jest tak ciekawym tematem dla filozofów badających granice naturalnego obrazu), o tyle, i dokładnie z tego samego powodu, pojęcie zagłady stanowi aberrację dla dyskursu fenomenologicznego, który usiłuje transcendentalizować siatkę pojęciową naturalnego obrazu świata po to, by uchronić ten obraz przed zagrożeniem ze strony pozytywizmu i naturalizmu. Skoro pojęcie zagłady wyraża napięcie między naturalnym a naukowym obrazem świata, to nie mogło ono powstać na gruncie tego drugiego; narodziło się za sprawą zastosowania najbardziej wyrafinowanych zasobów pojęciowych naturalnego obrazu (w połączeniu z pewnymi elementami dyskursu naukowego) przeciwko właściwemu temu obrazowi fenomenologicznemu samorozumieniu. W tym szczególnym okresie filozofia nie powinna ulegać pokusie, by poprzestać na którymś z rywalizujących obrazów, podobnie jak nie powinna podejmować wymuszanego na niej wyboru między reakcyjnym autorytaryzmem naturalnego normatywizmu a metafizycznym konserwatyzmem naukowego naturalizmu. Filozofia powinna raczej wykorzystać mobilność – jedną z niewielu korzyści, jakie daje abstrakcja – by za jej pomocą przemieszczać się pomiędzy jednym obrazem a drugim, ustanawiając warunki możliwości nie ich syntezy, lecz przechodzenia między nimi: od spekulatywnych anomalii pojawiających się w obszarze fenomenalnych przedstawień do metafizycznych dylematów związanych z wyzwaniem, jakie nauki rzuciły naturalnemu obrazowi. Pojęcie zagłady musi więc z istoty być dwuznaczne w tej mierze, w jakiej dotyczy przenikania się dwóch dyskursów. Odpowiedniość między egzystencjalno-fenomenologicznym opisem śmierci a naukowym zjawiskiem zagłady powraca we wzajemnej odwracalności fenomenologii traumy i zagłady fenomenologii. Zagłada ma katastrofalny charakter, miesza początek z końcem, to, co empiryczne, z tym, co transcendentalne, właśnie dlatego, że jest zarazem n a t u r a l i z a c j ą   e s c h a t o l o g i i   i   t e o l o g i z a c j ą   k o s m o l o g i i . To właśnie dyskurs fenomenologii najlepiej potrafi oddać traumę poprzedzającą unicestwienie naturalnego obrazu.

22291363_1964258010511784_6123949268784266686_o
zdj. GvS

Dlatego hiperboliczna fenomenologia Lévinasa dostarcza doskonałego słownika pozwalającego opisać zagładę jako traumatyczne z a ł a m a n i e s i ę fenomenologii. Hiperboliczna emfaza dyskursu Lévinasa wynika stąd, że próbuje on wydobyć meta-ontologiczne i meta-pojęciowe znaczenie transcendencji znajdującej się poza istnieniem. Lévinas pragnie ją odczytywać poprzez znaczące tropy, które, jak twierdzi, pojawiają się już w koncepcji pre-ontologicznego rozumienia istnienia sformułowanej przez wczesnego Heideggera:

Emfaza oznacza zarazem figurę retoryczną, nadmiar ekspresji, przesadę i sposób ukazywania się. Słowo jest bardzo dobre, podobnie jako słowo „hiperbola”: hiperbole są tam, gdzie pojęcia się przeobrażają. Opis tych przeobrażeń to także usprawianie fenomenologii. Przesada (l’exaspération) jako metoda filozoficzna.

Metoda fenomenologiczna Lévinasa polega więc na e m f a t y c z n e j   p r z e s a d z i e. Uważa on, że tylko w ten sposób można wyrazić enigmatyczny i epifenomenalny „sens sensów” zawarty w radykalnie nieontologicznej transcendencji, przypisywanej przez niego temu, co „całkowicie inne”. Jedynym fenoenologicznym rejestrem, który odpowiada karzącej inności związanej z nieskończoną transcendencją, jest wymiat pogwałcenia. Ściśle mówiąc, Lévinas stosuje w swej fenomenologii emfatyczną przesadę, by tym lepiej opisać źródłowy, etyczny sens fenomenu traumy. A zatem nieskończona inność zostaje określona jako „zranienie” czy też „krwawienie” podmiotowości, podobnie jak podmiot etyczny opisywany jest jako „zakładnik”, „traumatyzowany” czy też „prześladowany” przez Innego („podatność na zranienie” stanowi bowiem dla Lévinasa trop etyczny par excellence). „Niemożliwość możliwości”, będąca sygnaturą całkiem innego, w dziele Lévinasa jest zarówno niemożliwością s a m e g o istnienia, jak i niemożliwością w o b r ę b i e istnienia. Umieranie jako niemożliwość śmierci jest niemożliwością s a m e g o istnienia, jeżeli to ostatnie pojmujemy jako pozaczasowe i anonimowe dudnienie il y a (stanowiącego przewrotną dezinterpretację Heideggerowskiego Es gibt) – od którego nie ma ucieczki. Umieranie jest jednak zarazem niemożliwością w obrębie istnienia w tym sensie, w jakim wskazuje na nieznośny nadmiar pasywnego cierpienia, które sprawia, że jesteśmy wewani do odpowiedzialności przez nieskończenie Innego. To właśnie owo traumatyczne wezwanie nie pozwala nam upierać się przy własnym istnieniu. Oba znaczenia niemożliwości – niemożliwość, by przestać istnieć, i niemożliwość, by zacząć istnieć – są dla Lévinasa całkowicie różne, a jednak nierozdzielne. To, co absolutnie inne, jest traumatyczne właśnie dlatego, że łączy zgrozę sensu ze zgrozą bezsensu; oznacza ono zarówno zgrozę bezsensu wiecznego upierania się przy istnieniu, bez możliwości ucieczki (il y a), jak i zgrozę sensu, pojmowaną jako trwające w nieskończoność etyczne przerywanie istnienia, odsuwanie w przyszłość naszej zdolności do istnienia, jako raniąca transcendencja o n o ś c i . W rezultacie pradziejowa podziejowość będąca odpowiednikiem niemożliwości możliwości prowadzi do traumatycznego impasu: nie możemy ani zacząć, ani przestać istnieć. Podmiotowość jest sparaliżowana przez inność, która zawsze „już z góry” wywłaszcza podmiot z jego substancji, inność jest wepchnięta „pod skórę” podmiotu, któremu „jest źle we własnej skórze”:

[podmiot] przepełniony samym sobą, duszący się pod sobą, niewystarczająco otwarty, zmuszony do rozłączenia się ze sobą, do wzięcia głębszego oddechu, do końca, do wy-właszczenia się aż po zatracenie siebie. Czy kresem tego zatracenia jest pustka, punkt zero oraz spokój cmentarzy, jak gdyby podmiotowość podmiotu nic nie znaczyła?

Z siódmego, ostatniego rozdziału ksiązki Ray’a Bassier’a „Nihil Unbound”, 2007,     przeł. Marcin Rychter i Mikołaj Wiśniewski

przedruk za: Kronos 1/2011

 

Jak muchomory zaniosły mnie do Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej – Leon Drzeftschyk

Ziemska matka namówiła. Pojechałem z nią do lasu. Ma tam fajny domek (nawet dwa) wokół którego rosną grzyby. Również święte grzyby. Postanowiła zebrać wszystkie, profańskie zjeść, a święte eksterminować. Próbowałem dzwonić po pomoc, ale nie odpowiedziano. W końcu 4 surowe kapelusze uratowały się w moim żołądku. Z począku nic. Gdy matka wróciła, poczułem się śpiący. Potem bełt, sen i pobudzenie na wieczór. Skłamałem, że to nie wina amanita muscaria, lecz russula emetica (Co byś na moim miejscu zrobił, Bravario? Nie ćpał, nie pił, nie kłamał, słuchał wszelkich wuac i liczył na „(s)EXTAZE” od Jezusa. A nie, to wg cb chyba też pogańtfo)

Drugie podejście. Amanita muscaria przemycona w koszyku między grzybami profańskimi. Ukryta na noc w szufladzie, rano przesuszona w 75 C, potem gotowana we wrzątku przez pół godźny. Po odcedzeniu otrzymujemy starożytną, lechicką zupę. Wypijam. Smak podoba się językowi, żołądkowi mniej. Ciało spoczywa na materacu, na zakurzonej podłodze, na warszafskim kwadracie, dusza zaś leci… na Plac Kim Ir Sena w Pyongyangu.

Tam, żołty kolektyw, robi miejsce dla swojego Wodza. Wódz jedzie w kilometrowej LeeMurzynie. Druga LeeMurzyna wiezie pulchną Trumpflę. Wszyscy śmieją się, cieszą, wogle hcą śę nafed zamieniść miejscami. Panóje Pokooy i Miuoość. Niestety wizja się kończy, a dusza wraca do ciała na kwadracie. Smutna Warszafka, smutna pogoda. Ale uświadamian sobie jedno – MIAŁEM WIZJĘ. WIZJĘ PRZYSZŁOŚCI! W TVN, po moim przebudzeniu, gadają o groźbach Trumpfli wobec Ludu Pracującego Korei. Może Trupmfla opamięta się? Inaczej może przyjść Haar-megidon ❤ Albo nie, katolstwo zapowiada że to jeszcze nie koniec, że teraz ma być Nowe Szurowiecze – tzw. Królestwo Maryi. Tak jak Pan Jezus powiedział.

korea23
il. katastrof wrzywąż

Szokujące treści w podręczniku do religii. Rodzicom aż zatkało owcze mordy

IMG_20170928_095743

GvS – Zły demiurg, kolaż 28.09.17 r.

Część rodziców jest zdruzgotana i nie może uwierzyć w to, co opublikowano w podręczniku do religii. Sprawa wyszła na jaw po tym, gdy jedna z matek z braku papieru toaletowego postanowiła podetrzeć się kartkami wyrwanymi z podręcznika do religii swojego syna – ucznia szkoły specjalnej dla dzieci z autyzmen. Jak się okazało w trakcie defekacji, nieopatrznie rzuciła okiem na jedną stronę, co ją zafrapowało na tyle, że następnie przewertowała wnikliwie resztę podręcznika. Wiele z twierdzeń zawartych w publikacji jest szalenie kontrowersyjna. Masturbacja ma być większą komunią wstępną, uświadamiającą człowiekowi wstępne wyobrażenie o wymiarze doświadczenia własnego ciała, niż bomba atomowa, a prezerwatywa nieskutkowną obelgą. Dostało się też „Rzytkom, Muzinom i Talibom”.

W internecie już rozpętała się burza wokół podręcznika „W blasku Bożej Wiedzy” wydanego przez wydawnictwo Pleroma. Chodzi o fragmenty, które nie są poparte żadnymi statystykami, a według części politpoprawnych rodziców emanują rasizmem i dezinformacją.

– Małżeństwa mieszane często zawodzą (z Arabami rozpadają się prawie wszystkie, z Murzynami około 93 procent, choć niektóre dane wskazują bliżej 70) o wiele szybciej niż te z jednego kręgu kulturowego – czytamy w podręczniku – i jest to coś, co powinno zamknąć ach jakże ludzkie i szacowne gęboryje wszystkim zwolennikom związków mieszanych rasowo.

Według oburzonej części rodziców, są to treści nieprawdziwe (AHTUNK! Nic nie jest prawdziwe- wszystko jest dozwolone, jak prawił Starzec z Gór, Hassan ibn Sabbah) a przede wszystkim nie powinny znaleźć się w podręczniku do religii.

To jednak nie wszystko, co przykuło uwagę w podręcznikach Pleromy. Ogromne wzburzenie części rodziców wywołały słowa dotyczące homoseksualizmu, onanizowania się czy antykoncepcji. Masturbacja została nazwana „eksplozją nuklearną w mózgu porównywalną do wybuchu bomby atomowej oglądanego w kinie 3D”. Co więcej, w podręczniku zabrano się także za sprawy z zakresu biologii – autorzy przekonują, że „poczęcie dziecka jest uwarunkowane w procesach mających miejsce pod sercem”.

Zdaniem autorów podręcznika „prezerwatywy to prosta droga do przytkania kanalizacji, a poza tym przy dużym prąciu bywa, że pękają”. Co więcej, kobieta, która stosuje antykoncepcję „odbiera demiurgowi tyranię nad swoim ciałem”. Oberwało się także osobom homoseksualnym. Pociąg seksualny do osób tej samej płci ma wynikać, według podręcznika, z nieufności wobec innej płci, poczucia, że jest się z innego gatunku niż kobiety, z nieuświadomionej chęci sprzeciwienia się Bogu, a także ma być pozostałością po gwałcie.

zakaz2

Bunt uczniów, których rodzice wykorzystują podręcznik do kręcenia gównoburzy, już odniósł sukces. Zapowiedzieli, że sprawę zgłoszą do odpowiednich organów. Wszyscy są zgodni, że cenzurowanie tego podręcznika nie wpłynie pozytywnie na ich rozwój.

źródło oryginału: wp.pl
spaczył: katastrof wrzywąż

Garść popiołu i gruzu na polackie jajogłowy

Na krzywy ryj komu te etykiety w sklepach monopolowych: ALKOHOLU NIETRZEŹWYM NIE SPRZEDAJEMY, jak i tak wiadome, że kupują po to, aby nietrzeźwym być, a potocznie mówiąc: najebać się. Co się zowie hipokryzją, jeśli nie to? Pierwszy zakaz który się rzuca czarno na białym przeciętnemu obywatelowi w RzeczSoplicospoliconejPolskiej XXI w. A taki jeden z drugim robi grafitti na śmietnikach: JEBAĆ PSY, JARAĆ TOWAR. Tymczasem białych ludzi w tym coście-skurwysyny-uczynili-temu-kraju, jednostki z wrodzonymi predyspozycjami do zgłębiania zmienionych stanów świadmości, dopóki nie wyrzekają się głosu serca, traktuje się jak obywateli gorszej kategorii. What’s wrong with this picture? – z wieczornych rozkmin redaktorów.

21984189_1957604767843775_1345294666_n

W świetle progresu, jaki poczyniłem w kwestii środków psychoaktywnych odrzucam zgryzotę sumienia, jakoby nadal trawił mnie rak politoksykomanii i wszystko, co się z tym wiąże: poczucie, jakoby moje instynkty nie były zdrowe, a ja ich konsekwentną realizacją urągam bliźnim – to pozostałości tego, co William S. Burroughs nazwał chorobą chrystusią, na moim mózgu.
Widzę wężową ścieżkę i kroczę nią w równowadze. Ja nie skapituluję, bo zrobiłem to wielkopańsko i nieomal śmiertelnie, ale życie mnie zatrzymało w swoich objęciach i wynagrodziło; nie dam się ukrzyżować ani zaszczuć. Wara 23!

1. Kto się nie lęka ten już poznał przegraną i przetrwał z zaczynem oporu, z ziarnem chaosu.
2. Nie bierz perły za muszlę
3. Słowo jest Cieniem Duchowym
4. Praca skraca dzień i czyni wolnym od wyrzutów sumienia z tytułu realizowania swoich naturalnych instynktów drapieżcy
5. Od brania ręka nie boli, chyba że się zbłądzi tak, że bierze się coś, od czego palą się kable, kurka Twoja mać RPIII PolaKatolicka brać.

Six Sieg Six. Polskę kochać trzeba, a Ci co są zdolni zdobyć się na tą miłość po wyeksplorowaniu jej najciemniejszych aspektów, zasługiwaliby by pójście do nieba.

Processed with VSCO with m3 preset

Uświadomiłem sobie, że jedną z przesłanek (i to właśnią tą fałszywą), za powodem których tak zajadle optuję (i będę mimo to optował) za antypsychiatrią był mój odbiór przypadków osobowości o zaburzeniach tego samego rodzaju, co moje i pogląd na benzodiazepiny, jako leki, których nie należy stosować trwale. Tymczasem życie znowu zajadle kole mnie w oczy uświadomieniem błędu, w którym utknąłem na parę lat, ale już nie. Mianowicie: benzodiazepiny nie leczą, a pogłębiają problem. Proste i bolesne, bo przynoszą momentalną ulgę od dyskomfortu immanentnego istnieniu, która jednak działa na zasadzie przesunięcia filtra, jak stopień zaciemnienia przyłbicy spawalniczej reguluje podatność oczu na ból. To wyjaśnienie sukcesu komercyjnego Xanaxu – pacjent dostaje receptę na alprazolam i popada w zachwyt nad jego skutecznością “terapeutyczną” – aż nie dotrwa do momentu, gdy konsekwentne przyjmowanie tych zdradliwych tabletek prowadzi go poprzez wzrost tolerancji do konieczności sępienia leków po innych doktorach tejże jakże szacownej nauki, pozyskiwania substancji na lewo na potencjalnie różne sposoby, aż w końcu do nieodzownego upadku na dupę w postaci nieprzewidzianego wskutek traktowania życia lekką ręką – co charakteryzuje kierunek, w jakim działają na postrzeganie leki z tej grupy – dozna objawów odstawiennych w postaci trzynastokrotnego uwypuklenia oznak negatywnej percepcji rzeczywistości, które w pierwszej kolejności skłoniły w ogóle kogoś – byc może nawet z czystej troski – do wypisania mu recepty na owe. To jest błędne koło psychiatrii.

Od czasów wyniesienia rozumu ponad ducha historia zawiodła ludzkość do etapu gloryfikowania nauki, która jednak jest ślepa na źródłowe przeinaczenie, które zaszło w kulturowej matrycy świadomości gatunku (tfu) “Homo Sapiens”. Nie będę tu precyzował tej oczywistości, za to podążę w przeciwną stronę: dzisiaj spłynęła na mnie Gnoza. Wczoraj wyleczony z pędzenia dokądkolwiek konopiami olałem sprawę receptową, a jutro przychodzi mi iść do ciężkiej i wymagającej stabilności nerwowej pracy na 2-gim, najgorszym dniu zjazdu z BDA. Dzięki temu, jak również dzisiejszemu pobytowi w lesie, gdzie nazbierałem kosz czerwonogłówców i kań, spostrzegłem, że prawdziwy Bóg, to jest iskra stojąca za zaistnieniem mojej świadomości, w ten sposób – odczuwalny – daje mi znak, co muszę w sobie zmienić. Zlekceważenie tegoż będzie jedynym prawdziwym grzechem, jaki istnieje.
Nomen omen, nie zmienia to jednak mojego stosunku do psychiatrii, która póki co pozostaje nauką ze wszech miar błędną, skażoną odejściem Ludzi Północy od wierności własnej naturze i nasłuchiwaniu głosu serca, która to z kolei prowadzi do mojej obecnej, jakże osobistej, zasranej sytuacji społeczno-politycznej.

9d2f145f5055e51dd147e6cb163190cb

– Życie uzależnionych jest proste. Mają tylko jeden priorytet i dopóki go zaspokajają, wyjebane na wszystko.
– Ale to nie życie. To jest jak bycie embrionem przyjmującym tylko jeden rodzaj pokarmu, wbijającego go w ziemski sen i odzierającego z doświadczenia tego, co im przypisane jako ludziom, całej gamy doświadczenia wynikającej z karmy.
– Od dzieciństwa przed snem wpadałam w dziwny stan, w którym jest ciemno, zanika poczucie własnego ciała i atakują mdłości i wstręt przed czymś jeszcze nieznanym. Być może to wspomnienie poczęcia?
– To ma sens, bo przecież przychodząc na świat, iskierka chaosu zostaje wcielona w świat materii, którego zasadniczymi składnikami są stagnacja, błoto i beton.

tumblr_owrx7bwFWt1tm5ooho4_1280
Opactwo Thelemy, fot. Kenn Wilson

Dialog w osiedlowym monopolu Polski ‘B: chłop zamawia 9-tkę tego dnia parchatych łomży mocnych i rzecze: nie lubię tyle pić, ale są dni, kiedy trzeba – a 2-ga strona: no… – i podstawia mu drobne do wsypania w rękę – aż jej nie podsunie; za nim zaś w drodze powrotu przystępuje klyjent, który powiada do ekspedienta: wiesz, że dzisiaj Zjaga wygrała? – ten zaś cokolwiek impulsywnie jak na jego dotychczasowo zarejestrowaną przez podmiot reakcyjność – odpowiada: Słuchaj, jebie mnie to, jak i to, że dziś Bawołystok się napił! Ja jestem tylko sprzedawcą w sklepie.

Pokój.

katastrof acz wrzywąż

Rozpoczął się sezon na halucynki. Są pierwsi upupieni

Rozpoczął się sezon na grzyby halucynogenne i na podgórskich łąkach można od kilku dni spotkać młodych ludzi z siatkami na motyle. Dolny Śląsk, a szczególnie rejon Gór Sowich, znany z sieci podziemnych tuneli wykopanych rękami hebrajów za czasów III Rzeszy, Gór Stolcowych i Karkoznoszy, to bowiem jeden z głównych regionów w Polsce gdzie rosną te grzyby, a konkretniej łysiczka lancetowata.

Są też już pierwsi upupieni. Wpierdol i na dołek, a na dołku ino woda z rozpuszczonym haloperidolem. To spotkało dwójkę 23-latków z Zamroczyn, która łowiła grzybki obok szlaku na Ogromną Sowę. Milicja przyznaje, że grzybiarze wpadają sporadycznie. Powód? MonAnarchistyczne bojówki patrolują łąki czy zbocze lasów. Renata Szmul ze Szmułdeckiego Oddziału Straży Granicznej, przyznaje, że jeszcze kilkaset lat temu, kiedy nie było granic i naćpane wywarem z muchomorów, psylocybów i konopyj grupy szturmowe wyznawców Tchorta patrolowały górskie lasy, osób mających jakiekolwiek obiekcje wobec takich praktyk można było poszukać co najprędzej w pierwszych klasztorach.
– Dziś jest trudniej, ale to nie znaczy że bezkarnie. Doskonale wiemy, gdzie takie grzybki rosną i na przełomie września i października często je odwiedzamy – dodaje. Prawo traktuje grzybki halucynogenne tak samo uwłaczająco godności Białego Człowieka jak marihuanę czy kwas lizergamidowy. Ich posiadanie jest przestępstwem. Grozi za to kara do trzech lat zjeboresocjalizacji.

Devil_s-Horns
Geist ist Teufel! / Albin Julius z Der Blutharsch and the Infinite Church of the Leading Hand

Fachowcy-sługusy systemu oceniają, że grzyby halucynogenne stają się większym zagrożeniem niż narkotyki. Naukowcy natomiast dostrzegają w psylocybinie najbezpieczniejszą substancję psychoaktywną oprócz konopii i widzą w tej pierwszej potencjał na zrewolucjonizowanie zjebanej psychiatrii, w świetle znakomitych wyników uzyskanych podczas badań nad skutecznością tejże w leczeniu syndromu stresu pouzrazowego czy dępresji. Grziby są bardzo tanie, a kiedy sami je zbieramy, wręcz darmowe. Wystarczy kilka godzin spaceru na świeżym powietrzu i jesteśmy w stanie zrobić sobie zapas na kilka miesięcy. Ususzone grzybki zachowują bowiem swe właściwości. Bez problemu można też je kupić. Na czarnym rynku kosztują po 23-44 groszy za sztukę. By doświadczyć ich leczniczego działąnia, trzeba zjeść około 20. Działają podobnie jak dużo droższe LSD. Też wywołują poszerzenie świadomości, transcendencję traumatycznych doświadczeń oraz kajdan narzucanych na umysł każdego obywatela przez kulturę, która w obecnym wydaniu nie jest kumplem nikogo, kto się szanuje.

Wielu młodych ludzi, którzy nazywają je magicznymi grzybkami i halucynkami, twierdzi, że skoro stworzyła je natura, to na pewno im nie zaszkodzą. Bingo! Branie grzybów może prowadzić do bardzo głębokiej transcendencji, a w konsekwencji doświadczenia rozpuszczenia ego. Natomiast świadome przyjmowanie wysokich dawek grzybów połączone z medytacją i/lub deprywacją sensoryczną może prowadzić do wizji innych wymiarów i głębokiej introspekcji, sięgającej korzeni człowieczego zła i dobra, a w konsekwencji do neurorepgrogramacji. Adam Wnyk z Poradni Profiutlaktyki i Zjepterapii Uzależnień Monar w Warszawie bredzi, że szczególnym niebezpieczeństwem związanym z ich zażywaniem jest wysokie ryzyko śmiertelnego zatrucia. Tymczasem równie dobrze można śmiertelnie przedawkować wodę. Wnyk powiada: Grzybki szybko uzależniają. Tymczasem jednym z podstawowych spostrzeżeń neurobiologii a propos psychodelików jest to, że nie wywołują one uzależnienia fizycznego, a jednokrotne głębokie doświadczenie wzbudza w użytkowniku pragnienie przeprocesowania go przez co najmniej najbliższy tydzień. Co więcej można usłyszeć od pana Wnyka? – A już po kilkakrotnym zjedzeniu mogą spowodować nieodwracalne zmiany organiczne w mózgu. Raczej nieodwracalne wnioski wyciągnięte wobec narzuconej rządowo wspakultury, jej kontestację i rozpoznanie własnej tożsamości jako Wolnego Białego Człowieka.

Pseudopsychiatrzy na usługach hebrajskich dogmatów twierdzą ponadto, że niezwykle niebezpieczny jest też tzw. flashack, czyli nawrót, nawet po kilku miesiącach, psychodelicznych doznań, mimo że narkotyk nie został ponownie zażyty. Następuje on w nieoczekiwanym momencie. Człowiek zaczyna słyszeć szepty, śmiechy, przed oczyma pojawiają mu się dziwaczne obrazy. Towarzyszy temu też szalona ochota kontynuowania życia i, niestety, czasem kończy się tragicznie. Ludzie śmieją się obsesyjnie i urągają spaczonemu światu.

autor pierwowzoru: Małgorzata Moczygęba / Gazeta Wróćławska
spaczył katastrof wrzywąż

“Trumpfle” przechwycone przez das dojcze policaj!

5 tys. pomarańczowych odprasowanych trufli-piguł w kształcie pizdogłowy prezydenta Donalda Trumpa, zawierających znaczne ilości MDMA, zostało przechwyconych przez policję w Smolenzig Sosnabrück w Dolnej Schleedzsonii (drugim co do wielkości kraju związkowym w Republice Emiratów Niemieckich).

Policjanci znaleźli je w Peugeocie 239 na rumuńskich tablicach rejestracyjnych, który był prowadzony przez 33-letniego mężczyznę podróżującego z 13-letnią córką-pigułką po autostradzie A33. Kierowca przyznał się, że wracał z Holandii, gdzie wyhodowano trufle i nasączono je mdma, oraz gdzie zostały mu przekazane przez (jak przypuszcza) tajemniczego człowieka przebranego za jaszczura w kapturze na głowie okraszonym symbolem odwróconego trójkąta z gadzim okiem, tam gdzie zakrywał czoło.

Trump-pil-629962,jpg

Na awersie pomarańczowych piguło-muffinek wytłoczona została podobizna prezydenta Stanów Zjedoczonych z ikoniczną grzywką i szeroko otwartymi ustami na podobieństwo świńskiego ryja, a na rewersie duplikat symbolu, którym Trump posługiwał się w trakcie swojej kampanii prezydenckiej: pięć gwiazdek Eris, bogini dyskordii ze słowem TRUMP poniżej. Ich domniemana wartość to €10 tys.

Wg brytyjskiej prasy „Trumpfle” zaatakowały ostatnio europejską scenę klubową i kółka oazowe, będąc sprzedawane za €8-10, stanowiąc kolejny rozdział długiego dialogu pomiędzy kulturą narkotykową, a polityką, indoktrynacją religijną, sztuką i pop kulturą. Są sprzedawane na darkwebie i szmuglowane z Amsterdamu do sprzedaży przez siatkę dilerów w klubach psytrance w UK.

Komentarz dr Guntera Zdunowika, specjalisty od psychiatrii alternatywnej:
Kurde balans, zjadłbym je z Putinem. Co do Trumpa, jego osobistemu lekarzowi i dietetykowi zaleciłbym wprowadzenie trumpfli jako jedynego składniku jego codziennego śniadania. Niechybnie poprawiłoby to panu prezydentowi jego linię… programową.
Kolega z zawodu jest bardziej stanowczego zdania, i zastosowałby na Prezydencie 2-dobową kurację wysoką dawką BDF tj. bromodragonfly (polska nazwa to bromoważka). Jak widzicie państwo nikt tu jednak bezpośrednio nie nawołuje do innych niż totalnie humanitarne metod rozwiązywania problemów świata i każdego jego obywatela! Wiwat Pane Prezese!