Liminoidalne

“Mechanika gnozy”

Uni-Versum w równym stopniu stanowi projekcję mnie-solipsysty, jak i samo jest solipsystą, a ja jego introjekcją razem z nim zwróconą ku jednej chwili wieczystej, ku bezczasowi zawieszonemu w samym sobie poza światem przemian, samsarycznych dążeń, pseudorealnych iluzji. Moment archetypicznego wyjścia (w miejscu -x, o czasie -y) trwa nieustannie pod powłoką – czy raczej wciąż na nowo zaczyna się moment dojścia do ustania w nieskończenie koherentnej obecności Pustki. Ten paradygmat transu w istocie zlepiony został ze wszystkich chwil wykraczania poza konglomerat rzeczy myślącej i rzeczy wistości, chwil, które minęły, nadejdą i właśnie osuwają się w niebyłość. Odnalezienie majaka podstawowego, ek-statycznego uczucia metafizycznego jest jednak wyłącznie bramą do Nicobecności, identycznej dla każdej istoty ucieczki poza principium individuationis w głąb pierwotnego apeironu (poszczególnych gnostyków różni jedynie punkt wyjścia, nigdy punkt dojścia – co najwyżej stopień zanurzenia w tym ostatnim). Ek-staza, majak, uczucia metafizyczne liczą się o tyle, o ile stanowią portal, pierwszy warunek gnozy niebędący nigdy kresem wędrówki po ociemnienie. Pamięć przeszłości i wizje przyszłości wpływają na postrzeganie teraźniejszości et vice versa. Dlatego odtwarzanie warunków minionego wyjścia pozwala odzyskać transogenną energię, z kolei przebłyski nienadeszłego dodatkowo zwiększają jej sumę w psyche, pozwalając skuteczniej wystrzelić się w pneumę, natomiast przez pneumę – w axis mandali, źrenicę trzeciego oka.

Niemniej, trzeba mieć na uwadze fakt, że nadmierne dążenie do nieświadomości (tworzonej przez bieguny pod- i nadsubiectum) musi być skompensowane temczasowym zamknięciem w limes jaźni, gdzie zdobyte podczas transu do-świadczenia zostaną zintegrowane, pojęte i opisane. Oczywiście, nie-wiedza w ten sposób zdobyta może mieć charakter wyłącznie negatywny, deskrybowany za pomocą aporii i paradoksów. Podobny dualizm wyjścia i powrotu charakteryzuje również samą nieświadomość, którą rozumiem nie jako martwy zbiór wypartych dążeń i związanych z nimi traumatycznych reminiscencji, lecz jako czynne transcendowanie ku Pustce. Metody dostępowania Jedni czerpać więc mogą zarówno z dziedzictwa biologicznego, pod-ludzkiego, zwierzęcego, np. ze zrównującej uczestników orgii gwałtu i przemocy, jak i nad-ludzkiego, np. z rozmaitych form ascezy, kontemplacji tudzież medytacji. Zbyt silna eksploatacja danego bieguna (czy będzie to nadir, czy też zenit ducha) powoduje przejście w jego przeciwieństwo. O tyle też warto dotknąć dna zagłodzenia/przesycenia – by się od niego odbić ku odświeżonej antytezie, drogą, która wiedzie poprzez przystań jaźni.

Nawias: być może powyższa wizja gnozy i jej mechaniki to tylko kolejny zawijas autosugestii, wierzę jednak, że zewnętrzność poznawana silnie zależy od wewnętrzności poznającego. Nie pragnąc nawet najbardziej nieprawdopodobnej rzeczy, nie zwiększę przecież szans na jej otrzymanie. Przy czym to ja ma być rzeczą, którą otrzyma Wieczność.

23

“O-snowa (albo własny majak podstawowy)”

Dzicz, odludzie, las albo równina. Księżyc przegląda się we mnie, ja przeglądam się w Księżycu, ale żaden z nas nie jest już dłużej sobą. Wokół niktoś rozlał ciemny granat kontrastu, puścił w ruch chmurę oraz gwiazdy rozmigotał – tym mocniej ściągamy na siebie nawzajem uwagę uwagi pozbawioną, wzrok bez patrzącego, poznanie ślepca pijanego ciemnością. Jest tylko otulający aksamitnie spokój, uczucie błogiej samowiedzy, że to już było i jeszcze wiecznokrotnie będzie. Wokół żywej duszy, jednak wszystko – ziemia, niebo i materia między nimi – zyskuje nową świadomość: śniącego majak prawdziwszy, nieporównanie wartościowszy od codziennych złudzeń podsłonecznych dążeń. Czuję się jak dziecko w kosmicznym łonie, przy czym moja skóra zrasta się z łożyskiem, a łożysko z macicą Uni-Versum, tego, co Zwrócone-Ku-Prajedni wnętrza i zewnętrza i odwrotnie, transcendencji z immanencją. Jakbym kładł ducha na poduszce, która już jest moim duchem. To właśnie stanowi osnowę egzo-egzystencji.

34

“Dex”

Łono aksaznamienitnie miękkiej ciemności otulało ją szcze(gó)lnie, zapewniało komfort ciszy jedynemu dziecku nocy. Spijała cukrowną bezmyślność, całkowitą deprywację poprzez pępowinę otchłanności, której ujście znajdowało się w jej wymiecionej głowie. Czasem szept odległych kroków, trzask drzwi lub szczęk klucza – łgarstwa prenatalne dozierające znad powierzchni, kiedy ona była na dnie, zatopiona w gęstym mule. Ofelia umierająca powoli jak jęk zniewierzonego Boga. Przez zamknięte po-wieka trumien zanurzonych w oczo-dołach pocałunkiem milczącego grabarza widywała cienie mo(nu)-mentalnych rybostworów, dostojnych absencji dźwięku, lewiatanów próżni, lecz nie bała się ich, przeczuwając, że są poza (a może to ona w nich była?). Zanurzona całkowicie w swojej nieświadomości, niczego nie chciała, niczego nie pragnęła, skoro odrzuciła przeszłość jak ćma nokturnalny zakokon. Sen był jej przebudzeniem. Świat oraz ego płynęły gdzieś obok, bezpiecznie oddalone krajobrazy za szybą śmiertelnie nieporuszonego pociągu.

Póki ktoś jej nie wybudził z powrotem do koszmaru życia.

4

“Zmartwychspanie”

Wiecznoświadoma cisza ciężkornie wybrzmiewa z komór czarnych serc przedwieczystych zegarów, kiedy te wydychają nokturn, pompując go w splątane mackowo arterie nocy. Arytmicznie drżące, jakby światłem ranione, zachłaniają inkaust niby zamglone niezgłębiny kocich źrenicości, inkaust, co to spadł kałamarnościowo ze stalówki pióra Hypnosa-Demiurgosa. Którym ów kolejne rozdziały łżesztuki dla sztuki na prawieku wieków milczeniem swym pisze, nim wymiesza je we własnych czaszczątkach i wyrzuci na blat grobu, gdzie sam się pochował. Wynik: zmartwychspanie.

5

“Tak burza nas sieje”

Wśród dębów piorunem srogosławionych, w mglistej zgniliźnie nocy, której ramiona wciąż rozbłyskują obietnicą zatraty. Na powierzchni niezmąconej wiatru kołysaniem, co spija ducha zakazane konstelacje. W siołach gasnących do życia nieujarzmionego, gdzie diabeł całuje ostatni ogarek. Płynąc na frenetycznym żabich fal rechocie, odbijając się od echa wygłodniałych dziobów. Zapadając w skiby wilgotnego mroku, spleceni w strupieszałych mięs dzikim uścisku. Łapczywością chłonąc błony ślimaczo oślizgłe, zakleszczając palce na gęsistych pagórkach. Jamami połykając gasnące oddechy, drżącą stęchliznę trzewi, soki rodzącej się ciszy. Tak siejemy burzę.

6

“Skłaniam się do grobu”

Na ciało całun psyche,
na całun trumnę ducha,
na trumnę ziemię nieba,
na ziemię gwiazd nasiona,
na gwiazdy rosę czasu,
na rosę promień pustki
rzuca mi ściana grabów
nad dołem pomylona.

“Bóg osobowy”

Bóg skończył bieg.

“Tylko za nią jest życie”

.

il. 1 – Józef Rapacki; 2-6 – Józef Pankiewicz

Saturnijski

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s