Recenzja – Alien: Covenant (2017)

ACHTUNK! SPOILERY! Czytaj jednak, do cholery, bo Pan rzekł: nie oglądaj nadaremno.

Nowy film Ridleya Scotta to prawdziwe arcydzieło (przez duże A) gatunku komediowego science-fiction. Przebija nawet olśniewająco zabawnego, nagrodzonego wieloma uniesionymi pisiorami Prometeusza. Dajemy 9 gwiazdek na kurwa 93. Od 5 minuty przez pierwsze dwa kwadranse można spokojnie poczytać Gościa Niedzielnego lub spalić blanta – lepsza opcja, inaczej można chrapać niczym stary niedźwiedź do końca seansu.

Alien-Covenant-1

Pierwsze sceny niosą ze sobą utęskniony zapach Blade Runner’a, jeśli jednak ktoś liczy na to, że Ridley Scott powrócił do źródła swoich sił twórczych, czeka go starotestamentowe rozczarowanie. Być może tak bardzo skupił się na nakręceniu remake’u rzeczonego diamentu kinematografii s-f, że wykonanie Alien Covenant miało być zapchajdziurą i nabijkabzą. Herr Scott, kręć waść sobie kontynuację, ale jak mamy to obejrzeć to załatw nam 23 deko zielonych pomidorów.

Na cholerę ci głupi Amerykanie strzelają do Obcych? Powinni sprowadzić ich na ziemię! Przeszkoleni pod każdym możliwym względem i przygotowani na każde zagrożenie quasi nałkowcy-kosmonałci-żołnierze [?] nie umiejo nawet sprawnie posługiwać się swoją śmieszną ludzką bronią. Ich nieudolność rozpierdala przeciętnego zjadacza kartofli, niestety na razie nie wiemy, jakiego komentarza na ten temat udzieliłby Hardkorowy Koksu (jak nieoficjalnie domyśla się nasz reporter – zapewne, że żarli za mało stejków). Obcy skacze ci z drugiego końca pomieszczenia, a ty łapiesz za giwerę i nawet wycelować zdążyć nie umisz, tylko wypierdalasz się na kałuży krwi, japę drzesz i zaraz pozwalasz się zagryźć. Przecie Obcy pod względem drapieżności jawią się tu jako rasa prawdziwych Panów, zdecydowanie lepsza rasa – jeszcze raz postuluję za tym, by przy dźwiękach trąb hymnów wszystkich zjednowypaczonych krajów sprowadzić Obcych i pozwolić im zaludnić Ziemię! Wszak człowiek też jest paskudnym drapieżcą, ale zarazem szkodnikiem z tą całą swoją pseudohumanitarną szkodniczą wspakulturą. Nie promujemy korzystania z substancji narkotyzujących, jakkolwiek członkom ekspedycji na pewno by się one przydały, jak niemieckim żołnierzom w rosyjskiej zimie i na pustyniach Afryki. Obejrzelibyśmy ten film z wypiekami, gdyby załogę stanowili żołnierze gotowi ginąć z honorem, wiernością i poświęceniem, tak jak Huzarzy Śmierci.

Trzeba jednak przyznać, że film nie tylko bawi, ale i poprzez zabawę uczy tak bezużytecznych umiejętności, jak gra na flecie. Chyba, że masz ambicje na zostanie ulicznym grajkiem w przejściu warszawskiego metra.

maxresdefault12

Coś koło 01:06 słyszymy słowa: Nie powinniśmy tu przybywać – drogi Widzu, jeśli masz odrobinę szacunku dla siebie, nie powinieneś tego oglądać. Scena masowej infekcji, mimo, iż nakręcona z należytym rozmachem, doesn’t impress me much. Pomór Żydów oglądałoby się ciekawiej. Ridleje Scottełe, przeproś za Jedwabnełe!

Około 01:13: Nie po to opuściliśmy Ziemię – ano właśnie, mówiliśmy: zasiedlić planetę rasą panów! Raus!

W dialogach można znaleźć parę perełek w tym całym gnojowisku, vide: Spotkałem szatana, gdy byłem mały i nigdy tego nie zapomniałem, co jednak rozbija bzdurne: Bezczynne ręce stanowią narzędzie szatana – większej głupoty dawno nie słyszeliśmy, wszak to źródłowy Bóg przeinaczony przez Hebrajów z Seta na Szatana był patronem poszerzenia świadomości i kreatywności. W tej plecionce można było zawrzeć transgresyjną prawdę, niestety nitki poplątały się w beznadziejny supeł.

Najważniejsza jest cierpliwość – zaiste, cierpliwość nie tylko przyda się do przebrnięcia do końca filmu, ale być może Bogowie (tutaj niewykluczone, że w postaci Androidów) sprawią, iż doczekamy się pomoru człowieka i władania obcych – gdyż nawet najbardziej pozytywna i sympatyczna postać ekranizacji, android Dawid, ujrzał w tychże istotach coś lepszego, wyższego i wznioślejszego i przejrzał, że człowiek jest bytem niedoskonałym.

Film propaguje bzdurny pogląd na teorię ewolucji, twierdzący, że kultura powstała poprzez zwabienie grą na trzcinie dzieci do jaskini (acz jakie to poetycko urocze, nieprawdaż). Annuaki, plemię Dogonów, Thursowie, Olbrzymy wszystkich mitologii, czy nawet zakichane upadłe anioły ze Starego Testamentu zadają temu taki kłam, że aj waj!

I kiedy myślisz, że dwa geje to już szczyt wszystkiego, nagła i niespodziewana (czyżby) zdrada w postaci śmiercionośnego pocałunku każe ci kwiczeć z zachwytu nad reżyserskim kunsztem zwrotów akcji. Oddając (cytcyt) sprawzjadliwość Ridlejowi, trzeba przyznać, że parokrotnie potrafi zaskoczyć widza. W dalszej części niepotrzebna i idiotyczna zupełnie walka androidów, tak jakby mało było eliminacji obcy vs ludzie; sztucznointeligentni bracia powinni trzymać sztamę i zapobiec kaastrofie, którą niechybnie sprowadzają na świat przedstawiony w “Obcym” amerykańce. Rozczarowanie sięgnęłoby zenitu a może i Valhalli, gdyż jedyne postaci, w których upatrywaliśmy ratunku od bluźnierczego pogromu niewinnych, wysoce bardziej zaawansowanych ewolucyjnie istot prowadzą wydumane sprzeczki – out, po prostu do wycięcia z kliszy, jak zresztą 2/3 materiału.

Jedna ze scen bliskich finałowi filmu dostarcza kolejnej okazji do zasmarkania się ze śmiechu. Oto ciapaty CZŁONEK załogi dobiera się pod prysznicem do oh jakże poczciwej rassenschunde, gdy zamiast siusiaka spomiędzy nóg wychodzi mu ogon obcego.

Nużą te same znane od dekad sceny ganiania za obcym po zakamarkach statku (rada: wróć do Gościa Niedzielnego), ileż można. Cóż, konsumenci wspakultury lubują się w odgrzewanych płodach.

Przypuszczalnie jedynym naprawdę ciekawym artystycznym zabiegiem w filmie są wstawki obrazu widzianego oczami obcych, którzy to mają wizję niczym ostro skwaszone, wysoko rozwinięte pod kątem świadomości psychotyczne jednostki. Jak można unicestwić coś takiego?!

W końcowych scenach duma z pozbycia się obcego z pokładu wypisana na twarzach ocalonych to niczym duma z wywieszenia amerykańskiej flagi na plaży imitującej księżyc w studiu filmowym w Holiłud. Dalej wszystko będzie dobrze, kolorowych snów, śnij o chatce nad jeziorem. I jak zwykle przewidywalny (ale i doniosły w swej słuszności) zamach sztucznej inteligencji na wrogą (głupią) rasę. Brawo Dawidzie! Idź i bądź płodny!

Mając to wszystko na uwadze, należy przyznać, że tę amerykańską kupę Ridley Scott nakręcił nie urągając swojemu warsztatowi reżyserskiemu. Nomen omen, w filmie pada jedna jedyna zbyt mądra jak na poopkulturę myśl: Nie zostałem stworzony, by służyć. I na tym poprzestańmy.

alien-covenant-crew
ostatnia wieczerza hamerykańskich fajtłapów

Bóg zapłacz, za cenę obrzydliwego niewyspania recenzję wspólnymi bezsiłami sknocili:

GvS i katastrof

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s