Felieton socjopatyczny lub dlaczego plwam na Polskę

“Odzyskaj swój umysł i wyrwij go z łap inżynierów społecznych, którzy usiłują zamienić cię we na wpół-usmażonego idiotę konsumującego cały ten śmieć, który zostaje wyprodukowany z kości umierającego świata.”

– Terence McKenna

W życiu (a)społecznego wykluczeńca, a żaden profil osobowościowy jak socjopatia / zespół aspergera i schizotypowe oraz psychotyczne zaburzenia osobowości (już nie daj boże pogłębione politoksykomanią), nie predysponują w takiej mierze do zostania punktem ogniskowym represyjności polskiego zaplutego – na poły materialistycznego, a na poły skatoliczonego społeczeństfa – zdarzają się sytuacje niezwykłe, dające wgląd w coś co określiłbym jako całościowy obraz tegoż społeczeństfa z naciskiem na aspekty nietolerancji, nieufności i lęku. Tak oto postanowiliśmy zilustrować obraz, jaki się wyłania z szeregu zebranych przez nas doświadczeń.

N. i G. od około 2 miesięcy utrzymują się z drobnych kradzieży produktów spożywczych, sprzedawanych następnie po połowie ceny. Na początku bywało bardziej drastycznie, gdyż N. po przyjeździe do grodu spotkał starego kamrata – złodzieja, który pokazał mu dostęp do kryształu – narkotyku o potencjale uzależniającym większym od heroiny, wsysającym w okamgnieniu i odbierającym resztki zdrowego rozsądku. W sytuacji, gdy G. zadzwoniła z pracy do N. z informacją, żeby nie pokazywał jej się na oczy bez następnej działki, N. zachował się tyleż brawurowo co idiotycznie, bo podał sobie ten cały rzekomy mefedron (Abraxas raczy wiedzieć co naprawdę wchodzi w skład tego specyfiku, w każdym razie zawiera składnik halucynogenny, który podziałał na N. jak robal na diabelskiej wędce), usiłował skraść jednego dnia alkohol na wartość ok. 1000 zł, niestety został wychwycony na monitoringu i skończyło się trzepaniem na komendzie. Od tamtej pory N. zwiedził zdecydowaną większość lokalnych komend. Przy czym pragnąłby zwrócić uwagę na skuteczność tzw. resocjalizacji w odniesieniu do osób z podwójną diagnozą (uzależnienie psychoaktywne ze współwystępującymi zaburzeniami / chorobami psychicznymi, a są to zaburzenia wczesnodziecięce i uprzednie względem nałogu), ale nie tylko. Po wyjściu na obrożę po pół roku na oddziale terapii od środków psychoaktywnych w Rawiczu N. poczynił pierwsze kroki na drodze, która przywiodła go do zostania złodziejem – i w tamtych okolicznościach alkoholikiem zarazem. Dalsze 4 miesiące odsiadki nie przyniosły żadnej korzyści, bo jaką korzyść można wyciągnąć z izolacji w warunkach uwłaczających godności ludzkiej i przebywania z patologicznym elementem społecznego marginesu.

Po opuszczeniu ZK w Hajnouce 27 marca b.r. próbował ze wszystkich sił uzyskać uczciwe źródło zatrudnienia, jednak z każdego miejsca zostawał przepędzony po kilku dniach (firmy zajmujące się zakładaniem ogrodów, stolarnia) i to obiektywnie rzecz biorąc nie z powodu niskiej wydajności w pracy, lecz z powodów osobistych, a ściśle rzecz biorąc niezrozumienia i wrogości wobec człowieka z wysokofunkcjonującym autyzmem. Do zostania złodziejem doprowadziły N. 3 czynniki: nałóg, wrogość ze strony społeczeństwa i marginalizacja z jego strony, brak wsparcia ze strony rodziny. Nie przeceniałbym tu wagi żadnego z poszczególnych czynników.

Niedawno N. podjął się pracy na magazynie odzieżowym, już na rozmowie kwalifikacyjnej informując szefa, że jest pacjentem programu suboxonowego, w zw. z czym nie może pracować w standardowych godzinach – od 7 do 17- musi bowiem codziennie od 7.15 do 16 pojawić się celem pobrania leku hamującego głód narkotyczny. Szef mimo to zdecydował się na zatrudnienie go. N. był rozradowany widząc, że spokojnie wyrabia się z wykonywaniem powierzonych obowiązków, i pod wpływem farmakologii na tyle rozluźniony, że wśród młodych współpracowników popełnił karygodny błąd zdradzenia na swój temat paru faktów, które powinien zachować w sferze tabu. W rezultacie narobiło się szumu wokół nowego pracownika i na drugi dzień szefuńcio podziękował mu; na pytanie, czy tu czasem nie chodzi o względy osobiste odpowiadając, że nie może udzielić odpowiedzi. N. wobec tego poczuł się potraktowany przez rzycie kolejny raz butem po twarzy, bowiem mocno zależało mu na tej pracy, zwłaszcza że z partnerką spodziewa się potkomka. Poczuł się jakby wśród ludzkiej / polskiej trzody, gdziekolwiek nie postara się o pozyskanie środków na życie, zawsze ale to zawsze znalazł się jakiś dupek – konfident, uniemożliwiający mu to; wypustka nadzorczego systemu. Odreagował to z kryształem, kalecząc się niby z przypadku. Rana okazała się na tyle szeroka, że jucha buchnęła na całą dłoń. Wymazał sobie runę Thurisaz na czole i rozebrany do pasa wszedł do kościoła, gdzie narysował odwrócony fyrfos pod czaszką ze skrzyżowanymi piszczelami i zaznaczył to plamą swojej krwi, podobnie czyniąc z ołtarzem. Być może w ten sposób ściągnął na siebie uwagę zarządcy porządku tego śfjata, gdyż wkrótce potem N. uległ szeregowi nieszczęsnych przypadków.

Otóż N. i G. stali się ofiarami perfidnej co się zowie kradzieży. Siedząc na schodkach przy placówce Monaru zostali zaczepieni przez siwego ekscentryka z bródką, który zapytał, czy może chmurę. W odpowiedzi posłyszawszy, że palimy tytoń, a nie sensi, zapytał czy chcemy zapalić trawy. N. na to naiwnie odparł tak. Przeszliśmy parę przecznic. Typ poprosił o 30 zł i po chwili wrócił z pakietem czegoś, co nie przyjrzawszy się z bliska mogło uchodzić za naturalne palenie. Usiedli na ławce przy ul. Dietla, lucyferyczny gość, który po drodze sprawiał wrażenie zachwyconego poznaniem ciekawych osobników – anarchistów nowego pokolenia i przedstawił się jako Szymon z Zespołu Dauna oraz zapraszał do siebie celem spalenia się i posłuchania dobrej muzyki, wymieszał zawartość pakietu ze sporą ilością tytoniu, co już powinno wzbudzić podejrzliwość N. Ten jednak, standardowo lekkomyślny, przyjął nabitą lufkę, nie przyglądając się zawartości i wziął głębokiego bucha, oddając lufę swojej połowicy. N. pluje sobie w brodę za tą czystą głupotę, bowiem palenie okazało się amnezyjnym dupalaczem, po którym mieli dziurę w pamięci i wrócili do domu bez plecaka z dokumentami, telefonu i pieniędzy. N. ma tylko pojedynczą kliszę w pamięci, jak typ macha mu na pożegnanie okręcając się diabelsko na nóżce. Być może zaprosił ich do siebie i być może wyszli po coś, w międzyczasie zapominając kompletnie wszystko, ale bardziej prawdopodobne, że była to celowa zagrywka i N. nie mieści się w głowie podłość tego człowieczka, jak również podłość producentów jarania z dupalaczy, które najwyraźniej faktycznie jest podlewane muchozolem czy innym ścierwem, bo żaden syntetyczny kannabinoid sam w sobie nie wywołuje takich efektów.

13096138_1756912694542615_3830790110774388302_n

Innym razem N. i G. wyczerpały się leki przyjmowane na diagnozę wspomnianą na wstępie, mianowicie alprazolam. Mimo, że doktor wg. etykiety na drzwiach przyjmuje do 19-tej, tego dnia z powodu braku pacjentów poszedł wcześniej do domu, a było lekko po 18-tej.
Skserowali dokumentację leczenia i za radą sekretarki podążyli na SOR, gdzie skierowano ich do całodobowej opieki lekarskiej z twierdzeniem, że lekarz pierwszego kontaktu ma obowiązek w takiej sytuacji wypisać receptę na jedno opakowanie, zwł. że nagłe odstawienie w/w leków prowadzi do zespołu abstynencyjnego, objawiającego się socjofobią, w porywach do objawów schizofrenii paranoidalnej. Lekarki rodzinne odmówiły wypisania recepty, uzasadniając to tym, że “zespół Aspergera jest chorobą przewlekłą”, na co N. je zrugał, mówiąc że pluje na “pani katolicką moralność, odmawiającą chorym i uzależnionym prawa do ulgi”. Jakiś miesiąc wcześniej przytrafiła się im podobna sytuacja – dyżurna psychiatra odmówiła wypisania recepty, twierdząc, że się spieszy do swojego bachora na komunię śfjętą. Na to usłyszała od G., że i tak jej córka zostanie służebnicą Diabła.

Tak pokątnie nadmienię, że N. za gówniarza był pełen naiwnego instynktu prawackiego. Gorąco pragnął zidentyfikowania z ponadosobową tożsamością narodową, czy etniczną. Wyleczyło go z tego skrajne sparzenie się postawą rodaków-robaków w UK, w wyniku którego mało co nie stracił oka i został bezdomny, a znalazł sobie akurat tuż przedtem dobrą fuchę. Te całe wykolejenie uniemożliwiło mu pozyskanie zawodu leśnika. W rezultacie wielostronnego wykolejenia stał się tym, co praworządny obywatel określa mianem degenerata.

W następstwie odeagowania frustracji i agresji wezbranej w N. w skutek zwolnienia z pracy, rozpoczął się *ostatni* 40-h ciąg na krysztale. W rezultacie tegoż, zmoknięcia na deszczu w środku nocy, jak również być może wieloletniej narkomanii, zwł. N. doprowadził do rozjebania sobie systemu immunologicznego i w wyniku nie zaleczenia zakażonego skaleczenia dostał infekcji ropnej, objawiającej się pojawianiem wrzodów ropnych na twarzy i nabieganiem nawet starych, zagojonych ran ropą, po wypłynięciu której zostały otwarte rany. W międzyczasie G. nabawiła się z winy N. stanu zapalnego dłoni po iniekcji, w trakcie której cienka żyła uległa przebiciu i wobec krwi wciąż pojawiającej się w kontrolce zastrzyk z zolpidemu został podany w całości. Obydwie przypadłości doprowadziły ich na SOR, gdzie N. usłyszał od lekarza, że “usiłował pan doprowadzić swój organizm do końca, ale się nie udało – kolejna szansa od Boga”. Przed opuszczeniem szpitala N. i G. stali się świadkami groteskowej sytuacji – na SOR został bowiem przewieziony starszy mężczyzna brutalnie pobity przez policję, który zadzwonił z policji na policję, zgłaszając uszkodzenie nosa, klatki piersiowej i czort raczy wiedzieć jeszcze czego. Siedział w kajdankach z zakrwawioną twarzą, pilnowany przez dwóch milicjantów.

tumblr_oadgkdtlzi1tm5ooho1_500

W następstwie odreagowania frustracji i agresji wezbranej w N. w skutek zwolnienia z pracy, rozpoczął się *ostatni* 40-h ciąg na krysztale. W rezultacie tegoż, zmoknięcia na deszczu w środku nocy, jak również być może wieloletniej narkomanii, zwł. N. doprowadził do rozjebania sobie systemu immunologicznego i w wyniku nie zaleczenia zakażonego skaleczenia dostał infekcji ropnej, objawiającej się pojawianiem wrzodów ropnych na twarzy i nabieganiem nawet starych, zagojonych ran ropą, po wypłynięciu której zostały otwarte rany. W międzyczasie G. nabawiła się z winy N. stanu zapalnego dłoni po iniekcji, w trakcie której cienka żyła uległa przebiciu i wobec krwi wciąż pojawiającej się w kontrolce zastrzyk z zolpidemu został podany w całości. Obydwie przypadłości doprowadziły ich na SOR, gdzie N. usłyszał od lekarza, że “usiłował pan doprowadzić swój organizm do końca, ale się nie udało – kolejna szansa od Boga”. Przed opuszczeniem szpitala N. i G. stali się świadkami groteskowej sytuacji – na SOR został bowiem przewieziony starszy mężczyzna brutalnie pobity przez policję, który zadzwonił z policji na policję, zgłaszając uszkodzenie nosa, klatki piersiowej i czort raczy wiedzieć jeszcze czego. Siedział w kajdankach z zakrwawioną twarzą, pilnowany przez dwóch milicjantów.

tumblr_mv9jtxmnaw1qe31lco1_500
Esencja polskosci einz

N. i G. wyszli stamtąd o 4-tej nad ranem z receptami na antybiotyki, których nie byliby w stanie wykupić, gdyby minionego wieczoru nie żebrali pod kościołem przy ul. św. Anny, gdzie zapoznali się z kolejnym charakterystycznym zjawiskiem dającym wgląd w obraz współczesnego społeczeństwa polskiego, mianowicie hierarchią sępów kościelnych. Okazuje się, że niektóre parafie przydzielają swego rodzaju licencje na żebranie, a wszystkie inne hieny są bezlitośnie przeganiane. Choć zaczepiła ich chytra babuszka, dopytując o to i owo i życząc powodzenia w zebraniu kasy; jednak gdy zobaczyła, że gromadzą znaczną część plonu, szczuła na nich żebraczą kuternogę, aby ich przegonił; “nie wiesz jak – kulą w łeb i po sprawie”. Za zgromadzone pieniądze udało im się wykupić antybiotyki, a za skrojone nazajutrz kawy dokonać kupna telefonu, paru tabletek i 2 centów metadonu na nieznośny ból dłoni G. Przed kupnem telefonu usiłowali kulturalnie i uprzejmie wyprosić przechodniów o pozwolenie na skorzystanie z telefonu na 2 minuty, celem umówienia się po realizację dogadanego geszeftu. Każdy po kolei im odmawiał, a było tych osób ok. 10 – N. zaczął się zastanawiać, czy swoim wyglądem wzbudza strach, w każdym razie jedyne uzasadnienia jakie uzyskali głosiły, że “nie ufamy ludziom i boimy się, że nie odzyskamy tego telefonu”. Na koniec N. zapytał brodacza siedzącego naprzeciw w tramwaju, po odmownej odpowiedzi pytając dlaczego? – Po prostu, proszę spytać kogoś innego. – Kiedy pytałem już 10 osób i każdy jak leci mi odmawia, czy ja mam wypisane jakieś zło na twarzy? – nie dam panu telefonu – jest pan tchórzem; po tym responsie jegomość nawet nie odważył spojrzeć mu się w oczy i siedział cicho jak myszka do końca podróży. N. naszedł pomysł, aby wyrwać mu jego cennego smartfonika z łap i wypierdolić go przez otwarte okno tramwaju, ale mogłoby to mieć nieciekawe konsekwencje, a N. ma już wystarczająco na pieńku z pokurwionym prawem tego państfa. G. siedząc przy tym tchórzu rzuciła głośno komentarz, że to są jebani materialiści i życzy im – a to nie jest złe życzenie – aby zaznali kiedyś biedy w życiu, bo to ich czegoś nauczy.

tumblr_o5f64nfmdx1tm5ooho1_1280
Esencja polskosci zwei, fot. Gertruda von Sroka

Gdzieś w tych dniach N. wracał samopas z Ronda Mogilskiego, gdzie udał się po odbiór gieta czystego palenia. W tramwaju standardowo próbował narysować taga, na co przypruł się do niego młody indyczek. N. wyprowadzony z równowagi groźbami wezwania policji powiedział, że nie spuści mu wpierdol tylko dlatego, że jest zjarany, na co ten odparł: “masz coś przy sobie? – możesz szybko skończyć na komendzie”. N. pokazał mu wydruk swojej grafiki, mówiąc: “szczujesz człowieka, który jest w stanie ujrzeć i zobrazować takie rzeczy” – “nie obchodzi mnie to” – “pozostawiam cię zatem w twoim okrojonym postrzeganiu, w którym dostrzegasz tylko wątły ułamek prawdziwej rzeczywistości” i wykonawszy gest strzelania palcem pożegnał się z wysiadającą parą. Zdążając z placu centralnego w kierunku swojego osiedla zauważył 4-osobową grupę dresów, wśród których dostrzegł złodzieja, z którym nawiązał znajomość nocą z 2 tyg. temu, gdy malował finezyjnego taga na trzech kontenerach. Zapytał go wtedy, czy nie ma mu się dorzucić do piwa. Typ wyjął otwartą kosę, gmerał w portfelu, z trzęsących się ze strachu dłoni wypadł mu nóż, zapalniczka i pięć złoty – nie zabieraj mi, to moja ostatnia piątka! Ostatecznie dorzucił się 84 grosze do piwa i chciał sprzedać N. swój telefon za 50 zł, choć warty więcej. Umówili się na następny wieczór, jednak pizda stchórzyła i się nie pojawiła. Widząc go z grupą znajomych N. zawołał za nim: “hej, czemu nie przyszedłeś, kupiłbym od ciebie ten telefon” – “a masz pięć dych” – nie – “no to o czym tu rozmowa”. Zaciągnęli go za sobą pod budynek szkoły, gdzie gadka-szmatka, N. powiedział, otwierając zapalniczką piwo, że za każdym razem podczas tej czynności krzywi się z bólu, po tym jak się skaleczył i wymazał sobie krwią twarz, przestraszywszy parę osób. Na to jeden z trepów się obruszył i z przestrachem i potępieniem zarazem wyzwał N. od psychopatów. Drugi wręczył mu 20 zł i wysłał do sklepu po papierosy. Jakie? – “najlepsze, viceroye 100tki”. Wróciwszy z czerwonymi wickami został rozpoznany jako nielokalny, bowiem kibole wisły (?) palą niebieskie viceroye. Wskutek tego rozległy się jakieś spruty w jego kierunku, wobec czego postanowił opuścić towarzystwo. Znajoma pizda pobiegła za nim i wyrwała mu plecak; zaczął się z nim szarpać – “nie będziesz mnie tu kroił kurwiu” – “chcesz to rozpierdolę ci batonem ryja, nie żartuję” – rzekł, wyciągając z tylnej kieszeni dżinsów pałkę teleskopową lub długą kosę sprężynową. N. mógł go wtedy zaatakować, a jego ziomale ujrzawszy, jak sprowadza go na chodnik i napierdala po kłach, mogliby stchórzyć, jednak po raz kolejny się nie przełamał, z obawy że tamtych trzech – stojących 10 m dalej przybiegnie i go przekopie. Cwel wyrwał mu hajs, z czego N. zdołał zachować 10 zł a tamten biegiem wrócił do swoich panów. Na odchodne zawołał, aby N. więcej nie pojawiał się w tej okolicy. Ma jednak inne plany, poszuka go i jak tylko dopadnie samego, nawet nóż czy pałka teleskopowa nie przeszkodzą mu w złojeniu mu jego psiej mordy.

1454745_1582832611950625_6504261095095061889_n

N. i G. nie mogą liczyć na żadne finansowe wsparcie ze strony rodziny, poza opłaceniem czynszu za pokój, pod warunkiem że w przeciągu niecałych 2 tygodni obydwoje znajdą pracę. N. przejadł się polskością, tym całym skatoliczałym-materialistycznym smrodem i brakiem poszanowania dla odmienności osób z zaburzeniami psychicznymi, ciężko doświadczonych przez życie. Jak tylko podpisze jakąkolwiek umowę, bierze chwilówkę na maksymalną kwotę i robią wypad – poprzez agencję pracy zagranicznej lub nie – do Norge, czy też ścieku multikulti – GB, aby tam wyuczyć się norweskiego. I tyle tu ich widzieli, bo w Polsce nie Europa, tylko żopa. o robacy – polacy. Na pohybel!

Katastrof, korekta i wtręty Gertrudy von Sroki

Advertisements

3 thoughts on “Felieton socjopatyczny lub dlaczego plwam na Polskę

  1. bardzo mi przykro czytać o Waszych złych przygodach. 😦 Mam nadzieję, że plany się powiodą. Ale te z pracą, wyjazdem itd.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s