Zagadka Krakowskiego Młotka, Zielony Ogień oraz Parafialna Nagonka cz. I

Ubiegły rok zasygnalizował pewne oznaki rewolucji kulturalnej, korelującej z zaczątkiem rewolucji geopolitycznej – przy czem coś mi podszeptuje, że wektor 23 wyznacza trajektorię fenomenów modyfikujących w ten (intergalaktycznie-kontrrewolucyjny) sposób ten i inne tunele rzeczywistości ///a być może jednak po prostu chodzi o międzymyślową częstotliwość, wspólną dla źródeł pozornie niepowiązanych wydarzeń i zmian//-. W każdym bądź razie, rzecz miała miejsce na przełomie 2014/15 roku, a wśród scenerii dominowałyby odrapane ściany ruder, kamienic niezburzonych chyba li tylko jedynie za sprawą luk, zgrzytów i niedopatrzeń na linii administracja – firma wykonawcza (buldożery w oczach, znasz ten typ ludzi?), wśród obrzyganych kibolskimi znakami plemiennymi ścian i pomiędzy kwitnącymi aptekami, a popadającymi w ruinę świątyniami Kryste Pana. Tego typu informacji, jak te wspomniane na samym początku, nie należy traktować zbyt błaho – tak jak mimo wszystko nie należy przeceniać roli płaszcza ochronnego trendu na obelżywy materializm, notabene – jak nietrudno zauważyć, idącego w parze z kompletną blokadą rzetelnej autorefleksji.

alpb23

Otóż wspomniane na początku oznaki znajdują swoją specyficzną postać w każdej z zepsutych ludzkich krain – lokalne różnice są nieistotne, fenomen sam w sobie jest tym, co powinno niepokoić naszych ziemskich Nadzorców. Abstrahujmy tu już od tego, jak bardzo parszywie ten przykry kraj Robactfa-Polactfa, który całe wieki temu zamienił się w swą podłą karykaturę, zaprezentowałby się pod kątem tej smrodliwej specyfiki (jaką niesie za sobą chociażby tutejszy poziom/jakość leczenia narkomanii) na mapie starej Europy. W każdym niebądź razie, fale podszeptów szyfrowanej radiostacji 23 wszędzie są odmienne, a mimo to uważne nasłuchiwanie i realizacja otrzymanych rozkazów, w każdej z ich przestrzennych odmian, prowadzi ku – mam nadzieję, że nie nazwę tego nadto górnolotnie – oczyszczeniu, odwirusowaniu jaźni.

Wniosek taki wyciągam w odniesieniu do przekształcenia własnej psyche na skutek 3 miesięcy spędzonych w Krakowie. Dalsze rokowania na przebieg tego procesu neuro-reprogramowania są niezbyt wesołe, ale perspektywa się oczyściła i wiem, gdzie zmierzać. Pierwsze, optymistyczne zapatrywania na efekty przedsięzwięcia powziąłem już po miesiącu, tymczasem w międzyczasie zdążyły mnie dojechać psy demiurga, jego agencje i jego bronie (vide clonazepam – „Pamiętaj, synu, to broń wroga” – przestrzegał nt. tym podobnych dr Benway /W.S.Burroughs – Wybuchowy bilet/). Przeczłowieczenie wciąż majaczy daleko na horyzoncie. Bynajmniej nie coraz dalej.

Aby nie odbiegać za bardzo od meritum sprawy w stronę abstrakcyjnych dywagacji… Czas ten spędziłem głównie wśród złodziei i narkomanów, niejednokrotnie tak zwanej multirecydywy, tzn. osobników po kilku wyrokach.

Program metadonowy w grodzie Kraka pod pewnymi względami groteską zdecydowanie przebija swój śląski odpowiednik. Pozwolę sobie to zilustrować zdjęciem:

progs
fot. Lisia Czapa (Frau S)

Kto wie, być może to na wpół uświadomiony przez wykonawcę wyraz tresury narkomana ku temu, by przywykł do czucia się jak w klatce, efekt jest jednak odczuwalny, zwłaszcza skoro przez pierwszych kilka miesięcy należy codziennie latać po syropek, mający w teorii tłumić głód narkotyczny. Z mojego doświadczenia – metadon faktycznie ułatwia funkcjonowanie, przywracając na swój sposób zaburzony metabolizm opiatowca do względnej równowagi. I to jest najlepsze, co mogę na jego temat napisać. Cokolwiek paradoksalne jawi mi się to, że jedna jedyna osoba ze wszystkich pacjentów była leczona lepszym, nowszej generacji lekiem tj. Suboxonem, zaś metadon jako taki ma najgorsze efekty odstawienne spośród wszystkich syntetycznych opioidów, a proszę mi wierzyć, że boleśnie przekonałem się o tym na własnych kościach – męka może się ciągnąć i ponad miesiąc czasu.

No ale nic, na dzień dobry widzimy kraty i wiemy, że generalnie jesteśmy nieproszeni, a o czymś takim jak toaleta dla pacjentów można sobie pomarzyć w pobliskich błotnistych krzaczorach. Mniejsza o luksusy – kadra pracownicza na szczęście uległa ostatnio wymianie, ja czekam na ostatnią szansę kwalifikacji tj. łaski państwowego przydziału było nie było leku na ciężkie schorzenie, którego bezapelacyjnie jestem nosicielem. Względem pacjentów nie będę pisał nic przykrego – do wielu z nich pałam umiarkowaną sympatią, co nie zmienia faktu, że częstokroć główne zajęcie znacznej części z nich można zilustrować następująco (choć akurat prym świecą nieco inne trunki niż takie “pospolite” winiacze – kult żulowskiego piwa kwitnie w spowolnionej perystaltyce jelit starych grzejników w najlepsze):

fot. Lisia Czapa
fot. Lisia Czapa

Mówi to wszystko bardzo wiele o skuteczności polskich metod leczenia (spójrzmy tfu-tfu-prawdzie w oczy) bezapelacyjnej choroby, jaką jest narkomania, a zwłaszcza uzależnienie od opiatów i opioidów podawanych dożylnie, jak również dysocjantów (arylcykloheksylamin) i beta-ketonów, takich jak popularny w krakowskich kręgach eth-cat (totalnie górujący nad “klasycznym” ścierwem / szmatą / białkiem), a nadto tajemniczy stymulant zwany Młotkiem (“na początku młotek to była Alfa-PVP, teraz nikt nie wie co tam sypią“), do kupienia np. w obskurnej budce rozmiarów 1.5×1,5m, w szemranym ciemnym kącie parkingu. Choć choroba dożylna (który to sposób przyjęcia substancji wielokrotnie urasta do poziomu fetyszu) w swojej opiatowej wersji zdaje się tracić na popularności, sprowadzona do kilku ognisk w kraju (Warszawa, Śląsk i Kraków), wciąż jak mało co obnaża – z braku laku nazwijmy to – ciemnogroctfo współczesnego polactfa. Nawet wysoko tytułowani doktorzy, w konflikcie z młodą, inteligentną twarzą, w trymiga eksponują co silniejsze pozostałości swojego prymitywizmu, czy też zwyczajnego braku ludzkiej klasy. O tym jednak innym razem lub wcale.

Zanim dojechało mnie walcem tzw. wielce szanowne Rzycie, wywiad środowiskowy został poczyniony w zawężonym kręgu – nie mam niestety filmowych zdolności reporterskich i umiejętności zdobywania zaufania nieufnych ludzi w fastfoodowym tempie. W każdym bądź razie, ku mojemu skromnemu zdziwieniu, względnie nierozczarowująca liczba osób z tego szemranego grona (pojmowanego przez polakatolickie shitsowe społeczeństwo jako ostateczne wcielenie degeneratów), zdaje się – w jakiejś na w pół pogrzebanej części samych siebie, dysponować tym czymś, co w „mitologii” Burroughsa jest atrybutem tzw. johnsona; jakkolwiek od tej chlubnej reguły są jakże parszywe wyjątki.

Pozwolę sobie zatem zarysować kilka typów charakterologiczych in personam. Wszystkie pseudonimy i imiona są naturlich fikcyjne, jakkolwiek – za R.A.Wilsonem – pamiętajmy, że ile osób, tyle tuneli rzeczywistości, a rzeczywistość pojedyncza i wspólna wszystkim mniej lub bardziej zainteresowanym NIE ISTNIEJE (a co najmniej wysoce zaleca się brać pod uwagę poważne zwątpienie w realność takiego abstrakcyjnego tworu jak rzeczywistość właśnie – przy czym zaświadczam, że niejednokrotnie pozwala to zachować zdrowe zmysły). Co bardziej wtajemniczonych czytelników przepraszam za przytaczanie takich banałów – wydaje mi się jednak, że powtarzania pewnych źródłowych “prawd” nigdy nie dość, jak również że w gronie czytelniczym dominują neofici (choć jak mi niedawno złośliwie zarzucił redaktor Magivangi – goci siedzący w piwnicach -n/c).

Przechodząc dalej, pozwolę sobie rozpocząć od jednego z podlejszych charakterów z tego grona, tzw. Fifki, choć nijakiej fifki nie używa, liczy zaś sobie na oko 47 zgniłych przedwiośni i wygląda na podstarzałą kurwę / damulkę w jednym, a podła z niej i nader wprawna złodziejka. Złodzieje bowiem, co poniektórym mniej obytym z życiem czytelnikom może wydać się paradoksalne, dysponują swoim pojęciem honoru – ta osobniczka jednak urąga każdej jego niepisanej definicji. Dla przykładu, widząc dobrze rokującego neofitę, rozpoczyna od gadki o wspólnym założeniu ferajny trudniącej się zmywaniem nagrobków, aby zakończyć zręcznym fortelem pozbawiającym nieostrożonego delikwenta towaru, który tylko co z jej lichą pomocą nabył. Fakt faktem, pod tym jednym względem mógłbym się od niej sporo nauczyć, a życie ulicznika wymaga niezbyt chlubnych umiejętności.

Następna persona to niejaki pan Leszczak – wiecznie nieogolony, długowłosy dyslektyk, żyjący przeważnie w baraku o 3 ścianach – samego lokum nie widziałem, choć przyszło mi z nim nocować wespół z jeszcze paroma jednostkami ściśnięci jak te śledzie – ciekaw natomiast jestem, czy brak 4-tej ściany dopuszcza możliwość palenia ognisk. Leszczak to w głębi duszy poczciwy, a jednak – kurwa – poryty siłą rzeczy alkoholik. Trudno mi stwierdzić, czy jest na tyle ociemniały, ażeby nie łapać, że z jego kwiecistych wypowiedzi trudno wyłapać uchem więcej niż jedną trzecią – grzeczność nakazuje jednak przytakiwać i udawać zrozumienie; na ile byłem w stanie podłapać, gro z tych quasi-monologów traktuje o niczym i przegranym życiu, łamane przez multum tematów, w których uważa się ze specjalistę. Pytanie brzmi, czy to jednak biedny, chory poczciwiec – w kontekście tego, co się uważa za „zdrowe” w dzisiejszym zgniłym trupim jadem systemie, czy też jednak w moim gnostyckim przeźroczu można w nim odnaleźć coś z ducha wczesnych średniowiecznych heretyków. Nie chcę się zapędzać – element męczeństwa wszakże jest obecny; jeszcze niedawno pokazywał mi potworne siniaki, które zarobił pijany od emisariuszy polskiej służby zdrowia w postaci ratowników medycznych.

Trzecia osoba, wysoki brunet, buzuje ustawicznie alkoholową agresją, ogarniętą w ryzach do słownych ekwilibriów, zaznaczając swą męską dumę i kreując się na duszę / autorytet najczęściej obsiadującego kurwidołek towarzystwa. Pomimo tych wad wydaje się honorowym chłopem, a wiadomo mi też, że na skutek pomówień innego z długostażowych pacjentów, odkiblował parę lat w piecu. Ten ostatni to tzw. pacjent dzienny czy pacjent na dzieńdobry – powinien dostać medal za ustawiczne przychodzenie po metadon tuż po otwarciu wydaj-okienka. Później czmych i może przychodzić cała reszta ferajny.

Czwarta persona stała się dla mnie prawdziwie pomocnym kumplem, mimo zrytej bani – z uwagi na spędzenie 1/3 życia w więzieniu i on sam raczy wiedzieć czego ponadto – chorobliwy złodziejaszek i dobry wałkoń, a może i nawet dobry duszek, nie pozbawiony sentymentów natury duchowej, acz z więziennym skrzywieniem i okropnym przywiązaniem do wiecznego napierdalania młotków. Zanoszę mu rakiety za kraty i gdy już wyjdzie być może pomogę w ataku frontalnym na bandę cweli, którzy z jego lokum – po śmierci właściciela w kryminale – uczynili uber przypałową metę.

Oh, stfurco, też mam moce stwórcze i choć wg. danych medycznych względem dawek śmiertelnych (przyjmowałem takowe na wpół rozmyślnie, bez najmniejszego jednak planu, ani obawy) straciłem już kilka – jeśli nie wszystkie (od czasu rozpoczęcia pisania tego eseiku zaliczyłem kolejne 2 zapaści via depresję oddechową), coś mi mówi, że nie wyczerpię wszystkich, dopóki nie odrąbię Ci ręki usiłującej ugiąć mój kark, bym pełzał świńskim korytem w imię samozaprzeczenia.

Tyle w tym odcinku – skąd taki tytuł, niech pozostanie wciąż zagadką. Zainteresowanym radzę zaglądać tu od bezczasu do czasu. Co się urwie, to nie utonie, a co utonie, tego nie rozdziobią krucy z wronami. Heilige Kot i Młot und Tod.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s