Chimeryki postodsiadkowe

Poniżej skromna kolekcja wierszy sknoconych głównie w murach Zakładu Karnego w Rawiczu, gdzie kiblowałem za uprawę konopyj. Okoliczności powstania miały rzecz jasna wpływ na charakter owych tworów. Nie mnie oceniać, pozostaje mieć skromną nadzieję, że więzienna obelżywość, miałkość, marazm nie przesiąkają ich jak pucki mózgownic tzw. gitów. W drugiej części tego zbioru znajdziecie Państwo więcej przestrzeni, życia i wyobraźni. Nad wierszami Frau S. patronuje tęsknota.

PRÓCHNO

Nie lękam się
zgrzytu czasu na zawiasach jaźni
– Niema modlitwa do Upadłego
Rezonuje w skrzącym półmroku celi.

Nie lękam się
Uderzeń dni w tępy gwóźdź monotonii
– Padlinożerny chrząszcz na posągu anioła
Głosi płochliwą chwałę życia.

Nie lękam się
Złej woli paradujących luster
– Kukle ego, pękają szwy
Próchno.

ORDYNARNE REQUIEM

Boso kroczyli przez świat
śladem cierni i wężowych ścieżek
Pragnąc wszystkiego
Przebicia granic

On przyszedł do mnie
szykując się do bezpowrotnego wyjazdu
bo jego łaknienie transcendencji
spalało się na panewce przepalonych neuronów
Odszedł bez słowa

Jeśli było mu to pisane
to ze wstydem przyznam, że mu pomogłem
z gryzącym, duszącym wstydem; przeklęty
jestem, klątwę odczynię lub jej dopełnię
klątwy miotając; na świat po pierwsze
i jego upośledzonego, zawistnego zarządcę

Powiadam: na pohybel
Narzędzia kontroli wypadną wam
ze stetryczałych dłoni
Twoje psy gończe umkną ze skamleniem
przed ognistymi hufcami transgresji

ROZBIJA SIĘ ZŁOMOWISKO LUDZKICH WRAKÓW

W ciemni komór, pod przesłonami
ze szkła twarze ciała zakryte
czarnymi prześcieradłami
czy raczej pajęczyną o nieokreślonej materii
pogrążone w letargu, spośród których
wybranych przebudzają i prześwietlają
wiązki fioletowo-zielonego skanera
Oto czym jesteśmy, nie zakotwiczeni
w fasadzie tu i teraz
A to, czym moglibyśmy być
rozbija się o fale ametystowego morza

ZNAKI KOŃCA CZASÓW

Nie ma mnie tu, kochanie
tylko popiół, co wypalony opadł z moich rąk
Nie ma tu mnie, ukochana
Nie szukaj, bo w cieniu moich śladów znajdziesz tylko trąd
Bo nie ma mnie już, pozostał brak
I tylko w Tobie utkwiony mój ślad
Mój czarnym żarem tlący się znak
Czy znajdziemy się, nim wrzucony
w labirynt spocznę u Lete bram?
I przepadnę w zapomnieniu – oszuście zanurzony
Nie ma mnie, luba, ani tu, ani tam
Oh, znajdźmy się, by patrzeć razem
Jak ogień przemienia świat
Io Kaos! Surtr ferr sunnam
W przyszłości plemię nadzorcze plewię i wyrzynam
Ale teraz mnie nie ma, ani tu, ani tam
Północny wschód – tam bym zmierzał
gdyby nie kraty i kajdany
I stamtąd patrzył, jak blichtr władców
tego świata zostaje zdeptany
Przemierzam miejsca znajome i nie ma Cię, luba
Nawet płatku śniegu z Twojej brwi
Nie ma Cię tu, najdroższa
A z krawędzi pola widzenia coś ze mnie kpi
Nie szukam już, odnalazłwszy tylko
papierosowe dziury i po kawie plamy
Oblicze dnia wierutnie kłamie
Bo nie ma Cię już, tak po prostu
ani tu, ani tam i tylko we mnie
pozostał Twój ślad
płomienisty lisicy powab

ALPRAZOLAM

Tępe padło bezmyśli
zakrywa horyzont umysłu bezbarwą
Nie ma mnie, a tylko margines
– to ciężar ciała pod walcem czasu
Wtem kryształowe ostrze się wcina
pomiędzy krzaki neuronów
i z chłodnym blaskiem transcendencji
niweluje muł ciążącej goryczy
– ten weltschmerz starszy niż ja
Barwy zyskują spoistość
lekką dosadność realności
której ułuda pozwala oddychać
z dala od dusznego piętna
powszedniego chleba twojego
Nieudolny boże plagiatu i stasis
tyranizujący za pośrednictwem czasu

Przykryłem Cię gęstą powłoką
gryzących chmur siebie*

– Twoje oczy pod moimi powiekami
_________
* W.S.Burroughs “Wybuchowy bilet”

* * *

W cieniu mojego wzroku ciemność drga jak serce

sięgają ku niemu rozedrgane, połamane ręce

mowa odrętwiałych palców kreśli na ścianie krwią symbole

my, iskry zamknięte we wcieleń błędnym kole

szczątki uczuć, pragnień i celowo zatarte wspomnienia

w mgliście mrzącym, śnieżącym horyzoncie zapomnienia

Nie oglądam się za siebie, gdy przemija to, czym byłem

Żegnam to wszystko, co kochałem i co w sobie zabiłem

wstępując w nieboską biel bez pardonu i bez ocalenia

w blasku Jej kosy opuszczam ten świat, wymykam się z kosmicznego więzienia

wyklucznik

unnamed23

IGLICA

prawie rok temu
hotelowa wanna trucizn
ćmy przy świecy serca
ostre ciernie ciał
i seks do sińców
zostawiłeś burroughsa przy łóżku
gorący puls
królowej dysocjantów
jednak dyletantów
topił śnieg
ale w styczniu zapaść
i nie tylko styczeń
przecież te nasze
rozdarte przedsionki
i nie wiadomo czym mózg
choć tyle igieł
jak zszyć

napisałam wtedy
że chciałabym być taką igłą
włożoną na prze-strzał
twego serca
powtarzałam sobie
zostanę
zostanę
zostanę
holownikiem morskim
nieustającym remedium
na dostawki odstawki
zastąpię bo przecież
po pierwsze:
bezwzględnie wystarczalnością
– i summa summarum
nie pokazałam ci
tamtego wiersza

pod srebrną brzytwą myśli
echo było słychać
jak nas samo tnie

w końcu stwierdzono
że bardzo chorzy
(do dziś mam kartę z efkami które notowałeś)
wysokofunkcjonujący autyści
niezbyt prosperujące ćpuny
chociaż tak najmocniej
kochaliśmy się przecież
śniąc sobie uzdrowienia
wzdłuż własnych żył

wiedziałam
głowę można przebić
nierówno odmierzoną wyobraźnią
w przeciwnych kierunkach
rozchodziły się
jej pobudzone kanały
potem
po działkę dla ciebie
całowanie strzykawek czy palców
do plam bezsilnej krwi
ty?
kto zacz
nie wiem

ostre były gwiazdy
i czasem ktoś szurał butami
albo przemieszczał szafę
i z przekrzywionej ściany
spoglądało na mnie
świadectwo

nie nieuleczalni
lecz nie leczeni
OKALECZENI

i jak to jest myślałam
że muszę po prostu oddychać
do żywego tobą
kiedy chciałabym żebyś mnie kochał
po prostu już jak umarłą

noce kiedy rozgryźliśmy własne zagadki
kiedy myślałam że w pocałunku
dokonało się całe proroctwo
naciekłeś mi życiem w serce
i od początku świata
nie stygnę żadną śmiercią
że rośnie w nas ten sam psychotyczny cierń
że pochodzi z jednej głowy
uplotłeś moje ciało
zdrowe na chorobę
ale wciąż łączenia z tobą swoich strzykawek
stania na przystanku doczesnego
w zbyt zimnym swetrze
strachu o to czy rozkładanie łóżka
to nie rozkładanie trumny

trzymając się za ręce –
czy za resuscytowane dusze?
kuśtykaliśmy
powoli
ulicami białymi od śniegu
pustymi jak rezurekcyjne groby

ale czy było wciąż dane
wpisać się w klepsydrę
ale nowym życiem
dlaczego moje ciało
w twoje ciało nieprzytomne
wciąż omdlewało

czasami przebudzałam się w nocy
sprawdzałam
oddychasz
sama w przedziale nocnego niepokoju
patrzyłam do lustra
odpowiedzialnie znoszącego
ciężar
naszego odbicia

nie lubiłam patrzeć
w to coś jak resztki na talerzu
poza tym ta kieszeń
która u mnie
była prawą
u niej
doszyta pod sercem
ciążyła tabletkami

zwierciadło zyskało kilka rys i pęknięć
wierszy mogło się już nie czytać
po tej stronie czarów
nawet zmurszała kurtyna zasłon
nie zakrywała już prawdy
bo krew prześwitywała jak halo
przez posiniaczone ściany

mimo wszystko spokojnie
paliłam bez filtra
na światłoczułej kliszy nocy
bo jestem ostatnia
jak taśma becketta
jedyna i mimo wszystko
trwalsza niż maki

podaj dożylnie
to moje rozgrzeszenie
– cała jestem tylko szkicem ciała
szkicem co się boi umierać
nieuzupełniony

ostatni tramwaj
stroił pantograf
dodekafonią szeptów
z naszego wagonu
widać już było
cud ulicy
mieszkania
perspektywę
przyjęcia
sakramentu

i`m not much a poet
but a criminal

pamiętam wyraźnie
wspólne tłumaczenie wierszy
i jak ci wierzyłam
i jak tańczyłam
mokra
ze strzykawką po metkacie
ostatnie spazmy
ostatnie rany

tamte noce zimowe
wypaliły mi oczy jak słońce
odtąd dźwigałam w twarzy gwiazdy nieprawdopodobne
– a może czarne dziury
i dałabym ci się skazać na śmierć
posłusznie jak święta
bylebyś myślał o mnie
jak propercjusz o cyntii
w elegii XIX

i wiesz, nie powiedziałam już nic
tylko lustro kaprawą od proszków powierzchnią
widziało jak nasze zwłoki przepala krew
i czasem biel:
jak chrust czystej myśli
jak jakieś światło

tak naprawdę
najgłębiej
wchodziła w ciało
noc
tabletek i strzykawek
wzajemnej nietrzeźwości

to na początku
nawet mi się nie śniło
przeszłość równie możliwa jak śmierć
przecież
i to i to się zdarzyło
pamiętaj więc o tym mroku
jak w wierszach trakla
niech pamięć przejeżdża w tobie
jak pociąg
w którym śpi błogo
pewien ptak
pewien pasażer

zza zaszronionych szyb niech wieje
nietykalne jest szczęście

FX

(fur K. und M.)

swąd spalonych włosów
gdy pochylam się w mroku
nad krzywym jak ogon diabła knotem
wzniecając iskrę
w jej intencji
w intencji braku tych dwojga oczu
które oswoiłyby ciemność
dwojga nozdrzy które zwęszyłyby
moje osmalone czoło
dwojga warg które nakazałyby
bezgłośnie do siebie przywrzeć
aż te policzki wilgotne
palce czujne
jakby w każdej chwili
miał wybuchnąć pożar tego jałowego lasu
stałyby się tylko pojedynczym płomieniem
pojmanym przez noc pojednańczo
nie czekając świtu który weźmie na siebie
ryzyko nie odrodzenia się z popiołu

UN HOMME QUI DORT

wesołość a smutna;
ten sam podkrążony świt noszę
tam gdzie powieka
jak na szpuli pamięta
bezsenny spektakl łóżka

rejestr nie wynosi

dzisiejszy repertuar
obejmuje co najwyżej
dłonie obce
bo moje
dłonie którym się ucieka
którymi się zrzuca
ciało z teatru

bo akt numer dwa: sabotaż

ćmik przy księżycu
i prawie sierpień
mam lepsze ukrwienie
jedne nowe buty
porzucam zabawki
skracam sobie włosy
słowa zamiast w wierszu
zatrzaskuję w pięści
gryzę tę pięść
jakby była piersią

zatrzasnąć za sobą siebie

nie siedzę tu żadnym kolorem
– bezbarwny dym współwiny
i jestem marą i krzykiem
ładne imię dla dziewczynki
KAPLICA
Kaplica Z.
ciało ma młodsze niż pamięć
lecz ciało to śmierdzi rozkładem
i halkę zakłada ale skórę zdziera
i w usta wkłada ślinę
tylko po to by wypluć

śpiąca już nic nie śni

my wciąż możemy umrzeć
korygując zimowe wtedy
surowe zasady
co nagle to po diable
jak ten nieprzemyślany wiersz

i już nie tylko:
nie opuszczę cię nawet po śmierci
przede wszystkim
nie dopuszczę cię do piekła

***

plama potu
odbita na ścianie przez sen
w którym zdecydowałam
się umrzeć

choć nagłe przebudzenie
jak wspomnienie mroźnego
szorstkiego i dzikiego
twojego pijackiego liryzmu
odbijającego się w mojej głowie
odbijającego się od wilgotnej ściany
przebudzenie ze snu w śnie kolejnym

na murze
w wysokich sznurowanych butach
siedział straceniec
z tulipanem w dłoni
z buntem pielęgnowanym
jak miłość
wewnątrz

zeskoczył
wychłeptał piwo
z radości tańczył
uzdrowiony i czysty
jak dziecko

w tym miotającym się
żarzącym w ogniu życia
i jego nieubłaganych praw
prządł dla mnie
udzielał mi

i nie odwracał
znaków
słów
ani czasu

zawiesił między mymi snami pomost
przejście
pomiędzy brutalnością a czułością
odwagą a zwątpieniem

rozpiął spodnie
pod jaskrawym satelitą mego mózgu
otoczył świetlistą aureolą nasienia
maleńkie sople moich śladów
kryształków działających
jak pryzmat

zimowe halo odbite w źrenicach
potrzeba unikania patrzenia w to halo
bo wie że nie jest już sam
ani nie wie że nie jest mój
ale jesteśmy jedno
w zamarzniętym sercu zostawił mi po sobie
kryształowo czysty kawałek
swojego piękna

***
Ułożyłabym dla ciebie litanię
Ale jesteś kimś więcej niż bóg
I w żadnym z przekazów nie usłyszałam o takiej świętości
Co z twoich ust
I w żadnym z obrazów nie ujrzałam takiego natchnienia
Co w twoich oczach
I w niczyich ranach więcej bólu
Niż w tych, które były twoje
W kłamstwie, że istniejesz
Jest prawda

I budzi miłość ze snu
Nas
współmartwych

***

ukarz mnie na karę śmierci
jeżeli nie zdołasz ocalić
skaż na wieczną poniewierkę
jeśli nie potrafisz zagrzać miejsca
daj mi chłód głód cierpienie
a podzielę się nimi z tobą
nie możesz sobie wymarzyć
lepszej niewolnicy w łóżku i poza nim
to ta co dotknęłaby ognia za ciebie
to ta która myśli
żeśmy jednym ciałem
i co moje to twoje
jasnowłosy królewiczu
czesz mnie i wyrywaj włosy kiedy robię ci dobrze
chcę być żywym śladem twojej własności
chcę przynależeć
aż do choroby
w dalszej kolejności
pozwolić ci na skończenie męki
wedle twojego widzisimisię
oddałam ci się
na własność
niepisanym paktem
choć tłoczyłam tyle krwi byśmy przywarli ścisle
jesteś
a ja w biedzie i chorobie i każdym potencjalnym nieszczęściu
nie będziesz sam
nie możesz być sam
wrastam w ciebie dzielnie
jak kolec róży
i tego bólu po mnie
nie pozbędziesz się nie wyrwiesz
coś bardziej niż czystość
coś więcej niż nieczystość
słowa “koniec” nie ma w słowniku
wierzę potrzebuję cię będę.
drugim pewnym biegunem będę
biegunie życia
z wierna suką
liżącą każdą z ran

***
decyzja podjęta – odwleczona
bo co się odwlecze tam Diabeł zaciera ręce
morze, zatokę właściwie
pamiętam całą w złocie
w kolorze twoich włosów
najjaśniejszych bursztynów
które tamtego wieczora
spływały po twarzy jak łzy
i oczu przede wszystkim nie zapomnę
te oczy co naprowadzają mnie na każde z moich wcieleń
i rozpoznają
i odszukują nas
nie zapomnę krwi na umywalce
oparów pod sufitem
dłoni których nie godziłam sie pochwycić i zbrukać
chłopiec umierał i wstawał z martwych
i byłam świadkiem
rzeczy niemożliwych i cudów
trzymał mnie pod rękę
kiedy obrzydzenie do świata wzbierało w żołądku falami
a ja szłam za oczyma czystymi
jak za jakimś drogowskazem
i już wtedy chciałam wykrzyczeć
– kocham cię
ale wokół śniegowa pustynia tłumiła głos i zmroziła serce
na kształt niedostępnego kryształu
który ranił ranił ranił
ciął z chirurgiczną precyzją skórę słowa i bliskość między nami
choć to nie byliśmy my
nie w kształcie ostatecznym
byliśmy dziećmi pierwszy raz patrząc sobie w oczy
teraz nie upewniam się
że żyjesz
żyję
wszystko to prawda

* * *
Znów się otwiera przepaść
wobec której stoję jak bezradne dziecię
śnieg gwiaździsty z moich oczu pada
zima oddycha we mnie nierówno i niepewnie.
Daleko tak odchodzę
ku temu, co Wygasło
kroki moje dręczą, kalają każdą z dróg wszechświata
i donikąd, donikąd – wita mnie choroba
czarny szlak wskazuje bym znikła potajemnie.
Głuchy mrok i przyzywam cię na próżno Bracie
kosmos drwiący zapomnieć każe o świetle powrotów
odbicie skrzydeł Stróża jak martwe półksiężyce
w rogi zła układa się nad mą czaszką palące.
I wstręt gdy dotyk czuję i hańbę brunatnego znamienia
ruchliwego zgnilizną i łzy mieniące się jego jadem
czy już nie oczyszczę swoją gwiazdą twoich zranień?
Nie przebaczą mi śmierci twe włosy posiwiałe.
Lecz nagle miłość jak szadź na szubienicy snu cicho zawisa
wahadło groźne, czujny ciężar kładzie ciała twego
w mój koszmar o tym, ze przeszłam cało piekło
przebudza mnie gorączką straszliwą i słodką
gdyś zawołał trwożnie moje imię
***
śmiejesz się dziko w bólu
i z warg krew występuje
jak święta zorza;
grzęzną gwiazdy
w wyżłobionych znakach
na policzkach mokrych:
on pragnie i noc
przez zwierciadło nieruchome
między wami staje
i zgubione pozwala
połączyć.

Frau S.

Advertisements

One thought on “Chimeryki postodsiadkowe

  1. Frau S. – nigdy nie czytałam piękniejszych wierszy i nie masz na tej ziemi niczego ludzką ręką stworzonego, do czego można by przyrównać.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s