Æony – Michael A. Aquino

tos

Michael A. Aquino VI° Świątyni Seta (Temple of Set), California 1979

z: Don Webb – Overthrowing Old Gods (Obalenie Starych Bogów), cz. I, rozdział 2 “Komentarz od Liber Legis

Tak dalece jak większość okultystów jest tego świadoma, odniesienia do eonów zaczęły się od afiszowanego Æonu Horusa, który jak głosił Crowley nastąpił po pierwszym Æonie Izydy (z grubsza obejmującym przedchrześcijańskie pogaństwo), a następnie Ozyrysa (na oko 2 tys. lat chrześcijaństwa). Jako że pojmowanie egipskiej mitologii przez Crowleya było zasadniczo powzięte z perspektywy trójcy Ozyrys/Izyda/Horus, zawiązało to cywilizację Zachodu w ładny, schludny pakunek.

Jak nam powiedziano Crowley był nie tylko odpowiedzialny za sprowadzenie Æonu Horusa, ale również Æonu Ozyrysa – w poprzednim wcieleniu jako Arcykapłan Ozyrysa (i kapłanka Izydy) Ankh-f-n-khonsu. Szczegółowa historia o tym jest opowiedziana w jego pamiętniku z tego wcielenia, “Przekroczenie Otchłani” w Equinox #I-7:

Lecz potężny bóg Thoth, mędrzec, ze swoją głową ibisa i nemyssem w indigo, koroną Atef i feniksową różdżką oraz krzyżem ankh ze szmaragdu, ze swoją magiczną togą w trzech barwach; o tak, Thoth, bóg mądrości, którego skóra jest barwy brunatnego pomarańczu niczym wypalona w palenisku, ukazał się widzialnie nam wszystkim. A stary Magus Studni, którego żaden człowiek nie widział poza jego studnią przez noc sześćdziesięciu lat, znalazł się pośrodku; i zalamentował w głos, mówiąc, “Ekwinocjum Bogów!”

      I przeszedł do wyjaśnienia, jak to się stało, że Natura nie powinna być dłużej centrum ludzkiego kultu, lecz sam człowiek, człowiek w swoim cierpieniu i śmierci, w swoim oczyszczeniu i perfekcji. I wyrecytował Formułę Ozyrysa jak następuje, a nawet jak zostało nam to przekazane poprzez Braterstwo Krzyża i Róży do dnia dzisiejszego…
ch
Crowley w swoich pracach nie wskazuje jak doszedł do tego konceptu “eonów”, ani co dokładnie to oznacza. Jednak odrobina detektywistycznego trudu zabiera nas z powrotem do dni Golden Dawn i książki “Egipska magia”, napisanej przez Florence’a Farra, Skryby G.’D.’ w roku 1896. Książka ta, część 10-tomowej serii Collectanea Hermetica, redagowanej przez W.W. Westcotta, zawierała bardzo ciekawy rozdział, zatytułowany “Gnostyczna Magia Egiptu”:

       Rozpatrzmy wpierw esencjalne zasady Gnostycyzmu, które pokrótce są jak następuje:
       Pierwsza – zaprzeczenie dogmatu osobowego, najwyższego Boga oraz twierdzenie najwyższej, boskiej esencji złożonej z najczystszego światła i przenikającej tą bezgraniczną przestrzeń udoskonalonej materii, którą Grecy nazywali Pleromą. Światło to powołało do życia wszechojca i wszechmatkę, których potomkami były eony lub duchy bogów. Innymi słowy najwyższe emituje nous lub boski umysł, a dalej sukcesywne emanacje, każda mniej podniosła od poprzedniej. Boskie życie w każdej staje się mniej intensywne, aż osiągnięta zostaje granica Pleromy, lub pełność Boga. Stamtąd wkracza w byt skaza niedoskonałości, poroniona i wybrakowana ewolucja, źródło materialności i zaczątek stworzonego wszechświata, oświecany przez boskość, ale daleki od jej nieskończoności i perfekcji.

 I tu Gnostycy uważali, że faktycznym władcą i stylistą tego stworzonego wszechświata oraz jego złych i dobrych istot jest Demiurgos, moc wydana z sophii lub mądrości. Niektórzy głosili, że pochodzenie świata wzięło się z pragnienia rozwoju przez dusze, poprzez który mogą ewoluować i wznieść się do boskości.

 Gnostycy mocno wierzyli w teorię cyklów pięcia się w górę i powrotu do ewolucyjnego postępu światów, wieków i ludzi; wznoszenia i upadku duszy; preegzystencji wszystkich ludzkich dusz obecnych w życiu świata; oraz pewność, że wszystkie dusze, które pożądają najwyższego, muszą zstąpić w materię i zostać z niej zrodzone. Byli oni filozoficznymi Chrześcijanami.

 Władza nad kościołem Chrześcijańskim wpadła jednakże w ręce tych, którzy sprzyjali religii emocjonalnej, wyzbytej filozofii, której wyznawcy powinni być powiązani raczej osobistymi więzami ludzkiej sympatii z egzaltowanym męczennikiem i kaznodzieją, niż intelektualnym uznaniem wyższej prawdy.

  Gnostycy sprzeciwili się nauczanemu wówczas kredu, na gruncie niższości kultu bohatera Chrystusa względem duchowej wiedzy boskiego umysłu, którą jak uważali sami głosili.

 Gnostycy byli nieomal powszechnie głęboko przepojeni doktrynami Sokratesa i Platona; zaś religia emocji i pokuty, połączona z moralnymi oczywistościami, nie wydawała im się wystarczająco wysublimowana, aby była godna zastąpienia misteriów religijnych Egiptu, Indii i Persji, teokracji Żydów, czy podniosłych prawd ukrytych w mitach Grecji.

W “Religii Czasów Starożytnych” S.G.F. Brandon komentuje:

      W swoim “Pierwszym Liście do Koryntian” Paweł miał okazję, by skontrastować swoje nauki z tymi innych systemów znanych jego czytelnikom. Czyniąc tak został powiedziony do wyłożenia tej znaczącej własnej relacji: “Albowiem głosimy mądrość wśród doskonałych: lecz to nie mądrość tego świata, ani jego władców, którzy zmierzają donikąd: gdyż głosimy boską mądrość w tajemnicy, nawet mądrość, która była ukryta, którą Bóg ukrył przed światami w naszej chwale: której nie znają żadni władcy tego świata: gdyż gdyby ją znali, nie ukrzyżowaliby Pana chwały” (ii. 6-8)

W naszych oficjalnych angielskich przekładach właściwe znaczenie tego ustępu jest przesłonione w dwóch kluczowych punktach. Greckie słowo przełożone tu jako “świat”, zarówno w liczbach pojedynczej i mnogiej, to aion, który nie oznacza tego fizycznego świata, ani Ziemi, lecz “czas” lub “wiek”.

Sposób użycia zwrotu aion przez Pawła zgodnie tu pokazuje, że myślał on w pojęciach ezoterycznego systemu “wieków światów”, który prawdopodobnie wypłynął ostatecznie ze źródeł irańskich i babilońskich, a który w różnych postaciach był modny w tamtejszej myśli greko-rzymskiej. Następnie słowa przełożone jako “władcy tego świata” (archontes tou aionos toutou) nie odnoszą się, jak powszechnie się zakłada, do Rzymskich i Żydowskich władców odpowiedzialnych za skazanie Jezusa na śmierć. Oznaczają demoniczne istoty, które powiązywano z planetami i wierzono, że władają żywotami ludzi na Ziemi.

Jak Farr i Brandon obydwaj dalej zauważają, Gnostyckie Chrześcijaństwo było postrzegane jako bardzo poważne zagrożenie dla kościoła Chrześcijańskiego i było intensywnie prześladowane. Gdyby to ono przeważyło, 2 tysiące lat mogły rozwinąć się zgoła odmiennie w cywilizacji Zachodu – z nader intelektualnym, filozoficznym i inicjacyjnym charakterem religijnym zamiast nietolerancyjnego, zażartego i ignoranckiego horroru domatycznego Chrześcijaństwa.

Teraz zaczynamy widzieć pojęcie aion w nowym świetle, jeśli wybaczycie mi wyrażenie. Æon Horusa jest nie tylko przedziałem czasu, gdy dominują idee symbolizowane przez Horusa. Jest raczej Ding an sich, noumenem: czymś czysto racjonalnego zrozumienia, a nie postrzeganego przez zmysły.

equinox
z okładki The Equinox III-10

Zatem w tym, co można nazwać sensem Niskiej Czarnej Magii, eon jest po prostu podejściem, które się wybiera lub zostaje uwarunkowanym do zastosowania. Jest to tym, co ma się na myśli mówiąc, że różni ludzie “istnieją w różnych eonach”: że Żyd, Chrześcijanin i Muzułmanin żyją w Æonie Ozyrysa, Wiccanin z Æonie Izydy, a Thelemita w Æonie Horusa.

Adekwatnie, choć eony są “piramidalne” w wytworności, po modzie platońskiej “piramidy myśli”, nie ma żadnego powodu, aby je rozpatrywać jako następujące po sobie w czasie, z każdym jednym wypierającym i wymazującym ten przed nim.

Zatem w sensie NCzM populacja świata kontynuuje przytłaczająco w objęciach Æonu Ozyrysa, wbrew najlepszym intencjom Aiwassa. Æon Izydy jest następnym wpływowym, nadążany przez Æon Horusa. Æon Seta, najwyższy na piramidzie i najtrudniejszy do pojęcia i zagoszczenia, jest najbardziej rzadkim i ulotnym ze wszystkich.

Jak z systemem stopni wtajemniczenia, bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe, byłoby spędzenie całego swojego czasu w “wyższym eonie”. Kiedy troszczymy się o sprawy w profanicznym świecie, jesteśmy zazwyczaj ozyryjczykami, przyglądającymi się z ciekawością i niejasnym przestrachem aktywistom ekologicznym (Izyda), lub awangardowym artystom (Horus). Jednak również doświadczamy przedziałów Izydy i Horusa – a kiedy tego pragniemy, tych unikalnych Æonu Seta.

Crowley, który sugerował, że eony były przedziałami czasu w “katastroficznej sukcesji” – jak przypuszczam w celu bardziej nasilonego awansu Æonu Horusa – przewidywał w Equinox #1-10, że podążając za Æonem Horusa “wyłoni się Ekwinocjum Ma, bogini sprawiedliwości. Może to być sto ludzi dziesięć tysięcy lat od teraz (1913), gdyż przetwarzanie czasu jest tu inne, niż tam.” W roku 1921 w swoim nowym komentarzu do Liber Legis, Crowley spekulował, że następny eon będzie tym Thmaist, rytuału Neofity trzeciego oficera w G.’D.’. Jednak, kontynuował, “przewidywanie jakichkolwiek szczegółów odnośnie następnego eonu po tym może być aroganckie.

stela2
Stela Seta

Jest to zasadniczo również moje podejście. Jako Magus Æonu Seta, jestem niejako Okiem w tym szczególnym trójkącie (lub lśniącym Trapezohedronie). Jedynym, kto na pewno wie, czym będzie następnie poczęty, jeśli zaiste powinien być taki, byłby Magus lub Maga która Wymówi jego słowo.

Powyżej poczyniłem odniesienie do eonów w sensie NCzM. Jest również “sens Wysokiej Czarnej Magii”:

Widziany poprzez szkła WCzM, eon jest faktycznie żyjącym bytem, w którym jego wtajemniczeni są “komórkami”. Oto sekret sprowadzony przez Gnostyków ze starożytności, który tak przerażał Chrześcijańskich dogmatyków. “Bóg” eonu jest zatem istotą totalnej magicznej i filozoficznej energii istot materialnych, będących inicjowanymi tego eonu, tj. świadomych, że są “składowymi boga”. [Czy zaczynasz teraz dostrzegać starożytne korzenie heglowskiego konceptu “nadumysłu?]

Rozumiana w tym sensie praca WCzM jest sposobem “części sięgających po kontakt, doświadczenie i/lub ekspresję “całości””. Oto dlaczego prawdziwa WCzM nie jest nawet w najmniejszym stopniu jak “modlitwa” praktykowana przez profanów. Nie jest też zaledwie medytacją, w której umysł medytującego jedynie rozciąga się do własnych granic. Jest największą tajemnicą i największym spełnieniem unikalnej egzystencji.

Kiedy Æon zostaje zrozumiany w ten sposób, ogromna liczba zasłon opada i ogromna liczba misteriów tego, czym jest magia i dlaczego działa zostaje ujawnionych, i zaiste całe “dlaczego” ludzkiej świadomości zostaje wyjaśnione. Aby to spostrzec potrzebujesz tylko gnozy. Nie martw się, jeśli jej nie osiągniesz natychmiastowo. Ona tam jest; i gdy będziesz gotowy dla niej, ona będzie gotowa dla ciebie.

tłum. 01.02.2019 <|Vv / not

po dalsze lektury zaleca się zajrzeć m.in. na Xeper.Org

Advertisements

Louis Wain | wiersz na odwrocie

wain

Jestem źródłem nicości
Przybyłem na świat by spróbować być pełnią stworzenia
Powiedziano mi, że świat się obraca
Powiedziano mi że świat obrócił się w sny
Obudziłem się w prawdzie
Byłem nicością
Nicość się nie obraca
Nie widziała, nie odchodziła, nie nadchodziła
Źródło zostało stracone dla światłości świata
Nadeszło i bezradne, nie miało szans by obdarować
Śniło sen, którego nic nie było w stanie przerwać
Sen powoduje otwarcie oka
Oko było nieobecne
Spoczywało
Nie otworzyłoby się, gdyż było nicością
Drzemka trwała
Przekroczyła granicę
Granicy nigdzie nie było
Spoczynek był na końcu
Cudowność stała się rezultatem
Coś postanowiło odnaleźć otwarcie dla nicości, by przybyła do życia
Życie stało się więc nieobecne
Nic się nie zachowało, koniec będący stanem niemożliwym, przeszedł w nicość
Koniec się skończył
To nie dało szansy na zakończenie końca
Był on nicością
Światło Boga miało zakończyć zło wszelkiego zła nicości
zła nicości umarły
Zła nicości mogą tylko raz jeszcze nadejść

wainz

tłum. <|Vv – not i Witol

Inny gość. Twórczość Tomka “Lato” Babierackiego

pro6
Roussas – z cyklu Prowansja
rytm
Kolaż – Rytm

Urodzony 1976 r. w Działdowie. Malarstwem zajmuje się od 97 r., gdy zaczął malować pod okiem prof. Wojciecha Cieśniewskiego. W latach 2002-2007 studia na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Wydziale Malarstwa w pracowni prof. Mariana Czapli i prof. Jarosława Modzelewskiego. Dyplom z malarstwa u prof. M. Czapli, aneks-specjalizacja ztom grafiki warsztatowej (litografia) u prof. Władysława Winieckiego. Dyplom teoretyczny w Międzywydziałowej Katedrze Historii i Teorii Sztuki- u dr. hab. Anny Lewickiej-Morawskiej. Udział w ponad 30 wystawach. Obecnie mieszkaniec Krakowa.

Tomek o sobie:

Prace są różnorodne, gdyż powstały w różnych okresach poszukiwań malarskich, jak i życiowych, co jest ich jednak pewną cechą wspólną. Łączą je te same uczucia i emocje, będące odpowiedzią na zewnętrzne bodźce, czy wewnętrzne przeżycia i doznania.
Zaobserwowana natura jest impulsem do wygenerowania czy wyabstrahowania nowej rzeczywistości na obrazie. Natura przetworzona przez okresowe nastroje, do których można zaliczyć emocje, to istotny łącznik prac mimo zróżnicowanego tematu, czy techniki.
Dyplom malarski oraz aneks z litografii i teorii były spójne. Wszystko było na kanwie (życie, twórczość) Michała z Działdowa, twórcy z Krakowa z XV wieku. Przez 5 lat kopałem w jego życiu.
Jako najlepszą obecnie formy mej wypowiedzi malarskiej uważam malowanie od paru lat techniką farb olejnych na płótnie. Ekspresja to coś, co najlepiej mnie określa. Lubię mawiać -“obrazy nie tylko się ogląda ale i czyta”.

mlyn.jpg

Wiatrak – ostatnie płótno z holenderskich wojaży

37915800_10209644531550626_1923435661096910848_n

Red Central

cyr

Cyrograf – bodaj najdłużej malowany przez Tomka obraz

37921576_10209645913145165_5562868511094603776_n

Inny gość

221622_1509427156173_7722602_n

Ofiara Abrahama – kolaż wykonany na podstawie szybkiego szkicu Rembrandta

189448_1452755739423_7479605_n

Olej-  “Kuszenie”, na kanwie Michała z Działdowa

182089_1440040061539_5166281_n

Kolaż-“Głowa orientalna“, wg. miedziorytu Rembrandta.

190767_1445740484046_4086561_n

Olej- “Niesienie krzyża” – inspirowane twórczością Michała z Działdowa

182661_1440047661729_8326056_n

Uwaga Autoportret

wsp

Wielka śpiąca
Agnieszka zm. 6.02.2008

183043_1443223981135_1429673_n.jpg

Rysunek- “18-39“, inspirowany kobietami z dwudziestolecia międzywojennego

182069_1440049021763_5053643_n

Olej- “Pożegnanie Muua“- inspiracja to pożegnanie dziewczyny zmarłej w tragicznych okolicznościach.

37907781_10209644472149141_8137117581552123904_n

Olej- “Fandango

dziew

olej -wg Vermeera ,”Dziewczyna z perłą”? może czytająca list………..

190767_1445740404044_423829_n

Olej- “Cefalu“, Sycylia.

Peste Noire – Split Peste Noire

pestenoire
CD La Mesnie Harlequin 2018

Frankijskie huligańskie knury wiedzione przez zbira ksywą Famine przynoszą płytę opartą na Zadzierżyzmie i Straceńczyzmie (zmechanizowany zadzierżyzm i straceńczyzm drogą do pomnożenia prądu), a może zarazem cegłę w okno kapitalistów i ognisko ze stosu dokumentów łżedemokrackich, na pohybel skłamanemu światu.

Niezrównoważony, brudny głos wokalisty okraszający drapieżnicze nuty sprawia, że ta muzyka czyni w społeczeństwie to, co wirtualnie czyni gówno, które wybija z kanalizacji, albo zwłoki – przypomina o strachu biorącym się z brudu, o słusznym lęku związanym z podświadomym łańcuchem matrycy, albo to przeczucie świńskiego skrzeku gdy czerwień zrobi gardła. Wokal(ista) jest tak stuknięty, że brzmi jak świr wizjoner nierealnej rewolucji.

Afera wokół odchyleń stylistycznych na “hardkor rapowej” albo degenerackiej połowie albumu jest dla głuchoniemych. Kto ma uszy nie ma o co się przyjebać. Jak powyżej, tak i poniżej. Ciemna, chtoniczna strona zbiorowej podświadomości indoeuropejskiej ma tu coś do powiedzenia. Ciekawa eksploracja.

Powiedziawszy co powyżej, Peste Noire miewało bardziej porywające za serce (i inne części organizmu) — na pewno gitarowo, bo to jakby ich wokalny album – momenty. “Aristocrasse” to potencjalnie zarzewie albo świtanie czarnego płomienia rewolucji. Oglądane na ciemnym ekranie w małym kinie, gdzie zza okna otwartego na którąś europejską noc dochodzą dżwięki bitych szyb i wybuchających koktajli mołotowa oraz śpiew radości wydobyty z rasy ludzkiej pod podstacią krzyku.

Kto odgadnie jakie Famine i Thuleseeker snują wzije na sylwestra? A tymczasem gołąbek pokoju nakrapia wam brew spopielonym kadrem w szarości i dokonuje się sen obcego nad bladą ziemią.

 

Świąteczny duch kapitału

Najnowsze wieści ze świata finansjery od niezależnego reportera, jakby odszkodowań za holomanolo było mało. Rodacy! Zajebać karpia i w kosmos! – red.

elonmusk

Elon Musk przedstawił na konferencji prasowej firmy SpaceX najnowszy projekt bazy marsjańskiej. Podjęto decyzję o wykorzystaniu grubych warstw polaków jako zabezpieczenia ścian kolonii przed promieniowaniem kosmicznym. Ponadto polscy niewolnicy sfinansują całkowity koszt misji. Następnie, dzięki najnowszym usprawnieniom procesu logistycznego zostaną przerobieni na paszę dla tuczników. Podpisano porozumienie o eksporcie paszy do krajów afrykańskich. Dzięki zastosowaniu tych banalnych metod optymalizacji będzie możliwa likwidacja 99% osób mówiących językiem polskim do końca 2019 roku. Pozostali przy życiu polacy będą wystawiani w dybach w szkołach i przedszkolach na widok publiczny. Ostatnie badania wskazują, że dzieci które mają możliwość codziennie dokonywać poniżania polaków mają lepszą jakość snu i rzadziej zapadają na choroby psychiczne. Ostateczna likwidacja polskiego zanieczyszczenia nastąpi około roku 2020.

unnamed

Prezes firmy SpaceX otrzymał owacje na stojąco trwającą 40 minut. Posadę inspektora odpowiedzialnego za realizację tych śmiałych planów otrzymał Maksymilian Żarski. Zapewnił że zrobi wszystko, co w jego mocy żeby polski element został wymazany z pamięci historycznej gatunku ludzkiego. “Dobry polak to martwy Polak.” – podsumował entuzjastycznym tonem naszą rozmowę. Z nieoficjalnych informacji, które otrzymaliśmy od naszych wspaniałych czytelników, również prywatnie, Pan Max jest całkowicie oddany swojej misji i rozumie odpowiedzialność swojego zadania wobec naszej cywilizacji. Okazało się że w wieku 10 lat wygrał letnie mistrzostwa olimpijskie w deptaniu polaków. Dzięki swojej specjalnej, autorskiej technice uzyskał absolutny rekord świata w kategorii upokorzenia polaków. Jego sekret to użycie ręcznej wiertarki do stworzenia w ciele żyjącego osobnika dużej ilości otworów w które mogą spuszczać się psy i murzyni. Dla naszych czytelników zorganizowaliśmy specjalny konkurs. Na adres: polakstop@wyborcza.pl do 31 stycznia można będzie przesyłać zdjęcia z aktów okrucieństwa na polakach. Wśród nagród rzeczowych znajduje się czajnik elektryczny. Zapraszamy!

Haunebu

Sacrum i architektura rzeczywistości

Roch Witczak

W ostateczności różnica pomiędzy człowiekiem tradycji, człowiekiem autentycznie religijnym, a człowiekiem współczesnym czy też nowoczesnym zasadza się na tym, iż ten pierwszy ma naturalną, zgoła odruchową zdolność do poruszania się w tym specyficznym wymiarze ludzkiego życia, jakim jest sfera sacrum.
Oczywiście wiemy od Oliviera Messiaena, że “nie ma prawdziwej muzyki świeckiej ani prawdziwej muzyki świętej, lecz jedynie rzeczywistość widziana z dwóch różnych stron” – ale w takim razie możemy po prostu mówić, jeżeli tak będzie wygodniej, o umiejętności oglądania rzeczywistości od strony sacrum.
Co ciekawe, zarysowanej na początku różnicy (nawet jeśli jest ona tylko uproszczeniem) nie należy utożsamiać z dychotomią wierzący – niewierzący czy nawet pobożni – obojętni. W dzisiejszych czasach spotkać można wielu ludzi, którzy niewątpliwie wierzą w Boga, a nawet praktykują konkretną ścieżkę religijną, a mimo tego nijak nie dałoby się ich przypisać do kategorii człowieka tradycji (w rozumieniu autorów takich jak choćby Eliade). Mało tego: ludźmi tradycji niekoniecznie są nawet świadomi tradycjonaliści – niezależnie od tego, czy mówimy o integrystach w łonie danego wyznania, czy o tradycjonalistach “ponadkonfesyjnych”. W przypadku wielu z nich przylgnięcie do sakralnego obrazu świata jest trochę sztuczne, może nawet wymuszone, wynika z pewnej racjonalnej decyzji, jest wreszcie czymś, na co osoby te są w stanie spoglądać z dystansem, z zewnątrz. Tymczasem dla człowieka przednowoczesnego, a więc w pełni tradycyjnego, spoglądanie na świat przez pryzmat sacrum jest czymś oczywistym, wpojonym od małego, instynktownie przychodzącym na myśl, często wręcz nieuświadomionym. Aborygen w Australii, kultywujący obrzędy dane przez mitycznych przodków w Czasie Snu nie wie przecież, że reprezentuje “mentalność przednowoczesną” czy “mityczną wizję rzeczywistości” – chyba że zapisał się na uniwersytet założony przez przedstawicieli cywilizacji nowoczesnej. Nierzadko jednak taki krok będzie niczym zerwanie jabłka z zakazanego rajskiego drzewa.

11
Ale czym właściwie jest ta sfera sacrum? Ogólnie rzecz biorąc, na rzeczywistość i nasze życie spoglądamy zawsze z kilku czy kilkunastu podstawowych punktów widzenia. Albo też: ma ona kilka różnych wymiarów. Dla przykładu, istnieje wymiar gospodarczy: produkcja żywności, odzieży i wszelkich innych dóbr. Istnieje wymiar polityczny, a więc poziom, na którym rozpoznajemy wrogów i przyjaciół publicznych, organizujemy się we wspólnoty, dbamy (lub nie) o dobro wspólne, toczymy kolektywne konflikty. Jest też miejsce dla nauki, która pozwala nam poznawać świat (zarówno materialny, jak i idealny, vide matematyka) oraz dla sztuki. Ta ostatnia zaspokaja nasze potrzeby estetyczne, przez co należy rozumieć osiągnie pewnej szczególnej przyjemności i poczucia spełnienia na poziomie emocjonalnym, a po części i fizycznym. Wielu powiedziałoby nawet, że sztuka zaspokaja potrzeby duchowe. Takie postawienie sprawy nie jest samo w sobie niczym złym, jakkolwiek pojęcia “ducha” i “duchowości” nierzadko nadużywa się w tym kontekście. Mniejsza jednak o to, przejdźmy do sfery religii, sfery sacrum.
Otóż dla człowieka tradycyjnego jest to po prostu odrębny, szczególny, inny wymiar życia i całej rzeczywistości – albo też specyficzny sposób spoglądania na nią. W istocie sposób ten jest priorytetowy względem innych, ale o tym za chwilę. Na razie istotne jest dla nas to, że dla człowieka tradycyjnego wymiar ten w zasadzie nie jest redukowalny do innych. To znaczy: ma wartość samą w sobie. Oczywiście, nierzadko prości ludzie, zwłaszcza w religiach pogańskich, a przynajmniej, gdy są one w fazie moralnego i doktrynalnego rozkładu, traktują sferę sacrum ściśle użytkowo, licząc na banalne korzyści doczesne w zamian za ofiary i modły. Jest to raczej myślenie magiczne, ale jeśli spojrzymy pod powierzchnię, to przekonamy się, że myślenie takie pokonywano wszędzie tam, gdzie na bazie religii wykwitła głębsza metafizyka. Co więcej, nawet prości ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że to wszystko nie jest takie proste – i że wiele działań na płaszczyźnie sacrum albo nie daje automatycznie namacalnych skutków, albo nawet nie ma ich dawać i nie temu służy.
Ta nieredukowalność nie powinna nas zaskakiwać. Dlaczego miałaby? Czy gospodarkę uzasadniamy poprzez sztukę? Czy upieramy się, że sztuka jest funkcją gospodarki? Czy twierdzimy, iż nauka powstała, by służyć polityce? Czy może twierdzimy, iż polityka w ostatecznym rozrachunku sprowadza się do gospodarki lub nauki? Oczywiście nie (jakkolwiek istnieją takie redukcjonistyczne teorie – niemniej nie trzeba ich podzielać i zresztą mało kto upiera się, iż stanowią one jedyne możliwe wyjaśnienia obserwowanych zjawisk). Zadziwiające więc, że tak łatwo przychodzi nam uzasadnianie religii poprzez sprowadzanie jej do tych innych wymiarów: religia jako narzędzie kontroli politycznej, religia jako pretekst do uniesień estetycznych etc. Naturalnie szczegółowe omówienie tego zagadnienia wykraczałoby poza ramy niniejszego, krótkiego przecież artykułu. Dość powiedzieć, że wielu myślicieli – jak choćby Eliade czy Otto – w rozmaity sposób uzasadniało ową nieredukowalność, analizując zarówno doktryny, jak i ich ewolucję w historii.
Jeśli mówimy o “działaniach na płaszczyźnie sacrum”, to mamy oczywiście na myśli rytuał, mit i symbol. Z perspektywy człowieka otwartego na sacrum rzeczywistość jest jakby wielką budowlą, w której istnieje komponent fizyczny i komponent duchowy, a oba łączą się w skomplikowaną konstrukcję architektoniczną. Widać to w rozmaitych starożytnych kosmologiach tudzież w analizach rzeczywistości niebiańskiej (chóry anielskie u Dionizego Areopagity). W szczególności rzeczywistość materialna odzwierciedla w pewien (niedoskonały) sposób plan duchowy, a działania podejmowane w życiu codziennym pozwalają na współuczestniczenie w wymiarze metafizycznym. Ten sposób myślenia jest zupełnie obcy człowiekowi współczesnemu, dla którego rzeczywistość w zasadzie nie ma jakiegoś szczególnego sensu. A jeśli nawet ma, jeśli nawet ów współczesny człowiek jest “wierzący” i zakłada istnienie Opatrzności, to i tak należy ten sens ściśle oddzielić od innych płaszczyzn postrzegania świata: stąd w nowożytności po prostu nie wolno wplatać metafizyki do science albo przenosić perspektywy religijnej na grunt polityczny.

12
Ks. Jerzy Grześkowiak, zresztą daleki tak od integryzmu katolickiego, jak i od tradycjonalizmu w sensie, nazwijmy to, “eliadowskim”, trafnie opisuje różnicę pomiędzy tradycyjnym i współczesnym postrzeganiem świata:
“Człowiek starożytny wszędzie w całej rzeczywistości odnajdywał symbole bóstwa. Myśląc kategoriami metafizycznymi we wszystkich rzeczach na podstawie analogii odkrywał ślady świata duchowego i Transcendencji. Natomiast człowiek ery technicznej całą otaczającą go rzeczywistość ujmuje tylko racjonalnie i funkcjonalnie. Charakterystyczną cechą tzw. mentalności technicznej jest ujmowanie i wartościowanie wszystkich zjawisk w kategoriach użyteczności i skuteczności. Nie ma dziś zrozumienia dla spraw, które nie przynoszą bezpośrednio korzyści, a tym bardziej dla zagadnień metafizycznych. Postawę wyrażającą się w pytaniu “dlaczego?” wyparła postawa pozytywistyczna stawiająca na pierwszym miejscu pytanie “jak?” i “co mi to da?”. Człowiek dziś nie chce już wmyślać się w rzeczy, lecz pragnie je mieć i używać. Dawniej zdawano sobie sprawę, że każda rzecz coś “mówi”, że wyraża jakiś apel, zobowiązanie. (…) Fakty materialne traktowano jako przekaźniki poselstwa międzyosobowego”
Nawet jeśli ten obraz “człowieka starożytnego” jest nieco wyidealizowany, to jednak istota dychotomii została oddana właściwie. Jednym z kluczowych pojęć jest tu np. symbol. Dla człowieka starożytnego esencjonalne było posługiwanie się symbolami – przy czym znaki owe były nie tylko skrótami myślowymi, jak dziś “gołąbek pokoju”. Były raczej łącznikami z rzeczywistością
metafizyczną, nawet jeśli łączność ta bardziej niż przez ratio odbywała się przez gnozę i intuicję (ale niekoniecznie przez emocje i sentymenty, nie mylmy tych rzeczy). Kardynał Danielou w swoim epitafium dla Renata Guénona pisał tak: “Nauka powiększa wymiary klatki, w której uwięziony jest umysł człowieka, ale nawet cała nauka świata nie wyzwoli człowieka z niej. Ale przy intuicyjnym postrzeganiu symbolizmu umysł wydostaje się z rzeczywistości materialnej, aby dotknąć innej rzeczywistości, zewnętrznej: to jest powiększenie, uwznioślenie ducha.“²
Oczywiście trzeba te różne oglądy rzeczywistości stosować właściwie: to inna sprawa. Dla przykładu, tak jak współczesny człowiek jest ślepy na metafizykę, tak i niektórzy niewcześni odtwórcy myślenia tradycyjnego zatracają różnicę pomiędzy poziomem duchowym a poziomem materialnym i próbują (w sposób na ogół nieudolny) przenosić kategorie mityczne na historię, geografię czy kosmologię. Stąd biorą się ci, którzy literalnie wierzą, że Ziemia nie tylko jest, ale wręcz musi być nieruchoma i położona w geograficznym centrum Wszechświata, bo inna jej pozycja rzekomo kłóciłaby się z metafizyczną prawdą o powołaniu człowieka i jego roli jako korony stworzenia. Inni sądzą z kolei, że takim zgrzytem na linii przyrodzoność – transcendencja byłaby już sama kulistość Ziemi. Należy być ostrożnym przy tego rodzaju teoriach: o ile bowiem wypada docenić i kultywować metafizyczne rozważania alchemików czy kabalistów (przynajmniej te, które mieszczą się w ortodoksji), o tyle dość niedorzecznym pogaństwem i czarownictwem byłaby próba rekonstrukcji chemii w oparciu o teorię żywiołów, podobnie jak analizowanie odległości między obiektami kosmicznymi (a tym bardziej sensu wydarzeń historycznych) na podstawie numerologicznych rozważań gematrii.
Wróćmy do symboli. Uwagi podobne do tych, które już cytowaliśmy, poczynił także Jean Hani w swojej wybitnej “Symbolice świątyni chrześcijańskiej”. Przytoczmy dłuższy fragment:
Chodzi o to, że dzisiejsza mentalność nie dysponuje takimi wyobrażeniami kosmologicznymi, które pozwoliłyby uchwycić te postacie symboli, brak nam odpowiedniego “obrazu świata” czy “systemu świata”, jakby powiedział Duhem. Człowiekowi współczesnemu świat jawi się jako zlepek zjawisk, podczas gdy dla człowieka tradycyjnego – na Zachodzie mniej więcej do czasów Kartezjusza – świat stanowił organizm harmonijny i zhierarchizowany, którego chrześcijańską formułę znajdujemy u Dionizego Areopagity, a ten z kolei odsyła nas do Platona. Współczesna koncepcja świata jest czysto kwantytatywna, świat jest postrzegany jako energia i materia produkująca zjawiska, a w konsekwencji “klucz” do świata pozostaje nieosiągalny. Nauka współczesna wyczerpuje się w odkryciach, niewątpliwie spektakularnych, które jednak nie dają nadziei na prawdziwe wyjaśnienie rzeczywistości.
W koncepcji tradycyjnej – jakościowej – w mniejszym stopniu bierze się pod uwagę zjawiska siły i materii, w większym natomiast stopniu uwzględnia się wewnętrzną strukturę świata, jego duchową architektonikę, wywiedzioną z metafizyki, przede wszystkim Platona, podjętej i przyswojonej przez pierwszych Ojców Kościoła. W tej ostatniej wizji świata, czyli kosmologii, quasi duchowa jedność wszystkich części Kosmosu pozwala odkryć analogie i odpowiedniości między poszczególnymi jego elementami, a następnie między owymi elementami oraz ich ontologicznym modelem, który znajduje się w Bogu i według którego Bóg je stworzył, urzeczywistnił w porządku przestrzennoczasowym. Na tym opiera się symbolika kosmologiczna, rozwijająca się na dwu hierarchicznych poziomach: symboliki części wobec całości wszechświata oraz – na planie wyższym – symboliki uniwersum i jego części wobec świata boskiego. “Każda rzecz w każdej ze swych właściwości – pisze św. Bonawentura – ukazuje boską Mądrość i ten, kto pozna te właściwości bytów, zobaczy Ją jasno. Wszystkie stworzenia świata widzialnego prowadzą nas do Boga: bo są one cieniem, wizerunkiem, śladem, obrazem, przedstawieniem Przedwiecznego, Mądrości, najwyższej Zasady wszystkiego; są obrazem Źródła i Światła, wiecznej Pełni, suwerennego Archetypu: są znakami danymi nam przez samego Boga.
(…)
Dla człowieka tradycyjnego, uczestniczącego całym swoim jestestwem we wszechświecie organicznym i hierarchicznym, ta sytuacja nie przedstawiała żadnej trudności: symbole kosmologiczne – klucz do symboli teologicznych – przyjmował on jako obecne i oczywiste, jakkolwiek niemal zawsze implicite, w wytworach sztuki. Dla człowieka współczesnego już one nie istnieją i należy je dla niego ożywić
Widzimy więc, że dla człowieka tradycyjnego współczesny mieszkaniec Zachodu jest tak jakby pozbawiony pewnego zmysłu, ślepy na oczywiste doświadczenie sacrum. Z drugiej strony, ów człowiek nowoczesny ma jednak, przynajmniej potencjalnie, wszelkie narzędzia niezbędne do tego, by się otworzyć: posiada ciało, duszę i pneumę. Stąd też jego ignorancja jest częściowo zawiniona, a w każdym razie – naprawialna.
Wydaje się to aroganckie, ale wyobraźmy sobie, że spotkalibyśmy kogoś, kto jest absolutnie nieczuły na muzykę (lub sztukę w ogólności). Kogoś, dla kogo ów wymiar rzeczywistości w ogóle nie istnieje, kto demonstracyjnie upiera się, że oglądanie figur wymalowanych farbami naniesionymi na płótno jest czymś frontalnie niedorzecznym, podobnie zresztą jak słuchanie abstrakcyjnych kompozycji dźwiękowych wygrywanych przy pomocy dziwnych urządzeń (takich jak skrzypce) czy śledzenie poczynań ludzi udających na deskach scenicznych, że są kimś innym niż są naprawdę. Do tej listy człowiek ów dorzuciłby jeszcze np. czytanie o przygodach wymyślonych postaci, a szczególne ostrze swej krytyki wymierzyłby w pomysł stylizowania języka w nietypowy, niecodzienny sposób na potrzeby czegoś, co my nazywamy “poezją”, a co dla niego jest nonsensem nie dającym żadnego pożytku. Niewątpliwie taka osoba wydałaby się nam przypadkiem bardzo smutnym, pozbawionym jakiejś elementarnej wrażliwości. Trudno byłoby nam z nią polemizować, bo prędzej czy później musielibyśmy niczym w owej słabej powiastce Gombrowicza zapewniać naszego rozmówcę, że ta czy inna rzecz “zachwyca”. Byłoby to dla nas irytujące – zwłaszcza zaś, gdybyśmy mieli podstawy sądzić, iż postawa tej osoby nie wynika tak naprawdę z jakiegoś fizycznego upośledzenia, ale z przyjętej arbitralnie ideologii, z pewnego zacietrzewienia.
Otóż bardzo podobnie z perspektywy człowieka tradycyjnego prezentuje się człowiek współczesny, zwłaszcza ateista czy agnostyk, ale niekoniecznie nawet. Jest on kimś, kto nie dostrzega elementarnych sensów i porządków, widocznych w rzeczywistości materialnej; i kimś, kto nie rozpoznaje podstawowych struktur na planie metafizycznym, który to plan zresztą z założenia neguje. By posłużyć się analogią matematyczną (to oczywiście tylko analogia!): człowiek tradycji jest jak matematyk, który (lepiej lub gorzej, ale jednak) w zastanym materiale rozpoznaje zawieranie się jednych zbiorów w drugich, relacje między ich elementami, szczególne klasy funkcji, rozmaite struktury algebraiczne i ich własności topologiczne; człowiek współczesny jest jak ktoś, kto widzi jedynie przypadkowe, oderwane od siebie punkty czy liczby – a nawet jeśli lokalnie dostrzega jakieś zależności, to za nic w świecie nie chce przyznać, iż może to wynikać z pewnych bardzo ogólnych zasad, przenikających całość rzeczy.
Wszystkie te uwagi można jednak w pewien sposób skontrować. Być może bowiem sfera religijna, sfera sacrum jest jakimś odrębnym wymiarem rzeczywistości czy choćby sposobem jej postrzegania – ale czy ten wymiar do czegoś służy? Powiedzieliśmy bowiem, iż ma on wartość samą w sobie, po czym zasugerowaliśmy, że podobnie myślimy o polityce czy gospodarce. Ostatecznie jednak polityka, gospodarka, nauka czy sztuka sprowadzalne są do pewnych poziomów tak bardzo intuicyjnych, że niemal aksjomatycznych: traktowanych przez większość z nas jako nieusuwalne, konieczne i oczywiste. Dla przykładu, gospodarka w ostatecznym rozrachunku służy bardzo prostej kwestii przetrwania: musimy coś jeść, musimy gdzieś mieszkać i na ogół potrzebujemy też ubrań, by nie zginąć. Z polityką jest podobnie: aby przeżyć, aby nie egzystować w chaosie, łączymy się we wspólnoty i przyjmujemy pewne prawa rządzące tymi wspólnotami. Sztuka koi nasz ból, uwzniośla nas, a w najgorszym razie – mile łechce, co jest po prostu miłe. Nauka albo zaspokaja nasze ambicje (racjonalne czy nie), albo służy w pośredni sposób np. gospodarce. Żadnego z tych wymiarów rzeczywistości nie uprawiamy więc wyłącznie dla niego samego, trudno byłoby nam sobie nawet wyobrazić, co miałoby to znaczyć. Oczywiście powyższe rozumowanie da się prosto obalić, mianowicie poprzez skrajny sceptycyzm: moglibyśmy zapytać, dlaczego właściwie chcemy przetrwać, dlaczego wolimy żyć niż umrzeć z głodu i zimna, albo czemu miłe uczucia miałyby być lepsze od niemiłych? Ten sceptycyzm na poziomie rezolutnego, ale rozkapryszonego siedmiolatka pozwolimy sobie jednak pominąć, bo – jak wiadomo – bez aksjomatów nigdzie się nie dojdzie.
Zatem – jaki jest sens “wykonywania czynności w sferze sacrum”? Co daje nam modlitwa, co daje nam rytuał, jaka mądrość płynie z mitów, czemu służy spoglądania na rzeczywistość poprzez pryzmat drabiny bytów, epatowanie diagramami sfer niebieskich, ozdabianie ścian symbolami teologicznymi i kosmologicznymi czy budowanie kościołów według licznych zasad świętej geometrii? Skoro nie chodzi literalnie o wyproszenie u bogów deszczu czy prezentów pod choinkę, skoro mamy prawo sądzić, iż Słońce wzejdzie jutro nawet, jeśli dziś nie wyrwiemy serc kilkuset nieszczęśnikom(IV), to po co robić to wszystko?
W jednym z cytatów, które zamieściliśmy w tym tekście, pojawiła się sugestia, iż człowiek współczesny patrzy na wszystko z perspektywy korzyści praktycznej. Kontekst tego był jasny, trzeba jednak odnotować pewien (pozorny) paradoks. Posłużmy się kolejnym fragmentem, tym razem z Anandy Coomaraswamy, indyjskiego metafizyka, geologa i historyka sztuki tradycyjnej: “Metafizyka różni się od filozofii także i tym, że ma czysto praktyczny cel“(5). Tym celem, dopowiedzmy, jest – ujmując rzecz najbardziej ogólnie – wyzwolenie człowieka i jego powrót do Boga, do Absolutu, do ostatecznego porządku rzeczy. To wyzwolenie postrzegać można co najmniej na dwóch poziomach: pierwszy jest doczesny, drugi pozagrobowy. Na tym pierwszym chodzi o to, by w miarę możliwości uniezależnić swoją stronę duchową od atakujących ją z każdej strony skalań psychicznych i fizycznych. Z tego powodu religie kładą tak duży nacisk na rozmaite praktyki rytualne oraz ascetyczne (np. postne), ćwiczące tężyznę fizyczną, wolę, spokój czy nawet świętą obojętność. Chodzi o to, by dotrzeć do pneumy, do owej “iskierki duszy”, opisywanej przez Eckharta, do natury Buddy, skrytej niczym jądro Jowisza pod burzą nieustannych rozproszeń. Już samo to daje inną perspektywę na rzeczywistość, co zresztą widać w spokoju i wielkoduszności, które emanują ze świętych mężów. James Cutsinger, prawosławny religioznawca, zwykł wspominać, że w obecności Martina Lingsa(VI) po prostu można było uwierzyć w Boga.
Poziom drugi, a właściwie drugi etap – to ten pozagrobowy. Jest nim zbawienie duszy, a zatem wyzwolenie ostateczne, do którego to doczesne jest jedynie wstępem. Wstępem wszelako koniecznym, a do tego wymagającym właściwej intencji (nie chodzi bowiem o to, by ćwiczyć się w ascezie jedynie dla czczego ekscytowania się uzyskaną w ten sposób odpornością psycho-fizyczną). Ponieważ wierzy się(VII), iż rytuały, mity i symbole faktycznie umożliwiają kontakt z rzeczywistością pozadoczesną (VIII), a nawet w pewnym sensie czy zakresie operują w tej rzeczywistości, to logiczną konsekwencją jest ich wypełnianie (przy równoczesnym wypełnianiu nakazów moralnych). W ten sposób realizuje się powołanie i odzwierciedla wzorzec zapisany nie tyle nawet u zarania dziejów, ile poza czasem (w “Czasie snu”).
Rzecz jasna scenariusz zbawienia kontrastowany jest przez scenariusz potępienia, a więc pozostania w obszarze ignorancji i powtarzania się owych skalań, o których była mowa. Niewątpliwie w obliczu tego “kurs na zbawienie” zdaje się czymś oczywistym. Z drugiej strony, nawet jeżeli pominiemy grozę kary wiecznej, to i tak tropem dla osoby niereligijnej powinno być samo to, że rzeczywistość doczesna, w tym nasze życie (fizyczne, emocjonalne etc.) jest pod wieloma
względami niedoskonała i męcząca. W tym sensie droga religii, medytacji i kontemplacji (IX) jest zupełnie zrozumiała i wręcz praktyczna. Trzeba jednak pamiętać, że z perspektywy człowieka tradycyjnego droga ta jest w ostatecznym rozrachunku duchowa i tak należy rozumieć tę “praktyczność” – nie zaś jako zestaw ćwiczeń poprawiających koncentrację i dających odporność na głód. To wyzwolenie, o którym mowa, jest nie tylko wyzwoleniem z materialnych i emocjonalnych niedoskonałości, ale i z ignorancji. Odrębną kwestią, której nie będziemy tu dyskutować, jest przekazywalność doświadczenia o tym wyzwoleniu. Wydaje się, że pomimo całej apologetyki myślenia w kategoriach religijnych, uprawianej przez Greków, chrześcijan czy Hindusów, ostateczne przejście wymaga aktu woli, samodzielnego przekonania się – ale nie na zasadzie “sprawdzania” (jak jeden ze współczesnych nowych ateistów, który etapami “praktykował” kilka religii po kolei) lecz raczej pragnienia i zaufania. Czy dla mistyka lub choćby człowieka tradycyjnego świata jest inny niż dla mechanicznego materialisty? W pewnym sensie tak, w pewnym nie (paradoks recepcji świata po doświadczeniu zen). Kluczowe jest to, że on wie.

Swoją drogą, to właśnie fakt, iż działania w sferze sacrum odnoszą się do wyzwolenia i do zbawienia, a więc do tego, co finalnie rozgrywa się w Wieczności, a nie w czasie, powoduje, iż sfera ta jest priorytetowa względem pozostałych. Innymi słowy, to nie religia powinna być przeniknięta artystycznym estetyzmem, polityczną ideologią czy koncepcjami zaczerpniętymi z science, ale raczej sztuka winna odzwierciedlać prawdy metafizyczne, metodologia nauk bazować na solidnym metafizycznym fundamencie, zaś życie polityczne być przeniknięte wartościami wyprowadzonymi z religii (wbrew pozorom nie chodzi tu tylko o prawidła moralne). Jest to zrozumiałe: pozostałe wymiary odnoszą się albo do tego, co tymczasowe i przemijające, albo do tego, co niższe (jak fizyczność i psychika są poniżej pneumy). Z tego powodu społeczeństwa tradycyjne są ufundowane na metafizyce. Ta zaś metafizyka ma związek z religią, ponieważ, jak mówił ks. Rama Coomaraswamy: “(…) nie ma mowy o różnicy pomiędzy metafizyką a teologią”. Sens tego jest taki, że poprzez teologiczny wyraz prawd dociera się do metafizyki. Nawiasem mówiąc, owo ufundowanie społeczeństw ma niewiele wspólnego z chaotyczną, nachalną dewocją czy bigoterią, nie mówiąc o religijnym sentymentalizmie typowym dla rozmaitych new born christians czy ruchów new age. Przede wszystkim ta konstrukcja nie jest chaotyczna i przypadkowa. Przeciwnie, każda funkcja społeczna (zawodowa, rodzinna, stanowa etc.) ma swoje miejsce i swój wyższy wymiar, czego wyrazem jest na przykład przyjmowanie patronów przez cechy rzemieślnicze. Nie jest to więc jakieś “notoryczne gadanie o Jezusie”, a raczej nałożenie na społeczność pewnych ram, uformowanie jej w strukturę, która – mniej lub bardziej, czasem poprzez formy nader ścisłe, niekiedy w sposób bardzo ogólny, to już zależy m.in. od konkretnej cywilizacji – odzwierciedla porządek wyższy. Uświęcony jest również czas, niezależnie od tego, czy przeżywa się go indywidualnie czy kolektywnie. Dziś jesteśmy skoncentrowani niemal wyłącznie na czasie linearnym, na historii, na przemijaniu, zaś w czasie kolistym zanurzamy się jedynie w ramach roku liturgicznego. Nawet i wówczas jednak nie jest to dla nas coś naturalnego: raczej pewien wycinek życia, chyba że udało się nam stopniowo przezwyciężyć w sobie “człowieka nowoczesnego”. Tymczasem dla człowieka tradycji czymś najzupełniej naturalnym jest spoglądanie na czas przede wszystkim poprzez pryzmat wydarzeń świętych. Powtarzają się one cyklicznie i wyrażają w sposób symboliczny pewne prawdy (np. na temat stworzenia świata, śmierci i zmartwychwstania Wcielonego Boga), a nawet realnie uobecniają te prawdy. Co więcej, tyczy się to nawet historii, tj. czasu linearnego, który został uświęcony w religiach abrahamicznych – przez co dzieje Kosmosu to nie tylko miliardy lat od Big Bangu do ponownego skurczenia się czy zamarznięcia Wszechświata, ale też (przede wszystkim!) czas od Stworzenia do Paruzji.

Przypisy:
I. ks. Jerzy Grześkowiak, “Liturgia dziś”, Księgarnia św. Jacka, Katowice 1982, str. 177.

II. http://myslkonserwatywna.pl/danielou-s-j-sila-i-slabosc-rene-guenona/

III. J. Hani, “Symbolika świątyni chrześcijańskiej”, Znak 1994.

IV. Broń Boże nie usprawiedliwiamy tutaj religii Azteków i ofiar z ludzi. Nawet jeśli wiele praktyk religijnych z przyjętego tu punktu widzenia jest formalnie podobnych, to jednak nie zmienia to faktu, że niektóre z nich mogą być zdegenerowane, nieortodoksyjne czy niemoralne.

V. A. Coomaraswamy, “The Vedanta and Western Tradition”, w: “Metaphysics”, Bollingen / Princeton 1977, str. 8.

VI.  Martin Lings (1909 – 2005) – angielski metafizyk, poeta i literaturoznawca, praktyk sufizmu (urodzony w rodzinie protestanckiej), specjalista od dzieł i postaci Szekspira.

VII/ Naturalnie nie będziemy tu wchodzić w apologetykę wiary i religii: katolickiej czy jakiejkolwiek. Celem tekstu ma być jedynie zaprezentowanie sposobu myślenia czy też sposobu postrzegania świata przez człowieka tradycyjnego.

VIII. Co wcale nie musi oznaczać jakichkolwiek “przeżyć paranormalnych”! Tym bardziej zaś nie oczekuje się potwierdzenia słuszności drogi poprzez takie przeżycia.

IX. Nie twierdzimy oczywiście, że jest obojętne, jaką religię się przyjmie. Staramy się po prostu przyjąć tu możliwie ogólną perspektywę, na użytek osób “z zewnątrz”.

 

Moskale potępiają bułgarskich psotliwców

soviet-monuments-vandalized-look-like-american-superheroes-2

Rosja żąda od Bułgarów zaprzestania przemalowywania soldatów z sowieckich pomników na amerykańskich superbohaterów

Jak raportuje Moscow Times, jajcarze w Bulgarii przemalowują monumenty z czasów sowieckich, tak aby radzieccy bohaterowie wojskowi wyglądali jak amerykańscy superbohaterowie. Nie trzeba chyba mówić, że poplecznicy parówek Trumpa i hien Netaniahu ze szczurzymi ryjkami ignorują ten fakt – natomiast oburza to rosyjskie imperialistyczne warhoły.

Rosja postawiła Bułgarii ultimatum, aby wszelkimi środkami zapobiegała aktom defloracji sowieckich pomników, po tym gdy jeden pomnik sowieckich władz został pomalowany sprayem, donosi ITAR-Tass.

Rosyjska Ambasada w Bułgarii wydała notę, rządającą aby ich sojusznik z ery Związku Radzieckiego wyczyścił postument w dzielnicy Sofii, zidentyfikował, oszkalował publicznie, a za zamkniętymi drzwiami zaoferował figlarzom intratną propozycję ucharekteryzowania pomnika S.P. Lecha Kaczyńskiego na Inspektora Gadżeta. Będą potrzebować też spawaczy elektrodą. To przeciek ściśle tajnej informacji, wyduszony na torturach od agenta Indochińskich wyznawców Ganesha, Mateusza Piskorza.

Pomnik został pomalowany czerwoną farbą w przeddzień celebracji 123 rocznicy Bugłarskiej Partii Społeczniaków, donosi sofijska agencja newsów Novinite.

Ten akt wandalizmu to tylko ostatni z serii zbliżonych niedawnych incydentów w Bułgarii, a każdy malunek zyskuje poklask i jest politycznie potępiany przez Moskali, choć co w tym wszystkim jest najlepsze, to jakie światło rzuca to na amerykańską podkulturę. Jeżeli superherosów niosących dobro made in America można przedstawić jako radzieckich wojskowych, to znaczy że w Bułgarii są osoby zdolne do mentalnej transgresji i wykpienia komunizmu z globalizmem na jednej patelni!

rus

not ( <|Vv ) 

Thought Gang – s\t

a3076895100_10

Wyrzutczany, idący w bok band Lyncha i Badalamentiego oferuje więcej niż niejedno OST tego drugiego samopas. Bogactwo zawartych tu tonów, akcentów, barw, smaków i przestrzeni robi z tego solidny kawał wysuszonego czombru, albo opału na scytyjskie ognisko rytualne. Free jazz bogactwem wyrazu sięgający na terytoria wyeksplorowane później przez uber alternatywne Svarte Greiner.

Zróżnicowanie jest tu ogromne – momentami można poczuć wręcz etos i zmierzchanie światła wielkomiastowej, białej, dekadenckiej bohemy, życia złodziejaszków, odszczepieńców i narkusów, a w innym punkcie (Frank 200 – najdłuższa kompozycja na albumie) odnaleźć się w nielogicznie industrialnej, futurystycznej przestrzeni, gdzieś pomiędzy Eraserhead, Ligottim a Blade Runnerem. Jest tu muzyka zarówno łatwo przystępna (One Dog Bark), zatykająca korki w mózgowiu ekspansywną treścią (A Meaningless Conversation), jak i nie przyklejająca żadnym lepem percepcji słuchacza. Znajdą się muzyczne narracje, pełne werwy ciętego oglądu jak z nagrań Burroughsa (Woodcutter from Fiery Ships). Druga strona to wokale jak w noise rocku (One Dog Bark). Ten kawałek kojarzy mi się niebanalnie z wyczynami Gnod. W najbardziej ‘przebojowym’ kawałku z płyty Angelo melonawija lepiej jak Staszewski.

Na asa w tej talii obstawiam A Meaningless Conversation, m.in. o nieorganiczności języka, który – jak wspomniany wcześniej pisarz zdiagnozował – w rękach kontroli stał się wirusem. Muzycznie to jak stąpanie po rozpostartej w ciemności pajęczej sieci, utkanej przez jednostkę, której mózgownica buczy pod wysokim napięciem. Frank 200 Prelude wyznacza punkt, w którym jazz spotyka się z industrialem, którego smolistą wariację napisało Swans na pierwszych trzech długograjach.
Dalej od odcinania kuponów panowie nie mogliby być i nie przypadkiem płyta ukazała się w Sacred Bones.

Current 93 – The Light is Leaving us All (2018)

x93
CD The Spheres 2018

Pan Dawyd 93ci Tibet nie był w takiej formie od dekad, z małymi wyjątkami jak utwór 2. i 3. z epki z 2014 r. pt Channel. Intro jest magiczne, jak muzyka z nienakręconej nigdy, psychodelicznej adaptacji jakiejś nienapisanej baśni, będącej czymś łączącym jakość Alicji w Krainie Czarów z aurą opowiadań Thomasa Ligottiego.

The Policeman is Dead” straszliwie interesująco opowiada m.in. takie wieści, że księżyc jest pijany, a nocna pielęgniarka chora. Pyta, czy spojrzano poza kurtyny i co tam ujrzano, czy nie umykające światło? Singiel promujący nowy LP Tybeta z 93 Dawidu to piękna ballada dla dojrzałych słuchaczy, których smutek miewa dziecięcą czystość. Stąd wielu bez dysonansu przejdzie obojętnie. Ja jednak z niecierpliwością czekałem na pełen album. Opłaciło się. Ta muzyka ma poetyckie piękno, gorycz połączoną z tkliwością wynikającą z odrzucenia wszelkiego rodzaju skorup, jakie na siebie nakładamy. U odbiorcy o odpowiedniej wrażliwości Dawid sięgnie tu głęboko do środka.

W 30 Red Houses w sposób mniej patetyczny niż w genialnym The Carnival is Dead and Gone David wspina się na wyżyny wokalnej i kompozytorskiej emfazy. W 5 songu cudna kompozycja kończy się wyciszeniem, zrównoważonym śpiewem leśnych ptaków i chłodnymi nutami fortepianu. Brzmienie jest instrumentalnie bogate (nie byłbym w stanie wyliczyć wszystkich użytych instrumentów), a ich zrównoważony, przestrzenny i głęboki przeplot buduje bardzo intensywną, egzystencjalno-zmrażającą lub oniryczną atmosferę. W zasadzie moc “The Light is Leaving us All” bierze się z paradoksalnego połączenia przeciwstawieństw, nie podejmę się jednak ich zdefiniowania, musiałbym w tym celu dolać lizergowego paliwa do silnika głowy.

“Propably maybe – certainly no – have you noticed the light is leaving you all” – pyta Tibet w “The Bench and the Fetch“. Liryki na tej płycie dalekie są od enigmatycznego bełkotu znanego z niektórych nagrań C93. To najwyższych lotów poezja. Nie zmienia to faktu, że płyta jest nierówna. Utworów 9 i 10 lepiej jakby nie było, bo tytuł powtarzany jak mantra zaczyna nudzić, a nie słyszę w tym poza tem żadnej godnej treści.

Są wśród ludzi duchy, które jeśli nawet kala brnięcie poprzez czas, to warstwy brudu się kruszą i odsłaniają koniec końców ich pierwotne skrzenie. Tibet tą płytą dowodzi przynależności do nich.