Vastarien

Thomas Ligotti

 W ramach umilenia okresu oczekiwania na szykowane przez Okulturę ekskluzywne wydanie “Teatro Grottesco” Ligottiego, prezentujemy przekład jego rewelacyjnego opowiadania, wieńczącego zbiór pt. Songs of the Dead Dreamer. Wszystkie ilustracje wykorzystane w tekście, są autorstwa Aerona Alfreya, ilustratora wspomnianego zbioru- red.

 

W czerni jego snu rozbłysło kilka świateł, jak świece w klasztornej celi. Ich blask był chwiejny i przyćmiony, rozlegający się z nieokreślonego źródła. Mimo to pod cieniami odkrył teraz wiele kształtów: wysokie budynki, których dachy chyliły się ku ziemi, szerokie budynki, których fasady wydawały się podążać za zakrętami ulicy, mroczne budynki, których okna i klatki przechylały się jak źle powieszone obrazy. I nawet jeśli nie mógł ustalić własnego położenia na tej scenie, to wiedział gdzie raz jeszcze zaprowadziły go jego sny.

Pomimo tego, że w jego wizji, zapełniając utraconą dal, mnożyły się wypaczone struktury, uzyskał odczucie bliskości z każdą z nich, swoistą wiedzę o przestrzeniach wewnątrz nich i o ulicach owiniętych wokół ich brył. Raz jeszcze znał głębiny ich fundamentów, gdzie wydawało się osiedlać niejasne życie, sekretna cywilizacja ech rozkwitających wśród jeczących ścian. Jednak przy bardziej ekstensywnym sondowaniu tych wnętrz pojawiły sie pewne trudności: schody, które zbaczały z kursu w bezużyteczne miejsca; windy, które na swoich pasażerach wymuszały niechciane przystanki; następnie drabiny wznoszące się ku gmatwaninom szybów i rur, ku mrocznym zaworom i arteriom skamieniałego i monstrualnego organizmu.

1_Eternal.Internal

Wiedział przy tym, że każdy zakątek tego nadżartego świata był pełen wyborów, nawet jeśli miałyby zostać podjęte na ślepo, w miejscu gdzie brakowało jasnych konsekwencji i hierarchii możliwości. Może być sobie bowiem pokój, którego obdarty i bezgłośny wystrój emanuje opuszczonym spokojem, z początku pociągającym odwiedzającego, który jednak następnie dostrzega pewne postaci otoczone luksusowymi meblami, sylwetki które się nie poruszają, ani nie mówią, a jedynie sie przypatrują; konkludując zaś, że te zmęczone manekiny poprzez swą bezczynność oferują nauczkę dziwacznej wyrozumiałości, odwiedzający musi rozważyć alternatywy: zwlekać czy wyjść?

Wymknąwszy się klasztornym urokom tychże pomieszczeń, jego wzrok omiótł teraz ulice tego snu. Lustrował wysokości poza pochyłymi dachami: tam zaś gwiazdy wydawały się być niczym poza srebrzystym popiołem, wysypującym się z paszczy wielkich kominów, uczepionym czegoś ciemnego i gęstego, wynurzającego się z ponad; czegoś, co ograniczało czarny horyzont. Wydało mu się, że niektóre z wysokich wież nieomal przekłuwały tą uginającą się czerń, wyciągając się ku nocy, aby uzyskać jak największe oddzielenie od świata poniżej. Zaś u szczytu jednej z najwyższych wież ujrzał niewyraźne sylwetki, które szaleńczo poruszały się w jasnym oknie, wyginając i nachylając się ku szkłu jak cieniste kukiełki w gorączce jakiejś szalonej dysputy.

Jego wizja powoli ślizgała się poprzez powikłane ulice, jakby niesiona przez powolny szkic. Zaciemnione okna odbijały promienie gwiazd i ulicznych lamp; natomiast oświetlone okna, jakkolwiek przyćmiony był ich blask, zdradzały dziwne sceny umykające na długo zanim ich cały sekret mógł zostać ogarnięty przez śniącego wędrowca. Dotarł do bardziej odległych przejść, wznoszących się przez zaniedbane ogrody i wykrzywione bramy, dryfujące wzdłuż rozległej ściany, która zdawała się odgraniczać od otchłani; przelatując nad mostami wyginającymi się nad czarnymi, szemrzącymi wodami kanałów.

Nieopodal rogu pewnej ulicy, w miejscu nadzwyczajnej klarowności i bezruchu, ujrzał dwie postaci stojące pod krystalicznym oszkleniem lampy, utkwionej wysoko na żłobionej kamiennej ścianie. Ich cienie były doskonałymi kolumnami czerni na sinym chodniku; ich twarze były parą wyblakłych masek skrywających ciemne knowania. Wydawały się też mieć własne życie, nieświadomi śniącego obserwatora, który pragnął jedynie przebywania obok tych zjaw i poznania ich snów, pozostania w tym miejscu, gdzie wszystko było przeszyte porządkiem nierealności.

Mogłoby się wydawać, że już nigdy więcej nie będzie zmuszony do porzucenia tej krainy wspaniałych cieni.

Victor Keirion obudził się z lekkim wzdrygnięciem nóg, jakby się chaotycznie szamotał, próbując uniknąć upadku z wyimaginowanej wysokości. Przez chwilę trzymał oczy zamknięte, licząc że zapobiegnie rozproszeniu się sennej euforii. W końcu mrugnął raz lub dwa. Światło księżyca docierające przez nie zasłonięte okno ukazało mu widok jego rozciągniętych ramion i cokolwiek wykrzywionych rąk. Rozluźniając nieudolny chwyt krawędzi pościelonego materacu, przewrócił się na bok. Następnie macał wokół, aż jego palce znalazły przewód od lampki nocnej. Ukazał się mały, ledwo co umeblowany pokój.

Podniósł się i sięgnął do pomalowanego stolika nocnego z metalu. W przestrzeniach między palcami ujrzał bladoszarą oprawę książki i niektóre z ciemnych liter wytłoczonych na jej okładce: V, S, R, N. Nagle cofnął dłoń, nie dotykając książki; jako że magiczna intoksykacja jego snu umarła i obawiał się, że nie będzie zdolny jej odzyskać.

Oswobodziwszy się z szorstkiej pościeli, usiadł na skraju materacu, opierając łokcie na nogach i swobodnie zwieszając dłonie. Jego włosy i oczy były blade, a cera raczej poszarzała, przywodząca na myśl barwę pewnych chmur lub długotrwałego odosobnienia. Jedyne okno w pokoju było zaledwie parę kroków obok, ale powstrzymał się od podejścia doń, a nawet od zerknięcia w tym kierunku. Dokładnie wiedział, co by ujrzał o tej porze nocy: wysokie budynki, szerokie budynki, mroczne budynki, garstkę gwiazd i świateł oraz jakiś letargiczny ruch na ulicach poniżej. Miasto za oknem na tak wiele sposobów było pozorem tego innego miejsca, które teraz wydawało się nieprawdopodobnie odległe i niedostępne. Lecz podobieństwo było wyraźne tylko w jego wewnętrznym spojrzeniu, tylko we wspominanych obrazach, które formował, gdy jego oczy były zamknięte lub na niczym nie skupione. Podobieństwo te byłoby trudne do wyobrażenia sobie przez istotę, dla której ten świat – w jego nagiej postaci, widzianej otwartymi oczami – przedstawia sobą upragniony raj.

Stojąc teraz przed oknem, z dłońmi w kieszeniach cienkiego szlafroka, ujrzał że w widoku czegoś brakowało, jakiejś kluczowej własności, zakazanej gwiazdom ponad i ulicom poniżej; jakaś nieziemska esencja musiała je ocalić. Słowo „nieziemska” rozbrzmiało w pokoju. W tym miejscu i o tej porze, ta paradoksalna absencja, brakująca jakość, ukazała mu się wyraźnie: był to element nierealności.

Albowiem Victor Keirion należał do tej nieszczęsnej sekty dusz, które wierzą, że jedyna wartość tego świata tkwi w jego mocy, aby niekiedy sugerować inny świat. Niemniej jednak miejsce, któremu obecnie przyglądał się przez wysokie okno, nigdy nie mogłoby być niczym ponad najbardziej przefiltrowanym fantomem tego innego miejsca, gdyż nic nie zachowywało cienistej mimiki anatomii tego wspaniałego snu. I nawet mimo tego, że istniały chwile, kiedy można było się nabrać – poszczególne momenty, gdy dar kamuflażu triumfuje – imitacja nigdy nie mogła być perfekcyjna, ani trwała. Żadnego prawdziwego wyzwania dla bogatej nierealności Vastarienu, gdzie każdy kształt sugerował tysiąc innych, każdy dźwięk rozsiewał wiecznotrwałe echa, a każde słowo tworzyło świat. Żadna groza, ani radość nie była równa otchłannie tętniącym doznaniom tego miejsca, które było gdzie indziej, tego oczarowującego ustronia, gdzie wszelkie doświadczenia były splecione w kompozycję fantastycznych tekstur odczuwania, w wyśmienity ornament nieograniczonych wzorów. Gdyż w tym, co nierzeczywiste, wszystko wskazuje ku nieskończonemu, a w Vastarienie wszystko było nierzeczywiste, nieskute namacalnym kłamstwem istnienia. Prawdę tą głosiły nawet jego najskromniejsze aspekty: rozważał jakie drzwi w jakimkolwiek innym świecie mogłyby implikować liczne i dziwne możliwości, przynależne czarującym drzwiom ze snu?

Wtedy, skupiając spojrzenie na odległej części miasta, przypomniał sobie pewne szczególne drzwi, jeden z najmniej sugestywnych obrazów, jakim kiedykolwiek stawił czoła, drzwi zdradzające niewiele na temat tego, co jest po ich drugiej stronie. Był to prostokąt brudnego szkła wewnątrz prostokąta pozdzieranego drewna, poobijana rzecz utkwiona w ceglastej ścianie, u stóp schodów wiodących w dół z rozpadającej się ulicy. Bardzo lekko dały popchnąć się do środka, co było zaledwie delikatną formalnością pomiędzy podziemnym sklepem, a światem zewnętrznym. W środku był otwarty pokój, z grubsza okrągły w swym kształcie, niezwyczajny z uwagi na to, że przypominał raczej hol starego hotelu, niż księgarnię. Obwód pomieszczenia był złożony z zapchanych regałów z książkami, których poszczególne sekcje łączyły się jedna z drugą, tworząc nieregularny wielokąt o jedenastu bokach, z długim biurkiem stojącym w miejscu, gdzie znajdowałby się dwunasty bok.

Za biurkiem stało kilka kolejnych regałów książkowych ustawionych w nawach, a ich monotonna długość prowadziła w cienie. Z najdalszego punktu od końca sklepu rozpoczął przegląd półek, które swoimi szeregami starych i rumianych opraw wydały się tak obiecujące, jak pozostałości jakiejś fantastycznej jesieni.

Obietnica jednak bardzo prędko uległa zdradzeniu – a mistyka tej Librrairie de Grimoires, wespół z jego oczekiwaniami – zdarta, odkrywając jego oczom ukrytą szarlatanerię. Za te rozczarowanie mógł winić tylko siebie. Co więcej, ledwie był wstanie wyartykułować charakter niezgodności pomiędzy tym, co miał nadzieję znaleźć, a tym, co faktycznie znajdował w takich miejscach. Pomijając już tą nadzieję, jego wiarę, że istniały jakieś inne arkana, odmiennego rodzaju niż ten, oferowany przez książki przed nim, spośród których wszystkie były przesiąknięte plugawą rzeczywistością, fałszywie hermetycznymi spekulacjami, polegającymi na krążeniu w kółko po tym samym absurdalnym krajobrazie. Inne światy sportretowane w tych książkach nieuchronnie służyły za aneksy tego świata; były kuglarzami autentycznej nierzeczywistości, będącej jedyną krainą odkupienia, jakkolwiek okropne mogło się to wydawać. I to tego końcowego krajobrazu poszukiwał, nie zaś tych rytuałów „ścieżki”, która nigdy nie przybliża, nie niebios czy piekieł stanowiących zaledwie pretekst do opływania realności wokół i upajania się nią. Marzył bowiem o dziwnych wolumenach, które odwróciły się od wszelkiego ziemskiego światła, aby zagubić się we własnych koszmarach; o stronach, które wielbiły nocne zbawienie, o liturgii cieni, katechizmie fantomów. Jego absolut: zamieszkać wśród ruin rzeczywistości. Tymczasem wydawało się to przerastać wszelkie prawdopodobieństwo, że nie istniał żaden precedens tego snu, żadna słowna elaboracja tej wizji, deliryczna biblia, która zniweczyłaby wszystkie inne – skrypt, który zaczynałby się od apokalipsy i wiódł swojego ucznia ku ruinie wszelkiego stworzenia.

Po prawdzie w pewnych księgach trafił na ustępy, które zbliżały się do tego ideału, dając czytelnikowi wskazówkę – czy nieomal upomnienie – że strona przed jego oczami ma ukazać widok z otchłani i rzucić chwiejne światło na niepoznane halucynacje. W martwocie zimy stać się wichrem – tak mógłby zacząć się kuszący wers snów. Jednak oszołomiony wizjoner wkrótce by się zachwiał, odwołując obiecaną scenę cienistego królestwa u kresu wszelkiego bytu, udzielając być może przeprosin za te odstępstwo ku nierealnemu. Księga wówczas na powrót podjęłaby uniwersalną osnowę, odsłaniając swój prawdziwy cel rozwlekania najbardziej daremnej i profańskiej ze wszystkich ambicji: władzy, z wołem roboczym w postaci wiedzy. Wizja niszczycielskiego oświecenia, katastroficznej iluminacji, została przejściowo przywołana, a wtedy odrzucona. Niezmiennie pozostawała metafizyka, systematycznie trywialna i upodlona jak fizyczne prawa, które miała transcendować; poradnik wytyczający ścieżkę do jakiegoś hipotetycznego stanu absolutnej chwały. Zaś utracone pozostawało objawienie, że nic kiedykolwiek znanego nie skończyło w chwale; że wszystko, co znajduje kres, kończy w wyczerpaniu, konfuzji i szczątkach. Niemniej jednak księga, która zawierała chociażby i fałszywy gest w stronę jego prawdziwie ekscentryczej, absolutnej mocy, zaiste służyła jego celom. Kierując uwagę księgarza na wybrane treści takich ksiąg, mówiłby: „jestem zainteresowany pewnym zakresem tematycznym, proszę zerknąć…. to jest, zastanawiam się, czy czasem nie zna pan innych – jakby to ująć – źródeł, które mógłby pan polecić moim…”

Okazjonalnie bywał kierowany na innego księgarza lub właściciela prywatnej kolekcji. I ostatecznie zostawał zmuszony do zdania sobie sprawy z tego, że został groteskowo niezrozumiany, odnajdując się marginesie społeczności oddanej jakiemuś ściśle demonicznemu przedsięwzięciu.

Sama księgarnia, w której teraz gmerał, reprezentowała jedynie najświeższą dygresję w poszukiwaniach bez postępu. Nauczył się jednak być ostrożnym i na sprawdzenie, czy było tu ukryte cokolwiek dla niego próbował zmarnować jak najmniej czasu. Z pewnością nie na półkach, które obecnie go otaczały.

,,Czy widziałeś naszego przyjaciela?” zapytał pobliski głos, cokolwiek go strasząc. Victor Keirion obrócił się, aby ujrzeć nieznajomego. Mężczyzna był raczej mały i nosił czarny surdut; jego włosy były również czarne i luźno opadały z czoła. Pomijając ogólną aparycję, w jego obecności było też coś, co przywodziło na myśl kruka, grzebiące i przyczajone stworzenie.

,,Czy wyszedł ze swojej nory?” zapytał mężczyzna, wskazują na puste biurko i ciemny obszar za nim.

,,Przepraszam, nikogo nie widziałem”, odpowiedział Keirion. „Dopiero teraz ciebie dostrzegłem.”

„Nic nie poradzę na swoją cichość. Spójrz na te małe stopy”, rzekł mężczyzna, wskazując na wysoce wypolerowaną parę czarnych butów. Keirion spojrzał bezmyślnie w dół; a wtedy, czując się nabrany, ponownie zerknął na uśmiechającego się nieznajomego.

,,Wyglądasz na bardzo znudzonego”, rzekł ludzki kruk.

„Co proszę?”

„Mniejsza z tym. Widzę, że cię kłopoczę”. Wówczas mężczyzna odszedł z lekkim łopotem płaszcza i zaczął przeglądać odległe półki. „Nie widziałem cię tu nigdy przedtem”, powiedział z drugiej strony pokoju.

„Nigdy wcześniej tu nie byłem”, odpowiedział Keirion.„Czy kiedykolwiek to czytałeś?” zapytał nieznajomy, ściągając książkę i trzymając jej niezapisaną czarną okładkę.

„Nigdy”, odparł Keirion, nawet nie rzucając wzrokiem. W jakiś sposób wydawało się to najlepszym posunięciem wobec tej osoby, która w jakiś niezdefiniowany sposób robiła wrażenie obcej, nieuchwytnie odmiennej.

,,Cóż, musisz szukać czegoś szczególnego”, kontynuował inny mężczyzna, odkładając czarną księgę na jej miejsce na półce. „A ja wiem jak to jest, gdy szukasz czegoś bardzo szczególnego. Czy kiedykolwiek słyszałeś o księdze, nadzwyczajnie szczególnej księdze, która nie jest… tak, która nie jest o czymś, ale faktycznie jest tym czymś?”

Po raz pierwszy nieznośnemu przybyszowi udało się raczej zaintrygować Keiriona, niż go poirytować. „To brzmi…”, zaczął mówić, ale wtedy inny mężczyzna zawołał:

„Oto i on, oto i on. Proszę mi wybaczyć.

Zdawało się, że właściciel – ten wspólny przyjaciel – w końcu się pojawił i stał teraz za biurkiem, patrząc na swoich obydwu klientów. „Mój przyjacielu” rzekł człowiek-kruk, zbliżając się z rozpostartymi ramionami do łysego na glanc i łagodnie otyłego dżentelmena. Wymienili przelotny uścisk dłoni; szeptali przez parę chwil. Wtedy kruczy mężczyzna został zaproszony za ladę i – prowadzony przez ociężałego, nieuśmiechającego się księgarza – podążył w mrok na zapleczu sklepu. W odległym zakątku tej ciemności nagle błysnął kontur wejścia, przyjmując duży, dwugłowy cień.

Pozostawiony wśród bezwartościowych tomów sklepu, Victor Keirion poczuł smutną frustrację niezaproszonego i porzuconego. Bardziej niż kiedykolwiek został zainfekowany nieokreśloną nadzieją i zaciekawieniem. Pozostanie na zewnątrz tego promieniującego niewielkiego pokoju, do którego podążyli pozostali dwaj, a na którego progu właśnie stał, wkrótce odczuł jako niemożliwe.

Pokój stanowił przepełniony bibliograficzny kącik, wewnątrz którego stał kolejny kącik, uformowany przez przez wolnostojące biblioteczki, tworząc bardzo wąskie przesmyki w przestrzeniach pomiędzy nimi. Z wejścia nie mógł dostrzec, w jaki sposób można wstąpić do wewnętrznego kąta, a mimo to słyszał głosy dobiegające stamtąd głosy pozostałych. Cicho stąpając począł wędrówkę wzdłuż skraju pokoju, a jego oczy żarłocznie lustrowały obfitość dziwnie wyglądających woluminów.

Wtem odczuł, że coś o szczególnym charakterze czeka na odkrycie, a wrażenie potwierdzania się tej intuicji zaczęło urastać. Każda książka, jaką przeglądał, była wskazówką w tym delirycznym dochodzeniu, kryptyczną oznaką, angażującą jego moc interpretacji i przydającą wiary do podążania dalej. Wiele dzieł było napisanych w nieznanych mu językach; niektóre okazywały się być skomponowane w szyfrach opartych na nieobcych mu znakach, zaś inne wydawały się być transkrybowane w totalnie sztucznej kryptografii. Jednakże w każdej z tych książek odnalazł zawoalowaną poradę, rys o mniej lub bardziej pośredniej doniosłości: dziwność kroju pisma, strony i oprawy niezwykłej tekstury, abstrakcyjne diagramy nie wskazujące na żaden ortodoksyjny obrządek, czy okultystyczny system.

Gdy przesuwał się wzdłuż rogu tej wewnętrznej biblioteczki i z niepokojem spostrzegł otwór na jej drugim końcu, szeptanie narastało, choć nie stawało się bardziej rozpoznawalne. Zarazem bez wyraźnej przyczyny jego uwagę rozproszył widok małej szarawej księgi, pochylonej w szparze między większymi i bardziej jaskrawymi tomami. Niewielka księga została ustawiona na najwyższej półce, co w celu sięgnięcia po nią czyniło koniecznym wyciągnięcie się jak na pionowym kole tortur. Usiłując nie zdradzić swojej obecności oznakami bólu, w końcu schwycił blado zabarwiony przedmiot – blady niczym on sam – pomiędzy koniuszki swych dwu pierwszych palców.

Wytężał się niemo, by cicho wyślizgnąć wolumin z jego miejsca; dokonawszy tego, powoli skurczył się do naturalnej postury i spojrzał na szorstkie strony księgi.

Wydawała się ona być kroniką dziwnych snów. Jednakże ustępy, które przejrzał, w jakiś sposób były nie tyle wspomnieniami bezładnych wizji, lecz ich namacalną inkarnacją, nie czczą retoryką, lecz rzeczą samą w sobie. Wykorzystanie języka w księdze było notorycznie nienaturalne, a jej autor nieznany. Zaiste, tekst sprawiał wrażenie przemawiającego tylko do siebie, a słowa przepływały wspólnie jak cienie, których nie rzucały żadne kształty spoza księgi.

Ale choć tom wydawał się skomponowany w slangu tajemnic, jego słowa niosły pewne zrozumienie i tworzyły w czytelniku dogłębne pojęcie opisywanego świata, nierozerwalnie z nim istniejąc. Czyżby naprawdę była to inwokacja Vastarienu, tego nieprawdopodobnego świata, o którym wzmiankowały chropowate litery na okładce? I czy to w ogóle był świat?

Raczej jego nierzeczywista esencja, o wszystkich naturalnych elementach oczyszczonych w okultystycznym procesie ekstrakcji i wszystkich dniach przedestylowanych w sny, a nocach w koszmary. Każdy ustęp księgi, na który natrafiał, zarazem oczarowywał go i przerażał obrazami i incydentami tak dziwacznymi i chaotycznymi, że jego utarte postrzeganie tych pojęć uległo dezintegracji, wraz z wszystkim innym. Prawem tej krainy wydawała się być niepohamowana dziwność; imperfekcja stała się żródłem cudowności – dziwów deformacji i niestworzonych fenomenów. Niewątpliwie była też groza. Lecz była to groza nieskompromitowana żadnym uczuciem utraconej radości, lub udaremnionego odkupienia; raczej była wybawieniem poprzez potępienie. I jeśli Vastarien był koszmarem, było to koszmar w duchu przekształcony przez kompletną absencję schronienia: koszmar uczyniony normalnym.

“Przepraszam, nie zauważyłem, że cię tu przyniosło”, cienkim, wysokim głosem powiedział księgarz. Właśnie wyłonił się z wewnętrznej komnaty pomieszczenia i stał z ramionami założonymi na szerokiej klatce. “Proszę niczego nie dotykać. I czy mogę wziąć to od ciebie?”

Prawe ramię księgarza sięgnęło ku towarowi i wróciło do uprzedniej pozycji, gdy bladooki gonie zwrócił.

“Myślę, że chciałbym to kupić”, powiedział Keirion. “Jestem pewien, że tak zrobię, jeśli…”

“Oczywiście, jeśli cena jest znośna”, dokończył księgarz. “Ale kto wie, możesz nie być zdolny do zrozumienia, jak wartościowe mogą być te książki. Ta tutaj…”, rzekł, wysuwając mały notes i ołówek z wnętrza kieszeni i skrobiąc pokrótce. Oderwał górną kartkę i pokazał niedoszłemu kupcu, a następnie pewnie odłożył utensylia do pisania, tak jakby to już było koniec.

“Przecież musi być jakiś zakres negocjacji”, zaprotestował Keirion.

“Obawiam się, że nie”, odparł księgarz. “Nie przy czymś jedynym w swoim rodzaju, jako że wiele jest tych tomów. Jednak ta szczególna książka, którą trzymasz, ten jedyny egzemplarz…”

Na ramieniu księgarza spoczęła dłoń, co zdało się go uciszyć. Wówczas kruczy mężczyzna wkroczył w nawę, ze wzrokiem wbitym w obiekt dyskusji, przy czym zapytał: “Czy nie uważasz, że ta księga jest cokolwiek… trudna?”

“Trudna”, odpowiedział Keirion. “Nie jestem pewien… Jeśli masz na myśli dziwność języka, musiałbym się zgodzić, ale -”

“Nie”, wtrącił się księgarz, “on ma zupełnie coś innego na myśli”.

“Wybacz nam na chwilkę”, powiedział kruczy mężczyzna.

Wtedy obydwaj wrócili do wewnętrznego pokoju, gdzie szeptali przez pewien czas.

Kiedy szepty ustały, księgarz wyszedł naprzód i obwieścił, że zaszła pomyłka. Książka, choć stanowiąca kuriozum, była warta solidną kwotę mniej, niż wcześniej wzmiankowana. Zrewidowana wycena, choć wciąż wysoka, mieściła się jednak w granicach środków tego szczególnego kupca, który natychmiastowo zgodził się zapłacić.

Tak oto Victor Keirion został zaabsorbowany pewną księga i pewnym halucynogennym światem, aczkolwiek rozróżnianie tych dwu zjawisk wydawało się ostatecznie błędne: księga zaprawdę nie była zaledwie opisem tego dziwnego świata, ale w jakiś niejasny sposób stanowiła prawdziwą kompozycję samej rzeczy, istne wcielenie jej formy. Od tego czasu każdego dnia studiował hipnotyczne epizody niewielkiej księgi; każdej nocy, gdy śnił, przedsiębrał bezkształtne wyprawy w tą fantastyczną topografię. Wszystkie znaki przemawiały za tym, że odkrył apogeum, czy też otchłań nierealnego, raj wyczerpania, konfuzji i ruiny, gdzie rzeczywistość się kończy i można zamieszkać wśród jej ruin. Nie potrwało to długo, gdy ponowne odwiedzenie tego dwunastobocznego sklepu uznał za konieczne, mając intencję wypytania otyłego księgarza w temacie książki i nieumyślnego poznania prawdy co do tego, jak doszło do jej sprzedaży.

1_Onward.Forward.Backward.Tow

Kiedy przybył do księgarni, jakoś w środku szarawego popołudnia, Victor Keirion z zaskoczeniem odkrył, że drzwi, które z taką łatwością otwierały się podczas jego uprzedniej wizyty, były teraz gruntownie zamknięte. Nawet nie zagrzechotały we framudze, gdy nerwowo nacisnął i popchnął klamkę. Jako że wnętrze sklepu było oświetlone, wyjął z kieszeni monetę i zaczął postukiwać w szkło. W końcu ktoś wyłonił się z cieni z tyłu pomieszczenia.

“Zamknięte”, z drugiej strony witryny pokazał gestem księgarz.

“Ale…” perswadował Keirion, wskazując na swój zegarek.

“Mimo wszystko”, krzyknął szeroki mężczyzna. Wtedy, zlustrowawszy rozczarowanego klienta, księgarz przekręcił zamek i otworzył drzwi na tyle szeroko, by pozwoliło to na pobieżną konwersację. “Czym mogę ci służyć. Jest zamknięte, więc będziesz musiał przyjść kiedy indziej, jeśli-”

“Chciałem cię tylko o coś zapytać. Czy pamiętasz księgę, którą niedawno od ciebie kupiłem, tą-”

“Tak, pamiętam”, odparł księgarz, jakby już przygotowany na takie pytanie. “I niech powiem, że byłem pod wrażeniem, oczywiście jak i… druga osoba.”

“Pod wrażeniem?” Powtórzył Keirion.

“Osłupiały to lepsze słowo w tym przypadku”, kontynuował księgarz. “Powiedzuał mi, ‘Księga znalazła swojego czytelnika’, a cóż pozostało mi poza tym, aby się z nim zgodzić?”

“Obawiam się, że nie rozumiem”, rzekł Keirion.

Księgarz mrugnął i nie powiedział nic. Po paru chwilach wytłumaczył z ociąganiem: “Miałem nadzieję, że już to zrozumiesz. Nie kontaktował się z tobą? Mężczyzna, który tu był tamtego dnia?”

“Nie, a dlaczego miałby to uczynić?” Księgarz mrugnął ponownie i powiedział: “Cóż, przypuszczam, że nie ma powodu, abyś musiał tutaj sterczeć. Robi się chłodno, czy tego nie czujesz?” Wtedy zamknął drzwi i lekko do nich przyciągnął Keiriona, szepcząc: “Jest tylko jedna rzecz, jaką chciałbym Ci rzec. Tamtego dnia nie poczyniłem najmniejszej pomyłki wzlędem ceny tej książki. I taka właśnie była jej cena – w pełni uiszczona przez obcego i nie pytaj mnie o nic innego odnośnie tej osoby. Ta cena, rzecz jasna, minus niewielką kwotę, którą sam pokryłeś. Nie oszukałem nikogo, a zwłaszcza niego.

Byłby rad zapłacić nawet więcej, aby tylko ta księga trafiła w twoje ręce. I choć nie jestem dokładnie pewien jego powodów, sądzę, że powinieneś o tym wiedzieć.

“Tylko dlaczego zwyczajnie nie nabył książki dla siebie?” zapytał Keirion.

Księgarz wydawał się być zmieszany. “Dla niego była bezużyteczna. Być może byłoby lepiej, gdybyś nie uległ, gdy zapytał cię o księgę. Jak wiele wiesz.”

“Przecież nie wiem nic, poza tym, co przeczytałem w samej księdze. Przyszedłem tu, aby się dowiedzieć-”

“-Niczego, jak się obawiam. To ty powinieneś mi mówić, bardzo imponujące. Ale nie pytam, nie zrozum mnie żle. I nie ma niczego więcej, co mógłbym Ci rzecz, jako że naruszyłem już wszystkie reguły dyskrecji. Aczkolwiek jest to wyjątkowy przypadek. To bardzo wywierające wrażenie, jeśli faktycznie jesteś czytelnikiem tej książki.”

Uświadomiwszy sobie, że w najlepszym razie włączył się w mistyfikacyjny dialog, do tego prawdopodobnie kłamliwe, Victor Keirion nie odczuł żalu, gdy księgarz przytrzymał drzwi otwarte, umożliwiając mu wyjście.

Jednak nim minęło bardzo wiele dni, a zwłaszcza nocy, pojął dlaczego księgarz był pod takim wrażeniem jego osoby, oraz dlaczego kruczopodobny nieznajomy był tak hojny: darczyciel księgi, który był ślepy na jej tajemnice. W przeciągu tych dni, tych nocy, dowiedział się, że obcy go obdarował tylko po to, aby móc posiąść rzecz, której nie mógł uzyskać w żaden inny sposób; że czytał księgę poprzez zapożyczone oczy i kradł jej sekrety wprost z duszy jej prawowitego czytelnika. W końcu stało się jasne, co się z nim działo podczas tych dziwnych nocy śnienia.

Każdej z tych nocy kształty Vastarienu powolnie napierały poprzez mroki jego snu, niezmierzony krajobraz wyłaniający się z głębin własnego śnienia i dryfujący nań z miejsca bez nazwy, czy wymiaru. A gdy spaczone monumenty jeszcze raz się ukazywały, wydawały się rozprzestrzeniać i wznosić wysoko ponad nim, ciągnąc za sobą jego spojrzenie. Sceneria stopniowo przybierała odcieni i wyrazistości; kreacja stawała się w swym czarnym łonie równomiernie spoista i pogmatwana: ulice były krętymi trzewiami wijącymi się przez to ciemne ciało, a każdy gmach był wystającą kością szkieletu powieszonego na cienkiej muskulaturze cieni.

Lecz gdy tylko jego spojrzeniu udawało się w pełni objąć tajemniczą i postrzępioną postać snu, wszystko wydawało się być odciągane, porzucając go na skraju bezsennej pustki. Krajobraz odstępował, kurcząc się w oddali. Jedynym, co mógł teraz widzieć, była pojedyncza ulica ograniczona dwoma zbieżnymi rzędami budynków. Na przeciwnym końcu tej ulicy stała przeogromna w zarysie postać, wznosząca się wyżej niż same budynki. Ten majakliwy kolos nie czynił żadnego ruchu, ani nie wydawał dżwięku, lecz stanowczo zdominowywał horyzont, gdzie jedyna pozostała ulica zdawała się kończyć. Z tej pozycji górujący cień wchłaniał wszystkie inne kształty we własny, co stopniowo nabierało znaczenia, gdy krajobraz wycofywał się i malał. Zaś zarys tej tytanicznej postaci wydawał się być ludzki, choć i zarazem był zarysem ciemnego i pożerającego ptaka.

Choć przez kilka nocy Victorowi Keirionowi udawało się wybudzić, zanim padlinożerca całkowicie pożarł wszystko, co nie było nim, nie było żadnego zapewnienia, że zawsze będzie w stanie to zrobić, a sen nie wpadnie w cudze ręce. Ostatecznie wysnuł i wykonał posunięcie, które było niezbędne, aby mógł zatrzymać sen, którego tak długo pragnął.

Vastarien, wyszeptał, stojąc w cieniach i blasku księżyca tego małego, nagiego pomieszczenia, w którym masywne metalowe drzwi zapobiegały jego ucieczce. W obrębie tych drzwi był wszczepiony mały prostokąt grubego szkła, tak aby mógł być obserwowany dniem i nocą. Była też nieugięta sieć grubego drutu pokrywająca okno, które wychodziło na miasto, które nie było Vastarienem. Nigdy, zaintonował głos, który mógł być jego własnym. A wtedy bardziej uparcie: nigdy, nigdy, nigdy…

Kiedy drzwi otworzono i jacyś umundurowani mężczyźni weszli do pomieszczenia, znaleźli Victora Keiriona wrzeszczącego do granic hałaśliwości jego głosu, próbującego usunąć gęstą metalową sieć zasłaniającą okno, jak gdyby wywlekał się jakąś niezwykłą trasą wyzwolenia. Naturalnie, przycisnęli go do ziemi; rozciągnęli go na łóżku, ciasno przypinając jego nadgarstki i kostki. Wtedy przez wejście wkroczyła pielęgniarka, niosąca smukłą strzykawkę ukoronowaną srebrzystą igłą.

Podczas iniekcji nadal wykrzykiwał słowa, które wszyscy obecni słyszeli już wcześniej, a każdy wybuch stanowił rozwinięcie tematu jego niesprawiedliwego zamknięcia: jak to człowiek, którego zamordował, wykorzystywał go w straszny sposób, sposób niemożliwy do opisania ani uwiarygodnienia. Ow człowiek nie mógł odczytać księgi – o tej tam księgi – i kradł zrodzone przez nią sny. Kradł moje sny, wymamrotał łagodnie, gdy narkotyk zaczął działać. Kradł moje…Grupka pozostała wokół łóżka na parę chwil, patrząc się cicho na jego skrępowanego lokatora. Wtedy jeden z nich wskazał książkę i zaczął konwersację, która była im już wszystkim znana.

“Co powinniśmy z tym zrobić? Była już wystarczająco wiele razy zabierana, ale zawsze pojawia się kolejna.”

“I nie ma w tym żadnego sensu. Spójrz na te strony- nic, nic nigdzie nie napisane.”

“Więc dlaczego przesiaduje czytając je godzinami? Nie robi nic innego.”

“Myślę, że już czas, abyśmy powiadomili kogoś z zarządu.”

“Oczywiście, moglibyśmy tak zrobić, ale w zasadzie co byśmy powiedzieli? Że pewnemu pacjentowi powinno zakazać się czytania pewnej książki? Że staje się agresywny?”

“Wtedy zapytają dlaczego nie możemy trzymać książki z daleka od niego, albo niego z dala od książki? Co byśmy na to odparli?”

“Nie byłoby nic, co moglibyśmy powiedzieć. Czy wyobrażasz sobie na jakich lunatyków byśmy wyszli? Jak tylko otworzylibyśmy usta, oto co stało by się z nami wszystkimi.”

“A gdy ktoś zapyta co ta książka dla niego oznacza, czy nawet jaki jest jej tytuł… jaka byłaby nasza odpowiedż?”

Jakby w odpowiedzi na to pytanie, z przykutej do łóżka, kryminalnie obłąkanej istoty wydobyło się kilka bezkształtnych jęków. Ale nikt nie mógł zrozumieć znaczenia słowa lub słów, które wygłaszał, a już najmniej on sam. Był bowiem teraz daleko od swoich własnych słów, pogrzebany w snach o miejscu, gdzie wszystko było przeszyte ładem nierzeczywistości; i skąd, jak się naprawdę wydawało, nigdy nie powróci.

vst

tłum. nhtk 2011, korekta 2014

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s