Guru i Wielka Bestia: przeświadczenie Timothy’ego Leary’ego, że był kontynuacją Aleistera Crowleya

W 1972 roku Timothy złapał zbiór zaprojektowanych przez Aleistera Crowleya kart tarota i zadał im pytanie. „Kim jestem i jakie jest moje przeznaczenie?”. Przerwał wtedy ciąg kart i znalazł Asa Dysków – kartę, która jak wierzył Crowley, reprezentowała jego samego. As Dysków zawiera greckie słowa To Mega Therion lub „Wielka Bestia”, będące imieniem przyjętym przez Crowleya. Przekonało to Leary’ego  o czymś, co ostatnio zaczął podejrzewać; o tym jakoby był „kontynuuacją” Aleistera Crowleya, oraz o tym, że jego rolą w życiu była kontynuacja „Wielkiego Dzieła” Crowleya, mianowicie dzieła sprowadzenia fundamentalnej zmiany w ludzkiej świadomości.

Timothy Leary roku 1972 był bardzo odmiennym facetem od Timothy’ego Leary’ego z okresu „Lata Miłości” roku 1967, gdzie był u szczytu sławy. Leary był ex-harwardowskim profesorem, który głosił ludziom pokój i miłość, zaadaptował mantrę „dostrój się, włącz i odpadnij” (‘tune in, turn on and drop out’) – oraz poprowadził eksplodujący ruch psychodeliczny. W przeciągu następnych 5 lat był wielokrotnie aresztowany, zniewalany, jak również uciekał z więzienia, został przeszmuglowany poza Amerykę przez terrorystów, porwany przez rewolucjonistów w Afryce Północnej, uciekł ponownie,  zbiegł do Szwajcarii, gdzie trafił do szwajcarskiego aresztu śledczego, a aktualnie wiódł nomadyczne życie, wędrując między różnymi Szwajcarskimi kantonami pod ochroną wygnanego francuskiego handlarza bronią. Nixon nazwał go „najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce” i wysłał Johna Mitchella, swojego głównego prawnika do Szwajcarii, aby próbował doprowadzić do ekstradycji Leary’ego. Życie Leary’ego rozgrywało się na tak wielkiej, niebezpiecznej skali, że kuszące było uwierzenie, iż został w jakiś sposób wybrany przez historię, oraz że można się po nim spodziewać wielkich czynów.

Jego identyfikacja z Crowleyem rozpoczęła się poważnie wraz z tym, jak Leary wespół z angielskim beatnikiem i pisarzem Brianem Barrittem odbyli kwasowego tripa na Saharze. Barritt był, słowami Leary’ego, „pieprzonym geniuszem”. „Brian jest Nietykalnym Anglikiem” – napisał w roku 1971. „Jego cień padający wprost na ścieżkę klasy średniej wystarczy, aby skontaminować dwadzieścia życiorysów. Jest wysoce toksyczny. Brian jest starożytny, ale nie stary. Przez 36 lat przepuścił przez swoje ciało tak wiele narkotyków, jak to możliwe, a jest obscenicznie zdrowy, diabolicznie zamożny i wygląda na dwudziestolatka. Zamierza utrzymać ten stan przez bezterminowy okres. Nie zamierza umrzeć: będą musieli go zabić.”

Brian-Barritt
Brian Barrit, w r. 1974 (z lewa) i 2001 (po prawej)

Leary i Barrit wpierw tripowali razem nocą z wielkanocnej soboty na niedzielę roku 1971. Pojechali z wybrzeża Algierii do miejsca zwanego Bou Saada, na skraju Sahary. „Bou Saada” znaczy „Miasto Szczęścia” i mawiano, że to bardzo magiczne miejsce. Leary musiał zgarnąć różne manatki z Hotelu Caid, gdzie pomieszkiwał wcześniej ze swoją żoną, Rosemary. Zaliczał się do nich wstęp napisany do jednej z książek Barritta i część ubrań jego żony. To w tych ostatnich byli najbardziej zainteresowani, gdyż były tam zaszyte kartony Sunshine LSD i wysokiej jakości afgański haszysz w obcasach butów.

Zjedli kwasa, zapalili haszu i wyjechali ku niezliczonym wydmom, aż znaleźli wyschnięte łożysko rzeki. Tam usiedli na wiecznie przemieszczającym się piasku i obserwowali zachód słońca, czekając na załadunek kwasa. Wzeszedł księżyc pełni. Nad pustynią zapadła noc.

„Niebiosa płonęły” – tak później Barrit opisał tripa, który nastąpił. „Potężne statki galaktyczne rozbłyskiwały w istnienie, złote naczynia z twarzami bogów egipskich na dziobach, ślizgające się między życiem, a śmiercią. […] Cudowne miasta przemykały, zbudowane z jeszcze nieodkrytych materiałów, wieże wygięte ku niebiosom. Poprzez okno kobieta o twarzy anioła i ciele pająka gawędziła do mnie swoimi oczami . . .” Leary, w międzyczasie, wydawał się wykonywać rodzaj ceremonii, krocząc w górę i w dół i recytując alchemiczną formułę solve et coagula.

Nawet wg standardów Leary’ego i Barritta, była to wyjątkowa noc. Lecz trip zawierał kilka synchroniczności, indukujących, że było w tym coś więcej, niż tylko szereg wyimaginowanych halucynacji. Na początku tripu Barritta spostrzegł zakapturzonego człowieka pośrodku diabelskiego pyłu lub powietrznej trąby piasku. Barritt miał przy sobie zwój lub manuskrypt, który wydawał się istotny, powiązany z elizabetiańskim magikiem i alchemikiem Dr. Johnem Dee.

Dr. Dee był jednym z głównych uczonych swoich czasów, człowiekiem który odegrał wiodącą rolę w rozwoju nauki nawigacji. Był także dworskim astrologiem Królowy Elżbiety I i użył jej horoskopu do wyboru dnia jej koronacji w 1558 r. Posiadał jak wierzono największą bibliotekę w Brytanii, zanim lokalni mieszkańcy, uznający go za złego czarnoksiężnika, jej nie spalili. Był również szpiegiem Korony, wysyłanym na misje wywiadowcze do różnych innych krajów europejskich. Wydaje się zatem na miejscu, że podpisywał dokumenty kodem „007”.

Dee był również alchemikiem głęboko zaangażowanym w studia okultystyczne, nawet pomimo tego, że takie praktyki były ekstremalnie niebezpieczne politycznie w religijnym rozgardiaszu jego czasów. Zaangażował się we współpracę ze złodziejem (w tym grobów) Edwardem Kellym, wierząc, że Kelly miał zdolność słyszenia duchów i demonów. W trakcie wielu miesięcy Dee spisywał informacje skierowane „poprzez” Kelly’ego, a rezultatem był materiał pracy magicznej, zawierający anielski język, znany jako Magia Enochiańska.

Rok po podróży do Bou Saada, Leary i Brian odkryli, że w roku 1909, Aleister Crowley i poeta Victor Neuber odprawili ceremonię magiczną dokładnie w tym samym łożysku rzeki na wydmach poza Bou Saada, gdzie wzięli LSD. Crowley i Neuberg przyzywali demony inwokując dziewiętnaście „wezwań” zaczerpniętych od doktora Johna Dee i Edwarda Kelly’ego. Magia Enochiańska była integralną częścią systemu magicznego Crowleya i to anielski skrypt Dee i Kelly’ego Crowley inwokował w Bou Saada.

Praca zajęła kilka tygodni, jako że inwokowali jeden „klucz” manuskryptu dziennie, wzywając szereg aniołów i demonów do pojawienia się wewnątrz magicznego trójkąta, zaznaczonego w piasku. Wykorzystywali meskalinę i magiję seksualną, z Neubergiem dymającym Crowleya na ołtarzu w prowizorycznym kręgu kamieni, dedykując akt dla bożka Pana. Kiedy nadszedł dzień inwokacji Choronzona, demona chaosu i otchłani, Crowley nie pozostał na zewnątrz magicznego trójkąta. Zamiast tego rozmyślnie usiadł wewnątrz. Para musiała stanowić nie lada widok, jak wykonywali swoje dziwne akty wśród przemieszczających się saharyjskich wydm. Crowley był ubrany w długą, czarną, zakapturzoną szatę z rewolwerem u pasa. Neuberg, z dwoma kitami ufarbowanych włosów wygiętych w rogi, obserwował siedząc w magicznym kręgu stworzonym dla jego ochrony i robił notatki. Crowley poinstruował Neuberga, że cokolwiek się stanie, musi się przeciwstawić każdej próbie demona, aby się wyzwolić. Inwokacja dobiegła końca, złożono w ofierze trzy gołębie i, wg relacji Neuberga i Crowleya, Choronzon się ukazał. Opętał Crowleya i zaczął szydzić z Neuberga, błagając aby go uwolnił. Później twierdzili, że Crowley/Choronzon zaczął zmieniać kształt, ukazując się Neubergowi w szeregu form, w skład których wchodził jego stary kochanek oraz wąż z ludzką twarzą. Błagał poetę o łyk wody i obiecywał, że spocznie u jego stóp i będzie mu posłuszny, jeśli go uwolni. Gdy Neuberg był roztargniony olśniewającymi obrazami materializującymi mu się przed oczami, demon stopniowo przesuwał piasek na krąg magiczny, powoli go wymazując. Wtedy byt, który opętał Crowleya runął na Neuberga i wg Wyznań Aleistera Crowleya „rzucił go na ziemię i próbował rozerwać mu gardło pieniącymi się szponami.”. Na szczęście Neuberg był uzbrojony w konsekrowany magiczny sztylet i udało mu się odeprzeć bestię. Choronzon został odegnany, pozostawiając Crowleya leżącego nago na piasku. Po zakończeniu ceremonii, magiczny krąg i trójkąt zostały wymazane oraz rozpalono ogień, aby oczyścić miejsce.

Leary i Barritt byli zdumieni, gdy odkryli to, rok po ich pustynnym tripie. Fakt, że przebywali u tego samego łożyska rzeki był już sam w sobie synchronicznością, ale zakapturzona postać wewnątrz diabelskiego pyłu, którą Barritt ujrzał pasowała do crowleyowskiego opisu jego opętanego ja. Crowley, który nosił czarną, zakapturzoną szatę, opisał opętującego go demona jako koagulację form, które wirowały bezrozumnie w chaotycznych zwłach jak diabelskie pyły”. Dodatkowo fakt, że używali manuskryptu doktora Dee, który również ukazał się Barrittowi, popchnął wydarzenie daleko poza przypadkowość.

Było wiele zbieżności pomiędzy Timothym Learym i Aleisterem Crowleyem, co w tamtych czasach nie pozostało niezauważone. Dla przykładu Andy Warhol udzielił komentarza w tej sprawie.

Obydwaj wyrośli z podłoża represyjnej klasy średniej i obydwaj odrzucili te wartości, aby założyć wyzwolone i hedonistyczne sekty. Obydwaj przykładali ogromną wartość do seksu i dragów i są silne paralele pomiędzy komuną Millbrook Leary’ego i crowleyowskim Opactwem Thelemy na Sycylii. Crowley za swojego życia został nazwany „najbardziej nikczemnym człowiekiem na świecie”, zaś Leary „najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce” przez prezydenta Nixona. Przykazanie Crowleya „Czyń swoją Wolę niechaj będzie całym Prawem” ma podobne libertyńskie wartości do przykazań Ligi Rozwoju Duchowego, „religią osobistą” wynalezioną przez Leary’ego, choć ta została złagodzona do braku przyzwolenia na kontrolowanie innych. Obydwaj napisali reinterpretacje Tao Te Ching. To indykator podobnego rozmiaru ich ego, jako że Tao Te Ching jest zapewne jednym z najbardziej kompletnych kawałków tekstu, jakie kiedykolwiek napisano, i nieliczni są ci, co wierzą, że mogą to poprawić. Jak zademonstrował Roberta Anton Wilson w Kosmicznym spuście, jest wiele paraleli pomiędzy „Transmisjami Gwiezdnego Nasienia”, informacjami uzyskanymi podczas eksperymentów Leary’ego z przekazywaniem, za odsiadki w więzieniu Folsom, a Księgą Prawa Crowleya. Są również podobieństwa pomiędzy starością każdego z nich, i względem luzi, takich jak John Lennon, na których obydwaj wpłynęli. Obydwaj mieli też żony imieniem Rosemary.

Saint_Timothy_by_CorpusCallosum
“Święty Timothy”, il. aut. Corpus Callosum

Leary zaczął myśleć o sobie jako o ‘kontynuacji’ Crowleya, w przeciwieństwie do ‘reinkarnacji’ w normalnym sensie. Były silne podobieństwa pomiędzy Dee, a Kellym, Crowleyem i Neubergiem oraz Learym i Barrittem, a Leary spostrzegł siebie jako część linii czarowników powracających wskroś historię. Było to coś, czego Crowley zdawał się być świadomy, choć wierzył, że był reinkarnacją Kelly’ego prędzej niż Dee. Leary wierzył, że odgrywał „skrypt” dla stałego, transformacyjnego nurtu, który powtarzał się w czasie. Te ‘skrypty’ istniały w podobny sposób do piosenki. Piosenka istnieje tylko w czasie, nie w przestrzeni, ale jednak istnieje wystarczająco, aby wykrywalne były wzorce, harmonia i znaczenie. Zaiste, ‘czas’ był tu kluczem, albo raczej zmiana w jego jakościach, możliwa do wykrycia pod wpływem LSD. Leary wierzył, że w trakcie tripa były momenty, w których jego świadomość przerastała normalny, niezatrzymujący się, linearny upływ czasu. Koniec końców, tak jak dwu-wymiarowy rysunek może być właściwie obserwowany tylko z trzech wymiarów, tak też czas, czwarty wymiar, powinien mieć sens tylko z piątego lub wyższego wymiaru. Poszerzona za sprawą LSD świadomość wydawała się okazjonalnie oferować taką wyższą perspektywę. Z tego miejsca ujawniały się w inny sposób niewidoczne wzorce i nurty w historii. Wierzenie Leary’ego, że jego świadomość przekroczyła linearny upływ czasu tak naprawdę nie jest tak absurdalne, jak może się wydawać przy pierwszym zerknięciu. Wśród naukowców jest rosnący konsensus, że podczas gdy czas sam w sobie jest prawdziwy, postrzegany wprzód marsz czasu jest iluzją. Jak Einstein onegdaj słynnie napisał do przyjaciela, „przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są tylko iluzjami, nawet jeśli uporczywymi.” Pisząc w The Scientific American (Vol. 15 No. 3 2005 s. 82) Paul Davies konkluduje, że „upływ czasu jest prawdopodobnie iluzją. Świadomość może zawierać termodynamiczne lub kwantowe procesy, które prowadzą do wrażenia życia z chwili na chwilę.” Wtedy przechodzi do uwagi, że „możliwe jest wyobrażenie sobie dragów, które zawieszają wrażenie podmiotu, że czas upływa.”

Podczas tego okresu Leary pisał książkę o swojej ucieczce z więzienia, pt. Już pora, a później miał zakończyć swoją autobiografię dokładnie tymi samymi słowami. Książka została później przemianowana w bezpośrednim hołdzie dla Crowleya, opublikowana pod tytułem Wyznania Maniaka Nadziei, tytuł wybrany jako świadome odniesienie do crowleyowskiego Dziennika Maniaka Dragów oraz Wyznań Aleistera Crowleya.

Wkrótce później Leary został porwany w trakcie strzelaniny w Afganistanie, sprowadzony z powrotem do Ameryki i umieszczony w osobnej celi w więzieniu Folsom. Po zawarciu umowy z FBI, która zrujnowała jego reputację wśród wielu hipisowskich wyznawców, został ewangelistą komputerów osobistych i internetu. Umarł na raka 31 maja 1996 roku. Według Williama Burroughsa „Tim zmienił świat. Może upłynąć kolejny wiek, zanim przyzna mu się jego prawomocną renomę. Niech jego oszczercy kręcą głowami o sto lat od teraz.

Jest niewątpliwie prawdziwe, że ponowne oszacowanie idei Leary’ego i jego wpływu na naszą kulturę jest znacznie opóźnione. Są tacy, co wierzą, że Leary odniósł sukces i sprowadził fundamentalną i trwającą zmianę w ludzkiej świadomości milionów ludzi. Są też inni, wierzący, że powinien wziąć na siebie winę za problemy i rozczarowanie, które zakończyły sen lat sześćdziesiątych. Ale jedna rzecz jest oczywista: nie ma żadnej postaci z drugiej połowy XX w., która ma lepsze roszczenie do kontynuacji „Wielkiego Dzieła” Crowleya, niż Dr Timothy Leary.

Zaadaptowane z „I Have America Surrounded: The Life of Timothy Leary” autorstwa Johna Higgsa. Źródło: Daily Grail. Tłum. <|Vv \ not

Advertisements

Elwira Wołodyjovski: Jesteśmy narodem ćpunów. Kuncerny wszczepiają nam choroby i faszerują chemią

po-powrocie-do-kraju-zrodlo-rok-1968-srodek-peerelu-warszawa-2008

Przemysł farmaceutyczny bardzo chętnie usidla ludzi, wciskając im tabletki na zjebogłowie. Faszerują nas chemią, wmawiają, że za talary ozdrowiejemy – mówi doktor Elwira Wołodyjovski, psycholog Elwira Wołodyjovski: Zła pogoda czasem powoduje humor minoga, ale łatwo można sobie z nim poradzić. Jesień w pełni, zima za pasem, a nam coraz trudniej zwlec się z łachów pościeli i ruszyć w drogę do kieratu. Czy to rzeczywiście kwestia sytuacji społeczno-politycznej, czy raczej naszego lenistwa? Na pewno nie jest to kwestia lenistwa. Ludzie bardzo reagują na proszki, chemię, światło, przekazy podprogowe i ciśnienie. Jest wiele osób, które silnie odczuwają działanie tych zewnętrznych bodźców. Musimy być na to przygotowani. Przecież wiemy, że w naszej sferze geopolitycznej poranki niosą ze sobą swąd spalonej świni i jak już zwleczemy się z wyra idziemy jak brodząc przez galaretę z konserwy mięsnej.

W tym okresie osoby, które reagują obniżonym nastrojem, powinny zwiększyć częstotliwość lewatyw oraz natężenie ruchu ulicznego. Niekoniecznie gdzieś w kurorcie pod Gruszkami na Wierzbie czy nad ciepłymi wodami, tylko zamiast podróży do posągu Jona Powła na kolanach powinny wybrać rower. Mając taką świadomość, można doskonale zapobiegać zapaściom nastroju, pneumokokom i wodogłowiu. Jeśli ktoś o tym wie, a tego nie robi, to mamy do czynienia ze zwykłym zaprzaństwem. Poza tym uważam, że bardzo wiele zmienia autosugestia. Jeśli ludzie sobie wmówią, że jesienne miesiące oznaczają dupa siad motywacji, to już samo mówienie bardzo często sprawia, że zupełnie podświadomie pracujemy na doły i wrzody. Nie spotykamy się ze znajomymi, nie wychodzimy potańczyć, nie wychodzimy zajarać lolka, nie wychodzimy pobiegać, nie sprzątamy kupy po psie, lub niekulturalnie traktujemy jehowych. Po prostu zasiadamy na kanapie, faszerujemy się tłustą baraniną czy kotletami schabowymi. To wszystko jest tak ociężałe, że człowiek się robi zglątwiony, więc nic dziwnego, że suma takiego trybu życia często przekłada się na nastrój krokodyla po usypiającej strzałce. Czyli wiele zależy od naszego nastawienia do rzeczywistości i od charakteru? Nie od charakteru, ale od poznania. Oczywiście są pewne nawyki, ale mając świadomość, jak wiele możemy zdziałać sami, zamiast zjeżdżać windą do piekieł, powinniśmy wchodzić po drabinie do niebios. Nie potrzeba do tego pieniędzy, żadnego spa ani wyjazdów do ciepłych krajów. W Polsce taki klimat mentalny był przecież od XIX w. Znajdujemy się na tej samej kuli ziemskiej, na której zostali pogrzebani i ulegli rozkładowi nasi pradziadowie. I oni na żadne depresje nie cierpieli. Rżnęli się z kuzynami po wioskach, orali pola – mieli różne prace do wykonania, a jak było troszkę mniej roboty, to siadali, pili eter, śpiewali, poili dzieci makiwarą, wychodzili na pole i patrzyli na wschody słońca. Tutaj nie ma żadnych tajemnic. Na rynku pojawia się coraz szersza oferta psychotropów… Przemysł farmaceutyczny bardzo chętnie usidla ludzi, wciskając im jakieś tabletki na depresję. Faszerują nas chemią, wmawiają nam, że jesteśmy chorzy albo że cierpimy z powodu freudowskich smrodów. I to niestety jest groźne. Jeśli ktoś dał się tym omamić, to niestety przegrał życie.

Czyli ten wysoki odsetek chorych na depresję to sprawka mediów i reklam? To bujda na resorach. Na zjebogłowie zawsze chorowało i choruje 23, maksymalnie 36 proc. społeczeństwa. Depresja to choroba mózgu. Mózg chorych na zjebogłowie osób nie produkuje endorfin, ma niedobory serotoniny, połączenia neurologiczne są poprzepalane, płat czołowy przysmażony. Kropka. To trochę tak, jak z autyzmem. Czy co drugie dziecko jest autystyczne? Nie! Ale teraz lekarze, głównie psychiatrzy, napędzają przemysł farmaceutyczny, nabijając kabzy światowym szmulom. Na przykład jeśli w rodzinie ktoś umrze, mówi się bliskim zmarłego, żeby poszli do psychiatry po tabletkę. Jeśli dziecko się słabo uczy i rodzice się martwią, zaleca się im wizytę u psychiatry i wykupienie recepty na leki. Podobnie jest z bezrobociem. A ludzie na to pozwalają. Zwłaszcza Polacy. Przecież jesteśmy jedynym krajem w Europie, który ma reklamy leków. Czy pani o tym wie? Jesteśmy narodem ćpunów. Naprawdę? Tak. To, co dzieje się u nas, to po prostu plaga. To wynika ze straszliwej bezmyślności naszych ustawodawców. Pozwolenie na wyświetlanie reklam leków było zbrodnią!

Już ustaliliśmy, że zbyt często zaleca się nam wizytę u psychologa lub u psychiatry. Niekiedy wręcz gonią nas tam z nahajem, czy to opieka społeczna, czy troskliwa, kochająca rodzinka. A kiedy tak naprawdę powinniśmy zasięgnąć porady specjalisty? Najwyższy czas na wizytę u psychiatry jest wtedy, gdy człowiek nie może już normalnie funkcjonować. Jeżeli przez dwa tygodnie cierpi na anhedonię, czyli nic go nie cieszy, nie staje mu kutanga, nie odczuwa przyjemności, jest zajebany mułem, to wtedy trzeba pójść do lekarza pierwszego kontaktu lub do psychiatry. Nie miejmy jednak wielkich nadziei, że trafimy do kompetentnego lekarza, który zapyta, co się dzieje w naszym życiu. Bo jeśli nie zapyta, tylko od razu zapisze środki przeciwdepresyjne, to produktem tej wizyty będzie kolejny uzależniony, a więc kolejna porażka czyt. tryumf systemu polskiej służby patologii.

W dzisiejszych czasach psychiatrzy prawie w ogóle nie zajmują się rozmową czy psychoterapią. Traktują pacjentów jak trzodę z taśmy. Pac – recepta, pac – pieczątka. Żreć 2x dziennie, na wieczór tritykko. Wypisują cokolwiek i mówią: “Do widzenia, następny!”. To jest zamknięte koło. Trzeba żyć z depresją, ale nie w zjebogłowiu. W ciągu całego

54843a95b3bed_o,size,250x400,q,71,h,0104bf
Elwira Wołodyjovski

życia człowiek setki razy ma gorsze dni, ale to nie znaczy, że wszyscy jesteśmy zjebami, ludzie! Jeśli ktoś chce, ze wszystkiego można zrobić sobie biznes – producenci leków zarabiają właśnie na urojonej depresji. A my dajemy się na to nabrać… 5/6 tych tabletek to kostka fiksata. Wcale nie działają. To zawracanie głowy! To parchate placebo. Jedyne, co ma organicznie skuteczne działanie antydepresyjne, poza szergiem ziółek i papierami Alberta, to 5-htp, suplement niedostępny w obrocie farmaceutyczym! Niedawno miałam pasożyt gardła i poszłam do laryngologa. Pani doktor wypisała mi 7 czy 8 środków, a mogła kurwia wyciągnąć pincetą bo głowę dało się dojrzeć w krtani. Stoję w aptece przy ladzie i proszę o jeden lek, inny i jeszcze następny. Pytam farmaceutkę, czy może mi powiedzieć, czy te wszystkie specyfiki pomogą mi na robaka w gardle. “Wie pani, nie zaszkodzi”. Miałyśmy rozmawiać o depresji, a ja tu robię propagandę antyfarmaceutyczną. Kondolencje, na propagadę antypsychiatryczną nie wystarcza mi lotności yntelektu. Ale to wszystko się łączy. Czyli nie powinniśmy obarczać enefzetu winą za depresję? Jak jest ponuro, to trzeba mieć fajne towarzystwo, zbączyć parę buszków albo zarzucić piksę. Trzeba częściej spotykać się z naturą, wychodzić, iść potańczyć, pobawić się, pograć w palanta albo zapolować na bażanta. Właśnie dlatego, że mamy predyspozycje do lenistwa. A na swoje lenistwo sami musimy opracować remedium, werfluchte!

źródło pierwowzoru: polskatimes.pl

na potrzeby ulvhel nontimes spaczył katastrof vvrzyvąż

 

Szturmując bramy psychodeli: naukowcy podejmują współpracę w obliczu kapitalistycznej rywalizacji

Wszyscy mówią o psychodelikach. Gospodarz późno-nocnego showu TV Chelsea Handler pije ceremonialny wywar ayahuaski na Netflixie. W ostatnim tygodniu, konserwatywny ex-Spiker Izby Reprezentantów, John Boehner, onegdaj „nienaruszalnie przeciwny” legalizacji konopii – stweetował oświadczenie, że dołącza do komisji mega-inwestora pączkującego legalnego przemysłu konopnego.  Autor bestsellerów Michael Pollan pisze o psychodelikach w „Jak zmienić swój umysł”, a mikrodozowanie LSD jest propagowane przez herosów przedsiębiorczości Jamie Wheala i Stevena Kotlera w Wykradaniu Ognia.

Co kiedyś zostało nazwane „psychodelicznym renesansem” – ruch prowadzony przez grzywiastych myślicieli, łotrowskich naukowców, psychonautów i wyrzutków – nieprzerwanie wywoskowuje się we w pełni odpaloną erę. Stopniowa akceptacja psychodelików i substancji psychoaktywnych przez mainstream jest powodem do celebracji dla rodowodu adwokatów, którzy toczyli pod górę bitwy o wolności religijną i „wolność poznawczą”: prawo zmiany stanu własnej świadomości. Wyzwolenie potencjału medycznego roślin i molekuł syntetycznych, będące z dawien dawna marzeniem szamanów, wyrzutków-naukowców i antropologów, w końcu materializuje się w rzeczywistości.

Ale jak psychodeliki rozwijają się z ezoterycznych, podziemnych krain w oświetlony dniem, legalny „mainstream”, jak zmienia się wiedza nt. i ekonomiczna przemiana tych substancji?

Leki (dozwolone lub nie) z uznaną wartością użytkową (medyczną lub inną) są z reguły utowarowiane, regulowane i opodatkowane. Widzieliśmy to w 1986 roku, gdy amerykański przedsiębiorca Loren Miller podjął próbę opatentowania i sprywatyzowania odmiany Bansiteriopsis caapi, kluczowego składnika ayahuaski, ceremonialnego wywaru społeczności lasów amazońskich.

Dzisiaj legalna produkcja konopii przysparza interesantom wysokich zysków, podczas gdy drobni handlarze pozostają zamknięci za posiadanie. Biały sok z makówek (Papaver somniferum) zawiera alkaloidy morfiny, produkowane teraz agresywnie przez przedsiębiorstwa jak Purdue Pharmaceuticals i sprzedawane do wytwarzania syntetycznych opiatów – szacowanych za odpowiedzialne za miliony zgonów – dla celów zysku.

Problemem jest, że służba zdrowia w Ameryce istnieje w obrębie konkurencyjnej ekonomii rynkowej, napędzanej nienasyconą pogonią za wzrostem ekonomicznym. Prywatyzacja środkami patentowania lub kradzieży często doprowadza do procesu odnoszenia zysku. Oznacza to ograniczenie dostępu do zasobów wspólnej puli (tj. stawianie płotu wokół pola konopii w celu jej sprzedaży, lub opatentowania rośliny).  W przypadku kompanii służby zdrowia, których ostatecznym celem jest maksymalizacja zysków dla interesantów, prywatyzowanie i patentowanie wiedzy i zasobów jest murowaną drogą do sukcesu. To zaś zgrzyta ze zwierzchnikami otwartego dostępu i współpracy, czyli naukowcami, badaczami, praktykami i adwokatami, których celem jest zapewnienie otwartego dostępu do terapeutycznych i duchowych narzędzi, jakimi są psychodeliki.

Przyszłość społeczności badaczy narkotyków pozostaje niepewna. Co się stanie z tradycyjnymi zasadami współpracy psychodelicznych naukowców po konfrontacji z matrycą komodyfikacji, rywalizacji i prywatyzacji?

Oświadczenie od Społeczności Psychodelicznej

W odpowiedzi na te pojawiające się napięcia, chacruna.net opublikowała Oświadczenie dot. otwartej nauki i otwartej praktyki z psylocybiną, MDMA i podobnymi substancjami, podpisane przez szereg badaczy, naukowców, mediatorów integracji, praktyków, filantropów i przywódców na tym polu. Oświadczenie zostało zaaranżowane przez Roberta Jesse’go, instrumentalną postać w ponownym otwarciu badań nad psylocybiną na Uniwersytecie Johna Hopkinsa.

Do podpisanych zaliczają się psychodeliczne awatary jak łotrowski profesor Harvardu przemieniony w guru Ram Dass, matrona molekuł Ann Shulgin, Amanda Fielding z Fundacji Beckley, Dennis McKenna i Roland Griffiths: wszystkie te osoby pomogły dramatycznie zmienić popularny dyskurs i wiedzę o psychoaktywnych dragach. Podpisały się również NGO, grupy adwokackie i instytucje z całego świata.

Według chacruna.net, dokument został opracowany w szczególności „w odpowiedzi na obawy, że w miarę jak psylocybina i MDMA przechodzą testy kliniczne, dając nadzieję jako leki, uformują się komercyjne przedsiębiorstwa na sposób motywujący do nie dzielenia się materiałami ani wiedzą, do spriorytetyzowania zysków, albo zachowania się kompletnie przeciw innym.” 

Z oświadczenia:

„Od pokoleń praktyków i badaczy przed nami, otrzymaliśmy wiedzę o tych substancjach, ich ryzykach i konstruktywnych sposobach ich wykorzystania. My z kolei akceptujemy wezwanie do wykorzystania tej wiedzy dla wspólnego dobra i swobodnego dzielenia się tym, jakkolwiek powiązaną wiedzą możemy odkryć lub rozwinąć.”

Prywatyzacja dostępu do zmienionych stanów świadomości

Spójrzmy na grzyby psylocybinowe, słynne jako sakrament kultury Mazateku w Meksyku. W pierwszych testach klinicznych, psylocybina ukazała nadzieję na stanie się terapeutycznym narzędziem do ulżenia niepokoju schyłku życia, depresji i uzależnienia od nikotyny. Aby spełnić wymogi standardów Praktyki Dobrego Wytwarzania Jedzenia i Leków Stanów Zjednoczonych (US Food and Drug Administration’s Good Manufacturing Practice – GMP), badacze używają oczyszczonej psylocybiny, białego, organicznie skonstruowanego proszku, zamiast preparacji grzybów. Wyprodukowanie tego medycznej klasy proszku jest kosztowną procedurą.

W roku 2017 Compass Pathways, kampania z centralą w Wielkiej Brytanii, wsparta przez bilionerów jak prawicowy Peter Thiel i wilk Wall Streetu Michael Novogratz, wleciała na scenę, wyprodukowując największą kiedykolwiek zrobioną dostawę medycznej klasy psylocybiny i obecnie przygotowują się do testów klinicznych u schyłku 2018. Compass Pathways pracuje z Fisher Pharmaceuticals aby pakować i dystrybuować psylocybinę do badaczy w instytucjach takich jak Imperialny Colledge Londynu za znacznie niższe ceny niż poprzednio, tj. około £20,000 (~100,000 zł – sic! – dop. tłum) za test na 50-ciu pacjentach.

Rozpoczęcie działalności jest poświęcone „rozwinięciu pacjenckich ścieżek i terapii do poprawy opieki nad zdrowiem umysłowym” poprzez działanie jako pośrednicy (dealerzy) pomiędzy producentami farmaceutycznymi, a badaczami, oraz sami przeprowadzając testy. „Opublikujemy wszelkie dane, pozytywne i negatywne, w otwarty i przejrzysty sposób, uznając i stosownie przypisując kontrybucje organizacji partnerskich i indywiduów, z którymi pracowaliśmy”, głosi ich otwierające oświadczenie.

Ale ceny medycznej klasy leków jak psylocybina (lub MDMA, LSD i ayahuaska) nie są głównym kłopotem badaczy. Bardziej kłopotliwa jest niepewność wokół wyłączności kontraktów pomiędzy badaczami, Compass Pathways, a producentami leku. Czy badacze nabywający psylocybinę od Compass Pathways mogą używać narzędzi i modeli leczenia innych niż Compass’owe? Czy kontrakty pomiędzy badaczami, producentami i Compassem są wyłączne? I czy wyłączne kontrakty – narzędzia rywalizacji rynkowej – naprawdę odzwierciedlają reklamowany etos współpracy kampanii?

 „Niestety badanie kliniczne jest drogie, i brak dużych kampanii równoważących rachunki”, wyjaśnia Julie Holland, psychofarmakolog i redaktor „Extasy – Kompletny przewonik – wyczerpujące spojrzenie na ryzyka i korzyści MDMA”, oraz „Księga Zioła: Kompletny przewodnik do konopii”. Testy kliniczne fazy trzeciej mogą kosztować do dziesiątków milionów dolarów: cen, z jakimi badacze bez pomocy przedsiębiorczego kapitału nie są w stanie się zmierzyć. Ale, jak wykazał Multidyscyplinarny Związek Nauk Psychodelicznych (Multidisciplinary Association of Psychedelic Sciences – MAPS), testy fazy 3 mogą być kompletnie sfinansowane przez dary charytatywne.

W międzyczasie, pewne duże kampanie równoważą rachunki aby nawodnić zieleńsze pastwiska. W Stanach Zjednoczonych osiem stanów zatwierdziło opodatkowanie i regulację legalnej marihuany (z ich większą ilością w drodze).

Wielcy napastnicy jak Acerage Holdings, nowy inwestorzy w przemyśle legalnych konopii, są tworzeni przez drużynę all-star „weteranów przemysłu”, od firm jak Goldman Sachs, Blackstone i Schroders Investment Management. Ostatnim uzupełnieniem drużyny jest konserwatywny uprzedni Spiker Izby Reprezentantów John Boehner, którego perspektywa konopii „wyewoluowała” wkrótce potem, jak Grupa Brightfield oszacowała, że sieć przemysłowa wkrótce osiągnie wartość 31 bilionów dolarów.

Jak ta nowa fala przedsiębiorców i inwestorów wypada w oczach podziemnych społeczności konopnych? Cóż, niezbyt imponująco. Ale jak to ujął pisarz, aktywista i autor High Times David Beinenstock, „konopie powinny przetransformować kapitalizm, a nie na odwrót.” W wywiadzie dla Herb magazine, sugeruje on,

„Powinniśmy nieść ze sobą wartości autentycznej kultury konopnej, w miarę jak wynosimy się z Prohibicji, i nie pozwolić temu przemysłowi – a co istotniejsze, naszemu ruchowi, aby został skooptowany i opanowany poprzez wartości Wall Streetu i korporacyjnej Ameryki.”

Nastawiony na zysk system opieki zdrowotnej, wbudowany w ekonomię nieskończonego przyrostu stale wymaga nowego materiału do komercjalizacji aby się zatankować. Oznacza to konstruowanie i produkowanie nowych, zyskownych farmaceutyków. Lecz oznacza to także poznawanie nowych, uprzednio podziemnych substancji, włączając zakazane krainy psychoaktywnych dragów.

Nagle prohibicyjne wartości prawicowych konserwatystów jak Rebekah Mercer, która ofiarowała jeden milion dolarów dla MAPS, Peter Theil inwestujący w dystrybucję psylocybiny i John Boehner – wszyscy zwolennicy prezydenta, który sugerował rozstrzeliwanie narkotykowych dealerów – są przebijane atutem obietnicy zysku.  

Współpraca teraz lub nigdy!

Co teraz? Psycholog Geoff Bathje nalega,

„Nie możemy zwyczajnie stworzyć legalnych ścieżek biegnących naprzód i zignorować błędy przeszłości. Potrzebujemy kurującej sprawiedliwości dla tych, którzy zostali nacelowani i skrzywdzeni przez Wojnę z Narkotykami, a którymi byli głównie Afroamerykanie i ludzie niższego pochodzenia.”

Przywódcy profesjonalnej psychodelicznej społeczności badawczej zebrali się w celu obrony swojego dziedzictwa współpracy i zajęcia pozycji pierwszej linii frontu wobec sprawiedliwości społecznej. Podpisujący zobowiązali się podtrzymać następujące zasady:

  1. Intelektualna i naukowa integralność: „Zaręczamy, że mówimy o prawdzie takiej, jaką odnajdujemy, nie zaś takiej, jaką my lub inni mogliby preferować, aby była odnaleziona.”
  2. W służbie: „Jesteśmy wezwani do tej pracy w duchu służby.”
  3. Otwarta nauka i praktyka: „Nie będziemy powstrzymywać, ani wymagać tego od innych, materiałów ani wiedzy (doświadczeń, obserwacji, odkryć, metod, najlepszych praktyk itp.) dla komercyjnych korzyści.”
  4. Nie-ingerencyjność: „Będziemy dążyć do umiejscowienia naszych odkryć w domenie publicznej dla zysku wszystkich.” (To oznacza, że odkrycia nie będą patentowane ani prywatyzowane.)

Przyszłość legalizacji psychodelików jest wielopostaciowa: z jednej strony, uznajemy i celebrujemy owoce pracy adwokatów; z drugiej, etos solidarności i współpracy społeczności, wzmocniony przez dekady ostracyzacji, kryminalizacji i więzienia będzie poddany testowi.

„Głosiłam przezroczystości i współpracę nad rywalizacją przez długi czas. Nie wiem co teraz myśleć”, mówi Holland. „To potencjalnie zmiana paradygmatu i nie namyśliłam się jeszcze w pełni co do tego.”

Jak zmieni się struktura psychodelicznej społeczności badawczej, gdy zaangażują się zorientowani na zysk inwestorzy? Więcej niż krytyczna perspektywa, podtrzymująca wartości współpracy, otwartej praktyki i poświęcenia będzie wymagała kreatywności.  Ale koniec końców, jeśli to nie psychonauci i psychodeliczni naukowcy mogą, jak to popularnie ujął Timothy Leary – „kwestionować autorytet”, kto to zrobi?

Sophia Rokhlin dla chacruna.net

Z angielskiego przełożył katastrof

31958246_2020095654973949_432785489137762304_o

Boyd Rice – Dziatwa Lucyfera: Rodowód Graala i potomkowie Kaina

Powszechnie przyjęta wiedza głosi, że rodowód Graala jest święty, ponieważ pochodzi od Chrystusa, człowieka wciąż uważanego przez znaczną część świata za prawdziwego syna Boga. A jednak wywodząca się z tego rodowodu dynastia królów była znana jako czarownicy-królowie, spośród których pewni sugerowali, lub nawet wprost twierdzili, że tak naprawdę są potomkami Lucyfera. Pewna ilość autorów utrzymuje, że ta teza jest prawdziwa, ale to przeważnie zatwardziali chrześcijańscy teoretycy spiskowi, powstrzymujący się przed wyjaśnieniem, czemu w to wierzą, lub przed okazaniem jakichkolwiek namacalnych szczegółów, które by dowiodły ich twierdzeń. Jeden z nich powiada: „Potomkowie Merowingów w typowy gnostycki sposób utrzymują, że mają w swoich żyłach zarówno krew Chrystusa, jak i Szatana.” Zważywszy na to, że ta osnowa (lub jej wariacja) powtarza się z pewną regularnością, i biorąc pod uwagę, że okazałaby się spójna z rodzajem dwoistego klimatu, przesiąkającego sagę tego rodowodu, zacząłem dumać, czy mogą istnieć jakieś tradycje, z których taki pogląd mógłby wziąć początek. Wdając się w szczegóły, kilka zostało odkrytych.

Po pierwsze, pamiętajmy że ten rodowód wywiódł się z postaci, która równa się biblijnemu Kainowi. W pewnej rabinicznej nauce spotykamy się z bardzo interesującym poglądem, że Kain nie był synem Adama, lecz Samaela. Uznano, że kiedy Samael ukazał się Ewie jako wąż, uwiódł ją. Owocem tej unii był Kain. Samael był zaś upadłym aniołem, zasadniczo judaistycznym Lucyferem. Jeśli Merowingowie znali tą wersję historii (jak bez wątpienia było) i wierzyli w to, mogło to stanowić podstawę ich przypuszczalnego twierdzenia, że posiedli krew zarówno Chrystusa, jak i Lucyfera.

Alternatywna wersja sagi Kaina, po równi lucyferyczna w swoich konotacjach, mówi że był synem pierwszej żony Adama, Lilith. Była ona towarzyszką Boga przed zstąpieniem na Ziemię jako upadły anioł. Pełne detale jej historii są prawdopodobnie zbyt dobrze znane, aby je tutaj przytaczać, ale ciekawe, że obydwie alternatywne tradycje odnoszące się do rodzicielstwa Kaina zawierają rodowód lucyferycznych Nephilim. Ciekawy jest także fakt, że lilia jak wiadomo wzięła swoje imię od „Lilith”, zaś heraldyczne emblematyczne godło tego rodowodu to fleur-de-lys (powszechnie uznawany za symbol lilii). Czy ten symbol, widziany w tym kontekście, nie może być tak naprawdę „Kwiatem Lilith”?

Koneksja Lilith/Samael jest także istotna w odniesieniu do sagi Graala, tak dalece jak ta dwójka ma własnego syna, który zdaje się odgrywać kluczową rolę w całym micie: Asmodeusza. Nie tylko jest on dominującym obrazem (ukazanym odzwierciedlając Chrystusa) w Rennes-le-Chateau, odgrywa on też centralną rolę w budynku Świątyni Salomona, gmachu od którego Templariusze wzięli swoją nazwę. Powtarzanie się tej dziwnej postaci w tradycji Graala długo wprawiało obserwatorów w zakłopotanie, a jednak okazuje się, że zarówno on, jak i potomkowie Kaina mogli tak naprawdę dzielić pokrewnych przodków. W pewnych tradycjach jest nawet powiedziane, że Mojżesz wzywał właśnie Asmodeusza, aby rozdzielić Morze Czerwone, nie zaś Boga. Choć obrazowany jako demon lub diabelska postać, jego imię ujawnia, że mógł nie zawsze być tak postrzegany, gdyż Asmodeusz oznacza zwyczajnie Pana Boga (Ashma = Pan, i Deus = Bóg).

lilith
Lilith

Inna prawdopodobna idea lucyferycznego rodowodu mogła wziąć swój początek od Elohim, którzy w Biblii powiadają: „Uczyńmy człowieka na nasze podobieństwo.” Elohim są generalnie uważani za liczbę mnogą od Boga, lub za „bogów”. Ale powszechnie wierzy się, że oznaczają Nephilim, upadłe anioły znane jako Obserwatorzy z Księgi Enocha. Wierzy się, że słowo „Elohim” pochodzi od znacznie bardziej starożytnego babilońskiego słowa „Ellu” oznaczającego „Świetlistych”. Ta fraza ma wyraziście lucyferyczną konotację, ponieważ imię „Lucyfer” dosłownie oznacza „niosącego światło”. A potomkowie Kaina, którzy byli ubóstwianymi królami Sumerii, nosili tytuł „Ari”, zwrot który oznaczał także „Świetlistych”. Sumeryjski piktogram dla „Ari” to odwrócony pentagram, symbol z dawien dawna utożsamiany z Lucyferem. Zaś fraza „Świetliści” byłaby bardzo trafnym opisem potomków upadłych aniołów Enocha, którzy jak głoszono mieli włosy białe jak śnieg, blade oczy i bladą skórę, która zdawała się dosłownie świecić i napełniać pomieszczenie światłem.

Sumeryjscy Ari są prawie zawsze obrazowani jako noszący korony z rogami, a niektórzy z ich potomków mieli faktycznie posiadać rogi. Dla przykładu najbardziej słynny posąg Mojżesza (ten Michała Anioła) przedstawia go z rogami na czole, co nie jest całkiem niestosowne dla kogoś, kto może być spokrewniony z Asmodeuszem. Teologowie protestują, że to nie rogi, a zaledwie promienie światła. Ale nawet te sugerują lucyferyczny podtekst. Aleksander Wielki ogłosił się synem Boga, a on również miał posiadać rogi. Po dziś dzień jeśli zagadniesz ludzi na ulicach Iranu (pamiętających inwazję tak jakby miała miejsce w ubiegłym tygodniu), faktycznie powiedzą ci z całą powagą, że historycznym faktem jest, że Aleksander miał rogi, które zakrywał długimi włosami.

Podsumowując, odnotowujemy fakt, że Kain jak wydaje się zrodził własną tradycję, czego dowodzi dziwna gnostyczna sekta Kainitów. Podobnie jak Karpokracjusze, Kainici wierzyli, że nikt nie dostąpi zbawienia inaczej niż „odbywając podróż poprzez wszystko”. Epifaniusz opisuje ich jako grupę „konsekrującą… lubieżne lub nielegalne akty wobec różnych niebiańskich bytów” jako rodzaj sakramentu. Co ciekawe, wielu uczonych porównuje ich do… satanistów.

Stopień, w jakim Merowingowie znali te alternatywne tradycje jest niepewny. Jeszcze bardziej niepewne jest, czy wierzyli w nie, czy też nie, lecz wydaje się prawdopodobne, że wiedzieli o nich i traktowali je całkiem poważnie. Do dzisiejszego dnia, tarcza herbowa merowińskiego imperium, Stenay, nosi obraz Diabła. Zaś pierwotną nazwą Stenay było „Satanicum”.

Boyd Rice20 X. 2004
tłum. ktstrf

 

Wilcze Kły: pozycja wyjściowa do zażalenia demiurgicznych roszczeń wobec ducha ludzkiego

03__North_Pole_Wolf
Mechaniczne Imadło

/ 2?3 /

To jak “bóg zapłać” za surowe w środku kluski z jogurtem. Nadziałem się na ucieleśnienie choroby polackiej. Na poczcie, kurwa. Zachodzę styrany i obolały, a tu mnie recepcjonistka zagaduje: – a teraz odsyłamy, co? Nie wyczułem w tym sygnału aktywującego śmierdzące czułki Kontroli. Na gębę wyszła kobiecie cała niepojęta wredota. To ma być ktoś, z kim jestem jakkolwiek spokrewniony? Rodak, Polak? Pojęcie narodu jako wyznacznik wartości to najbardziej chybiony z wyborów. Z poślizgiem nogi na osnowie Ładu odparłem, że i owszem, bez przesady. Nie po to zakładałem rodzinę i podejmowałem pracę, aby mnie teraz pozbawiali pracy za kradzież produktów spożywczych na wysokość 60 zł (którą dokonałem przed tym, czym jest faktyczna resocjalizacja). Ten lemur zaczął swoją mikrotyradę: to dobrze, że w kraju prawo funkcjonuje. Musi być jakaś sprawiedliwość. – Gdzie tu widać sprawiedliwość? To wyrządzanie szkody społecznej, a nie przyrządzanie pożytku społecznego, tak funkcjonujące prawo jest swoim zaprzeczeniem – No ale przyznaje się pan do kradzieży? To jak pan chce za to zapłacić? Ręce, te moje styrane, pokaleczone ręce mi opadły. Cudem nie wybuchłem i zachowałem względny spokój, choć w środku wszystko chciało by wulkan wypluł lawę. Będę sobie pluł w brodę, że nie zjechałem tego robactwa walcem. Z drugiej strony to kolejny znak ostrzegawczy, że moja passa się skończyła, a głupota nie będzie w nieskończoność uchodzić płazem. Po cholerę opowiadać cokolwiek komukolwiek na swój temat? Wyszedłem zachowując nieruchomą twarz. Po kiego czorta? Aby nie robić ekscesu, nie używać przemocy; bo słowa bywają nieme. Wydawało mi się, w tym kraju da się żyć, ale oto po raz kolejny wydaje mi się odwrotnie.

/\/\/

Wystarczyło mi uporczywości na ból fizyczny, ale na sprostanie wszystkim konwenansom kulturowym niekoniecznie. Społeczeństwo próbuje mnie musztrować poprzez swoje organy prawne. Ale to nie w wyniku tego, a swojej kapryśnej karmy, przyszło mi trafić ten uraz w pracy. Przez dobre 20 minut znosiłem intensywny ból od rany ciętej na 1 cm głębokości na dłoni, co nastąpiło po pokryciu jej antybakteryjną maścią. Z powodu zatrucia “lekiem” przeciw uzależnieniom, jak również innych czyników, o których nie wspomnę, stawiłem dzisiaj czoła napięciu nerwowemu najbardziej intensywnie w życiu.

25395886_2021067968127085_4611507408939798654_n
Jung – Sauwastyka – Bielik – I CO!?

/\/\/

Że nie reaguję w sposób, w którym mógłbym wyciągnąć ostateczną konsekwencję z tego, co czuję – to jest wielkie szczęście.

/\/\/

Połowicznie zapadłem na łagodny rodzaj schizofrenii, będący następstwem tyleż bycia Polakiem, co osobą niedostosowaną do życia we współczesnym społeczeństwie. Na skutek kryzysu psychicznego, który nastąpił jako owoc moich zachowań i nie upatruję tu winy u najbliższych – którzy to byli mi wówczas najdalsi, jako że siedziałem wtedy w Zakładzie Karnym, – wmontowała mi się mocno obawa, że mogę stracić wszystko, co cenię i stanowi grunt dla korzeni mojej woli życia. System postrzegania odnalazł z pomocą psychogennej używki tj. klefedronu, upostaciowienie tej obawy w lęku, że ktoś z ludzi żyjących niepodal ani chybi jest gównofonem (tj. bujaczem na uchu) szukającym tylko powodu, aby aktywować tryb konfidenta policyjnego; przy jednoczesnym kontynuowaniu zachowań wykraczających poza wąski zakres tolerancji polskiego prawa. Rzygam tym serdecznie, jakkolwiek w celu ozdrowienia muszę przyjąć, że wszystkie moje schizy były chybione, i nie można w nich się doszukać kropli intuicji. To trudne, bo intuicję nieraz mam, choć rzadko jej należycie słucham. Przejebane jak za podążanie na kompromis własnym słabościom, czy też chcąc ułatwić sobie utrudnione ponad miarę “zaburzeniami osobowości” życie, człowiek doprasza się o zstąpienie biedy na swój łeb. Bo jeśli doprasza się o zstąpienie piekieł to ulega deluzji i pewnie codziennie wciąga tfu-anetę. Nie to ma być jednak konkluzją. W konkluzji zapytam, kto niby ma prawo zabraniać białemu człowiekowi realizowania swoich naturalnych instynktów i odbierać mu przestrzeń życiową, mieć czelność go musztrować? Ktokolwiek próbuje to wymuszać jest uzurpatorem wbrew Naturze. Prawem niechaj będzie Miłość podług Woli.

Nie podpisujemy się całkowicie pod antykatolicką wymową tego utworu (którego niektóre fragmenty są trafne i dosadne, a inne przesadzone i celowo niesmaczne), bo w morzu ateistycznego materializmu wyznawcy Jezusa należą do ryb lepszego sortu, a jeśli kieruje nimi poczciwość to posiadają odruch ludzki… jakkolwiek katolicki system postrzegania należy do tych bardzo odzierających człowiecze postrzeganie z dostępu do poznania głębi życia.

Zamieszki na globalnym sportowym zlocie dla zdolnych inaczej

g17.6-P

W Biblii czytamy: „Do męża, który idzie za nakazem kontroli, nie należy nawet jego pluskwa”.
ROK 2017 rozpoczął się od zgoła mogilnie ponurego ogłoszenia podanego przez naukowców. W styczniu grupa mogących wyrządzić ogromne fikołki finansowe badaczy oznajmiła, że świat niebezpiecznie zbliżył się do największej katastrofy w historii. Totalna bunoferia centusiowatych burżujów, mających czelność zabierać głos w tym, co w narodzie jest przedstawiane jako wartość to przyczynek do chęci wzniecenia płomieni w umysłach. Prędzej niż do traktowania polskości jako burżuazyjnej kato-błazenady, bo to, będąc tym właśnie NIEfałszywym chrześcijaninem boli, a nie śmieszy.  W Indoeuropejskim niezainfekowanym społeczeństwie rozmowa szlachcica z żebrakiem była czymś normalnym, i patrzył mu w oczy jak człowiek, bo szlachic rozumiał istnienie, a nie był wyznawcą durnych dogmatów ideologicznych. Między innymi to doprowadziło do niebezpiecznego przestawienia wskazówki minutowej świętego Zegara Zagłady o 33 sekundy do przodu. Zegar ten ma pośrodku tarczy złotą bombę atomową jak piłkę rugby i wskazuje teraz tylko 2 min 30 sek do północy, co oznacza, że jesteśmy bliżej globalnej katastrofy niż kiedykolwiek w ciągu minionych 44 lat!

W roku 2018 naukowcy przebadali plan aktualności tych doniosłych potrzeb ponurego ogłoszenia. Czy Zegar Omni Fellatum będzie wskazywał północ i bezprecedensową katastrofę, coś porównywalnego do ejakulatu wulkanu na małej wysepce na skalę planetarną? Możliwe, że nawet panu prezesowi trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. W końcu nawet specjaliści nie są co do tego zgodni. Wcale nie wszyscy ludzie wierzą w szerzące się domieszki o jaszczurowartych humanoidach, za to dają im wiarę wyznawcy objawień fatimskich.

Tak naprawdę miliony ludzi patrzą w przyszłość optymistycznie. Ich zdaniem istnieją dowody na to, że ludzkość i nasza planeta będą trwać wiecznie i że jakość naszego życia się poprawi. Ich dowody są bezapelacyjnie wiarygodne, zupełnie jak ortodoksyjna wykładnia Pisma Świętego, albo jawnie protorasistowski przekaz świętej księgi bystrouchego narodu – Tory. Czy więc świat wymknął się spod kontroli?

„Zegar Zagłady to międzynarodowy symbol pokazujący, jak blisko jesteśmy zniszczenia cywilizacji przy użyciu stworzonych przez nas niebezpiecznych technologii. Wśród nich na pierwszym miejscu znajduje się broń nuklearna, ale zagrożeniem są też technologie parapsychiczne, wirusy w rodzaju choroby chrystusiej, przegrywającej ostatnio sromotnie z chorobą mamonią – choroby mogące wpływać na zmianę zdrowego oglądu świata liczy się w tysiącach – oraz wpełzające człowiekowi przez oczy i uszy mikroelektroniczne robaczki, które zostawiają plombeczkę w korze mózgowej, rozwijające z powodu błędu w obliczeniach lub na skutek przypadku, ludzi o wynaturzonych, śmierdzących ja — a tacy mogą wiele zmienić na naszej planecie czy nieodwracalnie zmienić nasz styl życia” (Bulletin of the Atomic Scientists).

‘Wszechświat nie powinien istnieć’, rzecze Laboratorium Nuklearne z maskotką Shivą

Trzymajcie się pośladków.

Nasi teoretyczni, miażdzący na cząstki przyjaciele z CERN, Europejskiej Organizacji ds. Badań Nuklearnych, których maskotką jest Lord Shiva Niszczyciel i Bóg Śmierci, ogłosili, że Wszechświat (a zatem, rzeczywistość sama w sobie) gwoli prawdy nie powinien istnieć.

dancing-shiva-resin
Shiva, Tańczący na Burzy

Jak dotąd nie padło ani słowa na temat, czy dekadenccy Szwajcarzy, którzy prali pieniądze zarówno dla Nazistów, jak i CIA (i którzy również zapewniają ochronę prywatną dla Papieża i Banku Watykańskiego!) planują jakiekolwiek bezpośrednie działanie, które mogłoby (ahem) doprowadzić tą Globalną Wioskę bezużytecznych zjadaczy do schludnej, uporządkowanej spolegliwości wobec ich wysoce racjonalnych konkluzji.

Powiedzmy, że nie odpuściłbym tym słodkim czekoladkowym bękartom próby, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak mózgo-miażdżący i dziwaczno-kruszący stał się cały dotknięty porażeniem czteronkończynowym, kwadratowy taniec Uzgodnionej Rzeczywistości, od czasów – powiedzmy – Apokalipsy Majów.

Lecz dywaguję.

Jak to generalnie w przypadku CERN, nic co mówią nie ma sensu. Na kursie ich niezdolności do odróżnienia Czegoś! – Wszystkiego! – Czegokolwiek! od Totalnej-Pieprzonej-Pustki-O’-Nicości w jakże istotnej wyprawie po satysfakcjonujące odpowiedzi na abstrakcyjne pytania, ten lepki kolektyw śmigających koniak Osobowości Typu-A obmyślił parę mgliście-zdefiniowanych (i najwyraźniej niewidzialnych?) magnetycznych pułapek zbiorczych dla bardzo, bardzo destruktywnych cząstek antymaterii, napchał nimi pudełko pringelsów (poważnie, nie możesz podrobić tego szmelcu) i spędził następne 405 dni… uh, mierząc je.

A zatem tutaj sedno, zgodnie ze standardowym modelem Wszechświata.

Jest materia, a następnie antymateria. W teorii są biegunowymi przeciwieństwami. Nie łączy ich nic wspólnego. A jednak, kiedy zostały pomierzone w nuklearnej puszce pringelsów, okazały się być doskonale symetryczne. To jest, nie było między nimi żadnej dostrzegalnej różnicy. Położone w perspektywnie, jest to porównywalne do jakiegoś biednego irlandzkiego mnicha w klasztorze, który nagle – po latach zagorzałych badań – odkrywa, że Jezus Chrystus i Antychryst są tym samym pieprzonym kolesiem. Mogło to, co zrozumiałe, odpalić kryzys egzystancjalny… zgodnie ze standardowym modelem Chrześcijańskiej kosmologii.

See what I did there?

Kiedy materia spotyka antymaterię, wielkim (teoretycznym) następstwem jest wzajemna anihilacja.

A skoro (teoretyczny) Wielki Wybuch uwolnił równe ilości materii i antymaterii w momencie, gdy Wszechświat (teoretycznie) ejakulował się w istnienie, powinien (teoretycznie) zniszczyć sam siebie jak tylko się urodził, co jest powodem, z uwagi na który – zgodnie z doktorem Christiannem Smorrą z CERNu, „Wszechświat nie powinien w gruncie rzeczy istnieć.”

[słyszalne westchnięcie]

Wszechświat po prawdzie nie powinien istnieć.

Shivo, tak mi przykro. W imieniu Homo sapiens sapiens (małpy tak mądrej, że nazwaliśmy ją podwójnie!) proszę, niech zaoferuję swoje kondolencje. Nawet Tyfon, ani Tiamat, ani pieprzony Fenrir nie mieliby tupetu, aby wyrazić cokolwiek tak haniebnego, odrażającego, tak wrednego, tak bezwstydnie nihilistycznego. Mógłbym nawet pójść tak dalece, aby zasugerować, że to niedorzeczne przypuszczenie reprezentuje orzeszek sworzeniogłowej pompatyczności wewnątrz dziwnej, plugawej historii Drogi Mlecznej samej w sobie.

Z reguły nie stosuję hiperboli, ale w czasach takie jak te, mój umysł odlatuje do kafeterii Parku Jurajskiego. Wiecie, ta scena, gdzie Jeff, uh, Goldblum powiada: „Widzisz… brak pokory…wobec natury… obecny tutaj, um… wprawia mnie w osłupienie.”

Niezależnie od tego, czy matematyka działa, czy też nie, życie i tak znajdzie swoją ścieżkę.

Widzicie, oto dokładnie, co tutaj mamy. Brak pokory.

Fizycy z CERNu są tak pewni, że Standardowy Model Wszećhświata jest absolutnie, niezbicie, 100% słuszny, że wolą przyjąć wyraźnie fałszywe pojęcie, że nic „nie ma żadnego interesu” w istnieniu, przeciwstawnie do podjęcia najmniejszego wysiłku kontemplacji pojęcia, że być może, po prostu być może, cały ich program nauczania, kontekst i rama odniesień postrzegania i świadomości może być maleńka, cieniutka, i ciut niekompletna. Albo, że ktoś-gdzieś, mógł popierdolić obliczenia matematyczne. Nawet tylko troszkę.

Jeśli dopracujesz intelektualnie świętobliwy Standardowy Model Wszechświata w najmniejszym możliwym ułamku procenta, ta Wielka Zagwozdka napotyka ścianę i rozbija się jak każda inna niewidzialna napędzona cząsteczka.

Serio, nie mogę sobie wyobrazić bardziej odrażającego światopoglądu, niż twierdzenie, że Wszechświat naprawdę nie powinien istnieć. Oczywiście, że powinien kurwa istnieć! To Wszechświat! I to jest to, co robi! Ustalmy to, raz i na zawsze: teoria Wielkiego Wybuchu to bzdura. Czysta i całkowita bzdura. Coś nie może, pod żadnymi postrzegalnymi warunkami, nagle wytrysnąć z Niczego, nie ważne jak wiele (teoretycznego) nacisku lub zwartości zostało (teoretycznie) skompresowane w próżni pustki dokładnie 13.7 biliona lat temu. Ze swojej własnej natury, Nic może być zdefiniowane tylko jako absencja wszelkiej potencjalności, która musiałaby (co oczywiste) zawierać potencjał by…wiecie… zrobić Coś z Jego pieprzonego Ja.

Poeci to łapią! Buddyści i Taoiści, z ich głębią rozsądku graniczącą z absurdem, oni to też łapią! Łapie to każdy, kto kiedykolwiek jadł magiczne grzyby. Pasterze, chłopi, bednarze, szewcy, rzeźnicy, piekarze i wyrabiacze świeczek… wszyscy to kurde łapią! Nie stanowi to dla nich problemu! Ale fizycy nuklearni? Niemożliwe!!!

Nie wpasowuje się to przyjemnie w ich przyjęte z góry, konspiracyjnie uzgodnione granice nieuchwytnych abstrakcji, biorących początek w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych (lecz z pewnością siebie racjonalnych) ludzkich umysłów, zatem nie może być to możliwie prawdziwe. Nie ma mowy, Jose.

Jednak oto zagwozdka: nieuchwytne abstrakcje zakorzenione w sieciach nerwowych indywidualnie subiektywnych ludzkich umysłów są perfekcyjnie akceptowalne jako fundament dla percepcji i wierzeń, tak długo jak przyciągają konsensus wystarczająco dużego wycinka podobnych, samozwańczo „racjonalnych” umysłów.

Innym sposobem ujęcia tego byłoby: Trzoda nigdy się nie myli. Alternatywne sugestie są wykluczane albo jako w najlepszym wypadku prymitywne przesądy, albo w najgorszym – jako irracjonalne brednie. To ta sama choroba, którą lubię nazywać poznawczym pochlebstwem, pozwalającym na wyraźnie nielogiczną akceptację twierdzenia, że Jakieś Coś i Każde Coś spontanicznie wytrysnęło z Niczego Zupełnie, tylko dlatego, że przypadkiem „działa” to w kontekście przyjętego z góry sposobu pojmowania (czy raczej, uzgodnionej konspiracji) Wieży Słoniowej Elity Mędrców, siwogłowych i etatowych z całą swoją pedantyczną Pompą i Chwałą, która w tym przypadku, okazuje się być bardzo, bardzo dużym Bang (wybuchem). Nie, sir. Nie ma w tym nic prymitywnego.

Esencją każdego obrazu jest rama. Zamień (albo przynajmniej, spróbuj zrekonfigurować) tą ramkę i możesz uświadczyć zdruzgotania przytulnego, odruchowego kontekstu samozadowolenia. Poprzez który rozumiem żałosne, opłakane lenistwo intelektualne.

Nie jest to Nauką, nieważne jak wielu „równych rangą” recenzuje ją i popiera.

Śmierdzi to miast tego Ortodoksją. Zmorą Wszelkiej Wolności Natury.

Zaś zgodnie z moimi kalkulacjami.

Z ortodoksji bierze się dogmat. Z dogmatu bierze się autorytet. Z autorytetu bierze się Policja Myśli. Z Policji Myśli bierze się Tyrania Wyobraźni.

A w tym punkcie, strzeż się.

Bądź bardzo, bardzo uważny.

universe-bad

POSŁOWIE

Rozważ następujący cytat z Pana Isaaca Newtona, notowanego Alchemika:

„Że jedno ciało może oddziaływać na inne z odległości poprzez pustkę, bez pośrednictwa czegokolwiek więcej, poprzez co jego akcja i siła może być przekazana z jednego na drugie, jest dla mnie tak wielką absurdalnością, że wierzę, iż żaden człowiek, który ma kompetentną zdolność rozumowania w kwestiach filozoficznych, nie mógłby w nią nigdy popaść.”

Przeskroluj listę zwycięzców Nagrody Nobla w kategorii Fizyki, a będziesz zakłopotany znalezieniem czegokolwiek celebrującego odkrycie departamentu magnetyzmu.

A to dlatego, że to jeszcze nie nastąpiło.

J.B. Turnstone (turnstonecreations.blogspot.com/)

przekład za disinfo.com – katastrof wrzywąż

 

Ray Brassier – Umieranie jako niemożliwość śmierci

ZAŁAMANIE FENOMENOLOGII: LEVINAS

Przywodzi to oczywiście na myśl kluczowy trop Lévinasowskiej fenomenologii absolutnej inności, w której radykalna pasywność przypisywana odwiecznemu śladowi „innego we mnie” wiąże się z „niemożliwością możliwości” uniemożliwiającą ogląd intencjonalny i ekstatyczną projekcję. „Słoneczna katastrofa” Lyotarda stanowi w istocie p r z e k ł a d Lévinasowskiej, teologicznie zabarwionej kategorii „niemożliwości możliwości” na język bliższy naukom przyrodniczym. Nie śmierć Innego jest tym, co pozbawia świadomość nadrzędnej pozycji, lecz zagłada słońca. Znamienne, że przekład ten pojawił się w okresie, gdy pewne elementy naukowego obrazu świata zaczęły przenikać do tych dyskursów filozoficznych, które badały granice naturalnego obrazu – mowa rzecz jasna o dyskursach postkantowskiej filozofii kontynentalnej – generując coraz bardziej skomplikowane dysonanse w jego obrębie. O ile bowiem fenomen śmierci wskazuje na anomalie w tkance pojęciowej obrazu – stanowiąc punkt, w którym nasze codzienne pojęcia i kategorie zaczynają się załamywać (dlatego właśnie śmierć jest tak ciekawym tematem dla filozofów badających granice naturalnego obrazu), o tyle, i dokładnie z tego samego powodu, pojęcie zagłady stanowi aberrację dla dyskursu fenomenologicznego, który usiłuje transcendentalizować siatkę pojęciową naturalnego obrazu świata po to, by uchronić ten obraz przed zagrożeniem ze strony pozytywizmu i naturalizmu. Skoro pojęcie zagłady wyraża napięcie między naturalnym a naukowym obrazem świata, to nie mogło ono powstać na gruncie tego drugiego; narodziło się za sprawą zastosowania najbardziej wyrafinowanych zasobów pojęciowych naturalnego obrazu (w połączeniu z pewnymi elementami dyskursu naukowego) przeciwko właściwemu temu obrazowi fenomenologicznemu samorozumieniu. W tym szczególnym okresie filozofia nie powinna ulegać pokusie, by poprzestać na którymś z rywalizujących obrazów, podobnie jak nie powinna podejmować wymuszanego na niej wyboru między reakcyjnym autorytaryzmem naturalnego normatywizmu a metafizycznym konserwatyzmem naukowego naturalizmu. Filozofia powinna raczej wykorzystać mobilność – jedną z niewielu korzyści, jakie daje abstrakcja – by za jej pomocą przemieszczać się pomiędzy jednym obrazem a drugim, ustanawiając warunki możliwości nie ich syntezy, lecz przechodzenia między nimi: od spekulatywnych anomalii pojawiających się w obszarze fenomenalnych przedstawień do metafizycznych dylematów związanych z wyzwaniem, jakie nauki rzuciły naturalnemu obrazowi. Pojęcie zagłady musi więc z istoty być dwuznaczne w tej mierze, w jakiej dotyczy przenikania się dwóch dyskursów. Odpowiedniość między egzystencjalno-fenomenologicznym opisem śmierci a naukowym zjawiskiem zagłady powraca we wzajemnej odwracalności fenomenologii traumy i zagłady fenomenologii. Zagłada ma katastrofalny charakter, miesza początek z końcem, to, co empiryczne, z tym, co transcendentalne, właśnie dlatego, że jest zarazem n a t u r a l i z a c j ą   e s c h a t o l o g i i   i   t e o l o g i z a c j ą   k o s m o l o g i i . To właśnie dyskurs fenomenologii najlepiej potrafi oddać traumę poprzedzającą unicestwienie naturalnego obrazu.

22291363_1964258010511784_6123949268784266686_o
zdj. GvS

Dlatego hiperboliczna fenomenologia Lévinasa dostarcza doskonałego słownika pozwalającego opisać zagładę jako traumatyczne z a ł a m a n i e s i ę fenomenologii. Hiperboliczna emfaza dyskursu Lévinasa wynika stąd, że próbuje on wydobyć meta-ontologiczne i meta-pojęciowe znaczenie transcendencji znajdującej się poza istnieniem. Lévinas pragnie ją odczytywać poprzez znaczące tropy, które, jak twierdzi, pojawiają się już w koncepcji pre-ontologicznego rozumienia istnienia sformułowanej przez wczesnego Heideggera:

Emfaza oznacza zarazem figurę retoryczną, nadmiar ekspresji, przesadę i sposób ukazywania się. Słowo jest bardzo dobre, podobnie jako słowo „hiperbola”: hiperbole są tam, gdzie pojęcia się przeobrażają. Opis tych przeobrażeń to także usprawianie fenomenologii. Przesada (l’exaspération) jako metoda filozoficzna.

Metoda fenomenologiczna Lévinasa polega więc na e m f a t y c z n e j   p r z e s a d z i e. Uważa on, że tylko w ten sposób można wyrazić enigmatyczny i epifenomenalny „sens sensów” zawarty w radykalnie nieontologicznej transcendencji, przypisywanej przez niego temu, co „całkowicie inne”. Jedynym fenoenologicznym rejestrem, który odpowiada karzącej inności związanej z nieskończoną transcendencją, jest wymiat pogwałcenia. Ściśle mówiąc, Lévinas stosuje w swej fenomenologii emfatyczną przesadę, by tym lepiej opisać źródłowy, etyczny sens fenomenu traumy. A zatem nieskończona inność zostaje określona jako „zranienie” czy też „krwawienie” podmiotowości, podobnie jak podmiot etyczny opisywany jest jako „zakładnik”, „traumatyzowany” czy też „prześladowany” przez Innego („podatność na zranienie” stanowi bowiem dla Lévinasa trop etyczny par excellence). „Niemożliwość możliwości”, będąca sygnaturą całkiem innego, w dziele Lévinasa jest zarówno niemożliwością s a m e g o istnienia, jak i niemożliwością w o b r ę b i e istnienia. Umieranie jako niemożliwość śmierci jest niemożliwością s a m e g o istnienia, jeżeli to ostatnie pojmujemy jako pozaczasowe i anonimowe dudnienie il y a (stanowiącego przewrotną dezinterpretację Heideggerowskiego Es gibt) – od którego nie ma ucieczki. Umieranie jest jednak zarazem niemożliwością w obrębie istnienia w tym sensie, w jakim wskazuje na nieznośny nadmiar pasywnego cierpienia, które sprawia, że jesteśmy wewani do odpowiedzialności przez nieskończenie Innego. To właśnie owo traumatyczne wezwanie nie pozwala nam upierać się przy własnym istnieniu. Oba znaczenia niemożliwości – niemożliwość, by przestać istnieć, i niemożliwość, by zacząć istnieć – są dla Lévinasa całkowicie różne, a jednak nierozdzielne. To, co absolutnie inne, jest traumatyczne właśnie dlatego, że łączy zgrozę sensu ze zgrozą bezsensu; oznacza ono zarówno zgrozę bezsensu wiecznego upierania się przy istnieniu, bez możliwości ucieczki (il y a), jak i zgrozę sensu, pojmowaną jako trwające w nieskończoność etyczne przerywanie istnienia, odsuwanie w przyszłość naszej zdolności do istnienia, jako raniąca transcendencja o n o ś c i . W rezultacie pradziejowa podziejowość będąca odpowiednikiem niemożliwości możliwości prowadzi do traumatycznego impasu: nie możemy ani zacząć, ani przestać istnieć. Podmiotowość jest sparaliżowana przez inność, która zawsze „już z góry” wywłaszcza podmiot z jego substancji, inność jest wepchnięta „pod skórę” podmiotu, któremu „jest źle we własnej skórze”:

[podmiot] przepełniony samym sobą, duszący się pod sobą, niewystarczająco otwarty, zmuszony do rozłączenia się ze sobą, do wzięcia głębszego oddechu, do końca, do wy-właszczenia się aż po zatracenie siebie. Czy kresem tego zatracenia jest pustka, punkt zero oraz spokój cmentarzy, jak gdyby podmiotowość podmiotu nic nie znaczyła?

Z siódmego, ostatniego rozdziału ksiązki Ray’a Bassier’a „Nihil Unbound”, 2007,     przeł. Marcin Rychter i Mikołaj Wiśniewski

przedruk za: Kronos 1/2011

 

Jak muchomory zaniosły mnie do Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej – Leon Drzeftschyk

Ziemska matka namówiła. Pojechałem z nią do lasu. Ma tam fajny domek (nawet dwa) wokół którego rosną grzyby. Również święte grzyby. Postanowiła zebrać wszystkie, profańskie zjeść, a święte eksterminować. Próbowałem dzwonić po pomoc, ale nie odpowiedziano. W końcu 4 surowe kapelusze uratowały się w moim żołądku. Z począku nic. Gdy matka wróciła, poczułem się śpiący. Potem bełt, sen i pobudzenie na wieczór. Skłamałem, że to nie wina amanita muscaria, lecz russula emetica (Co byś na moim miejscu zrobił, Bravario? Nie ćpał, nie pił, nie kłamał, słuchał wszelkich wuac i liczył na „(s)EXTAZE” od Jezusa. A nie, to wg cb chyba też pogańtfo)

Drugie podejście. Amanita muscaria przemycona w koszyku między grzybami profańskimi. Ukryta na noc w szufladzie, rano przesuszona w 75 C, potem gotowana we wrzątku przez pół godźny. Po odcedzeniu otrzymujemy starożytną, lechicką zupę. Wypijam. Smak podoba się językowi, żołądkowi mniej. Ciało spoczywa na materacu, na zakurzonej podłodze, na warszafskim kwadracie, dusza zaś leci… na Plac Kim Ir Sena w Pyongyangu.

Tam, żołty kolektyw, robi miejsce dla swojego Wodza. Wódz jedzie w kilometrowej LeeMurzynie. Druga LeeMurzyna wiezie pulchną Trumpflę. Wszyscy śmieją się, cieszą, wogle hcą śę nafed zamieniść miejscami. Panóje Pokooy i Miuoość. Niestety wizja się kończy, a dusza wraca do ciała na kwadracie. Smutna Warszafka, smutna pogoda. Ale uświadamian sobie jedno – MIAŁEM WIZJĘ. WIZJĘ PRZYSZŁOŚCI! W TVN, po moim przebudzeniu, gadają o groźbach Trumpfli wobec Ludu Pracującego Korei. Może Trupmfla opamięta się? Inaczej może przyjść Haar-megidon ❤ Albo nie, katolstwo zapowiada że to jeszcze nie koniec, że teraz ma być Nowe Szurowiecze – tzw. Królestwo Maryi. Tak jak Pan Jezus powiedział.

korea23
il. katastrof wrzywąż